His Sinner. Saint & Sinner. Tom 2 - Harmony West - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

His Sinner. Saint & Sinner. Tom 2 ebook i audiobook

West Harmony

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

51 osób interesuje się tą książką

Opis

Kiedy obsesja miesza się z pożądaniem, granica między ofiarą a katem zanika.

Briar trafia do Nicholson Manor– posiadłości Sainta Nicholsona, bestsellerowego autora o duszy mordercy. To tam staje się jego muzą w pełnym znaczeniu tego słowa. Otoczona luksusem, ciszą i szklarnią zamienioną w miejsce wspólnych sesji pisarskich, Briar nie tylko tworzy u boku Sainta, ale także przejmuje rolę jego agentki literackiej. Granice między pracą, pożądaniem i uczuciem zaczynają się zacierać.

W otoczeniu przepychu i wspólnych sesji pisarskich rodzi się między nimi zakazana, intensywna więź. Saint testuje jej zaufanie, a Briar zaczyna zakochiwać się w mężczyźnie, którego mroczna przeszłość i brutalne tajemnice mogą ją zniszczyć.

Gdy nieznany prześladowca wkracza do ich życia, a dawne tragedie wychodzą na jaw, ich uczucie zostaje wystawione na najtrudniejszą próbę.

Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 243

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 20 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Milena Staszuk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:His Sinner

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska Wydawczyni: Ewelina Czajkowska Redakcja: Justyna Yiğitler Korekta: Katarzyna Kusojć Projekt okładki: Adelina Sandecka Zdjęcie na okładce: © Sandra Cunningham; © Fandorina Liza; © Oniks Astarit / Stock.Adobe.com Grafika na stronach rozdziałowych: © jane / Stock.Adobe.com

His Sinner – © 2024 by Harmony West Published by arrangement with Macadamia Literary Agency, Warsaw and Ginger Clark Literary, LLC. The moral rights of the author have been asserted

Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Anna Zaborowska-Cinciała, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-737-2

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Każdemu świętemu poszukującemu swojej grzesznicy

Żaden grób mnie nie zatrzyma. Wyczołgam się, by do niej powrócić. – HOZIER

Rozdział 1

Briar

Skoro mój prześladowca uparł się, by wywieźć mnie do swojej ogromnej gotyckiej rezydencji, równie dobrze mogę czerpać z tego przyjemność.

Nicholson Manor to wymarzony dom dla każdego pisarza: położony na odludziu, głęboko w lesie, na zacisznym zboczu góry. Jedynym wyraźnym akcentem w ciemnej kolorystyce budynku są czerwone podwójne drzwi. Potężne kolumny podtrzymują portyk nad wejściem, a światło słoneczne sączy się przez ogromne, sięgające od podłogi do sufitu okna, dzięki którym mroczne wnętrze rezydencji, zamiast sprawiać wrażenie upiornego, wydaje się wysmakowane. Natomiast w świetle księżyca posiadłość ponownie zmienia się w przyprawiającą o ciarki rezydencję, idealną dla snujących się po korytarzach widziadeł i koszmarów drzemiących w niespokojnym umyśle każdego pisarza.

Obok mnie na łóżku leży taca, na której spoczywa talerz z jajecznicą, bekonem, mocno przypieczonymi tostami pokrytymi grubą warstwą masła orzechowego i goframi, które toną w syropie klonowym. Mój ideał śniadania. Wychodzi na to, że Saint de Haas jest najbardziej wszechstronnie utalentowanym stalkerem na świecie.

Właśnie kończę pochłaniać tę ucztę, którą dla mnie przygotował, kiedy wchodzi do pokoju. Jest już ubrany w ciemne, eleganckie spodnie i starannie wyprasowaną koszulę, której rękawy podwinął do łokci. Kruczoczarne włosy uroczo wywijają mu się wokół uszu, a ostra linia szczęki, arystokratyczna krzywizna nosa i wyraziste kości policzkowe wydają się jak wyciosane z marmuru. Jest tak wysoki i onieśmielający, że aż ślinka mi cieknie. Wypukłości bicepsów i mięśni ramion, które prężą się pod materiałem koszuli, sprawiają, że budzi się we mnie tęsknota, by położył mnie na łóżku, oplótł ramionami i sprawił, że zapomnę o całym świecie.

– Jak ci się spało? – pyta niskim, kojącym głosem.

Bordowa kołdra na jego łóżku jest cudownie miękka, używanie takich cudów powinno być zabronione. Materac idealnie dopasowuje się do mojego ciała. Który facet kupuje jedwabne poszewki na poduszki? Na pewno sprawdził dokładnie, jaki materiał najmniej szkodzi włosom, i kupił je specjalnie na mój przyjazd.

– Okropnie – prychnęłam. – Jesteś taki ciepły, że pociłam się całą noc. Grzejesz jak najgorszy piec na świecie.

Wyraźnie powiedziałam, że chcę spać sama, ale Saint się nie zgodził. Prawdę powiedziawszy, od miesięcy nie spałam tak dobrze. A może nawet nigdy w życiu. Ale prędzej padnę, niż się do tego przyznam. Nadal nie potrafię mu w pełni zaufać, nawet kiedy jestem w pełni przytomna, a co dopiero po tym, jak przespałam osiem ostatnich godzin. Już raz mnie związał, gdy byłam w łóżku.

