Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
134 osoby interesują się tą książką
Dwoje prawników. Jedna pomyłka… i iskra, która zmienia wszystko.
Dawson Reed, nowojorski adwokat, po trudnym rozstaniu zaszywa się w leśnej chacie nad jeziorem w Michigan, marząc o spokoju i samotności. Już pierwszej nocy odkrywa jednak, że domek nie jest pusty–przez pomyłkę w rezerwacji to samo miejsce wynajęła Naomi Heart.
Naomi, była prokuratorka próbująca odbudować życie po zawodowym skandalu, nie planowała spędzać urlopu z nieznajomym, a tym bardziej dzielić z nim łóżka. Wspólna noc, cięte dialogi, nieoczekiwana chemia i seria zabawnych sytuacji sprawiają, że między nimi pojawia się przyciąganie, któremu trudno się oprzeć, mimo lęku przed kolejnym rozczarowaniem.
Gdy ich drogi ponownie krzyżują się na ślubie przyjaciół, a potem w pracy, granice zaczynają się zacierać. Wspólne sprawy i narastające emocje prowadzą do relacji pełnej napięcia. Jednak powracająca przeszłość i pewien poważny błąd wystawiają rodzące się uczucie na najtrudniejszą próbę.
Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 378
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:Indiscretion
Redaktorka prowadząca: Marta Budnik Wydawczyni: Katarzyna Masłowska Redakcja: Justyna Yiğitler Korekta: Joanna Jóźwiak Projekt okładki: Sommer Stein, Perfect Pear Creative Model na okładce: Jeffrey Wiegers Fotograf: Mark Mendez Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski
Copyright © 2025. INDISCRETION by Vi Keeland
Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus p.k.
Copyright © for the Polish translation by Karolina Bochenek, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-731-0
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
1
Co też ten mój kumpel wymyślił tym razem, u licha?
Stanąłem na chwiejącej się werandzie domku w lesie, który wynająłem przez Airbnb, i rozejrzałem się dookoła. Drzewa. Błoto. Plask! Świetnie, jeszcze te pieprzone komary. Cóż, może spojrzę na to wszystko bardziej przychylnym okiem, jak już się porządnie wyśpię? Cholernie tego potrzebowałem.
Podróż do Michigan miała mi zająć dwanaście godzin, a zajęła piętnaście, bo cała populacja Nowego Jorku postanowiła wyjechać z miasta na weekend czwartego lipca. Teraz była już druga w nocy i miałem nadzieję, że w tej zapyziałej chatce jest chociaż porządny materac. Podano mi kod do drzwi, którego jednak nie musiałem wpisywać, bo okazały się otwarte. Dziwne.
Wnętrze wydawało się mniejsze niż na zdjęciach, ale przynajmniej sprawiało wrażenie czystego. Według narzeczonej Bena miejsce urządzono w uroczym rustykalnym stylu, ja jednak widziałem chatkę jak z horroru i lodówkę tak starą, że pewnie trzeba by do niej wstawić blok lodu, żeby faktycznie cokolwiek schłodziła. Westchnąłem i rozejrzałem się po kuchni w poszukiwaniu gniazdka. Znalazłem je obok zabytkowego tostera i ze zdziwieniem zauważyłem podłączoną do niego ładowarkę do iPhone’a. To pewnie te „nowoczesne udogodnienia”, którymi się chwalili w opisie.
Nieważne. Byłem wykończony i marzyłem jedynie o tym, żeby położyć się do łóżka. Najpierw jednak musiałem skorzystać z prysznica. Rzuciłem więc ostatnie spojrzenie na salon i ruszyłem korytarzem. Pierwsze z dwojga drzwi prowadziły do łazienki ze starannie ułożonymi na półce ręcznikami.
Rozebrałem się i wkrótce ciepła woda spływała już po moich napiętych ramionach. Wziąłem kilka głębokich oddechów, wdzięczny za chwilę odprężenia pod mocnym strumieniem. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby spędzić weekend w takim miejscu, ale cóż, przyjechałem tu dla przyjaciela, a poza tym i tak potrzebowałem kilku dni z dala od biura. Z dala od Emily. I mojego życia.
Bez przestępców wciskających kit, że zostali niesłusznie oskarżeni.
Bez niedoświadczonych obrońców z urzędu, którzy zjawiają się w sądzie kompletnie nieprzygotowani, proszą o odroczenie rozprawy i rozwalają mi tym samym napięty grafik.
Bez byłej, którą musiałbym oglądać przez cały dzień.
Pobyt na łonie natury to nie moja bajka. W idealnym scenariuszu kilkudniowy wypad oznaczałby dla mnie wypoczynek w pięciogwiazdkowym hotelu na karaibskiej wyspie, popijanie koktajli w barze przy basenie i budzenie się obok seksownej, nagiej kobiety. I na to właśnie liczyłem, kiedy mój kumpel oznajmił, że planuje „ślub w egzotycznym miejscu”. Tymczasem wyglądało na to, że będę potrzebował sprayu na owady, butów trekkingowych i całkiem możliwe, że nawet banjo. Co za pieprzony koszmar.
Na szczęście gorący prysznic chyba trochę mnie rozluźnił. Może po prostu byłem wycieńczony? Wsiadłem do samochodu po dwóch telekonferencjach i wizycie w sądzie, a sen miał być ostatnim punktem w moim planie dnia. Nie chciało mi się nawet otwierać walizki – wytarłem się tylko i owinąłem sobie ręcznik wokół talii. W okolicy nie było żadnego innego domu, więc mogłem sobie chodzić na golasa, ile tylko chciałem. Cholera, może z rana wypiję nawet kawę nago na werandzie?
Chatka była tak mała, że nie było trudno się zorientować, gdzie jest sypialnia. Drzwi skrzypnęły, kiedy je otworzyłem. Chciałem zapalić światło, ale nie mogłem znaleźć włącznika na ścianie. Trudno, jakoś trafię do łóżka po ciemku. I rzeczywiście, udało mi się do niego dotrzeć, nie wpadając na nic po drodze. W przeciwieństwie do reszty domku, która pachniała stęchlizną, ten pokój miał bardzo przyjemny, niemalże kwiatowy zapach. Musieli wyprać pościel jakimś porządnym specyfikiem. Cóż, miła niespodzianka. Sam zapach uspokoił mnie nawet bardziej niż prysznic. Dopóki nie przewróciłem się na bok i coś nie uderzyło mnie w twarz.
– Co, do cholery!? – Wyskoczyłem z łóżka i przyłożyłem rękę do prawego oka.
Jakiś pies zaczął szczekać, a piskliwy kobiecy głos wrzasnął:
– Mam broń!
Podniosłem ręce, natychmiast zapominając o promieniującym bólu twarzy.
– Nie potrzebujesz broni. Nie jestem uzbrojony i nie zamierzam zrobić ci krzywdy. Trzymam ręce w górze.
Nagle zapaliło się światło i zobaczyłem kobietę o wzroście około metra pięćdziesięciu, ubraną w jaskraworóżową koronkową piżamkę. W jednej ręce trzymała psa, który na oko nie ważył więcej niż dwa kilogramy, a drugą wskazywała na mnie… czymś.
Czy to… okulary do czytania?
– To jest ta twoja broń? – Zmarszczyłem brwi.
– Mam jeszcze zielony pas w karate! – Pomachała okularami.
Moje oczy się rozszerzyły.
– Ile lekcji musiałaś wziąć, żeby go zdobyć? Trzy?
Blondynka zmrużyła oczy.
– Leonardo gryzie.
Jak na zawołanie pies warknął i pokazał mi swoje dziąsła. I to było wszystko, co zdawał się mieć w pyszczku.
– Czy to coś ma w ogóle zęby? – Wskazałem na niego dłonią.
– Zamknij się. – Kobieta zmarszczyła brwi. – Ma jeszcze kilka, a choroby przyzębia to częsta przypadłość u psów rasy chihuahua. Czego ode mnie chcesz i dlaczego masz na sobie tylko ręcznik?
