Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
792 osoby interesują się tą książką
Studentka i profesor przekraczają granice, bo… serce nie zna zakazów.
Heather miała wszystko zaplanowane – studia na MIT, przyszłość w branży gier, życie zbudowane na pasji, nie na obowiązku. W jednej chwili wszystko się jednak zmieniło. Po śmierci rodziców to ona stała się jedyną opiekunką trojga młodszego rodzeństwa. Każdy dzień to dla niej walka – o bezpieczeństwo dzieci, spokój i samą siebie.
Kiedy pewnego wieczoru pozwala sobie na chwilę zapomnienia i spędza noc z nieznajomym poznanym w sieci, nie spodziewa się, że to na zawsze odmieni jej życie. Ich spotkanie jest pełne namiętności i niebezpiecznego magnetyzmu. Następnego dnia dziewczyna odkrywa, że mężczyzna, który tak silnie ją zafascynował, to… jej nowy profesor.
Dominic Masen skrywa tajemnice, które nie pozwalają mu zaznać spokoju. A Heather zbyt wiele straciła, by zaryzykować kolejne złamane serce. Mimo to między nimi rodzi się uczucie, które nie powinno istnieć.
Bo najtrudniej jest przerwać coś, co zakazane, ale przynosi ukojenie.
Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 415
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Heather
– Myślisz, że jest prawdziwe? – spytałam przyjaciółkę, opierając się o bar.
Lucy przybliżyła telefon do twarzy i przyjrzała się dokładnie fotografii.
– Nie wygląda mi to na Photoshop, co nie oznacza, że jest prawdziwe – powiedziała. – Mało to palantów, którzy używają zdjęć kogoś innego, aby poderwać dziewczynę? Nie wiem, czego oni się spodziewają. Że co? Że się nie zorientujemy, kiedy wreszcie spotkamy ich na żywo?
Westchnęłam.
– Ej, lalunia, przynieś nam nową kolejkę!
– Skoro o palantach mowa – mruknęła pod nosem.
Zmierzyła wzrokiem grupkę mężczyzn siedzących przy stoliku w kącie. Prychnęła i odwróciła się z powrotem w moją stronę.
– Jaka jest szansa, że naprawdę pojawi się ten koleś ze zdjęcia? – spytałam.
– Pięćdziesiąt do pięćdziesięciu – odparła, a ja zgromiłam ją wzrokiem. – No co? Albo to on, albo nie. Pięćdziesiąt procent szansy… DOMMAS123? To jego nick? Nie wysilił się za bardzo.
Wzięłam od niej komórkę i schowałam ją do kieszeni.
– Ej, lalunia, skończ te pogaduchy i przynieś wreszcie nasze browary!
– Już biegnę – powiedziała kpiąco Lucy, kręcąc głową. – Naprawdę nie rozumiem, co cię pociąga w facetach. Są leniwi, protekcjonalni i mają problemy z higieną. Nie ma z nich zbyt wiele pożytku.
– Generalizujesz.
– Bardzo prawdopodobne, ale nie będę zaskoczona, jak za jakiś czas przyznasz mi rację.
Jeden z grupki hałaśliwych klientów podniósł się z trudem z krzesła i lekko chwiejnym krokiem podszedł do baru. Miał mocno przerzedzone blond włosy, czerwoną twarz usianą piegami i wielkie usta, które wygiął właśnie w lubieżnym uśmiechu.
– Głucha jesteś, laluniu? – spytał, opierając się o ladę.
– A ty ślepy? – warknęła Lucy, wskazując palcem na wiszącą na ścianie tablicę z napisem: „Samoobsługa”.
– Eee… mogłaś powiedzieć.
– A ty mogłeś kulturalnie spytać, a nie wydzierać się jak świnia.
Zachichotałam, widząc radosne ogniki w oczach przyjaciółki. W takich sytuacjach czuła się jak ryba w wodzie. Coraz częściej się zastanawiałam, czy czasem specjalnie ich nie prowokuje, aby móc wyżyć się na upierdliwych klientach.
Puściła mi oczko, poprawiła kucyk i podeszła do kontuaru, kręcąc seksownie biodrami. Ubrana w czarne skórzane spodnie i gorset wyglądała jak bogini przysłana z samych piekieł, by dręczyć mężczyzn. A wnosząc po zaciśniętych w pięści dłoniach blondyna i jego obślizgłym spojrzeniu błądzącym po jej ciele, właśnie złapała swoją kolejną ofiarę.
Mój telefon zawibrował, informując mnie o nowym powiadomieniu z aplikacji randkowej.
DOMMAS123: Będę za 5 minut.
Serce podeszło mi do gardła, a dłonie drżały, kiedy odpisałam krótkie „OK”. To nie pierwszy raz, gdy umawiałam się na seks z nieznajomym, więc dlaczego tak się stresowałam? Czy chodziło o jego wygląd? O tę przystojną twarz z najsmutniejszymi błękitnymi oczami, jakie kiedykolwiek widziałam? A może o jego wiadomości, w których bezwstydnie opisał, czego się spodziewa po naszym spotkaniu, a które brzmiały jak wyjęte wprost z moich fantazji?
Nie miałam pojęcia.
Zerknęłam na zegarek. Trzy minuty.
Rozejrzałam się po zatłoczonym klubie, czując, jak ze zdenerwowania żołądek zaciska mi się w ciasny supeł. Przesunęłam wzrokiem po otaczających mnie twarzach, lecz żadna nie przypominała twarzy mężczyzny ze zdjęcia.
Dwie minuty.
Odwróciłam się z powrotem w stronę baru i zerknęłam na przyjaciółkę, która z gniewną miną nalewała piwo do wielkich kufli. Blondyn opierał się o ladę i uśmiechał głupkowato.
– Jak to jest, że taka ładna dziewczyna ma taką naburmuszoną minę? – spytał.
Lucy spiorunowała go wzrokiem, lecz nie odpowiedziała. Nie musiała. Grymas obrzydzenia na jej twarzy mówił wszystko.
Mężczyzna nie dawał jednak za wygraną.
– Nie chcę cię zdenerwować.
– To przestań mówić – burknęła Lucy, stawiając gwałtownie kufel na blacie.
Minuta.
Odwróciłam się w stronę schodów, a mój wzrok od razu wyłowił go spośród tłumu.
Wysoki. Szczupły. Z burzą lekko falowanych włosów. Nawet mimo dzielącej nas odległości mogłam stwierdzić, że wygląda dokładnie tak jak na zdjęciu. Otaczała go nawet ta sama aura pewności siebie. Widać ją było w tym, jak się poruszał, jak świadomy był swojego ciała. Jakby nie miał żadnych wątpliwości co do tego, kim jest.
Rozejrzał się, zatrzymując w pół kroku, gdy nasze spojrzenia wreszcie się spotkały.
Miałam wrażenie, jakby świat skurczył się do nas dwojga. Nie widziałam i nie słyszałam nikogo innego.
Mijały sekundy. Jedna. Druga. Trzecia…
Siedziałam nieruchomo, nie mogąc oderwać wzroku od mężczyzny. Jakbym się bała, że zniknie, gdy popatrzę w inną stronę.
– Jednak nie Photoshop.
Wzdrygnęłam się, słysząc głos Lucy za moimi plecami. Z trudem odwróciłam się w jej stronę.
– Wszystko okej? – spytała, przyglądając mi się uważnie. – Mam go spławić?
Pokręciłam energicznie głową, niezdolna się odezwać.
Lucy wydęła usta, wyraźnie nieprzekonana. W końcu sięgnęła pod ladę i podała mi klucze.
Złapałam je, zeskoczyłam ze stołka i uśmiechnęłam się krótko do przyjaciółki. Na drżących nogach zbliżyłam się do mężczyzny, ponownie nawiązując z nim kontakt wzrokowy. Minęłam go bez słowa i ruszyłam w stronę długiego korytarza. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że brunet idzie za mną. Wręcz czułam na sobie jego palące spojrzenie.
Przeszłam obok wyjścia ewakuacyjnego, toalet i wkroczyłam do łazienki pracowników. Było to ciasne, ponure pomieszczenie, na którego wyposażenie składały się tylko dwa odrapane fotele, zniszczony stolik, muszla klozetowa, umywalka i lekko zaśniedziałe lustro.
Zamknęłam drzwi na klucz i odwróciłam się w stronę mężczyzny.
Z bliska wyglądał jeszcze lepiej. Gęste włosy opadające na wysokie czoło. Jasnobłękitne oczy okalane długimi rzęsami. Prosty nos, wąskie usta, kilkudniowy zarost.
Nikt nie miał prawa prezentować się tak dobrze w ostrym świetle jarzeniówki.
Jego atrakcyjność tylko spotęgowała moje zdenerwowanie. Nagle zdałam sobie sprawę ze wszystkich swoich niedoskonałości: zbyt jasnej karnacji, odstających uszu czy lekko zgarbionego nosa.