– Jesteś gotowa na pierwszy dzień warsztatów? – pyta.

Czuję, jak w mojej piersi rozpala się iskierka podniecenia. Może nadal powinnam mu się opierać i uparcie walczyć. Zażądać, by odwiózł mnie do domu. Zdaję sobie sprawę, że nie zamierza pozwolić mi wrócić po tym, jak spędzimy miesiąc na wspólnym pisaniu. Chce, żebym z nim zamieszkała. Żebym została tu na zawsze.

Jednak nie potrafię zmusić się do powrotu. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

– Tak – odpowiadam i się prostuję, a wówczas Saint muska kciukiem kącik moich ust i ściera z nich kropelkę syropu. Następnie zlizuje słodką ciecz z palca, a ja muszę przełknąć ślinę na widok jego nieprzyzwoitego języka, którym przesuwa po wargach.

Wszystko, co robi ten mężczyzna, pociąga mnie wyłącznie dlatego, że doprowadził mnie do najsilniejszego orgazmu w życiu. I to trzy razy. Z całą pewnością to tylko kwestia mózgu tymczasowo zlasowanego pod wpływem buzujących hormonów. I tyle.

Saint wyciąga do mnie rękę, jakbym była jakąś królową. Gdy podaję mu dłoń, otula mnie rozkoszny zapach atramentu i papieru, a on splata palce z moimi i wyprowadza mnie z pokoju.

Zeszłej nocy, gdy pokonywaliśmy samochodem długi podjazd prowadzący do jego posiadłości, dotarło do mnie, że znaleźliśmy się na prawdziwym odludziu. W promieniu wielu kilometrów nie ma ani jednego domu.

Schodzimy po schodach układających się w łagodne półkole, a moje bose stopy uderzają o nieskazitelnie czystą podłogę. Ściany mają odcienie głębokiej szarości lub w ciemną tonację, a większość elementów dekoracyjnych jest w kolorze onyksu i złota. Z wysokich sufitów zwisają żyrandole, wzdłuż schodów ciągną się niewielkie kandelabry, a poręcze zdobią maleńkie gargulce.

– Jesteś jakimś czarnoksiężnikiem czy coś?

Mruga do mnie figlarnie.

– Jeśli chodzi ci o to, że mam magiczny dotyk i czarodziejską różdżkę, której możesz dosiadać, kiedy tylko masz ochotę, to tak.

Przewracam oczami, mimo że gdy słyszę jego słowa, moje podbrzusze zalewa żar. W jadalni stoi masywny mahoniowy stół, przy którym może zasiąść nawet dwanaście osób.

– Często przyjmujesz gości?

– Nie, o ile nie jestem do tego zmuszony.

Uśmiecham się. To tak jak ja.

– Witaj w ogrodzie zimowym – oznajmia, puszczając moją dłoń, po czym rozsuwa szklane drzwi. Wchodzimy do kolejnego pomieszczenia, w którym okna zajmują większą część ścian i sięgają aż po sam sufit, a drzwi prowadzą do pogrążonego w ciszy terenu wokół rezydencji. – Okna są przyciemniane, więc ty możesz wyglądać, ale ciebie z zewnątrz nikt nie zobaczy.

– W okolicy nie ma żywej duszy – sarkam. Może powinnam być przerażona, że jestem tu całkiem sama z moim prześladowcą, który obecnie gra także rolę porywacza, ale tak nie jest. Rozkoszuję się spokojem z dala od zgiełku codziennego życia.

W rogu cicho szemrze woda spływająca kaskadami z fontanny, co sprzyja atmosferze wyciszenia. Na środku pomieszczenia stoi para foteli, a przed nimi na stoliku kawowym spoczywają dwa laptopy. Na tacach obok foteli dostrzegam dwie filiżanki parującej kawy i dwa talerze wypełnione po brzegi serem i krakersami. To moja ulubiona przekąska, kiedy piszę.

– Co o tym myślisz, muzo? – mruczy. – Czy to ci wystarczy?

Czy to mi wystarczy? Przecież to najmilszy gest, jaki do tej pory ktokolwiek wykonał z myślą o mnie. Mimo to jakaś część mnie nie potrafi przyznać, że Saint zdecydowanie wygrywa tę rundę.

– Raczej tak.

Mężczyzna bierze mnie za rękę i prowadzi w stronę mojego fotela, a następnie zajmuje swój i tak spędzamy kilka następnych godzin: popijamy kawę, przegryzamy przekąski, a także wystukujemy na klawiaturze rytm naszej twórczości. Co jakiś czas jego dłoń wędruje do mnie – najpierw muska moje ramię, a potem błądzi do szyi, rąk, uda czy kolana. Po każdym jego dotyku przez następne dziesięć minut tylko wpatruję się w ekran komputera i nie jestem w stanie napisać ani jednego słowa, ponieważ za bardzo się rozpraszam i myślę o wszystkich innych miejscach, w których chciałabym go poczuć.

– Cieszę się, że tu jesteś, moja muzo. – Ciepły głos Sainta przerywa ciszę, a jego ciemne oczy są tak pełne uwielbienia i radości, że w moim gardle narasta nieznany mi dotąd ucisk.

