Grzeszny glina - Anna Margot - ebook
NOWOŚĆ

Grzeszny glina ebook

Margot Anna

5,0

566 osób interesuje się tą książką

Opis

Namiętność, miłość i praca w policji to mieszanka wybuchowa.
Nela Rogacka jest młodą kobietą, a życie jej nie rozpieszcza. Jako policjantka dzieli czas między pracę, którą kocha, opiekę nad dziadkiem oraz przyjaciół. Po roku spełnia się jej marzenie i zostaje przeniesiona do komendy wojewódzkiej w Bydgoszczy. Początkowy entuzjazm kobiety nieco przygasa, kiedy okazuje się, kim jest jej przełożony. Bruno Borzych, piekielnie przystojny i sporo starszy od Neli nadkomisarz, a do tego arogancki mężczyzna – to zwiastuje kłopoty.
Zaczyna między nimi iskrzyć do tego stopnia, że nie potrafią się sobie oprzeć. Wzajemny pociąg fizyczny staje się początkiem bardzo namiętnej, ale zarazem skomplikowanej relacji. To, co ich połączyło, to jedno, ale muszą jeszcze razem rozwiązać sprawę bardzo groźnego przestępcy. Splot wydarzeń sprawia, że podczas tajnej operacji jedno z nich staje się ofiarą, a drugie przypadkiem odkrywa pewną tajemnicę. Nagle wszystko się trochę komplikuje…
Czy w przypadku tych dwojga namiętność oznacza miłość? Rogacka i Borzych muszą z całą pewnością rozwikłać nie tylko sprawy policyjne, ale również własne…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 414

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (11 ocen)
11
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
egrambor

Nie oderwiesz się od lektury

Jakie to było cudowne, komfortowe. Genialna książka!
00
Sikora294

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna,cudowna,pikantna i wzruszająca.Czego chcieć wiecej 🥰🥰❤️❤️
00
aniczkaanka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia
00
Karolajna1986

Nie oderwiesz się od lektury

cholerka.. to bylo mega . Ania nie zawodzi 🙂 jak zwykle byly śmiechy, chwilami smialam sie w glos 🙂 świetna historia , super napisan, z jajem, poczuciem humoru🙂 nie zabrakło również łez 🙂 oczywiście hot i spicy🙂 czekam n Prokuratura 🫢
00
Angelika9315

Nie oderwiesz się od lektury

O żesz ale to bylo zaje...🩷
00



Pro­jekt okład­ki: Pa­weł Pan­cza­kie­wicz/Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Re­dak­cja: Do­ro­ta Fi­lip

Ko­rek­ta: Ali­cja Ma­ty­jas

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ma­riusz Goł­dyn

Kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Co­py­ri­ght © 2026

@ by Anna Mar­got

@ for this edi­tion by Wydawnictwo Wolf Sp. z o.o.

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN 978-83-978740-1-5

Wy­daw­nic­two Wolf

Wy­da­nie I

Go­rzów Wiel­ko­pol­ski 2026

Wy­pro­du­ko­wa­no w Pol­sce

Mo­im ulu­bio­nym po­li­cjan­tom:

nad­ko­mi­sa­rzo­wi Ro­ber­to­wi za cier­pli­wość,

star­sze­mu sier­żan­to­wi Wojt­ko­wi z „Czwór­ki” za in­spi­ra­cje.

Roz­dział 1

Ne­la

– Pa­ni Ne­lo – zwró­cił się do mnie na­czel­nik wy­dzia­łu. Sie­dzia­łam po dru­giej stro­nie biur­ka w je­go ga­bi­ne­cie w Ko­men­dzie Miej­skiej Po­li­cji w To­ru­niu, gdzie tra­fi­łam pół­to­ra ro­ku te­mu, za­raz po szko­le po­li­cyj­nej. – Nie jest ta­jem­ni­cą, że pa­ni wkład w schwy­ta­nie i roz­bi­cie gru­py Czy­ste­go był nie­oce­nio­ny – kon­ty­nu­ował.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­łam nie­pew­nie.

Czy­sty był mó­zgiem zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­py prze­stęp­czej, któ­ra spe­cja­li­zo­wa­ła się w kra­dzie­żach i roz­biór­kach nie­miec­kich sa­mo­cho­dów.

– Zro­bi­ła pa­ni ta­ki szum, że usły­sze­li go aż w wo­je­wódz­kiej.

– N-nie bar­dzo ro­zu­miem – za­wa­ha­łam się.

Na­czel­nik, mi­mo że z wy­glą­du przy­po­mi­nał plu­szo­we­go mi­sia, wzbu­dzał ogrom­ny re­spekt. Szcze­gól­nie u ta­kich mło­dych szcze­nia­ków, świe­żo po szko­le, jak ja. Ale i star­si ode mnie sta­żem i stop­niem nie­raz trzę­śli ga­cia­mi pod mun­du­rem, kie­dy na­czel­nik z plu­szo­wej pan­dy zmie­niał się w niedź­wie­dzia gri­zli. Te­raz jed­nak wy­glą­dał na przy­ja­zne­go.

– Jest pa­ni z na­mi pół­to­ra ro­ku, a już po­ka­za­ła, co po­tra­fi. Do­łą­czy­ła pa­ni do ze­spo­łu w po­ło­wie śledz­twa i bar­dzo szyb­ko nada­ła mu od­po­wied­nie tem­po.

– To mo­ja pra­ca.

– Gdy­by wszy­scy an­ga­żo­wa­li się tak jak pa­ni, pa­ni pod­ko­mi­sarz… – wes­tchnął. – Cho­ciaż nie, wte­dy wo­je­wódz­ka za­bra­ła­by nam wszyst­kich.

Spoj­rza­łam na nie­go, za­sta­na­wia­jąc się, do cze­go zmie­rzał.

– Wiem, że KMP1 nie do koń­ca by­ła pa­ni aspi­ra­cją.

– Do­brze mi tu­taj. Do­ga­du­ję się z ludź­mi z ze­spo­łu. Jest faj­nie. Już się za­akli­ma­ty­zo­wa­łam.

– Czy­li nie chce pa­ni do Byd­gosz­czy?

Mo­je oczy za­czę­ły się po­więk­szać w nie­do­wie­rza­niu. Czy ten fa­cet wła­śnie speł­niał mo­je ma­rze­nia? Chy­ba tak. I są­dząc po ni­kłym uśmie­chu na je­go wie­ko­wej, po­marsz­czo­nej twa­rzy, do­brze o tym wie­dział.

– Ma­ją wa­kat w la­bo­ra­to­rium, a to bar­dziej od­po­wia­da pa­ni wy­kształ­ce­niu niż kra­dzie­że i roz­biór­ki aut.

– Nie ro­zu­miem. Przed chwi­lą pan po­wie­dział, że się spraw­dzi­łam.

– Tak, i dla­te­go chcą pa­nią w wy­dzia­le tech­ni­ki kry­mi­na­li­stycz­nej. Za­re­ko­men­do­wać?

Za­gry­złam war­gi, że­by nie pi­snąć z eks­cy­ta­cji. Ta­kie wy­róż­nie­nie prak­tycz­nie na po­cząt­ku mo­jej ka­rie­ry! Mo­że to nie był praw­dzi­wy awans, bo da­lej zo­sta­wa­łam w stop­niu pod­ko­mi­sa­rza i ka­sa też by­ła po­dob­na, jed­nak mo­głam prze­nieść się z ko­men­dy miej­skiej do wo­je­wódz­kiej, i to do wy­dzia­łu tech­ni­ki kry­mi­na­li­stycz­nej, czy­li o kie­run­ku, o któ­rym ma­rzy­łam. Mo­gła­bym nie tyl­ko zbie­rać, ale i ba­dać w la­bo­ra­to­rium śla­dy bio­lo­gicz­ne. No i spra­wy by­ły­by cie­kaw­sze niż gan­gi zło­dziei sa­mo­cho­dów.

– Po pa­ni mi­nie wnio­sku­ję, że re­ko­men­do­wać – stwier­dził, przy­wra­ca­jąc mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

Przy­tak­nę­łam tyl­ko, bo nie by­łam pew­na swo­je­go gło­su.

– Pro­szę. – Wrę­czył mi pi­smo. – W po­nie­dzia­łek o dzie­wią­tej pro­szę się sta­wić w Ko­men­dzie Wo­je­wódz­kiej Po­li­cji w Byd­gosz­czy. A te­raz od­ma­sze­ro­wać i świę­to­wać, w koń­cu ju­tro Hal­lo­we­en.

– Tak jest. – Wsta­łam i za­sa­lu­to­wa­łam.

Prze­cho­dzi­łam do wo­je­wódz­kiej. Hu­ra!

*

Przed Hal­lo­we­en wy­bra­ły­śmy się z ko­le­żan­ka­mi z li­ceum – Maj­ką i Zuz­ką – do mar­ke­tu.

– Dziew­czy­ny, nie­moż­li­we, że­by w ca­łym skle­pie by­ły tyl­ko trzy bu­tel­ki na­sze­go ulu­bio­ne­go wi­na – bia­do­li­łam na dzia­le al­ko­ho­lo­wym, wpa­tru­jąc się w re­gał z bia­ły­mi wi­na­mi jak sro­ka w gnat.

– Mo­że są jesz­cze gdzieś z ty­łu? – de­du­ko­wa­ła Maj­ka.

– Po­szu­kaj­my – po­le­ci­ła Zu­za. – Ja bio­rę po­czą­tek. Ma­ja, ty bie­rzesz tam­tą stro­nę – wska­za­ła prze­ciw­ny ko­niec re­ga­łu – a Ne­la bu­szu­je po­środ­ku.

– Tak jest!

– Ty już masz ja­kieś skrzy­wie­nie za­wo­do­we? – za­py­ta­ła Ma­ja i zmarsz­czy­ła się na mo­je sło­wa, któ­re mo­że fak­tycz­nie wy­po­wie­dzia­łam zbyt pew­nym gło­sem. – Szu­ka­my al­ko­ho­lu na im­pre­zę, a nie oma­wia­my szcze­gó­ły ja­kiejś ak­cji ter­ro­ry­stycz­nej. – Wes­tchnę­ła i za­czę­ła prze­trzą­sać pół­ki w po­szu­ki­wa­niu na­sze­go ulu­bio­ne­go wi­na. Spoj­rza­łam w pra­wo, gdzie Zuz­ka rów­nież prze­cze­sy­wa­ła swój re­wir. Nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, jak zro­bić to sa­mo. Na wy­so­ko­ści oczu ani na pół­ce ni­żej nic nie zna­la­złam. Schy­li­łam się, że­by spraw­dzić, czy na naj­niż­szej pół­ce nie ukry­ło się na­sze ulu­bio­ne wi­no.

– Nie ma – stwier­dzi­ła Zu­za.

– To znajdź­cie trzy in­ne, ale że­by by­ły ta­kie sa­me. Pół­wy­traw­ne char­don­nay – po­le­ci­ła Ma­ja.

– To ja idę po­szu­kać prze­ką­sek, a wy się tu­taj baw­cie – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła dru­ga ko­le­żan­ka.

– Mam coś – ode­zwa­łam się z po­zio­mu pod­ło­gi. – Mo­że być smacz­ne.

– Trzy? – za­py­ta­ła Ma­ja.

– Jo2 – sap­nę­łam, prze­su­wa­jąc bu­tel­ki z brze­gu, że­by do­stać się na tył.

– To bierz.

To wzię­łam. Naj­pierw dwie bu­tel­ki, któ­re umie­ści­łam w ko­szy­ku. Kie­dy schy­la­łam się po trze­cią, usły­sza­łam su­ro­wy ton i aż pod­sko­czy­łam.

– Co pa­ni wy­ra­bia?! – Głos był twar­dy, sta­now­czy i przy­pra­wiał o dresz­cze.

Na­tych­miast się wy­pro­sto­wa­łam i ob­ró­ci­łam. Mo­je oczy spo­tka­ły się z czy­jąś… szy­ją?