Czekałam, aż mężczyzna wreszcie wykona swój ruch, lecz on jedynie stał i wpatrywał się w moją twarz szeroko otwartymi oczami. Przestąpiłam z nogi na nogę, nie wiedząc, jak się zachować. Normalnie nie musiałam nic robić. Wystarczyło, że zamykałam za sobą drzwi, a faceci od razu próbowali się do mnie dobierać.
Czas mijał, każda sekunda zdawała się ciągnąć w nieskończoność.
Nadal nic. Zero reakcji.
Ogarnęły mnie wątpliwości. A co, jeżeli mu się nie spodobałam? Może dlatego tak dziwnie się zachowywał? Bo nie wiedział, jak z klasą wybrnąć z tej sytuacji? W takim razie mu pomogę.
– Masz zamiar w końcu mnie dotknąć? – spytałam ostrzej, niż zamierzałam.
Zadziałało. Dwa kroki i stał tuż obok mnie. Zmrużył oczy, usta zacisnął w wąską linię.
– Ściągnij sukienkę.
Zadrżałam, po raz pierwszy słysząc jego głos. Niski, chropowaty, głęboki. Idealny.
Krew buzowała mi w żyłach, gdy powoli, rozkoszując się tą chwilą, zsunęłam z siebie materiał i pozwoliłam mu opaść na ziemię. Drżałam. Nie wiedziałam, czy od zimnego powietrza uderzającego w moją rozgrzaną skórę, czy od intensywnego spojrzenia mężczyzny, bez pośpiechu sunącego po moim nagim ciele.
Zamarłam, gdy sięgnął ku mnie i ściągnął spinkę, rozpuszczając moje włosy.
– Pociągnij mnie za nie – powiedziałam, nie mogąc się powstrzymać.
Złapał moje loki w garść i szarpnął je mocno. Jęknęłam, czując, jak ogarnia mnie podniecenie.
– To już drugi raz, gdy zapomniałaś, że to ja tutaj żądzę – powiedział cichym, ale stanowczym głosem. – I to ja ustalam zasady. Zrozumiałaś?
Skinęłam głową.
– Zrozumiałaś? – powtórzył, tym razem ciągnąc moją głowę mocno do tyłu.
– T-tak.
– Dobrze.
Wpił się w moje usta, szarpiąc mnie za włosy. Pocałunek był kolejną demonstracją jego władzy. Zaborczy, dominujący, pełen pasji. Stęknęłam, gdy pulsowanie między moimi nogami przybrało na sile. Jeszcze nigdy nie byłam tak pobudzona. Wystarczyłby najmniejszy dotyk mężczyzny, żebym doszła.
Niestety jego dłonie błądziły po całym moim ciele, omijając miejsce, w którym najbardziej go potrzebowałam. Jęknęłam, ocierając się o niego bezwstydnie. Czułam, że jestem już blisko. Że wiszę tuż nad krawędzią i za chwilę z niej spadnę. Wystarczy, że poruszę jeszcze raz biodrami, i…
– Dość – warknął, przyglądając mi się spod półprzymkniętych powiek. – Pozwoliłem ci dojść?
– Nie, ale…
Urwałam, widząc jego wkurzone spojrzenie.
– Ale postanowiłaś ponownie pokazać mi swoją niesubordynację? – dopytał, szarpiąc mnie za włosy.
Nie sądziłam, że to możliwe, ale podnieciłam się jeszcze bardziej. Złączyłam uda, starając się znaleźć jakiekolwiek tarcie, które choć trochę złagodzi moje cierpienie, ale nie miałam tyle szczęścia.
Jednym sprawnym ruchem mężczyzna złapał mnie za biodra i odwrócił plecami do siebie.
– Złap się umywalki… nogi szeroko… lekko się pochyl… dokładnie tak.
Jego zimne palce gładziły moje plecy, biodra, uda. Nie mogłam powstrzymać drżenia. Oparłam ciężar ciała na dłoniach, bojąc się, że jeszcze moment, a kolana odmówią mi posłuszeństwa.
Nagle jego ręce zniknęły. Z moich ust wyrwał się jęk protestu, szybko zagłuszony przez jakiś odgłos. Dopiero gdy poczułam ból rozchodzący się po moich pośladkach, zrozumiałam, co właśnie się stało.
Mężczyzna dał mi klapsa. Mocnego. Piekącego.
Dokładnie takiego, o jakim fantazjowałam od lat. Dokładnie takiego, jak opisałam mu w wiadomości.
Napięłam się, czekając na kolejnego. Sekundy mijały, lecz nic się nie działo. Wreszcie, gdy czułam, że dłużej nie wytrzymam, uderzył mnie po raz drugi.
– Och – sapnęłam, odruchowo sięgając dłonią do tyłu.
– Ręce na umywalkę – powiedział, ciągnąc mnie za włosy i przysuwając moją twarz do lustra. – I nie zamykaj oczu. Chcę, żebyś widziała, kto ci to robi.
Kolejne trzy klapsy spadły jeden po drugim. Drżałam. Pulsowanie między moimi nogami stało się wręcz niemożliwe do zniesienia.
W ciszy obserwowałam mężczyznę w lustrze. Ściągnął kurtkę i powoli, bez pośpiechu, zaczął podwijać rękawy koszuli. W końcu stanął tuż za mną i ponownie pociągnął mnie za włosy, przyciągając do siebie. Jęknęłam, czując jego wyraźną erekcję, napierającą na moje pośladki.
Mimowolnie poruszyłam biodrami, czym zasłużyłam na kolejnego klapsa.
– Pozwoliłem ci to zrobić? – spytał, odnajdując w lustrze moje spojrzenie.
– Nie.
– Dojdziesz wtedy, gdy ja tak zdecyduję.
Jęknęłam, nie kryjąc frustracji. Mężczyzna uśmiechnął się diabolicznie, przesuwając ręce w dół mojego brzucha, aż wreszcie zatrzymał je tam, gdzie najbardziej tego potrzebowałam. Napięłam się, pełna nadziei, że moje męki się skończą, lecz jego dłoń nagle znieruchomiała.
Przysięgam, że jeszcze chwila i eksploduję. Po raz pierwszy czułam się w taki sposób. Tak świadoma swojego ciała: wrażliwości piersi, napiętego kręgosłupa, bolesnego pulsowania między nogami.
– Proszę… – wyszeptałam, z trudem powstrzymując się przed poruszeniem biodrami.
Coś zmieniło się w jego twarzy. Zasnuł ją jakiś cień; oczy pociemniały, gdy przyglądał mi się z dziwnym błyskiem. Puścił mnie, sprawiając, że na chwilę straciłam równowagę.
Prawie się popłakałam, gdy do moich uszu dotarł dźwięk rozpinanego zamka i rozrywanej folii.
Wreszcie!
Serce dudniło mi w piersi, krew szumiała w skroniach, gdy poczułam, jak mężczyzna ustawia się za moimi plecami. Odszukałam jego spojrzenie w lustrze i popatrzyłam na niego błagalnie.
Podziałało. Wszedł we mnie jednym pchnięciem, uderzając mocno dłonią w mój pośladek.
– Och – sapnęłam.
Zamknęłam oczy i opuściłam głowę, pragnąc w pełni rozkoszować się tą chwilą. Ostre szarpnięcie za włosy zmusiło mnie jednak do wyprostowania się.
– Co mówiłem? – spytał zachrypniętym głosem. – Patrz w lustro. Masz dokładnie widzieć, kto ci to robi. Kto sprawia, że ledwo trzymasz się na nogach.
Miałam papkę zamiast mózgu. Słowa mężczyzny, jego dotyk i zachowanie sprawiły, że ciągle wisiałam nad przepaścią przyjemności, lecz nie mogłam z niej spaść. Gdyby tylko wreszcie dotknął mnie tam, gdzie najbardziej tego potrzebowałam…
Jakby czytając mi w myślach, przesunął dłoń w dół mojego brzucha.
– Proszę – wydusiłam.
– Jeszcze nie.
– Proszę.
– Powiedziałem: nie. Dojdziesz, kiedy ja tak zdecyduję.
Zacisnęłam palce na umywalce, czując, jak łzy frustracji napływają mi do oczu.
Tymczasem on przyspieszył ruchy. Jego urywany oddech łaskotał mnie w szyję, silne dłonie ciągnęły za włosy.
Czułam, że nie wytrzymam dłużej.
Popatrzyłam na niego błagalnym wzrokiem. Jego intensywne spojrzenie ani na chwilę nie opuszczało mojej twarzy. Sprawiało mu radość oglądanie mnie w takim stanie.
Dzikiej. Bezwstydnej. Całkowicie zdanej na jego łaskę.
W końcu, gdy już prawie straciłam nadzieję, wsunął dłoń między moje nogi i potarł delikatnie, szepcząc mi do ucha:
– Teraz.
Nie potrzebowałam nic więcej. Doszłam, odruchowo przymykając powieki.
– Patrz na mnie – rozkazał od razu.
Z trudem uniosłam wzrok. Fale rozkoszy nadal zalewały moje ciało, każda kolejna intensywniejsza od poprzedniej.
