Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
566 osób interesuje się tą książką
Namiętność, miłość i praca w policji to mieszanka wybuchowa.
Nela Rogacka jest młodą kobietą, a życie jej nie rozpieszcza. Jako policjantka dzieli czas między pracę, którą kocha, opiekę nad dziadkiem oraz przyjaciół. Po roku spełnia się jej marzenie i zostaje przeniesiona do komendy wojewódzkiej w Bydgoszczy. Początkowy entuzjazm kobiety nieco przygasa, kiedy okazuje się, kim jest jej przełożony. Bruno Borzych, piekielnie przystojny i sporo starszy od Neli nadkomisarz, a do tego arogancki mężczyzna – to zwiastuje kłopoty.
Zaczyna między nimi iskrzyć do tego stopnia, że nie potrafią się sobie oprzeć. Wzajemny pociąg fizyczny staje się początkiem bardzo namiętnej, ale zarazem skomplikowanej relacji. To, co ich połączyło, to jedno, ale muszą jeszcze razem rozwiązać sprawę bardzo groźnego przestępcy. Splot wydarzeń sprawia, że podczas tajnej operacji jedno z nich staje się ofiarą, a drugie przypadkiem odkrywa pewną tajemnicę. Nagle wszystko się trochę komplikuje…
Czy w przypadku tych dwojga namiętność oznacza miłość? Rogacka i Borzych muszą z całą pewnością rozwikłać nie tylko sprawy policyjne, ale również własne…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 414
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz Art.Design
Redakcja: Dorota Filip
Korekta: Alicja Matyjas
Redakcja techniczna: Mariusz Gołdyn
Konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Copyright © 2026
@ by Anna Margot
@ for this edition by Wydawnictwo Wolf Sp. z o.o.
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-978740-1-5
Wydawnictwo Wolf
Wydanie I
Gorzów Wielkopolski 2026
Wyprodukowano w Polsce
Moim ulubionym policjantom:
nadkomisarzowi Robertowi za cierpliwość,
starszemu sierżantowi Wojtkowi z „Czwórki” za inspiracje.
Nela
– Pani Nelo – zwrócił się do mnie naczelnik wydziału. Siedziałam po drugiej stronie biurka w jego gabinecie w Komendzie Miejskiej Policji w Toruniu, gdzie trafiłam półtora roku temu, zaraz po szkole policyjnej. – Nie jest tajemnicą, że pani wkład w schwytanie i rozbicie grupy Czystego był nieoceniony – kontynuował.
– Dziękuję – powiedziałam niepewnie.
Czysty był mózgiem zorganizowanej grupy przestępczej, która specjalizowała się w kradzieżach i rozbiórkach niemieckich samochodów.
– Zrobiła pani taki szum, że usłyszeli go aż w wojewódzkiej.
– N-nie bardzo rozumiem – zawahałam się.
Naczelnik, mimo że z wyglądu przypominał pluszowego misia, wzbudzał ogromny respekt. Szczególnie u takich młodych szczeniaków, świeżo po szkole, jak ja. Ale i starsi ode mnie stażem i stopniem nieraz trzęśli gaciami pod mundurem, kiedy naczelnik z pluszowej pandy zmieniał się w niedźwiedzia grizli. Teraz jednak wyglądał na przyjaznego.
– Jest pani z nami półtora roku, a już pokazała, co potrafi. Dołączyła pani do zespołu w połowie śledztwa i bardzo szybko nadała mu odpowiednie tempo.
– To moja praca.
– Gdyby wszyscy angażowali się tak jak pani, pani podkomisarz… – westchnął. – Chociaż nie, wtedy wojewódzka zabrałaby nam wszystkich.
Spojrzałam na niego, zastanawiając się, do czego zmierzał.
– Wiem, że KMP1 nie do końca była pani aspiracją.
– Dobrze mi tutaj. Dogaduję się z ludźmi z zespołu. Jest fajnie. Już się zaaklimatyzowałam.
– Czyli nie chce pani do Bydgoszczy?
Moje oczy zaczęły się powiększać w niedowierzaniu. Czy ten facet właśnie spełniał moje marzenia? Chyba tak. I sądząc po nikłym uśmiechu na jego wiekowej, pomarszczonej twarzy, dobrze o tym wiedział.
– Mają wakat w laboratorium, a to bardziej odpowiada pani wykształceniu niż kradzieże i rozbiórki aut.
– Nie rozumiem. Przed chwilą pan powiedział, że się sprawdziłam.
– Tak, i dlatego chcą panią w wydziale techniki kryminalistycznej. Zarekomendować?
Zagryzłam wargi, żeby nie pisnąć z ekscytacji. Takie wyróżnienie praktycznie na początku mojej kariery! Może to nie był prawdziwy awans, bo dalej zostawałam w stopniu podkomisarza i kasa też była podobna, jednak mogłam przenieść się z komendy miejskiej do wojewódzkiej, i to do wydziału techniki kryminalistycznej, czyli o kierunku, o którym marzyłam. Mogłabym nie tylko zbierać, ale i badać w laboratorium ślady biologiczne. No i sprawy byłyby ciekawsze niż gangi złodziei samochodów.
– Po pani minie wnioskuję, że rekomendować – stwierdził, przywracając mnie do rzeczywistości.
Przytaknęłam tylko, bo nie byłam pewna swojego głosu.
– Proszę. – Wręczył mi pismo. – W poniedziałek o dziewiątej proszę się stawić w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. A teraz odmaszerować i świętować, w końcu jutro Halloween.
– Tak jest. – Wstałam i zasalutowałam.
Przechodziłam do wojewódzkiej. Hura!
*
Przed Halloween wybrałyśmy się z koleżankami z liceum – Majką i Zuzką – do marketu.
– Dziewczyny, niemożliwe, żeby w całym sklepie były tylko trzy butelki naszego ulubionego wina – biadoliłam na dziale alkoholowym, wpatrując się w regał z białymi winami jak sroka w gnat.
– Może są jeszcze gdzieś z tyłu? – dedukowała Majka.
– Poszukajmy – poleciła Zuza. – Ja biorę początek. Maja, ty bierzesz tamtą stronę – wskazała przeciwny koniec regału – a Nela buszuje pośrodku.
– Tak jest!
– Ty już masz jakieś skrzywienie zawodowe? – zapytała Maja i zmarszczyła się na moje słowa, które może faktycznie wypowiedziałam zbyt pewnym głosem. – Szukamy alkoholu na imprezę, a nie omawiamy szczegóły jakiejś akcji terrorystycznej. – Westchnęła i zaczęła przetrząsać półki w poszukiwaniu naszego ulubionego wina. Spojrzałam w prawo, gdzie Zuzka również przeczesywała swój rewir. Nie pozostało mi nic innego, jak zrobić to samo. Na wysokości oczu ani na półce niżej nic nie znalazłam. Schyliłam się, żeby sprawdzić, czy na najniższej półce nie ukryło się nasze ulubione wino.
– Nie ma – stwierdziła Zuza.
– To znajdźcie trzy inne, ale żeby były takie same. Półwytrawne chardonnay – poleciła Maja.
– To ja idę poszukać przekąsek, a wy się tutaj bawcie – zakomunikowała druga koleżanka.
– Mam coś – odezwałam się z poziomu podłogi. – Może być smaczne.
– Trzy? – zapytała Maja.
– Jo2 – sapnęłam, przesuwając butelki z brzegu, żeby dostać się na tył.
– To bierz.
To wzięłam. Najpierw dwie butelki, które umieściłam w koszyku. Kiedy schylałam się po trzecią, usłyszałam surowy ton i aż podskoczyłam.
– Co pani wyrabia?! – Głos był twardy, stanowczy i przyprawiał o dreszcze.
Natychmiast się wyprostowałam i obróciłam. Moje oczy spotkały się z czyjąś… szyją?
Podniosłam wzrok wyżej, zadzierając głowę, i zobaczyłam przystojną twarz, z kilkudniowym, ale równo przystrzyżonym zarostem. Niestety zamiast uśmiechu był na niej wrogi grymas.
– Nie rozumiem – przyznałam.
– Włożyła pani swoje zakupy do mojego koszyka – warknął.
– Nie – odpowiedziałam pewnie.
