Emigrantka - Weronika Ilska - ebook + audiobook

Emigrantka ebook i audiobook

Ilska Weronika

4,3
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czy można zacząć od nowa, gdy serce wciąż pamięta melodię dawnych lat?
W barwnej Barcelonie lat dwudziestych Lina szuka ukojenia i nowego początku. U boku Diego, charyzmatycznego artysty, odkrywa świat katalońskiej bohemy – pełen wolności, sztuki i nieznanych dotąd emocji. Wszystko się zmienia, gdy na jej drodze staje rosyjski emigrant, Michaił Pietrowicz Wołkoński. Mężczyzna, przy którym Lina po raz od dawna pozwala sobie uwierzyć, że przeszłość można zostawić za sobą. 
Ale są historie, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. Wspomnienia z Polski, od których tak bardzo chciała uciec, zaczynają wracać z nową siłą, zmuszając Linę do wyboru między prawdą a życiem, które próbuje zbudować na nowo.
Czy miłość i odnaleziona wolność wystarczą, gdy przeszłość upomni się o swoje? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 366

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 2 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
4,3 (3 oceny)
1
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
IlonaStona

Dobrze spędzony czas

Jaki jest wasz ulubiony okres historyczny w literaturze? Akcja "Emigrantki" przypada na okres dwudziestolecia międzywojennego i toczy się głównie w przepięknej Barcelonie. Życie tam różni się od tego, jakie główna bohaterka, Lina, wiodła w Polsce. To jeden z powodów, przez który wciąż czuje się w Barcelonie obco. Mimo na pozór spokojnego, dobrego życia, jej serce i myśli nadal powracają do Ojczyzny. Jest rozdarta pomiędzy rozpaczliwą tęsknotą, a bólem jaki przynoszą powracające wspomnienia. Wie, że jej ucieczka była koniecznością i wciąż szuka ukojenia. Pomaga jej w tym Diego, artysta, przyjaciel, dla którego Lina stała się muzą. Jego fotografie, na których uwieczniona zostaje Lina, budzą zachwyt. To on wprowadza Linę i jej wspaniałe obrazy do świata sztuki. Pomaga zorganizować wystawę, która odnosi ogromny sukces. Kiedy kobiecie wydaje się, że zapomni w końcu o przeszłości, na jej drodze staje rosyjski emigrant, hrabia Michaił Pietrowicz Wołkoński. Odnajduje w nim miłość i zrozumieni...
00
fiolka88

Dobrze spędzony czas

Wyjechała, by zacząć od nowa. Wyjechała, by zapomnieć. Wyjechała, bo tylko w taki sposób mogła poczuć się bezpiecznie. W Barcelonie mogła odetchnąć...ale tylko pozornie. Przeszłość bowiem lubi o sobie przypominać. Lina, mieszkająca z ekscentrycznym Diego, wkracza dzięki niemu w świat bohemy artystów, a jej obrazy są doceniane przez krytyków. W osobie Wiery odnajduje przyjaciółkę, a ta, rosyjska arystokratka wraz z mężem próbuje wskrzeszać carskie obyczaje. Chociaż dawnej Rosji już nie ma, ta ciągle za nią tęskni. Lina natomiast, chciałaby jak najprędzej o niej zapomnieć. W Polsce zostawiła serce i aż się rwie by tam wrócić. Chociaż nie każdy jest z tego pomysłu zadowolony. Miłość, tęsknota, niemożliwy związek, mezalians, przeszłość, traumy i ta ciągła, niespokojna myśl o powrocie w rodzinne strony. To tylko na pozór miłosna historia jakich wiele. Na pozór, bo autorka wplotła w powieść także pełną tajemnic, ciekawą i smutną przeszłość bohaterki. Bez powodu z Polski nie uciekła, sp...
00



Copyright © by Weronika Ilska, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Kuba Magierowski

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Olga Smolec-Kmoch, DARKHART

Skład i łamanie: DARKHART

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

ISBN: 978-83-8441-470-5

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Bo serce nie jest sługa, nie zna, co to pany, I nie da się przemocą okuwać w kajdany.

Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz

Moim Rodzicom

ROZDZIAŁ 1Noce w ogrodach Hiszpanii

Barcelona, 1927 rok

Woda parowała gęstą smugą w górę, aż do sufitu. Lina przeciągnęła się raz jeszcze, wyrzucając dłonie ku górze. Prężyła smukłe ciało, które ociekało od zabarwionej kosmetykami piany. Wyprostowała nogi, spoglądając na swoje kostki. Przeniosła wzrok na pomalowane paznokcie u stóp i uśmiechnęła się półgębkiem. Miała odwagę. Miała jej aż nadto, by żyć tak, jak chciała. Dłonią przejechała po ramieniu aż do szyi. Zanurzyła głowę pod wodę. Bąbelki powietrza wypływały na powierzchnię. Złapała oddech. Dotknęła palcami mokrych włosów.

To jeszcze nie czas, Lino – głos w głowie zabrzmiał jak echo przeszłości.

