Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
97 osób interesuje się tą książką
Czy w świecie rządzonym przez mężczyzn można jeszcze wymierzyć sprawiedliwość?
Mroczny, intensywny thriller psychologiczny, który bezlitośnie demaskuje mechanizmy władzy, manipulacji i przemocy systemowej wobec kobiet. Autorka bestselleru „W snach to ja trzymam nóż” sięga po konwencję true crime, by stworzyć zaangażowany społecznie, feministyczny thriller o mizoginii, podporządkowaniu i cenie kobiecego wyzwolenia.
Współczesne Stany Zjednoczone, zamożne przedmieścia Teksasu. Shay Evans prowadzi spokojne, starannie poukładane życie. Wszystko zmienia się, gdy dociera do niej wiadomość o śmierci dawnej przyjaciółki. W czasach studiów obie kobiety należały do sekty, w której charyzmatyczny przywódca wymuszał na kobietach bezwzględne posłuszeństwo, narzucał tradycyjne role płciowe i odbierał im niezależność. Ucieczka z tego świata miała oznaczać koniec koszmaru. Tymczasem powrót do tamtych wydarzeń zmusza Shay do konfrontacji nie tylko z doznaną przemocą, lecz także z fundamentalnym pytaniem: czy w systemie zbudowanym przez mężczyzn sprawiedliwość w ogóle jest możliwa.
„Posłuszna” to thriller o kobiecej sile i cenie milczenia. O tym, jak daleko można się posunąć, gdy instytucje zawodzą, a przeszłość wciąż rzuca cień na teraźniejszość. To powieść, która nie tylko trzyma w napięciu, lecz także prowokuje do refleksji nad tym, jak łatwo władza potrafi się ukryć — i jak trudno ją obalić.
„Uzależniająca, mroczna lektura, od której nie sposób się oderwać”– „The Washington Post”
„Oszałamiający i niepokojący thriller, który zapiera dech”– Samantha Downing
„Wstrząsający, bezkompromisowy thriller”– „Seattle Times”
„Mroczna, prowokująca i przerażająco aktualna”– Julie Clark
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 418
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
SŁOWA POCHWAŁY DLA POSŁUSZNEJ
Mroczna, pokrętna opowieść o feminizmie i patriarchacie. Ashley Winstead dała nam wciągającą historię o kulcie i o tym, w jaki sposób kobiety dają się psychologicznie spętać; a równocześnie zanalizowała tematy władzy i odkupienia. Ta będąca na czasie, zatrważająca książka będzie do ciebie wracać w snach i zmieni twój sposób patrzenia na świat.
– Julie Clark, autorka bestsellerów „New York Timesa”: Ostatni lot i The Lies I Tell
Niecodziennie po skończeniu lektury stwierdzam, że książki autorki będę kupować automatycznie. Spodziewałam się po Winstead świetnej historii, ale nie przypuszczałam, że przeczytam ją z zapartym tchem od deski do deski. Posłuszna to samonapędzający się, niedający się odłożyć thriller o mrocznym, pulsującym sercu. Wstrząsnął mną na wskroś. Wciąż dochodzę do siebie. Pokłony dla Ashley Winstead.
– Jennifer Hillier, autorka Małych sekretów
Prowokacyjna i na wskroś przerażająca historia w Posłusznej wydaje się wyrwana z pierwszych stron gazet, gdy analizuje brutalny, mizoginiczny kult w miasteczku akademickim w Nowym Jorku. Poznajmy historię oczami Shay Evans, która powraca, by pomścić śmierć dwóch przyjaciółek i uratować życie kobiet, które nadal są w niebezpieczeństwie. Winstead zręcznie zajmuje się skomplikowanymi kwestiami płci psychologicznej, przymusu i wywierania wpływu, pisząc mistrzowski, trzymający w napięciu i obfitujący w akcję thriller!
– Wendy Walker, autorka międzynarodowych bestsellerów Nie wszystko zostało zapomniane i Don’t Look for Me
Ashley Winstead zabiera czytelnika w serce mroku – i genialnie odsłania delikatną, ludzką część kryjącą się w owym cieniu. Wciągająca, bystra, zatrważająca Posłuszna potwierdza to, co W snach to ja trzymam nóż obiecywała: nikt nie pisze takich thrillerów, jak Ashley Winstead.
– Alison Wisdom, autorka The Burning Season
Pełny pakiet – nieustraszona, niepokojąca i wciągająca. Ashely Winstead ma zdumiewający talent. To jedna z najlepszych książek, które czytałam w tym roku.
– Eliza Jane Brazier, autorka Good Rich People
Tylko pięćdziesiąt odcieni szarości? Proszę. Posłuszna to tęcza w technikolorze, prowokacyjna i bezkompromisowa w genialnym przedstawieniu kobiecego pożądania, męskiej przemocy i ich intrygującego połączenia. Niepokojąco seksowna jazda z więcej niż jednym „zwrotem” – prawdziwa eksplozja, konfrontacja z mroczną prawdą o kobietach w patriarchacie i kuciu narzędzi oporu. Posłusznej nie czyta się po prostu. Czytelnik siłuje się z tą książką.
– Amy Gentry, autorka bestsellerów Stracona, Kto się śmieje ostatni oraz Bad Habits
Posłuszna to literatura uwodzicielska, prowokacyjna, przesycona tajemnicą, która kazała mi przerzucać kolejne kartki. Opowieść dotyka tematu lojalności w przyjaźni, determinacji w dążeniu do odkrycia prawdy, nieważne jak trudnej, i potęgi kobiety w obliczu nieustającego zagrożenia i całkowicie niesprzyjającego układu kart. Już nie mogę się doczekać kolejnej książki Ashley Winstead.
– Yasmin Angoe, autorka cieszącej się uznaniem krytyków książki Her Name Is Knight
Zaskakujący, niepokojący thriller, przez który serce zabije ci szybciej. Posłuszna to mądra, kręta, wytrącająca z równowagi podróż przez feminizm, patriarchat i władzę, przez którą wciągałam głośno powietrze.
– Samantha Downing, autorka międzynarodowego bestsellera For Your Own Good
TYTUŁ ORYGINAŁU:
The Last Housewife
Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj
Wydawca: Wojciech Ciuraj
Redakcja: Sylwia Zazulak
Korekta: Wojciech Ciuraj
Projekt okładki: Łukasz Werpachowski
Ilustracja na okładce: © mstudio/ Stock.Adobe.com
Wyklejka: © tete_escape/ Stock.Adobe.com
DTP: Maciej Grycz
Copyright © 2022 by Ashley Winstead
Copyright © 2026 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © 2026for the Polish translation by Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone.
Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-658-0
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Wykorzystując słowa Patricii Lockwood: książkę tę dedykuję każdej kobiecie, której nie interesuje niebo, chyba że będzie mogła zabrać do niego swoją złość.
Ostrzeżenie Książka porusza tematy samobójstwa, gwałtu, przemocy fizycznej, przemocy seksualnej, traumy, samookaleczania, mizoginii, esencjalizmu biologicznego, zażywania narkotyków.
Opowiem Ci te historie, by ratować własne życie.
Jestem z natury gładka, liźnięta słońcem i mam mięsiste wargi, tak jak lubisz. (Wyobrażaj mnie sobie w ten sposób, drogi mężu, gdy do Ciebie mówię).
Mogłeś mieć każdą z nas. Mogłeś mieć nas wiele, jedną po drugiej. Jesteś do tego stworzony; dla mężczyzny takiego jak Ty najnaturalniejszą rzeczą jest wziąć nas, zaorać, wyrzucić. Mam szczęście, że postanowiłeś mnie zatrzymać.
Dbasz, abyśmy miały więcej niż strawę i schronienie, abyśmy były bogate i beztroskie, za co jestem Ci wdzięczna. Gdy na mnie napierasz, docierasz do miejsca w głębi mnie, do którego sama nigdy bym nie dotarła.
W Twoich ramionach jestem bezpieczna i spokojna.
W Twoich ramionach jestem dobrą córką i dobrą żoną. Która nigdy nie zdradziła, nigdy nie ukradła, nigdy nie oddała się bóstwu grzechu za jedną chwilę przyjemności. Która nigdy nie pragnęła czegoś chorego i niepokojącego, która nigdy nie wyciągała rąk ku światłu i nie patrzyła, jak napełniają się ciemną, gorącą krwią, czując przebiegający po plecach dreszcz podniecenia. Kto by tego chciał? Możesz to sobie wyobrazić?
To są historie, które opowiadam Ci, aby oddalać noc, w którą spojrzysz wreszcie na mnie z drugiego końca pokoju i ujrzysz fikcją kobietę – knującą, knującą wściekle – a potem odetniesz jej głowę.