Mężczyzna wbił palce w moje biodra, uderzając we mnie z całą mocą. Nagle znieruchomiał, a z jego ust wydobyło się ciche westchnięcie. Odnalazłam jego twarz w lustrze. Nawet gdy dochodził, prezentował się idealnie. Błyszczące spojrzenie, lekko zarumienione policzki, zaciśnięte szczęki.
Wysunął się ze mnie i wyrzucił zużytą gumkę do kosza. A potem bez słowa zapiął spodnie, złapał kurtkę i wyszedł z pomieszczenia.
Heather
Zaparkowałam na podjeździe, zgasiłam silnik, ale nie wysiadłam z auta. Oparłam się o zagłówek i zapatrzyłam na okno, oświetlone słabą poświatą lampki. Obrazy sprzed kilku godzin zalały moją głowę: ostre słowa mężczyzny, jego duże dłonie i orgazm mojego życia. Na samo ich wspomnienie poczułam bolesne pulsowanie między nogami.
Po raz pierwszy spotkałam faceta, który w stu procentach spełnił moją fantazję. W porównaniu z nim inni moi kochankowie wypadali blado, wręcz fatalnie. Jakby ktoś zmusił ich do odgrywania jakiejś roli, a oni nie mieli nic do gadania. Jakby działali wbrew swojej naturze.
Lecz dzisiaj nikt niczego nie udawał. Wszystko było jak najbardziej prawdziwe. Oboje dostaliśmy to, czego pragnęliśmy… A nawet znacznie więcej.
Westchnęłam, zerkając na zegarek. Dochodziła druga w nocy. Moja chwila wytchnienia właśnie dobiegła końca – najwyższa pora wrócić do smutnej rzeczywistości. Zapaliłam lampkę, poprawiłam makijaż i przeczesałam włosy palcami, chociaż zdawałam sobie sprawę, że to bezcelowe. I tak nie ominie mnie kazanie.
Zrezygnowana wysiadłam z samochodu i weszłam do domu. Ledwo zamknęłam za sobą drzwi, gdy w progu pojawiła się ciotka Trudy. Jak zwykle miała na sobie sięgającą kostek spódnicę i gruby kardigan. Włosy zaczesała do tyłu, na twarzy nie miała ani grama makijażu.
– Cześć, dzięki za popilnowanie dzieciaków – powiedziałam, ruszając szybko w kierunku schodów.
– Gdzie byłaś? – spytała ostro.
Niechętnie odwróciłam się w jej stronę, chcąc jak najszybciej mieć tę rozmowę za sobą.
– W klubie.
– W którym?
– Dobrze wiesz w którym – mruknęłam. – W tym samym co tydzień temu i dwa tygodnie temu. Czy mogę już pójść na górę? Jestem zmęczona, a muszę rano wcześnie wstać.
Prychnęła.
– Nawet nie pytam, czym jesteś zmęczona. – Przesunęła wzrokiem po moich rozczochranych włosach i lekko opuchniętych ustach, aby na dłużej zatrzymać się na pomiętej sukience. – Myślisz w ogóle o swoim rodzeństwie? Jaki przykład im dajesz?
Poczułam się, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Dusiłam się, nie potrafiąc złapać oddechu. W końcu szok ustąpił miejsca wściekłości.
Popatrzyłam na ciotkę, ledwo panując nad gniewem. Jak śmiała? Po tym wszystkim, co dla nich zrobiłam, co dla nich poświęciłam? Wywróciłam swoje życie do góry nogami, aby podporządkować je dzieciakom, a ona miała czelność zarzucić mi, że o nich nie myślę?
– Dzięki za dzisiaj – wydusiłam przez ściśnięte gardło, po czym wbiegłam po schodach na górę.
Bałam się, że jeszcze chwila i powiem coś, czego będę później żałować. Przystanęłam w korytarzu na piętrze i oparłam czoło o ścianę, czekając, aż ciotka zbierze swoje rzeczy i wyjdzie z domu.
Czy choć raz mogłaby się powstrzymać od prawienia mi kazań i po prostu nic nie mówić? Nasza rozmowa… a dokładniej przesłuchanie trwało tylko dwie minuty, lecz tyle wystarczyło, aby odnieść zamierzony skutek. Żeby zasiać we mnie ziarenko niepewności. Sprawić, że zaczęłam w siebie wątpić. Czy dobrze robię? A może ciotka ma rację i wpłynie to negatywnie na dzieci?
Potrząsnęłam głową, odrzucając wątpliwości. Byłam zbyt zmęczona, żeby się teraz nad tym zastanawiać.
Po cichu uchyliłam drzwi do pokoju chłopaków i zajrzałam do środka. Mimowolnie się uśmiechnęłam, widząc ich otwarte we śnie buzie i powykręcane pozycje. Wyglądali tak spokojnie i nieszkodliwie, że prawie zapomniałam, jacy są naprawdę. Że tylko z wyglądu przypominają dwa aniołki, a w rzeczywistości sam diabeł zesłał ich na ziemię, aby mnie ukarać. Za co? Nie miałam pojęcia, ale musiałam mocno nagrzeszyć, skoro tak wyglądała moja pokuta.
Weszłam do drugiego pokoju, oświetlonego słabym światłem lampki nocnej, i na palcach podeszłam do stojącego w kącie łóżka. Przyjemne ciepło rozlało się w dole mojego brzucha na widok śpiącej Sophie. Jasne blond włoski, drobny nosek, długie rzęsy, idealnie okrągła buzia. Jak rodzicom udało się stworzyć coś tak cudownego? I dlaczego przy mnie się tak nie postarali?
Wykąpałam się i wsunęłam pod kołdrę. Mimo ogromnego zmęczenia nie potrafiłam zasnąć. Jak bumerang powracały do mnie wspomnienia sprzed kilku godzin. Intensywne spojrzenie mężczyzny, dotyk jego dłoni na moim ciele, ochrypły głos. To, z jaką łatwością mnie kontrolował; sprawiał, że balansowałam na cienkiej granicy pomiędzy przyjemnością a bólem.
Przewracałam się z boku na bok, aż wreszcie zasnęłam. Ale nawet we śnie nie mogłam przestać myśleć o tajemniczym mężczyźnie ze smutnymi jasnobłękitnymi oczami.
Obudził mnie jakiś hałas, a później dźgnięcie w policzek. Zamrugałam, z trudem unosząc powieki, i uśmiechnęłam się szeroko, widząc wpatrującą się we mnie Sophie.
– Cześć, Hattie – przywitała się swoim dźwięcznym głosem, jak zwykle pełna energii od samego rana.
– Dzień dobry, Słodziaku. Wyspałaś się?
– Tak. Baba Jaga kazała nam iść spać zaraz po kolacji.
– Mówiłam ci, że nie możesz jej tak nazywać.
Chociaż sama musiałam przyznać, że Baba Jaga idealnie pasowało do ciotki Trudy. Byłabym w stanie uwierzyć, że w wolnym czasie porywała biedne dzieci i zanudzała je na śmierć swoimi kazaniami o cnocie i moralności.
– Chłopaki też tak ją przezywają.
– I im też mówiłam, że nie mogą tego robić.
– Nawet w tajemnicy?
– Tak, nawet w tajemnicy.
Sophie przewróciła oczami, teatralnie przy tym wzdychając. Dokładnie tak samo, jak robiły to bliźniaki, gdy uważały, że przesadzam. Czyli przez cały czas.
Zerknęłam na telefon i zerwałam się na równe nogi. Zaspaliśmy. I to solidnie.
– Cholera! – mruknęłam.
– Cholera? – dopytała Sophie.
– Nie powtarzaj tego, skarbie – powiedziałam, w pośpiechu zakładając losowe ciuchy z szafy. Ciemne dżinsy i koszulkę z jakimś nadrukiem. – To brzydkie słowo.
– To dlaczego tak mówisz?
Dobre pytanie.
– Nie wiem – odparłam szczerze. – Po prostu czasem mi się wymsknie.
Sophie zmrużyła oczy, lecz na szczęście odpuściła temat.
– Możesz obudzić chłopaków? – spytałam, wiążąc włosy w kucyk.
– A muszę? Nie lubię ich z rana.
Ja ich lubię, tylko jak śpią, pomyślałam.
– Dobrze, sama ich obudzę. A ty zacznij się ubierać.
Sophie uśmiechnęła się szeroko, pokazując swoje braki w uzębieniu. Dobrze znałam powód jej zadowolenia, więc szybko dodałam:
– I nie, nie możesz włożyć stroju wróżki. Wybierz coś normalnego. Może tę różową sukienkę w kwiatki?
– Ale Hattie…
– Nie.
– Cholera – mruknęła, wychodząc z pokoju.
I tyle ze słodkiego aniołka.
Nałożyłam na szybko makijaż i weszłam do sypialni chłopaków, robiąc jak najwięcej hałasu.
Nic. Nawet się nie poruszyli.
– Pobudka! – krzyknęłam.
Nadal zero reakcji.
Ściągnęłam z nich kołdry i rozsunęłam zasłony, wpuszczając do środka światło.
– Pięć minut – wyburczał Luke, zasłaniając twarz poduszką.
– Nie mamy pięciu minut – odparłam, szarpiąc Paula za ramię.