Odruchowo jednak spojrzałam na wózek z zakupami. Było w nim pełno warzyw i kawałek wołowiny. Tak na oko składniki na strogonowa. Na pewno tego nie kupowałyśmy. W dodatku nie było tam naszego, wcześniej już włożonego, ulubionego wina. Za to był Jack Daniels.
O cholerka.
– Przepraszam – wybąkałam. – Byłam pewna, że to mój kosz.
– Tak? – Mężczyzna podniósł pytająco brew, nadal nie spuszczając ani trochę z wrednego tonu. – To gdzie on niby jest? – Rozejrzał się po pustej alejce.
Zrobiłam to samo i… o cholerka. Zuza zabrała nasz wózek, idąc po przekąski.
– Koleżanka musiała zabrać. – Starałam się posłać mu przepraszający uśmiech. Prychnął, więc chyba nie podziałało.
– Widzę pani koleżankę, ale wózka nadal nie.
– Zabrała go inna koleżanka – wyjaśniłam.
Dlaczego czułam się przy nim jak oskarżona? Mało tego, czułam, że ten argument, mimo że był prawdziwy, brzmiał jak alibi z dupy.
– A ja myślę – zmrużył oczy, przewiercając mnie na wylot swoimi ciemnymi tęczówkami – że myślała pani, iż nie zauważę i zapłacę za pani alkohol.
– No teraz to pan walnął jak łysy warkoczami o kant kuli. Powiedziałam, że myślałam, że to mój koszyk.
– Co się dzieje, Neli? – Majka znalazła się obok nas. – Kto to jest?
– Niechcący włożyłam nasze wina do koszyka tego pana.
– To zabierz je, przeproś i idziemy szukać Zuzy.
– Przeprosiłam, ale pan starszy oskarża mnie, że zrobiłam to celowo, żeby za to zapłacił.
Majka posłała mu złowrogie spojrzenie. Oczywiście nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.
– Pan jest normalny? Kto tak robi? Czy my wyglądamy na jakieś biedaczki, których nie stać na wino?!
– Może tak się robiło kiedyś, w pana czasach, ale nie teraz – dodałam, bo koleś wyglądał na około czterdzieści lat. Czyli był stary. – I proszę nie rzucać we mnie bezpodstawnymi oskarżeniami. Artykuł dwa trzy cztery KK3– Też na niego warknęłam. I jeszcze zadarłam głowę, żeby mu pokazać, że się go nie boję. Ale, cholerka, w środku czułam przed nim jakiś dziwny respekt. Może dlatego, że był starszy…
– Laski, co tak długo? – usłyszałam Zuzkę i odetchnęłam z ulgą. Pchała nasz koszyk z winami i przekąskami.
Mężczyzna obrzucił wzrokiem nasz wózek, nie zaszczycając spojrzeniem mojej koleżanki.
– Proszę zabrać te bełty z mojego kosza i zejść mi już z oczu – wysyczał, twardo i dosadnie artykułując każde słowo.
Natychmiast się do tego zabrałam.
– Nie sraj żarem – bąknęłam pod nosem.
– Słucham?!
Kuźwa, usłyszał.
– Niechaj twój zwieracz ciasnym pozostanie – wyjaśniłam, siląc się na staroświecki ton, ale chyba nadal nie rozumiał. Wzięłam wdech i zagadałam do niego językiem z jego epoki. – Normalnie przeprosiłabym pana jeszcze raz, a ponieważ jest pan chamem i gburem, to życzę, żeby panu karta przy kasie nie zadziałała.
Wyjęłam nasze pyszne wina z kosza tego bufona, obróciłam się na pięcie i przełożyłam do wózka Zuzy.
– Zawsze mam przy sobie gotówkę. – Posłał mi krnąbrny uśmiech zwycięzcy.
– No tak. Za stary pan na nowoczesne technologie.
– Nelcia, odpuść już – szepnęła cicho Majka, gładząc uspokajająco moje ramię. – Przepraszamy – wyjąkała do nieznajomego. – Do widzenia panu.
– Do niezobaczenia – rzuciłam jeszcze przez ramię, ciągnięta przez koleżankę.
– Kto to był? – zapytała zdziwiona Zuzka.
– Nie wiem. Myślałam, że zostawiłaś koszyk i wpakowałam nasze wina do jego wózka – zaśmiałam się.
– Przystojny.
– Stary – zauważyłam. – Mógłby być naszym ojcem.
– Przesadzasz. Co najwyżej starszym bratem. Mogłaś wziąć od niego numer.
– Po co?
– Bo ładny? – Wzruszyła ramionami.
– Był chamski, niemiły i gburowaty. Do tego s-t-a-r-y – przeliterowałam jej powoli ostatnie słowo.
– Do-świad-czo-ny – przesylabizowała.
– Nie, Zuzka – przerwała jej Maja. – Nela ma rację. Z tym facetem ewidentnie coś było nie tak.
Prawda. I tego trzeba się trzymać. Przecież się im nie przyznam, że pociągała mnie ta jego stanowczość. Byłam pochrzaniona. I przyciągałam do siebie samych popaprańców. Pewnie dlatego dobrze czułam się w policji.
Po opłaceniu zakupów zapakowałyśmy się do mojej Srebrnej Teresy, jak pieszczotliwie nazwałam starą Toyotę Auris. Ruszyłyśmy w kierunku Złejwsi Wielkiej – wioski położonej w połowie drogi na trasie Toruń–Bydgoszcz. Tam od niedawna mieszkała nasza czwarta koleżanka, Klaudia, która organizowała imprezę halloweenową.
Po niespełna pół godzinie parkowałam już na miejscu.
– Dobra, laski – powiedziałam, gasząc silnik. – Wy bierzecie torby z zakupami, a ja nasze przebrania.
– Tak jest! – Maja stanęła na baczność i mi zasalutowała.
Skrzywiłam się na ten jej gest i zniesmaczona tylko pokręciłam głową.
– Idziemy. – Zamknęłam auto i skierowałam się w stronę przystrojonego pajęczynami ogrodzenia.
*
Każdy wie, że sześć win na cztery kobiety to mało. Dwie butelki poszły już podczas przebierania się i malowania. Klaudia, która twierdziła, że ma w domu sporo wina, nagle oznajmiła, że jednak ma tylko jedno.
– To może wypijecie z nami rudą? – zaproponował Błażej, narzeczony Klaudii, wskazując zapas whisky na stole. On również zaprosił kilku znajomych.
– Biedronka przy głównej ulicy jest czynna do dwudziestej trzeciej – zakomunikowała gospodyni, która najbardziej na świecie nie lubiła smaku whisky.
Spojrzałam na zegarek. Nie było jeszcze dziewiątej.
– Mamy pójść tak? – zapytałam, wskazując nasze stroje.
– Oczywiście. Przecież jest Halloween. Dzisiaj wszyscy się przebierają.
Wypiłyśmy więc jeszcze jedno wino na odwagę, zostawiłyśmy chłopaków w domu i ruszyłyśmy przez wieś. Ja – seksowna czarownica, Klaudia – Catwoman, Zuza – Morticia Addams i Maja – gnijąca panna młoda. Kiedy wyszłyśmy, różnica temperatur podkręciła nasz stan upojenia.
– Rany, jakie cudne dekoracje – podziwiałam mijane ogródki, zastanawiając się, czy one są tak krzywe, czy to mi aż tak kręci się w głowie.
– Co jeden, to ciekawszy – przyznała Zuzka, potykając się o własne nogi. – U nas w mieście tak nie ma. Czasem w jakimś oknie w bloku, ale tutaj jest magicznie. – Zatoczyła dłonią półkole, wskazując część ulicy.
– A te w ogóle nieprzystrojone? – Majka wskazała kilka posesji i czknęła.
– Widocznie ci akurat nie świętują Halloween. Wiesz, jak to w naszym kraju. Choć z roku na rok świętujących jest coraz więcej.
– A patrzcie tutaj. – Klaudia wskazała dom, po którego fasadzie wspinały się czarne pająki. – Jest ciemno, więc nikogo nie ma, ale dom przystroili i nawet zostawili przed drzwiami miski z cukierkami dla dzieci.
– To miłe – przyznałam. – U nas w bloku też ktoś raz tak zrobił, ale pierwsza grupka dzieciaków od razu zabrała wszystko.