Saint nie kłamał – wszystko, czego do tej pory się dopuścił, zrobił dla mnie. Chciał sprawić, żebym była szczęśliwa. Wtargnął do mojego domu, związał mnie i porwał, by zabrać do swojej posiadłości na ferie zimowe. Trudno mi wymyślić coś lepszego.

Nikt nigdy nie zrobił dla mnie czegoś podobnego, nie okazał mi tyle ciepła i troski. Nikt nigdy nie potraktował mojego pisarskiego hobby na tyle poważnie, by w ogóle się nim przejąć. Tylko pisarza byłoby stać na taki gest.

A może tylko Sainta de Haasa.

Rozdział 2

Saint

Siedząc wraz z moją muzą w bibliotece, poprawiłem dziś jedną trzecią mojego rękopisu. Jej samej udało się napisać kolejnych pięć tysięcy słów, przez co wręcz pękam z dumy. Oczywiście nie pozwoliła mi przeczytać ani jednego fragmentu, choć umieram z ciekawości, jaka historia do tego stopnia ją pochłonęła. Zastanawiam się również, czy ja inspiruję ją tak samo intensywnie jak ona mnie.

Siedzi skupiona z uroczo ściągniętymi brwiami i szuka odpowiedniej agencji wydawniczej. Połowę czasu, który poświęciłem na pracę nad swoją powieścią, Briar przeznaczyła na sprawdzanie agentów i przygotowywanie listy tych, do których mógłbym się odezwać.

Najwyraźniej postanowiła znaleźć mi jak najlepszego pośrednika.

– Powinnaś zostać agentką literacką – zauważam.

Z powodzeniem mogłaby mnie reprezentować. Nikt nie walczyłby o mnie z takim zaangażowaniem jak ona. Cechuje ją odpowiedni poziom asertywności, a także pasja, dzięki którym mogłaby stanowić idealne wsparcie dla pisarza. Na pewno byłaby tysiąc razy lepsza niż wszyscy agenci pokroju Derrika razem wzięci.

Słysząc moją uwagę, odrywa wzrok od ekranu.

– Mam już pracę.

– Ale tę mogłabyś wykonywać w piżamie i na dodatek pracowałabyś ze swoim ulubionym pisarzem – odpowiadam i mrugam do niej porozumiewawczo.

– Żeby zostać takim agentem, na pewno trzeba najpierw zainwestować sporo czasu. Tak się składa, że pilnie potrzebujesz kogoś, kto będzie cię reprezentował.

– W takim razie lepiej zabierz się do pracy. – Zamykam pokrywę laptopa. – Przygotuję ci kąpiel, o której tak marzysz.

Kiedy to mówię, twarz Briar się rozjaśnia, po czym dziewczyna ponownie skupia wzrok na ekranie. Nadal stara się zwalczyć uczucie, którym mnie darzy, ale ja mogę niespiesznie pracować nad tym, by uświadomić jej, co tak naprawdę czuje.

Wołam ją do łazienki, a Briar wręcz zachłystuje się z zachwytu na widok przygotowanej przeze mnie wanny pełnej piany. Na powierzchni unoszą się czarne płatki kwiatów, w każdym rogu palą się świece o zapachu wanilii, a w kominku obok tańczy wesoło niewielki płomień. Przez ogromne okno roztacza się widok na tonący w ciemności las.

– W ciągu dnia panorama jest jeszcze bardziej oszałamiająca – zaznaczam.

Uśmiecha się i kiwa głową.

– Dziękuję – oznajmia krótko, jakby wyrażanie wdzięczności, szczególnie pod moim adresem, uznawała za coś dziwacznego. Nie szkodzi, zadowolę się i tym.

– Dam ci wszystko, czego tylko zapragniesz. Później czeka cię masaż.

W jej hipnotyzujących błękitnych oczach pojawia się błysk.

– A jeśli mam ochotę na masaż teraz? W wannie?

Moje pełne mroku serce zamiera. Briar nigdy wcześniej nie inicjowała bliskości.

Nareszcie się przede mną otwiera.

Dłonią wskazuję na wannę.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.

Zamykam drzwi, a ona ściąga ciuchy i zanurza się w wodzie. Udaje mi się dostrzec jej obnażoną krągłą pupę, która po chwili znika w pianie. Mam zamiar dziś wieczorem niespieszenie rozmasowywać napięte mięśnie jej pośladków. Na pewno boli ją zarówno tyłek, jak i plecy, skoro spędziła cały dzień w fotelu. Wkrótce sprawię, że poczuje zupełnie inny rodzaj bólu.

Briar wpatruje się we mnie, gdy staję obok niej i powoli pozbywam się ubrań. Leniwie rozpinam po kolei guziki koszuli, a następnie sięgam do klamry paska.

– Pozwól, że ci pomogę – prosi słodko, po czym dotyka sprzączki i zręcznie ją rozpina. Ściąga mi spodnie oraz bokserki, a następnie odchrząkuje, gdy jej oczom ukazuje się mój wzwód.

Kiedy wślizguję się do wanny tuż za Briar, czuję, że nieruchomieje, jakby przygotowywała się na to, co zamierzam z nią robić.

Namydlam dłonie lawendowym żelem i zatapiam kciuki w napiętych mięśniach jej ramion. Stopniowo się rozluźniają, a ona wzdycha, rozkoszując się moim dotykiem.

