Falling For A Pucking Player - Zielińska Karolina - ebook
NOWOŚĆ

Falling For A Pucking Player ebook

Zielińska Karolina

3,9

623 osoby interesują się tą książką

Opis

Czasem miłość pojawia się wtedy, gdy najmniej jesteśmy na nią gotowi.

Emily Morris ma za sobą trudną przeszłość i jedno postanowienie – nigdy więcej miłości. Po tym, co spotkało jej siostrę, i po toksycznym związku, który skończył się prześladowaniem, kobieta nie ufa już żadnemu mężczyźnie. Zwłaszcza sportowcom. Zwłaszcza hokeistom.

Tyler Green jest jednym z najlepszych zawodników w lidze – uwielbianym przez fanów, ale pogubionym w życiu prywatnym. Po rozwodzie próbuje odbudować relację z córką, pięcioletnią Izzy, która ma tylko jedno marzenie: znaleźć tacie nową żonę.

Kiedy drogi Emily i Tylera się krzyżują, nikt nie spodziewa się, że między nimi zaiskrzy. Ona zostaje opiekunką jego córki, on odkrywa, że pierwszy raz od dawna przy kimś naprawdę potrafi być sobą. Z początku to tylko układ – przyjaźń z bonusem. Ale kiedy granice zaczynają się zacierać, a serca biją coraz szybciej, oboje muszą odpowiedzieć na jedno pytanie: czy można zaufać miłości po przejściach?

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 421

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (17 ocen)
10
2
1
2
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lawalenda

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, idealna na wieczór!
63
Basiiiek

Nie oderwiesz się od lektury

Histora pelna nie tylko emocji ale i prawdziwego hokeja. Tyler Green to nowy ksiazkowy mąż, o ktorym nie wiedzialyscie,ze go potrzebujecie. Jezu... pokochalam ta serie od pierwszej strony. Najlepszy hokej jaki czytalam!
amotyka9

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna! Polecam, wreszcie dobra książka z motywem hokeja i nie tylko :) a córeczka głównego bohatera skradła moje serce :)
booksdreamer

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna 💚 Ta książka krzyczy hokej! A bohaterowie cudowni. Emily to taki typ, z którym chciałoby się być besties, Tyler to chodzący green flag (nazwisko zobowiązuje), a jego córeczka to słoneczko tej książki☀️ POLECAM 🩷
64



Dla wszystkich osób,

które kochają romanse hokejowe.

I szczęśliwe zakończenia <3

PLAYLISTA

Circles * Post Malone

Better Now * Post Malone

Synchronize * Milky Chance

GAMEFACE * Eric Lives Here

The Rising * Dallas Stars (oficjalna piosenka)

HandClap * Fitz and the Tantrums

Miles On It * Marshmello

High Road * Koe Wetzel

Wild Child * The Black Keys

For Cryin’ Out Loud! * FINNEAS

Slow It Down * Benson Boone

Won’t Back Down * YoungBoy Never Broke Again

High * Stephen Sanchez

Espresso * Sabrina Carpenter

Jump Around * House of Pain

1

Tyler

Ogień.

Mięśnie palą mnie żywym ogniem, kiedy ponownie rozpędzam się na lodzie, jednak każdy mój ruch jest świetny technicznie, co pozwala mi wyprzeć ból. Sunę coraz szybciej w kierunku krążka, robię zamach i uderzam tak mocno, że Mitch nie ma szansy zareagować. Guma wpada do bramki, a ja zadowolony unoszę rękę odzianą w rękawicę i zaciskam pięść.

– Wal się, Green. Przez ciebie przegrywamy.

Jaxson podjeżdża z prawej i pokazuje mi środkowy palec. Jest jednym z najmłodszych zawodników w naszej drużynie. Zastąpił Adiena po tym, gdy ten postanowił zostawić nas dla pieprzonych Nafciarzy. Gra od niedawna, jeszcze się docieramy.

– Przypomnij mi, jak się dostałeś na lód – odbijam zaczepkę.

Tak naprawdę wynik jest gówno wart, bo obaj jesteśmy po prostu w połowie rutynowego treningu, ale z jakiegoś powodu nie umiem odpuścić młodemu. Niedawno świętował urodziny. Palant ma dwadzieścia trzy lata i sądzi, że jest bogiem tafli. Cóż, nie mogę go za to winić, bo w jego wieku myślałem podobnie. A to było… no, już jakiś czas temu. Trzydziestka nie oznacza starości, o ile nie jesteś zawodowym hokeistą. Ile jeszcze pogram? Pięć, sześć lat? Kurwa, nienawidzę o tym myśleć. Zaciskam zęby, wzmacniam chwyt i atakuję krążek, mimo że jeszcze nie zaczęliśmy. Jestem w szczytowej formie, a moje wieloletnie doświadczenie pozwala nam zdobywać przewagę w niemal wszystkich rozgrywkach. Pieprzeni dwudziestolatkowie.

– Zostałem zauważony.

Jaxson podjeżdża i trąca mnie ramieniem. Może ma rację, może Skauci rzeczywiście go wypatrzyli i ma ponadprzeciętne zdolności, ale dla mnie wciąż jest tylko irytującym młodzikiem.

– Hej, panowie. Spuśćcie trochę pary, co? – Felix, kapitan, materializuje się tuż obok i patrzy na mnie z naganą. Przysięgam, ten człowiek jest porządniejszy od samego papieża. Zawsze wie, kiedy należy rozładować atmosferę, i naprawdę go uwielbiam, ale w tym momencie wolałbym, żeby po prostu pozwolił mi na kontynuowanie tych durnych przepychanek.

– Nic się nie stało, młody. – Mitch wychodzi z pozycji bramkarza i zatrzymuje się przy sfrustrowanym dzieciaku. – Następnym razem skopiesz mu dupę.

Taa, jasne. W twoich snach, M!

Eric, nasz napastnik, łypie wzrokiem w kierunku Jaxsona.

– Stawiasz się starszym, młody?

– Zostaw go. – Uśmiecham się w stronę kumpla. – Jeśli da dupy z Rycerzami, będziemy mieli pełne prawo publicznie go zjebać – stwierdzam, nie odrywając wzroku od chłopaka.

Niespodziewanie James trąca kijem mój kij i zmusza, bym przestał świdrować spojrzeniem Jaxsona.

– Co tam? – zagaduje. – Ile cipek już przeleciałeś, Green?

Jim słynie ze swoich świńskich żartów i tego, że wszystko kojarzy mu się z seksem. Jest trzy lata starszy od Jaxsona i w ostatnim meczu zgarnął dla nas bramkę. Zawsze pyta mnie, z iloma kobietami ostatnio spałem, a ja zawsze odpowiadam, że ta liczba wynosi równe zero. Kiedy miałem osiemnastkę i zacząłem zawodowo grać w hokeja, zachowywałem się jak zwierzę i niejednokrotnie wykorzystywałem fakt, że sporo zarabiam. Moje libido szalało, a każda noc pachniała ostrym seksem. Do czasu, aż poznałem Alice Walker. Później już nic nie było takie samo. Zakochałem się bez pamięci w uroczej dziewczynie o długich brązowych włosach. Wzięliśmy ślub, doczekaliśmy się cudownej córeczki i… wszystko rozpadło się jak domek z kart. Alice nie chciała się opiekować dzieckiem, mówiła, że nie damy sobie rady, że potrzebuje więcej przestrzeni dla siebie, ale ostatecznym powodem rozwodu był… jej romans z baristą.

Taa, okazało się, że facet, który każdego ranka parzył mi jebaną kawę, pieprzy moją żonę w naszym małżeńskim łóżku.

Od czasu rozwodu myślę jedynie o Izzie, mojej pięcioletniej córeczce. Tylko z nią chcę spędzać czas i tylko z nią planuję randki (najczęściej na placu zabaw). Nie potrzebuję już uwagi kobiet, choć ta nadal przyjemnie łechta moje ego. Wiem, że jestem atrakcyjny i dziewczyny stają się wilgotne, gdy zaszczycę je spojrzeniem, ale w życiu liczy się coś więcej niż posuwanie króliczków.

– Powinieneś skończyć z tym celibatem – stwierdza Jim. – Cardi ma przyjaciółkę, mógłbym ją o to zagadnąć.

– Cardi? To już nie Vivienne? – Eric się śmieje.

– Vi musiała wracać do Francji – odpowiada – ale na szczęście jej przyjaciółka nigdzie się nie wybiera. Co ty na to, Green?

– Jestem zajęty.

– Opiekujesz się córką? – Eric uśmiecha się w moim kierunku.

Chłopaki z drużyny wiedzą o moim rozwodzie, o walce o prawa do opieki nad Izzie. Gdy byłem przybity, otrzymywałem od nich solidne wsparcie. Nawet Jim powstrzymywał się ze swoimi durnymi tekstami o ruchaniu. Szkoda, że teraz już tego nie robi.

– Tak, mała zostaje u mnie na cały miesiąc.

– Świetnie! Była nie robiła problemów?

– To decyzja sądu, więc niewiele miała do gadania. Wkurwia mnie, że wydzieramy ją sobie z rąk. Najpierw jest u niej, potem u mnie i tak w kółko. A kiedy mamy mecze wyjazdowe, moja kolej zwyczajnie przepada.

