Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Trzydzieści lat temu Kirsty Cotton uciekła ze szponów Wysłannika Piekieł, Szpilkogłowego. Teraz przenosi się z miejsca na miejsce i zmienia tożsamości jak rękawiczki, w wiecznym strachu przed powrotem infernalnych sił.
Tajemniczy list od człowieka, który zdaje się o niej wiedzieć odrobinę zbyt wiele, zmusi ją do zanurkowania z powrotem w mrok i stanięcia twarzą w twarz ze strachem.
Twarzą w twarz z demonem.
Nawet jeśli wyjdzie z tego żywo, jedno jest pewne. Zło po raz kolejny odciśnie na niej PIĘTNO.
Mark Alan Miller na podstawie oryginalnego pomysłu Clive’a Barkera rozszerza uniwersum Hellraisera i pokazuje, że zanim doszło do przygód detektywa Harry’ego D’Amoura opisanych w „Szkarłatnych Ewangeliach”, istniał pierwszy świadek piekielnego planu Szpilkogłowego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 58
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Hellraiser: Piętno
Tytuł oryginału: Hellraiser: The Toll
Autor: Clive Barker i Mark Alan Miller
Copyright ©2018 Clive Barker and Mark Alan Miller
Signature page art copyright ©2018 Daniele Serra
Interior art copyright ©2018 Clive Barker
Copyright for the Polish translation
© 2025 by Kornel Mikołajczyk
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Niniejsza książka jest dziełem fikcyjnym. Imiona, postacie, miejsca i wydarzenia są albo wytworem wyobraźni autorów, albo zostały użyte fikcyjnie. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub osób, żywych lub zmarłych, jest czysto przypadkowe.
Redakcja i korekta: Anna Dzięgielewska, Zeter Zelke
Przekład: Kornel Mikołajczyk
Projekt okładki: Dawid Boldys – Shred Perspectives Works
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-13-2
Założyciele nowych kolonii, obojętne jaką Utopię ludzkich snów i szczęśliwości zamierzali stworzyć, uznawali niezmiennie za konieczne – wśród innych spraw pierwszej potrzeby – wyznaczenie pewnej części ziemi na cmentarz i drugiej pod budowę więzienia.
– NATHANIEL HAWTHORNE
Dla wszystkich więźniów, których cienie przemknęły po rozgrzanych murach kolonii karnej, Duży Dom był budynkiem dostojnym oraz nieprzemijającym. Cóż za piękna iluzja… Parter wzniesiono przecież ze starych pniaków przetransportowanych ze stałego lądu, mocnych, acz nazbyt szkaradnych nawet na portowe szopy, i gdyby nie obito całości drewnianymi panelami, nikt nie uwierzyłby w solidność konstrukcji.
Wyspę, gdzie wznosiła się owa fałszywa forteca, nazywano dwukrotnie. Pierwszy raz uczynili to misjonarze, którzy natknęli się na nią podczas morskiej ucieczki przed epidemią trądu i szaleństwa. Z ulgi, iż udało im się uniknąć choróbska dziesiątkującego ludność za Wielką Wodą, nadali owej ziemi miano Wyspy Zbawienia.
Samotna skała bynajmniej nie obiecywała zbawienia w wydaniu permanentnym. Porzucono ją zaledwie kilka lat później i odtąd czekała niecierpliwie na swój drugi chrzest. W połowie dziewiętnastego wieku rząd francuski, w poszukiwaniu miejsca zsyłki dla najgorszych i najbardziej zatwardziałych przestępców, utworzył na tym skrawku Ziemi nowe państewko, Gujanę, wcielając ją natychmiastowo do rosnącego imperium.
Co nie powiodło się uczciwym obywatelom, Mateczka Francja powierzyła nieuczciwym. W 1852 roku władze pod wodzą Napoleona III założyły kolonię karną, z administracją operującą ze stałego lądu. Wyspa stała się ostatecznym celem wygnania, pokuty oraz, jeśli zawiodły inne środki, egzekucji.
Ci, którzy tam trafili, nazywali ją wycinkiem Piekła. Każdego dnia, gdy słońce zaczynało krwawić i osuwać się poza horyzont, ogromne stada czarnych ptaków zrywały się z drzew – zupełnie jakby kierowało nimi gorączkowe przeświadczenie, że wielka gwiazda umiera i od tej pory archipelag należeć będzie do nocy oraz do tego, za którym noc kroczy: do Diabła. Sentyment ten idealnie pasował do nazwy, którą nadano skale. Brzegi, które misjonarze wołali niegdyś Wyspą Zbawienia, przemianowano bowiem na Île du Diable, Wyspę Diabelską.
Wzniesiona na przeklętej skale kolonia karna nie przetrwała. Choć rząd francuski robił, co w jego mocy, aby wieści o popełnianych tam okropieństwach nie wydostały się do świata – zawiódł. Relacje więźniów z Wyspy Diabelskiej, historie rodem z horroru, trafiły do gazet; władze państw sojuszniczych zażądały od Francji, by zachowywała się, jak przystoi cywilizowanemu krajowi i aby honorowo pozbyła się owej skazy na systemie sądowniczym. Ostatni skazańcy opuścili wyspę w 1953 roku. Ostatni żywi. Tysiące pozostało, pochowanych płytko w cuchnącej cmentarnej ziemi. Wszystkim, z wyjątkiem samobójców, postawiono proste krzyże z deszczułek. Te w większości zniknęły. Osunęły się do gruntu i zgniły wraz z ciałami tych, których imiona wymalowano na ich powierzchni.
Wyspa wszelako nie pozostała opuszczona. Wkrótce po wywiezieniu zbrodniarzy zjawili się goście – turyści gustujący w makabrycznych opowieściach. Dawni zarządcy Piekła na ziemi zrozumieli, że na jego transformacji da się zbić niezły szmal. Miejsca godne wstydu z humanitarnego punktu widzenia – tycie cele izolacyjne, gdzie zamykano ludzi, często i na rok albo dłużej, bez bliźniego czy choćby jego głosu – wypucowano; wstawiono na nowo ciężkie odrzwia, coby odwiedzający mogli powyobrażać sobie przez chwilę, jak to jest utknąć w matni pozbawionej zarówno przepływu powietrza, jak i pociechy z czytania Biblii.
Zaskakujące, jak wielu mężczyzn, spędziwszy w zamknięciu nie dłużej niż minutę czy półtorej, zaczynało panikować. Przedstawienie owo zapewniłoby swego rodzaju gorzką rozrywkę duchom tych, którzy przesiadywali tu niegdyś miesiącami, dekady wcześniej. Po prawdzie jednak niewiele upiorów nawiedzało wyspę. Zjawa odmiennej maści wyparła stąd zagubione, prymitywniejsze dusze. Przez jakiś czas był tu więziony, choć nikt do końca nie wiedział, czym zasłużył sobie na lata udręki w dziedzinie potępionych. Powiadano, iż nosił to samo imię i nazwisko, co uznany twórca zabawek, Philip Lemarchand, mimo że tamten urodził się znacznie wcześniej, w 1754 roku. Nie zlokalizowano informacji o tym, jaki los go spotkał, co tylko podsycało zapał teoretyków spiskowych.
Podobne kwestie nie zajmowały bynajmniej historyków badających ten okres oraz mężów stanu, którzy go zdefiniowali. Co komu po jakimś Lemarchandzie, sklecaczu śmiesznych mechanizmów, kiedy dyskutować można godzinami o Napoleonach numer jeden, dwa i trzy? Gdy nazwisko mężczyzny wymieniano w debatach na temat polityki i rozrywki ówczesnej Francji, to zwykle wyłącznie po to, aby wspomnieć o osobliwych plotkach tyczących się jego upadku.
Lemarchand był złotym chłopcem, i to niemalże dosłownie – ze złota bowiem, pozyskanego od bogatych patronów, częstokroć konstruował mechaniczne ptaszki i myszki. Niestety, żadna z wpływowych figur, która obdarowywała panny lśniącymi śpiewającymi słowikami z kruszcu, nie pokwapiła się stanąć w obronie rzemieślnika, gdy oskarżono go o konszachty z Diabłem. Pomimo wszechobecnego Oświecenia w mrokach umysłów nadal czaiły się przesądy i nikt – zwłaszcza ktoś tak uzdolniony jak Lemarchand – nie potrafił uniknąć oskarżeń ze strony zazdrosnych rywali.
Żadne z dokumentów sądowych czy pitawali publikowanych na przestrzeni lat nie wspominały jasno o losie Lemarchanda. Jedno źródło napomknęło, że za paranie się czarnoksięstwem skazano go na dożywocie. Drugie z kolei snuło niedorzeczną opowieść o jego wyzwoleniu przez nakręcane ptaki, dzięki którym zyskał taką sławę. Zero konkretów. Tymczasem za zasłoną owych skrajnie odmiennych doniesień kryło się znacznie ciekawsze pytanie: O co poprosił Diabła wytwórca zabawek? Oraz, co jeszcze bardziej zastanawiające: O co Diabeł poprosił w zamian?