Bez pośpiechu pieszczę każdy centymetr jej delikatnego, miękkiego ciała. Sunę od ramion w dół, zwracam szczególną uwagę na nadgarstki, dłonie i palce. Ten sam ruch powtarzam na drugim ramieniu. Poddaje się ruchom moich dłoni tak ochoczo, że z trudem utrzymuje się w pozycji siedzącej.

Rozmasowuję jej plecy, by pozbyła się napięcia w mięśniach, a następnie całuję po kolei kręgi jej kręgosłupa. Moich uszu dobiega jej ciche, pełne zadowolenia westchnienie. Ponownie pienię mydło w dłoniach, po czym przyciągam ją do siebie i obejmuję dłońmi jej piersi.

Zasysa ze świstem powietrze.

– Naprawdę jesteś czarnoksiężnikiem, bo to, co robią twoje dłonie, jest nie z tego świata.

Śmieję się cicho.

– A ty musisz być boginią, bo te cycki zostały stworzone, by je czcić.

– Zgadza się. Jestem boginią. – Chichocze.

Delikatnie pieszczę jej piersi i brzuch, a kiedy spodziewa się, że moja dłoń powędruje do zbiegu jej nóg, ponownie się spina. Ja jednak polewam jej głowę wodą i wcieram szampon we włosy. Briar aż jęczy.

– Istnieje niewiele lepszych rzeczy niż masaż głowy.

– Jakie na przykład? – pytam, drocząc się z nią.

– Masaż językiem.

Kutas mi drga na samo wspomnienie, jak mój język tańczył między jej udami. Niebawem czekają ją takie same doznania.

Spłukuję szampon z włosów, po czym zginam jej kolana, by móc się zająć napiętymi mięśniami nóg. Wzdycha głośno, gdy masuję jej stopy, ale powstrzymuje się od komentarza, kiedy moje palce zagłębiają się w podeszwy. Każdy fragment jej ciała jest tak gładki i miękki, że poddaje się nawet najlżejszemu dotykowi.

Gdy wsuwam jej kolana z powrotem do wody, spomiędzy ust mojej muzy wydobywa się jęk.

– To był najwspanialszy masaż w moim życiu, a nawet nie dotknąłeś cipki.

– Ją chyba powinniśmy zostawić na deser, prawda?

Zanurzam dłoń w wodzie i błądzę nią po jej rozchylonych udach, aż w końcu docieram do miejsca, gdzie się łączą. Jedną ręką pieszczę ich wewnętrzną stronę, a drugą delikatnie pocieram nabrzmiałą i gotową łechtaczkę. Słyszę, jak oddech Briar drży, a po chwili dziewczyna chwyta mnie za nogi, by się przytrzymać.

Kiedy przysysam się do świeżo wymytej skóry jej szyi, dobiega mnie jęk.

– Poprawka – sapie. – To jest najwspanialszy masaż mojego życia.

Zsuwam dłoń z wewnętrznej strony uda, a następnie wsuwam palec w Briar i zaczynam pieścić jej dziurkę. Jest tak ciasna, że mam wrażenie, jakby więziła mój palec w potrzasku. Wtedy kwili cicho.

– Dojdziesz tak, moja muzo? – mruczę jej do ucha.

– Mogłabym – przyznaje bez tchu. – Ale chcę dojść na twoim fiucie.

Oto i ona. Moja muza. Zaprasza mnie do ucztowania na swoim ciele. Wkrótce zaprosi mnie także do swojego serca.

– Ufasz mi? To bardzo ważne.

Aby zrobić z nią to, co zaplanowałem, aby zdobyć jej miłość, muszę wiedzieć, że mi ufa.

Przez chwilę się zastanawia. Otaczająca nas cisza sprawia, że się prostuję, aż w końcu Briar odpowiada:

– Staram się.

W reakcji na to drobne zwycięstwo na chwilę przymykam oczy. Powoli robimy postępy. Już wkrótce zaufa mi całkowicie i odda mi serce, ciało oraz duszę.

– Więc oprzyj się na dłoniach i kolanach.

Woda w wannie chlupocze, gdy Briar robi to, o co proszę, a następnie pochyla się do przodu i zanurza dłonie pod wodą. Wówczas spod piany wynurzają się jej plecy i tyłek. Przyglądam się lśniącej skórze, która pożąda mojego dotyku, lecz jednocześnie stanowi tak niesamowity widok, że pragnę ją pochłonąć w całości.

Pieszczę dłońmi jej pośladki. Są takie gładkie i piękne, wręcz błagają, by się pomiędzy nie wbić.

– Musimy ustalić bezpieczne słowo, dobrze, muzo?

– Nie powinniśmy go potrzebować – prycha.

Sięgam do jej sutków, szczypię je i wykręcam, co wita głośnym jękiem.

– Jeśli tak uważasz, to znaczy, że nie jesteś gotowa na to, co zamierzam zrobić.

– Grób.

– Grób?

Kiedy zerka na mnie przez ramię, w jej oczach tli się płomień.

– Czyli miejsce, do którego trafisz, jeśli nadal będziesz mi to robił.

Uśmiecham się od ucha do ucha.

– Doskonale.

