Folk - Tomasz Czarny Marcin Piotrowski - ebook

Opis

Jowita jest młodą ćpunką. Jej życiem rządzą nieustanne imprezy i narkotyki. Gdy przedawkowuje kolejny raz, jej chłopak Maciek postanawia odciąć ją od wpływu zgubnego nałogu oraz niewłaściwych znajomych i zabrać ją na łono natury, z dala od wszystkiego. Chce przeprowadzić na dziewczynie prywatny detoks i nadać jej życiu sens… W samotnej leśniczówce w lesie odkrywają siebie na nowo…dopóki ktoś nie zdecyduje się brutalnie przerwać ich wymarzonej idylli…Przy koszmarze, który ich czeka, uzależnienie od narkotyków wydaje się niewinną igraszką…rozpoczyna się gra o życie.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 167

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Wydawnictwo Dom Horroru, 2018

Dom Horroru

Gorlicka 66/26

51-314 Wrocław

Copyright © Tomacz Czarny i Marcin Piotrowski, FOLK, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Redakcja i korekta: Anna Musiałowicz

Projekt okładki: Dawid Boldys, Shred Perspectives Works

Skład: Sandra Gatt Osińska

Opracowanie e-booka: Paweł Mateja

Wydanie I

ISBN: 978-83-951616-6-7

Dla „No co ty, nie masz łeba?”

Tomasz Czarny

CZĘŚĆ IJOWITA

1

Dziewczyna siedziała na wersalce, wpatrując się w stolik, na którym leżały fifki, strzykawki, bongi, sreberka i małe, prostokątne woreczki. Mimo że na dworze było ciepło, ona zalegała pod kocem i cała się trzęsła. Co ty zrobiłaś, co ty zrobiłaś, co ty zrobiłaś ze sobą, dziewczyno? Zapłakała, a później zasnęła.

Obudziła się z potwornym bólem głowy, swędziało ją całe ciało, a żołądek zmienił się w głaz. Jeszcze raz, tylko jeszcze raz. A później rzucisz to gówno. Podniosła ze stołu sreberko, nasypała na nie brązowego proszku z woreczka, wsadziła do ust szklaną lufkę i odpaliła zapalniczkę. Zaciągnęła się, po czym powoli wypuściła dym przez nos. Wszystko wróciło do normy. Świat znowu stał się bezpieczny, nic jej nie dokuczało. Odczuwała błogi spokój, rozluźniła się. A co mi zależy… Sztachnęła się jeszcze raz. Teraz była gotowa, by zmierzyć się problemami dnia codziennego, uzbrojona w marazm, wycofanie i wewnętrzną błogość. Zadzwonił telefon leżący na stole.

– Czego chcesz?

– Mam nadzieję, że właśnie szykujesz się do pracy…

– Nno taak… właśnie…

– Właśnie znowu, kurwa, się nagrzałaś, Witka, mam rację?

– Nie mów tak do mnie… Maciek… przypaliłam trochę, żeby się pozbierać, przecież wiesz, jak jest. To nie buła z masłem.

– Gdy tylko cię spuszczę z oczu, od razu gonisz kroplę. Jowita… nie chcę, żeby… nie chcę…

– Czego nie chcesz? Czego nie chcesz, Maciek? Żebym umarła ze sprzętem w żyle? Czy nie chcesz mnie już posuwać, bo może myślisz, że złapałam trypla albo adidasa?

– Przestań, Wit. Przyjadę.

– Nie. Nie otworzę ci. Nie tym razem.

– Wyłamię drzwi. Tym razem.

Maciek usłyszał w słuchawce szelest i odgłos zapalanej zapalniczki.

– Zajebię cię! Jowita!

Ale połączenie zostało przerwane.

Drzwi do mieszkania były otwarte, nie musiał ich wyważać. Jego oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Tekturowe pudełka po pizzy, butelki po piwie i niedopałki walały się wszędzie, na stole natomiast znajdowała się mała, prywatna apteka. Jowita była chora, to nie ulegało wątpliwości, ale nie zdawał sobie sprawy, że sprawy posunęły się tak daleko. Dziewczyny nie było w pokoju. Poszedł do sypialni. Widok, który zastał, zmroził mu krew w żyłach.