Pod­nio­słam wzrok wy­żej, za­dzie­ra­jąc gło­wę, i zo­ba­czy­łam przy­stoj­ną twarz, z kil­ku­dnio­wym, ale rów­no przy­strzy­żo­nym za­ro­stem. Nie­ste­ty za­miast uśmie­chu był na niej wro­gi gry­mas.

– Nie ro­zu­miem – przy­zna­łam.

– Wło­ży­ła pa­ni swo­je za­ku­py do mo­je­go ko­szy­ka – wark­nął.

– Nie – od­po­wie­dzia­łam pew­nie.

Od­ru­cho­wo jed­nak spoj­rza­łam na wó­zek z za­ku­pa­mi. By­ło w nim peł­no wa­rzyw i ka­wa­łek wo­ło­wi­ny. Tak na oko skład­ni­ki na stro­go­no­wa. Na pew­no te­go nie ku­po­wa­ły­śmy. W do­dat­ku nie by­ło tam na­sze­go, wcze­śniej już wło­żo­ne­go, ulu­bio­ne­go wi­na. Za to był Jack Da­niels.

O cho­ler­ka.

– Prze­pra­szam – wy­bą­ka­łam. – By­łam pew­na, że to mój kosz.

– Tak? – Męż­czy­zna pod­niósł py­ta­ją­co brew, na­dal nie spusz­cza­jąc ani tro­chę z wred­ne­go to­nu. – To gdzie on ni­by jest? – Ro­zej­rzał się po pu­stej alej­ce.

Zro­bi­łam to sa­mo i… o cho­ler­ka. Zu­za za­bra­ła nasz wó­zek, idąc po prze­ką­ski.

– Ko­le­żan­ka mu­sia­ła za­brać. – Sta­ra­łam się po­słać mu prze­pra­sza­ją­cy uśmiech. Prych­nął, więc chy­ba nie po­dzia­ła­ło.

– Wi­dzę pa­ni ko­le­żan­kę, ale wóz­ka na­dal nie.

– Za­bra­ła go in­na ko­le­żan­ka – wy­ja­śni­łam.

Dla­cze­go czu­łam się przy nim jak oskar­żo­na? Ma­ło te­go, czu­łam, że ten ar­gu­ment, mi­mo że był praw­dzi­wy, brzmiał jak ali­bi z du­py.

– A ja my­ślę – zmru­żył oczy, prze­wier­ca­jąc mnie na wy­lot swo­imi ciem­ny­mi tę­czów­ka­mi – że my­śla­ła pa­ni, iż nie za­uwa­żę i za­pła­cę za pa­ni al­ko­hol.

– No te­raz to pan wal­nął jak ły­sy war­ko­cza­mi o kant ku­li. Po­wie­dzia­łam, że my­śla­łam, że to mój ko­szyk.

– Co się dzie­je, Ne­li? – Maj­ka zna­la­zła się obok nas. – Kto to jest?

– Nie­chcą­cy wło­ży­łam na­sze wi­na do ko­szy­ka te­go pa­na.

– To za­bierz je, prze­proś i idzie­my szu­kać Zu­zy.

– Prze­pro­si­łam, ale pan star­szy oskar­ża mnie, że zro­bi­łam to ce­lo­wo, że­by za to za­pła­cił.

Maj­ka po­sła­ła mu zło­wro­gie spoj­rze­nie. Oczy­wi­ście nie zro­bi­ło to na nim żad­ne­go wra­że­nia.

– Pan jest nor­mal­ny? Kto tak ro­bi? Czy my wy­glą­da­my na ja­kieś bie­dacz­ki, któ­rych nie stać na wi­no?!

– Mo­że tak się ro­bi­ło kie­dyś, w pa­na cza­sach, ale nie te­raz – do­da­łam, bo ko­leś wy­glą­dał na oko­ło czter­dzie­ści lat. Czy­li był sta­ry. – I pro­szę nie rzu­cać we mnie bez­pod­staw­ny­mi oskar­że­nia­mi. Ar­ty­kuł dwa trzy czte­ry KK3– Też na nie­go wark­nę­łam. I jesz­cze za­dar­łam gło­wę, że­by mu po­ka­zać, że się go nie bo­ję. Ale, cho­ler­ka, w środ­ku czu­łam przed nim ja­kiś dziw­ny re­spekt. Mo­że dla­te­go, że był star­szy…

– La­ski, co tak dłu­go? – usły­sza­łam Zuz­kę i ode­tchnę­łam z ulgą. Pcha­ła nasz ko­szyk z wi­na­mi i prze­ką­ska­mi.

Męż­czy­zna ob­rzu­cił wzro­kiem nasz wó­zek, nie za­szczy­ca­jąc spoj­rze­niem mo­jej ko­le­żan­ki.

– Pro­szę za­brać te beł­ty z mo­je­go ko­sza i zejść mi już z oczu – wy­sy­czał, twar­do i do­sad­nie ar­ty­ku­łu­jąc każ­de sło­wo.

Na­tych­miast się do te­go za­bra­łam.

– Nie sraj ża­rem – bąk­nę­łam pod no­sem.

– Słu­cham?!

Kuź­wa, usły­szał.

– Nie­chaj twój zwie­racz cia­snym po­zo­sta­nie – wy­ja­śni­łam, si­ląc się na sta­ro­świec­ki ton, ale chy­ba na­dal nie ro­zu­miał. Wzię­łam wdech i za­ga­da­łam do nie­go ję­zy­kiem z je­go epo­ki. – Nor­mal­nie prze­pro­si­ła­bym pa­na jesz­cze raz, a po­nie­waż jest pan cha­mem i gbu­rem, to ży­czę, że­by pa­nu kar­ta przy ka­sie nie za­dzia­ła­ła.

Wy­ję­łam na­sze pysz­ne wi­na z ko­sza te­go bu­fo­na, ob­ró­ci­łam się na pię­cie i prze­ło­ży­łam do wóz­ka Zu­zy.

– Za­wsze mam przy so­bie go­tów­kę. – Po­słał mi krnąbr­ny uśmiech zwy­cięz­cy.

– No tak. Za sta­ry pan na no­wo­cze­sne tech­no­lo­gie.

– Nel­cia, od­puść już – szep­nę­ła ci­cho Maj­ka, gła­dząc uspo­ka­ja­ją­co mo­je ra­mię. – Prze­pra­sza­my – wy­ją­ka­ła do nie­zna­jo­me­go. – Do wi­dze­nia pa­nu.

– Do nie­zo­ba­cze­nia – rzu­ci­łam jesz­cze przez ra­mię, cią­gnię­ta przez ko­le­żan­kę.

– Kto to był? – za­py­ta­ła zdzi­wio­na Zuz­ka.

– Nie wiem. My­śla­łam, że zo­sta­wi­łaś ko­szyk i wpa­ko­wa­łam na­sze wi­na do je­go wóz­ka – za­śmia­łam się.

– Przy­stoj­ny.

– Sta­ry – za­uwa­ży­łam. – Mógł­by być na­szym oj­cem.

– Prze­sa­dzasz. Co naj­wy­żej star­szym bra­tem. Mo­głaś wziąć od nie­go nu­mer.

– Po co?

– Bo ład­ny? – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Był cham­ski, nie­mi­ły i gbu­ro­wa­ty. Do te­go s-t-a-r-y – prze­li­te­ro­wa­łam jej po­wo­li ostat­nie sło­wo.

– Do-świad-czo-ny – prze­sy­la­bi­zo­wa­ła.

– Nie, Zuz­ka – prze­rwa­ła jej Ma­ja. – Ne­la ma ra­cję. Z tym fa­ce­tem ewi­dent­nie coś by­ło nie tak.

Praw­da. I te­go trze­ba się trzy­mać. Prze­cież się im nie przy­znam, że po­cią­ga­ła mnie ta je­go sta­now­czość. By­łam po­chrza­nio­na. I przy­cią­ga­łam do sie­bie sa­mych po­pa­prań­ców. Pew­nie dla­te­go do­brze czu­łam się w po­li­cji.

Po opła­ce­niu za­ku­pów za­pa­ko­wa­ły­śmy się do mo­jej Srebr­nej Te­re­sy, jak piesz­czo­tli­wie na­zwa­łam sta­rą To­yo­tę Au­ris. Ru­szy­ły­śmy w kie­run­ku Złejw­si Wiel­kiej – wio­ski po­ło­żo­nej w po­ło­wie dro­gi na tra­sie To­ruń–Byd­goszcz. Tam od nie­daw­na miesz­ka­ła na­sza czwar­ta ko­le­żan­ka, Klau­dia, któ­ra or­ga­ni­zo­wa­ła im­pre­zę hal­lo­we­eno­wą.

Po nie­speł­na pół go­dzi­nie par­ko­wa­łam już na miej­scu.

– Do­bra, la­ski – po­wie­dzia­łam, ga­sząc sil­nik. – Wy bie­rze­cie tor­by z za­ku­pa­mi, a ja na­sze prze­bra­nia.

– Tak jest! – Ma­ja sta­nę­ła na bacz­ność i mi za­sa­lu­to­wa­ła.

Skrzy­wi­łam się na ten jej gest i znie­sma­czo­na tyl­ko po­krę­ci­łam gło­wą.

– Idzie­my. – Za­mknę­łam au­to i skie­ro­wa­łam się w stro­nę przy­stro­jo­ne­go pa­ję­czy­na­mi ogro­dze­nia.

*

Każ­dy wie, że sześć win na czte­ry ko­bie­ty to ma­ło. Dwie bu­tel­ki po­szły już pod­czas prze­bie­ra­nia się i ma­lo­wa­nia. Klau­dia, któ­ra twier­dzi­ła, że ma w do­mu spo­ro wi­na, na­gle oznaj­mi­ła, że jed­nak ma tyl­ko jed­no.

– To mo­że wy­pi­je­cie z na­mi ru­dą? – za­pro­po­no­wał Bła­żej, na­rze­czo­ny Klau­dii, wska­zu­jąc za­pas whi­sky na sto­le. On rów­nież za­pro­sił kil­ku zna­jo­mych.

– Bie­dron­ka przy głów­nej uli­cy jest czyn­na do dwu­dzie­stej trze­ciej – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła go­spo­dy­ni, któ­ra naj­bar­dziej na świe­cie nie lu­bi­ła sma­ku whi­sky.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Nie by­ło jesz­cze dzie­wią­tej.

– Ma­my pójść tak? – za­py­ta­łam, wska­zu­jąc na­sze stro­je.

– Oczy­wi­ście. Prze­cież jest Hal­lo­we­en. Dzi­siaj wszy­scy się prze­bie­ra­ją.

Wy­pi­ły­śmy więc jesz­cze jed­no wi­no na od­wa­gę, zo­sta­wi­ły­śmy chło­pa­ków w do­mu i ru­szy­ły­śmy przez wieś. Ja – sek­sow­na cza­row­ni­ca, Klau­dia – Ca­two­man, Zu­za – Mor­ti­cia Ad­dams i Ma­ja – gni­ją­ca pan­na mło­da. Kie­dy wy­szły­śmy, róż­ni­ca tem­pe­ra­tur pod­krę­ci­ła nasz stan upo­je­nia.

– Ra­ny, ja­kie cud­ne de­ko­ra­cje – po­dzi­wia­łam mi­ja­ne ogród­ki, za­sta­na­wia­jąc się, czy one są tak krzy­we, czy to mi aż tak krę­ci się w gło­wie.

– Co je­den, to cie­kaw­szy – przy­zna­ła Zuz­ka, po­ty­ka­jąc się o wła­sne no­gi. – U nas w mie­ście tak nie ma. Cza­sem w ja­kimś oknie w blo­ku, ale tu­taj jest ma­gicz­nie. – Za­to­czy­ła dło­nią pół­ko­le, wska­zu­jąc część uli­cy.

– A te w ogó­le nie­przy­stro­jo­ne? – Maj­ka wska­za­ła kil­ka po­se­sji i czknę­ła.

– Wi­docz­nie ci aku­rat nie świę­tu­ją Hal­lo­we­en. Wiesz, jak to w na­szym kra­ju. Choć z ro­ku na rok świę­tu­ją­cych jest co­raz wię­cej.

