Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
143 osoby interesują się tą książką
Warszawa 1924 roku jest miastem tętniącym życiem, ale też pełnym mrocznych tajemnic. Kiedy w mieście znika córka jednego z bogatych kupców, sprawę w swoje ręce bierze Regina Brywczyńska - bogata wdowa o wielkiej ciekawości, uporze i szerokich kontaktach. Przy pomocy swoich zaufanych ludzi, Brywczyńska wpada na trop zbrodniczego procederu.
Czy tajemnica nie okaże się być zbyt mroczna nawet jak na nią i czy uda jej się rozwikłać zagadkę zaginionych dziewcząt?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 405
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Sięgnęła po szminkę. Była nasycona, czerwona, ostra. Ostrożnie rozmazała kosmetyk na palcu wskazującym i wklepała w usta, które błyskawicznie pokryły się karminową czerwienią. Dobrze! O to chodziło! Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze.
Na palcu zostało jeszcze trochę koloru, więc nie myśląc wiele, wklepała go w kości policzkowe, dzięki czemu jej blada na ogół twarz zaróżowiła się elegancko. Podobało jej się!
Sięgnęła jeszcze po flakonik perfum z atomizerem i nacisnęła kilka razy na gumową pompeczkę. Zapach był mocny, słodki i kręcił w głowie.
A może po prostu kręciło jej się w głowie z podniecenia i ekscytacji.
Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Podobała się sobie – ciemne, prawie czarne włosy miała ułożone w najmodniejsze fale. Wyciskała je dzisiaj na mokro i aż jej ręce mdlały od trzymania ich w górze przez tyle czasu. Ciemne oczy w ciemnej oprawie (dzięki, rodzice!) na szczęście nie wymagały makijażu, a czerwone usta ładnie kontrastowały z jasną cerą.
Suknia miała modny krój – to był prezent od papy. Kochany papa!
Z radością odsunęła się od toaletki i rozejrzała po swoim pokoju. Lubiła to miejsce. Łóżko z poduchami, jej ulubione książki, obrazki na ścianach, szafa, która pękała w szwach. Jej małe królestwo.
Sięgnęła po torebkę, zakręciła lampę i na palcach podeszła do drzwi pokoju. Uchyliła je ostrożnie, modląc się, żeby nie skrzypnęły, i przysłuchiwała się odgłosom dochodzącym z głębi domu. Jasne, że matka w życiu nie pozwoliłaby jej wyjść o tej porze z domu – według niej ma siedzieć na tyłku i wyszywać obrusy do swojego wiana, bo przecież powinna wyjść za mąż. Nawet jej jakiegoś znaleźli, ale odmówiła przyswajania jakichkolwiek informacji na ten temat. Nie i już, nie wyjdzie za nikogo, a już na pewno nie w najbliższym czasie!
Zwłaszcza że poznała niedawno takich dwóch kawalerów. Jeden wyższy, drugi niższy, jeden z zarostem, drugi bez. Chyba ten wyższy jej się bardziej podobał. Spotkała ich w różnych miejscach już parę razy, ale do tej pory nie pamiętała, czy jej się przedstawiali czy nie. Możliwe, że tak, ale nie pamiętała. Ten wyższy był interesujący. Co najmniej interesujący! Chętnie by go dzisiaj poznała bliżej.
Gdzieś w okolicy gabinetu ojca coś skrzypnęło, papa chyba wyszedł z pokoju i skierował się do bawialni, gdzie siedziała matka, bo docierały do niej strzępy słów. Nie wiedziała, o czym rozmawiają, ale mogła iść o zakład, że tematem była ona i to, jak ją zmusić do małżeństwa.
Przewróciła oczami i na palcach przemknęła do drzwi. Wiedziała doskonale, na których deskach nie stawać, bo skrzypią.
Wymknęła się na klatkę schodową kamienicy i oddychając głęboko, zeszła na dół. Był już wieczór, ulica Lwowska powoli się uspokajała.
Lekkim krokiem skierowała się w stronę Poznańskiej. Był tam pewien lokal, do którego bardzo lubiła wpadać – ku zgrozie jej własnych rodziców. Panny z dobrych domów nie powinny tam bywać – ba, w ogóle panny nie powinny tam bywać! Ale ona lubiła łamać zasady, a nawet więcej – patrzenie, jak gorszy innych, sprawiało jej dziwną przyjemność.
Lokal był specyficzny, bo składał się z baru, muzyki na żywo i parkietu, choć mało kto tam tańczył, a w dalszej części znajdował się po prostu dom publiczny. Jej zamtuz nie przeszkadzał. Inne kobiety praktycznie się tu nie pojawiały, ją jednak zawsze wpuszczano bez jednego słowa. Lubiła ten dreszczyk, a widok roznegliżowanych dziewczyn, przemykających czasem w środku nocy, tylko ją ekscytował. Gdyby jej matka o tym wiedziała, to by jej tak złoiła tyłek, że przez tydzień by nie usiadła.
Ale przecież – była już dorosła! Mogła robić, co chciała.
Usiadła na wysokim krześle przy barze, barman postawił przed nią od razu kieliszek zmrożonej wódki. Przyjęła to tak, jakby jej się zwyczajnie należało. Nawet nie zauważyła, kiedy ktoś usiadł obok niej.
– I panna znowu tutaj – powiedział męski głos. Zerknęła – bingo! Ten wyższy, z wąsami! Odwróciła się do niego, nieświadomie wypychając biust do przodu.