Jedną dłonią znajduję jej łechtaczkę, a drugą nakierowuję kutasa ku jej dziurce. Napina mięśnie, by przygotować się na gwałtowne wtargnięcie, ale ja wchodzę w nią powoli, a jej ciasne ścianki napierają na mnie tak mocno, że niemal nie jestem w stanie się w nią wbić.

– O ja pierdolę! – krzyczy, wyginając plecy i unosząc głowę. – Proszę, powiedz mi, że jesteś już cały w środku.

Wybucham śmiechem. Boże, nikt tak nie potrafi mnie rozbawić jak ona.

– To zaledwie początek, muzo. Zostało jeszcze co najmniej kilka centymetrów.

Jęczy, napierając na mnie, jakby próbowała przyjąć mnie całego na raz, ale z jej gardła wyrywa się krzyk. Briar szarpie się do przodu, co sprawia, że niemal cały się wysuwam.

Owijam sobie jej włosy wokół dłoni, jednocześnie dalej bawiąc się jej łechtaczką, aby trochę się rozluźniła.

– Pozwól, by twoja cipka przyzwyczaiła się do mojego rozmiaru. Mamy całą noc, muzo.

Jęk, który dobiega z głębi jej gardła, stanowi najpiękniejszą muzykę dla moich uszu.

– Warsztaty pisarskie to był tylko wybieg, prawda? – szepcze. – Nie sprowadziłeś mnie tu, by pisać, tylko żeby pieprzyć mnie w każdym pokoju twojej gigantycznej rezydencji.

Powoli wsuwam się w Briar ponownie i przyciągam ją bliżej siebie, wyginając jej szyję do tyłu.

– Sprowadziłem cię tutaj, żebyś pisała – oznajmiam, szarpiąc ją za włosy, co sprawia, że krzyczy. – To tylko bonus.

Jej głośny jęk sprawia, że zalewa mnie fala pożądania, która sięga aż do palców u stóp.

– Moim zdaniem to pisanie jest bonusem.

Moje grzeszne serce rośnie. Briar zakochała się w tej części mnie – tej, dzięki której dochodzi tak mocno, że wykrzykuje moje imię i całkowicie się zatraca. Teraz muszę tylko sprawić, by zakochała się w mojej duszy, bez względu na to, jak mroczna i pogruchotana by nie była.

– Pamiętasz, jakiego słowa użyć w razie potrzeby, moja muzo?

Wbijam się w nią mocno, wypełniając ją całą, podczas gdy jej ścianki zaczynają pulsować wokół mnie. Jest mi tak kurewsko dobrze.

– Tak – wykrzykuje Briar, kiedy jej ciało zalewa cudowne połączenie rozkoszy i bólu.

Zaciskam palce mocniej na jej mokrych włosach.

– Świetnie. Bo może być ci potrzebne.

Mówię to i wpycham jej głowę pod wodę. Wbijam się w nią mocno, woda rozpryskuje się na wszystkie strony, tyłek Briar odbija się ode mnie z głośnymi plaśnięciami, a jej zanurzona głowa niemal uderza o krawędź wanny. Ciągnę ją za włosy, by mogła zaczerpnąć tchu, a potem wdzieram się w nią jeszcze dwa razy. Jej pośladki obijają się o moją miednicę, a woda burzy się gwałtownie w wannie wokół nas.

Z trudem łapie powietrze.

– Co, do kurwy…

Ponownie zanurzam jej głowę, mocno zaciskając palce na łechtaczce, a jednocześnie zatapiam się w jej słodkiej cipce, która teraz, kiedy ostro ją rżnę, a Briar nie może oddychać, staje się jeszcze ciaśniejsza.

Poruszam się coraz szybciej, a wówczas dziewczyna zaczyna się wić pod moimi palcami, choć wciąż tkwi pod wodą. Nasze wilgotne ciała uderzają o siebie, czemu towarzyszą wręcz nieprzyzwoite odgłosy. Rozkosz sprawia, że unoszą mi się włoski na karku. Czuję, że lada chwila dojdę.

W końcu unoszę moją muzę, by mogła ponownie nabrać powietrza. Czekam, aż z jej ust padnie nasze bezpieczne słowo, ale nic takiego nie następuje. Opiera dłonie na brzegach wanny, starając się powstrzymać mnie przed wepchnięciem jej z powrotem pod wodę, podczas gdy jej spragnione płuca nareszcie wypełniają się powietrzem.

– Jesteś pojebany!

– A mimo to wiesz, że czeka cię najbardziej niesamowity orgazm w życiu, prawda?

– Spierdalaj! – wykrztusza, a kiedy posuwam ją mocniej, sapie: – Ach! Kurwa!

– Puść wannę, muzo – nakazuję.

– Nie, bo mnie utopisz.

– Nie pozwolę ci się utopić. Powiedziałaś, że mi ufasz. Albo mi ufasz, albo nie.

Nie wiem, co zrobi: czy nadal będzie ze mną walczyć i trzymać się kurczowo rękami brzegów, czy też pozwoli im opaść z powrotem do wody i mi zaufa.

Powoli jej zbielałe knykcie się rozluźniają, a dłonie zsuwają po krawędziach wanny, by spocząć pod powierzchnią wody.

– Doskonale, moja muzo – mruczę. – Teraz pozwolę ci dojść.