Chłopak najpierw otworzył jedno oko, później drugie, po czym zamknął oba i znów zasnął.
Złość buzowała mi w żyłach. Czy każdy poranek musiał wyglądać w ten sposób? Wkurzona złapałam braci za stopy i pociągnęłam tak, że spadli z łóżka.
– Uch!
– Aua!
Krzyknęli jednocześnie, rzucając mi mordercze spojrzenia.
– Za dwie minuty macie być na dole, inaczej pojedziecie do szkoły bez śniadania – powiedziałam, wychodząc z pokoju.
Kuchnia była wysprzątana na błysk, jak zwykle po wizycie ciotki. Nauczona doświadczeniem, wyciągnęłam z kosza na śmieci dwa pudełka płatków śniadaniowych, kilka batoników i paczkę chipsów.
Zerknęłam na zegarek. Jeżeli za pięć minut będziemy w samochodzie, to może się wyrobimy.
Sophie zbiegła po schodach i zajęła miejsce przy stole. Ku mojej uldze nie założyła kostiumu wróżki, a zwykłą sukienkę. Podałam jej miskę z płatkami, a gdy jadła, zaplotłam jej dwa warkocze.
Dobra, jedno dziecko z głowy. Jeszcze dwoje.
Jak na zawołanie do kuchni wszedł Paul, a chwilę po nim Luke. Obaj mieli naburmuszone miny i nadal gromili mnie wzrokiem.
– Zapomniałaś odkroić skórkę – mruknął Luke, gdy postawiłam przed nim talerz z kanapką z masłem orzechowym i dżemem.
– To ją oderwij – odparłam, pakując im drugie śniadanie do plecaków.
– To nie to samo. Musisz ją odkroić.
Wypuściłam powietrze ustami, czując, że moja cierpliwość jest na wyczerpaniu. Następnie złapałam tę nieszczęsną kanapkę i odgryzłam z niej skórkę.
– Plhoszę – powiedziałam z pełną buzią.
– Fuj! Teraz tego nie zjem, nie ma opcji! – burknął Luke, odsuwając od siebie talerz.
Sophie wybuchnęła śmiechem, plując mlekiem na wszystko… w tym na swoją sukienkę.
Policzyłam w myślach do dziesięciu, później do dwudziestu, później do trzydziestu, lecz nic to nie dało. Byłam na granicy wytrzymałości i nie ręczyłam za siebie.
– Skoro nie jesz, to pomóż Sophie się przebrać – zwróciłam się do Luke’a. – I jeśli usłyszę choć słowo protestu, nici z jutrzejszego kina.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, właśnie padłabym martwa.
Luke złapał jednak siostrę za rękę i pociągnął ją w stronę schodów, tupiąc przy tym jak małe dziecko.
Popatrzyłam na Paula, czekając, co on odwali, ale na szczęście był zbyt zaspany, aby stwarzać jakiekolwiek problemy. Przeżuwał swoją kanapkę, prawie przysypiając na siedząco. Schowałam mleko do lodówki, a potem wrzuciłam portfel do torebki.
– Czekamy w samochodzie! – krzyknął Luke, wybiegając z chichoczącą Sophie z domu.
Paul z trudem wstał i podążył za nimi, powłócząc nogami.
Rozejrzałam się po kuchni, a upewniwszy się, że wszystko mam, wyszłam na zewnątrz. Zajęłam miejsce za kierownicą i popatrzyłam na zegarek. Ósma trzydzieści jeden. Tylko minuta opóźnienia.
Zadowolona wycofałam z podjazdu i wjechałam na główną drogę.
– Pasy zapięte? – spytałam.
– Taa – mruknął Luke.
W samochodzie panowała cisza. Zero wrzasków, bicia się, przezywania. Coś było nie tak. Zerknęłam na ich twarze w lusterku wstecznym, lecz nie zauważyłam niczego podejrzanego. Może po prostu byli zaspani? Albo zmęczeni poranną gonitwą?
Dziesięć minut później, gdy zaparkowałam pod przedszkolem, zrozumiałam, dlaczego zachowywali się tak dziwnie.
– Patrz, Hattie, jestem wróżką – powiedziała Sophie, pokazując mi swoje skrzydła i różdżkę.
Zgromiłam wzrokiem wyraźnie dumnego z siebie Luke’a. W odpowiedzi pokazał mi język i wybuchnął głośnym śmiechem.
Zabiję tego małego, parszywego gnojka, pomyślałam, ciągnąc wniebowziętą Sophie w stronę wejścia.
Pani przedszkolanka nie ukrywała swojego niezadowolenia na widok dziewczynki i coś czułam, że nie obędzie się bez reprymendy. Dlatego gdy tylko Sophie zniknęła mi z pola widzenia, prawie biegiem ruszyłam z powrotem do auta.
– Zadowolony jesteś z siebie? – spytałam Luke’a, ruszając z piskiem opon.
– Tak – odparł, szczerząc zęby. – I to bardzo.
– Zobaczymy na jak długo.
Mina mu zrzedła. Zacisnął szczęki i odwrócił twarz w stronę okna.
Kilka minut później zaparkowałam przed szkołą. Bliźniaki z ociąganiem wysiadły z samochodu. Zerknęłam na zegarek. Ósma czterdzieści pięć. Idealnie. Zdążę jeszcze wypić kawę przed moimi zajęciami.
– Gdzie ciasto? – spytał Luke.
– Jakie ciasto?
– No, na zbiórkę. Dzisiaj nasza kolej. Mówiłem ci tydzień temu.
– Nie, nie mówiłeś – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
– Nie? – Wzruszył ramionami. – Musiałem zapomnieć.
– I właśnie to powiesz w szkole: że zapomniałeś.
– Nie mogę, już ostatnio zapomnieliśmy.
Popatrzyłam na Paula, szukając u niego potwierdzenia, lecz ten nadal ledwo ogarniał, co się wokół niego dzieje.
Zacisnęłam dłonie na kierownicy, czując, że zbliżam się do punktu krytycznego.
– Wsiadajcie – burknęłam i włączyłam się do ruchu. – I lepiej udawajcie, że was nie ma, bo nie ręczę za siebie.
Podjechałam do najbliższej cukierni i jak burza wpadłam do środka. Obsługującej mnie kobiecie wystarczył jeden rzut oka na moją wkurzoną minę, aby zrozumiała, że nie jestem w nastroju na pogaduszki. W ekspresowym tempie zapakowała ciasto do pojemnika i po niecałych dwóch minutach byłam z powrotem w samochodzie.
– Łap – powiedziałam, podając reklamówkę Luke’owi, a widząc jego niezadowolone spojrzenie, dodałam: – Chcesz coś jeszcze powiedzieć? Nie? To dobrze.
No proszę, jednak miał na tyle rozumu, żeby wiedzieć, kiedy się przymknąć.
Wysadziłam ich pod szkołą i ze smutkiem stwierdziłam, że z kawy nici. Chociaż może to i lepiej. Kto wie, jak mój pobudzony organizm zareagowałby na kofeinę.
Spocona i zmachana, klnąc pod nosem, wbiegłam do sali. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, a widząc, że nie ma jeszcze prowadzącego, opadłam na wolne krzesło.
Jakaś dziewczyna z ciemnymi włosami zaplecionymi w dwa warkocze i tęczowym makijażem odwróciła się w moją stronę.
– Ciężki poranek? – spytała, uśmiechając się pocieszająco.
– Można tak powiedzieć – odparłam, odwzajemniając uśmiech. – Aż tak widać?
– Trochę. Masz przyspieszony oddech, rządzę mordu wypisaną na twarzy i pomalowane tylko jedno oko.
– Cholera – mruknęłam, przeglądając się w ekranie komórki.
Wyciągnęłam z torebki kosmetyczkę, zastanawiając się, czy ten dzień mógłby być jeszcze gorszy, gdy usłyszałam trzask zamykanych drzwi i znajomy głos:
– Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie…
Tak, zdecydowanie ten dzień mógł stać się jeszcze gorszy.
Heather
Nazywam się profesor Dominic Masen i w tym semestrze będę wykładał socjologię social mediów.
Szczoteczka do rzęs zawisła w powietrzu w połowie drogi do mojego oka, gdy z niedowierzaniem wpatrywałam się w człowieka przemierzającego salę.
Nie, to niemożliwe. Nie można mieć aż takiego pecha…
Mężczyzna się odwrócił, udowadniając, że jednak można. Te same gęste włosy, błękitne oczy i wąskie usta, które niecałe dziesięć godzin wcześniej szeptały sprośne słówka do mojego ucha. Jedynie jego ubiór był inny. Zniknęły skórzana kurtka i ciemny T-shirt, a ich miejsce zajęły eleganckie jasne spodnie i sweter, spod którego wystawał kołnierzyk białej koszuli. Przesunął wzrokiem po pomieszczeniu, zatrzymując go na mnie. Jego mina zdradzała, że jest tak samo wstrząśnięty na mój widok, jak ja na jego. Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę, wyraźnie nie wiedząc, jak zareagować. W końcu odchrząknął i ruszył w moim kierunku.
I wtedy to do mnie dotarło. Taka kumulacja pecha w ciągu jednego dnia, ba! – poranka, nie była możliwa. Jedynym logicznym wyjaśnieniem tego wszystkiego było to, że śnię. To tylko sen. Bardzo zły sen. Koszmar, po którym obudzę się zlana potem, ale z zadowoleniem wrócę do mojej nudnej rzeczywistości.
Odetchnęłam z ulgą, czekając, aż się wybudzę. Lecz z każdą upływającą sekundą mężczyzna znajdował się coraz bliżej, a ja nadal tutaj tkwiłam i wyglądało na to, że nigdzie się nie wybieram.
– Wiem, że zapewne wielu z was zapisało się na te zajęcia ze względu na profesora Larringtona i jego… dość luźne podejście do oceniania, mogę was jednak zapewnić, że u mnie nie będzie tak łatwo – powiedział, zatrzymując się tuż przed moją ławką.
No dalej, Heather, obudź się, powtarzałam w myślach. Serce biło mi jak oszalałe, żołądek zacisnął się w ciasny supeł.
– Jak się pani nazywa? – spytał, patrząc na mnie z góry.
Zadrżałam, słysząc ostrzejsze nuty w jego głosie. Tym samym tonem tłumaczył mi wczoraj, że to on tu rządzi i dojdę, dopiero gdy mi na to pozwoli.
– Whi… – Z trudem przełknęłam ślinę. – White.
– A imię?
– Heather.
– Panno White, czy pani zdaniem znajdujemy się w łazience?
Obrazy z wczorajszego dnia zalały mój umysł. Moje dłonie zaciśnięte na umywalce, jego palce boleśnie wbijające się w moje biodra, nasze odbicia w zaśniedziałym lustrze.
– N-nie – wyjąkałam, przerażona, w którą stronę zmierza ta rozmowa.
– W takim razie proszę schować kosmetyki i wyciągnąć materiały, które przesłałem na grupowego maila.
Drżącymi rękami wrzuciłam kosmetyczkę do torebki i udałam, że szukam w niej tych nieszczęsnych materiałów, których oczywiście nie wydrukowałam. Tak naprawdę jeszcze chwilę temu nie wiedziałam, że w ogóle istnieją jakieś materiały.
– Uhm… Musiałam zapomnieć zabrać je z domu – wykrztusiłam w końcu. – Otworzę je na telefonie.
Mężczyzna obserwował mnie spod przymrużonych powiek. W jego oczach płonęły niebezpieczne ogniki.
Zjedzone na śniadanie skórki chleba niebezpiecznie podniosły mi się w żołądku. Po kryjomu uszczypnęłam się w udo, wciąż wierząc, że to tylko zły sen. Niestety nic to nie dało. Nadal znajdowałam się w samym środku tego koszmaru. Spocona, zawstydzona i z tylko jednym umalowanym okiem. Dobrze, że przynajmniej byłam ubrana. Chociaż patrząc teraz na moją bluzkę z nadrukowaną na niej wielką żółtą kaczką, uznałam, że równie dobrze mogłabym być naga.
– Proszę po zajęciach przyjść do mojego gabinetu – polecił mężczyzna, a następnie obrócił się na pięcie i ruszył z powrotem na przód sali.
Wypuściłam wstrzymywane do tej pory powietrze, ciesząc się, że przesłuchanie dobiegło końca. Moja ulga nie trwała jednak zbyt długo, gdy uświadomiłam sobie, że za niecałą godzinę ponownie znajdę się z tym człowiekiem sam na sam.
Podniosłam wzrok, od razu napotykając jego intensywne spojrzenie.
– Tak jak wcześniej wspominałem – powiedział, opierając się nonszalancko o biurko – nie przewiduję dla was żadnej taryfy ulgowej. Obecność będzie stanowić zaledwie pięć procent oceny końcowej, a największą wagę będę przykładał do waszej aktywności w trakcie zajęć. To ona zadecyduje o ostatecznym wyniku waszego zaliczenia. Dlatego radzę wam się dobrze zapoznać z tematami, które będziemy omawiać, i liczę, że doprowadzi to do ciekawej dyskusji. Jeżeli przejrzeliście udostępnione materiały, to zapewne zauważyliście, że zaproponowane przeze mnie zagadnienia są dość kontrowersyjne. Stąd od razu was zapewniam, że nie będę oceniał tego, co uważacie na dany temat, lecz to, w jaki sposób argumentujecie swoje zdanie.
Zaciekawiona, zalogowałam się na grupową skrzynkę, pobrałam odpowiedni załącznik i sprawdziłam temat następnych zajęć: „Pułapki internetowego feminizmu”. Przesunęłam wzrokiem po kolejnych punktach: „Uciążliwi influencerzy – czarna strona internetu”, „Ciałopozytywność – czy naprawdę jest pozytywna?”, „Toksyczne skutki uboczne ruchu self-care”, „Samotność a social media”. Zaskoczona dotarłam do końca listy. Kto by pomyślał, że socjologia może być aż tak ciekawa.
– …i interakcje między nimi – ciągnął profesor Masen. – Socjologia cyfrowa koncentruje się na zrozumieniu roli social mediów w życiu codziennym oraz ich wpływu na wzorce ludzkich zachowań, relacje społeczne czy też koncepcje siebie. Stawia pytania typu: Jak użytkownicy kreują swoje wirtualne tożsamości i czy różnią się one od ich tożsamości w świecie rzeczywistym? W jaki sposób media społecznościowe zmieniają tradycyjne formy komunikacji i interakcji międzyludzkich? Czy media społecznościowe mają wpływ na kształt norm kulturowych i społecznych? Waszym zadaniem będzie znalezienie na nie odpowiedzi.
Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Opowiadał o socjologii cyfrowej z taką pasją i zaangażowaniem, jakby to była najciekawsza rzecz na świecie. Bił od niego profesjonalizm, a także pewność siebie, sprawiająca, że uwierzyłabym w każde jego słowo. Wyglądał identycznie jak wczoraj, a zarazem zupełnie inaczej. Może dlatego, że tym razem nie widziałam tego dziwnego płomienia nienawiści w jego oczach? A może dlatego, że teraz zachowywał się tak, jakbym nie istniała, patrząc wszędzie, byle nie w moją stronę?
Niestety nie na długo.
– Jakie jest wasze zdanie na temat konfliktu w Sudanie? – spytał, rozglądając się po sali. – Może panna White?
Że co? Jakim cudem przeskoczył z podawania ogólnych zagadnień o socjologii do konfliktu w Sudanie w tak krótkim czasie?
Przełknęłam ślinę, z trudem szukając w pamięci jakiejkolwiek informacji na temat Sudanu. Wiedziałam, że trwa tam wojna, ale nic więcej.
– Uhm… uważam, że… – jąkałam się. – Uważam, że to straszne, co tam się dzieje… Że tyle niewinnych osób traci życie czy też… uhm… dach nad głową.
Zamilkłam, czując, że palą mnie policzki. Jeszcze chwila i ze wstydu zapadnę się pod ziemię.
Na szczęście Masen nie skomentował mojej ignorancji, tylko zwrócił się z tym samym pytaniem do kolejnej osoby.
– Ja również uważam, że nigdy nic dobrego nie wynika z konfliktów – odparła szczupła brunetka. – Najgorsze w nich jest to, że cierpią niewinni ludzie, a osoby odpowiedzialne nie ponoszą żadnej kary.
Profesor skinął głową i wskazał dłonią na siedzącego obok niej blondyna.
– Historia pokazała nam, że z wojen nigdy nie wynika nic dobrego – powiedział pewnym głosem chłopak. – Jedyne, co za sobą niosą, to ból i zniszczenie. O ile więcej pożytku wyniknęłoby, gdyby państwa wykorzystały swoje zasoby na poprawę ludzkiego życia zamiast na walkę.
Kolejni studenci zabierali głos, odpowiadając w podobnym stylu: podkreślając zło wynikające z wojny i dorzucając kilka ogólników o śmierci niewinnych ludzi, głodzie czy też zahamowaniu gospodarki. Lecz w przeciwieństwie do mnie wypowiadali się w sposób spójny, a nie ledwo składając słowa.
– Czy ktoś z was może mi podać bezpośrednią przyczynę konfliktu w Sudanie? – spytał po chwili Masen. – Nie? To może wiecie, o co toczą się walki? Też nie? W takim razie na jakiej podstawie wyraziliście przed chwilą swoje zdanie na temat wojny?
Cisza.
– Świat jest pełen ludzi, którzy nie mają wyrobionego zdania na żaden temat aż do momentu, gdy ich o coś zapytasz – kontynuował, widząc, że żadne z nas nie ma zamiaru się odezwać. – Każdy musi mieć opinię na wszystko. Co już samo w sobie nie jest możliwe. Nie jesteśmy w stanie zgłębić każdego zagadnienia na wystarczającym poziomie, aby wyrazić o nim swoją opinię. Możemy jedynie rzucać ogólnikami, tak naprawdę nie wnosząc nic do rozmowy. Czy nie łatwiej byłoby nam się po prostu przyznać, że czegoś nie wiemy?