– Yyy… Bo właśnie wziąłem prysznic. A czego chcę? Na początek chciałbym się porządnie wyspać. Co ty tu, do cholery, robisz? Wynająłem ten domek.
– Ty? Nie sądzę. Ja go wynajęłam.
Kość pod moim okiem znów zaczęła pulsować boleśnie. Podniosłem rękę i dotknąłem prawego policzka.
– Czym mnie uderzyłaś, do diabła?
Rzuciła okulary na łóżko i rozluźniła pięść. Jej dłoń oberwała chyba równie mocno, jak moja twarz, bo była czerwona i spuchnięta.
– Auć. Ale boli.
Co tu się dzieje, do jasnej cholery?
– Musiałaś pomylić domki, paniusiu. Jak się tu dostałaś?
Dotknęła swojej dłoni i się skrzywiła.
– Wpisałam kod do drzwi.
Podała mi go, i rzeczywiście, to był poprawny kod: jeden, trzy, zero, siedem. Zapamiętałem go, bo moja była miała urodziny trzynastego lipca.
– Kto ci go podał? – zapytałem.
– Właścicielka, Amy.
Nie miałem pojęcia, od kogo wynająłem ten przeklęty domek, ale miałem wrażenie, że kobieta nie zmyśla. Może to ja pomyliłem adres? Mógłbym przysiąc, że to numer pięćdziesiąt. Chyba że numer się zgadza, ale ulica nie? W końcu nie użyłem kodu, żeby tu wejść, bo drzwi już były otwarte. Tylko dlaczego wnętrze wyglądało dokładnie tak, jak na zdjęciach w internecie?
– Czy to Dogwood Lane 50?
– Tak.
Wzruszyłem ramionami.
– Cóż, wszystko wskazuje na to, że to domek, który wynająłem.
– To niemożliwe, bo to ja go wynajęłam – odpowiedziała i potrząsnęła dłonią. – Cholera. Strasznie bolą mnie palce.
– Pokaż mi je.
– Jesteś lekarzem?
– Nie.
– To dlaczego chcesz, żebym pokazała ci rękę?
– Bo uprawiałem kiedyś boks. Łamałem kostki na cudzych twarzach więcej razy, niż potrafię zliczyć.
Nadal patrzyła na mnie nieufnie, a jednak odłożyła tego bezzębnego psa. Mały drań się rozszczekał, gdy tylko dotknął łapkami materaca. Zeskoczył z łóżka, rzucił się w moją stronę, po czym zaczął biegać wokół mnie i warczeć. Bez zębów nie stanowił wielkiego zagrożenia, dlatego nie ruszyłem się z miejsca. Jak się okazało, bardzo się myliłem: nie trzeba mieć zębów, żeby za coś chwycić.
Na przykład za ręcznik.
A potem szarpnąć.
I tak oto stałem tam kompletnie nagi, z przyrodzeniem na widoku.
– O mój Boże! – Kobieta zakryła oczy.
Co za pieprzony koszmar. Łudziłem się, że ten okropny dzień dobiegł już końca, a tymczasem miał dla mnie kolejną niemiłą niespodziankę. Mój zziębnięty po prysznicu członek wyraźnie skurczył się przy jądrach, szukając ciepłego schronienia – zdecydowanie nie tak chciałbym się zaprezentować kobiecie. Nie żebym miał ochotę prezentować się w całej okazałości jakiejś nieznajomej, ale skoro już zostałem odsłonięty… Mężczyzna zawsze chce zrobić dobre pierwsze wrażenie.
Blondynka rozłożyła palce i zerknęła na mnie przez nie.
– Jezu Chryste, nie stój tak! Zrób coś! Jesteś nagi!
Złapałem narzutę z łóżka i owinąłem ją sobie wokół talii.
– Właśnie wziąłem prysznic…
– I co z tego?
– No wiesz, nie chcę, żebyś pomyślała…
Uniosła brwi.
– Serio martwisz się w tej chwili o to, jak się prezentuje twoja męskość?
No… tak. Ale to zabrzmiało jak podchwytliwe pytanie, więc na wszelki wypadek nie odpowiedziałem.
– Pokaż mi swoje potwierdzenie rezerwacji.
– To ty pokaż mi swoje!
– Dobra, niech ci będzie – burknąłem. – Jest w mojej walizce w salonie.
– To może przy okazji znajdziesz sobie jakieś ubranie?!
Zmierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu. Musiałem przyznać w duchu, że jest cholernie urocza. Upięła blond włosy w niedbały kok na czubku głowy, miała wielkie zielone oczy i piegi na małym, okrągłym nosku. Tyle że nie znajdowaliśmy się w jakimś barze na mieście, a nawet gdybym ją tam poznał, kobieta była ostatnim, czego obecnie w życiu potrzebowałem. Dlatego zabrałem swój owinięty narzutą tyłek do salonu.
Blondynka z zielonym pasem w karate dołączyła do mnie, gdy grzebałem w walizce. Teraz miała na sobie szlafrok, który zawiązała mocno w talii. Szkoda. Tamten strój pod spodem był ładniejszy. Sięgnęła po leżącego na stoliku kawowym laptopa, którego wcześniej nie zauważyłem, i zaczęła stukać w klawisze. W międzyczasie wyjąłem szorty, koszulkę i teczkę z dokumentami, które moja asystentka wydrukowała przed moim wyjazdem.
– Proszę – powiedziałem. – Tutaj jest gdzieś potwierdzenie rezerwacji. Ja idę się ubrać.
– Dziękuję.
Po chwili wróciłem do niej w ubraniu, a ona zmarszczyła brwi na mój widok.
– Chyba będziesz miał siniaka pod okiem.
– Wspaniale. Idealne zakończenie tego okropnego dnia.
– Przepraszam.
– To nie twoja wina. Postąpiłaś właściwie. Kiedy ktoś pakuje ci się do łóżka bez zaproszenia, najpierw uderzaj, a potem zadawaj pytania. Oko się zagoi.
– Dzięki, że to mówisz, ale i tak czuję się okropnie. – Westchnęła, po czym wskazała na laptopa, kręcąc głową. – Z naszych potwierdzeń wynika, że oboje wynajęliśmy ten domek w tym samym terminie. Jak to w ogóle możliwe?
– Pokaż.
Odwróciła laptopa w moją stronę, a ja porównałem dane z ekranu z tymi na moich dokumentach. Rzeczywiście, wszystko wskazywało na to, że oboje zarezerwowaliśmy domek pod adresem Dogwood Lane 50.
– Nie mam pojęcia, co tu się odwaliło – powiedziałem. – Ale na pewno za to zapłaciłem. Pamiętam tę wpłatę z wyciągu z karty kredytowej sprzed pół roku.
– Ja dokonałam rezerwacji w zeszłym tygodniu.
Wzruszyłem ramionami.
– No to już wiemy, kto jest prawowitym najemcą.
– Niby kto?
– No ja. Zarezerwowałem ten domek pierwszy.
– Nie obchodzi mnie, kto był pierwszy – odparła. – Oboje za niego zapłaciliśmy, więc mamy do niego równe prawa.
Jej zaczerwieniona dłoń znów przykuła moją uwagę. Wyglądała na okropnie opuchniętą.
– Pokaż mi te swoje palce.
Znów spojrzała na mnie nieufnie.
Przewróciłem oczami.
– Chyba już ustaliliśmy, że nie jestem przestępcą ani włamywaczem? Nie użyłem kodu do drzwi, bo zostawiłaś je otwarte. Nawiasem mówiąc, nigdy nie powinnaś tego robić, zwłaszcza gdy jesteś sama w środku lasu. Musiała zajść jakaś pomyłka z tą rezerwacją. Pokaż mi tę cholerną rękę.
Zmrużyła oczy.
– Nie musisz na mnie kląć.
– Kląć? „Cholerna” to nie przekleństwo.