OD MŁODOŚCI CZUŁAM, JAK MI SIĘ PRZYGLĄDAJĄ. Czułam ciężar ich spojrzeń i głód naciskający na moją skórę niczym palce kochanka albo rzeczoznawcy przeciągającego dłonią po kościach rzadkiego znaleziska. Jak większość kobiet dorastałam w otoczeniu spojrzeń, oswoiłam się z nimi. Do tego stopnia, że nawet dzisiaj, kiedy przebywam sama na podwórku za domem, nadal je sobie wyobrażam i przybieram pozy z myślą o publice. Poruszam się tak, by je zadowolić, przeciągam się wdzięcznie nad basenem, prężę się i mrużę oczy przed słońcem jak kobieta w filmie, ikona tajemniczości i elegancji, delikatna i niezgłębiona niczym dziewica Keatsa z greckiej urny.
Wcześniej wydawało się oczywiste, że patrzą: na ulicy, w sklepie spożywczym, znad stolików w restauracjach. Ostatnio jednak, zbliżając się do trzydziestki i nieoczekiwanie czując się najczęściej samotną, zaczęłam się mierzyć z pewnymi faktami. Zastanawiać się, czy spojrzenia tamtych mężczyzn nie paliły mnie w młodości na tyle głęboko, że blizny po nich wciąż się iskrzyły po latach jak oparzenie przy gotowaniu, które się odczuwa żywo przez wiele dni. A może pochwyciłam te spojrzenia w ramach samoobrony, zagrzebałam je głęboko pod skórą, by teraz móc obserwować siebie. Jako pisarka feministyczna – przynajmniej była – wiedziałam, że takie opcje należy wziąć pod rozwagę.
Szczerze mówiąc, niewiele się ostatnio zastanawiałam nad czymkolwiek. Sześć miesięcy temu odeszłam z pracy dla „The Slice” i zamieniłam pisanie mających objętość tysiąca słów artykułów pod takimi tytułami jak Dlaczego wycięte szorty i mówienie jak dziecko stały się zaskakującymi trendami wśród feministek na szansę napisania swojej pierwszej powieści. Na własną książkę czekałam całe życie – był to rzekomo projekt z pasji – ale kiedy znalazłam czas i środki, żeby to naprawdę robić, odkryłam w sobie brak entuzjazmu. Można by powiedzieć, że brakuje mi słów. Problemem okazało się zakończenie: nie umiałam go sobie wyobrazić, a bez niego słowa nie chciały płynąć.
Dlatego zamiast pisać, popadałam powoli w codzienną rutynę znaną innym żonom na nowym osiedlu Highland Park: bezglutenowe śniadanie, potem joga lub pilates, lunch z dziewczynami, zakupy (poza domem lub online), obiad z mężem po jego powrocie z pracy, później wino i seks – może. I zawsze, zawsze, wielki finał w postaci cichej kontemplacji przy zgaszonym świetle i zastanawiania się, jakim cudem dni tego nowego bezużytecznego życia mogą płynąć tak szybko, jak ziarenka piasku w klepsydrze. Jakim ironicznym zbiegiem okoliczności ktoś może stać się raczej dziełem sztuki, a nie artystą?
Dzisiaj byłam obrazem Hockneya zalanym nieruchomą, błękitną nudą, basenem na podwórku, spokojna niczym tafla wody. Domem za mną – naszym, jak sądzę – wielkim i kanciastym, w stylu kalifornijskim, tak popularnym tutaj w Dallas, z teatralnymi schodami biegnącymi symetrycznie od balkonu, pod ostrym kątem, jakby ten dom był osobą na ugiętych kolanach, błagającą o miłość. Mój mąż, Cal, powiedział kiedyś, że ten dom kojarzy mu się ze mną. Myślał, że mnie uszczęśliwi.
Wyglądasz na szczęśliwą, upomniałam się. Zwłaszcza z daleka. Podkreśliłam to, wyrównując słonecznie żółty lakier na paznokciach stóp i opierając podbródek na kolanie, jak dziecko. Uznałam, że ta chwila nadaje się świetnie do tego, bym oddała się swojej ulubionej w ciągu tych sześciu miesięcy rozrywce.
Niestety – lecz chyba należało się tego spodziewać – jak każda kobieta w moim wieku, uzależniłam się od podcastów o prawdziwych zbrodniach. Ich atrakcyjność była oczywista: zaspokajają makabryczną fascynację własną śmiertelnością. W moim przypadku chodziło też o to, że gospodarzem jednego z nich jest Jamie Knight, mój przyjaciel z dzieciństwa. Od lat z nim nie rozmawiałam i chociaż wiedziałam, że zostanie dziennikarzem – nigdy nie interesował się niczym innym – jego nazwisko w opisie podcastu bardzo mnie zaskoczyło. Z nieoczekiwanym wybuchem uczuć wcisnęłam odtwarzanie i do moich uszu dotarł głos, ciepły i łamiący się. Poruszył we mnie coś głębszego niż nostalgia i chociaż nie potrafiłam nazwać tego uczucia, wiedziałam, że powinnam zachować zainteresowanie Transgresjami w sekrecie przed innymi żonami i przed Calem.
Nałożyłam lakier na paznokieć małego palca i włączyłam najnowszy odcinek, który opublikowano tego ranka. Głos Jamiego wił się w moich uszach, jego wznoszenie się i opadanie podczas modulacji były mi znane jak plan domu.
– Witajcie w Transgresjach, przyjaciele. Mówi Jamie Knigh, wasz gospodarz.
Przemknęło mi przez głowę wspomnienie jego jako siedemnastolatka, od niedawna mężczyzny, z cieniem zarostu na policzkach, uśmiechającego się filuternie zza kierownicy, kiedy wiózł mnie ze szkoły do domu.
– Morderstwo tego tygodnia… – Jamie zawiesił głos, a ja natychmiast się wyprostowałam. Chrząknął. – Porusza mnie osobiście. W zasadzie z tego właśnie względu o nim opowiem. Policja jeszcze nie zdecydowała, czy uznać to zdarzenie za zabójstwo czy samobójstwo. Mam swoje podejrzenia i do tego dojdziemy, ale zacznijmy od faktów. Dwa tygodnie temu trzydziestoletnią Laurel Hargrove znaleziono wiszącą na drzewie na skraju De Young Performing Arts Center na terenie kampusu Whitney College. To była uczelnia, na której niegdyś studiowała.
W jednej chwili muskałam paznokieć pędzelkiem od lakieru, nanosząc odrobinę słońca na skórki wokół, a w następnej butelka wysunęła mi się z dłoni i wpadła do basenu, brocząc złocistożółtą krwią do wody.
Laurel Hargrove. Whitney College. To niemożliwe. Laurel Hargrove była moją najlepszą przyjaciółką na studiach. Rozmawiałyśmy ze sobą ostatnio przed ośmioma laty, ale przysięgłyśmy sobie wtedy uciec jak najdalej od Whitney, Westchster, całego stanu Nowy Jork.
I ja tak zrobiłam. Ciężko pracowałam na to, by zamknąć za sobą drzwi przeszłości na wszystkie spusty. Nie dopuszczaj jej, ostrzegłam się odruchowo. Moją spokojną, błękitną nudę, luksusowe znużenie, zastąpił w jednej chwili intuicyjny strach, zęby wbiły się w rzepkę w kolanie, jakby to był kawałek skóry, który miałam zagryźć dla stłumienia krzyku.
– Śmierć Laurel nosi wszelkie znamiona samobójstwa – kontynuował Jamie, wypowiadając słowa szybciej. – Jak napisano w raporcie policyjnym, do którego, przyznaję, nie powinienem mieć dostępu, powiesiła się na linie, którą można kupić w dowolnym sklepie z narzędziami. Pętla odcisnęła na szyi skośną, pionową bruzdę i spowodowała pęknięcie kości gnykowej oraz tkanki chrzęstnej. Chociaż niektórzy lekarze twierdzili, że urazy takie jak u Laurel mogą powstać przy okazji uduszenia – pamiętacie pewnie medialny cyrk wokół śmierci Jeffrey’a Epsteina – to większość zgadza się, że częściej powstają w sytuacji samobójstwa przez powieszenie.
Przed laty przysięgłam chronić Laurel. Ile razy w ciągu jednego życia można zawieść? Miałam wrażenie, jakbym wpadła do basenu za lakierem do paznokci i teraz tkwiła pod wodą, miażdżona z każdej strony jej ciśnieniem.
I nie kto inny, tylko Jamie Knight recytował zimne fakty dotyczące śmierci Laurel, szczegóły tak kliniczne, tak… znane.
Zerwałam się na równe nogi, zasłaniając usta dłonią. Śmierć Laurel wyglądała jak śmierć Clementine, naszej najlepszej przyjaciółki ze studiów, której krwi nigdy nie zmyjemy z dłoni. Najpierw Clem, teraz Laurel. Obie powieszone, na terenie kampusu, w odstępie ośmiu lat.
Trudno mi było oddychać. Lecz mimo że znajdowałam się w głębokim szoku, pomyślałam o tym, jak mogę się prezentować w oczach obserwatora. Scena: Piękna kobieta pogrążona w smutku. Albo: Portret paniki, cały w błękicie.