– A pa­trz­cie tu­taj. – Klau­dia wska­za­ła dom, po któ­re­go fa­sa­dzie wspi­na­ły się czar­ne pa­ją­ki. – Jest ciem­no, więc ni­ko­go nie ma, ale dom przy­stro­ili i na­wet zo­sta­wi­li przed drzwia­mi mi­ski z cu­kier­ka­mi dla dzie­ci.

– To mi­łe – przy­zna­łam. – U nas w blo­ku też ktoś raz tak zro­bił, ale pierw­sza grup­ka dzie­cia­ków od ra­zu za­bra­ła wszyst­ko.

– O, tu­taj zro­bi­li po­dob­nie. – Zu­za wska­za­ła dło­nią prze­ciw­ną stro­nę uli­cy. – W do­mu ciem­no, w ogro­dzie dy­nio­we lam­pio­ny i wia­der­ka z cu­kier­ka­mi na scho­dach.

– Skrę­ca­my tu, bę­dzie szyb­ciej. – Klau­dia zmie­ni­ła tra­sę.

– O, a tu­taj mu­si miesz­kać ktoś na­praw­dę mi­ły – ode­zwa­ła się Ma­ja, wska­zu­jąc na dom sto­ją­cy na ro­gu dwóch uli­czek. – Spójrz­cie, ni­jak nie­przy­stro­jo­ny, a przed drzwia­mi i tak ma wy­sta­wio­ne sło­dy­cze, a tu­taj… – po­de­szła bli­żej pło­tu – coś dla do­ro­słych – do­da­ła, po­ka­zu­jąc na trzy skrzyn­ki pi­wa.

– No chy­ba nie – od­par­łam.

– No jak nie? To po co ktoś by je usta­wiał jed­na na dru­giej tak bli­sko pło­tu?

– Nie wiem, mo­że nie miał miej­sca w ga­ra­żu.

– Coś ty, wi­dzisz ten dom? Nie mów mi, że nie zna­leź­li­by miej­sca na ski­tra­nie trzech skrzy­nek pi­wa. To jest dla nas. Mó­wię wam.

– Ne­la, ty je­steś naj­bar­dziej wy­spor­to­wa­na z nas wszyst­kich – pod­ła­pa­ła Maj­ka. – Prze­chyl się przez płot i wy­cią­gnij nam po jed­nym.

– Osza­la­łaś? To jest wtar­gnię­cie na czy­jąś po­se­sję, to jest prze­stęp­stwo.

– Bę­dzie­my trzy­mać ci no­gi. Na­wet nie do­tkniesz zie­mi, więc nie ma mo­wy o żad­nym prze­stęp­stwie.

– Kra­dzież – do­da­łam.

– Po­czę­stu­nek hal­lo­we­eno­wy – wy­ja­śnia­ła da­lej Maj­ka.

– Ty wiesz, co mi za to mo­że gro­zić? Ktoś pew­nie jest w środ­ku.

– Świa­tła się nie pa­lą.

– Na ze­wnątrz też jest ciem­no, a my się tyl­ko po­czę­stu­je­my. Nic nam nie gro­zi. Wy­lu­zuj, za­baw się.

Chy­ba fak­tycz­nie by­łam już pi­ja­na, bo nie ba­cząc na kon­se­kwen­cje, zgo­dzi­łam się na plan mo­ich ko­le­ża­nek. Płot był sto­sun­ko­wo ni­ski. Sta­nę­łam na be­to­no­wym po­stu­men­cie, prze­chy­li­łam się do przo­du i z ła­two­ścią się­gnę­łam po pi­wo. Kie­dy się pro­sto­wa­łam, za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Po­da­łam Klau­dii bu­tel­kę.

– Nie­miec­kie – po­wie­dzia­ła, oglą­da­jąc ety­kie­tę.

– Da­jesz, Ne­la, jesz­cze trzy – po­na­gli­ła mnie Zu­za.

– Co? Osza­la­ły­ście?

– Jest nas czte­ry. Każ­da po jed­nym na dro­gę.

– Po­rzy­gam się za­raz, jak zro­bię ko­lej­ny ta­ki skłon.

– Dasz ra­dę. Je­steś z nas naj­tward­sza.

Po al­ko­ho­lu ro­bi­łam głu­pie rze­czy. Na przy­kład ła­two ule­ga­łam na­mo­wom i choć w ra­zie przy­pa­łu mo­głam stra­cić przez to bla­chę, po­wtó­rzy­łam czyn­ność jesz­cze trzy ra­zy.

– Trzy­maj­cie mi no­gi, bo po­le­cę – po­pro­si­łam, zwi­sa­jąc gło­wą w dół.

– Trzy­mam. – Zu­za zła­pa­ła mnie za kost­ki. – Ale masz zgrab­ną du­pę – do­da­ła, na co par­sk­nę­łam śmie­chem. – Se­rio, chy­ba też mu­szę za­cząć cho­dzić na si­łow­nię.

– A ja­kie jędr­ne po­ślad­ki. – Po­czu­łam, jak Maj­ka ugnia­ta mi pół­dup­ki.

– La­ski, bo za­raz spad­nę – śmia­łam się już w głos, czu­jąc co­fa­ją­ce się z żo­łąd­ka do gar­dła wi­no.

Po ostat­nim skło­nie usia­dłam na zie­mi i dy­sząc jak lo­ko­mo­ty­wa, opar­łam tył gło­wy o płot.

– Ja pier­dzie­lę. – Przy­mknę­łam oczy. Krę­ci­ło mi się w gło­wie.

– Dziew­czy­ny – ode­zwa­ła się Klau­dia. – Mu­si­my ogar­nąć otwie­racz. – Za­czę­ła roz­glą­dać się … w za­sa­dzie nie wiem za czym.

– Po­dejdź­my do ja­kie­goś do­mu, gdzie jest im­pre­za, to na pew­no nam po­ży­czą – za­su­ge­ro­wa­ła Zu­za.

– Je­zu – wes­tchnę­łam. – Daj mi to. – Wy­cią­gnę­łam rę­kę po pi­wo.

1. KMP – skrót od Ko­men­da Miej­ska Po­li­cji.

2. Jo – zwrot uży­wa­ny na Ka­szu­bach, Ku­ja­wach i Po­mo­rzu ma­ją­cy wie­le zna­czeń, naj­czę­ściej uży­wa­ny, aby wy­ra­zić zgo­dę, po­twier­dze­nie, ak­cep­ta­cję, po­dziw, nie­do­wie­rza­nie.

3. KK – Ko­deks Kar­ny.

Roz­dział 2

Bru­no

– Co ty się tak ga­pisz co chwi­lę w ten te­le­fon? – za­py­tał mój są­siad, a za­ra­zem naj­lep­szy kum­pel, pro­ku­ra­tor Mi­chał Tar­now­ski.

Wła­śnie sie­dzie­li­śmy w je­go sa­lo­nie i po­pi­ja­li­śmy whi­sky. W no­gach grzecz­nie le­żał mój eme­ry­to­wa­ny kum­pel z pra­cy, jak zwy­kłem na­zy­wać owczar­ka bel­gij­skie­go ma­li­no­isa, któ­re­go przy­gar­ną­łem po służ­bie. Co praw­da z in­ne­go wy­dzia­łu, ale i tak na­zy­wa­łem go kum­plem z pra­cy. No więc sie­dzie­li­śmy i ra­czy­li­śmy się kil­ku­na­sto­let­nią whi­sky. Co in­ne­go mie­li­śmy ro­bić? By­ła so­bo­ta.

– Ka­me­ra co chwi­lę wy­sy­ła mi po­wia­do­mie­nia.

– Trze­ba by­ło nie zo­sta­wiać cu­kier­ków przed drzwia­mi – za­śmiał się.

– Jest Hal­lo­we­en, jak­bym nie zo­sta­wił, ob­rzu­ci­li­by mi ścia­ny jaj­ka­mi al­bo na­sra­li na scho­dach. – Upi­łem łyk.

– Prze­sa­dzasz, nikt tak nie ro­bi. Weź, wy­łącz dziś te po­wia­do­mie­nia, bo na­wet po­ga­dać spo­koj­nie się nie da. I po­wiedz, co cię dzi­siaj tak zde­ner­wo­wa­ło, mój przy­ja­cie­lu.

– Ja­kaś mło­da sik­sa my­śla­ła, że uda jej się prze­my­cić wi­no w mo­im ko­szy­ku.

– Co?

– Wrzu­ci­ła mi dwie bu­tel­ki, a po­tem uda­wa­ła, że po­my­li­ła ko­szy­ki.

– Dzie­cia­ki już tak nie ro­bią. Ma­ją też róż­ne apli­ka­cje, gdzie do­da­ją so­bie lat.

– Nie, ta by­ła peł­no­let­nia. Na pew­no.

– To po co ni­by mia­ła­by to ro­bić?

– Nie wiem. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. – Że­bym za­pła­cił?

– To by­ło ja­kieś dro­gie wi­no?

– Nie. Si­kacz za trzy dy­sz­ki.

– To nie ku­mam. Mo­że fak­tycz­nie zro­bi­ła to przez po­mył­kę. Ta­kie rze­czy czę­sto się zda­rza­ją. Za rzad­ko cho­dzisz po skle­pach – za­re­cho­tał.

– To nie jest śmiesz­ne. – Spoj­rza­łem na nie­go, marsz­cząc brwi.

– Jest. Wszę­dzie wie­trzysz pod­stęp. Każ­dy chce oszu­kać wiel­kie­go pa­na nad­ko­mi­sa­rza – za­drwił, ob­ni­ża­jąc głos o ja­kieś dwa to­ny.

Upi­łem ko­lej­ny łyk.

– Ład­na by­ła? Przy­znaj się.

– By­ła mło­da – moc­no za­ak­cen­to­wa­łem ostat­ni wy­raz.

– Tu cię bo­li… – Zmru­żył oczy. – Sam po­wie­dzia­łeś, że by­ła do­ro­sła, więc mnie – uniósł rę­ce w ge­ście pod­da­nia – nic do te­go.

Tiaa, pan pro­ku­ra­tor, kur­wa. Je­mu wy­star­czy­ło, że­by mia­ła skoń­czo­ne pięt­na­ście lat, to by­ła cał­ko­wi­cie le­gal­na. I to ni­by ja mia­łem skrzy­wie­nie za­wo­do­we.

– Co jesz­cze, po­za tym, że by­ła mło­da i ład­na?

– Nie prze­stra­szy­ła się mnie. Nie pod­ku­li­ła ogo­na. I jesz­cze na­wrzu­ca­ła mi bez­czel­nie.

– Aaa, tym cię wzię­ła – przy­znał z uzna­niem. – Wiesz, te­raz mło­dzież ma du­żo mniej po­ko­ry. Przy­zwy­cza­jaj się, bo co­raz wię­cej bę­dziesz ta­kich spo­ty­kać.

– Nie – za­prze­czy­łem. – To nie to.

Nie do­koń­czy­łem, bo te­le­fon zno­wu wy­dał z sie­bie dźwięk po­wia­do­mie­nia.

– Pro­si­łem, że­byś to wy­łą­czył, i tak wszyst­ko ci się na­gry­wa.

– Co do cho­le­ry? – po­wie­dzia­łem bar­dziej do sie­bie niż do nie­go.

– Co jest?

– Patrz. – Wska­za­łem na ko­mór­kę.

– Nie wi­dzę, po­każ bli­żej. – Pró­bo­wał za­brać mi te­le­fon.

– Cze­kaj, też chcę wi­dzieć, co one ro­bią.

– To chodź na ka­na­pę.

Prze­sie­dli­śmy się z fo­te­li i oglą­da­li­śmy ob­raz z ka­me­ry. Czte­ry sik­sy, prze­bra­ne jak­by szły na Hal­lo­we­en, któ­re od­by­wa­ło się na pla­nie Por­n­hu­ba, kra­dły mi bro­wa­ry. Te, któ­re ku­pi­łem już na przy­szło­ty­go­dnio­wą im­pre­zę z oka­zji mo­je­go awan­su na kie­row­ni­ka sek­cji.