– A właśnie że tak.
– Właśnie że nie. „Pieprzona” to co innego. Chociaż osobiście preferuję słowo „pieprzyć” lub „pieprzenie” używane w wiadomym kontekście.
– Nieważne. – Potrząsnęła głową. – Po prostu obejrzyj tę moją cholerną rękę.
Zaśmiałem się. Dwa jej knykcie wydawały się przesunięte w prawo i mocno opuchnięte.
– Możesz poruszyć tymi palcami? – zapytałem.
– Niezbyt. – Skrzywiła się. – Kiedy próbuję, czuję bolesne mrowienie rozchodzące się po całej ręce.
– Czy twoje knykcie normalnie są ustawione w jednej linii z palcami?
– Oczywiście, że tak!
– W takim razie jestem prawie pewien, że je złamałaś.
Zamknęła oczy i westchnęła.
– Świetnie.
– Chyba powinnaś pojechać na pogotowie i zrobić prześwietlenie.
– Czy z knykciami jest jak z połamanymi palcami? Po prostu owija się je specjalną taśmą?
– Kiedy kości są przesunięte tak, jak u ciebie, zazwyczaj trzeba je nastawić i założyć gips.
Kobieta pobladła nagle.
– Nastawić? W sensie przesunąć je?
Skinąłem głową.
– Dlaczego mam podejrzenie, że to coś bardzo bolesnego?
Bo rzeczywiście boli jak cholera. Ale widząc jej bladą twarz, wolałem zachować to dla siebie.
– Nie jest aż tak źle.
Wtedy moją uwagą przyciągnęły dziwne dźwięki dobiegające z drugiego końca pomieszczenia. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem krwiożerczego chihuahuę bez zębów gwałcącego jakiegoś pluszaka na podłodze.
– Yyy… Wygląda na to, że twój pies znalazł sobie dziewczynę.
Kobieta westchnęła.
– To Kate. Leonardo robi to z nią już od pięciu lat. Jest w niej zakochany.
– Ten pies to chłopak? Z tą błyszczącą obrożą?
– Nie oceniaj go za to, że lubi błyskotki.
– Sam ci powiedział, że chce nosić na szyi to coś?
Posłała mi mordercze spojrzenie. Muszę przyznać, że było to w dziwny sposób urocze.
– To ma być twoja groźna mina? Jeśli tak, to lepiej zgaś światło i wróć do bicia po ciemku.
Spojrzałem na psiaka, który używał sobie w najlepsze.
– Czy on zabawia się z… żółwiem?
– Tak.
– Całe szczęście nie zabrałem ze sobą swojego zwierzaka.
– Masz żółwia?
– Tak. Twój pies na poważnie zakochał się w maskotce?
Skinęła głową.
– Dlatego nazwałam ją Kate.
– Nie rozumiem.
– No Leonardo i Kate… Grali razem w Titanicu.
– Czy jedno z nich tam czasem nie zginęło?
Spojrzała na swoją dłoń.
– Mogę poczekać do jutra z tym pogotowiem? Która jest w ogóle godzina?
– Nie jestem lekarzem, ale ja bym nie zwlekał. Co do godziny to pewnie dochodzi trzecia.
– Świetnie. Nie wiem, gdzie jest najbliższy szpital, a nawet nie mam samochodu. Przyjechałam z lotniska Uberem.
Wyprawa do pieprzonego szpitala była ostatnim, na co miałem ochotę, ale nie mogłem przecież pozwolić, żeby jechała tam sama w środku nocy. Skinąłem głową w stronę drzwi.
– Chodź. Ja cię zawiozę.
– Nie, nie trzeba, naprawdę. – Chwyciła telefon ze stolika kawowego i zaczęła w nim klikać. – Zamówię Ubera.
– I tak nie śpię. Poza tym nie będę mógł zasnąć, jeśli cię nie zawiozę.
– Dlaczego? – Zmarszczyła czoło.
– Bo nie mogę pozwolić kobiecie wsiąść do samochodu z nieznajomym kierowcą na jakimś odludziu, kiedy nie wie nawet, dokąd ma jechać.
– Aha. A gdybym była mężczyzną, nie miałbyś z tym problemu, tak?
Kolejne podchwytliwe pytanie. Westchnąłem.
– Po prostu pozwól mi cię tam zawieźć.
Wpatrywała się długo w ekran telefonu, po czym odwróciła go w moją stronę.
– O Boże. W okolicy nie ma żadnych kierowców. Jak to możliwe?
– Jesteśmy na jakimś zadupiu Michigan, i to w środku nocy. – Znów wskazałem na drzwi. – No chodź. Zawiozę cię.
– Nawet nie wiem, jak się nazywasz.
– Dawson.
– To imię czy nazwisko?
– Imię.
– Interesujące.
– Tak, ekscytujące. To co, jedziemy?
Zignorowała moje pytanie.
– Jestem Naomi.
Skinąłem głową.
– Świetnie. Skoro już zostaliśmy serdecznymi przyjaciółmi, to może ruszymy w drogę, zanim padnę na twarz? To był cholernie długi dzień.
Naomi przygryzła wargę.
– No dobra. Pójdę tylko po biżuterię.
– Chcesz założyć biżuterię na pogotowie?
– Nie chcę jej zakładać, tylko wziąć ze sobą. Nie ma tu sejfu, a ja zabrałam diamentowy naszyjnik i kolczyki mamy. Mama już nie żyje, a one wiele dla mnie znaczą.
Skierowałem wzrok na szczuro-psa, który nadal intensywnie wyżywał się na pluszowym żółwiu.
– Szczurek nie mógłby ich popilnować?
– Nie nabijaj się z mojego psa. – Naomi zmarszczyła brwi. – Jest cudowny.
– Po jaką cholerę przywiozłaś diamenty do chatki w lesie?
– To na ślub.
– Jaki ślub?
– Mojej przyjaciółki Lily. A co?
O cholera. Naomi… Przedstawiła się jako Naomi.
– Jak masz na nazwisko?
– Heart.
Zamknąłem oczy. Jakie jeszcze niespodzianki czekały mnie tej nocy?
– Studiowałaś prawo z Lily i Benem, prawda?
– Tak. Skąd wiesz?
– Bo przyjechałem tu na ten sam ślub. Ben to mój kumpel, znamy się od dziecka, robiliśmy razem licencjat. Lily mi o tobie wspominała. Powiedziała, że wy troje robiliście magisterkę z prawa na Uniwersytecie Michigan i że przeprowadziłaś się niedawno do Nowego Jorku. O ile dobrze pamiętam, powiedziała: „Przedstawiłabym was sobie, ale pewnie od razu byście się pozabijali”.
2
– Mam zadzwonić po opiekę społeczną w pani imieniu? – Pielęgniarka uśmiechnęła się do mnie ciepło. – A może na policję?
– Policję? Po co miałabym rozmawiać z policją?
Spojrzała znacząco na moją dłoń w gipsie.
– Nie ma się czego wstydzić. Moja siostra przez wiele lat była w przemocowym związku i to przed nami ukrywała. Zdarza się nawet najsilniejszym. W żadnym razie nie stawia to pani w złym świetle.
Uniosłam rękę.
– Myśli pani, że złamałam palce, walcząc z oprawcą?
– Widziałam pani chłopaka w poczekalni. Przechadzał się nerwowo tam i z powrotem i wyglądał na bardzo spiętego.
– Cóż, wcale mu się nie dziwię, bo poznaliśmy się zaledwie kilka godzin temu i najwyraźniej już zostaliśmy wrogami. Dawson nie jest moim chłopakiem i zapewniam, że mnie nie zaatakował. Tak naprawdę to ja zaatakowałam jego. Tak właśnie złamałam sobie palce.
Pielęgniarka zacisnęła usta. Nie wyglądała na przekonaną.
– Naprawdę – zapewniłam. – Doszło do jakiejś pomyłki z naszą rezerwacją na Airbnb i okazało się, że oboje wynajęliśmy ten sam domek. Obudziłam się w środku nocy i zobaczyłam półnagiego mężczyznę pakującego mi się do łóżka. Moją pierwszą reakcją było przyłożyć mu z pięści.
– O rany.
Pokiwałam głową.
– No właśnie. Okazało się, że przyjechaliśmy tu na ten sam ślub, więc to nie tak, że go przeproszę i już się więcej nie zobaczymy.
Pielęgniarka się uśmiechnęła.
– Ma pani mocne uderzenie. To jego limo jest naprawdę spore.
Wtedy dotarło do mnie, że zepsułam zdjęcia ślubne Lily i Benowi: ja będę na nich z tym głupim gipsem, a Dawson z podbitym okiem. Pokręciłam głową.
– Moja przyjaciółka mnie zabije. Zorganizowała tu bajkowy ślub w środku lasu, a przeze mnie i Dawsona będzie wyglądał jak z upiornych baśni braci Grimm zamiast z Disneya.
Kobieta się zaśmiała.
– Cóż, mogło być gorzej.
– Niby jak?
– Mogła pani uderzyć brzydala. Cieszę się, że się pomyliłam co do tego mężczyzny, bo jest naprawdę niczego sobie. Aż miło popatrzeć.
O nie, Dawson nie był „niczego sobie”, tylko wręcz absurdalnie przystojny. Szczerze mówiąc, prawie zakręciło mi się w głowie na jego widok, kiedy zapaliłam światło. Kto normalny w samym środku bójki myśli o tym, jak seksowny jest napastnik? Boże, naprawdę musiałam się wreszcie z kimś przespać. Już zdecydowanie zbyt długo żyłam w celibacie. Całe szczęście, że nie uderzyłam go w tę idealnie wyrzeźbioną szczękę. No i zostało mu jeszcze jedno nietknięte błękitne oko, w które będę mogła się wpatrywać.
Przygryzłam dolną wargę.
– W dodatku widziałam go całego. Miał ręcznik owinięty wokół talii, kiedy się obudziłam, ale mój pies mu go zerwał. Będę musiała nagrodzić Leonarda smakołykiem.
Oczy pielęgniarki zabłysły.
– I…?
– Powiem tylko, że facet ma pakiet premium.
Wybuchłyśmy śmiechem jak stare, dobre przyjaciółki. Nie było to może zbyt uprzejme z mojej strony, zważywszy na to, że właśnie uderzyłam tego mężczyznę pięścią w twarz, a on i tak zawiózł mnie na oddział ratunkowy nad ranem, ale cóż, potrzebowałam się trochę pośmiać.
Pielęgniarce nadal nie schodził z twarzy uśmiech, kiedy podawała mi plik papierów spiętych zszywką w rogu.
– To zalecenia dotyczące gipsu. Najważniejsze, aby przed kąpielą dobrze go zabezpieczyć. Najlepiej folią, i obwiązać ją jeszcze gumką recepturką. I proszę nie wkładać niczego do środka, nawet jeśli swędzi, bo można zrobić sobie krzywdę. Choć pewnie i tak będzie to pani robić, zważywszy na to, że czeka nas najgorętszy czas w roku i na pewno będzie się pani pocić. W razie czego proszę przynajmniej spróbować użyć pilniczka do paznokci albo czegoś bez ostrego zakończenia.
– Dobrze, dziękuję.
– Myślę, że będzie pani nosić ten gips przez jakieś cztery do sześciu tygodni, ale proszę się jeszcze skonsultować z lekarzem po powrocie do Nowego Jorku.
Zmarszczyłam brwi.
– Świetnie. A właśnie szukam nowej pracy. No i oczywiście jestem praworęczna.
Skinęła głową.
– Ludzie zwykle uderzają dominującą ręką. Kiedyś zwichnęłam nadgarstek w wypadku samochodowym. Najgorsze było zapinanie stanika. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo trzeba wyciągnąć rękę i wygiąć dłoń, żeby zapiąć to cholerstwo.
Zdjęła tackę z szafki przy łóżku i cofnęła się o krok.
– Gotowe.
Zeskoczyłam na podłogę.
– Dziękuję za wszystko. Czy mogę jeszcze skorzystać z toalety? Czeka nas dość długa droga powrotna do tego domku w lesie.
O ile w ogóle tam zostanę. Jeszcze nie wiedziałam, jak rozwiążemy z Dawsonem ten problem.
Przeraziłam się, kiedy spojrzałam w lustro w toalecie. Przed wylotem po raz pierwszy w życiu założyłam sztuczne rzęsy, licząc, że będą się ślicznie prezentować na ślubie. Tylko że najwyraźniej klej okazał się za słaby, przynajmniej na prawym oku. Lewe nie straciło ani jednej rzęsy, przez co wyglądałam jak jakaś dziwna kreatura z oczami różnej wielkości. Mało tego, przed snem nałożyłam żółtą maseczkę błotną na twarz. Po zaschnięciu błoto przybrało zielonkawoszary odcień, a ja nie zmyłam go tak dokładnie, jak mi się zdawało. W rezultacie miałam na twarzy dwie szare plamy, w tym jedną na nosie, przez co lewe nozdrze wydawało się wypukłe. I jeszcze te czerwone plamy na mojej jasnej skórze. Pojawiały się zawsze, gdy się denerwowałam.
– Jezu Chryste. – Odkręciłam wodę i zaczęłam ścierać resztki maseczki błotnej. – Wcale nie musiałam go atakować. Spłoszyłabym go samym wyglądem, gdybym tylko włączyła światło.
Kilka minut później wyszłam do poczekalni bez resztek sztucznych rzęs i zszarzałego błota na twarzy. Niestety nie zdołałam nic zrobić z zaczerwienioną skórą. Dawson poderwał się z krzesła, kiedy mnie zobaczył.
– Kurczę. – Spojrzał na moją rękę. – Skończył im się biały gips?
– Nie, różowy bardziej mi się podoba. Ten kolor poprawia mi nastrój.
– Skoro tak mówisz… Czyli jednak złamałaś te knykcie?
Skinęłam głową.
– A ty mnie okłamałeś. Bolało jak diabli, kiedy je nastawiali.
Warga Dawsona drgnęła.
– Uznałem, że jesteś już wystarczająco zestresowana. Nie chciałem ci jeszcze dokładać i mówić, że od tego bólu zbierze ci się na wymioty.
– A dlaczego mi nie powiedziałeś, jak wygląda moja twarz?
Między jego brwiami pojawiły się dwie zmarszczki.
– Coś było z nią nie tak?
– Przed wyjazdem założyłam sztuczne rzęsy i spadły mi z jednego oka, kiedy spałam. No i nie zmyłam do końca maseczki błotnej.
Wzrok Dawsona błądził przez chwilę po mojej twarzy.
– Aha. Czyli nie masz krzywego nosa?
– Nie! To przez tamto błoto wyglądał na zdeformowany.
Wzruszył ramionami.
– I tak pomyślałem, że jesteś urocza.
Co zaskakujące, poczułam na te słowa trzepotanie w brzuchu, które jednak zignorowałam.
– To co teraz zrobimy z tą nieszczęsną chatką?
Dawson położył mi dłoń na krzyżu i delikatnie zachęcił, żebym ruszyła.
– Możemy o tym porozmawiać w drodze powrotnej? Facet po mojej lewej kaszle, jakby miał zaraz wypluć płuca. Chyba ma gruźlicę.
Spojrzałam na chorego mężczyznę.
– Gruźlicę? Czy to nie lekka przesada? To pewnie grypa albo coś podobnego.
– Strasznie się poci i jest wychudzony. Sprawdziłem objawy. Gorączka i brak apetytu to częste symptomy gruźlicy.
– O Boże. – Zatrzymałam się w miejscu. – Właśnie sobie przypomniałam, co powiedziała o tobie Lily. Myślę, że chodziło jej o ciebie, bo mówiła o przyjacielu Bena, który jest obrońcą specjalizującym się w sprawach karnych.
– I co takiego powiedziała?
Roześmiałam się, odchylając głowę do tyłu.
– Że jesteś inteligentny, przystojny, uwielbiasz rywalizację i masz germofobię. To dlatego brałeś prysznic o drugiej w nocy?
– Zatrzymałem się po drodze na kilku stacjach. Wiesz, ile bakterii jest w tych obrzydliwych toaletach?
Nie wiem dlaczego, ale nie mogłam przestać się śmiać – nawet gdy już stanęliśmy przy samochodzie Dawsona. Otworzył mi drzwi z niezadowoloną miną.
– To wcale nie jest takie śmieszne.
– Przepraszam, czasem tak mam z przemęczenia i niewyspania – powiedziałam, wciąż chichocząc. – Masz szczęście, że nie zaczęłam płakać, bo nad tym też nie mogłabym zapanować.
Wskazał na samochód.
– Wsiadaj albo cię tu zostawię i będziesz mogła sobie płakać do woli.
Nadal się śmiałam, gdy zapinałam pasy, co zajęło mi wyjątkowo dużo czasu, bo zazwyczaj robiłam to prawą ręką.
– No to co zrobimy z tym nieszczęsnym domkiem? – zapytałam Dawsona.
– Wysłałem e-maila do tej kobiety, która go nam wynajęła, ale jeszcze nie odpisała. Jest dopiero szósta trzydzieści, a w jej profilu znalazłem informację, że mieszka na Zachodnim Wybrzeżu. Napisałem też do Bena. Lily zostaje u siostry aż do wesela, więc zaoferował, że do tego czasu mogę spać u niego na kanapie. Mamy zatem dwie noce na rozwiązanie tego tak, aby żadne z nas nie wylądowało na bruku.
– Kurczę, źle się z tym czuję, że będziesz spał na kanapie, skoro oboje zapłaciliśmy za ten wynajem.
– Zawsze mogę dzielić z tobą łóżko…
– Po namyśle stwierdzam, że nocowanie u Bena brzmi jednak całkiem fajnie.
Dawson zaśmiał się i wrzucił bieg.
– Tak myślałem.
Czterdzieści minut później podjechaliśmy pod domek w lesie. Po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć go w świetle dnia.
– Kiedy jest jasno, wygląda nawet uroczo.
– Byłby jeszcze bardziej uroczy, gdyby znajdował się na Barbadosie, miał bar przy basenie i prywatną obsługę. – Dawson zgasił silnik, ale nie wyciągnął kluczyków ze stacyjki. – Muszę tylko zabrać swoją torbę.
– Och. Tak, oczywiście.
Weszłam do środka pierwsza, kiedy nagle Dawson zaszedł mi drogę i stanął przede mną.
– Wyjdź szybko na zewnątrz – rzucił niskim, groźnym głosem.
Zajrzałam do wnętrza zza jego szerokich barków zaciekawiona, co też spowodowało u niego taką reakcję. Wszędzie dookoła walały się ubrania, choć nie zostawiliśmy po sobie bałaganu. Spojrzałam w miejsce, gdzie stała wcześniej nierozpakowana walizka Dawsona – była pusta. Leonardo spał sobie twardo na jego dżinsach, które najwyraźniej zaciągnął na kanapę.
– Nie zostawiłeś przypadkiem otwartej walizki? – zapytałam.
– Może. Musiałem wyjąć ubrania.
Obeszłam Dawsona i podeszłam do kanapy, żeby pogrozić psu palcem.
– Coś ty narobił, Leonardo?
Psiak położył uszy po sobie, co było niezbitym dowodem jego winy – choć i tak wokół nas walało się już wystarczająco dużo dowodów.
– Przepraszam. Leonardo uwielbia wszystko rozpakowywać: walizki, pudełka, torebki… Nie mogę zostawić niczego takiego bez opieki, bo zaraz to opróżni. W zeszłym tygodniu zabrałam go do parku, a on wyciągnął rzeczy z torebki jakiejś kobiety, kiedy byłam zajęta pisaniem wiadomości. Myślała, że ktoś ją okradł. Przepraszam, nie pomyślałam o tym, kiedy wychodziliśmy.
– Świetnie… – Dawson pokręcił głową.
– Naprawdę przepraszam. Pomogę ci posprzątać.
– Poradzę sobie. – Pochylił się i zaczął zbierać ubrania z podłogi. – Myślę, że już wystarczająco mi pomogłaś.
Zmarszczyłam brwi.
– Nie musisz być taki niemiły. Leonardo ma lęk separacyjny. Pewnie był zestresowany, że zostawiliśmy go samego w nieznanym miejscu.
– No tak, biedne zwierzę jest zestresowane – mruknął Dawson.
Skończył zbierać ubrania i wepchnął je z powrotem do walizki. Potem westchnął ciężko i rozejrzał się dookoła.
– To chyba wszystko. Dam ci znać, jak dostanę odpowiedź od tej kobiety z Airbnb.
– Podam ci swój numer.
Dawson wyciągnął do mnie telefon. Wpisałam do niego swój numer i mu go oddałam.
– No to do zobaczenia. Chyba że dostanę wcześniej odpowiedź, to odezwę się na komórkę.
– Do zobaczenia? – zapytałam.
– Dziś wieczorem jest próba.
– Ach, no tak. Oczywiście.
Podeszłam do drzwi i patrzyłam, jak Dawson ciągnie walizkę do samochodu.
– Jeszcze raz dzięki za podwiezienie do szpitala.
– Nie ma problemu. Dzięki za siniaka pod okiem.
Uśmiechnęłam się.
– Zapomniałeś jeszcze o ślinie i psiej sierści na ubraniach. Jako germofob na pewno jesteś tym zachwycony. A, i pewnie jeszcze zaraziłeś się gruźlicą w szpitalu.
Otworzył drzwi samochodu i je przytrzymał.
– A ty podziękuj temu małemu gnojkowi, że ściągnął mi ręcznik, żebym mógł się obnażyć przed kobietą, która mi przywaliła.
Przed oczami stanął mi obraz Dawsona z ośmiopakiem i wielkim penisem zwisającym do połowy uda. I nie mogłam wyrzucić tej wizji z głowy, nawet gdy Dawson odjechał polną drogą. To była okropna noc, a jednak moje usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. Westchnęłam.
O tak, zdecydowanie podziękuję Leonardowi.
3
– Tylko tobie mogło się przydarzyć coś takiego, Reed. – Mój przyjaciel Ben zaśmiewał się tak, że aż trzęsły mu się ramiona. – Myśl, że osiągnąłeś w końcu wiek, w którym dostajesz w twarz za pakowanie się kobiecie do łóżka, wyjątkowo mnie bawi. Pamiętam czasy, kiedy wracaliśmy do akademika w środku nocy, a w naszym pokoju czekała już na ciebie naga dziewczyna.
Pokręciłem głową.
– Te dni chwały już dawno minęły. W ostatniej dekadzie zdarzyło się to tylko raz: kiedy wyciągnąłem z więzienia chorą psychicznie klientkę, a ona włamała mi się do mieszkania, żeby osobiście mi „podziękować”.
Ben zachichotał.
– Faktycznie, zapomniałem o tym. Byłeś wtedy z Emily, prawda? Też nie była tym zachwycona.
– Nawet mi o niej nie wspominaj. – Zmarszczyłem brwi.
Ben przewrócił naleśniki na patelni.
– No właśnie, co z nią? Nadal się na ciebie gniewa, mimo że to ona zawiniła?
Pokręciłem głową.
– To jakiś obłęd. Jedno z nas musi odejść.
– Nie sądzisz, że jeszcze się jakoś dogadacie?
– Nie ma mowy.
– Zawsze możesz przejść na tę drugą, szlachetną stronę.
Ben i Lily byli asystentami prokuratora okręgowego. Ben pracował w Departamencie do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji na Manhattanie, a Lily w Sądzie Apelacyjnym na Brooklynie. Od czasu do czasu spotykaliśmy się w sali sądowej.
– Jedyni szlachetni ludzie w tej branży to frajerzy siedzący w ławie przysięgłych za całe czterdzieści dolców dziennie. Poza tym nie chciałbym waszej pensji.
– We dwójkę nie jest tak źle.
– Tak, tylko że życia we dwójkę też nie mam w planach.
Tak naprawdę tylko się z nim droczyłem. Choć Ben w prokuraturze faktycznie dostawał zaledwie ułamek tego, co zarabiałem ja, to jednak doskonale wiedział, że nie wybrałem tej pracy dla pieniędzy – a przynajmniej nie na początku. Z czasem, po reprezentowaniu niektórych klientów, zacząłem mieć wrażenie, że moją jedyną motywacją faktycznie jest kasa.
– Więc ty i Lily studiowaliście prawo z Naomi?
– Tak.
– Gdzie ona teraz pracuje?
– Nigdzie. Przeprowadziła się do Nowego Jorku zaledwie dwa tygodnie temu i myśli o zmianie zawodu.
– Poważnie? Nie chce już praktykować prawa?
Ben wzruszył ramionami.
– A gdzie wcześniej pracowała?
– W Prokuraturze Okręgowej Wirginii. Postępowania karne.
– Ach, to dlatego założyliście, że się pozabijamy. Była w tym dobra?
– Gdybyście kiedykolwiek stanęli naprzeciwko siebie w sądzie, usiadłbym w sali z wielką miską popcornu, żeby obejrzeć ten spektakl. Miała najlepsze wyniki na wydziale. Przegrała tylko jeden proces.
– Dlaczego przeprowadziła się do Nowego Jorku?
– Chce zacząć od nowa. W zeszłym roku zerwała z narzeczonym. Poza tym mieszka tam jej siostra Frannie, która ma problemy zdrowotne.
Ludzie rzadko pragną „zacząć od nowa”, o ile w ich życiu nie wydarzy się coś na tyle poważnego, żeby byli do tego zmuszeni. Ben nic więcej mi jednak nie zdradził, a ja nie dopytywałem. Kto jak kto, ale ja akurat doskonale wiedziałem, że każdy ma swoje tajemnice.
Ben nałożył nam śniadanie i usiedliśmy razem przy stole.
– Nie masz przypadkiem wiórków kokosowych? – zapytałem. – Myślałem, że zabrałem je ze sobą, ale chyba zostawiłem w domu.
– Ty i ta twoja obsesja na punkcie kokosa. Czy to cholerstwo nigdy ci się nie przeje?
– To świetne paliwo dla mózgu, bogate w żelazo, magnez, cynk…
– Tak, wiem, wiem – przerwał mi przyjaciel. – Miedź, mangan i selen. Wierz mi, po czterech latach mieszkania z tobą w czasach college’u znam te wszystkie wartości odżywcze na pamięć.
– W takim razie nie pojmuję, dlaczego sam nie trzymasz kokosa w lodówce.
Ben parsknął śmiechem.
– Jesteś niemożliwy.
Ziewnąłem i sięgnąłem po szklankę soku pomarańczowego. Musiało być już koło dziewiątej, a ja nadal nie zmrużyłem oka.
– Lily zleciła mi dziś milion rzeczy do zrobienia – powiedział Ben. – Zaraz po śniadaniu znikam, więc będziesz mógł się spokojnie zdrzemnąć.
– Dzięki.
Zachichotał, patrząc na moje podbite oko.
– Nie wierzę, że ta dziewczyna cię pobiła.
– Było ciemno. I uderzyła tylko raz.
Ben włożył do ust widelec z kawałkiem naleśnika.
– Naomi jest śliczna, co nie?
– Jeśli Lily usłyszy, że mówisz tak o innej kobiecie, to będziesz mieć takie samo fioletowe limo, przyjacielu.
– To, że biorę ślub, nie oznacza, że oślepłem.
– Jest ładna, ale nie w moim typie.
Mój przyjaciel zmarszczył czoło.
– Co w niej nie jest w twoim typie?
– Ma psa.
– Od kiedy to nie lubisz psów?
– Lubię. Tylko że posiadanie psa, kota czy nawet głupiej złotej rybki to poważne zobowiązanie. A mój typ kobiety to taka, która się nadmiernie nie przywiązuje. Wiesz, łatwo przyszło, łatwo poszło.
– Przecież sam masz pieprzonego żółwia. Te stworzenia to dożywotnie zobowiązanie.
– Dostałem Sheldona, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia o życiu. Pies Naomi nie jest aż taki stary.
– Czyli co? Wracasz do studenckich czasów? Nowa dziewczyna co parę miesięcy?
– Może. – Przeczesałem włosy dłonią. – Byłem wtedy szczęśliwy. Poza tym Naomi jest wymagająca, a mi już wystarczy takich kobiet.
– Po czym wnioskujesz, że taka jest?
– Koronkowa piżamka, maseczki błotne… W szpitalu wybrała różowy gips, a jej pies nosi obrożę z kryształkami.
Ben uśmiechnął się szeroko.
– W dodatku jest weganką. Chyba rzeczywiście ma coś z Elle Woods.
– A kto to?
– Pytasz poważnie? To postać z filmu Legalna blondynka. Lily oglądała go jakieś kilkanaście razy.
– Czy ktoś wspomniał właśnie o Legalnej blondynce?
Drzwi z moskitierą zaskrzypiały i narzeczona Bena weszła do domku z uśmiechem na twarzy.
– Dzień dobry, moja cudowna przyszła żono. – Mój przyjaciel rozpływał się z wielkim głupkowatym uśmiechem na twarzy.
Przewróciłem oczami.
– Dobry, Lil – bąknąłem.
– Co tutaj robisz o tak wczesnej porze, Dawsonie? – Podeszła do mnie i pocałowała mnie w policzek. – Myślałam, że przyjedziesz w środku nocy i o tej porze będziesz jeszcze słodko chrapał.
– Cóż, sprawy nie potoczyły się zgodnie z planem.
Mój zakochany po uszy kumpel odłożył widelec, odsunął krzesło od stołu i poklepał się po kolanach. Lily zachichotała, usiadła mu na nich i zaczęła całować go po całej twarzy.
– Fuj – jęknąłem. – Ja tu jem.
– Dawson ma za sobą ciekawą noc – oświadczył Ben z szerokim uśmiechem. – Poznał Naomi…
Oczy Lily się rozszerzyły, a na jej twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech.
– Wiedziałam, że albo się znienawidzicie, albo skończycie w łóżku.
– Tej nocy akurat tylko Leonardo sobie poużywał.
Lily zmarszczyła nos.
– O nie. Nie mów, że Naomi przywiozła tu tę pluszową żółwicę? Czekaj… – Wyciągnęła rękę i odwróciła moją głowę w swoją stronę. – Jezu. Masz siniaka pod okiem?
Przytaknąłem.
– Możesz podziękować za to swojej przyjaciółce.
– Komu? Naomi? O czym ty mówisz?
Ben opowiedział narzeczonej całą historię, podczas gdy ja kończyłem jeść naleśniki w milczeniu. Kiedy mój talerz był już pusty, zjadłem resztki z talerza przyjaciela.
– Będziemy musieli jeszcze wpaść do drogerii – oznajmiła Lily.
– Po co? – zapytał Ben.
– Dawson potrzebuje korektora pod to oko.
– Makijaż? – Pokręciłem głową. – Nie ma mowy.
– Ale będziesz wyglądać okropnie na zdjęciach.
– Przerobisz je w Photoshopie.
– A ja się martwiłam, że będziecie się tu żreć z Emily. – Westchnęła.
– Niby dlaczego? Przecież jest w Nowym Jorku.
Lily zrzedła mina.
– O nie.
– Co?
– Nie powiedziała ci? Obiecała, że powie!