– Chujowo – zauważa Mitch.

– Dlatego sorry, ale nie jestem zainteresowany żadną Vi czy Cardi. Obiecałem, że spędzę resztę dnia z moją małą księżniczką, i właśnie tak będzie.

Schodzimy z lodu, idziemy do szatni, a tam szybko zdejmuję strój hokejowy i ochraniacze. Biorę ręcznik i idę pod prysznic. Gdy tylko wchodzę pod strumień chłodnej wody, czuję, jak moje mięśnie ulegają całkowitemu rozluźnieniu. Nie mam zbyt wiele czasu, więc w pośpiechu doprowadzam się do porządku, a następnie zakładam szorty i koszulkę. Wsuwam łyżwy pod ławkę, a pozostały sprzęt pakuję do torby sportowej, zastanawiając się, czy uda mi się ominąć korek na Houston Street.

– Która godzina? – pytam Mitcha.

– Za pięć dwunasta. Lunch?

– Nie, zjem razem z Izzie.

– Serio? Carlo dziś serwuje steka.

Rozumiem jego zdziwienie. Każdy na moim miejscu skorzystałby z okazji i zwyczajnie został na lunchu, żeby napełnić żołądek przepysznym stekiem wagyu o maślano-karmelowym aromacie. I choć propozycja jest kusząca, to twardo stoję przy swoim postanowieniu. Przybijamy z Mitchem piątkę, a potem wychodzę z szatni i ruszam w stronę tylnego wyjścia z hali. Wsiadam do windy i zjeżdżam na ostatnie piętro, gdzie mieści się podziemny parking naszego klubu. To dobre rozwiązanie, zwłaszcza kiedy chce się uniknąć tłumów. Po paru sekundach udaje mi się zlokalizować samochód i szybko wsiadam za kierownicę. Jadę przez delikatnie zakorkowaną Houston Street i niemalże taką samą Maple Avenue, skręcam w prawo na Kings Road i po dziesięciu minutach zatrzymuję się przed bramą prywatnego przedszkola Seven Wonders. Wbijam krótki kod na domofonie, a później pcham furtkę i energicznym krokiem przemierzam pomalowany kolorową kredą chodnik. Na szczęście drzwi wejściowe są otwarte, więc odnajduję salę Tygrysków, grupy Izzie, i naciskam klamkę. Na widok umazanych farbą stołu, krzeseł i dzieci mam ochotę odwrócić się na pięcie i zwiać. Przyznaję, order rodzica roku i tym razem mnie ominie, lecz mimo licznych niedoskonałości wciąż robię wszystko, żeby moje dziecko było zadowolone.

– Dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc? – odzywa się młodziutka dziewczyna. Zgaduję, że jest asystentką Almy Brown, nauczycielki Izzie.

– Dzień dobry, przyjechałem po… – Nie kończę, ponieważ pełen radości wrzask wypełnia mi uszy, a zaraz potem w moje ramiona wpada sto dziesięć centymetrów nieposkromionego chaosu.

– Tatuś! – Wzdycha, chowając twarz w mojej piersi. – Czemu tak długo cię nie było?

– Odbiera już pan córkę? – dopytuje dziewczyna.

– Co będziemy robić? Dokąd pojedziemy? Możemy kupić watę cukrową?

– Tak, zabieram Izzie – mówię lekko podniesionym tonem z nadzieją, że uda mi się przebić przez rozemocjonowany głosik dziecka.

– Tato, to co z tą watą?

– Wata cukrowa? Fuj. Ohyda. – Wykrzywiam usta w grymasie. – Nie jadamy takich rzeczy, są szkodliwe.

– Jenny miała na urodzinach i mówiła, że jest pycha. Chciałam spróbować.

– Mózg Jenny został pożarty przez cukier – mruczę pod nosem, pomagając jej założyć buty. – Tona barwników na drewnianym patyku.

– Co to są barwniki?

– Substancje, które kolorują jedzenie.

– Kolorują jedzenie? To wata wcale nie jest różowa?

– Jest biała.

– Biała? Jak włosy babci Erin?

Erin to moja była teściowa, panują między nami raczej chłodne stosunki, więc pytanie Izzie bawi mnie bardziej, niż powinno.

– Dokładnie tak.

Łapię za drobną dłoń, choć nieustannie mam wrażenie, że ją uszkodzę przy byle ściśnięciu, i wychodzimy z przedszkola. Słońce przyjemnie ogrzewa nasze twarze, gdy wolnym krokiem idziemy w kierunku samochodu. Izzie rozgląda się wokół, zapewne podziwiając kwitnące drzewa.

– Widziałeś? – pyta nagle zdumionym głosem.

– Co takiego?

– Przelatującego ognistego smoka! – Rozciąga usta w szerokim, nieco psotnym uśmieszku.

– Jesteś pewna, że to był smok? Ja widziałem tylko samolot.

– Tato! No pewnie, że to był smok. Taki jak z tej bajki! Był czarny i miał takie wielgachne skrzydła! – Izzie bardzo chce, żebym jej uwierzył. Widzę, jak wiele wysiłku wkłada w zademonstrowanie, jak ów stwór latał. – Widzisz? Tak robił! Patrz! – Biega z szeroko rozstawionymi ramionami. – I tak! – Przeskakuje niewidzialny obiekt. – Widzisz, jaki szybki?! Prawie jak ty, kiedy grasz w hokeja!

Patrzę na nią, na jej urocze koślawe ruchy i ledwo powstrzymuję rozbawienie, gdy wyobrażam sobie, jak bardzo kumple z drużyny byliby zadowoleni, gdybym zaprezentował podobny poziom podczas nadchodzących rozgrywek. Otwieram przed nią drzwi i wskazuję ruchem głowy na fotelik.

– Dobra, smoku, pakuj się do środka.

Izzie szybko wdrapuje się na miejsce, zapina pasy i patrzy na mnie z wyraźnym oczekiwaniem.

– Ale nie powiedziałeś mi, dokąd jedziemy.

– Nie musisz wszystkiego wiedzieć – odpowiadam, muskając opuszkiem palca czubek jej nosa. – Daj się zaskoczyć, okej?

– Nie lubię niespodzianek.

– Ta ci się spodoba – zapewniam, zamykając drzwi.

Mogłem się domyślić, że będzie ostrożna. Izzie przeszła cholernie wiele. Prawdę mówiąc, żaden dzieciak nie powinien być wystawiany na tak traumatyczne doświadczenia. Jest mi przykro, że nie potrafimy się dogadać z Alice, a każda z początku spokojna rozmowa kończy się awanturą.

– Mama też tak mówiła, a potem nic z tego nie wyszło – stwierdza cicho, kiedy zasiadam za kierownicą. – Spóźniła się i nie obejrzałyśmy filmu.

– Przeprosiła cię – przypominam łagodnie.

– Tak, ale już nie chcę niespodzianek. Są głupie.

Coś ściska mi serce, gdy słucham jej zrezygnowanego tonu.

– W porządku. – Zerkam na nią. – Zabieram cię do zoo. Może być?

Denerwuję się, czekając na odpowiedź. Wiem, że niedawno zaczęła się bardzo interesować zwierzętami, w szczególności słoniami, i gdy rezerwowałem wejściówki do ogrodu zoologicznego, plan wydawał się wspaniały, lecz teraz, kiedy milczy, dopadają mnie wątpliwości. Może wolałaby coś innego? Nieświadomie zaciskam mocniej dłonie na kierownicy i próbuję zrozumieć, gdzie popełniłem błąd. Jasne, nie spędzamy ze sobą tyle czasu, ile oboje byśmy chcieli, ale każdego dnia wypytuję opiekunkę o… właściwie o wszystko i z tych zasłyszanych fragmentów układam naszą trochę zakrzywioną rzeczywistość.

– Świetny pomysł. Uwielbiam zoo – odzywa się po długiej przerwie.

Jestem zaskoczony, bo gdzieś w głębi ducha już godziłem się z porażką. Nawet byłem skory anulować naszą rezerwację.

– Serio?

– Tak! – Uśmiecha się. – Mogłabym tam zamieszać.

– W zoo?

– Tak. – Chichocze. – W klatce z tygrysem. Kocham tygrysy!

– Myślałem, że słonie?

– Już nie. Słonie były w zeszłym tygodniu, tato. Teraz wolę tygrysy!

– Zmieniasz zainteresowania szybciej niż Jim laski – mruczę pod nosem zdumiony tym, jak szybko zmienia swoje obiekty westchnień. – Czyli tygrysy, dobra.

– Jakie laski, tato?

Niech mnie, ze wszystkich słów musiała wyłapać akurat to. Nie mam zamiaru wyjaśniać ani broń Boże zagłębiać się w to, co robi Jim, więc próbuję zmienić temat:

– Co robiłaś dziś w przedszkolu? Co u Annie? To twoja koleżanka, prawda? Ta z kręconymi włosami.

– To Betty – poprawia mnie. – Annie ma zawsze warkoczyki.

– Ach.

– Zrobisz mi takie warkoczyki?