– Performing Arts Center było dla Laurel miejscem znaczącym – ciągnął Jamie, mówiąc coś, co już wiedziałam. – Jak wynika z rozmowy policji hrabstwa Westchester z jej matką, Laurel miała bzika na punkcie teatru i na studiach skupiała się na kostiumach. Performming Arts Center było ulubionym miejscem Laurel w całym kampusie. W trakcie studiów starała się mieszkać jak najbliżej ośrodka, aby jak najmniej czasu marnować na dojścia na próby.
Owszem, ciężko pracowałyśmy, by mieszkać w Rothschild. Laurel była nieśmiałą dziewczyną, która wielbiła teatr i która żyła dla tworzenia kostiumów dla wydziału teatralnego w Whitney. Robiłyśmy dla niej wszystko, co mogłyśmy, Clem i ja, bo ją kochałyśmy, a także dlatego, że ten, kto ją poznał, chciał ją chronić. Aby móc mieszkać w czteroosobowym apartamencie w Rothschild, potrzebowałyśmy znaleźć kogoś do naszej trójosobowej załogi. Konsekwencje tych prostych decyzji – uszczęśliwić Laurel, znaleźć czwartą, dać dziewczynie szansę – będą się odbijały echem po wsze czasy.
– Jeżeli połączymy te wszystkie elementy, uzyskamy obraz kobiety, która odebrała sobie życie w miejscu dla niej ważnym – powiedział Jamie. – Matka Laurel wspominała, że uczelnia była ostatnim miejscem, w którym Laurel była szczęśliwa. Dlaczego zatem chcę omawiać samobójstwo Laurel Hargrove w podcaście poświęconym nierozwiązanym zabójstwom?
Pochyliłam się i chwyciłam telefon, żałując, że nie mogę odpowiedzieć Jamiemu, krzyknąć do niego na odległość. Co z tobą, Jamie? Clem popełniła samobójstwo i to było tak wyraźnie, tak nieodwracalnie naszą winą. A teraz Laurel. Co to znaczy? Co ty wygadujesz?
– Moją uwagę przykuł jeden szczegół z policyjnego raportu – powiedział Jamie, jakby mi odpowiadał. – I tak, pakuję się w tarapaty, mówiąc wam o tym. Laurel znaleziono z nacięciami na dłoniach i rękach, zrobionymi mniej więcej w czasie jej śmierci. Żadne z nacięć nie zagrażało życiu, lecz zrobiono je w różnych miejscach i było ich w sumie czternaście. W raporcie nie zamieszczono zdjęć, które by je przedstawiały, co jest, tak na marginesie, dziwne. Policjant, który przybył na miejsce jako pierwszy, zwrócił uwagę, że nacięcia były cienkie, jakby zrobione brzytwą. I pojawiły się w miejscach, które mogą sugerować samoobronę. W raporcie policji znajduje się pytanie zamieszczone w notatkach owego policjanta, które on lub ktoś inny usiłował później wydrapać. Funkcjonariusz napisał: „Rany świadczące o samoobronie? Ale dlaczego, skoro to samobójstwo?”. No właśnie, dlaczego?
Cienkie nacięcia jakby zrobione brzytwą. Tego było za wiele. Popędziłam przez trawnik, a źdźbła trawy pod moimi stopami były jędrne i sztywne pomimo sierpniowego upału. Przyciskając telefon do piersi, dostrzegłam swoje odbicie w szybie tylnych drzwi – szał w oczach, przygarbione ramiona – które otworzyłam energicznie.
Chłód klimatyzacji wyssał z mojej skóry letnie ciepło. Weszłam do środka, by poczuć się bezpiecznie, opanować się. Wystarczyło jednak, że powiodłam wzrokiem po białych sufitach, lśniącej kuchni, eleganckich nowoczesnych meblach – wybranych bez wyjątku przeze mnie – a poczułam się nagle nie na miejscu. Jakbym weszła nie do domu, tylko do muzeum, do mauzoleum. Zimnego, pięknego miejsca, w którym odkłada się rzeczy, by zalegały.
– I jeszcze jedno – odezwał się Jamie ze środka mojej klatki piersiowej. – Powiedziałem, że śmierć Laurel Hargrove dotknęła mnie osobiście. Już tłumaczę dlaczego. Otóż poznałem ją przed laty.
Odsunęłam telefon od ciała i wpatrywałam się w wyświetlacz, jakby to Jamie osobiście stał przede mną.
– Gdy byłem młodszy, przyjaźniłem się z dziewczyną, która poszła na studia w Whitney w tym samym czasie, gdy ja wyjechałem do Columbii. Uczelnie dzieli godzina drogi, więc spotykaliśmy się od czasu do czasu, zwykle po tym, gdy udało mi się ją nakłonić powtarzającymi się błaganiami, żeby mnie odwiedziła. I łączyła nas… skomplikowana relacja, delikatnie mówiąc. Ona zaś przyjaźniła się z Laurel.
To ja. Jamie Knight mówił o mnie.
– I TO JEST COŚ, O CZYM NIE MOGĘ PRZESTAĆ MYŚLEĆ. – Jamie zamilkł na chwilę. – Tego samego dnia, w którym poznałem Laurel Hargrove, poznałem też inną dziewczynę, która odebrała sobie później życie… Ale znacznie wcześniej, bo przed końcem ostatniego roku studiów. – Znowu zawiesił głos. – Nazywała się Clementine Jones.
To jasne, że pamiętał Clementine. Za nic nie mógłby jej zapomnieć, zważywszy na okoliczności.
– Prawdę powiedziawszy – kontynuował Jamie – to pierwsze spotkanie wypadło kiepsko. Zdarzyło się wam uczestniczyć w spotkaniu tak złym, że nie mogliście potem spać przez całą noc, wracając do niego w myślach? Wiele miesięcy później, gdy dowiedziałem się o samobójstwie Clementine, nie mogłem się skontaktować ze swoją przyjaciółką ani poznać żadnych szczegółów z prasy. Sprawę szybko zamieciono pod dywan, co wydawało się wówczas rozsądne. Tragiczne, prawda? Ktoś tak młody, bliski ukończenia studiów i wejścia w życie. Uzyskania wolności.
Wolność. Odnosiłam wrażenie, jakby Jamie mówił do mnie szyfrem. Pomyślałam o tym, jak poznał Clem i Laurel – czego był świadkiem – i przycisnęłam dłoń do oczu, jakbym nie patrząc, mogła zablokować wspomnienia.
Jak wiele o nas Jamie się domyślił?
– To się działo wiele lat temu – rzekł – niemniej wciąż pamiętam, że Clementine Jones się powiesiła. To we mnie zostało. Odcisnęło się piętnem. Dlatego gdy uświadomiłem sobie, że poznałem też Laurel, i to tego samego dnia, co Clementine, zacząłem się zastanawiać, jakie jest prawdopodobieństwo, że dwie z trzech znanych mi dziewcząt z Whitney się powiesiły. Zacząłem szperać w aktach dotyczących śmierci Clementine i szukać szczegółów. Niewiele zdołałem znaleźć, tylko stary, skąpy raport policyjny z informacją, że jej ciało znaleziono na terenie kampusu. Ale, i tu sprawy zaczynają wyglądać dziwnie, nie w jej akademiku, tylko w Cargill Sports Center, wielkim ośrodku sportowym Whitney. Innymi słowy, tę dziewczynę znaleziono, podobnie jak Laurel, w potwornie publicznym miejscu.
Wisiała pod prysznicem. W pełni ubrana, z brodą przyciśniętą do klatki piersiowej, krucha i wiotka jak złamany kwiat mniszka. Ta delikatność po śmierci nie spodobałaby się jej za życia. Clem była niegdyś gwiazdą damskiej drużyny piłkarskiej Whitney, a ośrodek Cargill był jej domem tak jak Performing Arts Center dla Laurel. Zawsze myślałam, że zrobiła to tam, dlatego że to było ostatnie miejsce, w którym się czuła bezpiecznie.
– Drodzy słuchacze, mamy do czynienia z pewnym wzorcem. Usiłowałem odnaleźć swoją dawną przyjaciółkę, tę, która znała Clementine i Laurel, bo byłem ciekaw, co mogłaby mi powiedzieć. Tyle że ta przyjaciółka zniknęła z powierzchni ziemi.
Próbował mnie odszukać. Tylko ze względu na program, ale jednak. I to prawda: po ukończeniu studiów zmieniłam dane kontaktowe, artykuły w „The Slice” wydawałam pod pseudonimem, e-mail z pracy dawno już nie był aktywny. Nie korzystałam z mediów społecznościowych i byłam teraz Shay Deroy, a nie Shay Evans. Założę się, że Jamie kontaktował się z matką, a to znaczyło, że mnie chroniła, uszanowała moje życzenie prywatności. To było do niej zupełnie niepodobne.
Po studiach uciekłam. Nie oglądałam się za siebie. A i tak to mnie znalazło. Wcisnęłam przycisk odtwarzania odcinka Jamiego, jak Kleopatra, która odsunęła wieko plecionego kosza, nie wiedząc o zwiniętej w środku żmii.