– Hanka jestem – oznajmiła, wyciągając do niego szczupłą rękę.
– Hanka – powtórzył, ściskając jej dłoń i zlustrował ją uważnie. – Hanka.
Zniecierpliwiła się lekko.
– Hana – powiedziała.
– Rozumiem. – Skinął głową. – Wojciech Jasny. – Uniósł swój kieliszek w oczekiwaniu, że i ona przedstawi się nazwiskiem.
– Hana Rozencwajg – mruknęła z irytacją. – Ale wolę, żeby mówił mi pan Hanka. Po prostu Hanka.
– Dobrze, po prostu Hanko. – Uśmiechnął się. Wypili.
Wieczór szybko się rozkręcał. Kieliszek pojawiał się za kieliszkiem, zaczęto grać coś do tańca. Ruszyli na parkiet.
To był najlepszy wieczór w życiu Hanki, czy też – Hany Rozencwajg, jak znał ją świat.
W którymś momencie Wojciech wyciągnął z kieszeni fiolkę z białym proszkiem, który wskazał jej z niemym pytaniem wypisanym na twarzy. Wiedziała, co to było, już tego próbowała. Skinęła głową. Wysypał nieco proszku na niewielkie lusterko, które podsunął im barman – w końcu nie takie rzeczy już tu widywał. Kokaina.
Wciągnęli, najpierw ona, potem on.
Potem świat nabrał barw, dźwięki brzmiały wyraźniej, kolory były bardziej nasycone, smaki mocniejsze. Nawet nie zarejestrowała, kiedy znaleźli się w jednym z pokojów na tyłach lokalu. Wojciech był bez koszuli, jej sukienka wylądowała gdzieś na podłodze, była już tylko w halce i bieliźnie. Wyciągnął ponownie fiolkę z proszkiem, znów wciągnęli, popijając alkoholem.
Nagle poczuła, że coś było nie tak. Poczuła się, jakby opuszczała własne ciało i stała obok, patrząc na swoje nagle zwiotczałe członki, z jej ust toczyła się piana. Przerażony Wojciech zawołał kogoś, do pokoju wpadł ten drugi, niższy – czy oni nawet do burdelu chadzali we dwóch? Pochylili się nad nią.
– Nie możemy tak jej tu zostawić – panikował Wojciech. – Coś poszło nie tak!
– No co ty nie powiesz – sarknął ten drugi. – I co z nią zrobisz? Gdzie weźmiesz? Do domu odwieziesz?!
– Do Mordechaja – zadecydował Wojciech. – Na razie tam!
Co się dalej działo – nie wiedziała. Coś było z nią bardzo nie tak.
Odpłynęła zupełnie.
1.
Samochód był piękny. Lśniący, zielony i wielki, z fantazyjnie wygiętą listwą, od nadkola płynnie przechodzącą do progu. Na przodzie wozu dumnie widniało logo z napisem „Horch”.
Niby auta nie były już w Warszawie nowością, ale to… to jednak było co innego.
– Nie wierzę własnym oczom – mruknęła pod nosem Waleria Brywczyńska, z domu Kent, zwana czasami po prostu „panią starszą”.
Waleria, jak sama utrzymywała, była krewną brytyjskiej królowej Wiktorii i trochę nie przystawała do nowoczesnych czasów – ani do Warszawy. Zawsze sprawiała wrażenie, że jest nie na miejscu, bo powinna być w jakimś angielskim zamku w czasach edwardiańskich. No, ale nie była – tkwiła w Warszawie roku Pańskiego 1924, z zadziwieniem obserwując zachodzące wokół zmiany. Nie była przeciwko nim, wolała je tylko obserwować. No ale to – samochód? I to taki? Zniosła równe prawa wyborcze dla kobiet i sukienki odsłaniające kostki, zniosła szwabów i Rusków (po których obowiązkowo następowało splunięcie pod nogi), zniosła nawet moment, w którym ich astronomiczne sumy w markach polskich przeistoczyły się w znacznie skromniejsze kwoty w nowej walucie – złotówkach. No, ale samochód – to już trochę za dużo!
– Dziecko, czyś ty zmysły postradała…? – zapytała ze zgrozą.
– Nie wiem, co mamie się nie podoba. – Regina oparła się o maskę potwora na kółkach i z czułością pogładziła zielony lakier. – Cztery cylindry, prawie trzydzieści pięć koni mechanicznych, piętnaście litrów na sto kilometrów!
– Wolałabym raczej trzydzieści pięć koni, ale żywych – oznajmiła sucho pani Waleria.
– I gdzie by je niby mama trzymała? – Regina spojrzała na nią z politowaniem.
– U nas, w stajni, gdybyś nie kazała jej przebudować! Albo po sąsiedzku. – Pani starsza spojrzała w stronę Alej Ujazdowskich i wskazała na sąsiadującą z nimi Willę Lilpopa oraz na następny budynek. – W stajni u Czetwertyńskiej! – Wskazała na Willę Wernickiego, która stała w tym samym kwartale ulic. – Albo o, w Belwederze!
– Przecież Róża wynajmuje willę Francuzom, już widzę, jak by mamę wpuścili z tabunem koni, a tym bardziej do Belwederu – mruknęła Regina, lekko tracąc cierpliwość.
– Co to w ogóle za firma? „Horch” jakiś…? – zapytała podejrzliwie pani Waleria, obchodząc samochód wokół i zamiatając ulicę swoją długą, ciemną suknią. Regina odgarnęła wpadający jej w oko rudy lok, który nijak nie chciał się trzymać pod kapeluszem.