– Kotku, z największą radością, ale wówczas będziesz bać się własnego odbicia w lustrze.

Docieramy do Dallas Zoo parę minut przed czasem i parkuję na wyznaczonym miejscu. Zakładam okulary przeciwsłoneczne z durną nadzieją, że dzięki temu stanę się mniej rozpoznawalny. Gdyby był z nami Ben, mój agent, to z pewnością słyszałbym teraz jego cholernie irytujące: „A nie mówiłem?”. No mówił, i to nie raz. Cholera, właściwie to zabronił mi przyjeżdżać do tego zoo i sugerował wynajęcie parku zabaw, ale ja chciałem dać córce coś więcej niż dmuchańce, kulki i zjeżdżalnie. Pragnąłem dla niej normalności. Wydaje mi się, że oboje łakniemy tych prostych, codziennych rzeczy.

– Gotowa?

– A ty? – Mierzy mnie spojrzeniem. – Masz dziwną minę. Byłeś już kiedyś w zoo?

– Jasne, że tak.

– Ale tutaj? W Dallas?

– Nie, chodziłem do zoo, kiedy byłem mały – wyjaśniam. – Moja mama, a twoja babcia zabierała mnie do zoo w Vancouver. Zresztą my też tam byliśmy, pamiętasz?

Marszczę brwi, dokonując szybkich obliczeń. Gdy ostatni raz lecieliśmy we trójkę do Kanady, mała miała dwa latka. Dwa jebane latka, to oczywiste, że przygląda mi się z niezrozumieniem i myśli, że zwariowałem, bo tego nie pamięta. Nie miała nawet szansy zapamiętać. Świetnie, jeśli tak dalej pójdzie, to znowu ją stracę. Na samo wyobrażenie sali sądowej dostaję gęsiej skórki.

– Chyba nie. – Krzywi się, wyjmując spinki z włosów. – Nie są wygodne, bardzo swędzi mnie głowa – mówi rzeczowo, a potem przez chwilę przygląda się mojej ręce. – Czy ja też będę mogła mieć takie rysunki jak ty?

Uśmiecham się dziwnie rozczulony. Rysunkami nazywa moje tatuaże. Mam ich kilka. No dobra, właściwie to mam ich sporo. Naprawdę je lubię. Alice, moja była żona, nie podzielała tej pasji, lecz w tym przypadku nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Moje ciało, moja decyzja. Spoglądam na córkę, która teraz sunie opuszkiem palca po wytatuowanych skrzydłach anioła, i za wszelką cenę próbuję okiełznać wzruszenie.

– Czemu tutaj jest anioł? – pyta, przekrzywiając głowę.

– Żeby miał nas w opiece.

– A ten napis?

– To mój ulubiony cytat z wiersza Williama Ernesta Henleya – odpowiadam, przesuwając palcem po literach. Prawdą jest, że czytam poezję, ale przez bardzo długi czas robiłem to w ukryciu, obawiając się, że zostanę wyśmiany. Trochę trwało, zanim uświadomiłem sobie, że nie interesuje mnie opinia innych. A ten tatuaż miał mi w tym pomóc. I pomaga do dziś.

I chociaż kroczę wśród chaosu,

błądzę w cierpienia mrocznej głuszy,

Jestem kowalem swego losu

i kapitanem swojej duszy*.

Dalej, aż do ramienia, ciągnie się krajobraz mojego rodzinnego miasta Vancouver, mam też liść klonu, nad którym widnieje napis „Prawdziwy Kanadyjczyk. Silny i wolny”. Kiedyś media posądziły mnie, że po cichu kibicuję Toronto Maple Leafs, ale proszę, nie idźcie tą drogą. To (o dziwo) nie ma nic wspólnego z hokejem.

Drugą rękę też mam zrobioną. Na przedramieniu wytatuowałem drzewo genealogiczne, w którym między gałęziami przeplatają się słowa wskazujące moje największe wartości: „siła”, „odwaga”, „honor”, „bezinteresowność” i „braterstwo”. Na ramieniu z kolei znajdują się dwa wilki, które reprezentują mnie i mojego starszego brata Jamesa, także grającego w NHL.

– A gdzie jestem ja? – Izzie patrzy na mnie z nadzieją, że podciągnę koszulkę i zobaczy na moim lewym żebrze małe serce ze swoją datą urodzin. Nie muszę dodawać, że to jej ulubiony tatuaż, prawda? – Pokaż mi!

– Później. – Uśmiecham się. Nie żebym nie chciał. Po prostu wolę nie narażać nas na niepotrzebne ryzyko. Media nigdy nie śpią. To, że ich nie widzimy, nie oznacza, że ich tu nie ma.

– A tam? – Stuka mnie palcem w goleń.

Na prawej wytatuowałem dziewiętnastkę, swój klubowy numer. Są też dwa skrzyżowane kije hokejowe i nasze drużynowe motto: „Tam, gdzie nie ma walki, nie ma siły”. Na lewej daty najważniejszych zwycięstw. W tym igrzyska olimpijskie w 2014.

– Narysujesz mi takie? – prosi słodkim głosikiem.

– Narysuję.

Czarny marker to przecież nie to samo co tusz. Chwytam ją za rękę i szybko podchodzimy do wolnego okienka.

– Dzień do… – Kobieta niespodziewanie urywa, a na jej policzkach kwitną rumieńce. – O Jezu, to pan.

Izzie wspina się na palce i próbuje dosięgnąć lady.

– Czemu ta pani powiedziała, że jesteś Jezusem? – pyta, mrugając.

– Pomyliła się – wypalam bez namysłu. – Dzień dobry, chcielibyśmy potwierdzić naszą rezerwację na nazwisko G…

– Green! – wykrzykuje kobieta. – Jestem pana największą fanką. Oglądałam powtórkę meczu z Krakenem. Och, ten gol w drugiej tercji! Czy mogłabym autograf? Albo dwa? Moja koleżanka też jest pana fanką. Nie tak wielką jak ja, ale sumiennie śledzi wszystkie mecze.

– Czy możemy wejść na teren zoo? – W moim głosie na pewno słychać błagalne nuty.

– Bo chcemy oglądać tygrysy! – dodaje Izzie. – Halo!? Ile można czekać?

– Panie Green, z największą przyjemnością zapraszamy pana na teren naszego wspaniałego zoo!

– Nie wzięła pani wejściówek.

– Ach, to tylko zbędna biurokracja. Proszę, można zwiedzać!

Czy jestem zdziwiony zachowaniem tej kobiety? Ani trochę. Sława potrafi jednocześnie ułatwić i utrudnić życie. Chowam bilety do kieszeni i czym prędzej wchodzimy do ogrodu zoologicznego. Boże, powinienem zamiast okularów wziąć jakąś czapkę. Albo maskę. Najlepiej tę z zeszłorocznej halloweenowej imprezy. „Kapitan Hook porywa pięcioletnią dziewczynkę w Dallas Zoo”. Mhm. Dokładnie tak krzyczałyby nagłówki gazet w całym Teksasie.

– Małpy! – Izzie ciągnie mnie w kierunku klatki z szympansami. – Wow, spójrz na nie!

Kątem oka widzę zbliżające się tłumy, więc pochylam się w stronę dziecka i udaję zainteresowanie zwierzętami.

– Super.

– Ale śmiesznie chodzi! Prawie jak ta sąsiadka po drugiej stronie ulicy!

– Nie powinnaś się z tego śmiać – zwracam jej uwagę. – To niemiłe.

– Ech, tato. Nie wszystko w życiu jest miłe – odpowiada niemal profesorskim tonem. – No co? Sam mi to powtarzasz.

Pokonany swoją własną bronią. Kurtyna. Z ukłuciem w sercu wspominam czasy, kiedy jeszcze nie potrafiła mówić. Te chwile wydają się tak odległe, że niemal wyssane z palca.

– Chodźmy dalej!

Bez oporów pozwalam Izzie przejąć dowodzenie i skręcamy na jakąś ścieżkę edukacyjną, która kończy się przy wybiegu dla zebr. Spinam się za każdym razem, gdy mijają nas liczne grupy, i by uniknąć kontaktu, zwykle udaję, że wiążę buty. Pomysł tylko z pozoru wydaje się głupi, bo ku mojemu zdumieniu działa. I to całkiem dobrze.

– Jaki kolor włosów podoba ci się u dziewczyn?

Chyba się przesłyszałem, to niemożliwe, żeby zapytała mnie o…

– Takie ciemne jak moje i mamy?

Szlag, ona naprawdę chce to wiedzieć!

– Dlaczego pytasz?

– Bo muszę znaleźć ci nową żonę – odpowiada spokojnie. – Zostanie z tobą, kiedy wrócę do mamusi, i już nie będziesz smutny.

Ze zdumienia zasycha mi w ustach. Nie wiem, jak zareagować na jej słowa, więc zachowując milczenie, kucam przed córką i spoglądam uważnie w jej lśniące brązowe oczy.

– Nie potrzebuję nowej żony – zapewniam, łapiąc ją za rękę.

– Ale ty i mama przestaliście się kochać i teraz mieszkasz sam. A nikt nie lubi być sam.