– Ja pierdolę! Jowita! Kurwa jego była mać! – Podbiegł do łóżka i wyciągnął głowę kobiety z kałuży wymiocin, znajdującej się na pościeli. Odwrócił dziewczynę na wznak, po czym przystawił ucho do jej ust. Usłyszał cichy, rzężący oddech.

– Jezu, ona mi tu zejdzie…

Zaczął ją cucić, uderzać delikatnie w policzki, ale nic to nie dało. Jej ciało było bezwładne.

– Jowita, Jowita! Co brałaś, powiedz mi, co brałaś!? – krzyczał.

Podniósł jej powieki. Były nienaturalnie rozszerzone i mętne. Nagle z ust Jowity wydobył się jakiś cichy bełkot, charkot raczej. Maciek przysunął ucho do warg dziewczyny.

– Hel… Helenę. Dużo Heleny, za duuużo…

Dopiero teraz przyszło mu do głowy, żeby sprawdzić jej ramię, na którym widniał świeży ślad po igle.

– Chuj! Chuj! I chuj! Aggghhhhh!

Chwycił Jowitę pod głowę i pod kolana, i zaniósł do łazienki. Nie była ciężka, nigdy nie była. Posadził ją w wannie. Głowa dziewczyny opadła bezwładnie na ramiona. Maciek odkręcił kurki. Najpierw polewał ją letnia, później zimną wodą. Była w takim stanie, że nawet stado pędzących słoni nie zrobiłoby na niej większego wrażenia.

Po jakimś czasie zaczęła się powoli budzić z letargu, poruszając lekko głową i rękami.

– Jowita? Jowita, słyszysz mnie?

Mówiła coś do siebie, ale chłopak nie mógł usłyszeć, co dokładnie. Nachylił się nad wanną.

– Maciek… Maciek, mówiłam, żebyś nie przyjeżdżał…

– Taki chuj! Nie pozwolę ci umrzeć! Ty nie możesz tego zrobić, rozumiesz? Nie pozwolę ci! – wykrzyczał i zakręcił wodę. – Wstawaj, teraz to jestem wkurwiony. Wyjdziesz z tego!

– Maciek…

Wziął ją na ręce i zaniósł taką mokrą na łóżko, po czym wrócił do łazienki po ręcznik.

Jowita nadal była nagrzana jak diabli, ale powoli dochodziła do siebie. Zdarł z niej ciuchy i zaczął wycierać. Nie protestowała.

– Trochę, chyba trochę… ten tego, przesadziłam.

– Aha, nie pierdol mi tu. Chciałaś ze sobą skończyć. Do kogo te głodne kawałki? Bo chyba nie do mnie? Nie jestem frajerem. – Aż kipiał ze złości. – Zabieram ten cały syf i zostaje z tobą, aż nie wydobrzejesz. Jowita? – Jego pytanie pozostało bez odpowiedzi. Dziewczyna zapadła w sen. – Co ja z tobą mam… po prostu przejebane – powiedział do siebie.

* * *

Czekał, aż się obudziła. Przez cały czas, gdy spała, czytał albo oglądał telewizję. To już nie pierwszy raz. Po prostu czuł, że musi tak postępować, to było silniejsze od niego.

– Jeszcze tu jesteś? – zapytała zaspana.

– Jak widzisz.

– Maciek… czuwałeś przy mnie całą noc? Serio?

– Jak zawsze, niestety…

– Niedobrze mi.

Popatrzył na nią z politowaniem, ale i z gniewem w oczach.

– Serio? Doprawdy nie mam pojęcia, po czym. Ciesz się, że żyjesz, dziewczyno.

– Nawet nie masz pojęcia, jak kurewsko się cieszę. Gdzie…?

– Daleko, nie ma, nieważne. Zadzwoniłem też do twojego dilera. Nawet nie próbuj się z nim kontaktować, bo nie odbierze od ciebie telefonu.

– Jak, kurwa, śmiesz?! Chyba żartujesz!? Odjebało ci do reszty?

Wskazał na nią palcem.

– Uspokój się. Koniec z ćpaniem, już ja tego dopilnuję.

Przewróciła oczami i złożyła dłonie do modlitwy.

– Słodki Jezu, przybył mój wybawiciel, były ćpun, a teraz człowiek światły i prawy. Ja pierdolę, a jak przyciśnie mnie tak, że nie będę mogła się ruszyć? Jak będę zgięta w pół? Pomyślałeś o tym? KURWA!

– Zrobimy ci domowy detoks, znam się na tym. Dasz… damy radę!

– Spierdalaj. Spierdalaj i to szybko.

Podniosła się na rękach i zwymiotowała na niego.

– Dzięki, pieprzona Lindo Blair!

* * *

Dreszcze, chodzenie po ścianach, bezsenność, nudności, rozdrażnienie… Miała to wszystko oraz inne symptomy odstawienia. Szukała, błagała, mamiła, kusiła i groziła. Maciek był jak ściana.

– Nope. Nie ma szans. Najmniejszych. Wiesz o tym.

– Chodź, powiem ci coś na uszko. – Uśmiechnęła się rozpustnie.

– Nawet wiem co. Chyba że chcesz mi się zrzygać do ucha tym razem.

– Daj mi to! Albo wypierdalaj. Nie potrzebuję cię. Nie potrzebuje nikogo!

Podciągnęła kolana pod brodę i objęła je rękami.

– Nie możesz siedzieć tu wiecznie, po prostu nie możesz. Masz przecież jakieś życie, gdzieś tam – powiedziała.

– Mogę i gwarantuję ci, że nie wrócisz do tego syfu. Nigdy!

– A skąd ty to możesz wiedzieć? Nikt tego nie wie!

Chwycił ją za ramiona i potrząsnął.

– Jowita, jesteś młoda, piękna, świat stoi przed tobą otworem. Czemu wstrzykujesz sobie codziennie to gówno?

Popatrzyła na niego jak na idiotę.

– A ty? Dlaczego to robiłeś? No, Maciuś, dlaczego?

– To nie fair. Nie rozmawiamy teraz o mnie, poza tym już dawno tego nie robię, przecież wiesz.

– No, nie wiem, może wyjdziesz stąd i na parapecie walniesz ścieżkę albo dwie.

– Tania zagrywka.

– Czemu mi pomagasz, czemu nie możesz zostawić mnie w spokoju? Czemu? Czemu?

Maciek patrzył dziewczynie prosto w oczy.

– Odpowiedź jest bardzo prosta. Domyśl się.

– O Boże…

* * *

Leżeli na łóżku obok siebie i palili papierosy, wpatrując się w sufit.

– Dlaczego taka jesteś?

– Jaka?

– Tak bardzo dążąca do samodestrukcji.

– Nie wiem, po prostu taka jestem i już. Dno.

– Nie jesteś dnem. Tylko… zapuściłaś się w ślepą uliczkę. – Zaciągnął się porządnie. – Odsunęłaś się od przyjaciół, rodziny, znajomych. Dobrze ci z tym?

Roześmiała się.

– Z niczym mi nie jest dobrze, a najbardziej jest mi źle ze sobą. Chyba od zawsze.

– Ale są terapie, są sesje, warsztaty, leczenie.

– Maciek, Maciek. Ty znowu swoje. Jestem jak… jak klęska żywiołowa. Sieję zniszczenie.

– Ale niektórzy mogą się jej oprzeć, na przykład ja.

– Nie sądzę głuptasie, raczej będą tego opłakane konsekwencje.

– Zaryzykuję, wiesz?

– Ty chyba naprawdę nie wiesz, na co się porywasz.

– Wiem i biorę to na siebie.

Wzięła głęboki wdech.

– Musisz pakować się w kłopoty? Przecież zdajesz sobie sprawę, że od dnia moich narodzin wszyscy, którzy obracali się w moim towarzystwie, w końcu umierali.

– Jasne. Rodzice – wypadek samochodowy, ciotka – rak, przyjaciele i znajomi – narkotyki. Nie widzę analogii.

– Całe życie byłam samotna, zdana na siebie. Teraz też sobie poradzę. Naprawdę.

– Jak tylko bym wyszedł, zadzwoniłabyś po towar.

– Tak.

– Dlaczego?

– Bo nie widzę sensu. Chyba nigdy nie widziałam, wiesz?

– I ja musiałem stanąć ci na drodze.

– Niestety tak. Teraz zapewne nie będę mogła rozbić się samotnie o brzeg.

– Raczej nie, nie pozwolę ci.

– Cham.

– Ćpunka.

Zawyła z gniewu.

– Chcę umrzeć. Chcę naprawdę umrzeć.

– Ty już nie żyjesz. Nigdy nie żyłaś naprawdę. Umarłaś, zanim się urodziłaś. Musisz zmienić swoje życie, póki nie jest za późno.

– Już jest za późno.

– Mylisz się. Jak dojdziesz do siebie, wyjeżdżamy.

– Wyjeżdżamy? A niby, kurwa, gdzie?

– Odpocząć. Znaleźć twój spokój i nowe życie.

Puknęła się palcem w głowę.

– Pogięło cię, nigdzie z tobą nie jadę.

– Nie pytałem cię o zdanie…

* * *

– Dzięki Irmina, jesteś naprawdę kochana!

– Chciałabym pomóc bardziej.

– Daj spokój, i tak dużo zrobiłaś.

– Gdzie ona jest?

– Jowita? Śpi u siebie.

– Nie boisz się zostawiać jej samej?

– Jej diler nie odbierze od niej telefonu, poza tym zamknąłem drzwi, więc nie wyjdzie, a nawet jakby, to przecież stoimy przed jej klatką schodową, prawda?

– Tak, masz rację, ale pamiętaj. Osoby uzależnione są bardzo sprytne i kreatywne.

– Wiem, nie musisz mi przypominać. Dlatego właśnie zabieram ją z miasta, gdzie jest sporo pokus.

– Nie znajdziesz lepszego miejsca niż mój domek. Same lasy, a mieścina, która jest nieopodal, to tak zapadła dziura, że nazwali je Nędza.

Maciek uśmiechnął się, słysząc tę informację. Nędza była świetnym określeniem sytuacji, w jakiej się znalazł.

– Przepraszam cię, ale sama rozumiesz, że muszę już wracać.

– Tak, oczywiście.

– Jeszcze raz bardzo dziękuje.

Mężczyzna ucałował Irminę w policzek na pożegnanie. Jej piękne, ciemne oczy i grube, czerwone usta w normalnym okolicznościach podnieciłyby go. Teraz jednak miał zbyt dużo zmartwień na głowie. Najważniejsza była Jowita. Irmina cieszyła się, iż może pomóc. Doskonale wiedziała, jak to jest być w sytuacji bez wyjścia. I bardzo zazdrościła jej Maćka.

Mężczyzna wszedł na klatkę schodową. Jeszcze raz sprawdził, czy ma klucze od Irminy w kieszeni. Gdy się upewnił, że są na miejscu, ruszył do mieszkania Jowity. Ich prywatnej nędzy.

2

Torby podróżne były już pełne. Oczywiście pakowanie spadło na głowę Maćka. Jowita siedziała obrażona na łóżku. Tak bardzo potrzebowała choć jednej białej kreski. Nie mogła myśleć o niczym innym. Wszystko ją bolało. Mięśnie, głowa, a nawet zęby. Dlaczego była tak głupia, że związała się z byłym ćpunem? Kiedyś sam brał, a teraz udaje wielkiego księcia na białym koniu. Ubzdurał sobie, że ją uratuje. Niby jak? Dla niej nie było ratunku. Lepiej by zrobił, jakby przyniósł jej towar. Przynajmniej nie cierpiałaby. Sam też mógłby wyluzować. Wyjąć kij z tyłka. Najgorszy był jednak ten wyjazd. Też sobie wymyślił! Tutaj, w mieście, miała chociaż nadzieję na dostanie towaru, a w jakiejś zapadłej dziurze? Nie było szans. I to wkurzało ją najbardziej.

Mężczyzna spojrzał na Jowitę. Była wściekła, ale przynajmniej wyglądała już lepiej niż wtedy, gdy postanowił jej pomóc. Wiedział, że nie będzie łatwo. Miał świadomość, co ona przeżywa, sam był w takiej sytuacji. Nienawidził wtedy osób, które mu pomagały. Obecnie oddałby za nich życie. Dlatego był pewien, że kiedyś będzie mu wdzięczna. Teraz może go przeklinać. To nie jest ważne. Ważne jest, aby wyciągnąć ją z tego gówna. Nic innego się nie liczy.

* * *

– Muszę jechać do pracy i załatwić nam wolne na wyjazd.

– Ja nie potrzebuję wolnego, a już na pewno żadnego pierdolonego wyjazdu!

– Pewnie, bo ty potrzebujesz ćpania.

– Odpierdol się ode mnie!

– Przykro mi bardzo, ale się nie odpierdolę.

Jowita tylko odwróciła głowę. Nie chciała nawet patrzeć na swojego chłopaka. W tej chwili go nienawidziła. Maciek podszedł do łóżka i usiadł obok dziewczyny.

– Słuchaj, wiem, że teraz mną gardzisz. Musisz jednak zrozumieć, że robię to wszystko dla ciebie. – Złapał ją za ramiona i potrząsnął.

– Nie pozwolę, aby coś ci się stało! Rozumiesz? – Jowita spojrzała mu w oczy. Pierwszy raz, odkąd wprowadził się do niej. Jej wzrok początkowo przepełniony był gniewem, jednak gdy wejrzała w oczy swojego faceta, złość ustąpiła. W błękitnych tęczówkach Maćka, spojrzeniu, dzięki któremu ją zdobył, ujrzała współczucie i troskę. Dwie rzeczy, jakich nigdy od nikogo nie doświadczyła. W tej krótkiej chwili znów poczuła miłość do tego mężczyzny. Krótkiej, gdyż do głosu doszła chęć przygrzania. Może miłość przezwycięża wszystko, ale w tym momencie głód narkotykowy dał łupnia uczuciom.

– To nigdzie mnie nie wywoź, bo słowo daję, że się tam zabiję!

– Dobra, nie chcesz normalnie rozmawiać, to nie.

Mężczyzna wstał. Podszedł do stołu, z którego zgarnął klucze Jowity i jej telefon. Był tym wszystkim zmęczony. Tęsknił za swoją dziewczyną, nie mógł jednak pozwolić, aby się zabiła. Przecież ostatnio była tego tak bardzo bliska. Co by było, gdyby ją po tym zostawił? Może teraz szykowałby się na jej pogrzeb.

– Ja, tak jak mówiłem, wychodzę. Zabieram twój telefon i klucze. Wrócę za kilka godzin.

Nawet nie spojrzawszy na Jowitę, opuścił mieszkanie. Dźwięk zamykanego zamka pozbawił dziewczynę marzeń o odzyskaniu wolności.

* * *

Dwadzieścia minut później Maciek parkował auto przed supermarketem, w którym pracowała Jowita. Przeszedł przez parking, ominął jednak główne wejście i ruszył w stronę drzwi dla pracowników, które zawsze były otwarte. Co prawda za nimi znajdowało się biuro ochrony budynku, jednak wszyscy ochroniarze doskonale go znali.

– Dzień dobry panie Maćku. A gdzie Jowitka?

– Dzień dobry, panie Mieczysławie. Niestety jest chora. Przyjechałem załatwić jej wolne u kierowniczki.

Twarz siwego, zawsze uśmiechniętego ochroniarza wyraźnie posmutniała.

– Oj, niedobrze. Proszę jej życzyć szybkiego powrotu do zdrowia od całej ochrony!

– Dziękuję, oczywiście przekażę.

Mężczyźni uścisnęli sobie ręce, po czym Maciek ruszył wąskim korytarzem. Po kilku metrach skręcił w lewo, gdzie mieściły się biura oraz szatnie i jadalnie marketu. Przy wejściu siedziała recepcjonistka Angelika – młoda, roześmiana blondynka. Jej mina na widok Maćka wyrażała lekkie zdziwienie.

– Maciek? Jowity nie ma dzisiaj w pracy.

– Hej Angela.

Recepcjonistka przewróciła swoimi błękitnymi oczami, a na jej twarzy pojawił się grymas.

– Nie mów do mnie „Angela”!

– Tak, tak, wiem. Jest może dzisiaj pani Joanna?

– Masz szczęście. Powinna mieć wolne, ale przyjechała uzupełnić jakieś dokumenty czy coś. Jest w swoim biurze.

– Super!

– Czekaj, zadzwonię do niej.

Angelika sięgnęła po telefon stacjonarny, który stał obok niej, wybrała czterocyfrowy numer do kierowniczki działu kas. Po odsłuchaniu dwóch sygnałów odezwała się Joanna. Chociaż miała wolny dzień i była dosyć zajęta, pozwoliła wpuścić interesanta do siebie.

– Dziękuję, pani Asiu. – Recepcjonistka ponownie zwróciła twarz ku Maćkowi. – Wiesz, gdzie jest jej gabinet? Zaraz naprzeciwko gabinetu dyrektora.

– Tak, wiem, byłem tam raz. Dzięki Angela – dodał, puszczając oko do dziewczyny.

– Nie mów do mnie „Angela”!

* * *

Nareszcie była sama w domu. Ale co z tego? Drzwi zamknięte na klucz, nie miała telefonu. Internet! Jak mogła o nim zapomnieć. Zerwała się z łóżka i ruszyła biegiem do pokoju, w którym znajdował się komputer. Na Facebooku wśród znajomych miała sporo osób pomocnych w takiej sytuacji. Wystarczy do nich napisać. Zanim Maciek wróci, ona już będzie na haju. Szczęście ją rozpierało. Boże, dzięki za Internet! Usiadła przed komputerem. Nacisnęła przycisk i nic. Zero reakcji.

– Co jest, kurwa?!

Dziewczyna jeszcze kilkukrotnie wcisnęła przycisk. Bez rezultatu. Wstała z fotela i zajrzała za komputer. Nie było kabla zasilającego. Pieprzony dupek! Całe szczęście wyparowało z organizmu Jowity. Ona sama padła na podłogę. Rozpłakała się.

(...)

TOMASZ CZARNY

Urodzony w 1981 roku we Wrocławiu.

Fan, recenzent, publicysta i propagator wszelkiego rodzaju horroru, a przede wszystkim pisarz horroru ekstremalnego.

Autor ponad setki opowiadań.

Jeden z najbardziej mrocznych i bezkompromisowych pi-sarzy horroru w Polsce.

Współpracował m.in. z portalami Horror Online, Horror Reviews, Kostnica.pl, Okiem na Horror oraz Niedobre Literki.

Publikował m.in. w magazynach „Qfant”, „Grabarzu Polskim”, „Głosie Fantastyki”, „Horror Masakrze” „Krypcie”, na portalach internetowych „Niedobre Literki”, „Kostnica”, „Horror Reviews”, „Horror Online”, „Carpe Noctem”, „Szortal” i innych.

Gość konwentów „Krakon”, „Zamczysko”, „Kfason”, „Niucon”, „Polcon”.

Brał udział m.in. w antologiach horroru „Halloween III”, „Gorefikacje”, „Gorefikacje II” (pomysłodawca i współredaktor), „Krwawnik”, „Krwawnik 2”, „Postosłowie”, „Oblicza Grozy”.

Autor powieści „Do piekła i z powrotem” (Dom Horroru, 2018).

Współautor (wraz z Tomaszem Siwcem) antologii „11 Grzechów Głównych” (Horror Masakra, 2015), współautor (wraz Karoliną Kaczkowską) antologii „Ofiarologia” (Dom Horroru, 2017), współautor (wraz z Marcinem Piotrowskim) powieści „Folk”(Dom Horroru, 2018).

Właściciel wydawnictwa Dom Horroru.

facebook.com/tomaszczarnygore

domhorroru.pl

facebook.com/domhorroru

MARCIN PIOTROWSKI

Urodzony w 1989 r., rodowity łodzianin. Odkąd pamięta, kocha horrory i już w dzieciństwie oglądał klasyki tego gatunku, takie jak Piątek trzynastego czy Koszmar z ulicy Wiązów. Przygodę z pisaniem zaczął po lekturze pierwszej części Gorefikacji.

Debiutował w 2014 r. na łamach portalu Horror online opowiadaniem Skórzane piękno i został laureatem portalowego konkursu literackiego.

Publikował opowiadania m.in. w antologiach: Tabu (antologia horroru erotycznego), Gorefikacje (tom II cz. 2), Krew zapomnianych bogów”, czeskim Howardzie a także w Horror Masakrze. W 2016 jego drabble pt. Ozdoby zostało wyróżnione w konkursie na halloweenowe drabble.

Kocha twórczość Edwarda Lee i Johna Eversona. Pasjonuje się piłką nożną (od kilkunastu lat jest wiernym kibicem Realu Madryt), MMA (kibicuje Joannie Jędrzejczyk) i historią. Kolekcjonuje dobrą whisky.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Część I. Jowita

1

2

3

4

5

6

7

Część II. Witajcie w nędzy

1

2

3

4

5

6

Podziękowania

O autorach