– Niemiecka – powiedziała z westchnieniem.
– Co proszę…?
– Niemiecka – powtórzyła Regina. Dobrze wiedziała, co teraz nastąpi.
– Niemiecka? – Pani Waleria odsunęła się od samochodu, jakby nagle zaczął ją parzyć. Fakt, czerwcowe słońce mocno przygrzewało, no ale nie aż tak. – To już nie miałaś na co wydawać pieniędzy? Po co ci w ogóle auto, nie mogłaś wziąć jakiegoś o, najlepiej angielskiego? Może trzeba było pójść na całość i od razu od bolszewików kupić i Lenina wspierać! Niemieckie, też coś, Kaiser w wojnę się wdał, pół Europy zmarnowali tymi swoimi marszami w jedną i w drugą stronę, a ty im teraz gospodarkę wspierasz, samochód kupując?
Regina wzniosła oczy do nieba, na którym nie było ani jednej chmurki, a towarzysząca pani Walerii Marianna Kowalikówna, tak zwana dama do towarzystwa, ale też i trochę pielęgniarka, zachichotała, nie mogąc powstrzymać rozbawienia.
– Tfu! – Pani Waleria splunęła na ziemię.
– Niech mama tak nie dramatyzuje, bo to jednak nie bolszewicy, tylko porządni Niemcy. I niech lepiej mama tylko spojrzy na to. – Regina podeszła do wozu z lewej strony i coś nacisnęła. Nagle fragment listwy poruszył się i ich oczom ukazała się mała, rozkładana umywaleczka z kranikiem, a nawet z mydłem! Z kranika poleciał strumyczek wody.
Pani Waleria przeżegnała się, a Marianka nachyliła się z niedowierzaniem i wetknęła rękę pod wodę.
– Zimna! – oznajmiła ze śmiechem.
– I po co to komu potrzebne? – gderała pani Waleria z niezadowoleniem. – Co, dorożka zła?! Poza tym, ile to pieniędzy wyrzuconych w błoto…!
– Niech tak mama już nie narzeka, stać nas – ucięła krótko Regina. – Poza tym Stefan też ma samochód i jakoś mama nie narzeka.
Wbrew temu, jak Regina się do niej zwracała, nie łączyły ich więzy krwi. – Waleria była jej teściową od dwunastu lat i zdążyły już do siebie przywyknąć.
– Ale Stefan ma służbowe auto ze służbowym kierowcą! – zawołała pani starsza z desperacją, ściągając na siebie ciekawskie spojrzenia przechodniów w Alejach. Auto zresztą też przyciągało wzrok, bo takich modeli w Warszawie wiele nie było. Dorożki, przejeżdżając obok nich, zwalniały, a dryndziarze patrzyli z ciekawością. Przechodnie tłumnie spacerujący Alejami bez żenady przystawali, nawet przetaczający się tamtędy tramwaj zadzwonił donośnie, kiedy ich mijał. Nie mówiąc już o chmarze kręcących się wokół dzieciaków, które przyleciały chyba psim swędem z kamienic na Pięknej i pokazywały sobie palcami zielony lakier. Regina sięgnęła i nacisnęła klakson dwa razy, na co dzieciaki zapiszczały radośnie i rozbiegły się we wszystkich kierunkach, a pani Waleria złapała się za serce. Nie tylko ona zresztą – kilkoro gapiów, którzy przystanęli na ulicy, na nagły dźwięk klaksonu niemal podskoczyło i pospiesznie podążyło dalej, udając, że stali tu wyłącznie przypadkiem, a nie z ciekawości.
– Teraz będziemy tym jeździć? – zapytała Marianka, patrząc na wszystko oczami podobnymi do lalki. Marianka miała wielkie oczy, wielkie serce i wręcz niezbadane pokłady cierpliwości oraz pogody ducha, co pozwalało jej trwać u boku wiecznie znudzonej i często marudnej pani starszej.
– Będziemy, Marianko droga. – Regina uśmiechnęła się szeroko, a pani starsza przewróciła oczami.
– Kto będzie, ten będzie – oznajmiła sucho. – Ja do tego czegoś na pewno nie wsiądę, poza tym nie mam teraz głowy do zatrudniania szofera!
– A po cóż tu szofer, mamo droga. – Reni błysnęło w oku. – Ja będę prowadzić! Chyba nie sądziła mama, że kupię samochód, nie mając prawa jazdy!
Pani starsza przeżegnała się pospiesznie.
– Chryste panie – zawołała. – To ja jednak zostanę przy dorożkach! Za skarby do tego nie wsiądę!
Marianka ponownie zachichotała, aż kilka osób przechodzących pospiesznie Alejami obok nich obejrzało się za nią. Oczywiście – Regina, odebrawszy samochód, zajechała nim przed ich dom w Alejach Ujazdowskich. Budynek znany był jako Pałacyk (a jak ktoś miał fantazję – Willa) Wilhelma Ellisa Raua, jednego z założycieli fabryki maszyn. Drugi założyciel, Lilpop, pobudował się zresztą obok, a trzecia willa w szeregu była znana jako Willa Wernickiego, choć teraz była siedzibą francuskich dyplomatów, bo ostatnia właścicielka raczej nie była zainteresowana mieszkaniem w blisko siedemdziesięcioletniej willi, w przeciwieństwie do Francuzów.