– Mam ciebie. – Uśmiecham się. – Nawet jeżeli wrócisz do mamy, to nic się nie stanie, bo tutaj – klepię się po piersi – jest twoje miejsce.

– A gdzie trzymasz babcię i dziadka? Wiesz, że serce jest bardzo malutkie? Nie pomieści wszystkich.

– Serca rosną, gdy są kochane. Mam wokół siebie dobrych ludzi.

– Jak Clifford? – Marszczy brwi. – To chyba nie jest prawda, tato.

Kiedy stała się taka mądra, do cholery? Nie mogę wyjść z podziwu. Rozkładam ramiona i przygarniam ją do swojego ciała, a moja wcześniejsza radość ustępuje smutkowi, kiedy dociera do mnie, jak wiele takich wspaniałych momentów utraciliśmy.

* William Ernest Henley, Invictus, przeł. Maciej Froński, „Nowy Filomata”, r. 22, nr 1 (2018), s. 79.

2

Budzę się tuż przed budzikiem, więc wyłączam alarm i wstaję z łóżka. Dziś mam trening o szóstej, zatem szybko zakładam sportowe ciuchy i pędzę do pokoju gościnnego, w którym od kilku dni pomieszkuje pięćdziesięcioletnia Clarie, opiekunka Izzie. Może nie jest idealna, ale na pewno nie raz uratowała mi tyłek i choćby za to należą jej się owacje na stojąco. Pukam w jasnobrązowe drzwi, a gdy nie otrzymuję odpowiedzi, naciskam klamkę. Clarie zna mój grafik i zazwyczaj pamięta o wszystkim, ale przecież mogła zaspać. Wchodzę z uśmiechem do środka. Wszędzie panuje nieskazitelny porządek. Meble lśnią, wielkie panoramiczne okna także, co uwierzcie mi, nie jest wcale takie proste.

– Clarie?

Ruszam w stronę zaścielonego łóżka i zdziwiony dostrzegam na pościeli kawałek kartki.

Panie Green!

Bardzo mi przykro, ale niestety muszę zrezygnować z bycia opiekunką Izzie. Proszę mi wybaczyć taką formę wypowiedzenia. Gdybym zaczęła z panem rozmawiać, na pewno zdołałby mnie pan przekonać do zmiany zdania, a ja… ja już nie chcę. Nie mogę. Pańska córka jest zbyt wymagająca. Mam nadzieję, że zrozumie pan moją decyzję.

Clarie Jewells

– Kurwa.

Stoję jak sparaliżowany, moje mięśnie sztywnieją, a w głowie pojawia się chaos. Odeszła? Nie mogę w to uwierzyć. Gapię się na papier, na te równe litery zapisane niebieskim długopisem, i nadal nie mogę w to, kurwa, uwierzyć. Zostawiła mnie? Czy to, że moja córka jest wymagająca, jest wystarczającym powodem do zrezygnowania z pracy? Czy ona kompletnie oszalała? Przysięgam, że jeszcze wczoraj myślałem o podniesieniu jej wynagrodzenia. Zgniatam kartkę w kulkę i wyrzucam ją do kosza, który stoi obok biurka. Mam ochotę do niej zadzwonić i zwyzywać od najgorszych, ale nie mam na to czasu. Muszę znaleźć kogoś, kto przez dwie godziny zajmie się moim dzieckiem. Złość staje się jeszcze silniejsza, gdy wyobrażam sobie minę Alice. Na pewno patrzyłaby na mnie chłodnym wzrokiem, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i powiedziała, że nie nadaję się na ojca. Chodziłaby nerwowo po pokoju i pytała, jak mog­łem dopuścić do tej sytuacji. I w tym jednym miałaby rację. Powinienem był to przewidzieć. Wyjmuję telefon z kieszeni i przeglądam listę kontaktów w nadziei, że znajdę kogoś, kto mógłby się zająć Izzie. Niestety większość to rodzina i znajomi z Vancouver, a pozostali to chłopaki z drużyny. Niechętnie patrzę na imię Erin, mojej teściowej. Nie. Nie mogę tego zrobić. Jeśli skontaktuję się z matką Alice, rozpętam niepotrzebne piekło. Zostaje mi więc zabrać małą na trening. Aż skóra mi cierpnie na samą myśl, ale mimo wszystko wolę to niż pretensje byłej żony. Przeskakuję po trzy stopnie schodów naraz, wpadam na piętro i wchodzę do pokoju córki. Przez parę sekund przypatruję się lekko zaróżowionej, delikatnej twarzy i rozrzuconym włosom na żółtej poduszce i coś kłuje mnie w sercu. Nie mogę jej stracić. Wolno podchodzę do łóżka, siadam na skraju różowego materaca i czubkiem palców odgarniam brązowe kosmyki, które opadają jej na policzek.

– Izzie – szepczę. – Wstajemy, maleńka.

Nie powinienem jej tak wcześnie budzić i naprawdę tego nie chcę, ale w tej gównianej sytuacji nie mam żadnego innego wyjścia.

– Izzie, otwieramy oczka – mówię, cmokając ją w czoło.

– Tatuś? – Zaspany głosik wypełnia moją głowę. – Co się dzieje? Miałeś koszmary?

Rozczula mnie to ostatnie pytanie, bo to zawsze ona przybiegała do mnie, gdy się przebudzała.

– Nie, nie miałem. Musimy pojechać na lodowisko, wiesz?

– Ale ja chcę spać, tatusiu.

– Wyśpisz się na miejscu. Zobaczysz, będzie fajnie. – Próbuje ją (i siebie przy okazji też) przekonać do tego jakże rewelacyjnego pomysłu. – Przygotuję ci śniadanie, okej?

– A możemy pojechać za pięć minutek? Wtedy już nie będę śpiąca.

Boże, jestem potworem. Spoglądam na córkę, która walczy z opadającymi powiekami, i mimowolnie zaciskam zęby.

– Jasne. – Silę się na lekki ton. – Pięć minutek jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Wrócę, gdy zrobię śniadanie, dobrze?

Wstaję z miejsca. Mam wielką ochotę dać sobie w pysk, lecz ostatecznie udaje mi się zapanować nad nerwami. Zbiegam po schodach do kuchni i w pośpiechu wyciągam z szafki karton Froot Loops. Wsypując płatki do miseczki, nie mogę się oprzeć i podjadam kilka, po czym zalewam je mlekiem. Prawdą jest, że nie gotuję. Nigdy. Jeśli miałbym polegać wyłącznie na swoich umiejętnościach gastronomicznych, to najprawdopodobniej umarłbym z powodu przedawkowania tostów z serem. Dlatego oddałem swój żołądek w ręce naszego klubowego kucharza, a także cateringu. Niestety Izzie nie docenia świetnie zbilansowanych posiłków. Tak, sprawa diety jest dość skomplikowaną kwestią. Całe szczęście, że chociaż co do Froot Loops się zgadzamy. Wyjmuję z szuflady łyżkę, kładę ją na tacy obok miseczki i ruszam z powrotem na górę. Nie spodziewam się, że wstała z łóżka, ale z jakiegoś powodu na widok wciąż śpiącej córki w moim wnętrzu rozbrzmiewa histeryczny wrzask. Jestem poirytowany i potrzebuję rozładować nerwy.

Taśmy, martwy ciąg, podciąganie. Oczami wyobraźni już widzę, jak wchodzę na siłownię, i wówczas kolejny raz dociera do mnie, w jak trudnej jestem sytuacji. Dziś i jutro może uda mi się znaleźć opiekę dla córki, ale potem? Szczerze wątpię, żeby lodomistrzowie, trener czy pracownicy areny zgodzili się wcielać w rolę nianiek.

– Izzie – mówię zniecierpliwionym tonem.

– Oj, tatusiu! – odpowiada z jękiem.

Cóż, przynajmniej wiem, że już nie śpi.

– Raz-dwa – naglę. – Dalej.

– Nie chcę.

– Isabelle – zwracam się do niej pełnym imieniem. Bardzo rzadko to robię i chyba rozumie, że nie jestem w nastroju do kompromisów, bo w końcu wstaje z łóżka.

Patrzy na mnie, mrużąc gniewnie ciemne oczy. Mrucząc coś pod nosem, podchodzi do ogromnej dwudrzwiowej szafy, a następnie wzdycha głęboko.

– Nie wiem, co włożyć – informuje.

– Zjedz śniadanie. – Kładę miseczkę na niskim stoliku i odsuwam dla niej krzesełko. – Siadaj. – Klepię dłonią oparcie.

Córka podchodzi do mnie tip-topami. Tip-topami, na miłość boską.

– Czy mogłabyś ze mną współpracować? – pytam, kiedy już dosuwam ją do stolika.

– Obudziłeś mnie, tato.

– To żaden argument.

– Co to jest argument?

– Coś, na co teraz zdecydowanie nie mamy czasu.

Spoglądam na zegarek. Świetnie. Za dwadzieścia minut powinienem być na lodzie, a tymczasem utknąłem w mieszkaniu. Biorę głęboki wdech, a potem otwieram szafę i gapię się na kilka półek zapełnionych dziecięcymi ubrankami. Po krótkim namyśle wyjmuję jakąś zieloną koszulkę, różowe spodenki i żółtą bluzę, w razie gdyby było jej za chłodno. Całość oceniam na szóstkę z plusem. Jest funkcjonalnie, a przede wszystkim kolorowo. Kiedy Izzie odsuwa pustą miseczkę, pomagam jej założyć ciuchy i wreszcie możemy zejść na dół. Unikając patrzenia na uciekające minuty, biorę torbę sportową i przechodzimy do garażu. Pakuję córkę do fotelika, zapinam pasy bezpieczeństwa, a sam wskakuję za kierownicę i za pomocą przycisku podnoszę drzwi wjazdowe. Następnie odpalam silnik i wyjeżdżam na szeroką zatłoczoną ulicę. Rany, kto by się spodziewał tylu kierowców w czwartkowy poranek? Czy ci ludzie nie mają co robić? Jest piąta rano, do cholery. Cierpią na bezsenność? Samo myślenie o spaniu przypomina mi, jak mało ostatnio wypoczywam, ale są rzeczy ważne i ważniejsze, a relaks zalicza się do tych pierwszych.

– Tatusiu, nie powiedziałeś mi.

Łypię na Izzie, nie mając pojęcia, o co jej chodzi.

– O czym?

– Co to jest argument.

– To dowód, uzasadnienie czyjeś racji.

– Aha. – Marszczy brwi. – Strasznie to dziwne, wiesz? Chyba tego nie polubię.

– Nie musisz lubić. Wystarczy, że będziesz przekonująca.

– Myślę, że używasz dziś jakiegoś trudnego języka, tato.

Z trudem udaje mi się zachować powagę. Jadę przez Edgemere Road, która szybko zamienia się w Tibbs Street, a następnie dociskam gaz na Walnut Hill Lane i wjeżdżam na płatny odcinek drogi Dallas North Tollway. Wyprzedzam wlokące się pojazdy. Nie wiem, ile czasu mija ani jak bardzo jestem spóźniony, kiedy docieram na arenę, ale spojrzenie Halla, naszego trenera, gdy widzi mnie z małą w szatni, dobitnie uświadamia mi, że spieprzyłem.

– Tyler – mówi nerwowo drapiąc się w kark. – To nie jest dobry pomysł.

– Cześć, wujku! – Córka uśmiecha się promiennie do Halla, a ten natychmiast kuca przed małą i przybijają sobie piątki.

– Dwie godziny – mruczę pod nosem. – Potem odwiozę ją do przedszkola.

– A co z twoją żoną?

Unoszę brew.

– Byłą żoną – poprawia się. – Nie może się zająć Izzie?

– Nie – buczę. – Będziesz dobrym wujkiem, Hall, czy skopiesz potrzebującego?

Trener unosi na mnie swoje błękitne oczy, prostuje się i przygładza siwe włosy.

– Przebieraj się. Chłopcy już zaczęli rozgrzewkę – rzuca, podwijając rękawy koszuli.

Wiem, że Hall jest mile od bycia szczęśliwym. Postawiłem go w niezręcznej sytuacji i posłużyłem się szantażem, a wszystko to przez cholerną bezradność.

– Dzięki. – Wyciągam w jego kierunku dłoń, którą on szybko ściska. Zupełnie jakbyśmy przyklepywali jakiś deal.

– Chodź, Izzie. – Hall pochyla się nad dzieckiem, a następnie bierze je w ramiona. – Byłaś już kiedyś na naszej stołówce?

– Tak – odpowiada znudzonym tonem. – Co będziemy robić?

– Pokażę ci halę do gry w koszykówkę. Co ty na to?

Już nie słyszę, co moja córka ma do powiedzenia w sprawie kosza, bo znika za drzwiami z Hallem, a ja zostaję sam w szatni. Biorę łyk wody z bidonu, zakładam sportowe buty i biegnę na siłownię, która znajduje się na za kolejnymi trzema pomieszczeniami. Kiedy wpadam do środka, uderza mnie głośna muzyka i słyszę głupkowate stękania Jima.

– Tyler, ty spóźnialski draniu! – krzyczy Eric, odkładając hantle.

– Wszystko okej? – Felix podchodzi i kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Clarie… – Wzdycham głęboko, a Jim rozdziawia usta ze zdziwienia. Matoł wyobraził sobie pewnie jakąś gorącą laskę zamiast dojrzałej kobiety. Chociaż w jego przypadku nawet i ta druga byłaby idealną kandydatką do seksu.

– Clarie! – wykrzykuje, celując we mnie palcem. – Cicha woda brzegi zalewa!

– Rwie.

– Co cię rwie?

– Brzegi rwie – wyjaśniam, gapiąc się na Jima. – Clarie jest… to znaczy była opiekunką Izzie.

– No właśnie o tym mówię! Teraz już się nie dziwię, że nie chciałeś pójść z nami do Puck&Pint.

– Ona ma pięćdziesiąt lat – rzucam, a Felix się krzywi, jakby zjadł cytrynę.

– Co się stało? Zachorowała? – pyta Eric.

Stoję otoczony chłopakami, którzy okazują mi wsparcie. Mogę się złościć na Jima erotomana, ale cholera, naprawdę możemy na sobie polegać. Mamy kawał solidnej wspólnej historii, która umacnia nasze braterstwo.

– Zwiała – wypowiadam to słowo tak szybko, że nie jestem do końca pewny, czy rzeczywiście opuściło ono moje gardło.

– Co? – Felix nie kryje zdziwienia. – Jak to?

– I co teraz z małą? – dopytuje Mitch.

– Jest tutaj – przyznaję niechętnie.

– Tutaj? – Eric patrzy na mnie jak na wariata. – Gdzie konkretnie?

– Hall się nią zajmuje. – Odsuwam się i siadam na ławce. – Ratuje mi dupę. Nie wiem, co bym bez niego zrobił.

– I co zamierzasz? – Mitch krzyżuje ramiona na piersi. – Bo gdyby to była moja opiekunka, to bym się z nią skonfrontował. Kto, do chuja, odwala taki cyrk?

– Popieram. – Jim szczerzy zęby. – Nawet ja bym czegoś takiego nie zrobił.

– Bez obrazy, ale tobie nie powierzyłbym nawet małego chomika, a co dopiero dziecka – odpowiada Eric, taksując kumpla wzrokiem.

– Fakt, mogłoby nie znieść mojej zajebistości.

Jakimś cudem udaje mi się nie przewrócić oczami.

– Znacie jakieś zaufane osoby? – pytam, podnosząc się z miejsca, i biorę w obie dłonie ciężary.

– Znajoma Cardi…

– Nie, Jim. Żadnych gorących panienek – przerywam mu. – To ma być ktoś, kto będzie ci przypominał twoją babcię.

– Moja babcia paliła kiedyś zielsko. – Eric rechocze. – Poważnie. Siadała na werandzie i jarała, ponoć takie dostała zalecenie od swojego lekarza.

– Dlaczego patrzysz na mnie? – oburza się Mitch, dostrzegając rozbawione spojrzenie Jima.

– Tylko się uśmiecham.

– Jarałeś? – pytam szczerze zdumiony.

– Kiedy? – Eric także łapie za hantle.

– Dawno temu. Miałem z szesnaście lat i wpadłem w nieodpowiednie towarzystwo. To znaczy wtedy myślałem, że są moimi przyjaciółmi, ale teraz wiem, że byli gnojami lubiącymi ostre imprezy. – Mitch przebiega wzrokiem po naszych twarzach, po czym unosi rękę i celuje we mnie palcem. – Dlatego lepiej uważaj na małą, Ty.

– Ona ma pięć lat – przypominam, wykonując drugą serię ćwiczeń.

– Dzisiaj. Jutro może mieć już dziesięć. Czas płynie nieubłaganie, tatuśku.

Aż mnie skręca, gdy wyobrażam sobie dorastającą córkę w towarzystwie jakichś lokalnych gangsterów.

– To prawda. – Jim idzie w kierunku bieżni. – Wczoraj znalazłem pierwszego siwego włosa!

– Ja wyrwałem ich całe stado. – Felix się szczerzy. – Żaden nie ocalał.

– A jeśli to były rodziny? Jesteś pierdolonym barbarzyńcą, Fex.

– Niczego nie żałuję.

Śmieję się pod nosem, a następnie zaczynam wykonywać wykroki z hantlami w dłoni. Ustawiam jedną nogę pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, pamiętając, by drugą schować pod sobą. Powtarzam czynność, zmieniając nogę, i dodaję do tego przeskok, a potem splatam ramiona na piersi, by jak najbardziej spiąć mięśnie klatki piersiowej. Oddycham głęboko, staram się myśleć wyłącznie o treningu, lecz mimo wysiłku nie udaje mi się wyrzucić Izzie z głowy. Zastanawiam się, co robi, czy nadal jest śpiąca, a może głodna. Mam nadzieję, że Hall zabrał ją na stołówkę. Przechodzę do pompek, które świetnie angażują moje tricepsy.

– Gdzie jest Jaxson? – pyta lekko zdyszany Eric, robiąc przerwę po sprincie na bieżni.

– Właśnie – podchwytuje Jim. – Gdzie jest nasz młodzieniec?

– Kurwa, nie mów tak – wzdycha Mitch. – Przez to czuję się jak dinozaur.

Nie udzielam się w rozmowie i jedynie przewracam oczami, koncentrując się na planku.

– Zadzwońcie do niego – rzuca Felix między przysiadami. – Może coś się stało.

– Taa, fiut mu odpadł po nocnym maratonie – komentuje Eric, na co wybucham głośnym śmiechem.

– Jesteście podli – stwierdza Jim, z trudem utrzymując powagę. – Prawie tak samo podli jak Williams w trzeciej tercji.

Mrużę oczy. Porównanie do Williamsa to dość mocny kaliber. Koleś niedawno podpisał kontrakt z Avalanche, a w ostatnim meczu strzelił nam dwie bramki, które doprowadziły do kolejnej dogrywki. Zjeżdżaliśmy z tafli przegrani i zmęczeni jak psy.

– Odbijemy się – mówię, ustawiając się do bocznego planka. – Trzeba ich porządnie docisnąć, tak żeby nawet Williams nie miał okazji.

– To szybki skurwysyn – zauważa Jim. – Nie będzie łatwo go zatrzymać.

– Owszem, ale nie jest to niemożliwe. – Zerkam na chłopaków, którzy mają nietęgie miny. – Hej, co z wami? Damy radę.

– Widziałeś, co fani Avs wypisują pod naszymi postami na Facebooku?

– Nie. – Zmieniam pozycję i siadam na piętach. – Po chuj miałbym to czytać?

– Tyler ma rację. Nie dekoncentrujcie się. – Felix przerywa ćwiczenia. – Było kiepsko, przegraliśmy, ale każdy mecz to nowa szansa.

– Czasami myślę, że ten dupek Williams jest nie do pokonania.

– Wszyscy są do pokonania, Mitch – odzywam się, ignorując spływający z czoła pot. – Trzeba tylko użyć odpowiedniej broni. Jasne, ich drużyna jest świetna, mają szybkich, uzdolnionych graczy, ale my jesteśmy jeszcze lepsi. I pokażemy to w kolejnym spotkaniu.

– Rozwalimy ich! – krzyczy Fex, zaciskając pięść. – A teraz koniec z tym jęczeniem i do szatni. Za dziesięć minut chcę widzieć wszystkich na lodzie.

I to jest coś, za co naprawdę kocham naszą drużynę. Dostaliśmy niezły wpierdol od Avs, ale mimo wszystko zaciskamy zęby i realizujemy nasz plan. Jeden po drugim wpadamy do szatni i zaczynamy zakładać stroje do hokeja. Panuje przyjemny chaos, chłopaki rzucają między sobą taśmy, którymi owijają kije, a potem wzajemnie wyśmiewają swoje style. W powietrzu czuć ekscytację – choć jesteśmy zawodowcami, w głębi serca każdy z nas jest zwykłym chłopakiem zakochanym po uszy w hokeju. Chcemy zrobić porządną rozgrzewkę. Wcielić w życie nowe elementy gry, poczuć gładką taflę lodu pod łyżwami. Właśnie poprawiam kask na głowie, kiedy niespodziewanie do szatni wbiega Hall. Jest zadyszany, blady i nie ma z nim Izzie. Marszczę brwi, łudząc się, że zaraz ujrzę swoje dziecko, ale nic się nie zmienia. Naprawdę jej nie ma.

– Gdzie jest Izzie? – pytam spokojnie, bo przecież samo to, że przybiegł, nie oznacza jeszcze niczego złego.

– Mieliśmy mały incydent – mówi Hall, łapiąc oddech.

– Jaki incydent, do cholery? – W moim głosie na pewno słychać złość i niedowierzanie.

Kumple patrzą po sobie w milczeniu.

– Izzie poślizgnęła się na mokrej podłodze, upadła i na sekundę straciła przytomność, ale…

Nie mam pojęcia, co Hall chciał mi przekazać, bo w jednej chwili zrzucam kask i ruszam w stronę otwartych drzwi.

– Narzekała na ból głowy, więc wezwałem karetkę i przybiegłem do ciebie – kontynuuje trener.

– Zostawiłeś ją samą?!

– Z Lennym.

Lenny to pomocnik naszego szefa kuchni. Boże, robi mi się słabo. Sprintem pokonuję odległość dzielącą mnie od stołówki, gdzie, jak mniemam, wydarzył się ten cholerny wypadek. W moich żyłach płonie ogień, spinam się cały w oczekiwaniu na najgorsze, lecz gdy wpadam na stołówkę, nigdzie nie widzę plam krwi.

– Señor Green! – Wysoki, chudy chłopak o ciemnej karnacji i czarnych kręconych włosach wymawia moje nazwisko z silnym meksykańskim akcentem.

Patrzę na Lenny’ego, a zaraz potem mój wzrok ucieka w stronę Carla, naszego szefa kuchni, który stoi obok swojego pomocnika i trzyma w objęciach moją córkę.

– Izzie! – wykrzykuję z ulgą, podchodząc do dziecka. – Kotku, jesteś cała? Wszystko w porządku?

Uważnie przyglądam się jej twarzy i z bólem zauważam sporego siniaka na prawej skroni. Obrażenia po upadku mogły być większe, ale wciąż martwi mnie utrata przytomności. Odbieram małą od Carla i mocno przytulam ją do piersi.

– Przepraszam – szepczę zjadany żywcem przez swoje sumienie. – Nie powinienem cię zostawiać.

– Tatusiu, boli mnie głowa – piszczy wystraszona.

– Gdzie jest to cholerne pogotowie?! – warczę, gapiąc się na Halla.

– Uspokój się, Ty. – Niespodziewanie Fex kładzie dłoń na moim ramieniu. Szlag, nawet go nie zauważyłem. – Z małąna pewno jest wszystko okej.

– Straciła przytomność! – Denerwuję się. – To może być objaw wstrząśnienia mózgu albo…

– Przestań panikować – mówi spokojnym tonem. – Karetka jest już w drodze.

– Miałeś jej pilnować! – wydzieram się na trenera.

– Pilnowałem, ostrzegałem ją. Prosiłem, by nie biegła w stronę kuchni, bo podłoga jest mokra. Tyler, wiem, jak bardzo kochasz córkę, i chwała ci za to, ale nie posłuchała mnie.

– Bo jest dzieckiem! Dzieci nie słuchają dorosłych!

– Jest też trochę insoportable – wtrąca się Lenny. – Señor Green, taki wypadek mógł się przytrafić każdemu i to niczyja wina. Po prostu… tam, gdzie jest mokra podłoga, tam są incydenty.

Zaraz mnie coś strzeli, przysięgam. Trzymam Izzie w ramionach, czuję jej delikatne ciało tak blisko swojego i wkurzam się, że nie jestem w stanie cofnąć pierdolonego czasu, by jakimś cudem zmaterializować się wcześniej w stołówce i zatrzymać bieg zdarzeń. Być może Lenny ma rację, Hall również, ale w tej chwili nic do mnie nie dociera.

– Tatusiu, nie bądź zły. – Córka dotyka dłonią mojego policzka. – Nie będziesz zły? Proszę.

– Nie jestem zły – zapewniam, z całych sił tłumiąc nerwy. – Nadal boli cię głowa?

– Tak, ale już mniej. – Nagle w jej błyszczących od łez oczach dostrzegam niemą prośbę, lecz usta z jakiegoś powodu postanawiają milczeć.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – zachęcam ją.

– Gdzie jest mamusia? – pyta cicho, a moje serce zaczyna się rozpadać.

Dlaczego o nią zapytała? Czy nie czuje się bezpiecznie? Zawiodłem ją? Na pewno. Rozczarowałem ją i kolejny raz dałem plamę jako ojciec, dlatego wolałaby być teraz przy matce.

– Chcesz, żebym zadzwonił po mamę?

Proszę, powiedz, że nie.

– Tak.

Izzie chowa twarz w zagłębieniu mojego ramienia. Stoję jak rażony piorunem, gdy dociera do mnie, że muszę zapewnić córce komfort, nawet jeśli to oznacza spotkanie z apodyktyczną byłą żoną.

– Tyler, pogotowie – oznajmia Eric, którego wcześniej nie widziałem.

Rany boskie, ile osób tutaj jest? Rozglądam się wokół i zauważam kumpli z drużyny, kilku chłopaków z serwisu sprzątającego i niemal cały personel stołówki. Wypadek Izzie postawił na nogi prawie pół areny. Z przejęciem patrzę na zespół ratownictwa medycznego, który taszczy ze sobą pojemne torby i składane nosze.

– To nie będzie konieczne – mamroczę, wskazując ruchem głowy na ich ekwipunek.

– Oddaj im Izzie. – Fex stoi tuż obok mnie.

– Tatusiu, ja nie chcę. – Dziecko zaczyna płakać. – Zabierz mnie do mamy!