– Co takiego miała mi powiedzieć?
– Że jednak postanowiła przyjechać na nasz ślub.
– Przepraszam za spóźnienie! – Naomi wyskoczyła przez tylne drzwi samochodu.
Wyglądała zupełnie inaczej niż wczoraj. Chociaż, technicznie rzecz biorąc, to było chyba dzisiaj rano. Sam już nie wiedziałem. Przespałem się tylko kilka godzin u Bena.
Jej rozpuszczone loki okalały śliczną buźkę, a po czerwonych plamach na policzkach i szyi nie było już śladu – miała idealnie gładką, jasną skórę. Duże zielone oczy były teraz tej samej wielkości i bynajmniej nie potrzebowały sztucznych rzęs, żeby zwrócić na siebie uwagę. Pełne usta pomalowała czerwoną szminką w odcieniu pasującym do koloru jej sukienki, która nie odsłaniała zbyt wiele, a mimo to Naomi prezentowała się w niej piekielnie seksownie. W dodatku w przeciwieństwie do reszty pań z orszaku ślubnego, które były w obuwiu sportowym, ona miała na nogach dziesięciocentymetrowe błyszczące srebrne szpilki. Chętnie zobaczyłbym ją tylko w nich.
Kierowca, który ją przywiózł, odjechał, a Cat – kobieta, którą Ben przedstawił mi wcześniej jako organizatorkę ślubu – podniosła rękę.
– No dobrze, myślę, że możemy zaczynać. Samochody nie wjadą już dalej w głąb parku, dlatego stąd pojedziemy wózkami golfowymi, tak jak jutro wieczorem. Goście podjadą z innej strony, żeby nikt nie zobaczył orszaku ślubnego, dopóki nie będziemy gotowi na rozpoczęcie ceremonii.
Spojrzałem na Bena i uniosłem wymownie brew, przekazując mu tym samym: „Co to ma być, u licha?”. Odpowiedział mi wzruszeniem ramion i uśmiechem, akurat gdy na parking wjechała karawana wózków golfowych.
– Każdy wózek mieści cztery osoby – kontynuowała organizatorka. – Jutro pan młody i drużba będą już na miejscu ceremonii, a dziś pojadą z panną młodą i jej ojcem. Evelyn i Jack, wy ruszycie do ołtarza pierwsi, więc usiądźcie, proszę, w pierwszym rzędzie pierwszego wózka, a Naomi i Dawson tyłem do kierunku jazdy w tym samym wózku.
Cat wyrzucała z siebie kolejne instrukcje, podczas gdy zajmowaliśmy przydzielone nam miejsca. Wyciągnąłem rękę, żeby pomóc Naomi wsiąść do wózka.
– Dziękuję – powiedziała.
Skinąłem głową, a ona wygładziła sukienkę, kiedy usiadłem obok niej.
– Jakieś wieści od właścicielki domku?
– Zostawiłem ci wcześniej wiadomość na poczcie głosowej.
– Cholera. – Otworzyła torebkę i wyciągnęła komórkę. – Nie dostałam jej. A przynajmniej tak mi się wydaje. Mam tam fatalny zasięg.
Zastanawiałem się, dlaczego nie odpowiedziała.
– Też nie mam najlepszego. Musiałem podjechać na autostradę i zaparkować na parkingu dla ciężarówek, żeby zadzwonić po południu do biura.
– I co napisała właścicielka?
– Okazało się, że aplikacja, przez którą wynajmuje domek, przeszła jakąś aktualizację w dniu, w którym dokonałaś rezerwacji. Przez błąd systemu pozwoliła ci zarezerwować domek, mimo że nie był już wolny. Kobieta nie miała o tym pojęcia.
– Tylko że za to zapłaciłam.
– Już zleciła zwrot. I bardzo przepraszała, choć jej przeprosiny akurat nam w niczym nie pomogą. Niestety posiada tylko jeden domek na wynajem.
Naomi westchnęła.
– No trudno… Znajdę inne lokum. Przemyślałam to i doszłam do wniosku, że miałeś rację. Dokonałeś rezerwacji pierwszy, więc to ty powinieneś dostać domek.
– Nie przejmuj się tym. Poprosiłem już asystentkę, żeby coś mi znalazła. Powinna do mnie wkrótce oddzwonić.
– Jesteś pewien?
– Tak. Już się tam zadomowiłaś. A Leonardo oznaczył teren.
– A właśnie. Czy ty przypadkiem nie zostawiłeś tam paczki wiórków kokosowych?
– Już myślałem, że zapomniałem jej zabrać. Czyli ją znalazłaś?
– Nie ja, tylko Leonardo. Rozerwał opakowanie i zjadł trochę, więc musiałam je wyrzucić.
– Cholera.
– Co zamierzałeś z nimi zrobić?
– Zjeść.
– To była naprawdę wielka torba. Musiałeś ją kupić w jakiejś hurtowni.
– Bardzo lubię kokosy.
– Kurczę, przepraszam.
– W porządku. Lily obiecała mi ciasto kokosowe na kolacji przedślubnej.
– A, i chyba znalazłam jeszcze coś twojego. – Wyciągnęła z torebki pasek prezerwatyw z ironicznym uśmieszkiem na twarzy. – Leonardo biegał z tym w pysku po twoim wyjeździe. Zgaduję, że należą do ciebie. Liczyłeś, że oznaczysz teren?
– Skąd wiesz, że ktoś inny ich tam nie zostawił?
Jej policzki się zarumieniły.
– Bo to chyba twój rozmiar.
Uśmiechnąłem się od ucha do ucha w reakcji na ten komentarz, bo na gumkach widniał wielki napis: „XL”. A już się obawiałem, że nie zrobiłem najlepszego wrażenia.
Naomi przewróciła oczami.
– Dobra, dobra, tylko niech ci to nie uderzy do głowy. Czy masz dużego, czy nie, nadal wydajesz się dupkiem.
– Czym niby zasłużyłem sobie na to miano?
– Po pierwsze, jesteś obrońcą w sprawach karnych. To już mówi samo za siebie. No i obraziłeś Leonarda.
– Zawiozłem cię do szpitala…
– No dobra, to akurat nie było dupkowate. Przyznaję ci rację.
– Poza tym odstąpiłem ci domek, a sam spałem na twardej kanapie.
– O nie, była niewygodna? – Twarz Naomi złagodniała.
– Była w porządku. Ale mogła być twarda.
Zachichotała.
– Czyli jednak miałam rację. Jesteś dupkiem.
Karawana wózków golfowych zwolniła na małej polanie. Choć nie przepadałem za weselami, to byłem pod wrażeniem tego, co tam zobaczyłem. Znaleźliśmy się w środku lasu, a wszystkie drzewa dookoła były ozdobione migoczącymi światełkami. Z przodu stał łuk ślubny zrobiony z gałęzi, a dla gości rozstawiono rzędy białych krzeseł. Nigdy bym nie przyznał tego głośno Benowi ani żadnemu innemu koledze, ale pomyślałem, że całość wygląda…
– Magicznie – wyszeptała Naomi dokładnie w chwili, gdy to sobie pomyślałem.
Rozglądała się dookoła z bezbrzeżnym zachwytem. Właściwie to wszyscy oniemieli z wrażenia.
– No i? Co o tym myślicie? – zapytała Lily z szerokim uśmiechem. Pewnie dlatego, że już znała odpowiedź.
To było zdecydowanie najpiękniejsze miejsce na ceremonię ślubną, jakie kiedykolwiek widziałem.
Wszystkie panie wzdychały zachwycone, a Lily ścisnęła dłoń Bena.
– Właśnie dlatego sprowadziliśmy was aż tutaj. Odkryliśmy tą polanę na naszej pierwszej randce, kiedy kończyliśmy prawo na Uniwersytecie Michigan. Oczywiście nie było tu wtedy światełek ani krzeseł. Usiedliśmy tu i wstaliśmy dopiero po ośmiu godzinach. – Lily spojrzała na Bena. – Kiedy w końcu wyszliśmy z lasu, wiedziałam, że poznałam swojego przyszłego męża. Cztery lata później Ben oświadczył mi się dokładnie w tym miejscu, a jutro wieczorem weźmiemy tu ślub.