– Ty, mia­łeś ra­cję, że­by ku­pić te droż­sze ka­me­ry. A zrób zbli­że­nie na jej ty­łek – ode­zwał się mój ko­le­ga, kie­dy jed­na pa­nien­ka za­wi­sła na pło­cie, wy­pi­na­jąc się wprost do oka re­je­stra­to­ra. Wy­cią­gnę­ła rę­ce i chwy­ci­ła jed­ną bu­tel­kę.

Nie zro­bi­łem nic. Sie­dzia­łem i przy­glą­da­łem się, ile we­zmą. Z do­mu Mi­cha­ła do mo­je­go by­ło mniej niż pół mi­nu­ty, a la­ski by­ły ewi­dent­nie na­wa­lo­ne. Nie mu­sie­li­śmy się spie­szyć.

– Kur­wa – sko­men­to­wał elo­kwent­nie, kie­dy przy czwar­tym prze­chy­le zło­dziej­ce pod­wi­nę­ła się spód­ni­ca. – Da­waj zoo­ma, już.

Przy­bli­ży­łem, ale tyl­ko tro­chę. Nie by­li­śmy prze­cież pod­glą­da­cza­mi. Cho­ciaż… Do­bra, przy­bli­ży­łem jesz­cze tro­chę.

– Co one ro­bią?

– Nie wiem. Wiedź­ma-zło­dziej­ka mdle­je, a ko­bie­ta-kot roz­glą­da się, czy aby nikt ich nie wi­dział al­bo szu­ka po­mo­cy.

– Nie. Cze­kaj. Pró­bu­ją je te­raz otwo­rzyć. Otwie­ra­cza szu­ka­ły – za­śmiał się. – Spójrz, ta na bia­ło pró­bu­je o ogro­dze­nie.

– Są na ty­le głu­pie, że­by ster­czeć na miej­scu prze­stęp­stwa? – zdzi­wi­łem się. – My, jak kra­dli­śmy owo­ce z dzia­łek są­sia­dów, to od ra­zu spier­dzie­la­li­śmy.

– Mó­wi­łem ci, cza­sy się zmie­ni­ły. Mło­dzież się zmie­ni­ła.

– Ma­my nie­ca­łe czter­dzie­ści lat. Nie je­ste­śmy aż ta­cy sta­rzy – zi­ry­to­wa­łem się jesz­cze bar­dziej, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że ko­bie­ta ze skle­pu na­zwa­ła mnie „pa­nem star­szym”.

– Mo­że cze­ka­ją, aż cza­row­ni­ca się le­piej po­czu­je. Chy­ba krę­ci jej się w gło­wie. Za­raz ci na­rzy­ga na płot. – Mi­chał do­brze się ba­wił.

– To nie jest, kur­wa, śmiesz­ne – wark­ną­łem.

– Jest. I to bar­dzo. Mu­sisz to zgrać, po­ka­że­my chło­pa­kom za ty­dzień.

– Ty, patrz. – Wska­za­łem po­now­nie na ekran, choć obaj i tak ca­ły czas wga­pia­li­śmy się w nie­go z nie­do­wie­rza­niem. – Chy­ba jej le­piej.

– Co ona ro­bi?

– Owi­ja szyj­kę bu­tel­ki wło­sa­mi.

– Po co?

Nie zdą­ży­łem po­my­śleć, bo zo­ba­czy­li­śmy od­po­wiedź na ekra­nie.

– Otwo­rzy­ła bro­wa­ra? Wło­sa­mi? – Mi­chał był rów­nie zdzi­wio­ny jak ja.

– Tak – po­twier­dzi­łem. – Jak spraw­nie – przy­zna­łem. – Patrz, le­ci z ko­lej­nym.

– Ale ja­ja – par­sk­nął.

– Do­bra. – Wsta­łem. – Ko­niec tej dzie­ci­na­dy. Idzie­my – za­de­cy­do­wa­łem.

– Okej, ale ja ga­dam.

– Dla­cze­go ty? Prze­cież za­wsze naj­pierw wcho­dzi gli­niarz, a do­pie­ro po­tem pro­ku­ra­tor.

– Bo wzię­ły tyl­ko czte­ry. Ni­ska szko­dli­wość spo­łecz­na czy­nu. A ja mo­że i so­bie któ­rąś za­gar­nę. Dup­ka wiedź­my wy­da­wa­ła się cał­kiem ku­szą­ca. Chciał­bym spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście ta­ka jest.

– A co ja mam do te­go?

– Jak ty wkro­czysz do ak­cji, to je od­stra­szysz, a ja stra­cę szan­sę na do­brą za­ba­wę – do­dał, za­kła­da­jąc kurt­kę.

– Ba­ry, zo­stań – rzu­ci­łem do psa, za­nim wy­sze­dłem.

*

– Dzień do­bry, a pa­niom co tak we­so­ło? – za­py­tał roz­chi­cho­ta­ne dziew­czy­ny Mi­chał.

Prze­bra­na za bab­kę z ro­dzi­ny Ad­dam­sów la­ska spoj­rza­ła na nie­go męt­nym wzro­kiem.

– Bo jest Hal­lo – czknę­ła – we­en?

– Mo­że­my ja­koś po­móc? – cią­gnął za­ba­wę.

– Wska­żą nam pa­no­wie dro­gę do Bie­dron­ki? – za­py­ta­ła gni­ją­ca pan­na mło­da. – Chy­ba się zgu­bi­ły­śmy – za­chi­cho­ta­ła.

– Nie zgu­bi­ły­śmy się – od­par­ła la­tek­so­wa ko­ci­ca. – Wiem, gdzie je­ste­śmy. Ale mo­że nas pan pod­wieźć.

– Nie wsią­dę z ni­kim ob­cym do au­ta – ode­zwa­ła się, na­dal sie­dzą­ca na gle­bie, cza­row­ni­ca. Jej blond wło­sy opa­da­ły ka­ska­dą, za­sła­nia­jąc twarz.

– A do ra­dio­wo­zu? – spy­ta­łem w koń­cu ja, sta­jąc obok kum­pla.

Na­gle wszyst­kie czte­ry spoj­rza­ły na nas z prze­stra­chem.

– Spo­koj­nie. Ko­le­ga żar­tu­je – uspo­ko­ił je Mi­chał. – Nie ma­my tu żad­ne­go ra­dio­wo­zu. – Na­dal pa­trzy­ły na nas bez sło­wa. – Je­stem pro­ku­ra­to­rem – wy­pa­lił Mi­chał.

– Ja pier­dzie­lę – ode­zwa­ła się wiedź­ma z do­łu i od­gar­nę­ła wło­sy z twa­rzy.

I… O kur­wa. Nie­moż­li­we. Nie… Tak… To by­ła ona. Prze­bra­na, moc­niej po­ma­lo­wa­na, ale to na pew­no ona. La­ska z Au­cha­na.

– Co jest z wa­mi nie tak? – Pa­trzy­ła za­cię­cie na mo­je­go kum­pla.

Cie­ka­we, kie­dy spoj­rzy na mnie i się zo­rien­tu­je? Bio­rąc pod uwa­gę stan jej upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go, nie­szyb­ko.

– Nie ro­zu­miem? – do­cie­kał Tar­now­ski.

– Jak stu­diu­je­cie pra­wo, mó­wi­cie, że – ob­ni­ży­ła głos – stu­diu­je­cie pra­wo. – Te­raz czknę­ła. – Jak za­czy­na­cie prak­ty­kę za­wo­do­wą, to też w co dru­gim zda­niu wtrą­ca­cie „je­stem ad­wo­ka­tem, je­stem pro­ku­ra­to­rem”. Co z wa­mi nie tak? Ma­cie ja­kiś kom­pleks czy co?

Cho­ciaż z ca­łych sił pró­bo­wa­łem, nie wy­trzy­ma­łem i par­sk­ną­łem śmie­chem, bo mia­ła ra­cję. Wte­dy prze­nio­sła wzrok na mnie. Zmru­ży­ła oczy. Oho. Chy­ba po­wo­li za­czy­na­ła łą­czyć wąt­ki.

– Kur­de. Nie wie­rzę.

– A ja za to mam co­raz więk­sze prze­ko­na­nie, że chcia­łaś mnie na­cią­gnąć na za­kup wi­na.

– Co?! Nie­praw­da! – Wsta­ła, chwie­jąc się lek­ko.

Mi­chał spoj­rzał na mnie, na nią i zno­wu na mnie. Ko­le­żan­ki wiedź­my dziw­nie mil­cza­ły.

– Ta, a to, co to by­ło? – Wska­za­łem gło­wą na czte­ry sto­ją­ce mię­dzy ni­mi pi­wa. Mo­je pi­wa.

– Sam pan wi­dział, że ko­le­żan­ka z ko­szy­kiem i wi­na­mi wró­ci­ła po nas do tej cho­ler­nej alej­ki.

– A te­raz co to by­ło? – za­py­ta­łem.

– Ar­ty­kuł dwa sie­dem dzie­więć, pa­ra­graf pierw­szy Ko­dek­su Kar­ne­go – ode­zwał się mój ko­le­ga pro­ku­ra­tor.

– Ooo, wy­pra­szam so­bie. – Cza­row­ni­ca pod­nio­sła har­do gło­wę. – Ni­g­dzie się nie wła­ma­łam.

– Ma­my na­gra­nie z mo­ni­to­rin­gu – wtrą­ci­łem.

– Tak? To do­brze, bo na­wet nie do­tknę­łam pań­skiej zie­mi, są­sie­dzie pro­ku­ra­to­ra, nie mó­wiąc już o po­sta­wie­niu tam sto­py. Wła­ma­nie od­pa­da.

W su­mie, pa­trząc z jej per­spek­ty­wy, mo­gła mieć tro­chę ra­cji.

– Ar­ty­kuł dwa sie­dem osiem… – spró­bo­wał Mi­chał z in­nej stro­ny.

– Gów­no praw­da – prze­rwa­ła mu. – Jest Hal­lo­we­en, a to – wska­za­ła na kra­tę pi­wa za pło­tem – jest po­czę­stu­nek. Po­czę­sto­wa­ły­śmy się, a nie kra­dły­śmy.

– W Hal­lo­we­en zo­sta­wia się cu­kier­ki – wy­ja­śnił ze sto­ic­kim spo­ko­jem Mi­chał.

A ja za­sta­na­wia­łem się, skąd u niej ta­ka zna­jo­mość ko­dek­su. Mu­sia­ła być już nie­raz oskar­ża­na o po­dob­ne wy­bry­ki. Je­dy­ne lo­gicz­ne wy­ja­śnie­nie.

– No i zo­sta­wił – od­po­wie­dzia­ła mu. – Na przo­dzie dla dzie­ci, a na ty­łach, do­brze ski­tra­ne, dla do­ro­słych.

– Co?! – Nie wie­rzy­łem wła­snym uszom. Jej spo­sób my­śle­nia był prze­ra­ża­ją­cy. – Kto tak ro­bi?! – zdzi­wi­łem się gło­śno.

– Mi­li lu­dzie – wark­nę­ła, po­sy­ła­jąc mi wro­gie spoj­rze­nie. – Jed­nak, sko­ro to pan tu miesz­ka, to za­raz za­pła­cę. Fak­tycz­nie, pan nie był­by tak uprzej­my. Blik­nę pa­nu pięć dych. Ob­słu­gu­jesz ta­kie tech­no­lo­gie? Dziad­ku? – do­da­ła, czym wkur­wi­ła mnie nie­mi­ło­sier­nie.

– Do­syć tej za­ba­wy. Dzwo­nię po pa­trol. Są nie­trzeź­we i ukra­dły mo­je pi­wa.

– Za­cze­kaj. – Mi­chał chwy­cił mnie za przed­ra­mię, bo mo­ja rę­ka już nur­ko­wa­ła do kie­sze­ni w po­szu­ki­wa­niu te­le­fo­nu. – Prze­cież nie za­cho­wu­ją się źle.