– Dwie przyjaciółki – mówił Jamie – zginęły w niepokojąco podobny sposób. Owszem, to może być zbieg okoliczności. Samobójstwa zdarzają się o wiele częściej, niż się wydaje, zwłaszcza wśród studentów. I może fakt, że Laurel i Clementine się znały, uprawdopodobnia to, że śmierć Laurel była samobójcza. Taki efekt wpływu o opóźnionym działaniu. Sam nie wiem… Ale mam przeczucie, że te śmierci mają wspólny mianownik, którego nie dostrzegam.
Łączył elementy układanki, niemniej nadal wielu rzeczy nie wiedział. Nie miał na przykład pojęcia o drobnym, bolesnym detalu, o którym wiedzieli tylko ci, którzy Clem tamtego dnia znaleźli, i ci z nas na tyle jej bliscy, że poznali szczegóły jej śmierci. Na samo wspomnienie skóra zaczęła mnie palić pomimo klimatyzacji – rozpoznałam w tym doznaniu rodzącą się panikę.
Na przedramieniu Clem znaleziono cienkie, krwawe litery układające się w napis PRZEPRASZAM. Narzędzia nigdy nie znaleziono, ale drobne nacięcia na czubkach palców jej prawej dłoni sugerowały, że ściskała nimi brzytwę lub nóż. Jasne było, że wycięła to słowo sama.
Co oznaczało, że popełniła samobójstwo. Prawda? Przed ośmioma laty, gdy zobaczyłam, co zrobiła, natychmiast zaakceptowałam prawdę – dostrzegłam, że to miało głęboki, ohydny sens. Doznanie było na tyle przejmujące, że przebiło się przez mgłę w moim mózgu, było jak koło ratunkowe rzucone w morze mojego chaotycznego myślenia. Jej śmierć wstrząsnęła mną, sprawiła, że znowu myślałam przenikliwie i jasno. I to stanowiło najgorszą ironię – samobójstwo Clem oddało mi moje życie.
Lecz oto teraz życie straciła Laurel, według tego samego wzorca. Z nacięciami na rękach, ale nietworzącymi słów.
Głos Jamiego wrócił do kuchni, kontrastująco ciepły w jej chłodzie.
– Przed przerwą powiem jeszcze, że w obliczu braku informacji dotyczących Laurel i Clementine, bo jak mówiłem, raporty policyjne są skąpe i o żadnej z tych śmierci nie pisano w mediach, postanowiłem poszerzyć zakres poszukiwań i przyjrzeć się śmierciom innych kobiet w dolinie rzeki Hudson, które straciły życie po Clementine. Wiecie, że zawsze szukam wzorców i umiem być uparty. A to, co znalazłem, jest niepokojące. Na przestrzeni ostatnich ośmiu lat doszło do zaginięcia wielu, nietypowo wielu, kobiet w wieku od osiemnastu do trzydziestu pięciu lat.
Ściskałam telefon tak mocno, że przez moment wydawało mi się, że go zgniotę.
– Dlaczego w tym rejonie Ameryki prawdopodobieństwo zaginięcia kobiety jest o jedenaście procent wyższe niż w innych częściach kraju? Może się wydawać, że jedenaście procent to niewiele, ale jednak. Pod względem statystycznym region ten jest anomalią. Gdzie znikają te kobiety i dlaczego nikt nie zwraca na to uwagi? Mówimy o nierozwiązanej zagadce na moim terenie, o której aż do tej pory nie miałem pojęcia. Z mojego rozeznania wynika, że jedyną wysoko postawioną osobą, która zainteresowała się zniknięciami, jest gubernator Alec Barry, który dwa lata temu nawoływał do zbadania sprawy w swoim dorocznym wystąpieniu. Lecz jego dochodzenie nie przyniosło istotnych rezultatów. Gdy nasi producenci rozmawiali z rodzinami niektórych kobiet, najczęściej słyszeli, że one uciekły lub popełniły samobójstwo. I tak dochodzimy do mojego transgresywnego wniosku wyrażonej w formie pytania. Laurel i Clementine pasują do wspomnianej grupy wiekowej, a ich „samobójstwa”, zaznaczam cudzysłów, wytyczają granice okresu, w którym ginęły inne kobiety. Z akt Clementine wynika, że jej rodzice dzwonili na policję z domu w Wisconsin kilka miesięcy przed jej śmiercią i próbowali zgłosić jej zaginięcie. Policja umorzyła sprawę, potwierdziwszy, że Clementine uczęszcza na zajęcia. Matka Laurel poinformowała policję, że nie rozmawiała z córką od lat. Zaginiona, znaleziona martwa; zaginiona, znaleziona martwa. Czy może istnieć związek między zgonami Laurel, Clementine i tych innych kobiet?
Znowu odniosłam wrażenie, że Jamie Knight wysyła do mnie prywatną wiadomość ukrytą w odcinku podcastu.
Tyle że nie była już prywatna.
– Jeżeli ktokolwiek dysponuje jakimiś informacjami, istotnymi lub drobnymi, proszę o e-mail do producentów. – Kolejna pauza, tym razem dłuższa. – A jeśli moja przyjaciółka z dawnych czasów to słyszy, ta, po której ślad zaginął… zadzwoń do mnie. Proszę. Numer mam cały czas ten sam.
Głos Jamiego zastąpiło radosne pienie kobiety polecającej body, które na pewno wyszczupli twoją talię. Wyłączyłam podcast.
Stałam nieruchomo w bikini, otoczona lśniącą bielą kuchni, i wiedziałam, że prezentuję się niewłaściwie. Byłam aberracją w tym domu, pomniku wzniesionym przeze mnie, żeby iść dalej. Czułam jego niezadowolenie. Pragnął mnie spokojnej i potulnej, a ja, panikując, nie słuchałam go.
Nie myśl w ten sposób, upomniałam się. Nie wszystko jest złowrogie. Nie każdy ma złe intencje.
Lecz i tak uciekłam z kuchni, popędziłam na górę do głównej sypialni, prosto do garderoby i zamknęłam drzwi ciasnej, bezpiecznej przestrzeni. Zerwałam z siebie kostium kąpielowy, wciągnęłam elastyczne spodnie i bluzę, by otulić się czymś wygodnym, ukryć się. Te zdradzieckie myśli pojawiały się częściej, za każdym razem, gdy Cal wyjeżdżał służbowo. Pod jego nieobecność w głowie miałam mętlik, moje życie jawiło mi się jako bardziej niepokojący obraz. Przecież dom nie chciał, abym była potulna. To niedorzeczność. Musiałam zachować spokój i myśleć.
Telefon leżący na podłodze zaczął wibrować i nagle ujrzałam uśmiechniętą twarz Cala. Podskoczyłam z walącym sercem. Przycisnęłam dłoń do klatki piersiowej i czekałam, aż Cal się rozłączy. Zerknęłam na wiadomość na wyświetlaczu:
Pojechałaś do Houdstooth beze mnie! Co za zdrada…
Głupi dowcip, tak nieprzystający do wiadomości o śmierci Laurel, że prawie parsknęłam śmiechem z powodu tej sprzeczności – tylko że stanął mi przed oczami pewien obraz: Cal siedzi w swoim pokoju hotelowym, przy laptopie i analizuje wyciąg z karty kredytowej. Sprawdza moje wydatki, jakbym była dzieckiem. Wie, gdzie piłam rano kawę, chociaż dzielą nas setki kilometrów.
Przecież tylko postępował odpowiedzialnie. Utrzymywanie porządku w naszym życiu było formą intymności, czyż nie? Wielu mężów z Highland Park zarządzało finansami swoich żon. Zmusiłam się, by wyjść z garderoby i udać się na dół, ale dotyk zimnej podłogi pod stopami nie wystarczył, by zagłuszyć głoś Jamiego, informację o śmierci Laurel, wspomnienie Clem. Duchy wyrwały się na wolność i nie mogłam przestać patrzeć na swoje życie ich oczami, nie mogłam uciec od przypuszczenia, że gdyby mnie ujrzały tutaj, w tej zimnej, pustej przestrzeni, chwyciłyby mnie za ramiona, żeby mną potrząsnąć.
Pobraliśmy się z Calem przed rokiem i wszystko było w porządku do czasu, aż rzuciłam pracę sześć miesięcy temu. Wtedy zmieniła się równowaga sił. Cal odmawiał nawet przyznania, że coś takiego jak równowaga sił między nami istniało. Według niego udane małżeństwa nie funkcjonują w ten sposób. I może miał rację, może byłam zbyt drażliwa przez to, jak się wychowywałam, jak obserwowałam mamę, która się uginała, by utrzymać mężczyzn przy sobie; albo może miałam paranoję przez to, co się wydarzyło na studiach. Za każdym razem bowiem, gdy widziałam dwoje ludzi, widziałam też wagę, która przechylała się na którąś stronę. Ta nasza od dawna przechylała się na stronę Cala. Och, on by temu zaprzeczył, ale teraz to on pociągał za sznurki; podjęcie każdej ważnej decyzji należało do niego. To było sześć miesięcy kontrolowanych wydatków, uczestniczenia w eleganckich przyjęciach w Highland Park u jego boku, nudnych plotek i dotkliwej samotności, wgapiania się w migający kursor na pustym ekranie mojego laptopa.