– Boimy się, że ktoś uzna nas za głupich – powiedział siedzący obok mnie brunet.
– Niewiedza nie równa się głupocie – odparł profesor. – Czy większą głupotą nie jest wygłaszanie truizmów niczym prawdy objawionej? Stawianie siebie w roli znawcy nawet w tak kompleksowych zagadnieniach jak konflikty plemienne?
– Nie każdy widzi to w taki sposób.
– Niestety muszę się z panem zgodzić. Nastały czasy, w których jesteśmy oceniani nie przez pryzmat tego, co robimy, a tego, co mówimy i jakie mamy opinie. Widać to zwłaszcza w internecie, gdzie przepaść między słowami a czynami jeszcze nigdy nie była tak ogromna. – Wyciągnął tablet. – Zdaniem Chrisa Williamsona: „Możesz być najbardziej zepsutym, złym, nieszczerym człowiekiem na ziemi, ale jeżeli w mediach społecznościowych powiesz właściwe rzeczy, będziesz wyglądał jak święty. Nikt tego nie kwestionuje. Udawanie dobrego stało się ważniejsze od czynienia dobra, a udawana empatia jest lepiej nagradzana niż prawdziwa”. – Zamilkł na dłuższą chwilę, wyraźnie zamyślony. – I tą smutną konstatacją kończymy na dzisiaj – dodał, prostując się. – Przypominam o przygotowaniu się na kolejne zajęcia. Podeślę wam dodatkowe materiały, które mogą się przydać.
A potem szybkim krokiem wyszedł z sali, rzucając mi ostatnie zimne spojrzenie.
Dopiero teraz, gdy mężczyzna znajdował się poza zasięgiem mojego wzroku, dotarła do mnie powaga sytuacji.
Przespałam się z moim profesorem.
Nie mogłam się ruszyć. Serce dudniło mi w piersi, krew buzowała w żyłach. Na samą myśl o tym, że czeka mnie kolejna konfrontacja z tym człowiekiem, robiło mi się niedobrze. Nie miałam siły znów się z nim mierzyć. Jedyne, czego pragnęłam, to wrócić do domu, zakopać się w pościeli i udawać, że nic się nie wydarzyło.
– Hej, nie przejmuj się – powiedziała dziewczyna z warkoczami, opierając się o moją ławkę. – Masen to palant. Znajoma miała z nim wczoraj zajęcia i mówiła, że doprowadził do płaczu jedną laskę, bo nie umiała odpowiedzieć na jego pytanie. Najwyraźniej w każdej grupie szuka ofiary, do której może się przyczepić i pokazać, jaki jest ważny… Tak w ogóle jestem Sonia.
– Heather – odparłam, zmuszając się do uśmiechu.
– Co masz teraz? A, no tak… musisz iść do Masena. – Pokręciła głową. – Nie rozumiem, o co mu chodzi. Przecież nie zrobiłaś nic złego. Chyba że tak bardzo lubi gnębić studentów, że robi to też w swoim wolnym czasie.
Wzruszyłam ramionami, chociaż bardzo dobrze wiedziałam, dlaczego chce się ze mną widzieć.
– No nic. – Założyła torbę na ramię i ruszyła w stronę wyjścia. – Do zobaczenia. I powodzenia.
– Dzięki.
Wypuściłam powietrze ustami i zmusiłam się do wstania. Po drodze poprawiłam makijaż, uznając, że dzięki niemu dodam sobie trochę pewności, lecz nie poczułam żadnej różnicy. Nadal byłam tak samo zestresowana.
Przystanęłam przed gabinetem i zapatrzyłam się na złotą tabliczkę z napisem: „Profesor Dominic Masen”. Z trudem uniosłam dłoń i zapukałam do drzwi, błagając, żeby nikt nie odpowiedział.
Oczywiście nie miałam tyle szczęścia.
Nie minęła sekunda, gdy usłyszałam stłumione „wejdź”. Niechętnie nacisnęłam klamkę. Nie zdążyłam wkroczyć do środka, gdy dotarło do mnie kolejne polecenie:
– Zamknij drzwi na klucz.
Heather
Zawahałam się, ale po chwili posłusznie przekręciłam klucz w zamku. Ręce mi drżały, oddech lekko przyspieszył. Po raz kolejny nie rozumiałam reakcji mojego ciała na tego faceta. Co takiego miał w sobie, że tak wyprowadzał mnie z równowagi?
Odwróciłam się w jego stronę. Stał sztywno, z dłońmi zaciśniętymi na oparciu krzesła, i przygryzał dolną wargę. Nie musiałam się wysilać, aby odgadnąć, że jest wściekły.
Na mnie.
– Zrobiłaś to specjalnie? – spytał ostrym głosem, od razu przechodząc do rzeczy.
– Co…? Nie!
– Więc jak to wszystko wyjaśnisz?
– To zbieg okoliczności.
– Zbieg okoliczności? Jakoś trudno mi w niego uwierzyć.
Westchnęłam, przyznając mu rację. Ale nic innego nie przychodziło mi do głowy, odkąd się zorientowałam, że nie śnię. Nawet w najgorszych koszmarach nie miałam aż takiej kumulacji pecha w ciągu jednego dnia.
– A jak inaczej to wytłumaczysz? – spytałam.
– Zrobiłaś to specjalnie.
– Ale po co?
– Nie wiem. Może chciałaś zaimponować koleżankom? Liczyłaś na lepsze traktowanie na zajęciach? A może od razu na zaliczenie?
Coś we mnie pękło. Zbierana od rana złość zawrzała.
– Jak śmiesz insynuować takie rzeczy? – warknęłam, podchodząc do niego. – Nawet mnie nie znasz… Myślisz, że dla mnie to… Naprawdę sądzisz, że… – Urwałam, niezdolna do sformułowania pełnego zdania. Wzięłam głęboki oddech i podjęłam spokojniejszym tonem: – Przypominam ci, że to ty odezwałeś się do mnie pierwszy. Ja jedynie zaakceptowałam twoje zaproszenie. Nie miałam pojęcia, kim jesteś. Znałam tylko twój nick: DomMas, ale byłam pewna, że to skrót od „dominant master”… Tyle.
Masen milczał, wpatrując się uważnie w moją twarz, jakby chciał z niej wyczytać, czy kłamię. Wreszcie się rozluźnił, a z jego oczu zniknęła złość.
– Najlepiej będzie, jak uznamy, że oboje popełniliśmy błąd, i nie będziemy do tego wracać – powiedział. – Rozumiem, że nikomu o tym nie wspominałaś?
– Nie.
– To dobrze. Nie muszę ci chyba mówić, co się stanie, jeżeli nasza tajemnica wyjdzie na jaw?
– Nie – burknęłam, słysząc jego protekcjonalny ton.
– To nie jest złe tylko ze względu na to, że jestem twoim profesorem, ale też dlatego, że jestem od ciebie dwa razy starszy… – Zerknął na mój T-shirt z kaczką. – Wczoraj byłaś mocniej umalowana, więc nie zdawałem sobie sprawy z dzielącej nas różnicy wieku, ale teraz… To niedopuszczalne. Mógłbym być twoim ojcem.
– Dwa razy starszy? – dopytałam powątpiewająco. – Nie wyglądasz na pięćdziesiąt lat.
Uniósł brwi, wyraźnie skonfundowany.
– Jesteś na pierwszym roku, więc założyłem, że masz osiemnaście, maksymalnie dziewiętnaście lat – wyjaśnił.
– Mam dwadzieścia cztery.
Skinął głową, na jego twarzy odmalowała się ulga.
Zapadła cisza. Ciężka niczym tona kamieni.
Nerwowo oblizałam usta. Intensywne spojrzenie mężczyzny podążyło za ruchem mojego języka. Zadrżałam. Moją głowę znów zalały obrazy z poprzedniego wieczora, szybko zastąpione nowymi, bardziej ekscytującymi. Oczami wyobraźni widziałam siebie przechyloną przez masywne biurko, moje nagie pośladki wypięte, czekające na kolejne uderzenie… Popatrzyłam w bok, przerażona, że Dominic byłby w stanie odgadnąć moje myśli. Przesunęłam wzrokiem po biblioteczce zajmującej całą ścianę, po skórzanej kanapie, dwóch fotelach w kolorze whisky, bordowym dywanie w orientalne wzory. Patrzyłam wszędzie, byle nie na ogromne biurko, a tym bardziej na stojącego za nim mężczyznę.
– Uhm… to ja już pójdę – rzuciłam słabym głosem.
Nie odpowiedział.
Bojąc się, że jeszcze chwila i zrobię coś głupiego, prawie biegiem rzuciłam się do drzwi.
– Panno White? – zawołał za mną, a ja z trudem odwróciłam się w jego stronę. – Radzę pani dobrze się przygotować na kolejne zajęcia. Nie przewiduję taryfy ulgowej.
– Pani kazała ci przekazać, że nie można przynosić kupnych ciast – powiedział Luke, gdy kilka godzin później odebrałam ich ze szkoły.
– Uhm – mruknęłam, prawie go nie słuchając.
– Że właśnie o to chodzi, że te ciasta mają być domowe.