– O, tutaj zrobili podobnie. – Zuza wskazała dłonią przeciwną stronę ulicy. – W domu ciemno, w ogrodzie dyniowe lampiony i wiaderka z cukierkami na schodach.
– Skręcamy tu, będzie szybciej. – Klaudia zmieniła trasę.
– O, a tutaj musi mieszkać ktoś naprawdę miły – odezwała się Maja, wskazując na dom stojący na rogu dwóch uliczek. – Spójrzcie, nijak nieprzystrojony, a przed drzwiami i tak ma wystawione słodycze, a tutaj… – podeszła bliżej płotu – coś dla dorosłych – dodała, pokazując na trzy skrzynki piwa.
– No chyba nie – odparłam.
– No jak nie? To po co ktoś by je ustawiał jedna na drugiej tak blisko płotu?
– Nie wiem, może nie miał miejsca w garażu.
– Coś ty, widzisz ten dom? Nie mów mi, że nie znaleźliby miejsca na skitranie trzech skrzynek piwa. To jest dla nas. Mówię wam.
– Nela, ty jesteś najbardziej wysportowana z nas wszystkich – podłapała Majka. – Przechyl się przez płot i wyciągnij nam po jednym.
– Oszalałaś? To jest wtargnięcie na czyjąś posesję, to jest przestępstwo.
– Będziemy trzymać ci nogi. Nawet nie dotkniesz ziemi, więc nie ma mowy o żadnym przestępstwie.
– Kradzież – dodałam.
– Poczęstunek halloweenowy – wyjaśniała dalej Majka.
– Ty wiesz, co mi za to może grozić? Ktoś pewnie jest w środku.
– Światła się nie palą.
– Na zewnątrz też jest ciemno, a my się tylko poczęstujemy. Nic nam nie grozi. Wyluzuj, zabaw się.
Chyba faktycznie byłam już pijana, bo nie bacząc na konsekwencje, zgodziłam się na plan moich koleżanek. Płot był stosunkowo niski. Stanęłam na betonowym postumencie, przechyliłam się do przodu i z łatwością sięgnęłam po piwo. Kiedy się prostowałam, zakręciło mi się w głowie. Podałam Klaudii butelkę.
– Niemieckie – powiedziała, oglądając etykietę.
– Dajesz, Nela, jeszcze trzy – ponagliła mnie Zuza.
– Co? Oszalałyście?
– Jest nas cztery. Każda po jednym na drogę.
– Porzygam się zaraz, jak zrobię kolejny taki skłon.
– Dasz radę. Jesteś z nas najtwardsza.
Po alkoholu robiłam głupie rzeczy. Na przykład łatwo ulegałam namowom i choć w razie przypału mogłam stracić przez to blachę, powtórzyłam czynność jeszcze trzy razy.
– Trzymajcie mi nogi, bo polecę – poprosiłam, zwisając głową w dół.
– Trzymam. – Zuza złapała mnie za kostki. – Ale masz zgrabną dupę – dodała, na co parsknęłam śmiechem. – Serio, chyba też muszę zacząć chodzić na siłownię.
– A jakie jędrne pośladki. – Poczułam, jak Majka ugniata mi półdupki.
– Laski, bo zaraz spadnę – śmiałam się już w głos, czując cofające się z żołądka do gardła wino.
Po ostatnim skłonie usiadłam na ziemi i dysząc jak lokomotywa, oparłam tył głowy o płot.
– Ja pierdzielę. – Przymknęłam oczy. Kręciło mi się w głowie.
– Dziewczyny – odezwała się Klaudia. – Musimy ogarnąć otwieracz. – Zaczęła rozglądać się … w zasadzie nie wiem za czym.
– Podejdźmy do jakiegoś domu, gdzie jest impreza, to na pewno nam pożyczą – zasugerowała Zuza.
– Jezu – westchnęłam. – Daj mi to. – Wyciągnęłam rękę po piwo.
1. KMP – skrót od Komenda Miejska Policji.
2. Jo – zwrot używany na Kaszubach, Kujawach i Pomorzu mający wiele znaczeń, najczęściej używany, aby wyrazić zgodę, potwierdzenie, akceptację, podziw, niedowierzanie.
3. KK – Kodeks Karny.
Bruno
– Co ty się tak gapisz co chwilę w ten telefon? – zapytał mój sąsiad, a zarazem najlepszy kumpel, prokurator Michał Tarnowski.
Właśnie siedzieliśmy w jego salonie i popijaliśmy whisky. W nogach grzecznie leżał mój emerytowany kumpel z pracy, jak zwykłem nazywać owczarka belgijskiego malinoisa, którego przygarnąłem po służbie. Co prawda z innego wydziału, ale i tak nazywałem go kumplem z pracy. No więc siedzieliśmy i raczyliśmy się kilkunastoletnią whisky. Co innego mieliśmy robić? Była sobota.
– Kamera co chwilę wysyła mi powiadomienia.
– Trzeba było nie zostawiać cukierków przed drzwiami – zaśmiał się.
– Jest Halloween, jakbym nie zostawił, obrzuciliby mi ściany jajkami albo nasrali na schodach. – Upiłem łyk.
– Przesadzasz, nikt tak nie robi. Weź, wyłącz dziś te powiadomienia, bo nawet pogadać spokojnie się nie da. I powiedz, co cię dzisiaj tak zdenerwowało, mój przyjacielu.
– Jakaś młoda siksa myślała, że uda jej się przemycić wino w moim koszyku.
– Co?
– Wrzuciła mi dwie butelki, a potem udawała, że pomyliła koszyki.
– Dzieciaki już tak nie robią. Mają też różne aplikacje, gdzie dodają sobie lat.
– Nie, ta była pełnoletnia. Na pewno.
– To po co niby miałaby to robić?
– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Żebym zapłacił?
– To było jakieś drogie wino?
– Nie. Sikacz za trzy dyszki.
– To nie kumam. Może faktycznie zrobiła to przez pomyłkę. Takie rzeczy często się zdarzają. Za rzadko chodzisz po sklepach – zarechotał.
– To nie jest śmieszne. – Spojrzałem na niego, marszcząc brwi.
– Jest. Wszędzie wietrzysz podstęp. Każdy chce oszukać wielkiego pana nadkomisarza – zadrwił, obniżając głos o jakieś dwa tony.
Upiłem kolejny łyk.
– Ładna była? Przyznaj się.
– Była młoda – mocno zaakcentowałem ostatni wyraz.
– Tu cię boli… – Zmrużył oczy. – Sam powiedziałeś, że była dorosła, więc mnie – uniósł ręce w geście poddania – nic do tego.
Tiaa, pan prokurator, kurwa. Jemu wystarczyło, żeby miała skończone piętnaście lat, to była całkowicie legalna. I to niby ja miałem skrzywienie zawodowe.
– Co jeszcze, poza tym, że była młoda i ładna?
– Nie przestraszyła się mnie. Nie podkuliła ogona. I jeszcze nawrzucała mi bezczelnie.
– Aaa, tym cię wzięła – przyznał z uznaniem. – Wiesz, teraz młodzież ma dużo mniej pokory. Przyzwyczajaj się, bo coraz więcej będziesz takich spotykać.
– Nie – zaprzeczyłem. – To nie to.
Nie dokończyłem, bo telefon znowu wydał z siebie dźwięk powiadomienia.
– Prosiłem, żebyś to wyłączył, i tak wszystko ci się nagrywa.
– Co do cholery? – powiedziałem bardziej do siebie niż do niego.
– Co jest?
– Patrz. – Wskazałem na komórkę.
– Nie widzę, pokaż bliżej. – Próbował zabrać mi telefon.
– Czekaj, też chcę widzieć, co one robią.
– To chodź na kanapę.
Przesiedliśmy się z foteli i oglądaliśmy obraz z kamery. Cztery siksy, przebrane jakby szły na Halloween, które odbywało się na planie Pornhuba, kradły mi browary. Te, które kupiłem już na przyszłotygodniową imprezę z okazji mojego awansu na kierownika sekcji.
– Ty, miałeś rację, żeby kupić te droższe kamery. A zrób zbliżenie na jej tyłek – odezwał się mój kolega, kiedy jedna panienka zawisła na płocie, wypinając się wprost do oka rejestratora. Wyciągnęła ręce i chwyciła jedną butelkę.