Po sześciu miesiącach stanęłam w obliczu prawdy: nie byłam pisarką. Zamieniłam się w panią domu.
Co Laurel by na to powiedziała? I, dobry Boże, Clem?
Podniosłam wzrok i ujrzałam swoje odbicie w oknie nad zlewem. Przytknęłam palce do policzków. Płakałam. Łagodne łzy spływały mi po twarzy. Nawet nie poczułam, kiedy się pojawiły. Nauczyłam się tego przed laty: płakać bez wysiłku, elegancko, jak aktorka niemego kina. Lecz teraz, gdy byłam starsza, łzy nabrały zwyczaju dopadać mnie niepostrzeżenie i pojawiać się w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Może grałam tak długo, że nie potrafiłam rozpoznawać realnych uczuć? Czy coś takiego w ogóle istniało, czy może każdy reagował w sposób, w jaki według niego powinien? Kiedy to przedstawienie się kończyło?
Spoliczkowałam się mentalnie i ugryzłam w język, żeby się ukarać. Przecież to się kończyło wraz ze śmiercią, do cholery. Gdy twoje ciało znajdowano wiszące na drzewie lub pod prysznicem w miejscu, które kochałaś najbardziej, w którym przesiadywałaś godzinami, czytając scenariusze, albo w którym byłaś gwiazdą i mknęłaś silna i zwycięska po murawie. Kończyło się, kiedy się zabiłaś albo ktoś zabił ciebie i wszelka szansa, żebyś się obudziła, oddychała, płakała, została ci ukradziona na zawsze. Gdy każdy, kto powinien cię kochać, odsuwał twoją śmierć na bok i jedyną osobą, której zależało, by zajrzeć głębiej, był nieznajomy. Gospodarz podcastu o prawdziwych zabójstwach.
Mnie również zależało. To była prawda, której nie mogłam się pozbyć, która podążała za mną wszędzie, gdziekolwiek się ukrywałam, patrzyła na mnie z każdego lustra, ekranu i okna. Odizolowałam się w bezpiecznym, odległym miejscu, ale przeszłość i tak mnie znalazła.
I teraz miałam wybór.
Niemalże widziałam, jak podejmuję decyzję, jakbym opuściła własne ciało. Nie pozwolę, by Laurel i Clem zniknęły we mgle zapomnianych ludzi. Powiedziałam Laurel, że będę ją chronić, a zamiast tego uciekłam. Obiecałam Clem, że będę przy niej, lecz w chwili, gdy to miało znaczenie, dokonałam złego wyboru. Zawiodłam zbyt wiele kobiet.
Nie zostawię tego Jamiemu Knightowi, nawet jeśli miał lepsze kwalifikacje. Wrócę do Nowego Jorku i dowiem się, co się stało Laurel. Prześledzę kontury jej życia, bo nie mogę już wziąć jej za ręce. Pochwycę jej wspomnienie i przytulę. Wyszepczę swoje przeprosiny; padnę na dłonie i kolana w miejscu, w którym umarła, i okażę skruchę. Jeśli to prawda, że ktoś ją skrzywdził – jeżeli ktoś ją zabił – dowiem się kto i będę ją chronić, o wiele lat za późno, w jedyny możliwy sposób.
Ściskając telefon, pobiegłam na górę przez sypialnię do garderoby, gdzie wciśnięta w kąt stała i czekała na mnie walizka.
PRZYJECHAWSZY DO NOWEGO JORKU W WIEKU OSIEMNASTU LAT, po raz pierwszy zrozumiałam, że istnieją na świecie miejsca mające prezencję. Gdy obserwowałam krajobraz zmieniający się za oknem pociągu jadącego z centrum, zauważyłam przepaść dzielącą miejsce, z którego pochodziłam – przedmieścia we wschodnim Teksasie z niewielkim pasażem handlowym – i dolinę rzeki Hudson, gdzie rozległe, otwarte niebo nie istniało po prostu, ale wręcz konfrontowało się z tobą. Tutaj ciemne masywy gór Catskill malujące się w oddali sprawiały, że człowiek czuje się mały, a nieustępliwa rzeka pulsowała jak serce, szeptała, że może i jesteś tu teraz, ona jednak była tu długo przed tobą i będzie długo po tobie.
Do Whitney jechało się pociągiem z Nowego Jorku dość krótko, lecz owego pierwszego razu czułam się, jakbym wkraczała w nowy świat, taki, w którym moje życie zacznie się naprawdę. To był dzień wielu pierwszych razy: pierwszego lotu, pierwszej podróży pociągiem, kurczę, pierwszego wypuszczenia się poza granice wielkiego stanu Teksas. W przeciwieństwie do Heller, miasteczka powstałego w czasie boomu gospodarczego w czasach Reagana, którego historię wytyczała tylko powolna ewolucja szyldów restauracji z fast foodem, miasteczka leżące w dolinie rzeki Hudson były przesycone historią tak bogatą, że niemal namacalną. Znajdowały się tu byłe domy lub kwatery główne George’a Washingtona i Franklina Delano Roosevelta, Vanderbiltów i Rockefellerów, a także miejsca z czasów wojny secesyjnej. I tętniły zielonym pięknem – tak intensywnie, że, jak czytałam, dały początek pierwszej prawdziwej szkole amerykańskiego malarstwa. Pomyślałam, że tutaj żyje się jak w książkach.
Teraz, osiem lat po wyjeździe stąd, miałam precyzyjniejszą wiedzę. Rozumiałam, co czyniło dolinę rzeki Hudson piękną, co stało za tym, że historia pozostawała nieskazitelna, miasteczka spokojne, ziemia dzika – pieniądze. Stare i nowe fortuny. Rodziny o sięgających daleko holenderskich korzeniach, nowojorscy finansiści i potentaci branży nieruchomości, sławni artyści, hollywoodzcy aktorzy – wszyscy oni mieli tu swoje domy, życie. Często było to drugie życie, ukryte rozdziały, które mogą się rozwijać w cieniu, w miejscu, które obserwuje mniej ludzi.
Jechałam wypożyczonym samochodem ulicą w dzielnicy mieszkaniowej wysadzanej drzewami i upstrzonej plamami słońca. Zdusiłam ziewnięcie. Loty z drugiego końca kraju były męczące. W tym momencie nie mogłam sobie przypomnieć, co wczoraj spakowałam. Działałam w garderobie w stanie fugi dysocjacyjnej, ściągałam ubrania z wieszaków i upychałam je w walizce. Wydawało mi się ważne, abym spakowała się szybko, kupiła bilet na najbliższy lot i wypadła za drzwi, zanim Cal zadzwoni lub wydarzy się cokolwiek innego, co kazałoby mi zmienić zdanie.
A właśnie. Zerknęłam na telefon i przeczytałam wiadomość, którą wysłałam Calowi, oraz jego odpowiedź.
Ja: Cześć. Postanowiłam wyjechać na kilka dni do Nowego Jorku. Chciałam sprawdzić, czy znajdę inspirację na swoim dawnym terenie. Do zobaczenia po naszym powrocie.
Calvin: Powinnaś była mi powiedzieć! Asystentka mogłaby zorganizować Ci podróż. Mam nadzieję, że pokonasz blokadę twórczą. Zadzwonię później.
Dawałam sobie tydzień, maksymalnie dwa, zanim Cal wróci ze swojej podróży związanej z próbą nabycia jakiegoś funduszu hedgingowego w Dolinie Krzemowej. Zważywszy na ramy czasowe, będę musiała działać szybko. Spojrzałam na torbę ze sklepu na lotnisku, w której znajdowały się byle jak dobrane materiały: komicznie, wściekle fioletowy notes z linii Lisy Frank, bo tylko to im zostało, wąska paczka długopisów, na szczęście normalnych, powerbank. Założyłam, że to wszystko, czego potrzebowałam do przeprowadzenia dochodzenia. Jamie Knight pewnie pokręciłby głową.
Według mojego telefonu przez tę dzielnicę wiodła najkrótsza droga do River Estate, bajeranckiego hotelu, o pobycie w którym na studiach mogłam tylko marzyć. Teraz jednak miałam zupełnie nowy styl życia dzięki pieniądzom Cala.
Twoim pieniądzom, poprawiłam się, ale tylko z przyzwyczajenia.
Większość domów była duża i cofnięta od ulicy, ukryta za ścianami drzew. Lecz oto przede mną ukazała się jedna z rezydencji, pierwsza, która nie miała zapewaniającej prywatność bramy. Zdjęłam stopę z pedału gazu i samochód powoli się zatrzymał.