– Wła­śnie. Je­ste­śmy grzecz­ne – ode­zwa­ła się ko­ci­ca. – Ale w ra­zie cze­go, pa­nie praw­ni­ku, obro­ni nas pan? – Za­mru­ga­ła do nie­go za­lot­nie. A że by­ła rów­nie pi­ja­na jak resz­ta, za chuj jej to nie wy­szło.

Mi­chał ro­ze­śmiał się gar­dło­wo.

– To jest pro­ku­ra­tor, idiot­ko, a nie ad­wo­kat – wy­sy­cza­ła wiedź­ma.

– A co to za róż­ni­ca?

– Ja pier­dzie­lę, z kim ja się za­da­ję. – Wznio­sła oczy ku nie­bu. – Ad­wo­kat jest od obro­ny. Pro­ku­ra­tor – wska­za­ła na Mi­cha­ła – jest oskar­ży­cie­lem.

– Se­rio? – nie do­wie­rza­ła la­tek­so­wa ko­le­żan­ka. – Czy­li że ma­my moc­no prze­sra­ne?

– Spo­koj­nie. Je­śli są pa­nie grzecz­ne…

– Ja je­stem nie­grzecz­na – prze­rwa­ła Ad­dam­so­wa. – Pro­szę mnie skuć. – Wy­sta­wi­ła przed sie­bie złą­czo­ne rę­ce.

– Sku­wa się z ty­łu – wy­ja­śnił.

– Od ty­łu też lu­bię. – Pu­ści­ła mu oko.

– Zuz­ka, kuź­wa, skończ. – Wiedź­ma prze­tar­ła twarz i… pod­wi­nę­ła i tak krót­ką spód­nicz­kę. Już chcia­łem po­wie­dzieć, że za­pła­ta cia­łem to ro­dzaj ła­pów­ki, kie­dy ona z poń­czo­chy wy­cią­gnę­ła zwi­nię­ty bank­not. Za­trzy­ma­łem na chwi­lę wzrok w miej­scu ko­ron­ko­we­go za­koń­cze­nia poń­czo­chy. By­łem zdro­wym fa­ce­tem, do cho­le­ry.

– La­ski, mó­wi­łam wam, że to głu­pie. – Wiedź­ma na­gle jak­by otrzeź­wia­ła. Po­de­szła do nas, a jej przy­ja­ció­łecz­ki, jak te głu­pie gą­ski, za nią. – Mam na­dzie­ję – zwró­ci­ła się do mnie – że to po­kry­je szko­dy ma­te­rial­ne. – Po­ma­cha­ła bank­no­tem do ka­me­ry (kie­dy ona zdą­ży­ła się ro­zej­rzeć i ją do­strzec?) i we­pchnę­ła mi do rę­ki pięć dych. – Szkód mo­ral­nych nie mam za­mia­ru po­kry­wać. Obyś oczo­plą­su do­stał, oglą­da­jąc to na­gra­nie.

I po­szła. Gni­ją­ca pan­na mło­da, ta z ro­dzi­ny Ad­dam­sów i ko­bie­ta-kot za nią. A my sta­li­śmy jak słu­py, nie wie­dząc, co tu się wła­ści­wie od­je­ba­ło.

– Ne­la! – krzyk­nę­ła na­gle za nią ta ostat­nia.

O, przy­naj­mniej po­zna­łem już jej imię. Tyl­ko po co mi to by­ło? Prze­cież i tak jej wię­cej nie spo­tkam.

– Co?! Masz jesz­cze ja­kieś mą­dre, głu­pie po­my­sły?! – Cza­row­ni­ca za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła do ko­le­żan­ki. By­ła wku­rzo­na.

– Tyl­ko ta­ki, że do Bie­dry idzie się w dru­gą stro­nę.

Za­śmia­li­śmy się z Mi­cha­łem, a dziew­czy­ny za­wró­ci­ły. Prze­szły ko­ło nas. Ne­la na­wet nie za­szczy­ci­ła nas spoj­rze­niem. Za to jej ko­le­żan­ki aż za bar­dzo.

– Do zo­ba­cze­nia, pa­nie pro­ku­ra­to­rze. – Pa­ni Ad­dams po­ma­cha­ła do nas, pu­ści­ła ca­łu­sa w po­wie­trzu i do­go­ni­ła ko­le­żan­ki.

– Eskor­tu­je­my je? – za­py­tał Mi­chał.

– Osza­la­łeś? Po co?

– Ta Mor­ti­cia by­ła cał­kiem spo­ko.

– Kto?

– Mor­ti­cia Ad­dams.

– Aaa ta, pa­ni „Pro­szę Mnie Skuć” – par­sk­ną­łem.

– Skuł­bym, skuł – za­du­mał się, po­cie­ra­jąc bro­dę, wga­pio­ny w jej ty­łek.

– Idę o za­kład, że wie, że się ga­pisz i spe­cjal­nie tak krę­ci.

– I do­brze. Niech krę­ci.

– To są dzie­ci.

– Dam so­bie rę­kę uciąć, że dwa­dzie­ścia skoń­czy­ły już daw­no. To do­ro­słe ko­bie­ty.

– Ko­bie­ty się tak nie za­cho­wu­ją.

– Te z po­ko­le­nia Z ta­kie wła­śnie są.

– Po­ko­le­nia Z?

– Tak, Z, bo wi­dać je Z da­le­ka – za­śmiał się, wska­zu­jąc na od­da­la­ją­ce się la­ski.

Pa­trzy­łem za ni­mi jesz­cze chwi­lę.

– Daj spo­kój. Stu­dent­ki pew­nie. Chcia­ły się za­ba­wić. Przy­po­mnij so­bie, co ty ro­bi­łeś na stu­diach.

– Do­bra. Nie­waż­ne. Wra­ca­my. Wód­ka sa­ma się nie wy­pi­je.

– Za­sta­na­wiam się, skąd ta jed­na by­ła ta­ka ob­cy­ka­na w pa­ra­gra­fach – wy­po­wie­dział na głos mo­je my­śli.

– Wi­dać wie­lo­krot­na zło­dziej­ka. One już tak ma­ją. Trze­ba by­ło je prze­trze­pać, na pew­no wy­szło­by, że wca­le nie jest ta­ka świę­ta.

– Mo­że… Ale przy­znaj, że faj­ne z nich la­ski.

– Ukra­dły mi pi­wa.

– Tyl­ko się po­czę­sto­wa­ły po jed­nym. Nie zbied­nie­jesz. Po­za tym za­pła­ci­ły z na­wiąz­ką. Chodź.

Roz­dział 3

Ne­la

W po­nie­dzia­łek ra­no pod­je­cha­łam pod wo­je­wódz­ką. Chło­pa­ki z mo­jej obec­nej ko­men­dy po­ra­dzi­ły, że­bym umie­ści­ła za szy­bą swój nu­mer te­le­fo­nu. Po­dob­no par­king tu­taj jest tak cia­sny, że lu­dzie się wza­jem­nie za­sta­wia­ją. Na po­cząt­ku my­śla­łam, że kum­ple ro­bi­li so­bie ze mnie ja­ja, ale fak­tycz­nie w kil­ku sa­mo­cho­dach za­uwa­ży­łam kar­tecz­ki. Zro­bi­łam więc tak sa­mo i wy­sia­dłam.

Roz­mo­wa z na­czel­ni­kiem wy­dzia­łu tech­ni­ki kry­mi­na­li­stycz­nej po­szła nad­zwy­czaj do­brze. Pod­in­spek­tor Zdzi­sław Ma­ciej­czyk zro­bił na mnie po­zy­tyw­ne wra­że­nie. Sam opro­wa­dził mnie po dwóch pię­trach wy­dzia­łu, a po­tem na­wet od­pro­wa­dził do wyj­ścia.

– Adam – zwró­cił się na­gle do sto­ją­ce­go przy por­tier­ni wy­so­kie­go, do­brze zbu­do­wa­ne­go, kró­ciut­ko ob­cię­te­go sza­ty­na. – Po­znaj, pro­szę, nasz no­wy na­by­tek. Pod­ko­mi­sarz Ne­la Ro­gac­ka, bę­dzie­cie ra­zem pra­co­wa­li.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się do mnie uprzej­mie.

– Pa­ni Ne­lo – kon­ty­nu­ował na­czel­nik – to ko­mi­sarz Adam Sło­wac­ki, pa­ni przy­szły men­tor.

– Cześć. – Męż­czy­zna przy­wi­tał się ser­decz­nie. Ład­ny był.

– Cześć. – Wy­cią­gnę­łam do nie­go dłoń.

– Adam je­stem. Jak sły­sza­łaś, Sło­wac­ki, ale dla zna­jo­mych Mic­kie­wicz. – Bły­snął sze­ro­kim uśmie­chem, jak­by grał w re­kla­mie pa­sty wy­bie­la­ją­cej do zę­bów. W su­mie na­wet by mógł, ład­ny miał ten uśmiech.

– Ne­la – przed­sta­wi­łam się. – Po pro­stu Ne­la. Moi ro­dzi­ce nie mie­li ta­kie­go po­czu­cia hu­mo­ru. – Od­wza­jem­ni­łam uśmiech. Mi­ło by­ło od ra­zu przejść na „ty”.

– To ja pań­stwa zo­sta­wię – wtrą­cił na­czel­nik – i się po­że­gnam.

– To od kie­dy do nas do­łą­czasz? – za­py­tał Adam Sło­wac­ki vel Mic­kie­wicz, kie­dy pod­in­spek­tor się od­da­lił.

– Jak tyl­ko wpły­nie roz­kaz o prze­nie­sie­nie z urzę­du.

– Mam na­dzie­ję, że na­stą­pi to bar­dzo szyb­ko.

– Ja rów­nież. Tak daw­no nie ba­wi­łam się prób­ka­mi i mi­kro­sko­pem, że już nie mo­gę się do­cze­kać.

– To ty je­steś tą świe­żyn­ką z to­ruń­skiej gru­py sa­mo­cho­do­wej?

– Tak. I już nie mo­gę się do­cze­kać tej zmia­ny.

– Za­zwy­czaj trwa to kil­ka dni. My­ślę, że naj­póź­niej za ty­dzień spo­tka­my się już przy ro­bo­cie. Wi­dzia­łaś już wy­dział?

– Tak. Na­czel­nik opro­wa­dził mnie na szyb­ko.

– Po­waż­nie? Sta­ry sam oso­bi­ście cię opro­wa­dzał? – za­py­tał jak­by z nie­do­wie­rza­niem. – Szko­da. Mnie opro­wa­dzał mój men­tor w pierw­szym dniu pra­cy. – Wy­dął śmiesz­nie war­gi, uda­jąc smu­tek.

– Tyl­ko tak po­bież­nie. My­ślę, że bę­dę po­trze­bo­wa­ła po­wtór­ki w wol­niej­szym tem­pie, że­by to wszyst­ko ogar­nąć. – Za­śmia­łam się.

– O. I to mi się po­do­ba. – Po­sze­rzył uśmiech.

– W ta­kim ra­zie do zo­ba­cze­nia.

– Mam na­dzie­ję, że już nie­ba­wem.

Po­że­gna­łam się z Ada­mem i w wy­śmie­ni­tym na­stro­ju wra­ca­łam na par­king. Przy­ja­zny na­czel­nik, sym­pa­tycz­ny opie­kun. Co mo­gło­by pójść nie tak?

Z uśmie­chem na ustach od­szu­ka­łam w to­reb­ce klu­czy­ki i zbli­ża­jąc się do au­ta, od­blo­ko­wa­łam za­mek pi­lo­tem. Mo­ja ko­cha­na To­yo­t­ka za­mru­ga­ła do mnie świa­teł­ka­mi.

– W koń­cu, kur­wa! – Usły­sza­łam wark­nię­cie i aż pod­sko­czy­łam.

Spoj­rza­łam w kie­run­ku gło­su i po­czu­łam zim­ne kro­pel­ki po­tu na ple­cach.

O. Cho-ler-ka.

– Co ty od­pier­da­lasz? – zwró­cił się do mnie męż­czy­zna z hi­per­mar­ke­tu, są­siad pro­ku­ra­to­ra ze Złejw­si Wiel­kiej.

– Nie bar­dzo ro­zu­miem.

– Za­sta­wi­łaś mnie tak, że nie mo­gę wy­je­chać. – Wska­zał na swo­je­go wiel­kie­go Je­epa Grand Che­ro­kee.

– Trze­ba by­ło ku­pić so­bie au­to z mniej­szym pro­mie­niem skrę­tu – od­py­sko­wa­łam. – Po­za tym zo­sta­wi­łam te­le­fon, jak­by pan nie za­uwa­żył.

– Ta? To trze­ba go by­ło, kur­wa, ode­brać. – Da­lej na mnie war­czał. Czy on nie po­tra­fił mó­wić nor­mal­nie?

Wy­ję­łam te­le­fon z to­reb­ki. Cho­ler­ka – za­klę­łam w my­ślach i aż się skrzy­wi­łam. Miał ra­cję. Wy­łą­czy­łam go na czas roz­mo­wy z na­czel­ni­kiem i za­po­mnia­łam po­now­nie włą­czyć.

– Fak­tycz­nie. Mu­sia­łam go wy­łą­czyć, a po­tem za­po­mnia­łam włą­czyć. Już od­jeż­dżam. Prze­pra­szam.

Je­zu, ja­kie by­ły szan­se, że on też tu­taj pra­cu­je? A mo­że przy­je­chał tyl­ko zło­żyć ze­zna­nia w ja­kiejś spra­wie? A na­wet je­śli… Ko­men­da jest dość du­ża, więc choć­by w niej pra­co­wał, na pew­no nie wi­dy­wa­ła­bym go co­dzien­nie. Je­dy­nie spo­ra­dycz­nie na par­kin­gu, jak te­raz. Zresz­tą i to nie­ko­niecz­nie. Tę czar­ną kro­wę wi­dać z da­le­ka. Po­dej­rze­wam, że mo­że i z ko­smo­su. Za­wsze mo­gę omi­jać ją sze­ro­kim łu­kiem. Ba, na pew­no bę­dę tak ro­bić, w ra­zie cze­go. Ale nie… On nie mo­że być po­li­cjan­tem. Nie wy­glą­da. Jest zbyt aro­ganc­ki i zbyt cham­ski. Prę­dzej mógł­by być pa­pu­gą4. Ooo tak. Po­li­cja so­bie fla­ki i ży­ły wy­pru­wa, a przyj­dzie ta­ki ad­wo­ka­ci­na prze­brzy­dły i bę­dzie pod­wa­żać wszyst­kie do­wo­dy. Suk­ce­syw­nie je­den po dru­gim. Tak, do te­go mi bar­dziej pa­su­je. Pier­dzie­lo­ny zie­lo­ny5.

– Na co te­raz cze­kasz? – Wil­cze wark­nię­cie otrzą­snę­ło mnie z pry­wat­nych dy­wa­ga­cji. – Za­bie­raj stąd te­go roz­je­cha­ne­go klesz­cza!

– Nie ob­ra­żaj Srebr­nej Te­re­sy, bo jak usły­szy, to strze­li fo­cha i nie od­pa­li – za­gro­zi­łam.

– Co, kur­wa? – Na je­go twa­rzy od­ma­lo­wa­ło się szcze­re zdzi­wie­nie.

– Ona nas sły­szy – szep­nę­łam kon­spi­ra­cyj­nie. – I jest bar­dzo wraż­li­wa, wiesz?

Na­praw­dę po­do­ba­ło mi się wy­pro­wa­dza­nie te­go go­ścia z rów­no­wa­gi. Wspo­mi­na­łam już, że mam nie­rów­no pod su­fi­tem?

– Nie po­win­naś być te­raz na ob­ser­wa­cji psy­chia­trycz­nej? – ode­zwał się, jak­by czy­tał mi w my­ślach.

– Ja? Nie. Na­to­miast pan ewi­dent­nie od kil­ku dni za­po­mi­na za­ży­wać Re­la­nium.

Wsia­dłam do sa­mo­cho­du. Po­gła­ska­łam czu­le kie­row­ni­cę mo­je­go uko­cha­ne­go au­tka i od­pa­li­łam.

To­yo­ta Au­ris nie by­ła du­ża. W po­rów­na­niu z lan­da­rą te­go gbu­ra by­ła ma­lut­ka, więc bez pro­ble­mu, na raz wy­je­cha­łam z zaj­mo­wa­ne­go miej­sca. Ten buc jed­nak tak mnie wner­wił, że za­po­mnia­łam o usta­wie­niu na­wi­ga­cji. Nie zna­łam tak do­brze Byd­gosz­czy, wo­la­łam dla pew­no­ści włą­czyć GPS. Za­trzy­ma­łam się przed wy­jaz­dem z par­kin­gu i otwo­rzy­łam le­żą­cą na miej­scu pa­sa­że­ra to­reb­kę. Nie zdą­ży­łam na­wet od­na­leźć ko­mór­ki, gdy po­czu­łam puk­nię­cie z ty­łu.

O cho­ler­ka – po raz ko­lej­ny dziś. Zro­bi­ło mi się ciem­no przed ocza­mi. Wy­pa­dek. Ma­ma, ta­ta, Len­ka. Cho­le­ra, cho­le­ra, cho-le-ra.

Trzy głę­bo­kie wde­chy, jak ra­dzi­ła psy­cho­log. Po­licz do dzie­się­ciu, za każ­dym ra­zem też trzy wde­chy. Nie mo­głam wpaść w pa­ni­kę. Nie te­raz. Spo­koj­nie, Nel – mó­wi­łam do sie­bie. – Tyl­ko spo­koj­nie.

Na­tych­miast się od­wró­ci­łam i zo­ba­czy­łam wiel­kie­go, czar­ne­go Je­epa.

Tyl­ko we mnie puk­nął, nic wiel­kie­go. Ży­je­my.

Po raz ko­lej­ny te­go dnia – o cho­le­ra.

Jesz­cze dwa wde­chy, spo­kój, zen i luz.

Wy­sia­dłam. Przede mną już stał pan Gra­do­wo-Bu­rzo­wa Chmu­ra. Ocza­mi ci­skał we mnie gro­my i pio­ru­ny.

– Na. Chuj. Się. Za­trzy­ma­łaś?! – wy­sy­czał przez zę­by.

– Że­by usta­wić GPS – od­po­wie­dzia­łam nad wy­raz spo­koj­nie, bio­rąc pod uwa­gę za­ist­nia­łą sy­tu­ację i mo­je trau­ma­tycz­ne prze­ży­cia zwią­za­ne z wy­pad­kiem, któ­ry prze­ży­łam ja­ko dziec­ko.

– A nie mo­głaś te­go zro­bić, za­nim ru­szy­łaś?

– Nie. Ka­zał mi pan jak naj­szyb­ciej zro­bić miej­sce dla swo­je­go zwa­li­ste­go wo­zu.

– A jak ja mam ni­by te­raz szyb­ko czy na­wet w ogó­le wy­je­chać, sko­ro za­sta­wi­łaś nie tyl­ko mnie, ale i ca­ły wy­jazd z tej stro­ny?

Wró­cił do swo­je­go au­ta i usil­nie oglą­dał ka­ro­se­rię. Po­de­szłam za nim. U nie­go nie by­ło żad­ne­go otar­cia, śla­du, nic. Na­wet ma­łej ry­ski. Za to u mnie bar­dzo wi­docz­ne wgnie­ce­nie wiel­ko­ści pię­ści.

– Uszko­dził mi pan sa­mo­chód. – Wpa­try­wa­łam się w pęk­nię­ty błot­ni­czek mo­je­go au­tka. – Bo­li cię, Te­re­niu? – za­py­ta­łam czu­le, głasz­cząc miej­sce uszko­dze­nia.

– Słu­chaj no, nie mam cza­su na pa­ja­co­wa­nie, zjeż­dżaj stąd, ale już.

– Słu­cham?! – Od­wró­ci­łam się do nie­go. – Puk­ną­łeś mo­ją Te­re­sę. Ma wgnie­ce­nie i pęk­nię­ty błot­nik. To bę­dzie ja­kiś ty­siąc zło­tych.

– Chy­ba żar­tu­jesz? Pierw­szy lep­szy me­cha­nik wy­kle­pie ci to i za­szpa­chlu­je za flasz­kę, za któ­rą pew­nie, i tak nie za­pła­cisz, tyl­ko po­wtó­rzysz swój nu­mer z mar­ke­tu. Ktoś się na pew­no na­bie­rze.

– Nie ro­bię ta­kich rze­czy – wy­sy­cza­łam pi­skli­wie. Mia­łam na­wet ocho­tę po­dejść i dźgać go przy tym pal­cem. Opu­ści­łam jed­nak rę­kę i za­ci­snę­łam pięść, co nie uszło je­go uwa­dze.

– Ta, ja­sne. – Się­gnął do kie­sze­ni i wy­cią­gnął z niej port­fel. Bar­dzo szyb­ko wy­jął stów­kę i rzu­cił nią we mnie. Nie zła­pa­łam. Na­wet nie pró­bo­wa­łam. Spa­dła na zie­mię.

– Co to mia­ło być?! – za­py­ta­łam. By­łam co­raz bar­dziej podi­ry­to­wa­na. A na­wet i wku­rzo­na.

– Re­kom­pen­sa­ta – wy­ar­ty­ku­ło­wał z po­gar­dą w gło­sie.

– My­ślę, że gdy po­pro­si­my ja­kie­goś po­li­cjan­ta… – Spoj­rza­łam w bok na bu­dy­nek ko­men­dy. – Do­sta­nę mi­ni­mum pięć ra­zy ty­le. A pan do­dat­ko­wo z ar­ty­ku­łu sześć­dzie­siąt osiem ko­dek­su wy­kro­czeń trzy stó­wy, sześć punk­tów kar­nych i stra­ci pan zniż­ki. A ubez­pie­cze­nie te­go… po­two­ra – wska­za­łam na je­go wiel­gach­ne au­to – za­pew­ne ta­nie nie jest.

– Słu­cham?! Mo­ja wi­na, że się za­trzy­ma­łaś?

– Nie za­cho­wał pan na­le­ży­te­go od­stę­pu i ostroż­no­ści. Za­sa­da ogra­ni­czo­ne­go za­ufa­nia. Mó­wi to pa­nu coś? Do­my­ślam się, że praw­ko zda­wał pan pół wie­ku te­mu, ale tak ele­men­tar­ne pod­sta­wy po­win­ny się pa­nu wy­ryć na sta­łe.

Ko­leś pa­trzył na mnie zdę­bia­ły. Jak­by się dzi­wił, że mu się sta­wiam. Do dia­bła, prze­cież to ja mia­łam ra­cję. Ja by­łam po­szko­do­wa­ną w tym zda­rze­niu! Ale je­śli rze­czy­wi­ście był ad­wo­ka­tem, to nic dziw­ne­go, że się wy­bie­lał. Miał to we krwi. A ja przez nie­go za­cznę prze­kli­nać jak szewc. Ile ra­zy już dziś po­my­śla­łam „cho­le­ra”?

– Co tak pa­trzysz?! – Nie wy­trzy­ma­łam.

Męż­czy­zna otrzą­snął się, jak­by wy­rwa­ny z transu.

– Ile ra­zy by­łaś już oskar­żo­na, że znasz na bla­chę ty­le pa­ra­gra­fów?

Mó­wi­łam, pa­pu­ga jak nic.

– Nie two­ja spra­wa! To nie jest te­raz naj­waż­niej­sze! – Pra­wie ki­pia­łam ze zło­ści. – Wje­cha­łeś mi w du­pę, do cho­le­ry!

– Uwierz mi. – Męż­czy­zna zbli­żył się do mnie nie­bez­piecz­nie, ce­dząc przez za­ci­śnię­te zę­by. – Gdy­bym wje­chał ci w du­pę… – pod­szedł jesz­cze bli­żej – mo­im po­two­rem… – Za­trzy­mał się bli­sko i na­chy­lił tak, że czu­łam je­go cie­pły od­dech na po­licz­ku. – To na pew­no byś to po­czu­ła – do­koń­czył ci­cho. – I gwa­ran­tu­ję ci, że dar­ła­byś się, ale nie z wście­kło­ści, la­lecz­ko.

O cho­ler­ka – ko­lej­na w cią­gu kil­ku­na­stu mi­nut. A to co mia­ło ni­by zna­czyć? Prze­łknę­łam ner­wo­wo śli­nę. Nie mo­głam się pod­dać. Nie. Ne­la Ro­gac­ka się nie pod­da­je. Za­ci­snę­łam moc­niej pię­ści ze zło­ści.

– Chciał­byś, co? – Unio­słam dum­nie pod­bró­dek. – Nie-do-cze-ka-nie – prze­sy­la­bi­zo­wa­łam dla lep­sze­go efek­tu.

Nie­spo­dzie­wa­nie mo­ja ko­mór­ka roz­dzwo­ni­ła się z sie­dze­nia pa­sa­że­ra, więc cof­nę­łam się, że­by spraw­dzić, kto dzwo­nił. Wu­jek Ma­rek. On ni­g­dy nie dzwo­nił bez po­wo­du. Po­now­nie te­go dnia po­czu­łam zim­ny pot na ple­cach. Ode­bra­łam.

– Ne­luś, tyl­ko się nie de­ner­wuj – za­czął.

Ta, nikt po ta­kich sło­wach by się nie zde­ner­wo­wał. Wca­le a wca­le.

– Co się sta­ło, wuj­ku? Coś z dziad­kiem?

– Ci­śnie­nie mu pod­sko­czy­ło. Już jest do­brze, ale je­ste­śmy w szpi­ta­lu.

– Któ­ry szpi­tal?! – za­py­ta­łam zde­ner­wo­wa­na.

– Na Bie­la­nach. Ale już w po­rząd­ku. Nic mu nie bę­dzie.

– Bę­dę za nie­ca­łą go­dzi­nę.

Roz­łą­czy­łam się. Szyb­ko usta­wi­łam na­wi­ga­cję i wsia­dłam do sa­mo­cho­du.

W tym mo­men­cie mia­łam już głę­bo­ko w du­pie mój zde­rzak i te­go aro­gan­ta. Dzia­dek. Tyl­ko on się te­raz li­czył. Był naj­waż­niej­szy. Był naj­bliż­szą oso­bą, któ­ra mi zo­sta­ła.

Za­uwa­ży­łam w lu­ster­ku, że ad­wo­kat dia­bła stoi i pa­trzy na mo­je po­czy­na­nia jak kro­wa na po­ciąg. W gło­wie na bank two­rzył już wnio­sek o umiesz­cze­nie mnie w za­kła­dzie dla obłą­ka­nych.

Ru­szy­łam z pi­skiem opon, tro­chę przy tym ku­rząc py­łem. Nie da­ło mi to sa­tys­fak­cji. Dzia­dek. Tyl­ko on za­przą­tał te­raz mo­je my­śli.

*

Do szpi­ta­la za­je­cha­łam w nie­ca­łe czter­dzie­ści mi­nut. O tej go­dzi­nie mu­sia­łam mo­men­ta­mi prze­kra­czać pręd­kość, ale by­łam do­brym kie­row­cą. Ja­ko dziec­ko mia­łam wy­pa­dek, jed­nak aku­rat nie spo­wo­do­wał lę­ku przed pro­wa­dze­niem po­jaz­dów. Zo­sta­ły mi po nim gor­sze rze­czy, mię­dzy in­ny­mi strach przed jaz­dą ja­ko pa­sa­żer, jed­nak na szczę­ście nie przed pro­wa­dze­niem, nie ja­ko kie­row­ca.

W szpi­ta­lu do­sko­na­le wie­dzia­łam, do­kąd iść, więc od ra­zu skie­ro­wa­łam się na od­dział. W sa­li przy dziad­ku sie­dział wu­jek Ma­rek, je­go syn, a brat mo­je­go ta­ty.

– Nel­cia… – Dzia­dek sie­dział na łóż­ku. Wy­glą­dał cał­kiem do­brze. Wu­jek nie kła­mał co do je­go sta­nu. – Nie­po­trzeb­nie Ma­rek do cie­bie dzwo­nił. Je­cha­łaś pew­nie na zła­ma­nie kar­ku.

– Dziad­ku, wiesz, że co jak co, ale jeż­dżę bez­piecz­nie.

– Wiem – przy­znał.

– Prze­pra­szam – ode­zwał się wu­jek. – My­śla­łem, że by­łaś w To­ru­niu na swo­jej ko­men­dzie. Do­pie­ro przed chwi­lą dzia­dek po­wie­dział mi o two­im awan­sie i dzi­siej­szej roz­mo­wie w Byd­gosz­czy. Swo­ją dro­gą gra­tu­lu­ję.

– Nie jest to tak do koń­ca awans…

– Prze­cho­dzisz z miej­skiej do wo­je­wódz­kiej i bę­dziesz ro­bi­ła to, co lu­bisz.

– Fakt, trak­tu­ję to w ka­te­go­riach oso­bi­ste­go awan­su. Dzię­ku­ję. A ty dziad­ku? Jak się czu­jesz?

– Dzie­ci­no… – za­czął dzia­dek i do­pie­ro po mo­jej mi­nie za­uwa­żył, że się za­po­mniał. – Prze­pra­szam.

Pięt­na­ście lat te­mu uczest­ni­czy­łam w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Mia­łam wte­dy dzie­więć lat. Wje­chał w nas pi­ja­ny kie­row­ca. Ti­rem. Ro­dzi­ce i mo­ja młod­sza sio­stra zgi­nę­li na miej­scu. Ja w sta­nie kry­tycz­nym tra­fi­łam do szpi­ta­la. Mnie jed­nak się uda­ło. Opie­kę na­de mną prze­ję­li dziad­ko­wie. Nie­ste­ty kil­ka lat te­mu bab­cia zmar­ła na ra­ka i zo­sta­li­śmy z dziad­kiem sa­mi.

Po wy­pad­ku do­syć dłu­go sły­sza­łam w gło­wie to sło­wo. Pra­co­wa­łam nad tym z psy­cho­lo­giem, bo ja­ko dziec­ko twier­dzi­łam, że to ta­ta, tyl­ko zmie­nio­nym gło­sem, mó­wił do mnie: „Żyj, dzie­ci­no”. Ma­ło te­go, w to­ku śledz­twa oka­za­ło się, że to by­ły re­al­ne sło­wa. Wy­po­wia­dał je, jak man­trę, ra­tow­nik, któ­ry mnie wte­dy re­ani­mo­wał.

Mi­nę­ło ty­le cza­su, ży­łam już nor­mal­nie. Cza­sa­mi jed­nak pa­mięć sa­ma przy­wo­ły­wa­ła bo­le­sne wspo­mnie­nia.

4. Pa­pu­ga – po­tocz­ne okre­śle­nie ad­wo­ka­ta.

5. Od­nie­sie­nie do zie­lo­ne­go ża­bo­tu w to­dze ad­wo­kac­kiej.

Roz­dział 4

Ne­la

Pierw­szy ty­dzień pra­cy mi­nął mi spo­koj­nie. Po­zna­łam kil­ka­na­ście faj­nych osób i po­wo­li wpa­da­łam w rytm pra­cy wy­dzia­łu. Adam był bar­dzo cier­pli­wym men­to­rem i jak do tej po­ry na­praw­dę do­brze mi się z nim pra­co­wa­ło. Co praw­da nie tra­fi­ło się jesz­cze nic eks­cy­tu­ją­ce­go, ale i tak jak na ra­zie nie ża­ło­wa­łam de­cy­zji o prze­nie­sie­niu. Do cza­su. Kon­kret­nie do piąt­ku.

Wła­śnie wpro­wa­dza­łam od­ci­ski dak­ty­lo­sko­pij­ne do sys­te­mu AFIS6, kie­dy usły­sza­łam głę­bo­ki ba­ry­ton, od któ­re­go aż pod­sko­czy­łam, i po­czu­łam wbi­ja­ją­ce się w kark szpi­lecz­ki.

– Adam!

Zna­łam ten głę­bo­ki i moc­ny głos, ale prze­cież to by­ło nie­moż­li­we, że­by to był on…

Wy­chy­li­łam się zza mo­ni­to­ra i rów­nie szyb­ko, je­śli nie szyb­ciej, znik­nę­łam za nim z po­wro­tem. A do te­go pró­bo­wa­łam jesz­cze bar­dziej – o ile by­ło to moż­li­we – scho­wać się przed tym gbu­rem. Al­bo mia­łam zwi­dy, al­bo rze­czy­wi­ście naj­bar­dziej ne­ga­tyw­ny czło­wiek na zie­mi stał wła­śnie w drzwiach na­sze­go la­bo­ra­to­rium i wo­łał mo­je­go opie­ku­na, jak­by wo­łał kum­pla.

– No­wy kie­row­nik sek­cji – szep­nął Adam, wsta­jąc.

Że, cho­ler­ka, co?!

Pri­ma apri­lis już był. I to daw­no.

A mo­że to ja­kaś ukry­ta ka­me­ra?

Mic­kie­wicz pod­szedł do te­go gbu­ra. W do­dat­ku po­dał mu rę­kę na po­wi­ta­nie. Brr. Aż mną wstrzą­snę­ło. Jak ta­ki sym­pa­tycz­ny ko­leś mógł się za­da­wać z tym nie­przy­jem­nym ty­pem?

Za­raz…

Kie­row­nik sek­cji?

Ale że ja­kiej sek­cji? Na­szej?

Że to ni­by ten gbur nim był?!

Wła­śnie za­czę­ło do mnie do­cie­rać, że ten na­dę­ty bu­fon był nie tyl­ko zna­jo­mym mo­je­go men­to­ra. Był na­szym sze­fem. Był mo­im sze­fem…

O cho­ler­ka. I ożeż kur­na.

– Za pięć mi­nut w kon­fe­ren­cyj­nej. No­wa spra­wa jest do prze­ga­da­nia.

– Ja­sne. – Mój opie­kun zgo­dził się od ra­zu.

– Aa, sły­sza­łem, że masz ja­kie­goś świe­ża­ka. Weź go ze so­bą, niech się mło­dy wpra­wia.

– Oczy­wi­ście, tyl­ko to nie jest świe­żak. Bar­dziej świe­żyn­ka. – Po­słał mu uśmie­szek za­do­wo­le­nia i od­wró­cił się, szu­ka­jąc mnie wzro­kiem. Za­uwa­ży­łam to, śle­dząc ich przez szpa­rę mię­dzy mo­ni­to­ra­mi.

– Ne­la, chodź, po­znasz kie­row­ni­ka sek­cji.

Oczy­wi­ście, jak na do­ro­słą oso­bę przy­sta­ło… uda­łam, że go nie sły­szę. Do te­go jesz­cze bar­dziej się cof­nę­łam. Zdą­ży­łam tyl­ko za­uwa­żyć, że na dźwięk mo­je­go imie­nia kie­row­nik się spiął.

– Ne­la – po­pę­dził mnie Adam.

Do­bra. Raz ko­zie śmierć.

Nie mia­łam za bar­dzo wyj­ścia. Wsta­łam. Czu­łam, że mój czas w wo­je­wódz­kiej wła­śnie do­bie­ga koń­ca. No to so­bie po­pra­co­wa­łam. Nie ma co.

– Pa­nie nad­ko­mi­sa­rzu – za­czął ofi­cjal­nie, ale z uśmie­chem, ni­cze­go nie­świa­do­my Sło­wac­ki. – Pod­ko­mi­sarz Ne­la Ro­gac­ka, na­sza no­wa pa­ni tech­nik.

Na po­cząt­ku chcia­łam pod­ku­lić ogon i nie pa­trzeć na te­go po­tom­ka sza­ta­na, ale po­tem po­my­śla­łam, że sko­ro i tak mam stąd wy­le­cieć, to cho­ciaż zro­bię to z pod­nie­sio­ną gło­wą.

– Ne­lu, to nad­ko­mi­sarz Bru­no Bo­rzych, kie­row­nik sek­cji.

Pan nad­ko­mi­sarz, jak na oso­bę wyż­szą ran­gą przy­sta­ło, pierw­szy wy­cią­gnął do mnie dłoń. Nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, jak od­wza­jem­nić gest. Nie­spo­dzie­wa­nie prze­szedł mnie prąd. Cho­ler­nik miał przy so­bie włą­czo­ny pa­ra­li­za­tor czy jak? On chy­ba też to po­czuł, bo bar­dzo szyb­ko cof­nął rę­kę. Jak­bym go pa­rzy­ła. Mi­mo że uścisk dło­ni był nad­zwy­czaj krót­ki, mo­głam stwier­dzić, że chwyt miał moc­ny, sil­ny i pew­ny… Mę­ski.

Stop, Ne­li! Nie idź tą dro­gą.

– Od kie­dy to przyj­mu­ją do po­li­cji zło­dziej­ki? – O pro­szę, jak szyb­ko moż­na wró­cić na wła­ści­we to­ry. Je­go wzrok prze­szy­wał mnie na wskroś. Do te­go zmru­żył oczy. – Co?! – Uniósł le­wą brew.

Adam ewi­dent­nie był w szo­ku. Rzu­cał spoj­rze­nie to na mnie, to na prze­ło­żo­ne­go, nie mo­gąc się zde­cy­do­wać, na kim dłu­żej je za­trzy­mać.

– Nie kra­dłam. Mó­wi­łam, że mo­je wi­no przez przy­pa­dek zna­la­zło się w pa­na ko­szy­ku – Si­li­łam się na spo­koj­ny ton. Czy mógł ta­ki być przez za­ci­śnię­te zę­by?

– A mo­je pi­wa?

– By­ło Hal­lo­we­en. A one sta­ły przy ogro­dze­niu. Po­czę­sto­wa­łam się. – Mój głos sta­wał się co­raz bar­dziej pi­skli­wy. Nie­do­brze. Ogar­nij się, Ne­la.

– Sta­jąc na mur­ku i prze­wie­sza­jąc się przez płot?

– Prze­cież mu­sia­ły być po­za za­się­giem dzie­ci.

– Ta, ja­sne.

– Mó­wi­łam, że my­śla­łam, że to po­czę­stu­nek dla do­ro­słych. Nie za­bra­ły­śmy wszyst­kie­go, po­czę­sto­wa­ły­śmy się po jed­nym. Kie­dy wy­ja­śnił pan, do­syć do­sad­nie do­daj­my, że nie jest pan uprzej­mym czło­wie­kiem i pi­wa nie by­ły po­czę­stun­kiem dla ba­wią­cych się są­sia­dów, za­pła­ci­łam pa­nu. Do­dam, że wię­cej, niż kosz­to­wa­ły.

– Sły­sza­łem o tym. To by­łaś ty?! – Adam za­czął się śmiać. – Bru­no ku­pił ty­dzień wcze­śniej pi­wa na na­szą im­pre­zę, bo aku­rat by­ła pro­mo­cja – chi­chrał się już na ca­łe­go. – Se­rio po­tra­fisz otwo­rzyć bro­wa­ra wło­sa­mi?

– Tak. Ob­ca­sem i pier­ścion­kiem też, jak­by co.

– Mu­sisz mnie kie­dyś na­uczyć.

– Z wło­sa­mi mo­że być cięż­ko. – Spoj­rza­łam na je­go fry­zu­rę na je­ża. – Ob­ca­sów też ra­czej nie no­sisz.

– Ale mam ob­rącz­kę. Nada się?

– Ła­two ją znisz­czyć w ten spo­sób. Żo­nie mo­gło­by się to nie spodo­bać.

Adam lek­ko przy­gasł. Czyż­by ci­che mał­żeń­skie dni? Sły­sza­łam od ko­goś, że ostat­nio nie ukła­da mu się z żo­ną.

– Skoń­czy­li już pań­stwo tę pry­wa­tę?! – huk­nął Bo­rzych. – To za­pra­szam do sa­li. Ma­my spra­wę.

W po­miesz­cze­niu po­za na­mi by­ło jesz­cze kil­ka in­nych osób z wy­dzia­łu. Kie­row­nik rzu­cił na stół wo­re­czek stru­no­wy z za­krwa­wio­nym no­żem ku­chen­nym.

– Co to? – za­py­tał je­den z funk­cjo­na­riu­szy.

– Do­wód? – od­parł py­ta­niem re­to­rycz­nym kie­row­nik.

– Bar­dzo śmiesz­ne. A coś wię­cej? – ode­zwał się in­ny po­li­cjant.

– Go­ściu le­ży nie­przy­tom­ny w szpi­ta­lu, żo­na twier­dzi, że sam się nie­chcą­cy na­dział, jak go­to­wa­ła obiad.

– A ty my­ślisz… – za­czął Adam.

– Że zu­pa by­ła za sło­na – wy­ja­śnił nad­ko­mi­sarz.

– A żon­ka? – za­py­tał jesz­cze ktoś in­ny.

– Sie­dzi na doł­ku i mio­ta się w ze­zna­niach jak gów­no na wie­trze.

– A mo­że to on się nad nią znę­cał, a ona w koń­cu nie wy­trzy­ma­ła? – za­py­tał jesz­cze ktoś in­ny.

– Też jest ta­ka moż­li­wość – przy­znał Bru­no.

Słu­cha­łam tych roz­mów jed­nym uchem, ale w wo­re­czek stru­no­wy z no­żem wpa­try­wa­łam się jak sro­ka w gnat.

– Mło­da. – Z za­du­my wy­rwał mnie głos Bo­rzy­cha. Unio­słam na nie­go wzrok, a on prze­su­nął wo­rek w mo­ją stro­nę. – Eks­per­ty­za. Na ci­to. Na wczo­raj.

Za­ci­snę­łam usta w wą­ską li­nię, że­by nie pi­snąć z eks­cy­ta­cji.

– Pi­sarz – zwró­cił się do Ada­ma Sło­wac­kie­go. – Nad­zo­ruj, że­by te­go nie spier­do­li­ła – do­dał, ga­sząc mój za­pał jak świecz­kę na tor­cie.

Zo­sta­li­śmy z Ada­mem go­dzi­nę dłu­żej, że­by zba­dać nóż ku­chen­ny i przy­go­to­wać ra­port dla kie­row­ni­ka. Kie­dy wy­cho­dzi­łam, jesz­cze w dro­dze na par­king wy­sła­łam wia­do­mość do mo­ich dziew­czyn.

Ja: Red Alarm! Drzew­ko szczę­ścia. 19.00.

Na od­po­wie­dzi nie mu­sia­łam dłu­go cze­kać.

Klau­dia: Bę­dę.

Maj­ka: Bę­dę.

Zu­za: Ja też.

*

Do do­mu do­je­cha­łam po ko­lej­nej go­dzi­nie. Dzia­dek czuł się już cał­kiem do­brze i wła­śnie od­grze­wał mi zu­pę po­mi­do­ro­wą.

– A co to za mi­na, Ne­lit­ko? – za­py­tał z tro­ską.

– Mój szef to naj­gor­sze zło te­go świa­ta – burk­nę­łam, sia­da­jąc przy sto­le w kuch­ni.

– Co? Prze­cież mó­wi­łaś, że jest sym­pa­tycz­ny.

– Mój bez­po­śred­ni prze­ło­żo­ny tak. Mam na my­śli kie­row­ni­ka sek­cji.

– Idź, umyj rę­ce i za­raz wszyst­ko mi opo­wiesz – po­wie­dział, na­le­wa­jąc zu­pę na ta­lerz.

Zro­bi­łam, jak pro­sił. Tyl­ko co ja mu mia­łam po­wie­dzieć? No prze­cież się nie przy­znam, że wi­sia­łam pi­ja­na na pło­cie mo­je­go sze­fa, świe­cąc mu wy­pię­tym tył­kiem do ka­me­ry.

– No to opo­wia­daj. Ja­ki on jest? – Dzia­dek po­sta­wił przede mną ta­lerz po­mi­do­ro­wej i usiadł na­prze­ciw­ko. To był nasz co­dzien­ny ry­tu­ał.

– Jest bar­dzo wy­ma­ga­ją­cy.

– No to chy­ba do­brze. Ta­ki po­wi­nien być, nie?

– Jo – przy­zna­łam – ale mam wra­że­nie, że po­mia­ta pra­cow­ni­ka­mi. – No do­bra, tu­taj tro­chę prze­ko­lo­ry­zo­wa­łam. Pod­czas ca­łe­go spo­tka­nia Bru­no ni­ko­mu nie dał od­czuć, że ktoś jest mniej waż­ny al­bo że je­go po­mysł jest głu­pi. Wszyst­kich słu­chał z uwa­gą. Tak na­praw­dę mia­łam wra­że­nie, że al­bo wszy­scy przy­sto­so­wa­li się do je­go spo­so­bu by­cia, al­bo tyl­ko ja go nie lu­bi­łam.

– Mob­bing jest ka­ral­ny. Zro­bił ci coś?

Dzia­dek się prze­jął. Cho­ler­ka, jesz­cze mu ci­śnie­nie pod­nio­słam nie­świa­do­mie.

– Nie. Mnie nie. Cho­dzi o to, że bi­je od nie­go ta­ka nie­przy­jem­na au­ra.

– I tyl­ko to? – do­cie­kał.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. Co wię­cej mo­głam mu po­wie­dzieć?

– Mu­sisz się przy­zwy­cza­ić. Zo­ba­czysz, jak roz­wi­nie się sy­tu­acja – do­ra­dził. – Też masz sil­ny cha­rak­ter. Nie py­skuj mu za wie­le, ale nie da­waj so­bą po­mia­tać. Wiesz, co le­ży w two­ich obo­wiąz­kach i wy­ko­nuj je naj­le­piej, jak po­tra­fisz.

– Wiem, dziad­ku.

– A jak coś ci zro­bi, daj znać, oso­bi­ście sko­pię mu du­pę.

Wy­obra­zi­łam so­bie mo­je­go osiem­dzie­się­cio­pię­cio­let­nie­go dziad­ka z nad­ci­śnie­niem, któ­ry pró­bu­je kop­nąć wy­so­kie­go, wy­spor­to­wa­ne­go i przy­stoj­ne­go nad­ko­mi­sa­rza.

Za­raz.

Przy­stoj­ne­go?

Nie. Na pew­no tak nie po­my­śla­łam.

– Ne­li?

– Tak?

– Py­ta­łem, ja­kie pla­ny na wie­czór.

– Od­świe­żę się i wy­cho­dzę na mia­sto. Umó­wi­łam się z dziew­czy­na­mi na drin­ka. A ty? Bę­dziesz sie­dział przy krzy­żów­kach?

– Nie. Ma­ry­sia wpa­da z Pusz­kiem. – Uśmiech­nął się za­do­wo­lo­ny.

– I na­lew­ką – do­da­łam.

Pa­ni Ma­ry­sia to na­sza są­siad­ka z trze­cie­go pię­tra. Dwa la­ta te­mu po­cho­wa­ła mę­ża i od nie­speł­na ro­ku co­raz czę­ściej wpa­da do dziad­ka z ru­dym szpi­cem mi­nia­tu­ro­wym i na­lew­ką wła­snej ro­bo­ty. Wi­śniów­ka, cy­try­nów­ka, pi­gwów­ka nie ma­ją przed nią ta­jem­nic. Jest sym­pa­tycz­na. Lu­bię ją i cie­szę się, że po śmier­ci bab­ci dzia­dek jest ak­tyw­ny to­wa­rzy­sko.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

6. Sys­tem AFIS – elek­tro­nicz­ny re­jestr od­ci­sków dak­ty­lo­sko­pij­nych.