Pałacyk Raua zaś, w którym zamieszkiwały obie panie, mieścił się na rogu Alej i ulicy Pięknej i nie był wielki, to zdecydowanie. Miał niewielki ogródeczek przed fasadą od strony Alej i podłużny dziedziniec schowany za budynkiem, z oficyną dla służby i pomieszczeniami gospodarczymi.
Niegdyś rodzina Brywczyńskich zajmowała znacznie bardziej reprezentacyjny pałac, jednak ekonomia Wielkiej Wojny, bolszewików i nowej Polski nie sprzyjała finansom rodzinnym na tyle, by utrzymać je w takiej skali jak kiedyś. Teraz ograniczali się do gustownej, acz niezbyt wielkiej rezydencji, której największą zaletą była lokalizacja. Wokół nich coraz więcej budynków było zajmowanych przez ambasady, które po 1918, a zwłaszcza po 1920 roku, zaczęły się pojawiać jak grzyby po deszczu.
A Regina, oczywiście, musiała zajechać nowym autem prosto przed pałacyk i zaparkować na Pięknej, tuż przy skrzyżowaniu z Alejami – w Alejach zatrzymać się nie mogła, bo przy skraju ulicy były tory tramwajowe.
– Ekhm – rozległo się za ich plecami. Przy nieco zardzewiałej furtce prowadzącej na posesję od strony Alej stał Juliusz Tumanek – chudy sekretarz Reni, z młodzieńczym trądzikiem na twarzy i zawadiackim spojrzeniem pod kaszkietem. Juliusz był nieodrodnym synem warszawskiej ulicy prosto z Marymontu, co widać było w każdym szczególe jego postaci – w nonszalancko rozluźnionym krawacie, lekko wytartej kamizelce, w mosiężnym łańcuszku od zegarka, zawieszonym przy kieszonce, rozregulowanym zegarku, z którym wciąż trzeba było biegać do zegarmistrza. Teraz też, w luźnym garniturze, odrobinę wyświechtanym na łokciach, w nieodłącznym kaszkiecie i z zapałką w zębach sprawiał wrażenie bardziej ulicznego cwaniaka niż sekretarza szanowanej pani pułkownikowej Reginy Brywczyńskiej.
– Gość przyszedł – powiedział. Regina spojrzała przez ramię. Obok Tumanka istotnie stała kobieta w średnim wieku, w luźnym, ciemnym płaszczu z jasnym kołnierzem sukienki wyłożonym na wierzch, z kapeluszem ze sporym, miękkim rondem. W dłoniach spowitych w skórzane rękawiczki trzymała niewielką torebkę. Miała wąskie usta, zaciśnięte w kreskę, wokół których malowała się pajęczynka zmarszczek.
Gość był tu ewidentnie pierwszy raz – ci, którzy mieli już tę przyjemność, wiedzieli, że do pałacyku należało wchodzić drzwiami od Pięknej. Od Alej faktycznie była furtka i były drzwi, teoretycznie frontowe, ale rzadko z nich korzystano, do tego stopnia, że tuż przy furtce wyrosło już wielkie drzewo. Sama furta była zardzewiała i trzeba się było nieźle postarać, żeby tą drogą dostać się do rezydencji.
Tumanek, nie wiedzieć czemu, uznał za stosowne zaprezentować Reginie gościa na zewnątrz, zamiast zostawić w gabinecie i pójść po swoją pracodawczynię.
– Dzień dobry, ja do pani Brywczyńskiej – powiedziała kobieta, kładąc – nie wiedzieć czemu – akcent na pierwszą sylabę nazwiska. – Możemy porozmawiać prywatnie? Nie byłyśmy umówione, ale to naprawdę ważne – dodała, ściskając nerwowo torebkę.
– No to chyba raczej do ciebie – mruknęła pani starsza do synowej, robiąc dziwną minę.
Regina oderwała się od samochodu i podeszła do gościa.
– Pułkownikowa Brywczyńska – przedstawiła się, wyciągając do niej rękę na powitanie. Kobieta z wyczuwalnym wahaniem oddała uścisk dłoni.
– Rachela Rozencwajgowa – odparła automatycznie.
– Zapraszam do gabinetu, tam spokojnie porozmawiamy. – Regina wskazała gestem pałacyk. We trójkę z Tumankiem zniknęli w głównym wejściu. Pani starsza potrząsnęła głową, stojąc przy samochodzie.
– No, widzisz, Marianko? – powiedziała z niezadowoleniem, cmokając. – Co za czasy! Kto to widział, żeby tak do Reni przychodzić i mnie wykluczać…! Jeszcze niedawno przychodzili do mnie…!
– A pani zna tę Rozencwajgową? – zapytała ciekawie Marianka.
Starsza pani pokiwała głową na boki i oparła się o samochód, po czym zorientowała się, co robi, i odsunęła się gwałtownie.
– Znać osobiście, to nie znam, ale kojarzę i dziwię się, że Marianka nie zna – powiedziała z satysfakcją w głosie. – Rozencwajgowa to żona kupca bławatnego, który ma pół Nalewek pod sobą.
– Toć to pani starsza pewnikiem całą Warszawę zna – westchnęła Marianka z lekkim podziwem. Waleria odwróciła się i ruszyła powoli w stronę wejścia od Pięknej, ale pod nosem uśmiechała się do siebie. Całej – nie, ale tę bogatszą część – tak, zdecydowanie.