To ta architektura nawiedzała mnie w snach. Konkretny styl Tudorów, którego nie widziałam nigdzie indziej. Stromizny dachu tworzyły osławione szczyty, ostre jak czubki noży dźgających powietrze. Kamienną fasadę przecinała kratownica z brązowych bali, opasająca dom niczym klatka. Okiennice były szczelnie zamknięte, przez co nikt nie mógł zajrzeć do środka ani patrzeć na zewnątrz. Trawnik taki szeroki, pozwalający uciec tak daleko; krzewy takie schludne, pełne ukrytych cierni, które będą zaczepiać się o skarpetki, spowalniać cię i przytrzymywać, aż mroczny cień będzie górował nad tobą, by cię odzyskać.
Zalała mnie fala zimnego strachu. Wcisnęłam gaz i odjechałam pospiesznie.
Godzinę później, po zameldowaniu się w hotelu – wciąż tak wspaniałym, jak go pamiętałam – i uważnym poprawieniu makijażu, zajechałam pod komisariat w Yonkers. Żołądek ścisnął mi się w oczekiwaniu. Odwiedzałam ten komisariat częściej, niż bym chciała, i o wiele rzadziej, niż powinnam.
W środku było przyjemniej niż kiedyś: świeża farba na ścianach, przyjazne plakaty prezentujące policjantów podających rękę ludziom, tabliczki informacyjne z wypisanymi wąską czcionką bezszeryfową nazwami miejsc: Rejestracja zatrzymanych, Toalety, Recepcja.
Podeszłam do recepcji. Kobieta o zaledwie kilka lat starsza ode mnie obróciła się na fotelu.
– W czym mogę pomóc?
Wsunęłam kosmyk włosów za ucho.
– Chciałabym porozmawiać o śmierci Laurel Hargrove.
Natychmiast zmrużyła oczy.
– Niech zgadnę. Słuchała pani podcastu.
Jamiego?
– No tak, ale…
– Prowadzimy śledztwa – ucięła. – Nie zaspokajamy zachcianek znudzonych detektywów amatorów.
Spojrzałam na nią surowo.
– Znam Laurel. Jestem jedną z jej współlokatorek ze studiów. Chciałabym rozmawiać z osobą prowadzącą dochodzenie. Dysponuję informacjami, które mogą pomóc.
Przyjrzała mi się. To dlatego poprawiłam makijaż. Wiedziałam, jak wiele może zmienić dopracowana powierzchowność. Posłałam jej uśmiech królowej piękności.
– Proszę poczekać. – Westchnęła, odwróciła się i sięgnęła po telefon. Po chwili powiedziała coś ściszonym głosem i ruchem głowy wskazała zamknięte drzwi na lewo ode mnie. – Komendant za chwilę do pani przyjdzie.
Komendant? To chyba nietypowe, że taką sprawą zajmuje się komendant? Nie miałam czasu się nad tym zastanowić, bo drzwi się otworzyły i popatrzyła na mnie znajoma, zachmurzona twarz, która z wyjątkiem dodatkowych zmarszczek wokół oczu nie zmieniła się w ciągu tych długich ośmiu lat.
– Przyjaciółka Hargrove?
Czekałam na jakiś znak, że mnie poznaje – błysk w oku, skinienie głową, cokolwiek – ale na jego obliczu malowała się wyłącznie szorstka irytacja.
Poprawiłam pasek od torebki.
– Tak. To pan prowadzi sprawę?
Ruchem dłoni pokazał, żebym za nim szła.
– Proszę ze mną.
Przyglądałam się jego plecom, gdy szliśmy w głąb komisariatu, mijając otwarte drzwi do pokojów z biurkami. A więc śledczy Adam Dorsey został komendantem komisariatu. A ponadto prowadził sprawę Laurel. Jakie było prawdopodobieństwo, że ten sam człowiek, który zajmował się jej sprawą, gdy była na pierwszym roku studiów, dekadę później będzie prowadził dochodzenie związane z jej śmiercią? Przecież Yonkers nie było aż tak małe.
Komendant zaprosił mnie do gabinetu w rogu. Przycupnęłam na skraju krzesła i czekałam, aż też usiądzie z ciężkim westchnieniem po drugiej stronie biurka.
– W porządku. – Złączył dłonie czubkami palców. – Nazwisko? Relacja? Proszę mówić.
Dorsey miał włosy przyprószone siwizną już dekadę temu, kiedy po raz pierwszy siedziałyśmy naprzeciwko niego. Był wysokim mężczyzną o szerokich barkach rozpierających świeżo wyprasowaną koszulę, a pasek spodni z trudem opinał jego pokaźnych rozmiarów brzuch. Rzęsy miał krótkie, za to spojrzenie bystre. To, jak przyglądał mi się z niedowierzaniem, budziło we mnie poczucie déjà vu.
Nie mogłam dać wiary temu, że powierzyli mu większą odpowiedzialność, dowództwo. Jakim cudem tacy ludzie wspinają się po szczeblach kariery?
– Nazywam się Shay Deroy. – Wytarłam wilgotne dłonie o kolana, lecz mój głos niczego nie zdradzał. – Jak powiedziałam kobiecie w recepcji, mieszkałam z Laurel Hargrove w Whitney. Studiowałyśmy tam od dwa tysiące dziesiątego do dwa tysiące czternastego roku. Znałam ją bardzo dobrze. Chyba najlepiej ze wszystkich.
– Rozumiem. – Komendant Dorsey wziął do ręki długopis i trzymał go nad notatnikiem. – Często pani z nią rozmawiała?
– Nie… – Poczułam, że oblewam się rumieńcem – Nie rozmawiałyśmy ze sobą od czasu ukończenia studiów.
Podniósł wzrok.
– Od dwa tysiące czternastego? Nie rozmawiała z nią pani od ośmiu lat?
– Zgadza się, ale…
– Cholera. Gdyby powiedziała pani coś innego, wiedziałbym, że pani kłamie. Laurel Hargrove nie miała nawet telefonu stacjonarnego.
Nie miała…
– Słucham?
– Podobno ma pani jakieś informacje?
Wyprostowałam się i przypomniało mi się, że równie czujna byłam na tym samym posterunku, naprzeciwko tego samego mężczyzny, przed laty.
– Mogę opowiedzieć, jaką osobą była Laurel, z kim spędzała czas, co… – Odruchowo przerwałam, zanim powiedziałam „co nas spotkało na studiach”. Lecz przyszłam tu przecież, by zrobić to, czego Laurel potrzebowała, więc nabrałam głęboko powietrza. – Co wtedy robiłyśmy. – To było chyba bardziej zgodne z prawdą. – I chciałabym się dowiedzieć, na jakim jesteście etapie w jej sprawie.
– Proszę pani, po pierwsze niczego nie muszę pani mówić. – Komendant Dorsey odsunął się od biurka. – Po drugie nie obchodzi mnie, co trzydziestoletnia kobieta robiła na studiach. Jeśli nie ma pani bardziej aktualnych informacji, będę musiał prosić, żeby się pani stąd zwijała.
– Nie powinien pan wysłuchać, co mam do powiedzenia? – spytałam zimnym głosem. Nie byłam już przerażoną osiemnastolatką. – Czy nie jest tak, że w sprawie zabójstwa wszystko jest istotne?
Komendant odłożył głośno długopis.
– W sprawie zabójstwa? Wiedziałem, że jest pani jedną z tych od podcastu. Wy, świry, wydzwaniacie do nas bez przerwy od dwudziestu czterech godzin. Jeśli dopadnę kiedyś tego palanta, który wykradł nam raport, żywcem obedrę go ze skóry. Jesteście jak sępy.
Oto Adam Dorsey jakiego pamiętam.
– Nie jestem „jedną z tych od podcastu”. Przychodzę z informacjami na temat Laurel, które pomogą rozwikłać sprawę jej zabójstwa. Czy pan mnie właśnie odprawia z kwitkiem?
– Jej zabójstwa? – Komendant Dorsey w zasadzie wypluł to słowo. – To było cholerne samobójstwo. Powtarzamy to wam wszystkim. Dziś rano ogłosiliśmy oficjalne orzeczenie. Po rozważeniu wszystkich dowodów jest to jasne jak słońce. Kobieta z depresją się powiesiła. Koniec sprawy.
– Wydaliście orzeczenie? – Patrzyłam na niego, mrugając. – A co z tymi nacięciami na rękach?
– Wspinała się pani na drzewo, żeby spróbować się powiesić? Te ranki tak powstały. To, że jakiś idiota z dostępem do mikrofonu twierdzi, że ma wątpliwości, niczego nie zmienia w faktach dotyczących sprawy.
– To dlaczego pan ze mną rozmawia? Dlaczego zaprosił mnie pan do gabinetu?
Oczy Dorseya zalśniły.
– Jest pani pierwszą świruską, która przyszła tu osobiście. Chciałem skorzystać z okazji, by panią ostro złajać. Proszę zatem słuchać: pani się kompromituje i nie ma szacunku dla prawa. Powinna się pani wstydzić.
Znajomo brzmiące słowa były jak zapalnik. Zerwałam się z krzesła.
– Pan mnie nawet nie pamięta, prawda? Ani tego, że Laurel siedziała tu przed panem i wypłakiwała się, a pan nie zrobił nic, żeby jej pomóc. Pamięta pan, że nas pan zostawił i musiałyśmy się same bronić?
Twarz Dorseya zrobiła się czerwona; mrugał szybko krótkimi rzęsami.
– Czytałem akta Laurel, więc tak, mam świadomość, że przyjmowałem od niej zgłoszenie. Ale nie, nie pamiętam jej. Wie pani, ile zaszlochanych kobiet przewija się przez to miejsce? – Komendant wstał i chwycił krawędź biurka, jego przedramiona się napięły. – Opowiadają swoje żałosne historie, cuchnąc alkoholem. „On mnie skrzywdził. Całował, kiedy tego nie chciałam”. I stoi taka w kiecce, która ledwie jej tyłek zasłania, po całej nocy żłopania piwa, flirtowania i robienia Bóg wie czego jeszcze. A potem ma czelność jedna z drugą pytać, dlaczego to je spotyka?
– To pan się kompromituje – wycedziłam, bo moje usta ruszyły szybciej niż mózg. – Pan powinien się wstydzić.
Wyciągnął palec w kierunku mojej twarzy.
– Niech się pani wynosi z mojego gabinetu i powie swoim psychokumplom, żeby przestali marnować życie na snucie internetowych teorii spiskowych i zaczęli służyć społeczeństwu. Albo możecie wszyscy zgnić.
Prawie się potknęłam o własne nogi, tak szybko chciałam wyjść. Otworzyłam energicznie drzwi i wypadłam z gabinetu. Czułam na sobie spojrzenia policjantów śledzące mnie do momentu, aż zniknęłam w holu.
– Dzięki za nic – rzuciłam do kobiety za kontuarem i opuściłam komisariat, ciężko oddychając.
Co za katastrofa. Dlaczego pomyślałam, że wizyta na policji będzie właściwą reakcją, skoro wcześniej nie pomogli? Zupełnie jakby lata spędzone daleko stąd, w bezpiecznym otoczeniu błękitnokrwistego towarzystwa Cala, wymazały tamte lekcje.
A Adam Dorsey to skurwiel. Pociągnęłam za klamkę drzwi po stronie kierowcy, zaklęłam, kiedy się nie otworzyły, i majstrowałam kluczykiem w zamku, aż wreszcie mogłam rzucić się do środka.
Był tak samo okropny, tak samo protekcjonalny jak wtedy, gdy byłyśmy na pierwszym roku. Z tym wyjątkiem, że teraz miał większą władzę. Moja rodząca się, jeszcze nie w pełni ukształtowana wizja partnerstwa z policją – wyobrażenie, że przyjadę tu, podzielę się informacjami i pomogę im zgłębić życie mojej przyjaciółki, aż znajdziemy odpowiedzi – była gówno warta. Dorsey natychmiast mnie uciszył, jak wtedy, kiedy tu studiowałam. Byłam zdana na siebie.
Ruszyłam z parkingu i wyjechałam na ulicę, wciskając pedał gazu do podłogi; nie miałam pojęcia, dokąd jadę, ale jechałam tam szybko.
Ulice wyglądały znajomo, mimo że sklepy się pozmieniały. Skręcałam niemal podświadomie, jakby przyciągał mnie magnes. Zorientowałam się, dokąd zmierzam, gdy ulice zrobiły się szersze, miejski ścisk otaczający komisariat rozluźnił się i ustąpił miejsca rezydencjom, sosnom rosnącym wzdłuż jezdni, gęstym gałęziom tworzącym markizy nad asfaltem.
Jechałam w stronę uczelni.
Oto i długi, perfekcyjnie wypielęgnowany żywopłot i duże srebrne litery Whitney College. Za nim znajdowały się drzewa, jaskrawozielone trawniki i budynki z cegły o zgaszonym odcieniu, kampus przypominający bardziej letni obóz lub szykowne przedmieścia. Skręciłam i pojechałam ulicą, którą pokonywałam milion razy, w połowie na jawie, w połowie w snach.
Minęłam centrum nauki, dom dla wykładowców i Davis, dużą stołówkę. Nie patrzyłam w tamtą stronę, nie wspominałam ich beznadziejnych obiadów spożywanych z Laurel i Clem ani tego, jak uczyłyśmy się w salonie do nieprzyzwoicie późnych godzin. Ich słynne weekendowe brunche, niebo dla dzieciaka takiego jak ja, który dorastał, martwiąc się, czy zje następny posiłek. Clem miała na talerzu niewyobrażalnie wysoki stos gofrów – ładunek węglowodanów dla piłkarki. Laurel wypijała kolejne filiżanki espresso – ten jej zwyczaj, który na początku miał imponować innym studentom szkoły teatralnej, przerodził się w uzależnienie.
Dzisiaj wszędzie kręcili się studenci: szli po trawnikach, biegali wzdłuż ulicy, wchodzili do Davis i wychodzili stamtąd. Nie przyszło mi do głowy, że mogą tu już być, no ale zbliżało się przecież Święto Pracy1. O ile dobrze zapamiętałam, nauka zaczęła się jakiś tydzień wcześniej. Jeszcze zanim zaczął się semestr jesienny, na terenie kampusu doszło już do zabójstwa, czego nie można by stwierdzić na podstawie krzątaniny studentów, śmiejących się i krzyczących do siebie.
Nie zmienili się od moich czasów. Dzieciaki z jaskrawo ufarbowanymi włosami, kolczykami w przegrodach nosowych, włosami krótko przystrzyżonymi i podgolonymi po bokach; inni mieli włosy długie, postrzępione, uporczywy trądzik, ubrania z second handu. Kampus był morzem czerni ze sporadycznie zdarzającymi się koszulkami z tęczową flagą.
Według Fiske Guide to Colleges Whitney to najbardziej postępowa uczelnia w Ameryce. Och, jak my jęczałyśmy, Laurel i ja, gdy ktokolwiek powiedział: „Whitney, to ta uczelnia komuchów i lesbijek, tak?”. Clem była tym zachwycona i odpowiadała: „Jak najbardziej”. I tak naprawdę Laurel i mnie ta reputacja szkoły też się podobała, bez względu na to, jak bardzo na nią narzekałyśmy.
Przecież przyjechałyśmy tu studiować nie bez powodu. Dla mnie to był akt buntu, samookreślenia, dlatego nieważne, jak bardzo bym przewracała oczami, w duchu rozkoszowałam się tym, co bycie tutejszą studentką dla mnie znaczyło. Ta reputacja była tarczą, zbroją, w którą chciałam wrosnąć. Brałyśmy udział w marszach domagających się równości płac, podpisywałyśmy petycje i oglądałyśmy na zajęciach poświęconych różnicom płciowym czarno-białe reklamy z lat pięćdziesiątych, śmiejąc się z kobiet, które odkurzały – biedne, ślepe, głupie.
I nic z tego nas nie uratowało.
Laurel zginęła tydzień przed początkiem roku akademickiego. To znaczyło, że na terenie kampusu panował większy spokój, zarówno tamtego dnia, jak i tego, gdy znaleziono ciało. Nagle poczułam rozpaczliwe pragnienie, by porozmawiać z osobą, która ją znalazła, dowiedzieć się dokładnie, co widziała. Lecz bez pomocy policji nie miałam pojęcia, od czego zacząć.
Na lewo przed sobą widziałam KPR, trzy największe, najnowsze akademiki – przynajmniej za naszych czasów. Wymieniałam ich nazwy, mijając je: Kimball, Penfield… i Rothschild. Tu mieszkałyśmy na przedostatnim i ostatnim roku, przynajmniej na papierze.
Mury z czerwonej cegły, długie, smukłe, białe kolumny i wysokie okna nie zmieniły się. Jeżeli cokolwiek uległo zmianie, to ja. Miejsce, którego niegdyś łaknęłam, na które patrzyłam z utęsknieniem, teraz wydawało się boleśnie zwyczajne. Budynek nie mógł się równać z moim domem w Highland Park, pięknym i błagalnie klęczącym.
Odwróciłam wzrok, świadoma, że Performing Arts Center będzie następny. Skręciłam w prawo i zaparkowałam po drugiej stronie ulicy przy Lynd House. Prosty ruch ręki, kierujący mnie ku właściwemu miejscu – przede wszystkim za sprawą pamięci mięśniowej – napełnił mnie nagle falą ogromnej, niemal desperackiej wdzięczności.
Zatrzymałam samochód i wyjęłam kluczyk ze stacyjki. Zatem niczego nie zmienili. Nie przestawili budynków jak pionków szachowych, nie zniszczyli miejsc, które pamiętałam. Jakaś część mnie bała się, że po ośmiu latach nie rozpoznam kampusu. Odkryję, że z mojego życia z Laurel i Clem pozostały tylko wspomnienia w mojej głowie – a przecież to jest tak zawodne miejsce do przechowywania czegoś tak cennego. Lecz kampus, który zapamiętałam, nadal tu był, co potwierdzało, że i rozgrywające się tu wydarzenia były rzeczywiste. Nikt nie mógł twierdzić inaczej. Nikt nie mógł mi tego odebrać.
Ścisnęłam kierownicę. I tym razem poczułam, że zaczęłam płakać.
POZNAŁAM LAUREL PRZED DWUNASTOMA LATY, kilka tygodni po rozpoczęciu pierwszego roku studiów. Wtedy mieszkałam po drugiej stronie kampusu, w McClellan. Zajęcia dopiero się zaczęły. Znajdowałam na nich tymczasowe przyjaźnie – dziewczyny proponowały, żebym chodziła z nimi na imprezy, aby nie musiały chodzić same. Część imprez odbywała się w Sussman Woods, inne w Pinehall, ale najlepsze poza terenem kampusu, w zatłoczonych domach wynajmowanych na spółkę przez pół tuzina studentów albo kupowanych przez zamożnych rodziców dla ich dzieci, by mogły mieszkać same jak młodzi milionerzy.
Tamta sobotnia impreza odbywała się w jednym z tych zatłoczonych domów. Gdy dotarłam tam z grupą dziewczyn z historii sztuki, przedstawiono nam co najmniej pięciu chłopaków, którzy tam mieszkali i z których każdy zajmował inną pozycję na skali bycia studentem Whitney, niechlujności i intelektualizmu, ale żaden nie był dość interesujący, abym chciała być z nim sam na sam. Impreza zamieniła się w popijawę i dziewczyny, z którymi przyszłam, upiły się tanim piwem. Śpiewaliśmy kawałki Arcade Fire, potykaliśmy się o stoły i tłukliśmy butelki na tarasie zawładniętym przez palaczy. Na koniec wieczoru udaliśmy się do domów, podtrzymując się nawzajem.
Gdy obudziłam się następnego dnia w swoim pokoju, z kapciem w ustach, zaczęłam szukać telefonu – dwukrotnie przekopałam cały pokój, zanim przyznałam, że zostawiłam go na imprezie i będę musiała tam wrócić. Już jako osiemnastolatka wiedziałam, że ostatnią rzeczą, jakiej się chce po imprezie, to zobaczyć jej skutki w świetle dnia.
Otworzył mi chłopak bez koszulki, z włosami do ramion, których wzruszeniem skwitował moje pytanie, czy mogę się rozejrzeć. Szybko poszedł na górę i zostawił mnie samą. W domu panował bałagan i upiorna cisza, jak na polu walki po bitwie – wszyscy mieszkający tu chłopcy albo byli poza domem, albo dogorywali. I kiedy znalazłam telefon wciśnięty między poduchy kanapy – cud nad cudami – usłyszałam to: pojedyncze, rozdzierające łkanie.
Zamarłam. Znowu – odgłos bólu podszytego strachem. Dostałam gęsiej skórki na rękach. Płacz brzmiał, jakby dobiegał spod podłogi. Chodziłam po domu, aż znalazłam schody w kącie kuchni.
Tam, dokąd prowadziły, panowały atramentowe ciemności. W Teksasie nieczęsto miewaliśmy piwnice, dlatego obecność podziemnego poziomu od razu wydała mi się złowroga.
– Halo? – zawołałam cicho.
Łkanie ustało. Zdecydowanie dobiegało stamtąd. Nie mogłam, jak Boga kocham, wyjść, nie sprawdziwszy tego, chociaż wiedziałam, że właśnie w ten sposób dziewczyny giną w horrorach. Wbrew rozsądkowi zeszłam po schodach, przytrzymując się niewykończonej balustrady, pewna, że drzazgi wbiją mi się w dłoń.
Dotarłam na dół. Oczy oswajały mi się z ciemnością, a gdy to zrobiły, zobaczyłam ją.
Była tak blada, że niemal świeciła. Jej blond włosy, posklejane w strąki, sięgały jej poniżej ramion. Miała na sobie tylko koszulkę na cienkich ramiączkach, dolna część ciała była naga. Kucała na futonie i próbowała zasłonić się rękami. Oczy miała wielkie, źrenice rozszerzone. Wyrwał się z niej odgłos, mimowolny, coś pomiędzy szlochem a czkawką.
Zatrzymałam się w pół kroku.
– Co się stało?
Później pomyślałam, że to dziwne, że się jej nie przedstawiłam, nie zapytałam jej o imię, nie uczłowieczyłam tej sytuacji. Lecz jakaś część mnie rozpoznała tę scenę – kobieta w niebezpieczeństwie – i odruchowo przystąpiłam do działania: najpierw zidentyfikuj zagrożenie.
Próbowała wziąć głęboki oddech, ale z jej gardła wydobył się urywany odgłos. To brzmiało jak: „on”. Wciąż obejmowała rękami dolną partię ciała. Nie potrafiłam stwierdzić, jakiego koloru miała oczy – były tak przekrwione, tak bardzo mnie rozpraszały mgliste plamy rozmazanego tuszu pod nimi.
– On? Kto?
– Przyszliśmy tu się napić – mówiła błagalnym tonem, jakby chciała, żebym coś zrozumiała. – Powiedział, że pokaże mi sztuczkę, w której ma ogień w ustach, ale tylko z amaretto. Przez jakiś czas było fajnie, zabawnie, ale potem zrobiło mi się niedobrze. I podłoga… – Zacisnęła powieki.
Serce biło mi tak szybko, jak szybki był rytm jej tętna widoczny w pulsowaniu jej szyi.
– Przechyliła się. Leżałam tutaj. – Spojrzała na futon. – I chyba zasnęłam. A potem… – Zamilkła. Nie chciała powiedzieć, co było potem.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Panował tu taki sam bałagan jak na górze. Widziałam płaski telewizor i konsolę do gier wideo. W kącie, w pobliżu minilodówki, ujrzałam jasnoniebieską spódnicę splątaną z majtkami. Podniosłam je i podałam dziewczynie. Zacisnęła palce na materiale.
– Odwrócę się – zaproponowałam szybko.
Stojąc do niej plecami, słyszałam, że się porusza, ostrożnie i powoli, jakby nadal zgrywała się ze swoim ciałem.
– Ocknęłam się, a on leżał na mnie – mówiła cicho. – W pierwszej chwili byłam zdezorientowana. Napierał na mnie, dotykał mnie i nie rozumiałam, co się dzieje. Dlatego się nie poruszyłam. Nie pojmowałam sytuacji.
Zaczęłam się odwracać.
– Nie. Proszę – powstrzymała mnie.
Zagryzłam język i potaknęłam ruchem głowy.
– Błagałam, żeby ze mnie zszedł. Ale on tylko mnie uciszał. – Znowu ten dźwięk, jakby szloch, którego nie zdołała powstrzymać. – A gdy skończył, siedział tu i pił piwo.
Zamknęłam oczy.
– Za bardzo się bałam, żeby się odezwać. Bałam się, że zrobi to znowu, a wciąż kręciło mi się w głowie. Nogi miałam zbyt ciężkie, abym mogła się ruszyć.
Teraz rozpoznałam jej ton. Usprawiedliwiała się. Tłumaczyła, dlaczego nie uciekła, nie krzyczała – strach w połączeniu z alkoholem sparaliżował ją, uczynił potulną. Już przewidywała, jakie argumenty zostaną wytoczone przeciwko niej. Zapragnęłam się odwrócić i powiedzieć jej, że nie musi tego robić, że ją rozumiem.
– Miałam wrażenie, że serce wyskoczy mi z piersi – ciągnęła.
– Co się stało potem?
– Wyszedł. A ja chyba w pewnym momencie znowu zasnęłam.
Tym razem się odwróciłam.
– I właśnie się obudziłaś?
Dziewczyna przytaknęła, przecierając oczy. Kiedy się ubrała, mogłam stwierdzić, że miała idealnie dobrane top i spódnicę, w ładnym odcieniu błękitu – przypominały zestaw dla lalki.
– Nie mogę się zmusić, żeby iść na górę. – W jej głosie wybrzmiała nuta rozpaczy. – Wolę umrzeć, niż znowu na niego spojrzeć.
Zastanawiałam się, co ja bym chciała usłyszeć.
– Nie musisz robić nic, czego nie chcesz. Ale ja chcę cię stąd zabrać. – Chwila ciszy. – Jak masz na imię?
Objęła się rękami, jakby było je zimno, mimo że w piwnicy panował zaduch.
– Laurel – szepnęła.
– Laurel. Jestem Shay. Zaufaj mi, rozumiem, co czujesz. Powiesz mi, jak ma na imię ten chłopak?
– Andrew – odpowiedziała cicho. – Nie znam jego nazwiska. Przykro mi. On tutaj mieszka.
Kiwnęłam potakująco głową.
– Dobrze. A co myślisz o rozmowie z policją? Mogę iść z tobą. – Wskazałam na schody. – Byłam przed chwilą na górze. Nikogo nie ma. Jeśli się zgodzisz, pójdę pierwsza. Wymkniemy się drzwiami frontowymi i pójdziemy prosto na komisariat.
Popatrzyła na mnie z nadzieją i bojaźnią.
– Okej – szepnęła.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
CZĘŚĆ I
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