Zanurzam jej głowę ponownie pod wodę i wbijam w nią kutasa tak głęboko, jak tylko mogę na śliskiej powierzchni. Intensywne pieszczoty wrażliwej łechtaczki sprawiają, że cała pulsuje, aż wreszcie zaciska się spazmatycznie na moim fiucie i w końcu uderza w nią orgazm.

Briar wygina się pode mną, krzycząc pod wodą, a ten widok i dźwięki, jakie towarzyszą jej owładniętemu ekstazą ciału, sprawiają, że sam gwałtownie dochodzę. Drżę i spuszczam się w jej wnętrzu, jeszcze zanim poczuję choćby mrowienie w jajach.

Rozkosz przelewa się przez moje ciało i szumi w żyłach, a powieki same mi opadają, ale nie jestem w stanie oderwać od niej wzroku. Nie gdy moje przyrodzenie rozpala jej ciało i zmysły.

Jęcząc, wlewam w Briar całe nasienie, po czym pozwalam jej się wynurzyć i podziwiam, jak jej ciało i włosy lśnią od spływającej wody.

Opiera się o krawędź wanny i łakomie wciąga powietrze do spragnionych tlenu płuc, oddychając ciężko po orgazmie.

– Następnym razem – zwraca się do mnie – utopię cię moją cipką.

– Nie mogę się doczekać – oznajmiam z uśmiechem.

Kiedy ten miesiąc dobiegnie końca, moja muza nie będzie już miała ochoty wyjeżdżać.

Będzie błagać, żebym pozwolił jej zostać.

Rozdział 3

Briar

Leżę w łóżku Sainta i skrzętnie ukrywając się przed jego ciekawskim wzrokiem, sprawdzam, jak zostać agentką literacką.

Jeszcze zanim zdecydowałam się obrać praktyczniejszą ścieżkę kariery, chciałam pracować w branży wydawniczej. Potem uświadomiłam sobie, że Nowy Jork jest paskudnie drogi, a pracownicy wydawnictw tyrają jak niewolnicy i w dodatku nie dostają godziwej pensji. Mimo to wciąż obracam w głowie pomysł, by rozpocząć staż w agencji literackiej, gdzie mogłabym pracować dwadzieścia godzin tygodniowo. Nie mam pojęcia, jak pogodziłabym to z moją codzienną pracą, ale odkąd Saint to zasugerował, nie mogę przestać o tym myśleć. Nie dość, że byłabym zarąbistą agentką, to współpracowałabym z pisarzami i obcowała z książkami. Uczestniczyłabym w prestiżowych imprezach wydawniczych wraz z innymi agentami, redaktorami i autorami. Jeździłabym na targi i festiwale oraz brała udział w spotkaniach autorskich. Powiem więcej – być może znalazłabym taką agencję, która pozwoliłaby mi pracować zdalnie, i wówczas siedziałabym sobie wygodnie w domu.

Gdybym została agentką i nawiązała odpowiednie kontakty, zadbałabym o to, żeby przed każdą książką S.T. Nicholsona wydawca rozwijał czerwony dywan. Pomijając już wszystko, co przeszedł w przeszłości, Saint zasługuje, by odnieść sukces zawodowy, na który tak ciężko pracował. No i oczywiście chciałabym zapełnić półkę powieściami mojego ulubionego pisarza opatrzonymi jego autografem.

Nagle słyszę dzwonek telefonu – na ekranie jarzy się imię Trevor. Wysłałam do wszystkich wiadomość, że podczas ferii zimowych będę nieosiągalna, ponieważ wyjeżdżam, by pisać w samotności, więc zupełnie nie rozumiem, dlaczego dzwoni.

Mama była w siódmym niebie, gdy się dowiedziała, że nie będę siedzieć w domu. Napisała do mnie wielkimi literami i zakończyła każde zdanie trzema wykrzyknikami, aby pokazać, jak bardzo ją cieszy, że znów mogę się skupić na swojej pasji. Z kolei Mack poczuła się urażona, że jej nie zaprosiłam, i zaznaczyła, żebym następnym razem wzięła ją ze sobą.

Mack: A w ogóle to co zamierzasz robić podczas tych warsztatów?

Ja: Dokładnie to, co robią inni wielcy pisarze: pić.

Od tamtej pory wszyscy dali mi spokój, więc mogłam się skupić i całkowicie poświęcić pisaniu. Aż do teraz.

Kiedy Trevor dzwoni ponownie, wzdycham i przesuwam kciukiem po ekranie. Jeszcze kilka miesięcy temu byliśmy tylko znajomymi z pracy, ale odkąd poprosiłam go, by pomógł mi udowodnić, że Saint mnie prześladuje, stał się dla mnie kimś równie bliskim jak prawdziwy przyjaciel.

– Trevor, słuchaj, nie mogę gadać. Specjalnie zamknęłam się w pisarskiej samotni, pamiętasz? To ma być czas zen, wolny od rozpraszaczy i innych dupereli, żebym mogła zająć się moją książką.

Nie żeby Saint jakoś wybitnie pomagał mi w skupieniu, szczególnie gdy jego dłonie błądzą po moim ciele, kiedy piszę. Albo gdy szepcze mi do ucha różne sprośności, chociaż wie, że jestem w połowie zdania. A już z całą pewnością nie byłam skupiona na swojej twórczości, gdy zanurzył mi głowę pod wodę, a jednocześnie ostro mnie pieprzył.

Nadal nie mogę uwierzyć, że to zrobił. Nie mogę uwierzyć, że mu na to pozwoliłam. I że tak bardzo mi się podobało. Kto by pomyślał, że moją ukrytą fantazją jest podtapianie.

– Kurde, przepraszam. Nie będę zawracać ci głowy – mówi szybko Trevor. – Chciałem tylko sprawdzić, czy nic ci nie jest.

Super. Teraz wyszłam na ostatnią jędzę.

– Tak, wszystko w porządku. Miałam wyłączony telefon.

– Super, cieszę się. Wolałem się upewnić – oznajmia, a jego głos staje się nieco radośniejszy. – Nadal rozpracowuję tego twojego stalkera. Nie martw się, wkrótce przymkniemy gościa. Przepraszam, że tak się to wlecze. Jest sprytniejszy, niż przypuszczałem.

Co ty nie powiesz, Trevor.

– Właściwie to nie musisz już niczego szukać. Nie zamierzam zgłaszać tego na policję.

Trevor milczy, jakby przetwarzał moje słowa. Przygryzam wargę, zastanawiając się, czy słusznie mu o tym powiedziałam. Czy potrafiłabym podać jakieś sensowne wytłumaczenie, dlaczego nagle przeszła mi ochota, by udowodnić, że Saint mnie prześladuje, a oprócz tego morduje kolejnych mężczyzn związanych ze mną w ten czy inny sposób?

Kiedy Trevor odzywa się po chwili, jego słowa brzmią nieco niepewnie.

– Briar, bądź ze mną szczera, dobrze? Czy ty… zakochujesz się w swoim stalkerze?

– Skąd, nie jestem w nim zakochana – odpowiadam odruchowo, choć… nie jestem do końca pewna, czy mówię prawdę.

Może jeszcze nie jestem w nim zakochana po uszy, ale nie potrafię dłużej zaprzeczać, że się w nim zakochuję.

Saint de Haas dokonał niemożliwego: nie tylko zmusił mnie, bym przyznała przed samą sobą, że jestem zdolna do miłości, ale również sprawił, że zaczęłam darzyć uczuciem swojego prześladowcę. Seryjnego mordercę.

– To dobrze. Tworzyłem profile typów takich jak on. To mistrzowie manipulacji. Ale wiem, że jesteś na tyle mądra, by nie dać się na to nabrać.

Mam na końcu języka stwierdzenie, że inteligencja nie ma nic wspólnego z tym, jak łatwo można kimś manipulować, ale się powstrzymuję.

– Pewnie, nie martw się o mnie.

Słyszę w słuchawce jego śmiech.

– Jesteś moją przyjaciółką, Briar. Zawsze będę się o ciebie martwić. Okej, to już nie przeszkadzam. Do zobaczenia w przyszłym semestrze.

– Na razie.

Kiedy się rozłączam, Saint puka do drzwi, po czym zagląda do pokoju z figlarnym uśmiechem na ustach. Podrywam się nerwowo. Mam nadzieję, że nie podsłuchał naszej rozmowy.

– Uwielbiam patrzeć, jak chodzisz w moich ubraniach.

– Gdybyś pozwolił mi spakować torbę, zanim mnie porwałeś, zabrałabym własne.

Kiedy Saint oświadczył, że nas spakował, naiwnie założyłam, że pewnie zwinął ciuchy z mojej komody lub przynajmniej kupił mi jakieś damskie fatałaszki. Tymczasem z torby wyciągałam jedną luźną, zbyt dużą męską koszulę za drugą, a wszystkie byłyby przesączone jego zapachem: połączeniem woni atramentu i świeżego papieru.

– Chciałbym cię prosić, muzo, żebyś rzuciła okiem na mój najnowszy rozdział. – Wyciąga do mnie rękę i prowadzi w dół schodów.

Na kuchennym blacie dostrzegam jego laptopa, więc zatrzymuję się przed nim i zaczynam czytać, podczas gdy Saint staje obok. Opisana scena jest w tak oczywisty sposób zainspirowana tym, co robiliśmy, że nie potrafię powstrzymać prychnięcia.

W tym rozdziale „Belle” i „Simon” właśnie popełnili morderstwo, uciekają z miejsca zbrodni i trafiają do ciemnej uliczki, gdzie Simon podnosi bohaterkę, przypiera do ściany i mocno pieprzy, chociaż oboje nadal mają na twarzach maski oraz nie zmyli z siebie śladów krwi.

– Szkoda, że nie mam maski – mruczę. – Może kiedyś odtworzymy tę scenę. Oczywiście w imię sztuki. Trzeba byłoby sprawdzić, czy jest realistyczna. Wiesz, pozycje, grawitacja i takie tam.

– A póki co… – mówi Saint, a następnie wyłącza światło, przez co pogrążamy się w ciemnościach. Kiedy jego dłonie dotykają moich bioder, na jego twarzy spoczywa maska. – Może odegramy inną twoją ulubioną scenę?

Wstrzymuję oddech. Mam nadzieję, że mówi o pierwszym pikantnym zbliżeniu ze swojej debiutanckiej powieści: skryty za maską seryjny morderca uprawia z bohaterką seks na kuchennym stole.