Nie zrobiłem nic. Siedziałem i przyglądałem się, ile wezmą. Z domu Michała do mojego było mniej niż pół minuty, a laski były ewidentnie nawalone. Nie musieliśmy się spieszyć.
– Kurwa – skomentował elokwentnie, kiedy przy czwartym przechyle złodziejce podwinęła się spódnica. – Dawaj zooma, już.
Przybliżyłem, ale tylko trochę. Nie byliśmy przecież podglądaczami. Chociaż… Dobra, przybliżyłem jeszcze trochę.
– Co one robią?
– Nie wiem. Wiedźma-złodziejka mdleje, a kobieta-kot rozgląda się, czy aby nikt ich nie widział albo szuka pomocy.
– Nie. Czekaj. Próbują je teraz otworzyć. Otwieracza szukały – zaśmiał się. – Spójrz, ta na biało próbuje o ogrodzenie.
– Są na tyle głupie, żeby sterczeć na miejscu przestępstwa? – zdziwiłem się. – My, jak kradliśmy owoce z działek sąsiadów, to od razu spierdzielaliśmy.
– Mówiłem ci, czasy się zmieniły. Młodzież się zmieniła.
– Mamy niecałe czterdzieści lat. Nie jesteśmy aż tacy starzy – zirytowałem się jeszcze bardziej, przypominając sobie, że kobieta ze sklepu nazwała mnie „panem starszym”.
– Może czekają, aż czarownica się lepiej poczuje. Chyba kręci jej się w głowie. Zaraz ci narzyga na płot. – Michał dobrze się bawił.
– To nie jest, kurwa, śmieszne – warknąłem.
– Jest. I to bardzo. Musisz to zgrać, pokażemy chłopakom za tydzień.
– Ty, patrz. – Wskazałem ponownie na ekran, choć obaj i tak cały czas wgapialiśmy się w niego z niedowierzaniem. – Chyba jej lepiej.
– Co ona robi?
– Owija szyjkę butelki włosami.
– Po co?
Nie zdążyłem pomyśleć, bo zobaczyliśmy odpowiedź na ekranie.
– Otworzyła browara? Włosami? – Michał był równie zdziwiony jak ja.
– Tak – potwierdziłem. – Jak sprawnie – przyznałem. – Patrz, leci z kolejnym.
– Ale jaja – parsknął.
– Dobra. – Wstałem. – Koniec tej dziecinady. Idziemy – zadecydowałem.
– Okej, ale ja gadam.
– Dlaczego ty? Przecież zawsze najpierw wchodzi gliniarz, a dopiero potem prokurator.
– Bo wzięły tylko cztery. Niska szkodliwość społeczna czynu. A ja może i sobie którąś zagarnę. Dupka wiedźmy wydawała się całkiem kusząca. Chciałbym sprawdzić, czy rzeczywiście taka jest.
– A co ja mam do tego?
– Jak ty wkroczysz do akcji, to je odstraszysz, a ja stracę szansę na dobrą zabawę – dodał, zakładając kurtkę.
– Bary, zostań – rzuciłem do psa, zanim wyszedłem.
*
– Dzień dobry, a paniom co tak wesoło? – zapytał rozchichotane dziewczyny Michał.
Przebrana za babkę z rodziny Addamsów laska spojrzała na niego mętnym wzrokiem.
– Bo jest Hallo – czknęła – ween?
– Możemy jakoś pomóc? – ciągnął zabawę.
– Wskażą nam panowie drogę do Biedronki? – zapytała gnijąca panna młoda. – Chyba się zgubiłyśmy – zachichotała.
– Nie zgubiłyśmy się – odparła lateksowa kocica. – Wiem, gdzie jesteśmy. Ale może nas pan podwieźć.
– Nie wsiądę z nikim obcym do auta – odezwała się, nadal siedząca na glebie, czarownica. Jej blond włosy opadały kaskadą, zasłaniając twarz.
– A do radiowozu? – spytałem w końcu ja, stając obok kumpla.
Nagle wszystkie cztery spojrzały na nas z przestrachem.
– Spokojnie. Kolega żartuje – uspokoił je Michał. – Nie mamy tu żadnego radiowozu. – Nadal patrzyły na nas bez słowa. – Jestem prokuratorem – wypalił Michał.
– Ja pierdzielę – odezwała się wiedźma z dołu i odgarnęła włosy z twarzy.
I… O kurwa. Niemożliwe. Nie… Tak… To była ona. Przebrana, mocniej pomalowana, ale to na pewno ona. Laska z Auchana.
– Co jest z wami nie tak? – Patrzyła zacięcie na mojego kumpla.
Ciekawe, kiedy spojrzy na mnie i się zorientuje? Biorąc pod uwagę stan jej upojenia alkoholowego, nieszybko.
– Nie rozumiem? – dociekał Tarnowski.
– Jak studiujecie prawo, mówicie, że – obniżyła głos – studiujecie prawo. – Teraz czknęła. – Jak zaczynacie praktykę zawodową, to też w co drugim zdaniu wtrącacie „jestem adwokatem, jestem prokuratorem”. Co z wami nie tak? Macie jakiś kompleks czy co?
Chociaż z całych sił próbowałem, nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, bo miała rację. Wtedy przeniosła wzrok na mnie. Zmrużyła oczy. Oho. Chyba powoli zaczynała łączyć wątki.
– Kurde. Nie wierzę.
– A ja za to mam coraz większe przekonanie, że chciałaś mnie naciągnąć na zakup wina.
– Co?! Nieprawda! – Wstała, chwiejąc się lekko.
Michał spojrzał na mnie, na nią i znowu na mnie. Koleżanki wiedźmy dziwnie milczały.
– Ta, a to, co to było? – Wskazałem głową na cztery stojące między nimi piwa. Moje piwa.
– Sam pan widział, że koleżanka z koszykiem i winami wróciła po nas do tej cholernej alejki.
– A teraz co to było? – zapytałem.
– Artykuł dwa siedem dziewięć, paragraf pierwszy Kodeksu Karnego – odezwał się mój kolega prokurator.
– Ooo, wypraszam sobie. – Czarownica podniosła hardo głowę. – Nigdzie się nie włamałam.
– Mamy nagranie z monitoringu – wtrąciłem.
– Tak? To dobrze, bo nawet nie dotknęłam pańskiej ziemi, sąsiedzie prokuratora, nie mówiąc już o postawieniu tam stopy. Włamanie odpada.
W sumie, patrząc z jej perspektywy, mogła mieć trochę racji.
– Artykuł dwa siedem osiem… – spróbował Michał z innej strony.
– Gówno prawda – przerwała mu. – Jest Halloween, a to – wskazała na kratę piwa za płotem – jest poczęstunek. Poczęstowałyśmy się, a nie kradłyśmy.
– W Halloween zostawia się cukierki – wyjaśnił ze stoickim spokojem Michał.
A ja zastanawiałem się, skąd u niej taka znajomość kodeksu. Musiała być już nieraz oskarżana o podobne wybryki. Jedyne logiczne wyjaśnienie.
– No i zostawił – odpowiedziała mu. – Na przodzie dla dzieci, a na tyłach, dobrze skitrane, dla dorosłych.
– Co?! – Nie wierzyłem własnym uszom. Jej sposób myślenia był przerażający. – Kto tak robi?! – zdziwiłem się głośno.
– Mili ludzie – warknęła, posyłając mi wrogie spojrzenie. – Jednak, skoro to pan tu mieszka, to zaraz zapłacę. Faktycznie, pan nie byłby tak uprzejmy. Bliknę panu pięć dych. Obsługujesz takie technologie? Dziadku? – dodała, czym wkurwiła mnie niemiłosiernie.
– Dosyć tej zabawy. Dzwonię po patrol. Są nietrzeźwe i ukradły moje piwa.
– Zaczekaj. – Michał chwycił mnie za przedramię, bo moja ręka już nurkowała do kieszeni w poszukiwaniu telefonu. – Przecież nie zachowują się źle.
– Właśnie. Jesteśmy grzeczne – odezwała się kocica. – Ale w razie czego, panie prawniku, obroni nas pan? – Zamrugała do niego zalotnie. A że była równie pijana jak reszta, za chuj jej to nie wyszło.
Michał roześmiał się gardłowo.
– To jest prokurator, idiotko, a nie adwokat – wysyczała wiedźma.
– A co to za różnica?
– Ja pierdzielę, z kim ja się zadaję. – Wzniosła oczy ku niebu. – Adwokat jest od obrony. Prokurator – wskazała na Michała – jest oskarżycielem.
– Serio? – nie dowierzała lateksowa koleżanka. – Czyli że mamy mocno przesrane?
– Spokojnie. Jeśli są panie grzeczne…
– Ja jestem niegrzeczna – przerwała Addamsowa. – Proszę mnie skuć. – Wystawiła przed siebie złączone ręce.
– Skuwa się z tyłu – wyjaśnił.
– Od tyłu też lubię. – Puściła mu oko.
– Zuzka, kuźwa, skończ. – Wiedźma przetarła twarz i… podwinęła i tak krótką spódniczkę. Już chciałem powiedzieć, że zapłata ciałem to rodzaj łapówki, kiedy ona z pończochy wyciągnęła zwinięty banknot. Zatrzymałem na chwilę wzrok w miejscu koronkowego zakończenia pończochy. Byłem zdrowym facetem, do cholery.
– Laski, mówiłam wam, że to głupie. – Wiedźma nagle jakby otrzeźwiała. Podeszła do nas, a jej przyjaciółeczki, jak te głupie gąski, za nią. – Mam nadzieję – zwróciła się do mnie – że to pokryje szkody materialne. – Pomachała banknotem do kamery (kiedy ona zdążyła się rozejrzeć i ją dostrzec?) i wepchnęła mi do ręki pięć dych. – Szkód moralnych nie mam zamiaru pokrywać. Obyś oczopląsu dostał, oglądając to nagranie.
I poszła. Gnijąca panna młoda, ta z rodziny Addamsów i kobieta-kot za nią. A my staliśmy jak słupy, nie wiedząc, co tu się właściwie odjebało.
– Nela! – krzyknęła nagle za nią ta ostatnia.
O, przynajmniej poznałem już jej imię. Tylko po co mi to było? Przecież i tak jej więcej nie spotkam.
– Co?! Masz jeszcze jakieś mądre, głupie pomysły?! – Czarownica zatrzymała się i odwróciła do koleżanki. Była wkurzona.
– Tylko taki, że do Biedry idzie się w drugą stronę.
Zaśmialiśmy się z Michałem, a dziewczyny zawróciły. Przeszły koło nas. Nela nawet nie zaszczyciła nas spojrzeniem. Za to jej koleżanki aż za bardzo.
– Do zobaczenia, panie prokuratorze. – Pani Addams pomachała do nas, puściła całusa w powietrzu i dogoniła koleżanki.
– Eskortujemy je? – zapytał Michał.
– Oszalałeś? Po co?
– Ta Morticia była całkiem spoko.
– Kto?
– Morticia Addams.
– Aaa ta, pani „Proszę Mnie Skuć” – parsknąłem.
– Skułbym, skuł – zadumał się, pocierając brodę, wgapiony w jej tyłek.
– Idę o zakład, że wie, że się gapisz i specjalnie tak kręci.
– I dobrze. Niech kręci.
– To są dzieci.
– Dam sobie rękę uciąć, że dwadzieścia skończyły już dawno. To dorosłe kobiety.
– Kobiety się tak nie zachowują.
– Te z pokolenia Z takie właśnie są.
– Pokolenia Z?
– Tak, Z, bo widać je Z daleka – zaśmiał się, wskazując na oddalające się laski.
Patrzyłem za nimi jeszcze chwilę.
– Daj spokój. Studentki pewnie. Chciały się zabawić. Przypomnij sobie, co ty robiłeś na studiach.
– Dobra. Nieważne. Wracamy. Wódka sama się nie wypije.
– Zastanawiam się, skąd ta jedna była taka obcykana w paragrafach – wypowiedział na głos moje myśli.
– Widać wielokrotna złodziejka. One już tak mają. Trzeba było je przetrzepać, na pewno wyszłoby, że wcale nie jest taka święta.
– Może… Ale przyznaj, że fajne z nich laski.
– Ukradły mi piwa.
– Tylko się poczęstowały po jednym. Nie zbiedniejesz. Poza tym zapłaciły z nawiązką. Chodź.
Nela
W poniedziałek rano podjechałam pod wojewódzką. Chłopaki z mojej obecnej komendy poradziły, żebym umieściła za szybą swój numer telefonu. Podobno parking tutaj jest tak ciasny, że ludzie się wzajemnie zastawiają. Na początku myślałam, że kumple robili sobie ze mnie jaja, ale faktycznie w kilku samochodach zauważyłam karteczki. Zrobiłam więc tak samo i wysiadłam.
Rozmowa z naczelnikiem wydziału techniki kryminalistycznej poszła nadzwyczaj dobrze. Podinspektor Zdzisław Maciejczyk zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Sam oprowadził mnie po dwóch piętrach wydziału, a potem nawet odprowadził do wyjścia.
– Adam – zwrócił się nagle do stojącego przy portierni wysokiego, dobrze zbudowanego, króciutko obciętego szatyna. – Poznaj, proszę, nasz nowy nabytek. Podkomisarz Nela Rogacka, będziecie razem pracowali.
Mężczyzna uśmiechnął się do mnie uprzejmie.
– Pani Nelo – kontynuował naczelnik – to komisarz Adam Słowacki, pani przyszły mentor.
– Cześć. – Mężczyzna przywitał się serdecznie. Ładny był.
– Cześć. – Wyciągnęłam do niego dłoń.
– Adam jestem. Jak słyszałaś, Słowacki, ale dla znajomych Mickiewicz. – Błysnął szerokim uśmiechem, jakby grał w reklamie pasty wybielającej do zębów. W sumie nawet by mógł, ładny miał ten uśmiech.
– Nela – przedstawiłam się. – Po prostu Nela. Moi rodzice nie mieli takiego poczucia humoru. – Odwzajemniłam uśmiech. Miło było od razu przejść na „ty”.
– To ja państwa zostawię – wtrącił naczelnik – i się pożegnam.
– To od kiedy do nas dołączasz? – zapytał Adam Słowacki vel Mickiewicz, kiedy podinspektor się oddalił.
– Jak tylko wpłynie rozkaz o przeniesienie z urzędu.
– Mam nadzieję, że nastąpi to bardzo szybko.
– Ja również. Tak dawno nie bawiłam się próbkami i mikroskopem, że już nie mogę się doczekać.
– To ty jesteś tą świeżynką z toruńskiej grupy samochodowej?
– Tak. I już nie mogę się doczekać tej zmiany.
– Zazwyczaj trwa to kilka dni. Myślę, że najpóźniej za tydzień spotkamy się już przy robocie. Widziałaś już wydział?
– Tak. Naczelnik oprowadził mnie na szybko.
– Poważnie? Stary sam osobiście cię oprowadzał? – zapytał jakby z niedowierzaniem. – Szkoda. Mnie oprowadzał mój mentor w pierwszym dniu pracy. – Wydął śmiesznie wargi, udając smutek.
– Tylko tak pobieżnie. Myślę, że będę potrzebowała powtórki w wolniejszym tempie, żeby to wszystko ogarnąć. – Zaśmiałam się.
– O. I to mi się podoba. – Poszerzył uśmiech.
– W takim razie do zobaczenia.
– Mam nadzieję, że już niebawem.
Pożegnałam się z Adamem i w wyśmienitym nastroju wracałam na parking. Przyjazny naczelnik, sympatyczny opiekun. Co mogłoby pójść nie tak?
Z uśmiechem na ustach odszukałam w torebce kluczyki i zbliżając się do auta, odblokowałam zamek pilotem. Moja kochana Toyotka zamrugała do mnie światełkami.
– W końcu, kurwa! – Usłyszałam warknięcie i aż podskoczyłam.
Spojrzałam w kierunku głosu i poczułam zimne kropelki potu na plecach.
O. Cho-ler-ka.
– Co ty odpierdalasz? – zwrócił się do mnie mężczyzna z hipermarketu, sąsiad prokuratora ze Złejwsi Wielkiej.
– Nie bardzo rozumiem.
– Zastawiłaś mnie tak, że nie mogę wyjechać. – Wskazał na swojego wielkiego Jeepa Grand Cherokee.
– Trzeba było kupić sobie auto z mniejszym promieniem skrętu – odpyskowałam. – Poza tym zostawiłam telefon, jakby pan nie zauważył.
– Ta? To trzeba go było, kurwa, odebrać. – Dalej na mnie warczał. Czy on nie potrafił mówić normalnie?
Wyjęłam telefon z torebki. Cholerka – zaklęłam w myślach i aż się skrzywiłam. Miał rację. Wyłączyłam go na czas rozmowy z naczelnikiem i zapomniałam ponownie włączyć.
– Faktycznie. Musiałam go wyłączyć, a potem zapomniałam włączyć. Już odjeżdżam. Przepraszam.
Jezu, jakie były szanse, że on też tutaj pracuje? A może przyjechał tylko złożyć zeznania w jakiejś sprawie? A nawet jeśli… Komenda jest dość duża, więc choćby w niej pracował, na pewno nie widywałabym go codziennie. Jedynie sporadycznie na parkingu, jak teraz. Zresztą i to niekoniecznie. Tę czarną krowę widać z daleka. Podejrzewam, że może i z kosmosu. Zawsze mogę omijać ją szerokim łukiem. Ba, na pewno będę tak robić, w razie czego. Ale nie… On nie może być policjantem. Nie wygląda. Jest zbyt arogancki i zbyt chamski. Prędzej mógłby być papugą4. Ooo tak. Policja sobie flaki i żyły wypruwa, a przyjdzie taki adwokacina przebrzydły i będzie podważać wszystkie dowody. Sukcesywnie jeden po drugim. Tak, do tego mi bardziej pasuje. Pierdzielony zielony5.
– Na co teraz czekasz? – Wilcze warknięcie otrząsnęło mnie z prywatnych dywagacji. – Zabieraj stąd tego rozjechanego kleszcza!
– Nie obrażaj Srebrnej Teresy, bo jak usłyszy, to strzeli focha i nie odpali – zagroziłam.
– Co, kurwa? – Na jego twarzy odmalowało się szczere zdziwienie.
– Ona nas słyszy – szepnęłam konspiracyjnie. – I jest bardzo wrażliwa, wiesz?
Naprawdę podobało mi się wyprowadzanie tego gościa z równowagi. Wspominałam już, że mam nierówno pod sufitem?
– Nie powinnaś być teraz na obserwacji psychiatrycznej? – odezwał się, jakby czytał mi w myślach.
– Ja? Nie. Natomiast pan ewidentnie od kilku dni zapomina zażywać Relanium.
Wsiadłam do samochodu. Pogłaskałam czule kierownicę mojego ukochanego autka i odpaliłam.
Toyota Auris nie była duża. W porównaniu z landarą tego gbura była malutka, więc bez problemu, na raz wyjechałam z zajmowanego miejsca. Ten buc jednak tak mnie wnerwił, że zapomniałam o ustawieniu nawigacji. Nie znałam tak dobrze Bydgoszczy, wolałam dla pewności włączyć GPS. Zatrzymałam się przed wyjazdem z parkingu i otworzyłam leżącą na miejscu pasażera torebkę. Nie zdążyłam nawet odnaleźć komórki, gdy poczułam puknięcie z tyłu.
O cholerka – po raz kolejny dziś. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Wypadek. Mama, tata, Lenka. Cholera, cholera, cho-le-ra.
Trzy głębokie wdechy, jak radziła psycholog. Policz do dziesięciu, za każdym razem też trzy wdechy. Nie mogłam wpaść w panikę. Nie teraz. Spokojnie, Nel – mówiłam do siebie. – Tylko spokojnie.
Natychmiast się odwróciłam i zobaczyłam wielkiego, czarnego Jeepa.
Tylko we mnie puknął, nic wielkiego. Żyjemy.
Po raz kolejny tego dnia – o cholera.
Jeszcze dwa wdechy, spokój, zen i luz.
Wysiadłam. Przede mną już stał pan Gradowo-Burzowa Chmura. Oczami ciskał we mnie gromy i pioruny.
– Na. Chuj. Się. Zatrzymałaś?! – wysyczał przez zęby.
– Żeby ustawić GPS – odpowiedziałam nad wyraz spokojnie, biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację i moje traumatyczne przeżycia związane z wypadkiem, który przeżyłam jako dziecko.
– A nie mogłaś tego zrobić, zanim ruszyłaś?
– Nie. Kazał mi pan jak najszybciej zrobić miejsce dla swojego zwalistego wozu.
– A jak ja mam niby teraz szybko czy nawet w ogóle wyjechać, skoro zastawiłaś nie tylko mnie, ale i cały wyjazd z tej strony?
Wrócił do swojego auta i usilnie oglądał karoserię. Podeszłam za nim. U niego nie było żadnego otarcia, śladu, nic. Nawet małej ryski. Za to u mnie bardzo widoczne wgniecenie wielkości pięści.
– Uszkodził mi pan samochód. – Wpatrywałam się w pęknięty błotniczek mojego autka. – Boli cię, Tereniu? – zapytałam czule, głaszcząc miejsce uszkodzenia.
– Słuchaj no, nie mam czasu na pajacowanie, zjeżdżaj stąd, ale już.
– Słucham?! – Odwróciłam się do niego. – Puknąłeś moją Teresę. Ma wgniecenie i pęknięty błotnik. To będzie jakiś tysiąc złotych.
– Chyba żartujesz? Pierwszy lepszy mechanik wyklepie ci to i zaszpachluje za flaszkę, za którą pewnie, i tak nie zapłacisz, tylko powtórzysz swój numer z marketu. Ktoś się na pewno nabierze.
– Nie robię takich rzeczy – wysyczałam piskliwie. Miałam nawet ochotę podejść i dźgać go przy tym palcem. Opuściłam jednak rękę i zacisnęłam pięść, co nie uszło jego uwadze.
– Ta, jasne. – Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej portfel. Bardzo szybko wyjął stówkę i rzucił nią we mnie. Nie złapałam. Nawet nie próbowałam. Spadła na ziemię.
– Co to miało być?! – zapytałam. Byłam coraz bardziej podirytowana. A nawet i wkurzona.
– Rekompensata – wyartykułował z pogardą w głosie.
– Myślę, że gdy poprosimy jakiegoś policjanta… – Spojrzałam w bok na budynek komendy. – Dostanę minimum pięć razy tyle. A pan dodatkowo z artykułu sześćdziesiąt osiem kodeksu wykroczeń trzy stówy, sześć punktów karnych i straci pan zniżki. A ubezpieczenie tego… potwora – wskazałam na jego wielgachne auto – zapewne tanie nie jest.
– Słucham?! Moja wina, że się zatrzymałaś?
– Nie zachował pan należytego odstępu i ostrożności. Zasada ograniczonego zaufania. Mówi to panu coś? Domyślam się, że prawko zdawał pan pół wieku temu, ale tak elementarne podstawy powinny się panu wyryć na stałe.
Koleś patrzył na mnie zdębiały. Jakby się dziwił, że mu się stawiam. Do diabła, przecież to ja miałam rację. Ja byłam poszkodowaną w tym zdarzeniu! Ale jeśli rzeczywiście był adwokatem, to nic dziwnego, że się wybielał. Miał to we krwi. A ja przez niego zacznę przeklinać jak szewc. Ile razy już dziś pomyślałam „cholera”?
– Co tak patrzysz?! – Nie wytrzymałam.
Mężczyzna otrząsnął się, jakby wyrwany z transu.
– Ile razy byłaś już oskarżona, że znasz na blachę tyle paragrafów?
Mówiłam, papuga jak nic.
– Nie twoja sprawa! To nie jest teraz najważniejsze! – Prawie kipiałam ze złości. – Wjechałeś mi w dupę, do cholery!
– Uwierz mi. – Mężczyzna zbliżył się do mnie niebezpiecznie, cedząc przez zaciśnięte zęby. – Gdybym wjechał ci w dupę… – podszedł jeszcze bliżej – moim potworem… – Zatrzymał się blisko i nachylił tak, że czułam jego ciepły oddech na policzku. – To na pewno byś to poczuła – dokończył cicho. – I gwarantuję ci, że darłabyś się, ale nie z wściekłości, laleczko.
O cholerka – kolejna w ciągu kilkunastu minut. A to co miało niby znaczyć? Przełknęłam nerwowo ślinę. Nie mogłam się poddać. Nie. Nela Rogacka się nie poddaje. Zacisnęłam mocniej pięści ze złości.
– Chciałbyś, co? – Uniosłam dumnie podbródek. – Nie-do-cze-ka-nie – przesylabizowałam dla lepszego efektu.
Niespodziewanie moja komórka rozdzwoniła się z siedzenia pasażera, więc cofnęłam się, żeby sprawdzić, kto dzwonił. Wujek Marek. On nigdy nie dzwonił bez powodu. Ponownie tego dnia poczułam zimny pot na plecach. Odebrałam.
– Neluś, tylko się nie denerwuj – zaczął.
Ta, nikt po takich słowach by się nie zdenerwował. Wcale a wcale.
– Co się stało, wujku? Coś z dziadkiem?
– Ciśnienie mu podskoczyło. Już jest dobrze, ale jesteśmy w szpitalu.
– Który szpital?! – zapytałam zdenerwowana.
– Na Bielanach. Ale już w porządku. Nic mu nie będzie.
– Będę za niecałą godzinę.
Rozłączyłam się. Szybko ustawiłam nawigację i wsiadłam do samochodu.
W tym momencie miałam już głęboko w dupie mój zderzak i tego aroganta. Dziadek. Tylko on się teraz liczył. Był najważniejszy. Był najbliższą osobą, która mi została.
Zauważyłam w lusterku, że adwokat diabła stoi i patrzy na moje poczynania jak krowa na pociąg. W głowie na bank tworzył już wniosek o umieszczenie mnie w zakładzie dla obłąkanych.
Ruszyłam z piskiem opon, trochę przy tym kurząc pyłem. Nie dało mi to satysfakcji. Dziadek. Tylko on zaprzątał teraz moje myśli.
*
Do szpitala zajechałam w niecałe czterdzieści minut. O tej godzinie musiałam momentami przekraczać prędkość, ale byłam dobrym kierowcą. Jako dziecko miałam wypadek, jednak akurat nie spowodował lęku przed prowadzeniem pojazdów. Zostały mi po nim gorsze rzeczy, między innymi strach przed jazdą jako pasażer, jednak na szczęście nie przed prowadzeniem, nie jako kierowca.
W szpitalu doskonale wiedziałam, dokąd iść, więc od razu skierowałam się na oddział. W sali przy dziadku siedział wujek Marek, jego syn, a brat mojego taty.
– Nelcia… – Dziadek siedział na łóżku. Wyglądał całkiem dobrze. Wujek nie kłamał co do jego stanu. – Niepotrzebnie Marek do ciebie dzwonił. Jechałaś pewnie na złamanie karku.
– Dziadku, wiesz, że co jak co, ale jeżdżę bezpiecznie.
– Wiem – przyznał.
– Przepraszam – odezwał się wujek. – Myślałem, że byłaś w Toruniu na swojej komendzie. Dopiero przed chwilą dziadek powiedział mi o twoim awansie i dzisiejszej rozmowie w Bydgoszczy. Swoją drogą gratuluję.
– Nie jest to tak do końca awans…
– Przechodzisz z miejskiej do wojewódzkiej i będziesz robiła to, co lubisz.
– Fakt, traktuję to w kategoriach osobistego awansu. Dziękuję. A ty dziadku? Jak się czujesz?
– Dziecino… – zaczął dziadek i dopiero po mojej minie zauważył, że się zapomniał. – Przepraszam.
Piętnaście lat temu uczestniczyłam w wypadku samochodowym. Miałam wtedy dziewięć lat. Wjechał w nas pijany kierowca. Tirem. Rodzice i moja młodsza siostra zginęli na miejscu. Ja w stanie krytycznym trafiłam do szpitala. Mnie jednak się udało. Opiekę nade mną przejęli dziadkowie. Niestety kilka lat temu babcia zmarła na raka i zostaliśmy z dziadkiem sami.
Po wypadku dosyć długo słyszałam w głowie to słowo. Pracowałam nad tym z psychologiem, bo jako dziecko twierdziłam, że to tata, tylko zmienionym głosem, mówił do mnie: „Żyj, dziecino”. Mało tego, w toku śledztwa okazało się, że to były realne słowa. Wypowiadał je, jak mantrę, ratownik, który mnie wtedy reanimował.
Minęło tyle czasu, żyłam już normalnie. Czasami jednak pamięć sama przywoływała bolesne wspomnienia.
4. Papuga – potoczne określenie adwokata.
5. Odniesienie do zielonego żabotu w todze adwokackiej.
Nela
Pierwszy tydzień pracy minął mi spokojnie. Poznałam kilkanaście fajnych osób i powoli wpadałam w rytm pracy wydziału. Adam był bardzo cierpliwym mentorem i jak do tej pory naprawdę dobrze mi się z nim pracowało. Co prawda nie trafiło się jeszcze nic ekscytującego, ale i tak jak na razie nie żałowałam decyzji o przeniesieniu. Do czasu. Konkretnie do piątku.
Właśnie wprowadzałam odciski daktyloskopijne do systemu AFIS6, kiedy usłyszałam głęboki baryton, od którego aż podskoczyłam, i poczułam wbijające się w kark szpileczki.
– Adam!
Znałam ten głęboki i mocny głos, ale przecież to było niemożliwe, żeby to był on…
Wychyliłam się zza monitora i równie szybko, jeśli nie szybciej, zniknęłam za nim z powrotem. A do tego próbowałam jeszcze bardziej – o ile było to możliwe – schować się przed tym gburem. Albo miałam zwidy, albo rzeczywiście najbardziej negatywny człowiek na ziemi stał właśnie w drzwiach naszego laboratorium i wołał mojego opiekuna, jakby wołał kumpla.
– Nowy kierownik sekcji – szepnął Adam, wstając.
Że, cholerka, co?!
Prima aprilis już był. I to dawno.
A może to jakaś ukryta kamera?
Mickiewicz podszedł do tego gbura. W dodatku podał mu rękę na powitanie. Brr. Aż mną wstrząsnęło. Jak taki sympatyczny koleś mógł się zadawać z tym nieprzyjemnym typem?
Zaraz…
Kierownik sekcji?
Ale że jakiej sekcji? Naszej?
Że to niby ten gbur nim był?!
Właśnie zaczęło do mnie docierać, że ten nadęty bufon był nie tylko znajomym mojego mentora. Był naszym szefem. Był moim szefem…
O cholerka. I ożeż kurna.
– Za pięć minut w konferencyjnej. Nowa sprawa jest do przegadania.
– Jasne. – Mój opiekun zgodził się od razu.
– Aa, słyszałem, że masz jakiegoś świeżaka. Weź go ze sobą, niech się młody wprawia.
– Oczywiście, tylko to nie jest świeżak. Bardziej świeżynka. – Posłał mu uśmieszek zadowolenia i odwrócił się, szukając mnie wzrokiem. Zauważyłam to, śledząc ich przez szparę między monitorami.
– Nela, chodź, poznasz kierownika sekcji.
Oczywiście, jak na dorosłą osobę przystało… udałam, że go nie słyszę. Do tego jeszcze bardziej się cofnęłam. Zdążyłam tylko zauważyć, że na dźwięk mojego imienia kierownik się spiął.
– Nela – popędził mnie Adam.
Dobra. Raz kozie śmierć.
Nie miałam za bardzo wyjścia. Wstałam. Czułam, że mój czas w wojewódzkiej właśnie dobiega końca. No to sobie popracowałam. Nie ma co.
– Panie nadkomisarzu – zaczął oficjalnie, ale z uśmiechem, niczego nieświadomy Słowacki. – Podkomisarz Nela Rogacka, nasza nowa pani technik.
Na początku chciałam podkulić ogon i nie patrzeć na tego potomka szatana, ale potem pomyślałam, że skoro i tak mam stąd wylecieć, to chociaż zrobię to z podniesioną głową.
– Nelu, to nadkomisarz Bruno Borzych, kierownik sekcji.
Pan nadkomisarz, jak na osobę wyższą rangą przystało, pierwszy wyciągnął do mnie dłoń. Nie pozostało mi nic innego, jak odwzajemnić gest. Niespodziewanie przeszedł mnie prąd. Cholernik miał przy sobie włączony paralizator czy jak? On chyba też to poczuł, bo bardzo szybko cofnął rękę. Jakbym go parzyła. Mimo że uścisk dłoni był nadzwyczaj krótki, mogłam stwierdzić, że chwyt miał mocny, silny i pewny… Męski.
Stop, Neli! Nie idź tą drogą.
– Od kiedy to przyjmują do policji złodziejki? – O proszę, jak szybko można wrócić na właściwe tory. Jego wzrok przeszywał mnie na wskroś. Do tego zmrużył oczy. – Co?! – Uniósł lewą brew.
Adam ewidentnie był w szoku. Rzucał spojrzenie to na mnie, to na przełożonego, nie mogąc się zdecydować, na kim dłużej je zatrzymać.
– Nie kradłam. Mówiłam, że moje wino przez przypadek znalazło się w pana koszyku – Siliłam się na spokojny ton. Czy mógł taki być przez zaciśnięte zęby?
– A moje piwa?
– Było Halloween. A one stały przy ogrodzeniu. Poczęstowałam się. – Mój głos stawał się coraz bardziej piskliwy. Niedobrze. Ogarnij się, Nela.
– Stając na murku i przewieszając się przez płot?
– Przecież musiały być poza zasięgiem dzieci.
– Ta, jasne.
– Mówiłam, że myślałam, że to poczęstunek dla dorosłych. Nie zabrałyśmy wszystkiego, poczęstowałyśmy się po jednym. Kiedy wyjaśnił pan, dosyć dosadnie dodajmy, że nie jest pan uprzejmym człowiekiem i piwa nie były poczęstunkiem dla bawiących się sąsiadów, zapłaciłam panu. Dodam, że więcej, niż kosztowały.
– Słyszałem o tym. To byłaś ty?! – Adam zaczął się śmiać. – Bruno kupił tydzień wcześniej piwa na naszą imprezę, bo akurat była promocja – chichrał się już na całego. – Serio potrafisz otworzyć browara włosami?
– Tak. Obcasem i pierścionkiem też, jakby co.
– Musisz mnie kiedyś nauczyć.
– Z włosami może być ciężko. – Spojrzałam na jego fryzurę na jeża. – Obcasów też raczej nie nosisz.
– Ale mam obrączkę. Nada się?
– Łatwo ją zniszczyć w ten sposób. Żonie mogłoby się to nie spodobać.
Adam lekko przygasł. Czyżby ciche małżeńskie dni? Słyszałam od kogoś, że ostatnio nie układa mu się z żoną.
– Skończyli już państwo tę prywatę?! – huknął Borzych. – To zapraszam do sali. Mamy sprawę.
W pomieszczeniu poza nami było jeszcze kilka innych osób z wydziału. Kierownik rzucił na stół woreczek strunowy z zakrwawionym nożem kuchennym.
– Co to? – zapytał jeden z funkcjonariuszy.
– Dowód? – odparł pytaniem retorycznym kierownik.
– Bardzo śmieszne. A coś więcej? – odezwał się inny policjant.
– Gościu leży nieprzytomny w szpitalu, żona twierdzi, że sam się niechcący nadział, jak gotowała obiad.
– A ty myślisz… – zaczął Adam.
– Że zupa była za słona – wyjaśnił nadkomisarz.
– A żonka? – zapytał jeszcze ktoś inny.
– Siedzi na dołku i miota się w zeznaniach jak gówno na wietrze.
– A może to on się nad nią znęcał, a ona w końcu nie wytrzymała? – zapytał jeszcze ktoś inny.
– Też jest taka możliwość – przyznał Bruno.
Słuchałam tych rozmów jednym uchem, ale w woreczek strunowy z nożem wpatrywałam się jak sroka w gnat.
– Młoda. – Z zadumy wyrwał mnie głos Borzycha. Uniosłam na niego wzrok, a on przesunął worek w moją stronę. – Ekspertyza. Na cito. Na wczoraj.
Zacisnęłam usta w wąską linię, żeby nie pisnąć z ekscytacji.
– Pisarz – zwrócił się do Adama Słowackiego. – Nadzoruj, żeby tego nie spierdoliła – dodał, gasząc mój zapał jak świeczkę na torcie.
Zostaliśmy z Adamem godzinę dłużej, żeby zbadać nóż kuchenny i przygotować raport dla kierownika. Kiedy wychodziłam, jeszcze w drodze na parking wysłałam wiadomość do moich dziewczyn.
Ja: Red Alarm! Drzewko szczęścia. 19.00.
Na odpowiedzi nie musiałam długo czekać.
Klaudia: Będę.
Majka: Będę.
Zuza: Ja też.
*
Do domu dojechałam po kolejnej godzinie. Dziadek czuł się już całkiem dobrze i właśnie odgrzewał mi zupę pomidorową.
– A co to za mina, Nelitko? – zapytał z troską.
– Mój szef to najgorsze zło tego świata – burknęłam, siadając przy stole w kuchni.
– Co? Przecież mówiłaś, że jest sympatyczny.
– Mój bezpośredni przełożony tak. Mam na myśli kierownika sekcji.
– Idź, umyj ręce i zaraz wszystko mi opowiesz – powiedział, nalewając zupę na talerz.
Zrobiłam, jak prosił. Tylko co ja mu miałam powiedzieć? No przecież się nie przyznam, że wisiałam pijana na płocie mojego szefa, świecąc mu wypiętym tyłkiem do kamery.
– No to opowiadaj. Jaki on jest? – Dziadek postawił przede mną talerz pomidorowej i usiadł naprzeciwko. To był nasz codzienny rytuał.
– Jest bardzo wymagający.
– No to chyba dobrze. Taki powinien być, nie?
– Jo – przyznałam – ale mam wrażenie, że pomiata pracownikami. – No dobra, tutaj trochę przekoloryzowałam. Podczas całego spotkania Bruno nikomu nie dał odczuć, że ktoś jest mniej ważny albo że jego pomysł jest głupi. Wszystkich słuchał z uwagą. Tak naprawdę miałam wrażenie, że albo wszyscy przystosowali się do jego sposobu bycia, albo tylko ja go nie lubiłam.
– Mobbing jest karalny. Zrobił ci coś?
Dziadek się przejął. Cholerka, jeszcze mu ciśnienie podniosłam nieświadomie.
– Nie. Mnie nie. Chodzi o to, że bije od niego taka nieprzyjemna aura.
– I tylko to? – dociekał.
Wzruszyłam ramionami. Co więcej mogłam mu powiedzieć?
– Musisz się przyzwyczaić. Zobaczysz, jak rozwinie się sytuacja – doradził. – Też masz silny charakter. Nie pyskuj mu za wiele, ale nie dawaj sobą pomiatać. Wiesz, co leży w twoich obowiązkach i wykonuj je najlepiej, jak potrafisz.
– Wiem, dziadku.
– A jak coś ci zrobi, daj znać, osobiście skopię mu dupę.
Wyobraziłam sobie mojego osiemdziesięciopięcioletniego dziadka z nadciśnieniem, który próbuje kopnąć wysokiego, wysportowanego i przystojnego nadkomisarza.
Zaraz.
Przystojnego?
Nie. Na pewno tak nie pomyślałam.
– Neli?
– Tak?
– Pytałem, jakie plany na wieczór.
– Odświeżę się i wychodzę na miasto. Umówiłam się z dziewczynami na drinka. A ty? Będziesz siedział przy krzyżówkach?
– Nie. Marysia wpada z Puszkiem. – Uśmiechnął się zadowolony.
– I nalewką – dodałam.
Pani Marysia to nasza sąsiadka z trzeciego piętra. Dwa lata temu pochowała męża i od niespełna roku coraz częściej wpada do dziadka z rudym szpicem miniaturowym i nalewką własnej roboty. Wiśniówka, cytrynówka, pigwówka nie mają przed nią tajemnic. Jest sympatyczna. Lubię ją i cieszę się, że po śmierci babci dziadek jest aktywny towarzysko.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
6. System AFIS – elektroniczny rejestr odcisków daktyloskopijnych.