Część kobiet miała łzy w oczach, inne pociągały nosem. Naomi należała do tej pierwszej grupy. Otarła łzy kciukami. Nawet mnie ścisnęło w gardle ze wzruszenia.
Organizatorka wystąpiła naprzód i odchrząknęła.
– Lepiej już zacznijmy, żebyście zdążyli na wspaniałą kolację, którą zaplanowali dla was Ben i Lily. Jutro wieczorem położymy w tym miejscu drewniany parkiet. Dwa dni temu padało, a ziemia wolno tu schnie, więc uważajcie, bo nadal jest rozmiękła. Tam pod drzewami, gdzie nie ma roślinności, jest grząskie błoto. – Cat przeszła za rząd krzeseł. – Niech orszak weselny ustawi się w szeregu w parach.
Wyskoczyłem z wózka golfowego i ruszyłem na drugą stronę, żeby pomóc Naomi zejść. Zanim jednak zdążyłem do niej podejść, wyciągnął do niej rękę Jack, który siedział w pierwszym rzędzie. Nie przepadałem za tym facetem i nigdy nie rozumiałem, dlaczego Ben przyjaźnił się z nim na studiach. W tamtym momencie moja sympatia do niego jeszcze zmalała.
– Chyba nie mieliśmy okazji się poznać – zagadnął Naomi. – Jestem Jack Renner.
– Naomi Heart. – Uśmiechnęła się uprzejmie. – Bardzo mi miło.
Rzuciłem Jackowi ostrzegawcze spojrzenie, gdy uniósł jej dłoń do ust, żeby ją pocałować. Koleś był śliski jak diabli. Skoro jednak to on pomógł Naomi wysiąść z wózka golfowego, postanowiłem skierować się naprzód.
Po kilku krokach poczułem, że ziemia jest bardzo nasiąknięta wodą, a Naomi była przecież w szpilkach. Odwróciłem się, żeby ją ostrzec i… Niestety spóźniłem się o jakieś pół sekundy. Jej lewy obcas już ugrzązł w trawie i tam pozostał, podczas gdy reszta ciała ruszyła dalej. Naomi zachwiała się, gdy jej stopa wysunęła się z buta.
Cała scena rozegrała się jak w zwolnionym tempie. Kolano Naomi ugięło się pod nią. Wyciągnęła dłoń w gipsie, próbując odzyskać równowagę, ale nie mogła już uniknąć upadku. Chociaż Jack wciąż szedł obok niej, był zbyt zajęty gapieniem się na druhny, żeby zauważyć, co się dzieje. Wyciągnąłem rękę do Naomi, ale nie zdążyłem jej już pomóc.
Padła z piskiem prosto w wielką błotnistą kałużę.
Jasna cholera. Odepchnąłem bezużytecznego Jacka i przykucnąłem przy niej.
– Nic ci nie jest?
– Chyba nie. Ale gdzie, do diabła, jest mój but?
Pochyliłem się i wyciągnąłem go z trawy.
– Proszę.
Wsunęła go z powrotem na stopę, podczas gdy wszyscy się na nią gapili. Podbiegli do nas zaniepokojeni Ben i Lily.
– O Boże, nic ci nie jest? – zapytała Lily. – Co się stało?
Naomi strzepnęła błoto z sukienki.
– Obcas utknął mi w błocie. Nic mi nie jest. Tylko trochę mi wstyd za tę scenę.
Wyciągnąłem rękę, żeby pomóc jej wstać. Już miała ją chwycić, kiedy nagle zamarła. Jej dłoń była cała w błocie.
– Ale ty nie znosisz zarazków.
Złapałem jej brudną dłoń i podniosłem Naomi na nogi.
– Nie szkodzi. Brud z ziemi nie przeszkadza mi aż tak bardzo jak ten od ludzi.
Nie puściłem jej ręki, nawet kiedy już się wyprostowała.
– Nie uszkodziłaś sobie kostki? Wyglądało, jakbyś ją skręciła.
– Chyba nie. – Poruszyła stopą kilka razy, po czym zamknęła oczy. – O matko. Nie mówiłam ci o tym wcześniej. Tamta pielęgniarka w szpitalu zapytała, czy ma zadzwonić na policję. Po tym limie pod twoim okiem i moich złamanych palcach wywnioskowała, że jesteś moim przemocowym chłopakiem. Wyobraź sobie, co by było, gdybym musiała założyć tam drugi gips w ciągu doby. Pewnie by cię aresztowali.
– Postarajmy się tego uniknąć. – Spojrzałem na jej stopy i pokręciłem głową. – Dlaczego w ogóle założyłaś te szpilki, do cholery? Wszystkie pozostałe kobiety są w trampkach.
– Nie zabrałam sportowego obuwia.
– Dlaczego?
– Nie pasowało do moich strojów. Mam tylko jedne baleriny, ale też nie pasowały do tej sukienki.
– Niezbyt mądrze z twojej strony, nie uważasz?
– Dzięki za uwagę, Panie Mądraliński. – Zacisnęła usta.
Zlustrowałem ją wzrokiem od góry do dołu i tym razem ugryzłem się w język.
– No co? – zapytała. – Mów. Widzę, że chcesz coś powiedzieć.
– Nie, nie bardzo. – Pokręciłem głową.
– Po prostu wyrzuć to z siebie.
Prześlizgnąłem się po niej wzrokiem po raz drugi i wzruszyłem ramionami.
– Chciałem tyko powiedzieć, że dobrze wyglądasz w tej sukience, nawet z tym błotem.
Naomi zamrugała kilka razy.
– Musiałam się przesłyszeć, bo zabrzmiało to prawie jak komplement.
– Uznałem, że powinienem ci się odwdzięczyć.
Zmarszczyła lekko swój mały nosek.
– Odwdzięczyć? A za co ja cię niby skomplementowałam?
Sięgnąłem do kieszeni po prezerwatywy. Wskazałem na napis „XL” i mrugnąłem do niej łobuzersko.
Naomi przewróciła oczami. Tuż po tym, jak zerknęła na moje krocze.
4
Dostępne w wersji pełnej
5
Dostępne w wersji pełnej
6
Dostępne w wersji pełnej
7
Dostępne w wersji pełnej
8
Dostępne w wersji pełnej
9
Dostępne w wersji pełnej
10
Dostępne w wersji pełnej
11
Dostępne w wersji pełnej
12
Dostępne w wersji pełnej
13
Dostępne w wersji pełnej
14
Dostępne w wersji pełnej
15
Dostępne w wersji pełnej
16
Dostępne w wersji pełnej
17
Dostępne w wersji pełnej
18
Dostępne w wersji pełnej
19
Dostępne w wersji pełnej
20
Dostępne w wersji pełnej
21
Dostępne w wersji pełnej
22
Dostępne w wersji pełnej
23
Dostępne w wersji pełnej
24
Dostępne w wersji pełnej
25
Dostępne w wersji pełnej
26
Dostępne w wersji pełnej
27
Dostępne w wersji pełnej
28
Dostępne w wersji pełnej
29
Dostępne w wersji pełnej
30
Dostępne w wersji pełnej
31
Dostępne w wersji pełnej
32
Dostępne w wersji pełnej
33
Dostępne w wersji pełnej
34
Dostępne w wersji pełnej
35
Dostępne w wersji pełnej
36
Dostępne w wersji pełnej
37
Dostępne w wersji pełnej
38
Dostępne w wersji pełnej
Epilog
Dostępne w wersji pełnej
PODZIĘKOWANIA
Dostępne w wersji pełnej
O AUTORCE
Dostępne w wersji pełnej
INNE KSIĄŻKI VI KEELAND
Dostępne w wersji pełnej