Saint podnosi mnie za uda, a ja oplatam go nogami w pasie, po czym sadza mnie na ogromnym mahoniowym stole w jadalni.

– Ach. Czyli to dlatego kupiłeś ten stół.

– Zgadza się, moja muzo – mruczy nisko.

Ściąga mi koszulę przez głowę. Moje oczy nadal nie przywykły do ciemności, a serce tłucze mi się w piersi jak oszalałe.

– Czy będziemy odgrywać wszystkie namiętne sceny, które napisałeś? – pytam. – Bo jest ich całkiem sporo.

Mimo że nie mogę dojrzeć jego ust skrytych pod maską, wiem, że się uśmiecha.

– Wygląda na to, że spędzimy tu razem trochę czasu.

Wprawnymi palcami sięga do moich majtek i je ściąga.

– Mam wrażenie, że główny bohater robił minetę przez dobrą godzinę. Ale popraw mnie, jeśli się mylę.

Maska tłumi jego śmiech.

– Faktycznie, nie miał takiej wytrzymałości jak pisarz, który go stworzył.

– Chcesz powiedzieć, że potrafiłbyś dłużej wylizywać mi cipkę? – rzucam wyzywająco.

– Chcę powiedzieć, że będę cię lizał, aż odpadnie mi język, jeśli tego właśnie pragniesz.

Boże, co za facet.

– Tylko co mi po tobie, jeśli odpadnie ci język?

Kiedy przesuwa mnie na krawędź stołu, moje nagie pośladki z piskiem przesuwają się po gładkiej powierzchni.

– Moje dłonie i fiut wciąż będą mogły sprawić, że będziesz krzyczeć.

Sunę palcami po płomieniach namalowanych na jego masce, które wiją się na policzku, a następnie gładzę makabryczny biały uśmiech, który wywołuje ciarki i sprawia, że cała zaciskam się z podniecenia.

Aby udowodnić, że ma rację, nie podnosi. Zamiast tego rozchyla mi uda i palcami odnajduje łechtaczkę, a z moich ust wydobywa się jęk.

– Nigdy więcej nie będziesz kwestionować tego, jak ważna dla mnie jesteś, moja muzo.

Kwilę cicho, gdy rozrywa cienki materiał i ściąga ze mnie stanik. Już do niczego się nie nada. Zgrzytam zębami i rzucam:

– To był jedyny stanik, który miałam, bo ktoś nie pozwolił mi spakować nic więcej.

– Im mniej ubrań, tym lepiej. Mam zamiar sprawić, że zaczniesz chodzić nago w naszym domu.

W naszym domu. Zupełnie jakbym już tu z nim mieszkała. Saint de Haas jest najbardziej aroganckim, szalonym i jednocześnie pociągającym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek spotkałam.

– A jeśli będzie mi zimno?

– Pamiętasz, co ci powiedziałem, muzo? – warczy i wyciąga ze spodni przyrodzenie, nie fatygując się nawet, żeby zrzucić ubrania. Mimo że marzę o tym, by pochłaniać wzrokiem każdy fragment jego ciała, zupełnie tak, jak on pożera mnie, jest coś podniecającego w tym, że Saint nadal jest ubrany, kiedy główka jego penisa napiera na moje wejście. – Dam ci wszystko, czego tylko zapragniesz.

Bez słowa wchodzi we mnie i wypełnia moje ciało żarem.

Krzyczę, zaskoczona tym gwałtownym wtargnięciem, podczas gdy jego twarda męskość rozciąga mnie do granic możliwości.

– Ach! Szlag!

Saint pociera mój wrażliwy guziczek, rozpalając spragnioną cipkę, ale narastające we mnie podniecenie sprawia, że z łatwością wsuwa się i wysuwa z mojego ciasnego wnętrza.

Mój tyłek z piskiem ślizga się po stole, a piersi podskakują przy każdym mocnym pchnięciu. Wymierza mi klapsa w jedną z nich, co sprawia, że w moim gardle rodzi się krzyk, a skóra przybiera czerwony odcień. Nie wiem, co w nim wyzwoliłam, że jest bardziej brutalny, ale kurewsko mi się to podoba.

Kątem oka dostrzegam ruch. Kciuk Sainta pieszczący moją łechtaczkę i jego tkwiący we mnie fiut doprowadzają mnie do rozkoszy, która rozlewa się po całym ciele od cebulek włosów, a ekstaza jest tak potężna, że niemal mnie oślepia i przesłania coś, co czai się w ciemności za oknem.

Albo raczej ktoś.

Widzę zarys twarzy postaci ukrytej w mrokach nocy, której dłoń opiera się na szybie.

Serce mi zamiera.

– Ktoś jest za oknem!

Nie przestając mnie pieprzyć, Saint podnosi maskę i ujmuje mój policzek tak, że jestem zmuszona spojrzeć w jego płonące, czarne jak węgiel oczy.

– Kiedy jestem w tobie, nic innego nie istnieje.

Co za wariat. Musimy przestać.

– Ale co, jeśli…

– Mam w dupie, czy pod oknem stoi cały kraj i się na nas gapi – warczy. – Oni się nie liczą. W tej chwili istniejemy tylko ty i ja. Jesteś całym moim światem, muzo, tak jak ja twoim.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1. Briar

Rozdział 2. Saint

Rozdział 3. Briar

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie