Grupa - Winstead Ashley - ebook + książka
NOWOŚĆ

Grupa ebook

Winstead Ashley

0,0

Opis

Internet nauczył, jak tropić morderców. Prawdziwy świat pokazał, czym to grozi.

Wciągający thriller inspirowany głośną zbrodnią w uniwersyteckim miasteczku, która rozpaliła internetowe społeczności true crime. Nowa powieść bestsellerowej Ashley Winstead, autorki W snach to ja trzymam nóż oraz Posłuszna.

Jane Sharp trafia do internetowej społeczności true crime. Dla niej to sposób na poradzenie sobie z żałobą. Dla pozostałych – obsesja. Kiedy dochodzi do brutalnego potrójnego morderstwa studentek, sprawa w ciągu godzin staje się medialną sensacją. Jane i czworo ludzi, których zna wyłącznie z sieci, zauważają szczegóły pomijane w oficjalnych doniesieniach. Zaczynają łączyć fakty i decydują się działać poza forum. Kiedy w Delphine Falls dochodzi do kolejnego morderstwa, łudząco podobnego do poprzedniego, Jane decyduje się pojechać na miejsce. Tam granica między obserwatorką a uczestniczką wydarzeń zaczyna się zacierać. Co naprawdę wydarzyło się w sprawie potrójnego morderstwa studentek – i dlaczego ktoś zrobi wszystko, by prawda nie wyszła na jaw?

Nie da się jej odłożyć. Fani true crime pochłoną ją bez reszty.Amy Tintera, autorka bestsellerowych thrillerów YA i adult

Mój ulubiony thriller Ashley Winstead. Absolutnie wciągający.Robyn Harding, autorka bestsellerów „New York Timesa”

Winstead mistrzowsko trzyma czytelnika w niepewności.Publishers Weekly

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 497

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:

This Book Will Bury Me

Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj

Wydawca: Wojciech Ciuraj

Redakcja: Sylwia Zazulak

Korekta: Wojciech Ciuraj

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Ilustracja na okładce: © everettovrk, © Rainer Fuhrmann / Stock.Adobe.com

Wyklejka: © chantal / Stock.Adobe.com

DTP: Maciej Grycz

Copyright © 2025 by Ashley Winstead

Copyright © 2026 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © 2026 for the Polish translation by Robert J. Szmidt

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-851-5

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

Mojej ukochanej mamie, która zasługuje na największe szczęście.

Historia to mikry człowieczek w brązowym garniturze próbujący opisać wnętrze pokoju, do którego nie może wejść. Znam historię. Znajdziesz w niej wiele nazwisk, choć żadne z nich nie należy do nas.

– Richard Siken, „Little Beast”, Crush (2005)

Nota od Autorki

Drodzy czytelnicy.

Trzymacie w rękach książkę o true crime, zrodzoną z mojej szczerej fascynacji, współczucia, a po części także przerażenia tym, jak społeczności pasjonujące się wspomnianym gatunkiem reagują na przedstawiane przez siebie zbrodnie. Nie ukrywam, że fragmenty mojej książki dotyczą nie tylko autentycznych ciężkich zbrodni i reakcji na nie poważnych mediów, lecz także otwartości z jaką bliscy ofiar rozmawiali z dziennikarzami i społecznościami tak zwanych detektywów amatorów, w nadziei, że uda się nagłośnić te przypadki i pociągnąć winnych do odpowiedzialności. Chodzi między innymi o sprawy Uniwersytetu Idaho, Gabby Petito, Golden State Killera czy Abrahama Shakespeare’a. Uprzedzam o tym czytelników uwrażliwionych na drastyczne szczegóły tych akurat odrażających zbrodni.

Piszę o tym, ponieważ poruszyła mnie do głębi sprawa Uniwersytetu Idaho, o której dowiedziałam się, opłakując śmierć ukochanego ojca. W tamtym okresie zmagałam się ze stratą rodzica, który moim zdaniem odszedł stanowczo zbyt wcześnie, przez co zafiksowałam się na tragedii czworga ofiar, które były od niego dużo młodsze. Przytłoczyły mnie dziwaczne reakcje najnikczemniejszych postaci społeczności true crime, ale co ważniejsze: zainspirował mnie sposób, w jaki krewni i przyjaciele ofiar rozmawiali z mediami, dzieląc się opowieściami o ludziach, których utracili, i o złożoności przeżywanej żałoby. Otwartość, z jaką podchodzili do tej sprawy ci, którzy ocaleli, a także pisarze i inni artyści opisujący swoje cierpienia, pozwoliła mi nie tylko zwalczyć poczucie osamotnienia, lecz też zrozumieć, że dzięki takim postawom prywatne tragiczne doznania stają się powszechnie znane i że przy całej złożoności tego problemu warto pochylić się nad zjawiskiem znanym powszechnie jako „fenomen true crime”. I choć moja książka nie ma być dziełem non-fiction, to starałam się ze wszystkich sił, aby opisane w niej szczegóły były tak bliskie prawdy, jak to tylko możliwe. Modlę się też, by w sprawie Uniwersytetu Idaho, która nadal trwa, sądy wymierzyły winnym sprawiedliwość.

Chciałabym również, aby czytelnicy zdali sobie sprawę, że prócz czerpania inspiracji z prawdziwych spraw i wiążących się z nimi scen brutalnej przemocy był to dla mnie sposób na poradzenie sobie z traumą po utracie rodzica. Proszę, uważajcie na siebie.

Z wyrazami miłości

Ashley Winstead

CZĘŚĆ I TUTAJ W MROKU NIE JESTEŚMY JUŻ SOBIE OBCY.

1

Jeśli to czytasz, istnieją też spore szanse, że przeskakując kanały telewizyjne, trafiłeś na mnie i zobaczyłeś, jak jestem zmuszana do uklęknięcia na gołej ziemi, jak wykręcają mi obie ręce za plecy, gdy wokół roi się od uzbrojonych agentów FBI, którzy rzędami niczym mrówki wbiegają i wybiegają ze stojącego za nami trzykondygnacyjnego budynku. Bóg jeden raczy wiedzieć, co musiały głosić paski widoczne poniżej mojej twarzy. Pewnie było coś o morderstwie albo o zaskakujących zwrotach akcji czy spiskach powiązanych z najsłynniejszą falą przestępczości w Ameryce.

To bardzo prowokujący wstęp, jak sądzę. Nic więc dziwnego, że masz pytania. Zwłaszcza że historia, którą powtarzano ci od tamtego pamiętnego dnia, jest pełna luk, niekonsekwencji i pytań, na które brak odpowiedzi. Nie zdziwiłabym się, gdyby wyprowadzało cię to z równowagi.

Chcesz, abym przestała milczeć i wyjawiła ci prawdę. Wiem o tym dobrze – dostałam twoje listy, te wszystkie błagania albo groźby śmierci. Głód, który cię dręczy, jest czytelny i bardzo znajomy. Chcesz tego samego co ja kiedyś, tak samo pragniesz odpowiedzi, to chyba najbardziej ludzka z potrzeb. Od tego zaczęła się przecież i moja podróż. Nasze chęci uporządkowania niepoznanego, dotknięcia nieosiągalnego, rzucenia światła na to, co w cieniu – jest uniwersalne. Czujemy się nieswojo w obliczu niejednoznaczności, żyjąc w zawieszeniu gdzieś tam, w bałaganie świata.

Widziałeś też ludzi, których FBI rzuciło na kolana obok mnie. Oni także pragnęli odpowiedzi, może nawet bardziej niż ja. Przywykliśmy do życia na internetowych grupach true crime, gdzie wypisywaliśmy własne teorie, wertując zapomniane dokumenty, spekulując na temat kąta, pod jakim zadano cios nożem albo wystrzelono kulę. Byliśmy kimś w rodzaju słynnych naukowców z epoki oświecenia, którzy przesuwali granice wiedzy ku nowej erze, pewni mocy ludzkich umysłów i własnych umiejętności. Właśnie dlatego czytaliśmy, pisaliśmy, śledziliśmy i przejawialiśmy fascynację. Uważaliśmy, że każdy dzień przybliża nas do lśniącego miasta na szczycie góry, gdzie wszystko zostanie ujawnione i gdzie w końcu zdołamy zaznać spokoju. Nazwij je Grodem Niebios albo Sprawiedliwości czy Rozgrzeszenia. Możesz mi zaufać, my naprawdę wierzyliśmy, że tam właśnie dotrzemy. Na szczyt, do samiuśkiego gorzkiego końca, ale prowadzone przez nas eksperymenty wymknęły się spod kontroli i wybuchły nam prosto w twarz.

Wybacz, że wybiegam w przyszłość. Wielu ludzi, którzy nie byli tak blisko tej sprawy, z czasem zyskało sławę dzięki rozpowszechnianym kłamstwom, a ty zasługujesz na prawdę. Może jesteś sępem i czytasz to tylko dlatego, by móc żerować na moich zwłokach. A może należysz do nielicznych ludzi, którzy są ciekawi świata. Tak czy inaczej, wyjawię ci wszystkie brudy związane z tą sprawą. Czyż nie taki jest sens każdej opowieści? Czas wyjąć wszystkie trupy z szafy.

Ale pozwól, że zrobię to po swojemu. Daję słowo: tak będzie najlepiej. Pamiętaj: byłam kiedyś tobą. Wiem zatem, że nie chcesz, by wkładano ci do głowy wyłącznie suche fakty. Pragniesz zrozumieć co, jak i dlaczego, chcesz nawet wiedzieć jaka pogoda była tamtego dnia. Jakie panowały wtedy nastroje. Jakie buty nosili, co zjedli na śniadanie. Kogo nienawidzili i w kim się kochali. Co poczuli przy pierwszym ciosie i jak przełknęli gorycz zdrady. Chcesz odkryć korzenie tej sprawy, pójść za nimi na najodleglejsze krańce i wrócić, cieszyć się każdym szczegółem. Jeśli chodzi o historie takie jak ta, którą ja opowiadam, jeżeli chodzi o tak wielką tajemnicę, jedną z tych, która zasługuje na nazwanie zbrodnią stulecia, chcesz się nią nasycić. Chcesz tak wiele kolorytu, ile zdołasz znieść.

Zaufaj mi, będziesz tym wszystkim rzygał zanim dojdziemy do końca.

A teraz zacznijmy.

Moja opowieść zaczyna się od ciała, choć nie tego, o którym teraz myślisz.

2

W czwartek, 31 sierpnia 2023 roku, o godzinie 22:45 przeprowadziłam rozmowę telefoniczną, która odmieniła moje życie. Była to parna noc, tak charakterystyczna dla okolic Orlando. Nagrzana całodziennym upałem ziemia oddawała temperaturę, sprawiając, że powietrze po zmroku było gorące, jakby pochodziło z wnętrza kuchenki mikrofalowej. Impreza, na którą trafiłam, odbywała się w Afton Oaks, kompleksie mieszkalnym, który był niezwykle popularny wśród studentów Uniwersytetu Centralnej Florydy, do których i ja podówczas należałam. Uczestników było tak wielu, że część musiała przebywać na zewnątrz, a co za tym idzie, szklane drzwi łączące kuchnie z podwórzem zostały uchylone na całą noc, zamieniając wnętrza apartamentu w saunę. Pamiętam pot ściekający mi po karku i plecach, jakbym po części przeczuwała, co się niedługo wydarzy. Śpiewaliśmy na cały głos Gangsta’s Paradise Coolio, wtórując granej na cały regulator muzyce – dzisiaj wzdragam na samą myśl, że wybraliśmy ten właśnie utwór. Siedziałam w ścisku obok Gabby Maldonado*, mojej najlepszej przyjaciółki w tamtym okresie, przeżywając jakże typową dla studentów, upojną noc.

W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że nigdy nie byłam typową studentką. Wszyscy goście tego przyjęcia należeli do kręgu znajomych Gabby, a ja robiłam, co mogłam, by się do nich dopasować. Przeniosłam się na tę uczelnię zaledwie rok wcześniej, ze szkoły pomaturalnej. W dodatku rozpoczęłam naukę dwa lata później niż moi rówieśnicy, przez co byłam dwudziestoczteroletnią staruszką w tłumie dwudziestodwulatków z ostatniego roku studiów. Z powodu tych dwóch faktów traktowano mnie jak kogoś trędowatego, ale tylko do czasu, gdy Gabby wzięła mnie pod swoje skrzydła. Studenci UCF nie byli okrutni, raczej zobojętniali – jak my wszyscy ostatnio – zbyt zapatrzeni w siebie i roztrzepani, by zauważać cokolwiek spoza baniek, w których żyli. Nauczyłam się dzięki temu, że ludzka skłonność do zajmowania się sobą jest oszałamiająca, nawet w kontekście brutalnej zbrodni, jaką niewątpliwie było zamordowanie Sary Altman, która zginęła w samym środku kampusu, a mimo to nie znalazł się choćby jeden tego świadek**. Wracając do tematu, UFC było ogromną uczelnią, uczęszczało tam aż pięćdziesiąt osiem tysięcy studentów. To prawdziwe miasto w mieście.

Po przenosinach czułam się tam tak osamotniona, że zaczynałam rozważać, i to poważnie, rezygnację z dalszej nauki. Byłam naprawdę bliska spakowania rzeczy i powrotu z podkulonym ogonem do domu rodziców. Ćwiczyłam już nawet, co powiem ojcu, gdy stanę w progu. Potem jednak pewna dziewczyna, która okazała mi odrobinę zainteresowania podczas zajęć z psychologii – wspólnie przewracałyśmy oczami, gdy profesor rzucał jakąś żenującą uwagę – zapytała, czy nie poszłabym z nią na lancz. Gabby okazała się jedną z tych rzadkich niestety osób, które rodzą się z czułym sercem, takim, którego żadne przeżycia nie będą w stanie zahartować, po prostu kimś, za kogo my, introwertycy, powinniśmy dziękować Bogu. Niedługo później w weekendowe wieczory wyciągała mnie na imprezy odbywające się głównie poza kampusem i zanim się obejrzałam, nawiązałyśmy nić przyjaźni z rodzaju tych, które widujesz wyłącznie w telewizji, takiej, która sprawia, że dwoje ludzi uzależnia się od siebie wzajemnie. Z jej powodu zdecydowałam się na kontynuowanie nauki. Najbardziej cieszyło mnie jednak to, że nie zniszczę nadziei ojca. On nie ukończył nawet szkoły średniej, a dla mnie chciał wszystkiego, czego sam nie zdołał osiągnąć.

Motywem przewodnim wspomnianej imprezy w Afton Oaks był „powrót do lat dziewięćdziesiątych”, stąd wziął się tam Coolio. Gabby wyglądała niedorzecznie w zbyt dużej flanelowej bluzie, ja założyłam pod sukienkę na cienkich ramiączkach białą koszulkę z krótkim rękawem, dokładnie taką, jaką nosiła bohaterka serialu Słodkie zmartwienia. Bez przerwy zerkałyśmy na siebie i zanosiłyśmy się śmiechem, po części ze względu na ubiór, po części z powodu wypitej beczki piwa. W takim właśnie momencie zadzwoniła mama.

Ostatnio coraz częściej marzę, by cofnąć się w czasie do tamtego momentu – do tych kilku sekund przed naciśnięcie klawisza odbioru połączenia. Jeden ruch palca prowadzący do tak wielkich konsekwencji. Dotychczas moje największe obawy dotyczyły tego, czy przyjaciele Gabby mnie zaakceptują, tak jak ona wcześniej. Zaznacz to w mojej biografii czy innej książce, którą napiszą o mnie eksperci od true crime. Afton Oaks, Orlando, Floryda, 31 sierpnia: ostatnia chwila niewinności Janeway Sharp.

Głos matki łamał się histerycznie.

– Twój ojciec – łkała – Jane, on chyba miał zawał serca. Jadę teraz samochodem, za karetką, która wiezie go do szpitala. Kochanie, proszę, módl się za niego.

Jeśli nie usłyszałeś nigdy czegoś podobnego przez telefon, pozwól, że wyjaśnię ci jedno: w takim momencie czujesz się, jakby ktoś wylał ci na głowę kubeł lodowatej wody. Całe ciało tężeje, każda komórka się budzi, wszystkie synapsy płoną, zupełnie jakby ktoś podszedł i przystawił ci pistolet do skroni. Z głowy wywiewa ci wszystkie inne myśli prócz tej jednej. Zastanawiasz się tylko, jak przeżyć ten kryzys.

– Nic mu nie będzie, zobaczysz – wydusiłam z siebie. – Wszystko dobrze się skończy. Przyjadę za dwie godziny. Do zobaczenia.

Wierzyłam w to święcie. Nie miałam innego wyboru.

Gabby upierała się, że mnie odwiezie, choć przyjęcie u niej dopiero się rozkręcało, co więcej, nie poznała nigdy moich rodziców i nie cierpiała siadać za kółkiem. Tak działało to jej miękkie serce. Milczałam podczas jazdy, kiwałam się tylko w fotelu pasażera, szepcząc pod nosem:

– Wszystko będzie dobrze, tatusiu. Wyliżesz się z tego.

Nie mówiłam tak na niego od czasów wczesnego dzieciństwa, aż do tamtej chwili, gdy strach sprawił, że znów poczułam się bezradnym szkrabem.

Zanim dojechałyśmy na miejsce, musiałam powtórzyć te zdania z kilkaset razy. Byłam przekonana, że stanie się najgorsze, gdy tylko zamilknę, jakby ta mantra była jedynym, co mogło ocalić życie mojego ojca. Później dowiedziałam się, że nawet najbardziej pragmatyczni z nas w obliczu podobnego zagrożenia często skłaniają się ku takim właśnie zabobonom. Kołysałam się więc i szeptałam bez końca, posyłając te słowa gdzieś w przestrzeń, nie tylko do jego uszu, lecz także tego, kto tam rządzi, aby wiedział, że tata jest kochanym człowiekiem i powinien być oszczędzony.

Nie chciałbyś, aby tak to działało? Aby miłość mogła nas w jakiś sposób chronić?

Po czterdziestu pięciu minutach jazdy mama zadzwoniła po raz drugi. Tym razem zobaczyłam na wyświetlaczu jej imię i od razu poczułam nadzieję.

– Mamo?

– Jane… – Głos miała urywany. – On już się nie wybudził. Próbowali wszystkiego…

– Nie. To nieprawda. Wyjdzie z tego!

– Jane…

– Nic mu nie będzie. Wybudzi się niedługo.

– Przestań, Jane! Nie zniosę tego dłużej.

Później dowiedziałam się także, że uporczywe zaprzeczanie jest niezwykle częstą reakcją na poczucie nagłej straty. Szczerze mówiąc, wszystko, co zrobiłam tamtej nocy, wszystko, co miałam zrobić albo pomyśleć w kolejnych dniach i tygodniach, było zgodne z ogólnie znanymi zasadami żałoby. Może zabrzmi to śmiesznie, ale czułam się dziwnie osamotniona w tym bólu, odnosiłam nawet wrażenie, że mój żal jest tak dojmujący i ogromny, iż nikt nigdy wcześniej nie przeżył czegoś podobnego. Problem w tym, że każda drobinka tego, czego doświadczałam, była znajoma miliardom ludzi żyjących na przestrzeni ostatnich dziesięciu tysięcy lat. Śmierć towarzyszy nam od zarania dziejów. Ja po prostu byłam ostatnia w kolejce.

Umarła najbliższa mi osoba, która kochała mnie najbardziej. Odeszła nagle i niespodziewanie, a po czymś takim nic już nie może być takie jak wcześniej. To właśnie z powodu tego wydarzenia kolejne etapy mojego życia przebiegały w dziwny i zarazem brzemienny w skutki sposób.

* To nie jest jej prawdziwe nazwisko. Użyłam pseudonimu „Gabby”, by uchronić ją od powiazań ze mną.
** Albo sprawa Kitty Genovese, kobiety zadźganej nożem w 1964 roku w Queens na oczach trzydziestu ośmiu świadków, z których żaden nie wezwał policji.

3

Po wejściu do niskiego, bogato zdobionego domu rodziców, pomalowanego na typowy dla południowej Florydy jaskrawożółty kolor, zastałam matkę siedzącą po ciemku przy stole w jadalni. Miała na sobie bawełniana koszulę nocną i torebkę przewieszoną wciąż przez ramię. Sam dom, zazwyczaj schludnie posprzątany, wyglądał jak pobojowisko – fotele i szafki poprzesuwano, lampa została przewrócona, jakby przez pomieszczenia przeszedł huragan. Po włączeniu światła i zobaczeniu mamy w takim stanie kazałam Gabby zabrać mój samochód i wracać do Orlando. Protestowała, ale nie odpuściłam. Byłam młoda, nie umiałam zachować się w obliczu śmierci, ale rozumiałam, że to, co wydarzy się już za moment, będzie bardzo osobistym przeżyciem, którego nie powinien widzieć nikt spoza członków najbliższej rodziny.

Padłam na kolana, ledwie zamknęły się za nią drzwi, wtuliłam się w nogi matki i zaczęłam płakać. Bycie tuż przy niej przynosiło mi ulgę, ale uwalniało też piętrzące się od godziny uczucia. Dźwięki, które obie wydawałyśmy, brzmiały naprawdę nieziemsko. Płakałyśmy tak długo, że straciłam poczucie czasu, wiedziałam tylko, że słońce musiało już wschodzić, bo za oknami zaczynało jaśnieć.

Wysłuchałam jej opowieści pomimo licznych przerw i przestojów. Opowiem ją wam w taki sposób, w jaki nauczyłam się to robić podczas rozmów ze świadkami: usuwając cały ból i skupiając się na najistotniejszych szczegółach.

To był najzwyklejszy dzień życia moich rodziców. Oboje poszli do pracy, po powrocie odgrzali na kolację to, co zostało z wczoraj – czyli zupę z soczewicy, ponieważ oboje przeszli na dietę wegańską. Gdy kładli się spać, ojciec zaczął narzekać na ból brzucha, ale niedogodności nie minęły, choć położył się wygodnie w okularach do czytania i z książką w ręku. Mama stwierdziła, że skoczy do apteki po Pepto–Bismol. Ojciec prosił, by tego nie robiła, ale ona się uparła. Nie chciała, by niepotrzebnie cierpiał, skoro sprawę mógł załatwić tak krótki wypad.

Najbliższa apteka znajdowała się niecałe trzy kilometry od ich domu. Nie było jej więc przez mniej więcej dwadzieścia minut. Po powrocie zaczęła go wołać, ale nie odpowiadał. Przeszła więc niewielki dystans dzielący drzwi frontowe i sypialnię i zobaczyła, że ojciec leży na łóżku z szeroko otwartymi oczami i książką na piersi. Nie rozumiała, dlaczego nie odpowiadał, gdy pokazywała mu opakowanie leku i zapewniała, że zaraz mu go poda. Wyobrażam sobie, że to właśnie ten moment, do którego chciałaby wrócić, gdyby było to możliwe – do tych kilku sekund, gdy znów była z nim, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że coś jest nie tak.

Ale już wtedy, pomimo przemożnej chęci, by wszystko skończyło się dobrze, nie mogła nie zauważył bąbelków piany w kącikach jego ust. Upuściła reklamówkę i podbiegła do ojca, wołając jego imię, wpatrując się w nieruchome oczy, próbując wyczuć palcami puls, którego nie było. Zaczęła krzyczeć, zadzwoniła na numer alarmowy, wykonała resuscytację pod dyktando dyspozytora z centrali, zanim karetka zdążyła podjechać pod dom. Ratownicy pojawili się dwadzieścia minut później, wpadli hurmem do sypialni i natychmiast otoczyli ojca, odpychając matkę na bok, gdzie czekała, czując zarazem ulgę i przerażenie. Pod jej stopami leżała reklamówka z lekiem na ból brzucha, całkowicie nieskutecznym na przypadłość, która zabiła tatę.

Ratownicy także nie wykryli pulsu ani oddechu. Matka przypuszczała, że użyją defibrylatora. Oni jednak rozłożyli tylko nosze i przenieśli go na nie, oczywiście w trójkę. Zaraz też wywieźli go z domu. To właśnie wtedy musieli poprzesuwać meble, tak przynajmniej uważała mama, choć nie była tego pewna. Sama wskoczyła do samochodu i pognała za jadącą na sygnale karetką, dzwoniąc do mnie i prosząc o modlitwę. Nie była religijna, nie wiedziałam nawet, czy wierzy w Boga, ale uznała, że jeśli jest gdzieś tam we wszechświecie siła, która może pomóc jej mężowi, to muszę być nią ja, dziecko z przypadku, dzięki któremu Daniel Sharp został ojcem; osoba, dzięki której znalazł sens życia.

Prawda wyglądała niestety tak, że tata zmarł długo przed tym, nim mama zdążyła wrócić do domu. Błagała, bym się za niego modliła, a ja potraktowałam ten obowiązek bardzo poważnie i nie przestawałam mamrotać, pragnąc, by przetrzymał kryzys, choć on już od dawna nie żył. Byłam też wściekła na siebie za to, że śpiewałam na cały głos, bawiąc się na durnej studenckiej imprezie, i nawet nie poczułam, iż tata umiera. Gdy kogoś kochasz, wierzysz, że jego odejście z tego świata porazi cię jak – nie przymierzając – zakłócenie Mocy. Właśnie dlatego czułam się tak, jakbym go zdradziła tym, że nic nie poczułam, jakbym nie kochała go wystarczająco mocno.

Mama siedziała przy tym samym stole, gdy jej przyjaciele, dowiedziawszy się o śmierci ojca, przyszli w odwiedziny, jak to zwykle bywa, przynosząc jedzenie. Ja natomiast leżałam w łóżku ojca, było to bowiem ostatnie miejsce, w którym przebywał za życia.

Co czujesz, gdy tracisz rodzica? Leżąc w jego łóżku, gapiłam się w ścianę, próbując wyobrazić sobie ostatnią rzecz, którą zobaczył przed śmiercią. W pewnym momencie uznałam, że będę traktować go jak kogoś, kto zaginął, a nie zmarł. Dorastał w zupełnie innej epoce, był nieśmiałym chłopcem z niewielkiego miasteczka we wschodniej części Tennessee, tak prowincjonalnego i biednego, że większość urodzonych tam ludzi nigdy go nie opuszczała. Był jednym z nielicznych, którym udało się wyrwać, zdołał osiągnąć prędkość wylotową, robiąc coś, czego żaden z jego krewnych się nie spodziewał: dokładnie w dniu osiemnastych urodzin wkroczył śmiałym krokiem do biura rekrutacyjnego marynarki wojennej i za cenę sześciu lat życia wyrwał się na wolność. Wojsko przyjęło go z otwartymi rękami, choć nie był w najlepszej formie, a rodzeństwo przezywało go nawet „Królem Yoo-hoo”, nie wspominając o tym, że nigdy wcześniej nie przekroczył granicy stanu i nie widział na własne oczy oceanu. W taki właśnie sposób pewien nieśmiały chłopak z głębi lądu został marynarzem.

Dwa lata później w bazie marynarki wojennej w wiecznie zagonionym, tłocznym Neapolu – bardzo daleko od domu – wbiegał na górę wznoszącą się nad Morzem Tyrreńskim, zaledwie kilka kilometrów od Wezuwiusza, i tam wpadł na moją mamę, także traktującą służbę we flocie jako formę ucieczki od dawnego życia. Nie dałoby się wybrać dwojga bardziej różnych ludzi: ona była nadzwyczaj gadatliwą dziewczyną z Nowego Jorku o ognistorudych włosach. On był milczkiem z głębokiej prowincji, wysokim, ciemnowłosym i tak łagodnym jak ona była śmiała. Zakochali się w sobie niemal natychmiast. Niecały rok później przyszłam na świat. Za rodziców miałam parę dwudziestojednolatków mieszkających w obcym kraju, ludzi, którzy dopiero wykuwali lepszy los i byli potwornie przerażeni faktem, że urodziło im się dziecko. Jeszcze bardziej obawiali się tylko jednego: że mogą mnie zawieść. Tata zwykł mawiać, że dwukrotnie przeżył miłość od pierwszego wejrzenia: w chwili, gdy ujrzał moją mamę, i później, gdy wynoszono mnie ze szpitala. Były to dwa niesamowite wydarzenia w jego skądinąd przeciętnym i szarym życiu.

Ale żeby było jasne, dodam, że ja nigdy nie uważałam go za przeciętniaka.

Mama opuściła szeregi marynarki, by mnie wychowywać, ojciec pozostał na służbie przez kolejne lata, nawet po naszym powrocie do Ameryki, gdzie bez przerwy przenosiliśmy się z wybrzeża na wybrzeże. Przywykłam do takiego stylu życia: przez sześć miesięcy był w domu, potem znikał na kolejne pół roku. Gdy byłam mała, przywoził mi zagraniczne monety, którymi mogłam się bawić. Przyglądałam im się z ogromną uwagą, jakby mogły mi zdradzić sekrety dalekiego świata.

Tak właśnie się czułam, leżąc w łóżku taty. Jakby wyruszył w kolejny rejs, ale tym razem zaginął gdzieś na morzu. Tylko w taki sposób mój mózg mógł tłumaczyć jego nieobecność. Wiedziałam też, że poruszyłby niebo i ziemię, gdybym to ja zniknęła. I to właśnie zamierzałam zrobić dla niego.

Sturlałam się z łóżka i pobiegłam do mamy.

4

Z krzesła ściągnęła ją kolejna fala zapłakanych przyjaciółek z zapiekankami. Niezbyt uprzejmie wykorzystałam pierwszą przerwę w ich rozmowie, by zapytać:

– Mamo, gdzie jest tata?

Zaskoczyłam ją kompletnie.

– O co ci chodzi? Jest w szpitalu.

– Mogę go zobaczyć?

Dwie kobiety, z którymi rozmawiała wcześniej, wymieniły znaczące spojrzenia. To musiała być bardzo nietypowa prośba.

– Nie, kochanie… Przewieziono go już do kostnicy, jak sądzę.

Kostnica. Zimne, sterylne miejsce przeznaczone dla osób, które przestały być ludźmi. Wyobraziłam sobie ojca w jednej z szuflad. Musiał czuć się tak samotnie.

– Chcę go zobaczyć na własne oczy.

Nie umiałam im wytłumaczyć, że nie uwierzę w jego śmierć i przez całą resztę życia będę go szukała, jeśli nie pozwolą mi go zobaczyć albo dotknąć.

Mama zmrużyła przekrwione oczy. Była wyczerpana, a ja nie ułatwiałam jej życia.

– Nie wiem, jak to załatwić, kochanie.

Jedna z jej przyjaciółek, ta, która nad nią stała, wtrąciła w tym momencie:

– Możesz poprosić o taką wizytę, ale dopiero po wykonaniu autopsji i przekazaniu ciała Dana do domu pogrzebowego. Oni go tam… – odchrząknęła, by oczyścić krtań – …ubiorą i umalują odpowiednio, ale to niestety będzie kosztowało nieco drożej.

Mama skupiła się na wizjach skalpeli i dusznych domów pogrzebowych, ale ja miałam przed oczami najłatwiejszą z przedstawionych mi przeszkód.

– Zapłacę za to, mamo. Z pieniędzy zarobionych w Starbucksie – Harowałam tam od momentu podjęcia nauki w szkole pomaturalnej do czasu przeniesienia na UCF i odłożyłam trochę grosza. – Proszę, proszę.

Skrzywiła się mocniej.

– Widziałam go, Jane. Wpuścili mnie na salę, żebym mogła się pożegnać, i… on nie wyglądał już tak jak zazwyczaj. Nie chcę, abyś tak go zapamiętała.

– Mam to gdzieś. Ja po prostu chcę być przy nim.

Mojego ojca nic by nie powstrzymało. Zniósłby wszystko, gdybym nawet zginęła śmiercią tak straszną, że nie dałoby się mnie poskładać.

– Dobrze – zgodziła się umęczona mama. – Możemy rozważyć taką wizytę. Ale tylko ty tam pójdziesz. Wolałabym nie oglądać go po raz kolejny w takim stanie.

Tylko ty tam pójdziesz, śpiewał głos w mojej głowie, ten sam, który mamrotał słowa mające go ocalić. Nie zaginął.

Ogarniające mnie poczucie ulgi było tak silne, że zaczęło stwarzać problemy. Teraz wyraźnie to widzę. Świadomość, że ponownie go zobaczę, uspokoiła mnie do tego stopnia, że po wyjściu koleżanek, gdy zostałam sam na sam z mamą i pozostawionymi przez nie lazaniami, mogłam usiąść na kanapie i włączyć telewizor. Jak zahipnotyzowana przełączałam kolejne kanały. Po raz pierwszy tego okropnego niekończącego się dnia ból osłabł na tyle, że udało mi się zamknąć oczy.

Mówię ci o tym, abyś zrozumiał, dlaczego wstrząsnęło mną to, co się wydarzyło później. Jeśli chcesz, jak twierdzisz, znaleźć przyczynę tego wszystkiego, oto pierwsza kostka domina, która wprawiła w ruch całą resztę: mówię o śmierci ojca i mojej desperacji, by coś począć z tym fantem. Nieważne, co głoszą na ten temat inni, nieważne, co napisała w swojej obrzydliwej książce Ta-Której-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać*, nieważne, co powiedziała Nina Grace i inne gadające głowy z telewizji – taki był prawdziwy początek tej sprawy.

Moje zmysły wyostrzały się powoli. Światła w domu zostały pogaszone, matka spała po drugiej stronie salonu, na rozłożonym fotelu La-Z-Boy, niezdolna do stawienia czoła miejscu zgonu, którym było jej własne łóżko, podczas gdy ja tego desperacko pragnęłam. Nie wiem, co wyrwało mnie ze snu, ale w pierwszej kolejności dotarł do mnie przenikliwy głos prezentera telewizyjnego, który mówił:

– A teraz przejdźmy do przerażającego odkrycia nad jeziorem Okeechobee, gdzie pewien wędkarz, który wybrał się tego popołudnia na ryby, trafił na coś wyjątkowo okropnego.

Skupiłam wzrok na ekranie. Zniknął z niego wymuskany prezenter, zastąpiły go trzciniaste brzegi odległego o sześćdziesiąt pięć kilometrów akwenu. Policjanci, w tym jeden trzymający na smyczy owczarka niemieckiego, otaczali kręgiem ciemny przedmiot leżący na piasku. Granatowe wody jeziora ciągnęły się za nimi aż po horyzont.

– Sześćdziesięciodwuletni Ray Stevens wsiadł do swojej łódki, jak robił to w każdy piątek od chwili przejścia na emeryturę. – Głos prezentera dobiegał zza kadru, na którym jeden z funkcjonariuszy przyklękał właśnie obok ciemnego kształtu. – Tym razem jednak zamiast wielkiego okonia, tak charakterystycznego dla tych czystych wód, jego haczyk zaczepił o wielki czarny worek na śmieci. Po jego wyciągnięciu na powierzchnię pan Stevens od razu się zaniepokoił, ponieważ wspomniany przedmiot był bardzo ciężki, a jego zawartość potwornie cuchnęła.

Kamera zrobiła zbliżenie na czarny worek, taki sam, jakiego używali moi rodzice po strzyżeniu trawników. Wyprostowałam się.

– Po otwarciu worka pan Stevens ujrzał makabryczny widok. W środku znajdowały się rozczłonkowane ludzkie szczątki.

W tym worku ktoś jest. Tam, na piasku.

– Pechowy wędkarz natychmiast wrócił na brzeg i powiadomił odpowiednie służby – kontynuował prezenter. – Policja prosi o pomoc w ustaleniu sprawców tej zbrodni.

Na ekranie pojawiła się ogorzała twarz mężczyzny w policyjnym mundurze. Napis na pasku poniżej głosił: „Detektyw sierżant Clint Abrams, ODP”. Człowiek ten mrużył niebieskie oczy, spoglądając pod słońce, a ja pochyliłam się nad krawędzią kanapy.

– Mamy do czynienia z ogromną tragedią – rzucił szorstkim tonem. – Z okrutną niesprawiedliwością.

Tak, krzyczał głos w mojej głowie, zadowolony z faktu, że ktoś zdołał to w końcu wyartykułować. Niesprawiedliwość. Poczułam to całą sobą.

– Z zimną krwią i bez cienia litości odebrano nam szanowanego członka lokalnej społeczności.

Wyobraziłam sobie ojca leżącego samotnie w kostnicy, gdzieś w ciemnych piwnicach szpitala. To jest zimne i bezlitośne, bez dwóch zdań.

– Potrzebujemy odpowiedzi – warczał detektyw. – Potrzebujemy także waszej pomocy. Jeśli ktokolwiek posiada informacje na ten temat, nawet z pozoru nieistotne, prosimy o zadzwonienie do wydziału kryminalnego naszego departamentu. Podaję numer: osiem, sześć, trzy, pięć, pięć, pięć, zero, jeden, zero, zero.

Potrzebujemy odpowiedzi. Po raz pierwszy w życiu doznałam czegoś, co mój ojciec nazywał olśnieniem. Ja potrzebuję odpowiedzi. To ciało nie powinno trafić w głębiny jeziora, tak jak mój tata nie powinien trafić do kostnicy. Dlaczego musieli umrzeć oni, a nie ktoś inny, i to tak nagle, zanim byli na to gotowi? Czy można było ich ocalić?

Nie umiałam oderwać wzroku od ekranu. Świadomość, że znowu mam cel, była tak intensywna, że poczułam pieczenie w klatce piersiowej, jakby ktoś przywrócił mnie do życia, używając do tego celu defibrylatora.

– Rozwiążemy tę sprawę. – Detektyw spoglądał przeszywającym wzrokiem prosto w obiektyw kamery. – Razem doprowadzimy sprawców przed oblicze sprawiedliwości i zapewnimy spokój zrozpaczonej rodzinie ofiary.

Gdzieś tam były odpowiedzi, czekały na mnie. Wystarczyło rozwikłać tę zagadkę.

Wcisnęłam klawisz pauzy i cofnęłam wiadomości do samego początku.

3 Prawnicy poradzili mi, bym nie wymieniała tej osoby z imienia i nazwiska.

5

Tej nocy śniło mi się, że mój ojciec tonął w morzu. Spoglądał na mnie, przerażony, spod warstwy mętnej wody, błagając wzrokiem o pomoc. Wyskoczyłam za burtę łodzi, ale nie mogłam go dosięgnąć – poczułam jedynie więżący go pradawny chłód. Obudziłam się raptownie na kanapie, w pustym salonie. Z bijącym szybko sercem, przepełniona bólem samotności, powlekłam się do sypialni rodziców i zwinęłam na miejscu, które zazwyczaj zajmował tato. Mama zdążyła je zaścielić w którymś momencie, układając na kapie górę poduszek. Na największej z nich zobaczyłam napis: „Nasze szczęśliwe miejsce” wypisany krągłą kursywą, to był prezent świąteczny od ojca. Wtuliłam w nią twarz, wyobrażałam sobie, że jest nim.

Ciało w wodzie, wyrzucone jak śmieci. Przypomniałam sobie czarny worek leżący na brzegu jeziora Okeechobee. Otworzyłam oczy i sięgnęłam po telefon. („Ech, dzieci – zażartował kiedyś ojciec – chyba wam je chirurgicznie wszyto, gdy na moment odwróciliśmy wzrok”). Wpisałam w Google hasło „ciało w worku na śmieci, jezioro Okeechobee” i wstrzymałam oddech na widok dziesiątek trafień.

Do ciała zdążono przypisać nazwisko. To Indira Babatunde, kobieta, czterdzieści sześć lat, z Indianatown na Florydzie, jeśli wierzyć informacjom zawartym w pierwszym linku. Kliknęłam w niego i na początku artykułu pojawiło się niewielkie, bardzo ziarniste zdjęcie. Było to zbliżenie na twarz Indiry stojącej na tle czegoś białego. Pewnie jakaś fotka z dokumentów. Uśmiech kobiety nie dosięgał jej oczu. Pewnie ześlizgnął się z twarzy, gdy błysnął flesz. Miała ciemną karnację i bursztynowe oczy, włosy spięła w koński ogon. Była ubrana w bluzę, z tego, co zauważyłam, od Ann Taylor – mama także robiła zakupy w tym sklepie. Wiedziałam, że nie powinno się oceniać książki po okładce, ale moja pierwsza myśl była następująca: kto mógłby porąbać na kawałki kobietę, której największą zbrodnią, sądząc z wyglądu, było zrobienie literówki na liście zakupów?

W artykule wyczytałam, że pobrane ze zwłok DNA potwierdziło tożsamość ofiary, choć nikt nie zgłosił wcześniej jej zaginięcia. Mieszkała sama w apartamentowcu, pracowała w recepcji miejscowego arboretum. Jej jedyną krewną była matka przebywająca obecnie w domu opieki w Vero Beach. Głodna wiedzy, przejrzałam pozostałe wskazania Google, klikając w każdy link. Artykuły powtarzały znane mi już fakty, ale portal TreasureCoastInfo.com zdołał dotrzeć do sąsiadów Indiry, którzy powiedzieli, że lubiła robótki na drutach, sadzenie kwiatków w należącym do niej maleńkim ogródku, oglądanie oper mydlanych i odwiedzanie matki. Byli też zszokowani, że ktoś mógł pomyśleć o skrzywdzeniu tak miłej osoby.

Odniosłam podobne wrażenie, choć w zastanawiającym braku informacji wyczuwałam kryjącą się zapewne mroczną historię. Próżnia, na którą trafiałam, zmuszała mnie do jeszcze usilniejszych poszukiwań.

Dopiero na szóstej stronie wyników trafiłam na linijkę tekstu pochodzącego ze strony o nazwie TheRealCrimeNetwork.com. Napisano tam: Indira Babatunde – idę o zakład, że pocięto ją, by zmieściła się do worka. Kliknęłam w link i tak trafiłam na forum, do wątku nazwanego imieniem i nazwiskiem ofiary oraz dopiskiem: „Kobieta z worka na śmieci w jeziorze Okeechobee”. Zamarłam na moment. Wyobraź sobie, że tracisz życie w tak dramatycznych okolicznościach, po czym ktoś pisze o tobie: „Kobieta z worka na śmieci”. Czysta obraza.

Real Crime Network było forum miłośników true crime, reklamującym się sloganem: „Miejsce, w którym prawdziwi detektywi rozwiązują prawdziwe sprawy w czasie rzeczywistym”. Czytałam wcześniej o tak zwanych kanapowych śledczych, którzy próbowali rozwiązać zagadkę zamachu bombowego podczas maratonu w Bostonie czy sprawę Gabby Petito. Powiedzmy sobie szczerze: nie można żyć w dwudziestym pierwszym wieku, nie wiedząc, że istnieje prężnie rozwijająca się subkultura zainteresowana prawdziwymi zbrodniami. Nigdy jednak nie zawędrowałam na ten kraniec internetu. Szczerze powiedziawszy, ruch ten wydawał mi się czymś tandetnym i obciachowym.

Forum nie wyglądało zbyt nowocześnie, jeśli chcecie znać moje zdanie. Strona była kanciasta, miała czarno–czerwone tło, na nim poukładano w pionową listę tematy dzielące się na konkretne wątki i podwątki, przypominała mi pajęczynę składającą się z miliona nici albo pole usiane milionem króliczych nor. Czy w takim miejscu da się wyjaśnić jakąkolwiek zbrodnię? I kto niby to robił, jakiś zbiorowy umysł? Wątpiłam w to, ale i tak przejrzałam wątek dotyczący Indiry.

SeattleHawks*: To świetny temat dla nas, jak sadzę. Sprawa nie przyciągnęła zbyt wiele uwagi poza lokalnymi mediami. Będą nas potrzebować.

Minacaren:Ignorujcie żądne uwagi Seattle. Co o tym sądzicie, ludziska?

Smithsfan: Szczątki wyłowił ze wschodniego krańca jeziora Okeechobee jakiś wędkarz. Z tego, co wiem, to miejsce jest numerem jeden na liście łowisk Florydy, więc to jakby się zgadzało.

Mamajama: Jestem z Florydy. Miejscowi nazywają to jezioro Wielkim O. Sporo się tam wędkuje.

SeattleHawks: Wielkie O kojarzy się z seksem, nie? Dziwna jest ta Floryda.

Smithsfan: Jeśli sprawdzicie tabelę głębokości, którą załączyłem, to dowiecie się, że wschodnia część tego zbiornika wodnego jest najgłębsza. Czyżby ten, kto porzucił zwłoki, wiedział o tym?

Carolrichards68: Ciekawa teoria. Zwłoki znalazł Ray Stevens, 62, były spec od reklamy, który mieszkał w New Jersey, ale po przejściu na emeryturę przeprowadził się na Florydę.

Minacaren: 62 lata to chyba trochę za wcześnie na emeryturę. Czyżby był nadziany?

Carolrichards68: Wygląda na to, że nieźle sobie radzi. Rok temu razem z żoną nabył dom za 800 tysięcy w Okeechobee, jeśli wierzyć aktom własności. Nie wspominając o łodzi.

Zrobiłam wielkie oczy. Akty własności – czy ci ludzie mogą mieć dostęp do takich dokumentów?

HiltoftheSword: Nie ma na koncie żadnych wykroczeń poza niedawnym mandatem za przekroczenie prędkości, zapłaconym oczywiście na czas. Jego obecność w mediach społecznościowych nie odbiega od normy. Według Facebooka ma pierwszą żonę (nie posiada IG/Twittera/Tiktoka, gdzie można by prześledzić dokładniej jego życie). Do tego dwoje dzieci, które mieszkają nadal w New Jersey, i kilkoro wnuków. Czy pasuje nam na niewinnego świadka?

Minacaren: Mnie pasuje. To facet, który znalazł się w złym miejscu o niewłaściwej porze. Z raportu policji wynika, że zachowywał się w przewidywalny sposób. Wyłowił worek, zajrzał do środka i od razu pobiegł zadzwonić na numer alarmowy. Był roztrzęsiony podczas przesłuchania.

Ci ludzie mieli dostęp do raportów policyjnych? Otworzyłam nową zakładkę i wpisałam: „raport policyjny Indira Babatunde”, ale pomimo przeskrolowania wielu stron nie trafiłam na nic konkretnego. Wróciłam do czytania forum. Może myliłam się co do miłośników true crime. Jak widać, umieli otworzyć wiele drzwi, które dla mnie pozostawały zamknięte. Ukryte światy, tajemne miejsca. Chciałam, potrzebowałam im się przyjrzeć.

SeattleHawks: Powinniśmy ustalić, z kim umawiała się Indira. W takich przypadkach zawsze chodzi o chłopaka.

Minacaren:Seattle, wracaj śmiało do sprawy Iris Lapow. Tam to przećwiczyliśmy.

GeorgeLightly: Ale on ma rację. Mordercami kobiet są najczęściej ich partnerzy, zwłaszcza gdy ci są mężczyznami.

Carolrichards68: Lightly! To zaszczyt gościć cię na tym forum.

To schlebianie wydało mi się interesujące. Czyżby Lightly był jakąś szychą?

GeorgeLightly: Cieszy mnie, że ta sprawa przyciąga uwagę forum. W zbyt wielu przypadkach śmiercią czarnych kobiet nikt się nie interesuje. Zwłaszcza jeśli mają nigeryjskie nazwiska.

SeatlleHawks: Tylko bez takich kazań! Tutaj wszyscy jesteśmy po twojej stronie.

Minacaren: Ech, Seattle… A wracając do sprawy, zastanawia mnie to rozczłonkowanie. To najbardziej uderzający szczegół, może poza faktem, że nikt nie zgłosił zaginięcia Indiry. Jak sądzicie, czy to był bardziej pragmatyczny, czy emocjonalny wybór?

Odłożyłam telefon i wyobraziłam sobie kogoś, kto z pełnym rozmysłem przepiłowuje ciało kobiety (nie zrobił tego przecież nożem kuchennym?). Tnie staw po stawie, zaczynając od miękkich, giętkich miejsc. Nawet by się nie spocił, kawałkując ciało i wyłamując kości. Czysty pragmatyzm.

HiltoftheSword: Moim zdaniem rozczłonkowania dokonano pośmiertnie, aby zmieścić ciało w worku na śmieci, choć to akurat potwierdzi dopiero wynik autopsji. W tym jeziorze żyje jedna z największych populacji aligatorów na Florydzie. Idę o zakład, że morderca liczył, iż ją zjedzą. Nie ma ciała, nie ma zbrodni, jak zwykła mawiać wielka Taylor Swift.

GeorgeLightly: Pamiętaj, my nigdy nie robimy założeń. Śledzimy nici do chwili, gdy drobina po drobinie zacznie pojawiać się konkretny obraz. Z tego, co widziałem na zdjęciach – nadal czekam na potwierdzenie z OPD – worek był marki Hefty Strong Lawn & Leaf. Miał takie same niebieskie taśmy do wiązania i charakterystyczny połysk tworzywa. Niestety, produkty tej firmy można znaleźć w niemal każdym sklepie, są produkowane od wielu lat. Szukanie tego, kto go kupił, nie ma więc sensu. Kto może wiedzieć, gdzie i kiedy dokonano tego zakupu.

Ciekawe. Ci ludzie wydawali się bardzo inteligentni. Gdy byłam młodsza, miałam wystarczająco dobre oceny na sprawdzianach, by zaliczać się do grona dobrych uczniów. Nauczyciele bardzo mnie chwalili, a i mnie dalsza nauka wydawała się obiecującym kierunkiem. Ale to był krótki czas; im bardziej dorastałam, tym więcej żywiłam obaw, po czym szkoła stała się źródłem nieustannych stresów. Więcej uwagi zwracałam na innych uczniów niż na nauczycieli i podręczniki. Ich potrzeby, pragnienia, lęki i nadzieje – zarówno te drobne, jak i wielkie – zapełniały mi głowę nieprzerwanym strumieniem, wypierając moje własne troski. Przejmowałam się nimi, czułam się podle za każdym razem, gdy ktoś zaliczył połajankę, dostał karę albo stał się obiektem drwin. Cieszyłam się ich sukcesami, choć tych było znacznie mniej.

Zawsze miałam w sobie tę wrażliwość, o ile jest to właściwe określenie. Mama zwykła mawiać, że jestem „za bardzo wyczulona” na ludzi, jakbym była odbiornikiem radiowym, który ktoś ustawi na niewłaściwą stację. Wiedziałam, że chodziło jej o to, że spędzam zbyt wiele czasu, martwiąc się o potrzeby innych osób i zbyt mocno angażując się w ich życie. Tata nazywał to „wysoką inteligencją emocjonalną”, ale on zawsze widział we mnie tylko to, co najlepsze. Czymkolwiek to było – lękiem społecznym, nerwicą czy empatią posuniętą do granic patologii – zamieniało pobyt w szkole w pole nieustającej bitwy. Na późniejszych etapach edukacji byłam zbyt zajęta tym, aby nie wdepnąć na minę, i wyczekiwaniem dzwonka, by móc koncentrować się na nauce. Zazdrościłam dzieciakom, których umysły były na tyle spokojne, by mogły zaliczać klasówki i wysyłać podania o przyjęcie na studia. Ja tego nie umiałam, a moje obniżające się coraz bardziej oceny to potwierdzały.

Wiem, co sobie myślicie: że to pozory fałszywej skromności, pozwalające na uniknięcie wyjaśnień, jak udało mi się dokonać tych wszystkich ustaleń śledczych. Słyszeliście o mnie różne rzeczy w wiadomościach albo od Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymieniać. Ale staję teraz przed wami, by wyprostować wszystkie kłamstwa. Taka jest prawda, bez względu na to, jak bardzo chciałabym widzieć w sobie kogoś na miarę Alberta Einsteina, który ponosił w szkole porażkę za porażką, ponieważ jego mózg wyprzedzał swoje czasy. Owszem, czasami udawało mi się dobrze odczytać jakąś osobę, ale moje sukcesy zawdzięczam wyłącznie szczęściu. Nie błyskotliwości i na pewno nie temu, co w Tej Obrzydliwej Książce określono mianem „niemal socjopatycznego poziomu bezlitosnej manipulacji”.

Jak się za chwilę przekonacie, bywałam bardzo litościwa.

* Na forach używa się pseudonimów zamiast prawdziwych nazwisk, aby chronić niewinnych użytkowników (zakładając, że tacy w ogóle istnieją).

6

Mama, otwierając drzwi do własnej sypialni, zaskoczyła mnie tak bardzo, że upuściłam smartfon, nie odczytawszy nawet połowy wątku o Indirze Babatunde.

– Wybrałam zakład pogrzebowy. Tato zostanie tam przewieziony jeszcze dzisiaj.

Zgramoliłam się z łóżka, czując wstyd, że leżę na jej miejscu, gdy ona nadal nie umie przekroczyć progu.

– Znalazłaś odpowiednie miejsce?

– Lekarz sądowy zadzwonił dzisiaj rano. Wykonał sekcję zwłok i pytał, gdzie mają odesłać ciało. – Przełknęła ślinę. – Uznałam, że lepiej samemu wybrać niż robić z tego problem.

– Co wykazała autopsja?

Jaka była przyczyna śmierci, dopytywał głos w mojej głowie. Brzmiał teraz jak chór użytkowników Real Crime Network.

– Zator tętnicy wieńcowej prowadzący do zawału mięśnia sercowego. – Zmrużyłam oczy. – Atak serca – wyjaśniła zwięźlej – spowodowany nagromadzeniem zmian miażdżycowych w tętnicy.

Spojrzałyśmy sobie w oczy i od razu zobaczyłam w nich to, czego nie dopowiedziała: spowodowany jego wagą. Otyłość ojca była najboleśniejszym tematem poruszanym w tym domu. Z biegiem czasu wysportowany marynarz, którego mama poznała, przestał ćwiczyć – cóż, przestał, znowu zaczął i jeszcze raz przestał – po czym tragicznie przybrał na wadze. Próbowali razem wszystkiego: ćwiczenia w parach, wyzwań fitnessowych, diet, nawet przeszli na weganizm, ale niewiele to pomagało. Żeby nie wiem jak bardzo się starał – a to jak bardzo zależało głównie od tego, kto pytał – pozostawał otyły.

To dla mnie prawdziwa zagwozdka. Ojciec był bardzo aktywnym i silnym człowiekiem. Mógł skosić trawę na całym podwórzu, i to za jednym zamachem. Odżywiał się zdrowo, z tego, co widziałam, a jeśli liznął gałkę lodów albo zjadł kawałek ciasta na imprezie u sąsiada, to przecież ludzka rzecz. Ale nawet tak drobne uchybienia zaczęły się kumulować w ostatnich miesiącach przed moim wyjazdem na UCF. Pewnej nocy napięcie w domu sięgnęło zenitu, słyszałam na własne uszy, jak mama wykrzyczała mu w twarz, że zmarnował życie, zdradził ją, łamiąc obietnicę, iż zestarzeją się razem, i narażał swoje zdrowie na szwank. A teraz nie żyje. Cóż za męka – mieć w takiej sytuacji rację.

Wzięłam głęboki wdech i zacisnęłam dłonie na kołdrze.

– Bardzo cierpiał?

Długo zwlekała z odpowiedzią.

– Nie, kochanie. Nie sądzę.

Zamilkłyśmy. Chyba zrozumiała po mojej minie, jak bardzo boleję, bo poczuła się w obowiązku, by dodać:

– Doktor błagał go, by zaczął brać leki na obniżenie ciśnienia. Twierdził, że wyniki są zatrważające i tylko leczenie może ocalić mu życie. Ale ojciec odmówił.

Spoglądałam na nią, nic nie rozumiejąc.

– Dlaczego to zrobił?

– Naprawdę nie wiem. – Głos mamy zaczyna się łamać. – Ojciec lubił robić wszystko po swojemu. Nie mogłam podjąć za niego decyzji, choćbym bardzo tego chciała.

Siedziałam tam, odczuwając wtórne wstrząsy szoku. Dlaczego odmawiał wzięcia leku, który mógł ocalić mu życie? Czyżby chodziło o jakieś straszliwe skutki uboczne? Nie wierzył, że jego stan jest aż tak poważny, by się nim przejmować? W mojej głowie pojawiła się kolejna mroczna myśl, zanim zdołałam ją powstrzymać: nie zależało mu, żeby żyć?

Mama przestąpiła w końcu przez próg i pokazała mi trzymaną w dłoni ulotkę. „Waldorf, usługi pogrzebowe i krematoryjne”, z niewielkim ananasem wydrukowanym w lewym górnym narożniku. Na Florydzie nawet grabarze muszą pozować na tropiki.

– To miejsce, które wybrałam – powiedziała. – Co o nim myślisz?

W tym momencie mogłam myśleć tylko o jednym: dlaczego tato nie chciał zażywać tego cholernego lekarstwa? Nie dawało mi to spokoju, ale ona patrzyła na mnie tak błagalnie, że przemogłam się i wzięłam ulotkę.

– Chciał, żeby go skremować – dodała.

Przeglądałam listę dostępnych usług, dopóki mój wzrok nie trafił na następujący zapis: „Odwiedziny. Zapewnimy wam ustronne miejsce, w którym możecie pożegnać ukochane osoby. Zmarli zostaną przygotowani zgodnie z waszymi wytycznymi, ubierzemy ich także w dostarczone przez was rzeczy. Możecie wybrać wystawienie ciała w trumnie albo mniej formalnie, na katafalku, oczywiście pod stosownym całunem. Wizyta z powodów sanitarnych może trwać maksymalnie dziewięćdziesiąt minut. Cena: 300 dolarów”.

Zakręciło mi się w głowie. Ledwie mogłam to pojąć. Poczułam nagłą potrzebę powrotu do czarno-czerwonego świata forum poświęconego true crime.

– Wygląda na porządne miejsce – stwierdziłam półgłosem. – A ja nadal chciałabym go odwiedzić.

– Okej – odpowiedziała równie cicho. – Poinformowali mnie, że będzie to możliwe, ale dopiero jutro. Idź może do szafy ojca i wybierz rzeczy, w które ma być ubrany.

@

Ludzie nie doceniają siły odwracania uwagi. Tamtej nocy walczyłam ze słowami i obrazami wirującymi w mojej głowie – ukochane osoby, powody sanitarne, ale odmówił – a robiłam to, otwierając apkę z sudoku. Rozwiązywałam je na komórce przez siedem bitych godzin, od dwudziestej do trzeciej nad ranem, jedno po drugim, uzależniając się od otępienia, jakie fundowały mi łamigłówki. Rozwiązywałam, rozwiązywałam, rozwiązywałam, aż w końcu udało mi się zasnąć.

7

Zakład pogrzebowy Waldorf miał charakterystyczny zapach, jakby w zbyt malej przestrzeni użyto zbyt wiele odświeżacza powietrza. Był to spory teren obsadzony drzewami – dało się zauważyć, że ten, kto go zbudował, chciał stworzyć coś ładnego, ale jego starania przyniosły bardzo odmienne, raczej smutne efekty. Mama zaprosiła na odwiedziny rodzinę ojca i jego przyjaciół, ale zgodnie z moimi przewidywaniami tylko ja zdołałam się przemóc. Tyle przygotowań i cała para poszła w gwizdek, bo w zakładzie pogrzebowym zjawiła się tylko jedna osoba. Trzysta dolarów, to chyba największe pieniądze, jakie zapłaciłam, kupując coś tylko dla siebie, w tym wypadku możliwość bycia sam na sam z tatą.

Przed wejściem do tego pomieszczenia trzęsłam się z nerwów. Przydzielona mi pracownica Waldorfa rzuciła energicznym tonem:

– Pamiętaj, masz tylko dziewięćdziesiąt minut. Poinformuj, proszę, tych, którzy przyjdą później, że nie możemy przedłużyć tego terminu. Trzymamy ciało zmarłego w chłodni, zatem, co zrozumiałe, nie możemy zagwarantować, że po tak długim czasie spędzonym w temperaturze pokojowej nie zacznie gorzej pachnieć.

– Będę tylko ja.

Wskazała dłonią uchylone drzwi, uśmiechając się współczująco, jakby nie mówiła o moim ojcu, tylko kawałku mięsa, któremu kończy się termin przydatności do spożycia.

Rozsypałam się natychmiast po wejściu do pomieszczenia i zobaczeniu go na katafalku w szortach i bordowej koszulce polo, którą sama wybierałam – tak wyglądał jego zwyczajowy codzienny strój.

– Och, tatusiu! – zawołałam, padając na kolana.

Jego fizyczna obecność – sam fakt, że nadal istniał – była tak pocieszająca i głęboko uspokajająca. Wyglądał, jakby spał. Miał zamknięte oczy, dłonie splecione na piersi, całunem nakryto go tylko do pasa. Nigdy wcześniej nie targały mną tak silne i sprzeczne emocje. Z jednej strony czułam oszałamiającą ulgę, że w końcu go znalazłam, ale z drugiej zdawałam sobie sprawę, że już go nie ma, i ta świadomość przeradzała się w narastające szybko przerażenie, gdy podchodziłam na paluszkach do katafalku. To ciało było i nie było zarazem moim ojcem.

Nigdy wcześniej nie widziałam zwłok człowieka. Wiem, że zakrawa to na ironię, zwłaszcza w świetle tego, z czego zasłynęłam później, ale każdy musi od czegoś zacząć, jak sądzę. Przed tym dniem śmierć była dla mnie pojęciem abstrakcyjnym – momentem zakończenia czyjejś obecności na Ziemi, wniebowstąpieniem duszy i tym podobnymi cudami. Po raz pierwszy zostałam skonfrontowana z materialnością zgonu. Przede wszystkim z twarzą mojego taty było coś nie tak. Za życia był przystojnym mężczyzną i pozostał nim pomimo zaawansowanego wieku i sporej tuszy – zanim wyłysiał, miał ciemne kręcone włosy, do tego żywe, błyszczące piwne oczy i rzymski nos. Teraz jednak cała twarz utraciła część rysów, ponieważ była dziwnie napuchnięta, a ciemne rzęsy dziwnie sterczały, jakby ktoś próbował poprzyklejać je do skóry (dużo później dowiedziałam się, że powieki zmarłych są często zszywane, aby uniknąć nieoczekiwanego otwarcia oczu), a gdy przyjrzałam się bliżej jego rękom, tym dłoniom, w których trzymał mnie, gdy byłam maleńka, zauważyłam, że czubki palców pod paznokciami całkiem poczerniały.

Właśnie dlatego matka nie chciała, bym oglądała go w takim stanie: pomimo wszystkich tych eleganckich teorii, arcydzieł sztuki i lotów na Księżyc, pomimo wszystkich tych skomplikowanych uczuć, którymi się darzymy – na koniec istoty ludzkie zostają i tak zredukowane do kawałka gnijącego mięsa. Przypomniałam sobie w tym momencie o Real Crime Network i pragmatyzmie, z jakim ci ludzie rozmawiali o rozczłonkowywaniu ciała. Oni znali prawdę. Radzili sobie z nią bez względu na to, jak mogła być paskudna albo niepokojąca. Nagle wydało mi się to bardzo odważne.

Ale tak właśnie kochałam ojca: patrzyłam na jego opuchnięte dłonie z czerniejącymi koniuszkami palców, przypominając sobie, jak bardzo lubił być przytulany, że dorastał w licznej rodzinie, w której nie okazywano sobie zbyt wiele czułości i dlatego nadrabiał to później, z nami. Dzięki temu zdołałam odrzucić strach i złapać go za ręce. Były nienaturalnie zimne. Wręcz lodowate. Ściskałam je mocno, choć moje ciepło nie zdołało ich ogrzać, i powtarzałam w kółko, jak bardzo go kochałam. Powiedziałam, że jest mi przykro, iż został obrabowany z życia, ze wszystkiego, czego miał jeszcze dokonać i doświadczyć. Zapytałam, dlaczego nie chciał brać tych lekarstw, dlaczego nie robił wszystkiego, co w jego mocy, by móc być nadal ze mną. Głos mi się łamał pod ciężarem tych słów, ale nie zamilkłam, dopóki nie wylałam z siebie wszystkiego, i dopiero wtedy go puściłam.

Spędziłam z nim tylko dwadzieścia z przysługujących mi dziewięćdziesięciu minut.

8

Później tego samego wieczora, szukając jakiejś odskoczni, wróciłam na forum, tym razem korzystając z laptopa. A pojawiło się tam sporo nowych treści.

Minacaren: Czy ustaliliśmy z całą pewnością, że Indira nie miała chłopaka? Sprawdziliśmy wszystkie dostępne kanały?

CitizenNight: Przydzieliliśmy to zadanie Goku, ale nic nie znalazł. Nic więcej nie osiągniemy.

LordGoku: Przekopałem jej socjale, udało mi się nawet zalogować na jej stanowisko w arboretum, bo wiecie, to przedsiębiorstwo zarządzane przez urząd miasta. Nie ma tam jednak nic podejrzanego, ale nie mogę się już doczekać, kiedy położę łapy na jej własnym komputerze, o ile posiadała jakiś.

SeattleHawks: Domyślam się, że nie powinniśmy pytać, jak udało ci się zalogować, i to zdalnie, do państwowego komputera.

Carolrichards68: Lepiej mu podziękuj. Mieliśmy szczęście, że Goku i Citizen zainteresowali się tą sprawą.

CitizenNight: Hej, idziemy wszędzie tam, gdzie pójdzie Lightly.

GeorgeLightly: Dobra, dość tego poklepywania się po plecach. Moim zdaniem możemy wykluczyć wersję z chłopakiem, a nawet teorię o pierwszej randce zakończonej kompletnym fiaskiem. Czy komuś udało się pogadać z jej sąsiadami albo przyjaciółmi?

Skrzywiłam się, gdy to przeczytałam. Czy przyjaciele albo sąsiedzi tej kobiety byliby tak otwarci, aby rozmawiać na jej temat z każdym, kto do nich podejdzie? Czy ludziom aż tak bardzo zależy, by wyrzucić to z siebie, czy raczej pragną brać udział w tej akcji?

HiltoftheSword: Zagadałam do jej sąsiadki na Facebooku. Załączam zrzut ekranu z treścią naszej rozmowy. Indira była *prawdziwą* domatorką. Sąsiadka twierdzi, że prawie cały czas spędzała u siebie. Siadywała na ganku i robiła na drutach. Karmiła koty z pobliskich domów. To nie była kobieta, która szuka kłopotów. Jedyne, na co kiedykolwiek narzekała, jeśli wierzyć mojej rozmówczyni, to dom spokojnej starości, w którym przebywa jej mama. Wygląda na to, że czesne pochłaniało sporą część jej wypłaty, ale nie była zadowolona z poziomu świadczonych tam usług.

CitizenNight: Ciekawe. Zastanawiam się, czy nie powinniśmy przyjrzeć się bliżej temu domowi spokojnej starości.

SeattleHawks: Teoria numer 1: Niezadowolona właścicielka domu spokojnej starości rozczłonkowuje Indirę za groźby ujawnienia, że jej interes jest tak naprawdę pralnią brudnych pieniędzy.

GeorgeLightly: Możesz kpić, Seattle, ale widywałem już o wiele durniejsze przypadki.

Ciekawe. Kliknęłam w nick Lightly’ego i tak weszłam na jego profil. Forum TheRealCrimeNetwork.com nie wymagało od użytkowników zamieszczania zdjęć, znalazłam więc tylko informację, że faktycznie tak się nazywał i był emerytowanym funkcjonariuszem policji z Chicago.

Jeju. Lightly to emerytowany glina. Nic dziwnego, że darzą go tutaj takim szacunkiem. Ale co on robi w takim miejscu?

SeattleHawks: Ha! Przeglądam zapis chatu. Hilt, udawałeś reportera „Palm Beach Post”. To w ogóle legalne?

HiltoftheSword: Ważne, że zadziałało. Dotarłem też do kobiety, która pracowała z Indirą w arboretum. Powiedziała, że tamtejsze biuro jest małe, ale wszyscy uwielbiali tę kobietę. Pracowała tam od wielu lat.

CitizenNight: Powiedziała ci, kiedy Indira przestała się pokazywać w pracy?

HiltoftheSword: Pierwszą nieobecność zanotowano we wtorek przed znalezieniem jej zwłok. W poniedziałek była w pracy i zachowywała się całkowicie normalnie, jeśli wierzyć jej koleżance.

Pracowała w poniedziałek, zniknęła we wtorek, w piątek znaleziono jej szczątki.

GeorgeLightly: Ciekawe, czy sąsiadka widziała ją w drugiej części tygodnia. Staram się ustalić, kiedy dokładnie zniknęła.

CitizenNight: Dlaczego nikt nie zgłosił jej zniknięcia, skoro przestała przychodzić do pracy?

W tym momencie uświadomiłam sobie, że musimy poinformować o zgonie pracodawcę ojca i kolegów z klubu stolarskiego, którego był aktywnym członkiem. No i pewnie użytkowników forum Star Treka, z którymi tak często rozmawiał. Oni wszyscy chcieliby pewnie wiedzieć, co się wydarzyło. Musimy poinformować tak wielu ludzi o jego odejściu, powtarzając słowa, które nawet do nas w pełni nie docierają.

HiltoftheSword: Wrócę tam i wypytam tę koleżankę, dlaczego nie zgłosiła nieobecności. Odniosłem wrażenie, że Indira była filarem tego biura. Może to ona zgłaszała wyżej fakt czyjejś nieobecności? Tak to mniej więcej wyglądało w mojej dawnej pracy. Jeśli nie zrobiła tego osoba odpowiadająca za konkretną czynność, to nikt inny się tym nie zajmował.

LordGoku: Mogę przejrzeć wiadomości przychodzące w skrzynkach jej koleżanek. Sprawdzę, czy nie wspomniano w nich o nieobecności Indiry.

GeorgeLightly: Świetny pomysł.

SeattleHawks: Lol, kim ty jesteś, Goku? NSA/CIA? No weź, możesz nam to powiedzieć.

LordGoku: Przypomnij mi swój wkład do tej sprawy, Seattle?

SeattleHawks: Hej, to ja znalazłem w Google zdjęcia domu Indiry sprzed zaledwie dwóch tygodni. Tu masz załącznik. Z tego, co widziałem, nie miała dodatkowego oświetlenia przy wejściu ani innego monitoringu.

Minacaren: U licha, to naprawdę pomocne.

Kliknęłam w link ze zdjęciami. Indira mieszkała w typowym, pomalowanym na kremowo domu z niewielkim gankiem i wysokimi strelicjami na trawniku od frontu, te barwne badylaste kwiatki były tutaj, w południowej części Florydy, czymś powszechnym. Jej dom stał wciśnięty pomiędzy bliźniaczo wyglądające zabudowania.

GeorgeLightly: Mamy zatem kobietę w średnim wieku, tak spokojną, że nieomal niewidzialną dla innych, może z wyjątkiem koleżanek z pracy, które lubiły ją bez wyjątku. A jej jedyny problem, o którym wiemy, polegał na tym, że chciała lepszego traktowania jej mamy w domu spokojnej starości. Jaki, u licha, mógł być motyw tego morderstwa?

HiltoftheSword: Ja nie widzę żadnego.

Minacaren: Ja także.

CitizenNight: Ludziska, Seattle wspomniał o Google, co naprowadziło mnie na myśl, że moglibyśmy zbadać teren wokół jej domu. Właśnie znalazłem tuż obok spożywczak. Stoi na jedynym wjeździe i wyjeździe z jej ulicy. Idę o zakład, że mają tam monitoring.

LordGoku: Gdyby udało się zdobyć te nagrania, moglibyśmy sprawdzić, czy Indira pojawia się na nich po poniedziałku. Namierzyć jej Hondę Civic.

GeorgeLightly: Świetny pomysł, Citizen. Możemy zwrócić się do tego sklepu z prośbą o udostepnienie nagrań?

CitizenNight: To taka nora, że nie ma nawet strony internetowej. Może Goku umiałby go namierzyć na żółtych stronach? Chyba żadne z nas nie mieszka na tyle blisko, by wybrać się tam osobiście…

Dlaczego to zrobiłam? Dlaczego przeszłam z pozycji biernego obserwatora, używającego forum jako makabrycznej odskoczni od śmierci własnego ojca, do roli aktywnego użytkownika forum, bezmyślnie wkraczając na pisaną mi ścieżkę historii? Dlaczego poczułam tę palącą potrzebę utopienia własnych trosk i żali w krzywdzie i śmierci innej osoby?

Powody tej decyzji są zbyt skomplikowane, bym mogła je wyjaśnić w prosty sposób. Mogę ci tylko powiedzieć, że nie odzyskałam spokoju nawet po zobaczeniu ojca w zakładzie pogrzebowym. Szczerze mówiąc, miałam wrażenie, że jeszcze bardziej go nie rozumiałam. Dlaczego nie zażywał tego cholernego leku na nadciśnienie? To była pierwsza szczelina w zbroi mojej pewności siebie. Czy naprawdę znałam ojca na wylot? Im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym większą miałam pewność, że znałam go tylko częściowo – od strony ściskania się, pocieszania, filmów science fiction i cierpliwości w głosie, gdy dzwoniłam do niego po złapaniu gumy na trasie. Ale jak dobrze znałam go jako człowieka, gdy nie odgrywał roli taty? Czy nie byłam mu winna godności i intymności bycia poznanym naprawdę? Czy nie byłam sobie winna rozwikłania tajemnicy, kim naprawdę był mój ojciec i jak ta prawda o nim miała się do jego śmierci?

Może w tym tkwi sedno problemu: może nie angażowałam się wystarczająco, ponieważ próbowałam zgrywać bohaterkę. Może chciałam poznać ojca, ale nie wiedziałam, jak się za to zabrać, a co za tym idzie, uznałam, że pomagając rozwiązywać tajemnice innych osób, dowiem się także czegoś o nim. Może chodziło o zwykłą samolubność?*

Przeszłam na podstronę tworzenia konta. Forum nie wymagało podania zbyt wielu informacji. Zawahałam się tylko przy wyborze nazwy użytkownika. Jak chcę być znana? Pod prawdziwym nazwiskiem? Pod maską? Zastanawiałam się nad tym bez końca, po czym zdecydowałam się na coś bardziej szczerego od imienia. Wróciłam do wątku o Indirze. Wszyscy zdążyli już potwierdzić, że nie mieszkają zbyt blisko Indiantown i nie dadzą rady dotrzeć do wspomnianego sklepu. Wzięłam głęboki oddech i napisałam swój pierwszy post.

Searcher24: Ja to zrobię.

* Widzisz, że próbuję patrzeć na siebie w sposób jak najbardziej obiektywny? Mam nadzieję, że to coś znaczy.

9

Podbudowana wyrazami wsparcia z forum, już następnego ranka pojechałam Hyundaiem mojej mamy pod dom Indiry. Miałam do odegrania kluczową rolę. Real Crime Network liczyło na mnie.

Mama, rzucając mi kluczyki do ręki, nie omieszkała przypomnieć, że prochy ojca będą gotowe do odebrania już popołudniu, przed jutrzejszym pogrzebem. Wszystko działo się tak szybko. Jadąc do Indiantown, tak bardzo starałam się nie wyobrażać sobie procesu kremacji, że naprawdę niewiele brakowało, bym minęła zjazd prowadzący do dzielnicy, w której mieszkała Indira.

Wziąwszy się w garść, przejechałam jej ulicą, rejestrując każdy szczegół. Na Florydzie jest mnóstwo rozległych, starannie rozplanowanych osiedli wyglądających, jakby wyjęto je prosto z planu Miasteczka Pleasantville. Niektóre z nich sponsoruje Disney, inne są własnością sieci kurortów, ale wszystkie wyglądają identycznie: rząd za rzędem takich samych domów, dzielnice typu kopiuj-wklej. Dom Indiry był jednym z nich, nawet strelicje na trawniku od frontu nie różniły się niczym od tych, które rosły u sąsiadów. Poczułam dreszcz emocji dopiero, gdy mijałam zaniedbany sklep spożywczy z wielkimi neonami głoszącymi: „Piwo” i „Lód”. Nad wejściem zamontowano prostą kamerę CCTV – Citizen miał rację. Jest monitoring.

Podjechałam pod dom Indiry, czując się jak stalkerka, jak ktoś, kogo nie powinno tu być. Na samym domu nie zauważyłam nic, co wskazywałoby, że mieszkała w nim niedawno zamordowana kobieta – żadnej żółtej taśmy ani kręcących się policjantów. Zwolniłam, potem zawróciłam na pętli kończącej ślepą uliczkę i wróciłam tą samą drogą. Citizen w tym także się nie mylił – nie było stąd innego wyjazdu.

Zatrzymałam się przed sklepem spożywczym i spojrzałam na kamerę. Miała dwa obiektywy, jeden skierowano na drzwi, drugi obejmował polem widzenia ulicę. To dobrze wróżyło. Zaczęłam wysiadać, ale zamarłam w pół ruchu. Mam tam wejść ot tak, po prostu, i poprosić sprzedawcę o udostępnienie nagrań? Powinnam zdradzić, że chodzi o śledztwo w sprawie zamordowania Indiry Babatunde, czy zataić ten fakt?

Siedziałam tak do momentu, w którym zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę mam gdzieś, czy wyjdę na głupka. Mój ojciec dopiero co zmarł. Czy może mi się przydarzyć coś jeszcze gorszego? Nie spodziewałam się, że żałoba może być tak niesamowicie wyzwalająca. Wkroczyłam do sklepu pewnym krokiem. Sprzedawcą był nastolatek z twarzą pokrytą jątrzącym się trądzikiem, na który nie pomagały zapewne opary tłuszczu unoszące się znad podgrzewarki pełnej lśniących parówek do hot dogów.

– Cześć, Chris – rzuciłam, odczytawszy imię z plakietki. – Może to pytanie zabrzmi dziwnie, ale chciałabym wiedzieć, czy te kamery na zewnątrz działają?

Posłał mi zaniepokojone spojrzenie.

– Ty chyba… nie myślisz o… obrabowaniu naszego sklepu?

– Ależ skąd. Nie zamierzam was obrobić. – Zaśmiałam się nerwowo, co jeszcze bardziej go zaniepokoiło. – Kilka dni temu zabito moją przyjaciółkę. Mieszkała niedaleko stąd, a policja poprosiła nas o pomoc.

Większość z tego, co mówiłam, teoretycznie było prawdą, a jemu od razu zaświeciły się oczy.

– Mówisz o tej kobiecie, którą znaleziono w worku na śmieci?

Ktoś stanął za mną w kolejce.

– Miała na imię Indira, ale tak, należę do grupy zajmującej się badaniem jej sprawy. Niedawno odkryliśmy, że nagrania z twojego sklepu mogą pomoc w ustaleniu przebiegu zdarzeń.

Nigdy wcześniej nie czułam się tak ważna. Wyprężyłam dumnie pierś.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Nota od Autorki

Część I. Tutaj w mroku nie jesteśmy już sobie obcy.

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji