Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Regina Brywczyńska wiedzie uporządkowane życie — przynajmniej według własnego przekonania. Wszystko zmienia jedno przypadkowe spotkanie na ulicy w Wilnie, które uruchamia lawinę zdarzeń, nad którymi szybko traci kontrolę.
Wciągnięta w świat politycznych napięć i niebezpiecznych zależności, Regina staje do gry o własną reputację — i o powstrzymanie katastrofy, która wisi nad Warszawą połowy lat dwudziestych.
U boku wiernego sekretarza, Juliusza Tumanka, będzie musiała stawić czoła nie tylko teraźniejszości, lecz także temu, co dawno uznała za zamknięte. Przeszłość potrafi przecież wrócić w najmniej spodziewanym momencie — a zdrada często ma różne oblicza…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 420
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Książka jest literacką fikcją – ale zainspirowały ją prawdziwe zdarzenia.
Wilno, maj 1925
Atmosfera w klasie była duszna i gęsta.
Otwarte okna jednak nie pomagały – z ulicy Mickiewicza, jednej z głównych ulic Wilna, do środka wpływało ciepłe, rozgrzane powietrze, pachnące miejskim kurzem i kwitnącymi bzami.
Dla większości mieszkańców miasta był to po prostu piękny, pełen słońca dzień, jednak dla ponad czterdzieściorga uczniów Gimnazjum im. Lelewela był to sądny dzień – pisemna matura z algebry. Janusz Obrąpalski wytarł spocone nagle dłonie o spodnie. Rzucał nerwowe spojrzenia na boki, zezując często w stronę nieodległej ławki, którą zajmował Staś Ławrynowicz. Staś, jak gdyby nigdy nic, odwracał się właśnie do siedzącego za nim ucznia i coś mu mówił półgłosem. Uczeń jednak nie był wcale skory do rozmowy, zerkał z widoczną obawą w stronę komisji maturalnej, w której zasiadali profesorowie z ich szkoły, na czele z dyrektorem Biegańskim, postrachem całego gimnazjum. Dyrektor miał pociągłą twarz, którą wydłużało jeszcze wysokie czoło, a pod nosem pyszniły się szczotki wąsów. Jego głowa wydawała się nieproporcjonalnie duża w stosunku do reszty raczej drobnego ciała. Nie liczył sobie nawet czterdziestu lat, ale mimo to był najsroższym pedagogiem w całej szkole i podobno nawet w kuratorium woleli się z nim zgadzać, bo zwyczajnie się go bali. Jednocześnie ceniono go za twarde podejście i wysokie wymagania wobec uczniów, którzy, chcąc nie chcąc, musieli dawać z siebie wszystko, by spełnić jego wyśrubowane oczekiwania.
Biegański rozmowę, oczywiście, już zauważył. Jego sokole oko zawiesiło się na Ławrynowiczu i siedzącym za nim młodzieńcu, który, dostrzegłszy czujny wzrok dyrektora, skulił się nieco i pochylił głowę nad kartką z zadaniami z algebry. Ławrynowicz jednak jakby tego nie zarejestrował i wciąż gadał.
Dyrektor chrząknął głośno.
– Pan Ławrynowicz zajmie się łaskawie swoim egzaminem – odezwał się. Staś spojrzał na niego hardo, po jego twarzy błąkał się uśmieszek. Uniósł lekko brodę i odwrócił się na krześle do kolegi za nim, który teraz starał się być wręcz niewidoczny.
Obrąpalski nerwowo obracał ołówek w dłoni.
– Przypominam panom, że trwa egzamin maturalny, a jego zasady panowie powinni mieć świetnie przyswojone, zwłaszcza że jeden z panów podchodzi do niego już po raz drugi – oznajmił dyrektor tubalnym głosem. Uczniowie zerkali rozproszeni znad swoich egzaminów – wiadomo było, że to był przytyk do Stasia, który nie dość, że był mocno starszy od większości maturzystów, liczył sobie bowiem aż dwadzieścia trzy wiosny, to już w zeszłym roku próbował zdać egzamin. Jak widać – bezskutecznie.
Napomnienia nie pomogły, więc dyrektor wstał zza stołu komisyjnego i z groźną miną ruszył wzdłuż ławek, w których siedzieli uczniowie, nagle skupieni na zadaniach z algebry.
Obrąpalski skamieniał.
Czy to już?!
Dyrektor Biegański stanął nad Stasiem, z kciukami wsuniętymi w kieszonki kamizelki.
– Pan Ławrynowicz właśnie zakończył egzamin maturalny – oznajmił sucho i wziął z blatu arkusz egzaminacyjny. Stasiu odwrócił się gwałtownie, ale było już za późno, Biegański spojrzał na pustą kartę Ławrynowicza, poruszył wąsami i uniósł brwi, przez co jego twarz zaczęła przypominać smutnego spaniela. – Proszę, proszę, jak zwykle, widzę, że intelektem pan nie błyszczy – skomentował, odchodząc powoli w stronę stołu komisji. – Może po prostu niektórzy nie nadają się do nauki. Może gdyby zamiast balować i jeździć automobilem jak wariat po Wilnie, przyłożyłby się pan do podręcznika, to choć jeden wzór byłby pan w stanie wyprowadzić, no ale cóż, tego się już nie dowiemy. – Uśmiechnął się złośliwie.
Maturzyści zamarli nad swoimi kartami egzaminacyjnymi. Ich dyrektor nie cieszył się sympatią wśród uczniów. Choć porządnie przygotowywał do egzaminów, jednocześnie potrafił każdemu dopiec do żywego jakąś kąśliwą uwagą.
Obrąpalski odłożył ołówek na blat, wsunął rękę do kieszeni i wymacał zimny, metalowy przedmiot.
Staś Ławrynowicz zerwał się z ławki i wyszarpnął z kieszeni rewolwer.
I wtedy zapanował chaos.
Staś wycelował w dyrektora, ich kolega Adaś Zagórski, z którym tak pysznie chodziło się pić wino nad Wilejką, wykazał się nie lada refleksem, zerwał się bowiem z miejsca i rzucił, by zasłonić dyrektora Biegańskiego. Huk wystrzałów rozdarł egzaminacyjną ciszę. Dwie kule uderzyły w pierś Adama, kolejne dwie – w dyrektora. Pozostali uczniowie i członkowie komisji zrywali się z miejsc, krzesła upadały na podłogę, krew rozbryzgiwała się po sali. Staś wciąż strzelał, inni rzucili się, by go obezwładnić, próbowali chwycić go za ramiona i odebrać broń, jeszcze inni próbowali uciekać, ktoś próbował wyskoczyć w panice przez okno, ktoś przewrócił ławkę i krył się za nią.
Janusz siedział wciąż na swoim miejscu, nieruchomo. Wiedział, przecież wiedział…! A mimo to nie był w stanie się ruszyć. Strzały go nie przerażały, ćwiczyli przecież w Związku Strzeleckim „Strzelec”, ale to – strzały w pomieszczeniu, upadające ciała, zalewająca wszystko krew… na to chyba nie był gotowy. Nie był w wojsku, nie brał udziału w walkach, ale…
Nienawidził swojego życia. Nienawidził tego miejsca, nienawidził tej szkoły i tego miasta.
Kule w rewolwerze Stasia wyczerpały się, co było okazją dla tych, którzy próbowali Ławrynowicza obezwładnić. Przyskoczyli do niego i zabrali mu broń, Staś jednak działał z misją – wyszarpnął z kieszeni granat i wyrwał zawleczkę. Potężny wybuch wstrząsnął budynkiem, sala wypełniła się dymem i smrodem krwi i prochu. Huk ogłuszył wszystkich.
Paradoksalnie huk i wybuch otrzeźwiły Janusza. W mgnieniu oka jakby znalazł się ponownie pod Mińskiem, w rodzinnym majątku – majątku, który przepadł po 1921 roku i traktacie pokojowym, który zredukował całą ich rodzinę do ledwo wiążących koniec z końcem bankrutów na garnuszku litościwych dusz.
Nienawidził tego całym sobą.
Ignorując uporczywy pisk i ból w uszach, zerwał się z miejsca i rzucił do drzwi, by je zatarasować. Kątem oka dostrzegł, że Staś bez ruchu leżał poszarpany przez wybuch kilka metrów dalej, krew mieszała się z pyłem i resztkami drewna, a na podłodze szybko rozlewała się kałuża czerwieni, wsiąkając w deski podłogi. Były też inne ciała, ale nie skupiał się na nich.
– Człowieku, odsuń się! – Jak przez watę do Janusza dotarł krzyk jednego z kolegów. Obrąpalski wyszarpnął z kieszeni rewolwer i wystrzelił do tego, który próbował wydostać się z sali.
– Wszyscy zginiecie! – zawołał, jego własny głos tak dziwnie rezonował mu w głowie. Jednocześnie mierzył z rewolweru. – Nikt stąd żywy nie wyjdzie!
Było kilka minut po jedenastej 6 maja 1925 roku.
1.
Wilno, maj 1925
Regina Brywczyńska lubiła wracać do Wilna. Wyjechała z tego miasta, mając lat dwadzieścia cztery, kiedy wychodziła za mąż, a starsze Wilnianki plotkowały przy herbatce z ciastkami, że panna Wisłowiczówna (tak bowiem brzmiało jej panieńskie nazwisko) to już w zasadzie stara panna, i zastanawiały się, skąd rodzice wytrzasnęli chętnego do żeniaczki. Chętny był z Warszawy i odtąd Regina właśnie tam rezydowała, pomimo historycznych zawirowań do Wilna jednak wracała – a to na pogrzeb matki, potem ojca, następnie w interesach, by doglądać firmy ojca. Była jedynaczką, więc zarządzanie całym rodowym (i wcale niemałym!) majątkiem spadło na nią.
W Wilnie miała dom na Zwierzyńcu, w dzielnicy, która ostatnio zyskiwała na popularności. Drewniana willa pamiętała jeszcze dawne czasy, bo Regina niespecjalnie chciała ją unowocześniać – od tego miała warszawski pałacyk w Alejach Ujazdowskich.
Dom na Zwierzyńcu okalał piękny, lekko zdziczały ogród – taki, jakiego w Warszawie próżno było szukać. Służba utrzymywała posiadłość w gotowości, ale ogrodnik, stary Kotowicz, którego zatrudniał jeszcze jej ojciec, wychodził z założenia, że skoro właścicielka nie spędza tu nie wiadomo ile czasu, to nie ma sensu pilnować każdego źdźbła trawy. Skutek był taki, że ogród czasami bardziej przypominał ten z powieści Frances Hodgson Burnett, ale Reginie nawet to nie przeszkadzało. Dla niej mogła tam szaleć istna dżungla, choć jej teściowa, Waleria Brywczyńska, na takie dziwy kręciła nosem jak najwybredniejszy francuski piesek – według niej ogród powinien być całkowicie ujarzmiony, ścieżki powinny być wysypane elegancko zagrabionym żwirem lub wyłożone kamieniem, krzewy przycięte starannie, a trawa – przystrzyżona jak spod linijki. No, ale starsza pani Brywczyńska rzadko i niechętnie przyjeżdżała do Wilna, więc zarówno ogród, jak i Kotowicz cieszyli się spokojem ducha.
Teraz w tej szalejącej zieleni ustawiono pod gołym niebem biały stolik z krzesłami, w sam raz do przyjmowania gości na popołudniowej herbacie. Stolik był zastawiony porcelaną, w imbryczku parzyła się herbata, a na talerzykach pyszniły się ciastka z dżemem i czekoladą oraz babeczki z owocami – wszystko było dziełem rąk tutejszej kucharki.
Regina siedziała na krzesełku wyłożonym wielką poduchą i z przyjemnością wystawiała twarz w stronę popołudniowego słońca. Towarzyszący jej sekretarz, Juliusz Tumanek, siedział na sąsiednim krześle i przyglądał się krytycznie swojej pracodawczyni.
– Niech się pani tak nie słońcuje, bo piegów pani dostanie – ocenił, wyjmując z kieszeni woreczek z tytoniem i bibułkami i przystąpił do kręcenia papierosa. Regina wzruszyła ramionami.
– No to dostanę – mruknęła.
– Albo spali pani sobie nos.
– To go sobie obłożę ogórkiem!
– Kefirem. – Tumanek pokręcił głową, zlepiając papierosa. – Na spalenie słońcem trzeba się kefirem obkładać. Ogórek jest na odświeżenie oczu.
Regina otworzyła jedno zielone oko i spojrzała na niego dziwnie.
– Sałatkę od razu zrób – zaproponowała. – Chyba za dużo czasu spędzasz ostatnio z moją teściową, znowu czytałeś jej jakieś przepisy z „Gazetki Kobiecej”, porzuconej gdzieś przez kucharkę.
– Sama pani mi kazała towarzyszyć pani starszej, a ja teraz cierpię, czytając, jak samodzielnie zrobić kapelusz! – zaprotestował Tumanek, chowając tytoń w woreczku. Regina zachichotała, bo oczami wyobraźni zobaczyła swojego młodego, ledwie dwudziestoletniego, chudego jak szczapa sekretarza, jak pochyla ciemną czuprynę nad przyszywaną do kapelusza kokardą. – Niech pani w końcu zatrudni kogoś do towarzystwa dla pani Walerii, bo ja się nie nadaję!
– Mój drogi, przecież wiesz, że moja teściowa nie chce nikogo obcego, tylko czeka, aż nasza Marianka będzie gotowa do powrotu do pracy – Regina znów wystawiła twarz ku słońcu. Tumanek już otwierał, usta by ponownie zaprotestować, ale nie zdążył – w ogrodzie przynależnym do willi pojawiła się Halina Młynarska – przyjaciółka z dawnych lat, a obecnie partner biznesowy Brywczyńskiej. Jedna była właścicielką potwornej ilości lasów i prowadziła tartak, mąż drugiej był właścicielem firmy transportowej. Przyjaźń umocniona dobrze prosperującym interesem kwitła.
– Renia! – zawołała Halina, schodząc na trawę ze żwirowej ścieżki. Ucałowały się serdecznie, po czym Młynarska z westchnieniem ulgi klapnęła na krześle przy stoliku. Była niska, raczej pulchna i miała szalenie ładną, opaloną buzię, którą okalała ramka modnych, symetrycznie przyciętych ciemnych włosów. Wyglądały jak ogień i woda, zupełnie od siebie różne – Brywczyńska była raczej wyższa, szczupła, miała burzę rudych loków i jasną, niemal porcelanową cerę.
Przy stoliku pojawiła się służąca, która do szklanki gościa nalała chłodnej lemoniady, a do filiżanek – aromatycznej herbaty.
– O, dziękuję! – Halina sięgnęła z ulgą po szklankę z lemoniadą i wypiła duszkiem niemal całość. Służąca dolała jej napoju, co kobieta przyjęła z wdzięcznością wypisaną na twarzy, dzień był bowiem wyjątkowo ciepły. – Moja droga, powiedz mi, czy ty przyjechałaś w związku z tą tragedią? – zapytała ciekawie Reginę, sięgając po jedno z ciastek i odganiając latające nad słodkościami owady. Cóż, cena siedzenia w ogrodzie nieopodal Wilii.
– Jaką tragedią? – Regina się zdziwiła, a Tumanek przewrócił oczami i zapalił skręconego przed chwilą papierosa. Jego szefowa miała… no, może nie talent, ale dziwne upodobanie do pakowania się w sam środek spraw, które jej zupełnie nie powinny obchodzić. I, niestety, nie zawsze wszyscy na tym dobrze wychodzili.
– No jak to, to nie wiesz? – zdziwiła się Młynarska. – Toż całe Wilno huczy! Nie widziałaś kirów na flagach? Nie czytałaś gazet?
Skonsternowana Regina spojrzała na Tumanka, który tylko wzruszył ramionami.
– Czytałam w Warszawie, ale nie było niczego sensacyjnego – przyznała Brywczyńska, poprawiając się nieco na krzesełku. – A lokalnych nie przeglądałam, przyjechaliśmy dopiero wczoraj wieczorem i dzisiaj jakoś nie było okazji. A co się stało?
– Och, czyli nic nie wiesz! – wykrzyknęła Halina. – No to słuchaj, kilka dni temu, dokładnie szóstego maja, strzelanina była, wyobraź sobie! W gimnazjum Lelewela!
– Jak to strzelanina, co się stało? – Zdziwiona Regina sięgnęła po papierosa. Tumanek odruchowo wstał z krzesła i podsunął jej ogień. Miał złe przeczucia. Obawiał się, że zaraz wpadnie jej do głowy jakiś głupi pomysł, żeby się zaangażować czy coś takiego.
– Ano, dwóch uczniów na maturę przyniosło broń i granaty, strzały, wybuchy, ach, co tam się nie działo! – powiedziała ze zgrozą w głosie Młynarska. – Nauczyciel fizyki umarł od granatu, wyobraź sobie, i dwóch uczniów, Adaś Zagórski i Tadzio Domański, osiem osób wylądowało w szpitalu, łącznie z dyrektorem Biegańskim! Mówiłam ci o nim, wiesz, ja ich znam, bo mój Andrzejek przecież chodzi do tego gimnazjum! Andrzejek jest załamany, tak bardzo cenił profesora Jankowskiego, co to był za wspaniały fizyk…! Jak szkoda człowieka…!
„Andrzejek” miał lat szesnaście i liczył prawie metr osiemdziesiąt wzrostu. Ale tak, to sprawiało, że Młynarska doskonale znała zarówno dyrektora Biegańskiego, jak i świętej pamięci nauczyciela fizyki.
– Jak to: uczniowie przynieśli broń? – zdziwił się Tumanek.
– Ano – powtórzyła Halina z westchnieniem i upiła lemoniady. – To się zupełnie nie mieści w głowie. Wyobraźcie sobie, że oni w ogóle jeszcze bombę podłożyli w szkole, na szczęście nie zdołali jej zdetonować!
– A powiedzieli, dlaczego to zrobili? – Zaciekawiona Regina zaciągnęła się papierosem i podsunęła przyjaciółce swoją papierośnicę. Młynarska wzięła papierosa, ale zamiast zapalić, obracała nim tylko w palcach.
– Nie bardzo jak mieli powiedzieć, bo jeden sam siebie wysadził, a drugi się zastrzelił, choć podobno jeszcze na ostatku próbował zdetonować granat – mruknęła Halina. – Ale czekajcie, serio nic o tym nie słyszeliście? Nic a nic?
Brywczyńska spojrzała na Tumanka, który pokręcił tylko głową.
– W gazetach w Warszawie cisza na ten temat – odparł.
– Nieprawdopodobne. – Halina opadła na oparcie krzesła. – U nas o niczym innym się nie mówi! Jedni twierdzą, że to efekt słabej edukacji, że matura za trudna i inne takie duperele. Inni, że to byli sowieccy agenci i szczerze mówiąc, ja bym się nawet nie zdziwiła… A jeszcze inni wskazują, że to efekt wojny z bolszewikami, bo coś im się w głowach poprzestawiało. No ześwirowali, no. Andrzejek też mówi, że oni obaj, ci zamachowcy, to tacy bumelanci byli. A to wiecie, jeden był ochotnikiem w wojnie polsko-bolszewickiej, więc może mu się faktycznie coś pomieszało.
Brywczyńska zerknęła na Tumanka przez chmurę papierosowego dymu. Tumanek pięć lat temu również był ochotnikiem w wojnie, uciekł rodzicom do wojska i skłamawszy, że ma lat siedemnaście, trafił na front, do oddziału jej męża. Tumanek wojnę przeżył, mąż Reginy – nie.
Tumanek siedział jednak niewzruszony.
– A ten drugi? – zapytała Brywczyńska. – Też był na wojnie?
– Obrąpalski? Ach, nie, skąd! Ale za to stracił w jej wyniku cały dobytek. – Halina machnęła ręką.
– Obrąpalski? – zdziwiła się Regina i zmarszczyła brwi. – Janusz Obrąpalski…?
Młynarska spojrzała na nią zaskoczona i nagle sobie przypomniała.
– Ach jej, przecież ty ich znasz! – zawołała i poczęła uderzać się dłonią w czoło w teatralnym geście. – Czy jakaś twoja kuzynka nie wyszła za mąż na Obrąpalskiego…?
Regina skinęła głową, nagle poruszona.
– Tak – przyznała. – Ze strony mojej matki, ale jakoś straciłam z nią kontakt, gdy wyjechałam do Warszawy. Nawet nie miałam pojęcia, co się z nimi działo. Zaraz, mówisz, że stracili majątek?
– Tak, wszystko pchali w ziemię pod Mińskiem i po traktacie ryskim wszystko trafił u nich szlag – potwierdziła Halina i nagle się zreflektowała. – O Boże, strasznie cię przepraszam! Przecież Janusz Obrąpalski to twoja rodzina, a ja tak tu gadam i gadam!
– Daleka – sprostowała Regina. Wilno nie było wielkim miastem, tu łatwo było być z kimś spokrewnionym.
– I naprawdę nie wiedziałaś, że była strzelanina? Tak zupełnie przypadkiem przyjechałaś akurat teraz? – dziwiła się Młynarska. Regina rozłożyła ręce.
– Tak wyszło – mruknęła. – A co z jego pogrzebem? Bo mówiłaś, że on też nie żyje. I z pogrzebem tego drugiego.
– Ławrynowicza. – Młynarska skinęła głową. – Nie wiadomo, pewnie już się odbyły, ale nikt się tym nie chwalił. Za to na pogrzebie profesora Jankowskiego, Adasia i Tadzia dwa dni temu to całe Wilno było. My z Andrzejkiem również, bo sama rozumiesz, szkoła, ja działam w komitecie, ale wiesz, teraz myślę, może ja go do Warszawy powinnam wysłać…
Brywczyńska skinęła głową. Mogła się tego spodziewać. Czy pamiętała Janusza Obrąpalskiego? Poniekąd. Widziała go może ze dwa razy, raz na jego chrzcinach, kiedy miała szesnaście lat, a potem na swoim ślubie, kiedy on z kolei miał osiem. Przyjechali wtedy całą rodziną. Dziś pewnie nawet nie poznałaby go na ulicy, no ale fakt, był jej dalekim kuzynem.
– Gdzie Obrąpalscy mieszkają w Wilnie? – zapytała nagle.
– Tylko Janusz mieszkał – sprostowała Halina. – U Fiodorowiczów miał pokój. Jego matka to gdzieś indziej, ale zabij mnie, nie wiem!
Tumankowi wystarczył rzut oka na twarz swojej pracodawczyni.
– Pani Regino, nie! – powiedział ostrzegawczo. – Nie będzie się pani z nimi spotykała, chyba że chce pani zostać persona non grata w Wilnie!
– Ooo, on ma rację. – Halina wskazała głową Tumanka. – Młody, ale niegłupi. Jak im złożysz wizytę, to w towarzystwie będzie to wyjątkowo źle widziane!
– Byłoby, gdybyś ty do nich poszła – odparła spokojnie Regina i zdusiła papierosa w popielniczce. – Ale różnica między nami jest taka, że ja jestem wdową po szanowanym pułkowniku świętego Wojska Polskiego, a w dodatku i tak mam reputację szalonej, więc wolno mi więcej niż statecznej mężatce i matce.
Halina i Tumanek spojrzeli po sobie. Atmosfera nad ogrodowym stolikiem wyraźnie zgęstniała i nawet pszczoły latały jakby wolniej i niżej.
2.
Halina miała rację. Cała wileńska prasa była pełna artykułów o wydarzeniach w Państwowym Gimnazjum im. J. Lelewela w Wilnie, przy Mickiewicza. Brywczyńska przejrzała gazety z niedowierzaniem. O czymś takim jeszcze nie słyszała. Zamach – w szkole? Wśród własnych kolegów? Nieprawdopodobne! Prasa prześcigała się również w dociekaniu motywów obu zamachowców. Faktycznie, jedni twierdzili, że byli pod wpływem sowieckiej agentury, inni – i te głosy przeważały – że była to wina systemu edukacji, że matura była zbyt wielką presją dla młodych ludzi, że aby uniknąć podobnych sytuacji trzeba zrewidować system szkolny. Wreszcie inni obwiniali o wszystko wojnę z bolszewikami, która wypaczyła duszę jednego, a drugiemu zniszczyła życie.
Brywczyńska nie wiedziała, której relacji powinna wierzyć – nie znała przecież w zasadzie Janusza Obrąpalskiego, a więzy krwi, rozmyte pokoleniami i koligacjami, nie dają wglądu w człowieka.
O dziwo, wzięła jednak pod uwagę zdanie zarówno swojej przyjaciółki, jak i sekretarza – i choć ją kusiło, nie poszła do Fiodorowiczów złożyć im swego rodzaju… kondolencji. Nie oznaczało to jednak, że przestała o tym wszystkim myśleć.
Podobno Janusz zostawił list, by opiekować się jego ukochaną – czy człowiek, który kocha drugiego człowieka, może być z gruntu tak zły i zepsuty, jak podają gazety, by zabić innych, w dodatku – nawet nie obcych ludzi, a swoich kolegów?
Tego nie wiedziała. Postanowiła się więc dowiedzieć – przecież nie obiecywała ani Tumankowi, ani Młynarskiej, że nie będzie próbować! To, czemu do tej tragedii doszło, wręcz fizycznie ją męczyło. Nic nie mogła poradzić, że już tak miała – kiedy coś ją zainteresowało, musiała temat zgłębić. Czy to była zbrodnia, czy zaginiona dziewczyna, czy problem natury egzystencjalnej. Jej teściowa twierdziła, że Regina miała „syndrom niespokojnego mózgu”, który – według samej zainteresowanej – był zwyczajnym wymysłem matki jej nieboszczyka męża. Zwłaszcza że ona również lubiła wtykać nos w nie swoje sprawy.
– Jedziemy – oznajmiła Regina kilka dni później. Byli w Wilnie od niecałego tygodnia, zdążyła przeczytać wszystkie doniesienia prasowe i okrutnie chciała pójść jeśli nie do Fiodorowiczów, to choćby odnaleźć grób Janusza na którymś z cmentarzy – choć wszyscy, których o to dyskretnie pytała, wykazywali się zaskakującą wręcz niewiedzą. Zupełnie jakby wiedzieli, ale nie chcieli jej powiedzieć. Nie przyznawała się, że Obrąpalski był jej dalekim krewnym, miała jeszcze resztkę zdrowego rozsądku – to jednak nie wystarczyło. Wilno było znacznie mniejsze niż Warszawa, a w stolicy była znaną postacią. Jasne, w Wilnie bywała ostatnio znacznie rzadziej, a to sprawę wręcz pogarszało, bo wiedzieli o niej chyba wszyscy. Nie dość, że znali ją z dawnych czasów, to jeszcze obecnie traktowali jako swego rodzaju przyjezdne kuriozum.
Zmusiła Tumanka, aby wraz z nią pojechał do Szpitala Świętego Jakuba, gdzie klinikę neurologiczną prowadził profesor Stanisław Władyczko, psychiatra i neurolog, a jednocześnie wykładowca na wileńskim Uniwersytecie Stefana Batorego. Klinika znajdowała się przy Kościele św. Jakuba i Filipa, niemal tuż przy Placu Łukiskim, gdzie co roku odbywały się wileńskie Kaziuki. Nieopodal mieściło się też więzienie na Łukiszkach, które wśród wielu budziło postrach. Świetna okolica.
Brywczyńska z fantazją zajechała pod kościół, hamując z piskiem opon. Tumanek, siedzący obok niej, kurczowo trzymał się drzwiczek. Jego szefowa miała prawo jazdy od roku – jednak uzyskanie tego dokumentu wcale nie było takie proste i Juliusz doprawdy nie miał pojęcia, jakim cudem ona papier dostała. Podejrzewał, że wręczono go jej z rewerencjami, kłaniając się w pas, przez wzgląd na status społeczny oraz hojny gest. Rudowłosa wdowa po pułkowniku, najczęściej obleczona w czerń, zupełnie nielicującą swoją powagą z jej czasem lekkomyślnym zachowaniem, potrafiła płacić zaskakująco szczodrze. Według Tumanka Regina nigdy nie powinna wsiadać za kierownicę, ale nie sposób było jej tego przetłumaczyć.
Brywczyńska wysiadła z samochodu, trzasnęła drzwiczkami i wyciągnęła z torebki małe lusterko, w którym poprawiła krwistoczerwoną szminkę na ustach. Ruszyła w stronę gmachu po drugiej stronie kościoła. Juliusz spojrzał na wznoszącą się przed nimi świątynię z dwoma wieżami, obok której mieścił się kompleks szpitalny z klinikami. Tumanek zawahał się – nie lubił wizyt w szpitalu, mdliło go od zapachu odkażacza, a widok chorych leżących w łóżkach jak manekiny sprawiał, że robiło mu się słabo.
Brywczyńska po kilku krokach zorientowała się, że za nią nie podążał – zatrzymała się i spojrzała przez ramię. Tumanek tkwił nieruchomo obok samochodu.
– No idziesz czy nie? – zapytała z lekkim zniecierpliwieniem.
– Może raczej… popilnuję samochodu – zaproponował. – Nie wiadomo, kto tu się kręci i w ogóle. A to drogi wóz, wie pani, ja nie wiem, czy oni tu w ogóle widzieli taki samochód jak nasz Horch, więc może lepiej będę miał na niego oko.
– Mhm – mruknęła. – Rób, co chcesz. Ja idę.
Podążyła w stronę szpitala. Po korytarzach przemykały siostry zakonne, tu i tam jak senne mary snuli się chorzy.
– Do profesora Władyczki to którędy? – zaczepiła salową, która pchała przed sobą wózek z wielkim garem zupy.
– Do profesora? A to tam pani pójdzie korytarzem, w lewo pani skręci, po schodach na piętro, w prawo i to drugie drzwi będą – odparła salowa, opierając się o wózek i zmierzyła ją od stóp do głów bacznym spojrzeniem. – Ale doktór nie przyjmuje dziś pacjentów.
Regina uśmiechnęła się tylko i skinęła głową w ramach podziękowania, a odchodząc, specjalnie kręciła biodrami, stukając z impetem obcasami o kafle na podłodze. Czarna tafta sukienki z modnie obniżonym stanem szeleściła przy każdym ruchu. Domyślała się, że biedna salowa właśnie przeżegnała się trzy razy i wzniosła wzrok ku niebu. To nie była pierwsza taka sytuacja.
Wskazówki salowej były jednak właściwe – tabliczka na drugich drzwiach po prawej stronie od schodów istotnie głosiła „Profesor Stanisław Władyczko”. Zastukała energicznie dwa razy, a kiedy dobiegło ją głośne „proszę”, z impetem otworzyła drzwi.
– Dzień dobry, panie profesorze, pułkownikowa Brywczyńska – oznajmiła, wchodząc do pokoju. Choć w zasadzie był to raczej pokoik, niewielki, z małym biureczkiem, leżanką, szafką z instrumentami medycznymi i fiolkami oraz regałem pełnym książek i czasopism. W pokoiku pachniało kurzem i karbolem. Za biurkiem siedział mężczyzna w średnim wieku, z gładko ogolonymi policzkami, napomadowanym wąsem, z włosami elegancko zaczesanymi i ze starannie wyznaczonym przedziałkiem. Na nosie tkwiły mu binokle. Profesor uniósł głowę znad jakichś papierów i spojrzał na nią z wyczekiwaniem. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale miałam nadzieję, że poświęci mi pan chwilę swojego cennego czasu. Ja w sprawie tej niedawnej strzelaniny w gimnazjum Lelewela.
Profesor odłożył pióro, które trzymał w ręku.
– Nie jest pani pacjentką, prawda? – upewnił się. Pokręciła głową. – Dziennikarka? – zapytał.
– Raczej… zaniepokojona obywatelka. – Uśmiechnęła się. – Chciałabym zapytać, co według pana mogło ich pchnąć do takiego niepojętego czynu.
– Ludzki rozum kryje przed nami wiele tajemnic – odparł zdawkowo profesor. – Dlaczego chce pani o tym rozmawiać, socjeta się znudziła i nie ma innych tematów?
– Bardzo pana proszę. – Brywczyńska zdecydowanym ruchem odsunęła sobie krzesło przy biurku lekarza. – Zależy mi na tym, można powiedzieć, ze względów osobistych. Co mogło tych dwóch ludzi popchnąć do takiego czynu? Czy to… było w nich od dawna, czy raczej skutek zewnętrznych wpływów?
Profesor spojrzał na nią bystrze znad binokli na nosie.
– Niech zgadnę, pani jest z rodziny któregoś z tych dwóch chłopaków? – zapytał, splatając dłonie na biurku. Brywczyńska na chwilę zacisnęła usta w wąską kreskę, co, naturalnie, nie umknęło uwadze profesora. Pokiwał głową. – Widzi pani, w psychiatrii nie ma bieli i czerni, są tylko odcienie szarości. Człowiek nie staje się zły w ciągu jednej nocy. To często proces, który narasta powoli i nieubłaganie, ale najczęściej – w sposób niewidoczny.
– Naprawdę? – rzuciła lekko Regina, stukając paznokciami w blat biurka. – A mnie się wydaje, że jak najbardziej można się zmienić w złego człowieka w ciągu, jak pan to ujął, jednej nocy. Jeśli jest się świadkiem jakiegoś strasznego wydarzenia…
– Na pewno mówimy wciąż o sprawcach zamachu? – spytał lekko, jak gdyby nigdy nic.
– Wciąż. – Regina skinęła głową. – Co, jeśli jeden z nich był świadkiem zniszczenia rodowego majątku? A drugi okropieństw wojny? Czy to mogło ich zmienić w morderców? Czy może to choroba?
– Wie pani, ciężko to tak teraz określić. – Profesor westchnął. – Nie bardzo wiem, co mogę pani powiedzieć w momencie, kiedy żadnego z nich nie widziałem na oczy. Ale za to widzę panią i może chce pani porozmawiać o tym, co panią gnębi – zaproponował.
– No niech mnie pan jednak zabawi i spróbuje powiedzieć coś o nich, tak ogólnie – mruknęła bez humoru. Przyjrzał jej się ponownie, aż poczuła się nieswojo, i nagle zaczęła chyba rozumieć, czemu Tumanek nie chciał przyjść razem z nią.
Ten człowiek jakby prześwietlał ją wzrokiem na wylot!
Profesor rozparł się na swoim krześle.
– Widzi pani, oni mogli cierpieć na coś, co my określamy w naszym fachu mianem zaburzeń – powiedział z namysłem. – Mogą objawiać się na przykład głębokim przekonaniem, że wszyscy czyhają na życie chorego. Jest też coś takiego jak urojenia prześladowcze. Choć faktycznie – w przypadku tych dwóch młodych panów obstawiałbym nerwice wojenne. Wojna to straszna rzecz, potrafi przeorać umysły ludzi, którzy na nią trafili. Często ci wracający z wojny wracają tylko ciałem, a duszę zostawiają na polach bitewnych. Wie pani, czasem mogłoby się okazać, że może lepiej, że ktoś z wojny nie wrócił, niż miałby wrócić całkowicie odmieniony. Bo po takich traumach może się na przykład okazać, że człowiek jest zdolny do rzeczy, które normalnie nie przyszłyby mu do głowy, jak na przykład zastrzelenie drugiego człowieka. A wystarczy, że coś go sprowokuje, uruchomi w nim lawinę, której nie sposób zatrzymać… kiedy wydaje się, że nie mamy już nic do stracenia, człowiek może popełnić straszliwe rzeczy, zwłaszcza jeśli przeżywa też kryzys wiary. I nie trzeba być na wojnie, żeby mieć nerwicę. Pani chyba coś o tym wie, nieprawdaż?
Regina poruszyła się niespokojnie. Miała wrażenie, że profesor w tajemniczy sposób odwołuje się do detali z jej życia, choć spotkał ją przecież po raz pierwszy. To, że jej mąż nie wrócił z wojny polsko-bolszewickiej, a ona od pięciu lat nosiła czarne ubrania i farbowała włosy na rudo, choć oryginalnie była blondynką, wcale nie świadczyło o tym, że miała nerwicę! Przecież na wojnie nie była! A fakt, że i ona miała na sumieniu straszny uczynek, nie miał z tym nic wspólnego i był, no cóż, sprawiedliwością.
– Wie pani, przyczyn mogły być dziesiątki, proszę nie traktować tego, co ja tu mówię, jak deklarację i diagnozę – zastrzegł profesor. – To tylko takie gdybanie. Równie dobrze oni mogli być sowieckimi agentami i mieli za zadanie spowodować w mieście zamieszanie i dezorientację.
– Sowieckimi agentami – powtórzyła Regina i spojrzała na niego z niedowierzaniem. – Człowiek, który był ochotnikiem w wojnie polsko-bolszewickiej i drugi, który w jej wyniku stracił cały majątek? Jest pan poważny?
Władyczko rozłożył ręce.
– Niezbadane są ścieżki, jakimi kroczy ludzka świadomość – oznajmił. – Według mnie nie jest to niemożliwe, choć owszem, przyznaję, to osobliwe. Ale jak pani wie, są na świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom, a natura ludzka bywa zaskakująca.
– Zaskakująca – powtórzyła Regina i z westchnieniem wstała z krzesła. – No nic. Bardzo dziękuję panu profesorowi za czas. Do widzenia. – Ruszyła do drzwi.
– Pani pułkownikowo! – zawołał profesor, kiedy już miała rękę na klamce. – Gdyby chciała pani kiedyś do mnie przyjść i porozmawiać na inne tematy, na przykład o sobie, to zapraszam serdecznie! Chętnie bym panią poobserwował!
– Do widzenia. – Brywczyńska wzdrygnęła się i wyszła z gabinetu.
Miała dość.
3.
Tumanek opierał się o elegancką, zieloną maskę samochodu marki Horch i od niechcenia gryzł wykałaczkę, obserwując niespieszny ruch na pobliskim rynku. Nudził się niemiłosiernie, ale Wilno zawsze go trochę gniotło. Był Warszawiakiem z krwi i kości, najlepiej czuł się na ulicach własnego miasta, a każdy wyjazd pułkownikowej Brywczyńskiej do Wilna był dla niego udręką. Jeździł razem z nią – kiedy wrócił z wojny pięć lat temu, zatrudniła go u siebie, żeby uporządkował papiery po jej mężu, a potem tak jakoś wyszło, że został jej sekretarzem. Pisać i czytać potrafił, liczył nienajgorzej, był bystry i obrotny, a brak matury jakoś nie przeszkadzał ani jemu, ani jej. Zresztą zakres jego obowiązków jako „sekretarza” był dość płynny, bo pułkownikowa trochę traktowała go jak zastępczego syna, zwłaszcza w początkach ich znajomości, potem trochę jak powiernika i przyjaciela.
Rodzice nie oponowali – kto by oponował, że jedna z dystyngowanych dam wzięła go pod swoje skrzydła, zapewniając wikt, opierunek i stałą pracę w niestałych czasach.
Sam nie wiedział, czemu jego myśli krążyły wokół takich tematów, na ogół nie bywał sentymentalny.
– Serwus, Mikrus…! – tuż obok niego rozległ się nagle czyjś głos. Tumanek drgnął niespokojnie, bardzo z siebie niezadowolony, że dał się podejść i nikogo wcześniej nie zauważył, i spojrzał na tego, kto do niego podszedł.
– Janek?! – zdziwił się niepomiernie. – Rany boskie, Janek Bronisz! – Wypluł wykałaczkę na ziemię, po czym rzucił się ściskać znajomego. – Co tutaj robisz? Jak się masz?
– Dobrze, dobrze. – Janek kiwał głową z szerokim uśmiechem. – Studiuję na uniwersytecie. Ale mów, co ty tu robisz, jakie wiatry cię przywiały do Wilna? Mieszkasz tu?
– Boże broń! – Tumanek się przestraszył i splunął na wszelki wypadek przez ramię. – Nie, jestem tu z moją szefową.
– Szefową – powtórzył Bronisz i pokiwał głową z uśmiechem. Tumanek uderzył go w ramię.
– No powaga – zapewnił go. – Skąd się w Wilnie wziąłeś? Przecież z Zambrowa jesteś, o ile dobrze pamiętam!
– Z Ostrowi Mazowieckiej – sprostował Janek. – Ano wiesz, tak mnie z frontu rzuciło. No ale nie jest źle, studiuję tu historię, wszystko jest pięknie, ostatnio nawet był u nas na konferencji naukowej jeden profesor z Warszawy i był nawet chętny mnie wziąć, mówi, że mam talent, że może jakieś stypendium naukowe udałoby mu się załatwić…
– Ooo, no to gratuluję! – Tumanek ucieszył się szczerze. – To fajnie!
– No nie tak bardzo. – Bronisz pokiwał głową. – Wiesz, stypendium to jedno, ja bym się chętnie do Warszawy przeniósł, do profesora Marcelego Handelsmana, ale nie stać mnie na czesne ani na kwaterę, wiesz, tam jednak drożej niż tu. Po wojnie krucho się zrobiło z pieniędzmi, więc tego…
Tumanek przyjrzał się uważnie koledze. Znali się z frontu. Janek Bronisz miał dwadzieścia lat, kiedy pięć lat temu poznali się w wojsku. Miał wtedy stopień starszego strzelca, a Juliusz był pryszczatym i pyskatym nastolatkiem, któremu wydawało się, że oszukał system i zaraz zwycięży z bolszewikami. Janek zaopiekował się małolatem, razem w jednym oddziale, pod dowództwem Brywczyńskiego, spędzili te najgorsze tygodnie kampanii. Potem ich drogi się rozeszły – Janek trafił do szpitala polowego, Tumanek zaś ruszył z oddziałem dalej, za uciekającymi bolszewikami. Wtedy widzieli się po raz ostatni. Bronisz był jedyną osobą na świecie, która mówiła do niego per „Mikrus” – nie sądził, że to jeszcze kiedyś usłyszy, a tu proszę, usłyszał na wileńskiej ulicy!
Kątem oka Tumanek dostrzegł, że zbliżała się do nich Regina – ciemna jak gradowa chmura.
– Pani pułkownikowo, pani pozwoli – powiedział, postępując w jej kierunku dwa kroki. Regina obrzuciła wzrokiem zarówno swojego sekretarza, jak i towarzyszącego mu młodego człowieka i z lekkim wysiłkiem przywołała na twarz wyćwiczony w wyższych sferach półuśmiech. – Oto Jan Bronisz, starszy strzelec Jan Bronisz…
– Ekhm. – Janek chrząknął dyskretnie. – Kapral, dostałem stopień kaprala na odchodne za zasługi w trenowaniu lekarzy polowych. – Mrugnął okiem.
– O, pardon. – Tumanek skłonił głowę z rewerencją. – Pani pułkownikowo, zatem przedstawiam, kapral Jan Bronisz, walczył z nami w jednym oddziale. Janku, to pani pułkownikowa Brywczyńska, żona naszego dowódcy spod Radzymina – Tumanek dokonał wzajemnej prezentacji. Doskonale zdawał sobie sprawę z efektu, jaki osiągnie – pułkownikowa jak zawsze będzie poruszona, że spotyka kogoś, kto służył pod jej mężem. Była przy tym zupełnie niepomna na to, że pod jej mężem służyło koło tysiąca osób, zależy, jak się liczyło. Janek z kolei będzie onieśmielony obecnością Reginy, o której ich dowódca, wówczas jeszcze major, a w ostatnich tygodniach podpułkownik, opowiadał niestworzone wręcz historie, malując ją zasłuchanym chłopakom jak jakąś Madonnę skrzyżowaną z Wenus. Awans na pułkownika Brywczyński dostał dopiero pośmiertnie.
– Walczył pan z moim mężem, jestem pod wrażeniem. – Pułkownikowa wyciągnęła do Bronisza dłoń, na której Janek złożył niemal ceremonialny pocałunek.
– Jestem zaszczycony, madame – powiedział Janek. – Ty, Mikrus, nie mówiłeś, że żona dowódcy jest twoją szefową! – syknął do Tumanka, który uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
– Mikrus – powtórzyła pułkownikowa i z rozbawieniem zmierzyła wzrokiem Tumanka. – Mikrus – powtórzyła.
– Stare dzieje. – Juliusz machnął ręką.
– Co pan porabia w Wilnie, panie Bronisz? – Regina znów zwróciła swoje zainteresowanie w stronę Janka.
– Studiuję, proszę szanownej pani, historię – odparł, skłaniając się lekko.
– Dostał propozycję studiowania u nas w Warszawie, proszę pani – wtrącił się Tumanek. Bronisz zgromił go wzrokiem, ale Tumanek wcale się nie przejął. – Być może nawet ze stypendium naukowym – dorzucił.
– O, to gratuluję. – Regina skinęła głową z uznaniem.
– No właśnie nie bardzo jest czego, pani pułkownikowo. – Juliusz westchnął dramatycznie. – Bo kolega nie ma się gdzie w Warszawie zatrzymać, a w dodatku nie bardzo ma środki na czesne, bo Warszawa droga. A szkoda by było, gdyby taki talent się zmarnował, bo mówią, że on utalentowany, skoro nawet stypendium oferują…
– Jak to? – Brywczyńska się zdziwiła. – To jakiś skandal! Jest pan weteranem wojny o wolność tego kraju i nawet nie stać pana na to, żeby studiować to, co pan chce i gdzie pan chce?! Przecież to jest jawna niesprawiedliwość, to bumelantów przyjmują na studia, a pan co…! Przecież tak nie może być! Niech pan posłucha, zrobimy zatem tak. Ja pójdę na ten uniwersytet i załatwię panu te studia, tam, gdzie pan chce! I to całe stypendium pan dostanie, zobaczy pan! Teraz niedługo koniec maja, kiedy wy zaczynacie nowy rok akademicki?
– Od października. – Bronisz był lekko zbity z tropu.
– No to doskonale. – Pułkownikowa skinęła głową. – To zrobimy tak. Przyjedzie pan do Warszawy na jesieni, zatrzyma się pan u nas, przygotujemy dla niego pokój po Mariance – rzuciła w stronę Tumanka. – Dopóki… dopóki Marianka nie wróci. A ja potem porozmawiam z kim trzeba na uniwersytecie i załatwimy panu jakiś służbowy nocleg. Znaczy, naukowy nocleg. No, coś panu znajdą. Już ja o to zadbam.
Juliusz pomyślał, że musi uważać, żeby to się nie rozniosło. Jeśli rozejdzie się fama, że Brywczyńska zgadza się na wszystko, jak tylko usłyszy, że ktoś służył wspólnie z jej mężem, to pójdzie z torbami przez ludzi, którzy sprzedadzą jej największe kłamstwo. On sam czy Bronisz to było co innego – on przecież na pułkownikowej nie żerował, uczciwie dla niej pracował i pilnował jednocześnie, żeby nie narobiła głupot, a Bronisz to przecież Bronisz, to był jego wojskowy brat.
– Ależ… pani podpuł… pani pułkownikowo, nie śmiałbym…
– Głupstwo. – Regina machnęła ręką. – Służył pan pod moim mężem, więc muszę o pana zadbać. Tumanek wszystko z panem ustali. A może pan jest głodny? – zaniepokoiła się nagle. – Podobno studenci są zawsze głodni. Może pójdzie pan z nami na obiad?
– Ależ… ja bym nie śmiał…! – krygował się Bronisz.
– Juliuszu, zaproś kolegę do samochodu, pojedziemy do Klubu Szlacheckiego, podobno mają bardzo zacnego kucharza. No już, bez wymówek, pakować się do auta! – Wykonała ruch, jakby zaganiała stado kurczaków.
Sama wsiadła za kierownicę swojego wielce luksusowego wozu, za który w zeszłym roku dała doprawdy nieprzyzwoitą sumę pieniędzy, i zerknęła przez ramię na studenta, który z onieśmieleniem wsunął się na tylne siedzenie, podczas gdy Tumanek zajął się odpalaniem maszyny.
Janek Bronisz był bardzo szczupły, niemal chorobliwie. Włosy w kolorze słomy już dawno nie widziały nożyczek, a policzki były lekko zapadnięte. Cóż, pan kapral-student chyba nie dojadał. Doskonale pamiętała, jak wyglądał Juliusz, kiedy do niej trafił, i szczerze dziwiła się, że ta banda wychudzonych dzieciaków zdołała nie tylko stawić czoła bolszewikom, ale i ich odeprzeć.
Potrząsnęła głową, aby odgonić dziwne myśli (to na pewno wina profesora Władyczki, który zamieszał jej w głowie!). Samochód zaskoczył, a Tumanek wsiadł do wozu, wycierając dłonie w szmatkę, którą wcisnął pod przednie siedzenie.
– No, to jedziemy – oznajmiła Brywczyńska. – Musimy się lepiej poznać!
Nie czekając, aż silnik się rozgrzeje, ruszyła ostro z miejsca, aż spod kół wystrzeliły drobne kamyki.
Nie zwróciła uwagi – ani ona, ani Tumanek czy Bronisz – że kilkanaście metrów od nich ruszył z miejsca inny samochód, zwykły czarny Ford. Za jego kierownicą siedział mężczyzna w kapeluszu rzucającym cień na szczupłą twarz o ostrych rysach. Odczekał, aż zielony Horch zniknął za winklem, po czym sam ruszył jego tropem.
Szczęśliwie odnalezienie w Wilnie jednego nietypowego samochodu znacznie ułatwiało mu zadanie.
4.
Tadeusz Wargocki w Wilnie bywał z racji pełnionych obowiązków służbowych. Był porucznikiem Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego – zajmował się kontrwywiadem, a dokładniej sekcją sowiecką.
Przyjechał do Wilna z Warszawy dosłownie kilka dni temu i od początku miał pełne ręce roboty. Wydarzenia w Wilnie, łagodnie mówiąc, zaniepokoiły pewne osoby, i choć prasa ogólnopolska milczała, nie oznaczało to, że informacja nie trafiła do tych, do których miała trafić.
Strzelanina w szanowanym gimnazjum w Wilnie, skąd do ZSRS był już tylko rzut beretem? Tak, to był powód do niepokoju. Tym bardziej że jeden ze sprawców był ochotnikiem w wojnie polsko-bolszewickiej, na litość boską.
Ale Wargocki nie byłby sobą, gdyby nie miał paru asów w rękawie. Znał przecież ludzi, a sztab miał całkiem porządną siatkę na tym terenie.
Znał Jana Bronisza. Ooo, znał go nawet bardzo dobrze – choć z ukrycia, bo dotąd nie było odpowiedniego momentu. Ale Wargocki najpierw, sporo przed obecnymi wydarzeniami, zobaczył jego teczkę, którą przekazali mu ludzie z jednostki w Wilnie. Jako że miasto leżało na swoistym „polskim półwyspie” otoczonym z trzech stron przez Litwę, Łotwę i ZSRS – każde z państw miało na tę ziemię zakusy. Kiedy granice były płynne i każdy ciągnął ten kawałek sukna w swoją stronę, Polska wygrała najsprytniej, ciągnąc do siebie. Skutkiem tego na Wileńszczyźnie było sporo polskiego wojska, a gdzie wojsko, tam i oficerowie „dwójki”. To tutejsi rezydenci znali ludzi i wiedzieli, na kogo zwracać uwagę. Tak właśnie zwrócili uwagę na Bronisza – kilka spotkań z ludźmi o wątpliwej lojalności wystarczyło, by wywiadowcy profilaktycznie wykonali kilka zdjęć i po cichu go zidentyfikowali.
Zdjęcia powędrowały do Wargockiego, który przestudiował zarówno fotografie, jak i życiorys samego Bronisza. Na papierze – ładny, aż za ładny. Ochotnik w wojnie, odznaczony w walkach pod Radzyminem i Ossowem, potem ranny i ostatecznie odesłany z frontu.
Wargocki już dawno miał zamiar spotkać się z Broniszem i go wybadać. Jeśli był agentem sowieckim – to go odwróci; jeśli nie był – to będzie ich agentem. Młody człowiek w środowisku akademickim? Takich właśnie potrzebował Wargocki. Uniwersytety, z ich wolnomyślicielskim podejściem, z liberalnymi zasadami, to przecież idealne środowisko dla wywrotowców. A Wargocki bardzo, bardzo życzył sobie mieć tam swojego człowieka, tylko ciężko było kogoś wprowadzić ot tak. Potrzebował takich ludzi i w Warszawie, i w Krakowie, i w Wilnie, na ich uczelniach. Czy takich ludzi miał? Niekoniecznie. Czy miała ich strona przeciwnika? Wszystko wskazywało na to, że tak.
Jeśli Bronisz był faktycznie sowieckim agentem, to ewidentnie był jeszcze albo bardzo zielony, albo wręcz przeciwnie – miał taktykę „głupka”, który niby nie widzi i nie słyszy. Wargocki od kilku dni był jego cieniem – a Bronisz ani razu zdawał się nie zauważać czarnego Forda, który dziwnym trafem pojawiał się tam, gdzie i on. Z drugiej strony, ciężko powiedzieć, żeby to były owocne dni – Bronisz bywał na zajęciach i seminariach na Uniwersytecie Stefana Batorego, raczej nie spotykał się z innymi, a wieczorami pracował w składzie narzędzi.
Nic ciekawego.
Aż do teraz, kiedy przy placu na Łukiszkach podszedł do jakiegoś młodego faceta w kapeluszu i ciemnym garniturze. Przywitali się jak starzy znajomi. Nie byłoby w tym może nic szczególnego, ot student spotykający kolegę, gdyby nie to, że kolega wyglądał na młodszego od Bronisza – i opierał się o zielony niemiecki samochód marki Horch. Wargocki może nie był wielkim fanem motoryzacji, ale w jego fachu musiał znać się niemal na wszystkim – w tym na luksusowych markach wozów. Cóż, Bronisz zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto ma znajomych o tak zasobnym portfelu. Ba, nawet jego potencjalny kolega na takiego nie wyglądał – zamienić kapelusz na cyklistówkę, a garnitur na wyświechtaną kamizelkę i już będzie chłopak z warszawskiego Targówka. Albo, biorąc pod uwagę lokalny koloryt – z Zarzecza.
A potem pojawiła się ona. Nie znał jej, nie znał wszystkich pięknych kobiet – choć sporą ich liczbę – i owszem. Rudowłosa, w dramatycznej czerni, nawet idąc od strony Kliniki Świętego Jakuba emanowała dziwną pewnością siebie, jakby cały świat był jej. Takie zachowanie było powszechne u tych, do których świat faktycznie należał – do bogatych, dobrze ustawionych w życiu, tych, którzy w życiowej loterii wyciągnęli najlepsze losy.
I to była właśnie ona.
Nie znała się chyba wcześniej z Broniszem, a kim był dla niej ten drugi młody mężczyzna? Nie wyglądał, jakby był jej służącym, a ona wyglądała na zbyt młodą, by być jego matką. Siostrą też nie, bo on jednak miał w sobie coś z uległości wobec niej. Kochanek? Żaru między nimi też nie widział.
A potem wszyscy troje wsiedli do Horcha i pojechali. Wargocki pokręcił głową i ruszył za nimi. A więc jednak się znali?
Horch zatrzymał się przed kamienicą Jeleńskich przy Mickiewicza – niemalże przecznicę dalej. Wargocki zatrzymał samochód nieopodal i obserwował, jak cała trójka wyszła z samochodu i skierowała się do Klubu Szlacheckiego. Ha, czyli dama była członkiem klubu? Chyba mąż raczej. A zatem – miała męża. Do Klubu bowiem, i należącej do niego restauracji, wpuszczano jedynie członków, którzy mogli co prawda wprowadzić „nieczłonków”. Ale tym razem Wargocki szczerze wątpił, aby członkiem tego elitarnego klubu był Bronisz albo ten drugi młody facet.
Wargocki wysiadł z samochodu i skierował się w stronę wejścia. On członkiem nie był, nie czuł się „wileńską elitą”, choć bywał w mieście stosunkowo często. Ale w nowej, wolnej Polsce wszak nie bardzo było miejsce na klasy i stany, panowała demokracja, jego głos w wyborach był tak samo ważny jak głos robotnika czy arystokraty, prawda?
Zawahał się i podszedł do ulicznej kwiaciarki, rozstawionej nieopodal.
– Co dla pana szanownego? – Kwiaciarka od razu wyczuła zdecydowanego klienta. Wargocki szybko rzucił okiem na kwiaty.
– Pani mi da te piwonie. – Wskazał na wiadro z pełnymi, ciężkimi rozkwitłymi pąkami kwiatów w mocnym odcieniu różu. – Albo nie – zmienił zdanie. Kobieta była rudowłosa, ubrana na czarno, z czerwoną szminką. Gdzie jej do tego różowe kwiaty! Wargocki był estetą, nawet jeśli szansa, że zobaczy zjawisko z kwiatami w ręku, była nikła. – Te białe pani da.
– Piękny wybór – pochwaliła kwiaciarka, wyławiając białe kwiaty z wiadra obok. – Żona będzie zachwycona!
– Żona, tak. – Skinął nieuważnie głową. Zapłacił.
Przeskoczył lekko przez kałużę, będącą pozostałością po nocnym deszczu, i wszedł do budynku, dzierżąc w dłoni pokaźny bukiet białych piwonii.
Recepcjonista na wejściu na jego widok lekko się wyprężył, widać reprezentował starą szkołę hotelarzy.
– Czy szanowny pan jest może członkiem klubu? – zapytał uprzejmie, acz stanowczo, nie zostawiając możliwości, aby na przykład prześlizgnąć się na górę niezauważonym.
Tadeusz oparł się łokciem o kontuar i zerknął w stronę schodów prowadzących na pierwsze piętro – był tu kilka razy i wiedział, że było tam sporo małych, kameralnych pokoików, idealnych do prowadzenia dyskretnych rozmów. Znał to niejako z autopsji.
– Niestety nie mam tego przywileju – odparł, uśmiechając się czarująco. Kiedy chciał – potrafił.
– Wobec tego niestety nie jestem upoważniony, by pana wpuścić. – Recepcjonista skłonił głowę niczym Japończyk.
– Nic nie szkodzi, ja w zasadzie chciałem zapytać o tę kobietę, która tu przed chwilą weszła.
– Jaką kobietę? – Recepcjonista był niewzruszony, choć aby przegapić takie zjawisko, to chyba musiałby być głuchy, ślepy i w ogóle pozbawiony wszelkich zmysłów.
– Niech pan nie udaje, obaj dobrze wiemy, o której damie mowa. – Wargocki mrugnął okiem. – To rudowłose zjawisko.
Na twarzy recepcjonisty w końcu pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
– Mogę przekazać pani pułkownikowej Brywczyńskiej wiadomość od szanownego pana – zaproponował i zerknął na bukiet w rękach Wargockiego. – Gdy będzie wychodziła.
– Proszę jej tylko kwiaty przekazać. – Tadeusz podał recepcjoniście bukiet, notując w głowie nazwisko – pułkownikowa Brywczyńska. – Od wielbiciela.
– Oczywiście. – Recepcjonista ukrył uśmiech pod wąsem, przyjmując bukiet.
Wargocki skinął głową i wyszedł z lokalu. Doskonale – dopiero weszli, pewnie na obiad. To oznaczało, że miał trochę czasu, zanim Bronisz wróci na swoją kwaterę u państwa Kaletów.
Naprawdę doskonale.
Trzeba było zacząć działać.
5.
Bronisz nie wierzył we własne szczęście. Ślepy los pokierował go chyba tego dnia na Łukiszki! Kiedy zobaczył Julka Tumanka opierającego się o elegancki samochód, w pierwszej chwili myślał, że ma zwidy. No nie dowierzał, że to naprawdę on!
A jednak.
Widzieli się ostatnio we wrześniu 1920 roku, kiedy w szalonym tempie gnali za bolszewikami, goniąc ich niemal co koń wyskoczy na wschód. Dosięgła go wówczas jedna z bolszewickich kul – i to nawet nie dla niego przeznaczona. Bronisz wylądował wówczas w szpitalu polowym, a Julek wraz z oddziałem udał się dalej. Więcej się nie widzieli, a kontakt się urwał – nikt nie wiedział, kto wojnę przeżył, kto gdzie ostatecznie wylądował i co robił w życiu.
Janek tak naprawdę sam do końca nie wiedział, jak wylądował w Wilnie, ale tu ostatecznie zaczął studia. Dobrze mu było na uczelni, choć trochę biednie, nie da się ukryć. Dorabiał, jak mógł. To w magazynie narzędzi jako woźny, to jako instruktor w Związku Strzeleckim, to w jeszcze inny sposób. Ale na skorzystanie z propozycji studiów w Warszawie wciąż nie do końca było go stać.
I jeszcze ta Brywczyńska! Podpułkownik Brywczyński był dobrym dowódcą, który dbał o swoich ludzi i nie krył się na tyłach frontu. Nie, pod Radzyminem był razem z nimi na pierwszej linii. No i podobno dostał za to pułkownika… należało mu się.
Nigdy nie spodziewał się, że kiedykolwiek pozna żonę dowódcy. Co za niezwykła kobieta! I taka bezinteresowna, od razu zaproponowała mu, by zatrzymał się u nich w domu. Nie mieściło mu się to w głowie. Miała najwyraźniej zaskakujące poczucie sprawiedliwości społecznej.
A potem jeszcze zaprosiła na obiad. Klub Szlachecki w Wilnie słynął z doskonałego kucharza, ale nie każdemu było dane sprawdzić jego zdolności. Bronisz nie tylko nie należał do szlacheckich elit, ale nie było go stać nawet na zupę w takim miejscu.
Cóż, kuchnia istotnie była doskonała i Bronisz wracał na swoją stancję jak na skrzydłach. „To chyba najlepszy dzień w moim życiu” pomyślał. Był w szampańskim humorze – spotkał dawnego kompana z wojska, wybornie się najadł i w dodatku miał perspektywę swoich wymarzonych studiów w Warszawie u profesora Handelsmana, wielkiego autorytetu w dziedzinie badań nad historią polskiej emigracji w pierwszej połowie XIX wieku! Czy życie mogłoby być jeszcze piękniejsze?
No, mogłoby – mogłaby jeszcze znów pojawić się w jego życiu Irka. Irena, piękna sanitariuszka, którą poznał w szpitalu polowym. Miała zielone oczy i piękny, gruby, rudozłoty warkocz. Pułkownikowa też miała rude włosy i zielone oczy, ale u niej te kolory były… ostre, bez półtonów. U Ireny zaś wszystko było delikatne – usta, nos, piegi na nosie, wszystko. Wiedział, że pochodziła z Warszawy, ale nie szukał jej – nawet nie wiedział jak. Zresztą, co on mógłby jej zaoferować? Karierę biednego studenta historii, który ledwo wiąże koniec z końcem? Nie, to bez sensu. Choć Irena, był tego pewien, uratowała jego życie i nadała mu sens w więcej niż jednym charakterze. Zmieniła całkowicie sposób, w jaki myślał, otworzyła mu oczy na tyle rzeczy, sprawiła, że inaczej spojrzał na niektóre sprawy. Gdyby nie ona… nie miał pojęcia, gdzie by był, ale na pewno byłby kimś zupełnie innym.
Wszedł do kamienicy przy Piłsudskiego, na pierwsze piętro, gdzie mieściło się mieszkanie Kaletów, od których wynajmował mały pokój. Przekręcił klucz w zamku, a z salonu natychmiast wysunęła się Jadwiga Kaletowa – pani domu w średnim wieku, czujna jak ważka, a jednocześnie bojaźliwa jak osika.
– Psssst! Panie Janku! – syknęła, przywołując go ręką do siebie. – Panie Janku, pan podejdzie na chwilę!
Bronisz powstrzymał westchnienie. Od Kaletowej zawsze pachniało kroplami walerianowymi, a on nie znosił tego zapachu.
– Co tam, pani Jadwigo? – zapytał pogodnie. Był zdecydowany nie psuć sobie dzisiaj humoru.
– Brat do pana przyjechał – szepnęła Kaletowa, poprawiając szal na ramionach.
– Brat? – zdziwił się Bronisz. Jako żywo, nie miał brata, a przynajmniej nic mu o tym nie było wiadomo.
– Brat, bardzo miły, choć zupełnie do pana niepodobny. – Kaletowa pokręciła głową, widać było, jak przemykają jej myśli o tym, kim była matka Bronisza, skoro synowie byli do siebie tak niepodobni. – Ciemny taki. Czeka u pana w pokoju.
– U mnie – powtórzył Bronisz, niemile zaskoczony. No i szlag trafił dobry humor.
– No to w końcu pana brat. – Kaletowa wyczuła jego niezadowolenie i od razu przeszła w tryb obronny. – Miałam wygonić pana brata? Toż Wileniacy są gościnni, nieba obcemu przychylą, a ja jestem Wilenianka z krwi i kości! – Skrzyżowała na chudej piersi ramiona. Wszystko przez to, że jej mąż nie pochodził stąd – Antoni Kaleta był urzędnikiem państwowym spod Łodzi, więc Kaletowa czuła się w moralnym obowiązku przypominać na każdym kroku, że nawet jeśli on nie był z Wilna, to ona była przecież z dziada pradziada, a nawet z babki prababki, znad Wilii.
– Dobrze, już dobrze. – Bronisz machnął ręką i zachodząc w głowę, kto podaje się za jego rzekomego brata, skierował się do swojego pokoiku. Przez chwilę rozważał, czy nie odwrócić się na pięcie i nie uciec, ale z drugiej strony to chyba nie był żaden policjant, bo jaki policjant podawałby się za brata. Nic to, trzeba sprawdzić. Szkoda tylko, że nie miał przy sobie na wszelki wypadek jakiejś broni, ba, nawet noża nie miał! Powinien zacząć nosić, a nie tylko trzymać w pokoju!
Wkroczył do pokoju i zamknął za sobą starannie drzwi.
– Kim pan jest? – zapytał, odwracając się i na wszelki wypadek lustrując pomieszczenie, by sprawdzić, czy nie ma tu jeszcze kogo.
Pokój był niewielki – szafa, łóżko, okrągły stół, który na ogół służył mu za biurko i był zasłany papierami i książkami, oraz dwa krzesła. Na jednym z nich siedział mężczyzna w cywilnym ubraniu, z nogą założoną na nogę, którego Bronisz nigdy wcześniej nie widział na oczy.
– No i w końcu się spotykamy – powiedział facet i sięgnął do kieszeni po papierośnicę. – Zapali pan? – Podsunął mu papierosy. Janek potrząsnął głową.
– Kim pan jest? – powtórzył Bronisz, krzyżując ramiona podobnie jak przed chwilą Kaletowa. – I co pan robi w moim pokoju?!
– Spokojnie. – Facet wyciągnął papierosa i zapalił go niespiesznie, po czym zdmuchnął zapałkę i wrzucił ją do stojącej na stole szklanki z resztką herbaty. – Ja dobrze wiem, kim pan jest, panie… „Wiktor” – powiedział z naciskiem.
Bronisz zmartwiał.
– Mam na imię Jan – powiedział z trudem. Facet uśmiechnął się, ale jakoś nieprzyjemnie. Bronisz miał wrażenie, że w jego twarzy wszystko było kanciaste – szczęka, czoło, wąskie oczy. Mężczyzna był bardzo szczupły, co tylko potęgowało ostrość rysów.
– Koledzy zza wschodniej granicy zdaje się wolą do pana mówić „Wiktor”. – Facet wzruszył ramionami. – Widzi pan, ja doskonale wiem, jakie pan ma… zainteresowania – powiedział z naciskiem i sięgnął do kieszeni marynarki. Wydobył plik zdjęć, które rzucił na stół, pomiędzy inne papiery.
Bronisz mimowolnie rzucił okiem – i poczuł, jakby trochę w środku umarł. Nie tylko ze względu na zdjęcia, ale i na papiery rozrzucone na stole – to nie były tylko notatki akademickie i wypisy z podręczników, ale też i druki, i ulotki, które – wydawało mu się – skrzętnie ukrył, oraz szkice. Bo niestety lubił w wolnych chwilach szkicować to, co przychodziło mu na myśl, i to, co pamiętał.
– Widzi pan. – Mężczyzna nachylił się lekko nad stołem i strzepnął popiół z papierosa do szklanki. – To są bardzo ciekawe zdjęcia. O, na przykład tu jest pan pogrążony w rozmowie ze Stanisławem Ławrynowiczem, dobrze poznaję, prawda? – Wskazał na pierwsze zdjęcie. – O, a tu – rozsunął plik fotografii – jest pan w towarzystwie Ławrynowicza i Janusza Obrąpalskiego. O czym tak panowie rozmawiają, może o tym, jakiego granatu użyć w gimnazjum Lelewela?
Broniszowi zrobiło się słabo. Rozejrzał się po pokoju. Nagle pożałował, że po odejściu z armii jak ostatni kretyn oddał broń, było powiedzieć, że zgubił, nikt by mu nic nie zrobił! Wziął co prawda broń ze „Strzelca”, którego szczerze nienawidził, ale który trochę mu płacił – nie było wielkiej różnicy, skoro już i tak część broni wzięli Obrąpalski i Ławrynowicz, to on mógł wziąć jedną sztukę dla siebie. Tylko czy ten gość znalazł broń w skrytce pod parapetem?
– Jeśli szuka pan tego – gość sięgnął do kieszeni marynarki, wyjął jakiś przedmiot i położył go na blacie stołu obok siebie – to tak, znalazłem pana broń, panie Bronisz.
Janek zacisnął usta.
Jasny szlag.
– Ci panowie należeli do „Strzelca”, w którym jestem instruktorem – wyjaśnił, próbując coś na szybko wymyślić. Nie miał pojęcia, że można było tak niezauważenie zrobić zdjęcia. Jednocześnie nie spuszczał wzroku z broni leżącej w zasięgu ręki gościa.
– Tak, tak, wiem, jest pan byłym ochotnikiem wojny polsko-bolszewickiej ze stopniem kaprala, wiemy. – Mężczyzna machnął ręką. – I widzi pan, tu pana nie rozumiem – powiedział z zadumą. – Z jednej strony jest pan odznaczonym żołnierzem, a teraz co, spotyka się pan z sowieckimi agentami. – Rozsunął zdjęcia i wskazał na jedno, na którym widać było Bronisza rozmawiającego z jakimś mężczyzną w okolicach Placu Katedralnego. – Widzi pan, nie wziął pan pod uwagę, ilu w Wilnie jest agentów i że tu każdy ma dodatkowe oczy, a ten tu widoczny na zdjęciu Iwan Kotow jest naszym służbom nieźle znany. Zapomniał pan, jakie boje toczyliśmy o te ziemie? – zapytał lekko. – Dlaczego zmienił pan strony? Po panu bym się akurat nie spodziewał…
Bronisz poczerwieniał lekko i kiwnął się niepewnie w przód i w tył. Spojrzał na mężczyznę i w końcu odsunął sobie drugie krzesło przy stole. Spróbował zgarnąć papiery ze stołu, ale mężczyzna był szybszy – zgarnął je na kupę i przysunął ją do siebie.
– Przyjechałem do Wilna, aby zweryfikować, czy strzelanina w gimnazjum miała coś wspólnego z sowietami – oznajmił sucho mężczyzna i wrzucił kiepa do szklanki. – Nie sądziłem, ale okazało się, że moi koledzy z kontrwywiadu w Wilnie naprawdę nie zasypiają gruszek w popiele i monitorują, kogo trzeba. Na przykład pana, panie Bronisz. I dlatego wiem, że to pan zapewnił tym nieszczęśnikom z gimnazjum broń.
– Broń była ze „Strzelca”! – wyrwało się Broniszowi.
Mężczyzna pokiwał głową.
– No widzi pan, ale ktoś im tę broń jednak dał, i był to pan. – Pokiwał głową. – To pan ich też trenował w strzelaniu i posługiwaniu się granatami. Pan jest za to odpowiedzialny, panie Bronisz, nawet jeśli to nie pana palec pociągał za spust. I do tego te zdjęcia z sowietami, ta bibuła, którą u pana znalazłem… No, nie wygląda to dobrze! Gdyby te zdjęcia trafiły na przykład do rektora Uniwersytetu Stefana Batorego… zostałby pan wydalony z uczelni, dostałby pan łatkę komunisty, której się pan już nie pozbędzie. Ach, no i wyląduje pan również w więzieniu, za agitację i działania antypaństwowe.
Bronisz zacisnął dłonie. Gdyby pogłoski o jego komunistycznych powiązaniach dotarły na uniwersytet, byłby skończony.
– Czego pan chce ode mnie? – wycedził przez zaciśnięte zęby.
– To proste. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Chcę, żeby pan odtąd pracował dla nas. Będzie się pan z nimi spotykał i niby działał według założeń, ale o wszystkim będzie pan donosił nam. Będzie pan takim podwójnym agentem.
– Za jaką cenę? – zapytał hardo Bronisz. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, i choć wąskie wargi ułożyły się w uśmiech, to jednak nie dotarł on do oczu.
– No proszę, jeszcze się pan targować będziesz. – Uśmiech znikł z jego twarzy, jakby go ktoś starł. – Za taką cenę, że nie poinformuję rektora o twoich zainteresowaniach ani prokuratury o twojej zdradzie. W zamian za to będziesz sobie pan studiował i tylko donosił nam o kolejnych planach twoich komunistycznych kolegów, zwłaszcza na uniwersytecie.
– No to będzie problem – powiedział Bronisz, zerkając na papiery zgarnięte przez gościa. A zwłaszcza na jeden szkic, na którym zależało mu szczególnie, był bowiem więcej niż udany. – Bo od października prawdopodobnie nie będzie mnie w Wilnie, więc nie będę mógł dalej… utrzymywać kontaktów.
– Aha – mruknął facet i przejrzał leżące przed nim papiery. – A gdzie pan będzie?
– W Warszawie – odparł Bronisz i w momencie, kiedy to słowo opuściło jego usta, już wiedział, że nie powinien o tym mówić, ale było już za późno.
– W Warszawie. – W oku mężczyzny błysnęło. – A po co pan do Warszawy?
– Na studia – przyznał niechętnie Bronisz. – Jest szansa, że przeniosę się tam na uniwersytet.
– Na uniwersytet – powtórzył mężczyzna. – A na jaki wydział? – zainteresował się nagle.
– Filozoficzny – burknął Bronisz.
Mężczyzna zmrużył oczy. No nie wierzył we własne szczęście! Ewidentnie los musiał mieć go w swojej opiece, skoro podsunął mu Bronisza niemal jak na tacy. Od pewnego czasu wiedział, że właśnie na tym wydziale w Warszawie coś się kluło, ale nie miał tam dojścia. A teraz – proszę, Bronisz spadał mu z nieba jak prezent od losu!
Z trudem powściągnął buzujące w nim emocje.
– To nawet dobrze się składa – powiedział oględnie. – Zatem znajdzie mi pan zwolenników naszych wschodnich sąsiadów na Uniwersytecie Warszawskim, nawet lepiej. I poda mi pan nazwiska, kto jest w partii, kto sympatyzuje, co zamierzają. A ja w zamian zachowam te zdjęcia tylko dla siebie. – Zgarnął ze stołu zdjęcia razem z częścią papierów i wepchnął do swojej kieszeni. – Ach. Pana broń – uniósł pistolet do góry i sprawdził lufę – też zarekwiruję. Na wszelki wypadek, mam nadzieję, że pan rozumie.
Bronisz zacisnął zęby. Widział, że wśród papierów, które hurtem zgarnął niespodziewany gość, był również szkic Ireny – rysunek, który zrobił kilka lat temu, by nie zapomnieć, jak wyglądała. Nie miał pojęcia, czy Irena wciąż miała takie poglądy jak parę lat temu, może się zradykalizowała, może uznała, że jednak stary porządek świata był lepszy, może… ba, może w ogóle już nie żyła albo co gorsza wyszła za mąż i miała gromadkę dzieci. Nie miał pojęcia, co się z nią teraz działo, ale jednego był pewien – to przez nią, przez tamte długie rozmowy, zdecydował się zostać komunistą. I choć w Boga już dawno nie wierzył, teraz modlił się w duchu, by ten człowiek nie powiązał Ireny z komunistami.
Sam już w sumie nie wiedział, czy bardziej było mu żal dobrej broni, czy dobrego szkicu – oba wpadły w ręce tego gościa.
– Jeśli zacznie pan dla mnie pracować… – powiedział mężczyzna. – To jakoś się dogadamy.
– Dlaczego ja? – zapytał w końcu Bronisz. Mężczyzna się uśmiechnął.
– Widzi pan, czasem trzeba wypuścić płotkę, jeśli chce się złapać szczupaka – powiedział sentencjonalnie. – A mnie płotki nie interesują. Co się stało w tym gimnazjum, to się stało, trzeba iść dalej. To co, zgadza się pan?
Bronisz siedział zaskoczony, w głowie miał mętlik. Zdjęcia nie kłamały, faktycznie znał się z oboma, Obrąpalskim i Ławrynowiczem ze „Strzelca”. I fakt, toczyli długie dyskusje polityczne. Czy to on dostarczył im broń? Być może. Być może również spotykał się z niejakim Iwanem Kotowem, i być może dziś, po pięciu latach, myślał już inaczej i miał inne poglądy, a poglądy sowietów być może wcale nie były takie złe.
Wiedział jednocześnie, jakie nastawienie do sowietów panowało w kraju, jak za rozwieszanie plakatów komunistycznych potrafili wsadzać do poprawczaków i ciężkich więzień w ramach kary „za agitację polityczną”. Wiedział też, jaka bieda panowała wśród ludzi, jak liczono każdy grosz, jak kupno butów dla ludzi na prowincji było prawdziwym świętem, że w fabrykach panowały koszmarne warunki, że ludzie byli w stanie zrobić wszystko dla pracy, której zwyczajnie nie było, i wiedział, że na to się nie godził. Socjaliści kierowali się w dobrą stronę, ale brakowało im zdecydowania, a tu trzeba było wstrząsnąć ziemią w posadach.
Nagle zdał sobie sprawę, że znalazł się na drodze, z której nie było odwrotu, a zwykłe rozmowy o ideach zaczęły zamieniać się w czyny.
Początkowo odradzał Ławrynowiczowi i Obrąpalskiemu radykalne ruchy, nie spodziewał się zresztą, że zrobią zamach w gimnazjum, na litość boską! Przegadali ze sobą sporo godzin, wiedział, że jeden miał jakąś nerwicę po wojnie, drugi – niezaleczoną i wciąż jątrzącą się ranę po utracie rodzinnego majątku. Nie wnikał jednak, co zamierzali zrobić z bronią, którą im dał, uznając, że to ich odpowiedzialność i ich plan.
To, co się stało w gimnazjum Lelewela, nie było pomysłem sowietów, choć na pewno ich ucieszyło. To był pomysł tamtych dwóch uczniów, którzy przegrali to życie.
Tak sobie powtarzał od tego feralnego dnia zamachu.
Co miał zrobić? Mógł zniknąć, pojechać gdziekolwiek bądź, nie było to wcale trudne. I być może gdyby nie spotkał tego ranka Tumanka i pułkownikowej, nawet by to zrobił, ba, zgodziłby się na warunki tego faceta, a potem po prostu by zniknął. Ale nagle w zasięgu jego ręki znalazły się te wymarzone studia w Warszawie, u profesora, który naukowo był dla niego niemal jak Kopernik. W dodatku wszystko to w mieście, w którym być może, nawet mógłby poszukać Ireny i wspólnie, razem z nią, mógłby…
Nie, z tego nie był w stanie zrezygnować! Nawet dla Sprawy! Choć… może faktycznie, pojedzie do Warszawy, nawiąże kontakt z tamtejszymi strukturami partyjnymi, zacznie działać na większą skalę. Temu tu rzuci jakieś ochłapy, a sam się rozwinie. Tak, będzie miał jeszcze czas, żeby przemyśleć, jak to dobrze rozegrać.
– Dobrze. – Nie rozpoznawał własnego głosu. Mężczyzna za to wyraźnie się ożywił.
– Doskonale. Nie muszę panu chyba mówić, żeby nie informował pan o naszym układzie kolegów ze wschodu, bo jak pan wie, my się o tym i tak dowiemy. A tymczasem… – Wygrzebał jakąś pustą kartkę i podsunął mu razem z piórem, które wyjął z kieszeni. – Proszę napisać życiorys i zaraz podpisze pan zgodę na bycie informatorem. Witamy po drugiej stronie, panie Bronisz.
Redakcja
Aleksandra Zok-Smoła
Korekta
Dorota Honek-Sac
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Anna Bińkowska, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384304068
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział I
Strona redakcyjna
Spis treści