Izzie boi się lekarzy. Od zawsze się ich bała, a teraz, w nagłej sytuacji, jest jeszcze gorzej. Zbieram się w sobie i mimo protestów córki pozwalam, żeby ratownicy posadzili ją na kozetce i przeprowadzili badanie fizykalne. Zadają jej pytania. Proste i lekkim tonem, ale ona nie odpowiada. Hall od nowa relacjonuje przebieg wypadku, a ja kolejny raz mam wielką ochotę coś rozjebać.

– Co z nią? – pytam, krążąc wokół ratowników jak wściekła osa. – Ma wstrząs mózgu?

– Daj im pracować. – Mitch chwyta mnie za ramiona i nieco odciąga od lekarzy, na co reaguję niskim warknięciem.

– Tam jest moja córka – syczę. – Puszczaj mnie.

– W tym stanie tylko jej zaszkodzisz – włącza się Jim. – Powinieneś odsapnąć. Chcesz wody?

– Czy ona ma wstrząs mózgu?! – krzyczę na Bogu ducha winnych ratowników.

– Z badania nic takiego nie wynika, ale musi mieć pan świadomość, że objawy wstrząśnienia mózgu mogą się pojawić nawet tydzień od wypadku – odpowiada mi jeden z lekarzy. – Dlatego chcielibyśmy zabrać małą do szpitala.

– Co?

– Na obserwację.

– To tylko obserwacja, wyluzuj.

– Fex, kurwa.

– Nie zachowuj się jak cipa – szepcze mi na ucho. – Znajdź swoje jaja, Green.

Gdyby nie to, że jesteśmy otoczeni przez ludzi, a ratownicy uspokajają moją córkę, to kapitan oberwałby z sierpowego w swoją ładną buźkę. Biorę głęboki wdech, a potem podchodzę do noszy, na których leży zapłakana Izzie.

– Hej, kotku. – Opuszkiem palców ścieram łzę spływająca z jej policzka. – Będziesz musiała pojechać do szpitala, wiesz? Ale nie martw się. Nie zostawię cię samej.

– Chcę do mamy!

– Kwiatuszku…

– Mama! Mamusia!

– Czy jest tutaj matka dziecka? – pyta lekarz, patrząc na mnie z wyraźnym wyczekiwaniem.

– Nie, zadzwonię do niej.

– Proszę się pospieszyć.

Kiwam głową, jakbym rozumiał wszystko, co do mnie mówi, ale prawda jest taka, że niewiele do mnie dociera. W uszach słyszę jedynie rozpaczliwe wołanie swojej córki. Całuję ją w czubek głowy i odsuwam się od noszy, a gdy lekarze znikają mi z pola widzenia, Jim wciska w moją dłoń jakiś przedmiot. Swój telefon. Żołądek podchodzi mi do gardła i mimo że nie wykonałem jeszcze połączenia, już słyszę pełen pretensji głos Alice.

– Jasne, dzięki – mamroczę, odchodząc z epicentrum zamieszania. Nie mogę znaleźć sobie miejsca, więc krążę po stołówce jak opętany, a następnie wychodzę i stojąc pod ścianą przed drzwiami naszej szatni, wybieram numer byłej żony. Może nie odbierze? Może…

– Słucham?

– Cześć, Alice, to ja. Tyler.

– Cześć. Co się dzieje?

„Co się dzieje?” Przełykam gorzką ślinę.

– Od razu zakładasz, że coś się stało? – Staram się nadać głosowi swobodny ton.

– To oczywiste. Z czym masz problem? Isa nie chce jeść? Buntuje się przy ubieraniu? Z czym sobie nie możesz poradzić, Tyler?

Opieram głowę o ścianę, przymykam powieki i liczę od zera do dziesięciu w nadziei, że nie postradam zmysłów. Wszystko we mnie aż kipi, żeby wygarnąć jej, jak bardzo olewała naszą córkę, gdy ta pojawiła się na świecie, lecz wówczas wyszedłbym na drania, który nie rozumie, czym jest depresja poporodowa.

– Halo? Jesteś tam?

Domaga się odpowiedzi. Czy mogę ją okłamać? Powiedzieć, że dzwonię z zupełnie innego powodu? Naprawdę to rozważam.

– Izzie się poślizgnęła – wypalam, zanim zmienię zdanie.

– Słucham? Jak to się poślizgnęła? Gdzie?

– Na arenie.

– Pojechałeś z nią na arenę? Przecież powinna być w przedszkolu. Jak to się stało? Dlaczego dopuściłeś do tego, żeby się poślizgnęła?

– Miałem trening, ale…

– Trening!? To kto zajmował się moją córką!?

– Naszą, Alice – cedzę przez zaciśnięte zęby. – Hall miał na nią oko.

– Twój trener? Nie wierzę. – Wzdycha głośno. – Zostawiłeś ją obcemu człowiekowi?! I ty mnie pytasz, dlaczego zakładam, że coś się stało? Kiedy wreszcie dorośniesz?! Dziecko to nie zabawka!

– Wiem! – Podnoszę głos. – Nie miałem wyjścia, rozumiesz? Clarie złożyła wypowiedzenie i zostałem bez opiekunki. Musiałem coś wymyślić, żeby…

– Żeby pograć w hokeja? – warczy.

– Nie przypominam sobie, żeby moja gra w hokeja ci przeszkadzała podczas wszystkich uroczystych gal, gdy jeszcze byliśmy małżeństwem.

– Być może źle mnie zrozumiałeś. Jesteś sportowcem, to w porządku. Spróbuję to przekazać raz jeszcze.

– Nie rób ze mnie matoła!

– Nie robię. Chcę tylko, żebyś przyswoił sobie wiedzę na temat tego, co grozi Isabeli, gdy zabierasz ją na arenę, kiedy sam nie możesz się nią zająć. To było totalnie bezmyślne, Tyler.

Ma rację.

– Uderzyła się w głowę i zabierają ją na obserwację.

– Jak to zabierają ją na obserwację? Mówiłeś, że się poślizgnęła!

– Poślizgnęła się i upadła.

– Boże, brak mi słów. Czy ty wiesz, co zrobiłeś?! Jak mogłeś? Do jakiego szpitala ją zabrano? Moja biedna mała córeczka!

– Biedna była, kiedy nie chciałaś się nią opiekować. – Nie mogę się powstrzymać. – Nie masz prawa robić ze mnie potwora, Alice. To był cholerny wypadek!

– Dobrze wiesz, że cierpiałam na depresję po porodzie! Przechodziłam przez piekło, Tyler!

Wiem, a mimo to postanowiłem użyć tej wiedzy jako tarczy ochronnej. Dupek ze mnie, prawda?

– Przepraszam.

– Było mi trudno się nią zajmować, ale nigdy się nie poddałam. I nie poddam. Twoje słowa są bardzo krzywdzące, wiesz? Nie spodziewałam się, że wypomnisz mi najgorszy okres w moim życiu tylko po to, żeby zatuszować swoją nieudolność.

Unoszę dłoń i wpycham ją sobie do ust, żeby przypadkiem znów nie palnąć czegoś, co tylko podsyci ogień nienawiści. Pozwalam Alice na wyrzucanie słów, które uderzają mnie w sam środek serca, i czekam. Czekam, aż wreszcie zamilknie.

– Forest Lane – odzywam się po dłuższej chwili ciszy. – To tam ją zabierają.

– Będę najwcześniej za dwie godziny. – W jej głosie wyczuwam żal.

– Jadę z nią.

Nie powinno mnie cieszyć, że będę pierwszy, ale… cieszy. I to bardzo.

– Pozwolą ci jechać?

– Jasne.

– Jesteś pewny?

– Tak, do diabła. Przecież jestem jej ojcem!

Alice nie odpowiada, co jest zaskakujące. Moja była żona ma nieograniczony zasób słownictwa, którym lubi podkreślać swoją wartość. Nie jestem przyzwyczajony do ciszy po drugiej stronie, dlatego zaczynam chrząkać.

– Urwało nam połączenie czy…?

– Wracaj do niej. Nie trać czasu.

Alice kończy rozmowę. Jeszcze przez parę sekund ściskam telefon w palcach. Normuję pędzący oddech i dopiero gdy serce przestaje dudnić w piersi, odrywam się od ściany i ruszam na stołówkę.

– Rozmawiałeś z żoną?

– Co mówiła?

Grad pytań spada na mnie, gdy tylko pojawiam się w pomieszczeniu. Myślałem, że każdy pójdzie w swoją stronę, a oni nadal stoją w kręgu i analizują wypadek. Lenny sprawdza nawet skład płynu do mycia podłóg, bo serwis skorzystał z nowej marki środków czyszczących. Szaleństwo.

– Rozmawiałem. Jest okej. – Patrzę na chłopaków z drużyny. – Dzięki, panowie.

– Tyler… – Hall podchodzi do mnie z niepewną miną.

– W porządku – zapewniam. – To nie twoja wina.

– Daj znać, co z małą.

Pewnie, że dam. Izzie jest lubiana na arenie i wiem, że wszyscy będą się martwili jej stanem.

3

Szpital. Kurwa mać.