– Uhm.
– I następnym razem mają być bez orzechów, bo dużo dzieci ma na nie alergię. I powiedziała jeszcze…
Zaparkowałam przed domem, błagając w myślach o magiczną moc, pozwalającą mi przesunąć czas do wieczora, gdy dzieciaki wreszcie pójdą spać. Niestety, choćbym nie wiem jak długo wpatrywała się w wyświetlacz, zegar nadal wskazywał trzecią po południu.
Kilka godzin spokoju, bez ciągłych pytań, paplaniny i wrzasków. Tylko tyle. Czy naprawdę prosiłam o zbyt wiele? Czy nie zasługiwałam na jakąś nagrodę za to, że przetrwałam dzisiejszy poranek rodem z koszmarów?
– Lu! – krzyknął Luke.
Wyskoczył z samochodu i z całą mocą wpadł w stojącą na podjeździe Lucy. Nie minęła sekunda, gdy dołączył do nich Paul – złapał dziewczynę za rękę i wspólnie z bratem pociągnęli ją w stronę domu.
Wyjęłam śpiącą Sophie z fotelika i ruszyłam za nimi.
– …znów mnie zaczepiał, więc zrobiłem ten chwyt za ucho, co mi poleciłaś – paplał Paul. – Dostałem uwagę od nauczycielki, ale było warto. Gdyby nie…
– Znów dostałeś uwagę? – spytałam.
– Noo tak, ale tym razem za obronę własną, więc się nie liczy. Prawda, Lu?
– Ej, nie zwalaj winy na mnie – obruszyła się Lucy. – Mówiłam ci, że masz się nie dać złapać. Teraz radź sobie sam.
Pokręciłam głową, nie kryjąc dezaprobaty. Chłopcy sami mieli głupie pomysły, lecz w połączeniu z moją przyjaciółką tworzyli wręcz wybuchową mieszankę.
– Pokażcie przedramiona – powiedziałam ostro.
Paul jęknął, Luke zaczął protestować, lecz widząc mój nieubłagany wzrok, w końcu podwinęli rękawy, ukazując mi dwie wielkie czerwone kropki – potwierdzenie, że znów coś nabroili w szkole.
– Na górę. Odrabiać zadanie – poleciłam. – I nie chcę was widzieć ani słyszeć do czasu, aż zawołam was na obiad.
– Ale… – zaczął Paul.
– Żadnego „ale” – weszłam mu w słowo, wskazując palcem w stronę schodów.
Chłopcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia, mruknęli coś niezrozumiałego (zapewne wyzwiska pod moim adresem) i tupiąc głośno, wbiegli na górę. Po chwili rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi, wybudzając Sophie ze snu. Mała otworzyła zaspane oczka, a jej wzrok od razu padł na Lucy.
– Lulu! – zawołała, już zupełnie rozbudzona.
– Cześć, kwiatuszku.
Dziewczynka wyrwała się z moich rąk i podbiegła do Lucy.
– Spójrz, jestem wróżką! – powiedziała, okręcając się dokoła.
– Właśnie widzę. Pewnie panie przedszkolanki były wniebowzięte, co? – spytała Lucy, uśmiechając się do mnie szeroko.
– Tak, nawet chciały porozmawiać z Hattie. – Sophie energicznie pokiwała główką. – A pani Erica pozwoliła mi rzucić na siebie zaklęcie, więc wyczarowałam jej Chase’a, no wiesz, tego z Psiego patrolu, bo to też jej ulubiona bajka, tak jak moja, a później wyczarowałam jeszcze Marshalla, też z Psiego patrolu, no wiesz, żeby Chase nie czuł się samotny, a później…
Wyłączyłam się, niezdolna nadążyć za jej słowotokiem. Zostawiłam Lucy z Sophie w salonie, a sama zniknęłam w kuchni. Nie minęło pięć minut, gdy dołączyła do mnie moja przyjaciółka.
– Padła w połowie historii o czarodziejskim… czymś tam. Położyłam ją na kanapie – oznajmiła, zaglądając do garnka. – Zupa i drugie danie? Kto by pomyślał, że jest jakiś pożytek z Baby Jagi.
– Nie nazywaj jej tak. Wystarczy, że chłopcy to robią.
– A jak myślisz, skąd wzięli to przezwisko? – zapytała, a ja pokręciłam głową, wstawiając zapiekankę do piekarnika. – Znów musiałaś wyciągać jedzenie ze śmietnika?
– Tak, ale tym razem nie zapomniałam wsadzić czystego worka przed wyjściem.
Lucy spróbowała zupy, skrzywiła się i dorzuciła do niej sporą szczyptę soli.
– Do dziś pamiętam, jak na Halloween zamiast cukierków dała nam pastę do zębów i nić dentystyczną.
Parsknęłam śmiechem, przypominając sobie tamten dzień. Ten widoczny w oczach Lucy zawód, gdy zobaczyła, co ciotka Trudy wrzuciła jej do wiaderka.
– Mówię ci, w piekle jest specjalne miejsce dla takich jak ona – dodała, ponownie próbując zupy. – Jak rozumiem, nie odpuściła ci wykładu o moralności?
– Nie.
Żołądek zacisnął mi się w supeł na samo wspomnienie ostrych słów ciotki. Myślałam, że jestem już na nie odporna, lecz ona jak zwykle wiedziała, w które miejsce uderzyć, żeby najbardziej zabolało.
– Chcesz jej zamknąć usta raz na zawsze? – spytała Lucy, machając w moją stronę łyżką. – Powiedz jej, że jesteś lesbijką. Ja tak zrobiłam i widzisz, jak dobrze na tym wyszłam. Zero kazań, wykładów o cnocie. Nawet się do mnie nie zbliża, jakby się bała, że może się tym zarazić.
– Czuję, że jeszcze trochę i naprawdę to zrobię.
– Obiecaj, że dasz mi wcześniej znać. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby ominęła mnie taka scena.
Uśmiechnęłam się, układając talerze na stole. Sama bym to nagrała i puszczała sobie na poprawę humoru.
– Dobra – powiedziała Lucy, wskakując na blat. – Zaczniesz gadać czy mam to z ciebie wyciągnąć? Przez telefon brzmiałaś, jakby stało się coś złego.
– Opowiem ci wszystko, ale najpierw ogarnę dzieciaki.
– Przecież siedzą na górze.
Jak na zawołanie rozległ się trzask, a potem huk, jakby stado dzikich zwierząt zbiegało po schodach. Po chwili do kuchni wpadli chłopcy.
– Co na obiad? – spytał Paul, zaglądając do garnka.
– Umieram z głodu – dodał Luke, otwierając lodówkę. – Prawie nic dzisiaj nie jadłem.
Zmierzyłam go gniewnym wzrokiem. Zawrzało we mnie, gdy przypomniałam sobie o naszej kłótni z rana. Zupełnie zapomniałam, że muszę się na nim odegrać. Ale to jutro, gdy mój mózg będzie lepiej funkcjonował. Dzisiaj nie ma z niego zbyt dużego pożytku.
– Zrobiliście zadanie? – spytałam, chociaż dobrze znałam odpowiedź.
– Przecież wiesz, że nie można myśleć na głodniaka – wyjaśnił Paul, zajmując miejsce za stołem. – Trzeba nakarmić szare komórki, żeby dobrze pracowały.
– Szare komórki? – Prychnęła Lucy. – W waszym przypadku co najwyżej jedną komórkę na spółę.
– Ej! – krzyknął Luke z pełną buzią sera.
– Przecież już jest obiad – warknęłam, zamykając mu lodówkę przed nosem. – Siadaj.
Zajął miejsce obok brata, specjalnie szturchając go w ramię. Paul dźgnął go łokciem w bok, na co Luke się wydarł, plując niedojedzonym serem na stół.
Lucy parsknęła śmiechem.
– Fajnie tu macie – stwierdziła, zeskakując z blatu. – Zdecydowanie muszę częściej do was wpadać na obiad.
W milczeniu wpatrywałam się w bliźniaków, nie mając nawet siły ich upomnieć. Po co? Przecież to i tak nic nie da. Nadal będą się zachowywać jak dzikusy wypuszczone na wolność.
Zrezygnowana zerknęłam na zegarek na piekarniku. Trzecia czterdzieści dziewięć.
Jeszcze tylko cztery godziny, pocieszyłam się w myślach.
– Profesor? – upewniła się Lucy, a gdy przytaknęłam, krzyknęła: – O kur…
Urwała, widząc mój spanikowany wzrok.
Sophie, jakby wyczuwając, że właśnie miało paść brzydkie słowo, odwróciła głowę od telewizora i przyjrzała się nam podejrzliwie. Na szczęście po kilku sekundach wróciła do oglądania bajki.
– I co teraz zrobisz? – spytała ciszej moja przyjaciółka.
– Nic. Uznaliśmy, że najlepiej będzie udawać, że nic się nie wydarzyło.
Prychnęła i pokręciła głową.
– No co? – burknęłam, poprawiając nerwowo poduszkę na kanapie.
– Jakoś nie wierzę, że uda wam się trzymać od siebie z daleka.
– Oboje jesteśmy dorośli. I wiemy, czym to się może skończyć.
– Proszę cię, rozum przestaje działać, gdy w grę wchodzi pożądanie. – Upiła łyk herbaty. – Najlepiej wypisz się z jego zajęć.
– Nie mogę. Tylko one pasują mi do planu.
Westchnęła teatralnie.
– No to masz przeje… przechlapane.
– Wiem.
Oparłam głowę o kanapę i zapatrzyłam się w telewizor, starając się chociaż na chwilę wyciszyć kłębiące się w mojej głowie myśli. Na próżno. Mój mózg jak zapętlony odtwarzał i analizował wszystko, co się ostatnio wydarzyło.
– Spójrz na to z pozytywnej strony – powiedziała Lucy.
Popatrzyłam na nią zaskoczona. Największa pesymistka, jaką znałam, mówi mi, że mam spojrzeć na coś z pozytywnej strony? Chyba naprawdę śnię.
– Niby jakiej?
– Pamiętasz, jak wczoraj się zastanawiałaś, czy zdjęcie jest prawdziwe? To pomyśl, co by się stało, gdyby jednak nie było.
– Nie rozumiem… Wtedy pewnie nic by się nie wydarzyło.
– No właśnie. Spławiłabyś go, nadszarpnęła jego ego, uderzyła w jego męskość. Na pewno zapamiętałby ciebie na długo.
– Okej, i co w związku z tym?
– Wyobraź sobie, że wtedy okazałoby się, że jest twoim profesorem. Nie dałby ci po tym żyć. – Lucy się wyprostowała, a herbata niebezpiecznie zakołysała się w jej kubku. – Więc sama widzisz: jednak lepiej, że się z nim przespałaś.
Uśmiechnęłam się na jej pokrętną logikę. Ale miała rację – poczułam się odrobinę lepiej.
Heather
Sprawdziłam telefon, a moje serce zabiło mocniej na widok powiadomienia z aplikacji randkowej: „Gratulacje, ty i demon20cm jesteście sparowani. Od tej pory możecie wysyłać sobie wiadomości prywatne”.
Przełknęłam swój zawód i kliknęłam w zdjęcie profilowe mężczyzny. Ułożone na żel blond włosy, szare oczy, zawadiacki uśmiech. Niezaprzeczalnie był przystojny, lecz coś w jego wyglądzie mi nie pasowało. I mimo że dobrze wiedziałam co, nie chciałam tego przed sobą przyznać.
W niczym nie przypominał profesora Masena.
Chociaż czy to nie lepiej? Może właśnie tego potrzebowałam, aby w końcu o nim zapomnieć?
Otworzyłam czat i napisałam:
Cześć.
Odczytał wiadomość, a po chwili na ekranie pojawiły się trzy kropki.
Cześć, maleńka. Masz ochotę się przekonać,
co to znaczy prawdziwy mężczyzna?
– Uch – jęknęłam.
Obrzydzona, zablokowałam telefon i rzuciłam go na ladę.
– Co tym razem? – spytała Lucy, podając mi bezalkoholowego drinka.
– To, co zwykle: próba wyrwania mnie na prawdziwego mężczyznę.
Nie odpowiedziała, lecz jej zniesmaczona mina mówiła wszystko.
Moja komórka znów zawibrowała. Niechętnie po nią sięgnęłam.
Stawiam kolację… ze śniadaniem, jak odgadniesz,
co oznacza 20 cm w moim nicku.
Skrzywiłam się i zablokowałam jego profil. Z doświadczenia wiedziałam, że faceci, którzy chwalą się wielkością swojego sprzętu czy łóżkowymi umiejętnościami, w rzeczywistości okazują się rozczarowujący.
– Czyli dzisiaj z nikim się nie spotykasz? – spytała Lucy.
– Na to wygląda – mruknęłam, upijając łyk koktajlu. Był bardzo słodki i owocowy – dokładnie taki, jak lubiłam.
– Spójrz na to z pozytywnej strony. Będziesz mogła powiedzieć Babie Jadze, że byłaś grzeczna, a wtedy może daruje ci kolejne kazanie.
Spojrzałam podejrzliwie na przyjaciółkę. Już drugi raz w ciągu tygodnia próbowała mnie pocieszyć, zmuszając do spojrzenia na sprawę optymistycznie. To zupełnie do niej niepodobnie. Lucy miała irytującą manierę widzenia wszystkiego w ciemnych barwach. Już jako dziesięciolatka na pytanie nauczycielki, czemu nie przygotowała się do zajęć, odparła: „A po co? I tak wszyscy umrzemy”.
– Dobra, co ci się stało? – spytałam, nachylając się w jej kierunku. – Dlaczego ostatnio jesteś taka pozytywna?
Odwróciła wzrok, potwierdzając moje podejrzenia, że coś jest na rzeczy.
– Nic się nie stało – mruknęła pod nosem, przecierając bar.
– Nic? Kilka dni temu przyłapałam cię na uśmiechaniu się do telefonu… Cholewka, Lucy, poznałaś kogoś, tak?
Zarumieniła się, lecz szybko przybrała obojętny wyraz twarzy.
– Cholewka?
– Dobrze wiesz, że to przez Sophie nie przeklinam, więc nie zmieniaj tematu. Kim ona jest? Ile to już trwa? To coś poważnego?
Westchnęła, przewieszając ścierkę przez ramię.
– Nazywa się Emma, poznałam ją miesiąc temu. Przyjaźnimy się. Tyle.
– Przyjaźnicie?
– Tak. Ona dopiero niedawno się zorientowała, że woli kobiety, i jeszcze nie do końca pogodziła się z tą myślą. Dlatego na razie robimy wszystko w żółwim tempie i… – Urwała, patrząc na coś za moimi plecami. – Cześć, Matt, to co zwykle?
Matthew skinął głową i zajął miejsce obok mnie.
– Liczyłem, że tu na ciebie wpadnę. Mam nowe zlecenie. Jesteś chętna?
Uśmiechnęłam się. Jak zwykle nie tracił czasu na small talk, od razu przechodząc do rzeczy. Był uosobieniem dewizy „Czas to pieniądz”. Uważał, że każda pora jest dobra, aby rozmawiać o pracy. Nawet teraz ubrany był tak, jakby wybierał się na spotkanie biznesowe, a nie na imprezę. Miał na sobie zaprasowane w kant spodnie, idealnie dopasowaną białą koszulę i wypolerowane na błysk buty. Tak naprawdę, odkąd go poznałam, nie widziałam go ubranego w nic luźniejszego. Pewnie nawet na jego piżamie nadrukowane były krawat i poszetka.
– Jaka gra? – spytałam zaciekawiona.
– Królestwo czarnego maga. Fabularna gra akcji osadzona w konwencji dark fantasy. Coś jak Diablo, ale z mniej rozbudowanym światem. Rozgrywka toczy się wokół…
Zadrżałam, a moje ciało pokryła gęsia skórka. Nie musiałam się odwracać, aby wiedzieć co, a dokładniej kto był tego przyczyną.
Dominic Masen.
Delikatnie odchyliłam się na stołku i zerknęłam w stronę schodów. Przełknęłam ślinę, od razu odnajdując mężczyznę wśród tłumu. Stał oparty o barierkę i znudzonym wzrokiem sunął po parkiecie. Tak jak tydzień temu, ubrany był w skórzaną kurtkę i ciemną koszulkę. Włosy opadały mu na czoło.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dominic
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Dominic
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Dominic
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Dominic
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Dominic
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Heather
Dostępne w wersji pełnej
Dominic
Dostępne w wersji pełnej
Dominic
Dostępne w wersji pełnej
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska
Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska
Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta: Kinga Dąbrowicz
Projekt okładki: Wojciech Bryda
Zdjęcie na okładce: © boykovi1991 / Stock.Adobe.com
Copyright © 2026 by Anna Smol
Copyright © 2026, Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-574-3
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
Okładka
Karta tytułowa: Anna Smol, Profesor Masen
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16
ROZDZIAŁ 17
ROZDZIAŁ 18
ROZDZIAŁ 19
ROZDZIAŁ 20
ROZDZIAŁ 21
ROZDZIAŁ 22
ROZDZIAŁ 23
ROZDZIAŁ 24
ROZDZIAŁ 25
ROZDZIAŁ 26
ROZDZIAŁ 27
ROZDZIAŁ 28
ROZDZIAŁ 29
ROZDZIAŁ 30
ROZDZIAŁ 31
ROZDZIAŁ 32
ROZDZIAŁ 33
ROZDZIAŁ 34
ROZDZIAŁ 35
ROZDZIAŁ 36
ROZDZIAŁ 37
ROZDZIAŁ 38
ROZDZIAŁ 39
ROZDZIAŁ 40
ROZDZIAŁ 41
ROZDZIAŁ 42
ROZDZIAŁ 43
ROZDZIAŁ 44
ROZDZIAŁ 45
ROZDZIAŁ 46
ROZDZIAŁ 47
ROZDZIAŁ 48
ROZDZIAŁ 49
EPILOG
Karta redakcyjna