Marianka już chciała ruszyć za nią, ale spojrzała niepewnie na wciąż rozłożoną umywalkę. Przecież nie zostawi tak tego na wierzchu, bo zaraz dobiorą się do tego wścibskie dzieciaki! Spojrzała z wahaniem w stronę pałacyku, ale chyba jedyna osoba, która mogłaby coś pomóc – czyli sama pani Regina – właśnie przyjmowała gościa. W końcu Marianka podjęła mężną decyzję i przykucnęła przy samochodzie. Popchnęła lekko umywaleczkę, która ani drgnęła.
Marianka pomajstrowała chwilę i kiedy już była bliska poddania się i pójścia do domu, coś nagle kliknęło i umywalka się zamknęła.
No proszę.
Marianka wstała, dumna z siebie jak paw. W jej rodzinnym Płocku w życiu by w coś takiego nie uwierzyli – składana umywalka w samochodzie!
2.
– Proszę – powiedziała Brywczyńska, wchodząc do gabinetu. – Może herbaty? – zaproponowała, siadając za wielkim, politurowanym biurkiem i sięgając do dzwonka wzywającego służącą.
– Nie, dziękuję bardzo. – Rozencwajgowa pokręciła głową, siadając na obitym granatowym materiałem krześle po drugiej stronie biurka. Regina cofnęła rękę.
W zamian za to zdjęła kapelusz i odłożyła go na biurko – elegancki, biały klosz z wywiniętym rondem z jednej strony – a krótkie, rude loki wyskoczyły spod kapelusza, jakby były na sprężynkach.
Tumanek zamknął za nimi drzwi gabinetu i podszedł do kominka, oparł się o niego łokciem, zdjął czapkę z głowy i upchnął ją w kieszeni. Jak na sekretarza, faktycznie sprawiał wrażenie mało „sekretarskie”, ale nie dla wrażenia pułkownikowa go zatrudniała.
– Cóż, najwyraźniej dobrze pani wie, kim jestem – powiedziała Brywczyńska, sięgając po papierośnicę i wyjmując jednego papierosa. Włożyła go do długiej lufki z masy perłowej z bakelitowym ustnikiem, a Tumanek momentalnie ruszył spod kominka, w jego ręku nagle pojawiła się zapalona zapałka, którą usłużnie podsunął jej przed papieros. Regina zapaliła. Zaciągnęła się, po czym wydmuchnęła powoli dym, patrząc przez tytoniową zasłonę na swojego gościa siedzącego przy biurku naprzeciwko niej. Rozencwajgowa była ewidentnie spięta – siedziała na krawędzi wyściełanego krzesła, wciąż kurczowo zaciskała w rękach torebkę. Ile mogła mieć lat? No pierwszej młodości już zdecydowanie nie była, ale nie wyglądała też na kogoś, kto swoje najlepsze lata już dawno pożegnał. Tak, wydawała się zmęczona i zestresowana, ale to chyba nie był jej permanentny stan, raczej towarzyszył jej dopiero od jakiegoś czasu. Była jednak modnie ubrana, jej płaszcz i sukienka były starannie skrojone z dobrych materiałów, żadnych przeróbek, starannie szyte na miarę. Kapelusz też paradny, a w uszach błyszczały kolczyki z rubinami. Bardzo gustownymi, jeśli Regina miałaby wypowiedzieć swoje zdanie.
„Na biednego nie trafiło”, pomyślała Brywczyńska. „Cokolwiek ją trafiło”.
– Tak. – Rozencwajgowa poprawiła się na krześle. – Moja córka Hana… ona zaginęła.
– Jak zaginęła, to niech pani pójdzie na policję – zauważyła Regina spokojnie i ponownie się zaciągnęła. Twarz Rozencwajgowej jakby stężała, widać było, że coś sobie w duszy waży.
– Proszę pani. – Coś najwyraźniej przeważyło, Rozencwajgowa odłożyła torebkę na krzesło za siebie i zsunęła się już totalnie na jego brzeg, łapiąc za krawędź biurka. – My jesteśmy bogatą rodziną. Bardzo bogatą – podkreśliła.
– Gratuluję. – Brywczyńska pokiwała głową.
– Mój mąż jest krawiec – ciągnęła Rozencwajgowa. – Działa na Nalewkach, ma kilka sklepów, ale mamy też lokal na Nowym Świecie, piękne płaszcze mamy, różne kolory, w zieleni by było pani do twarzy. – Rozencwajgowa automatycznie przestawiła się na inne tory, przyjrzawszy się Reginie. – Ceny mamy nienajgorsze, a ja dbam, żeby kroje były modne, śledzimy trendy, Paryż, Londyn, Berlin. Polecam. Kapelusze także robimy, nasze modystki…
– Pani Rozencwajg – odezwał się Tumanek spod kominka. – Do rzeczy, a nie bajdurzyć o kapeluszach.
– Córka pani zaginęła – podsunęła Brywczyńska spokojnie.
– A, tak, Hana – przytaknęła Rozencwajgowa i na jej twarzy znów pojawił się jakiś dziwny wyraz, ale szybko zniknął. – Ma dwadzieścia lat. Piękna dziewczyna, ma takie grube, ciemne włosy i ciemne oczy jak węgielki, cerę też ma zadbaną, no lalka, mówię pani. Tu, koło prawego ucha, ma taką bliznę podłużną, w dzieciństwie sobie rozcięła, z drzewa spadła. Mieliśmy ją za mąż wydawać za Izaaka Hirszfelda, to dobra rodzina. Ale… – Rozencwajgowa zawahała się przez chwilę i przełknęła ślinę. – Chyba jednak nie wydamy, bo Hana zniknęła.
– Co ma pani ma myśli, mówiąc: „zniknęła”? – Brywczyńska przesunęła się na fotelu.
– Nooo… że zniknęła – Rozencwajgowa popatrzyła na nią dziwnie, jakby powątpiewała w jej możliwości. – Nie ma jej. Po prostu zniknęła. A policja powiedziała, że to nie jest ich problem, bo…
– Bo jest Żydówką? – podsunęła Regina.
– Też. – Rozencwajgowa pokiwała głową. – I dziewczyną. Uznali, że to nie jest ich problem, bo młodych dziewczyn się nie szuka. W ogóle mało kogo się szuka, ale ich, znaczy, młodych żydowskich dziewczyn – w ogóle. Dopóki nie będzie w policji kobiet, tak to będzie. Bo my to tak naprawdę nie jesteśmy tradycyjni, znaczy, mąż i ja jesteśmy nowoczesnym małżeństwem, mamy jeszcze córkę i syna, Hana jest naszym najstarszym dzieckiem. Ale my nie biegamy do rabina i na modlitwy, znaczy, owszem, szabat, Pascha czy Chanuka, ale to w naszym przypadku tradycja, a nie jakaś głęboka wiara…
Tumanek chrząknął spod kominka. Rozencwajgowa drgnęła.
– Więc mój mąż pomyślał… Znaczy, wspólnie uznaliśmy, że może pani będzie w stanie odnaleźć Hanę – wydusiła w końcu z siebie i opadła, jakby zeszło z niej powietrze, jak z przebitej piłki.
– A dlaczego ja? – Regina wydmuchnęła dym.
– Proszę pani. – Rozencwajgowa nachyliła się. – Ja wszystko rozumiem. Pani kosztuje. To nie szkodzi, my mamy złoto, zapłacimy, ile trzeba będzie. A my wiemy, kim pani jest. Słyszeliśmy o tym, jak pomogła pani złapać tego złodzieja z ratusza ostatnio. I że ta szuja, która zabiła panią Marecką, trafiła za kraty.
Brywczyńska poruszyła się niespokojnie.
– To są zwykłe plotki – oznajmiła. – Nie powinni im państwo wierzyć.
– Doprawdy? – Rozencwajgowa spojrzała z powątpiewaniem.
– Doprawdy – powtórzyła Regina. – Nie miałam nic wspólnego z żadną z wymienionych przez panią spraw. To wszystko był czysty przypadek, w obu wypadkach to policja złapała sprawców.
– Być może tak, a być może nie. Cała Warszawa wie o pani, pani pułkownikowo – Rozencwajgowa nagle zyskała w głosie jakąś twardość. – Wszyscy wiedzą, że ma pani… nietypowe zainteresowania. Że ma pani możliwości. I wszyscy wiedzą, kto jest pani szwagrem.
Brywczyńska uniosła jedną brew.
– Czy przyszła pani do mnie ze względu na mnie, czy ze względu na mojego szwagra?
Rozencwajgowa wyprostowała się na fotelu i przygryzła od środka policzek, wpatrując się w Brywczyńską świdrującym wzrokiem.
– Zapłacimy – powiedziała twardo. – Tyle, ile trzeba będzie, zapłacimy.
Regina w końcu wyciągnęła rękę i zgasiła papierosa w kryształowej popielniczce na biurku. Obok popielniczki stała srebrna ramka ze zdjęciem. Fotografia była stara, jak z innego świata. I oni na niej wyglądali jak z innego świata. Kazimierz patrzył na nią ze zdjęcia z potępieniem, czuła to.
Cóż, Kazimierz mógł sobie patrzeć, ile chciał.
– Z całym szacunkiem, ale to, że państwo chcą za coś zapłacić, nie ma dla mnie większego znaczenia – powiedziała. – I jeśli… jeśli nawet chciałabym państwu w jakiś sposób pomóc… to proszę się nie nastawiać, że uda mi się znaleźć państwa córkę. Jestem takim samym zwykłym obywatelem jak państwo i nie mam specjalnych zdolności czy możliwości. Niemniej… rozumiem państwa desperację, zaginięcie dziecka musi być okropnym przeżyciem, więc postaramy się państwu pomóc.
Tumanek westchnął ciężko.
Tak. Była takim samym obywatelem jak wszyscy inni. Poza tym, że miała znacznie więcej czasu, środków i możliwości. I, być może, nawet nieco talentu, przeczucia, zwał jak zwał. A on, znając życie, będzie się musiał uganiać, żeby sprostać jej wymaganiom i zrealizować jej pomysły.
Dobrze, że pułkownikowa nieźle płaciła.
3.
Marianka odsunęła ucho od dziurki od klucza i odskoczyła. Pułkownikowa Brywczyńska była… osobliwa. W zasadzie to była najniezwyklejszą osobą, jaką Marianka spotkała w życiu. Nie było to trudne – w jej rodzinnym Płocku takich ludzi zwyczajnie nie było. I nic dziwnego, bo jej miasto liczyło sobie ponad dwadzieścia pięć tysięcy dusz, a Warszawa, jak by nie patrzeć, prawie milion osób. Milion! Przynajmniej tak mówiła pani Waleria, a Marianka nie widziała powodu, dla którego pani starsza miałaby nie wiedzieć, co mówi. W Płocku było… zwyczajnie. Tak po prostu. Zwykli ludzie i zwykłe sprawy, nie to, co tu! Warszawa wciąż ją zaskakiwała, choć mieszkała tu już kilka lat.
Pani Renia była jednak osobliwością nad osobliwościami i Marianka dałaby wiele, żeby móc się do niej zbliżyć. Ha! Wszak mieszkały w jednym domu, w eleganckiej rezydencji, choć Marianka mówiła na nią raczej „pałac”, no bo przecież to był pałac. I, no dobrze, technicznie rzecz ujmując, Marianka nie mieszkała pod jednym dachem – pani Waleria i pani Regina oczywiście zajmowały główną część pałacyku, a Marianka miała pokój w oficynie na tyłach, przy dziedzińcu pełnym drzew. Na fasadzie elewacji od strony Alei stały rzeźby – pani Waleria mówiła, że to jeszcze od pierwszego właściciela, mieli też własną fontannę z rzeźbą, a na bocznych ścianach pałacyku były rzeźbione medaliony. Marianka uważała, że to był jeden z najpiękniejszych budynków, jakie widziała w życiu, jeśli nawet nie najpiękniejszy! Pani Waleria co prawda zawsze krzywiła się na to stwierdzenie i mówiła, że styl włoskiego renesansu ma się daleko do klasycyzmu, a wówczas Marianka czuła się trochę tak, jakby ktoś jej zafundował studia, choć progu uniwersyteckiego nigdy nie przekroczyła.
W Płocku Marianka ukończyła pensję dla panien, jako takie wykształcenie miała, ale dopiero u Brywczyńskich w Warszawie poznała z bliska kulturę. Pani starsza lubiła sztukę, wystawy i spotkania z artystami, bywała w Zachęcie, finansowała młodych malarzy; pani Regina z kolei przyjaźniła się z aktorkami i filmowcami. W pałacyku w Alejach Ujazdowskich czytano wieczorami zarówno Mickiewicza, jak i sprowadzane z Londynu książki Agathy Christie. Pani starsza z lubością tłumaczyła je na bieżąco podczas czytania na język polski specjalnie dla Tumanka i Marianki. Czasem przychodzili goście, panie w pięknych, modnych strojach, panowie w mundurach albo w garniturach, zasiadano wówczas w salonie.
To był wielki świat.
Ale pani Regina to był w ogóle jeszcze inny świat. Była jak… jak Hercules Poirot, o którym ostatnio czytała im pani Waleria. Była dojrzałą kobietą, starszą od Marianki o dobre piętnaście lat, była bardzo na czasie i jednocześnie bardzo… staroświecka. Zawsze, zawsze chodziła ubrana głównie na czarno, choć przy tym była niezwykle modna. Czasem, zwłaszcza latem, zdarzało jej się nosić jasne rzeczy, ale Marianka nigdy nie widziała jej w jakichś kolorowych ubraniach. Pani starsza też zawsze chodziła na czarno, choć ona była z innego pokolenia i u niej wydawało się to zwyczajne. Jak wdowy z czasów powstania styczniowego, o których kładła Mariance do głowy babka. Pani Regina nosiła rude, modnie obcięte włosy, które ostro kontrastowały z czernią ubrań. Paliła papierosy w fifkach z masy perłowej, srebra czy bursztynu, chodziła do kabaretów, ba, prowadziła samochód i używała czerwonej szminki! I dodatkowo miała niezwykłą, budzącą dreszcze kolekcję osobliwości z całego świata, które sama przywoziła, kupowała albo dostawała od znajomych. W tej kolekcji były: i pióropusz indiański ze Stanów Zjednoczonych, i dziwna róża pustyni, która podobno, jak by ją włożyć do wody, to się rozpuści, i palec jakiejś mumii, i prawdziwa zbroja rycerska, i, co najbardziej przerażające, mała ludzka główka, zasuszona jak głowa lalki, którą ktoś przywiózł pani Reginie z drugiego końca świata. Brrrr!
Marianka skrycie marzyła, żeby być jak ona. Wiedziała, że rodzina Brywczyńskich była mocno naznaczona wojnami – nietrudno było się domyślić, skoro w ich domu mieszkały tylko pani Regina i pani Waleria. W aurze pani pułkownikowej było coś melancholijnego, co dodatkowo Mariankę fascynowało.
Niestety!
U jej boku zawsze trwał Tumanek – chudy brunet, trochę złośliwy, zawsze jakby trochę patrzący spode łba, często z papierosem albo wykałaczką w ustach, czasem równie mroczny jak tajemnice pani Reginy. Para idealna z dwóch różnych krańców świata, choć Aleje Ujazdowskie i Marymont, z którego pochodził Tumanek, dzieliło raptem siedem kilometrów.
Marianka była gotowa duszę zaprzedać, żeby tylko pani pułkownikowa zgodziła się ją wziąć do pracy u siebie. Miały z panią Walerią dziwną, jakby niepisaną umowę, że jedna korzysta z usług Tumanka, druga zaś zagospodarowała Mariankę, powszechnie mówiono, że Tumanek był sekretarzem pani Reginy, choć oficjalnych stanowisk przecież nikt tu tak naprawdę nie miał. A tymczasem jej marzyła się zamiana, marzyły się przygody…! Pani Waleria wiodła wygodne, choć nudnawe życie, a pani Regina – ci filmowcy, aktorzy, aktorki, bale, rauty, spotkania biznesowe, bo jeszcze biznes prowadziła, w dodatku w odległym Wilnie, które Marianka widziała wyłącznie na zdjęciach. Była zdania, że Tumanek tego nie doceniał – lubiła Juliusza, no ale bez przesady. Nie doceniał, co miał.
Ona, Marianka, sprawdziłaby się znacznie lepiej jako prawa ręka pani Reginy. Była tak samo obrotna jak Tumanek, a dodatkowo miała zmysł obserwacji (przynajmniej sama tak uważała) i łatwiej niż on nawiązywała kontakty. Dawała pani pułkownikowej subtelne sygnały, ta jednak pozostawała na nie głucha.
Teraz jednak Marianka dostrzegła swoją szansę. Jakaś Rozencwajgowa i jej zaginiona córka – wybornie!
Marianka momentalnie poczuła wyrzuty sumienia. Nie wybornie, skąd, wcale nie wybornie. Ale… to była dla niej szansa, jakkolwiek by to nie brzmiało.
Tak.
Marianka postanowiła w duchu. Przyczyni się do następnego sukcesu pani pułkownikowej. Oczywiście tego nieoficjalnego, o którym mówi się półgłosem w towarzystwie, przy kieliszku wina, szampana lub koniaku w ramach ploteczek w towarzystwie, bo oficjalnie… oficjalnie pani Regina była tylko panią pułkownikową Brywczyńską, jakby nie miała własnej tożsamości jako Regina Brywczyńska z domu Wisłowicz!
Ale już ona, Marianka, zadba, aby było o czym rozmawiać na salonach, a co!
4.
Rachela Rozencwajgowa z ciężkim westchnieniem wyjęła przed lustrem szpilki z włosów i zdjęła kapelusz. Ułożyła go starannie na półeczce i odłożyła na bok szpilki.
Jej mąż, Jakub Rozencwajg, stał nieopodal w drzwiach prowadzących do salonu i obserwował ją uważnie znad małych, okrągłych szkieł okularów zsuniętych na koniuszek nosa.
– Byłaś? – zapytał.
– Byłam. – Rachela kiwnęła głową, zsuwając z ramion płaszcz. Do Rozencwajgowej podskoczyła dziewczyna w ciemnej sukience i przejęła okrycie, by odwiesić je na wieszaku.
Rachela skierowała się w głąb mieszkania, do własnego buduaru. Jakub podążył za nią, ale zatrzymał się w drzwiach pokoju.
– Przyjęła zlecenie? – zapytał.
Rachela usiadła przy toaletce i zdjęła kolczyki.
– Żeby goja nam się do życia mieszała – mruknęła do siebie, odkładając rubiny na blat mebla.
– Przyjęła? – powtórzył Jakub, w jego głosie słychać było nerwy.
– Przyjęła. – Rachela sięgnęła po papierośnicę. – Choć prawdę mówiąc, nie wiem, czy coś z tego będzie. Wątpię, że ona w ogóle cokolwiek zdziała.
– Ona jest jedyną osobą, która może coś zdziałać! – zaoponował Jakub. Rachela spojrzała na jego odbicie w lustrze.
– Zwodzisz się – powiedziała, zapalając papierosa i zaciągając się dymem. – Zwodzisz siebie i wszystkich dookoła tą bezsensowną wiarą w Reginę Brywczyńską. To zwykła goja, nie wiem, czego ty się spodziewasz.
– Spodziewam się, że ona odnajdzie naszą córkę! – Rozencwajg uniósł głos, a Rachela odwróciła się gwałtownie.
– Ciszej, na litość boską! Chcesz, żeby wszyscy wiedzieli?
Jakub zmełł w ustach przekleństwo. A czy już wszyscy nie wiedzieli, że panna Hana zniknęła bez wieści? Od tygodnia nie było jej w domu, ile mieli wciskać dzieciom i służbie kit, że wysłali ją do jakiejś dalekiej ciotki pod Warszawę?
– Jej szwagier się zaangażuje? – zapytał zamiast tego.
Rachela wzruszyła ramionami.
– Licho ich może wiedzieć – mruknęła. – Choć Bóg mi świadkiem, jej krewniak policmajster pewnie takie same gówno może, co i ona. Ale w końcu – Rachela spojrzała na niego twardo – to twoje pieniądze. Więc zrobisz, co zechcesz.
Jakub wypuścił z płuc powietrze, poprawił nerwowym ruchem okulary na nosie i wsadził ręce do kieszeni. Ciemne włosy, które nosił zaczesane sztywno na brylantynę do tyłu, ani drgnęły.
– Dziękuję ci – powiedział i odwrócił się od żony.
Nadzieja. Chociaż tyle. Albo – aż tyle. Tyle zyskał po wizycie żony u Reginy Brywczyńskiej, słynnej w warszawskiej socjecie, zarówno ze względu na swoje biznesy i ich zadziwiające powodzenie, zasługi rodzinne, jak i osobliwe zainteresowania. Choć według niektórych, w tym jego żony, największą zaletą pułkownikowej był szwagier będący komisarzem Policji Państwowej.
Tak się jednak składało, że Regina była ostatnią szansą Jakuba Rozencwajga, warszawskiego kupca bławatnego i krawca, na odnalezienie ukochanej córki. Jeśli nie zdoła tego zrobić Regina, słynąca z szerokich koneksji i nietypowych reguł działania, to nawet sam Jahwe nie przywróci mu już jego małej Hany.
Redakcja
Aleksandra Zok-Smoła
Korekta
Dorota Honek-Sac
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
Skład i łamanie wersji do druku
Marcin Labus
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Anna Bińkowska, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze w tej edycji
ISBN: 9788384301388
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział I
Strona redakcyjna
Spis treści