Wiem, że to właśnie tutaj lekarze czuwają nad moją małą córeczką, ale gdy tylko wchodzę do środka, atakują mnie ostre zapachy środków odkażających i ledwo się powstrzymuję, aby nie zwiać. Przytłaczająca sterylność, długie kolejki do recepcji, płacz niemowląt. Wszystko to zbija się w jeden chaos, który wypełnia mój umysł. Nienawidzę szpitali i z pewnością nie jestem w tym odosobniony. Czuję się dziwnie w hokejowej bluzie, spodniach i butach na siłownię, ale ostatnie, na co mam teraz ochotę, to doprowadzanie się do porządku. Stresuję się, nie mam pojęcia, co zrobić z rękoma, więc podchodzę do automatu i kupuję Dra Peppera w puszce, a potem idę szerokim korytarzem wyłożonym błękitnymi płytkami. Spoglądając na pomarańczowe ściany, mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Bębnię palcami w metalową zawleczkę, przekonując samego siebie, że wszystko jest okej. Spuszczam wzrok na podłogę i prawie parskam histerycznym śmiechem, widząc wzór układający się w żyrafę. Gapię się na zwierzę powołane do życia przez błyszczące płytki i w tej samej chwili dociera do mnie dźwięk otwieranych drzwi. Nie tracąc czasu, ruszam energicznie naprzód, gdzie znajduje się sala obserwacyjna. Zanim jednak udaje mi się skręcić w stronę drzwi, coś z impetem odbija się od mojej piersi. Zatrzymuję się, ale to nic nie daje. Z przerażaniem patrzę na burzę różowych włosów, które wirują w powietrzu, a potem następuje nieprzyjemny huk i…

– Cholera jasna! Patrz, jak chodzisz, palancie!

Spoglądam na drobną kobietę mierzącą nie więcej niż jakieś metr siedemdziesiąt. Koślawo zbiera się z podłogi, posyłając mi wściekłe spojrzenie.

– No i co się gapisz!? Pomóż mi!

Zadziera podbródek i jednocześnie wyciąga dłoń w moją stronę.

– Przepraszam – mruczę, pochylając się. – Nie zauważyłem cię.

Chwytam ją za rękę i najdelikatniej, jak tylko potrafię, pomagam jej wstać.

– Och, doprawdy? – sarka gniewnie, otrzepując dżinsy.

– To pewnie dlatego, że wciąż myślę o córce. Została tutaj przewieziona, a mnie wyproszono z sali na czas badań i… – Wzdycham głęboko. – Naprawdę jest mi przykro.

Stajemy naprzeciw siebie. Ona nadal patrzy na mnie jak na drania, a ja czuję się coraz gorzej, bo przecież nie przyjechałem tutaj przewracać ludzi. Rany, co za paskudny dzień.

Tydzień. Miesiąc.

Kolejny raz przypominam sobie słowa Alice, a potem pozwalam, żeby wchodziły mi głęboko w serce i cięły je jak ostrze. Jak mogłem dopuścić do tej sytuacji? Czemu zostawiłem Izzie pod okiem trenera? Z drugiej strony to nie był pierwszy raz. Mam zaufanie do Halla. Czy to robi ze mnie nieodpowiedzialnego rodzica?

– Co z twoją córką?

Zaskakuje mnie jej pytanie. Naprawdę sądziłem, że już się do siebie nie odezwiemy.

– Poślizgnęła się, upadła i straciła przytomność.

– Och, to rzeczywiście straszne. Długo była nieprzytomna?

– Nie, zaledwie sekundę. Może dwie. – Przeczesuję palcami włosy. – Całe szczęście, że ty nie odleciałaś. Szlag, nawet nie spytałem, czy wszystko w porządku.

– Przeżyję – zapewnia, wykrzywiając pełne usta w grymasie, a zaraz dodaje: – Mój podopieczny też jest na obserwacji.

– Coś poważnego?

– Narzekał na ból brzucha, ale wcześniej po kryjomu pochłonął przynajmniej z dziesięć batoników, więc nie do końca wiemy, czy coś się dzieje, czy po prostu płaci za swoje obżarstwo.

– Dzieci, co?

– Taa… – odpowiada, masując ramię. – Z nimi nigdy nie ma nudy.

Przyglądam się kobiecie. Wygląda na młodszą ode mnie, może o jakieś pięć lat. A jej różowe włosy wcale nie okazują się różowe. To refleksy. I sięgają jej do połowy ramienia. Mój wzrok szybko ucieka w kierunku obojczyka. Materiał obszernej koszulki z motywem wściekłego byka zsunął się podczas upadku, przez co teraz mogę dostrzec fragment tatuażu. To zaledwie jakaś linia, ale z jakiegoś powodu to wystarczy, bym poczuł się zaintrygowany. Z trudem odrywam oczy od szczupłego obojczyka i dyskretnie zerkam w kierunku jej nóg. Są… ja pierdolę, są naprawdę seksowne. Do głowy przychodzą mi durne myśli. Zastanawiam się, czy coś trenuje, bo przecież tak idealnego kształtu nie wyrabia się, siedząc przed telewizorem. Robi mi się gorąco, kiedy wyobrażam sobie, jak zdejmuje obcisłe dżinsy i sunie dłonią po gładkiej, jędrnej skórze ud. Jezu, dlaczego w ogóle o tym myślę? Wcześniej aż tak bardzo nie podniecały mnie tatuaże na kobiecym ciele, a już z pewnością nie robił tego pieprzony fragmencik. Co się ze mną stało? To wina stresu? Na pewno. Wspomnienie wypadku Izzie w mgnieniu oka studzi moje dziwnie podwyższone libido.

– Idę do automatu – odzywa się dziewczyna po chwili niezręcznej ciszy.

– Spoko, nie mam zamiaru tam na ciebie wpadać czy coś.

„Nie mam zamiaru na ciebie wpadać”? Co za kretyński tekst. Potrzebuję odpoczynku. Mój umysł zamienił się w papkę. Pieką mnie koniuszki uszu, przesuwam dłonią po twarzy, jednocześnie ścieram cienką warstwę potu. A potem kobieta znika. No może nie tak dosłownie, bo automat znajduje się na końcu tego błękitno-pomarańczowego korytarza, ale jestem pewny, że przyspieszyła, gdy musiała mnie ominąć. Uznała, że jestem niemiły? Szczerze mówiąc, trochę godziłoby to w moje ego. Mimo to staram się nie analizować przesadnie jej zachowania. To tylko jednorazowe spotkanie. Szansa, że znowu się zetkniemy, jest mniejsza niż zero, więc zdecydowanie nie powinienem się przejmować. Otrząsam się i ruszam w kierunku uchylonych drzwi. Sala obserwacyjna jest wypełniona po brzegi pacjentami i personelem w seledynowych uniformach, który biega od jednej kozetki do drugiej.

– Przepraszam, co z moją córką? – zaczepiam pielęgniarkę.

Kobieta zatrzymuje się w pół kroku, a na jej twarzy maluje się zdumienie, gdy krzyżujemy spojrzenia.

– Z pana córką? – powtarza, oblewając się rumieńcem.

– Isabelle Green. Zabrano ją na jakieś badania.

– Tak, tak. – Wzdycha cicho. – Proszę mi wybaczyć, ja… ja jestem zagorzałą fanką Dallas Stars i… panie Green… o Boże, nadal nie wierzę, że to pan.

– Co z Izzie? – pytam, ledwo powstrzymując irytację.

– Dziewczynka miała zleconą tomografię komputerową.

– Mogę się z nią zobaczyć?

– Jasne. – Chrząka. – Proszę za mną.

Kobieta prowadzi mnie w głąb sali. Przechodzimy obok różnych pikających aparatur, aż w pewnym momencie odwraca się gwałtownie w moją stronę.

– Brakuje pańskiej zgody na badanie. Proszę to założyć, dobrze? – Podaje mi niebieską maseczkę ochronną.

– Zgadzam się na wszystko – mówię, zasłaniając twarz włókniną. Nienawidzę tego gówna od czasu pandemii covidu, ale postanawiam zachować swoje nerwy dla siebie.

– Wspaniale – odpowiada i kontynuuje marsz po sali.

Nie wiem, dokąd idziemy, ale nagle wychodzimy z pomieszczenia i znajdujemy się w niewielkim pokoiku z ogromną szklaną ścianą. Chcę zapytać pielęgniarkę, po co tutaj przyszliśmy, lecz wówczas potężny sprzęt medyczny po drugiej stronie szyby zaczyna wydawać mało przyjemne dźwięki.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

4

Emily

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Tyler

Dostępne w wersji pełnej

9

Emily

Dostępne w wersji pełnej

10

Tyler

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Emily

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Tyler

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Emily

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Tyler

Dostępne w wersji pełnej

19

Emily

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Tyler

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Emily

Dostępne w wersji pełnej

24

Emily

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Emily

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Tyler

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Ewelina Kapelewska

Redakcja: Justyna Yiğitler

Korekta: Małgorzata Lach

Projekt okładki: Adelina Sandecka

Zdjęcie na okładce: © Mandrixta; © dule964; © BillionPhotos.com / Stock.Adobe.com

Copyright © 2026 by Karolina Zielińska

Copyright © 2026, Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-571-2

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Karolina Zielińska, Falling for a pucking player

PLAYLISTA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

EPILOG

Podziękowania

Karta redakcyjna