Owinięta puchowym ręcznikiem ruszyła boso w stronę otwartych na oścież drzwi balkonu. Przejechała dłonią po framudze, chropowatej, z odchodzącymi płatami farby. Stanęła na zimnych płytkach – same w sobie były sztuką. Poczuła się jak dodatek, który wcale nie musiał się pojawić, by balkon przyciągał uwagę paletą barw. Wzdłuż ścian i balustrady piętrzyły się kaktusy i niskie palmy, sukulenty i aloesy w żeliwnych donicach.

Na krętych prętach zwisała bugenwilla o intensywnie różowych kwiatach – miękka i kolczasta jednocześnie. Na końcu stał stolik ze szklanym blatem, a przy nim jedno krzesło. Usiadła, zarzucając nogę na nogę, i skierowała twarz ku rozpościerającemu się widokowi. Ulica tętniła życiem. Ciepło wieczoru osiadało na skórze. Palcami wyznaczała rytm o krawędź szklanki, licząc śmiechy przechodniów. Odgarnęła długie pukle ciemnych włosów, które tutaj nieznośnie kręciły się od wilgoci. W końcu je polubiła i przestała z nimi walczyć. A odkąd tu przyjechała, puściła je wolno i obiecała sobie, że nigdy więcej ich nie zepnie w ciasne upięcie. Tak samo, jak nigdy więcej nie przywdzieje gorsetu.

Szum morza otulał jej myśli. Dokładnie tak, jakby obok niej siedział Diego. Przymknęła powieki, pozwalając, by wiatr muskał jej policzki. Dotykał ją ciepłem i spokojem. Tęsknotą. Przytrzymała ręcznik, odchylając głowę do tyłu. Długie fale zwisały swobodnie, miękko opadając na ramiona. Wiatr przemykał przez ich pasma. Nie myślała o niczym. Choć czy myślenie o niczym, nie jest myśleniem? Lina właśnie tego pragnęła najbardziej – porzucenia dawnej części siebie, bycia kimś innym. Kobietą, która sama decyduje o własnej drodze. O własnym ciele. Przynajmniej od tej chwili. Od momentu, gdy znalazła się w mieście pełnym modernistycznego życia, beztroski, gwaru. I właśnie tutaj chciała nauczyć się żyć na nowo. Życiem, o którym tylko czytała. Teraz odważyła się być jego główną bohaterką.

Patrzyła w bezkres morza, który otulał jej wszystkie zmysły. Spojrzenie, to miękkie i łagodne, które rzadko gościło w jej czarnych jak węgiel oczach, teraz zabłysnęło jak odbicie księżyca.

Szukała w myślach jego spojrzenia. Chciała raz jeszcze przypomnieć sobie jego oczy – niekiedy jasne jak błękit, to znów ciemne jak popiół. Dałaby wiele, by znów przejrzeć się w ich odbiciu. Był kimś szczególnym, kimś, kto ją uratował. Przed zgubieniem siebie, przed stromym zakrętem i kamienistą przepaścią. Pokazał jej życie, które może wybrać, jeśli tylko się odważy. Był inny. Lina zwykła mówić, że wyjątkowy. Powtarzała te słowa tylko do siebie, w myślach, w głowie, w sercu spragnionym prawdziwej więzi. Nie odważyła się komukolwiek wyznać tej niezrozumiałej dla innych relacji. Trwała w tym, jakby on był jedynym, co daje jej ukojenie. Nie pragnienie, nie fascynację, a zwykłe być. Przy człowieku, który pokazał jej, jak może żyć.

Odpłynęła w marzeniach. Kwaśny smak świeżo wyciskanej pomarańczy rozpłynął się po podniebieniu Liny, tak jakby właśnie takiego otrzeźwienia potrzebowała.

Nie było jej w Polsce. Zostawiła tamto życie za sobą. Tylko dlaczego wciąż wraca do niego w myślach? Dlaczego jego twarz pojawia się przed jej oczyma, gdy wpatruje się w otchłań morza? Czy do końca życia będzie pamiętała tylko jego? To nie było rozsądne i Lina o tym wiedziała. Powinna żyć, jak jej radził. Oddychać, jak ją nauczył, i malować, jak się zachwycał. Tylko że nie potrafiła. Jakaś cząstka niej została przy nim. Przy człowieku, który uratował nie tylko ją.

Diego stąpał na palcach po dębowym parkiecie. Tylko ciche skrzypnięcie desek zdradziło jego obecność. Lina uniosła wzrok i odwróciła głowę ku otwartym na oścież drzwiom balkonu. Uśmiechnęła się. To było silniejsze od niej. Jego widok był jedynym jej bliskim w tym obcym mieście. Diego posłał jej pełen blasku i bieli uśmiech, a jego wystylizowany i podkręcony wąs uniósł się aż do policzków.

– Diego! – Wstała, by sięgnąć dłońmi jego szyi. – Wróciłeś ze Sitges? – spytała, gdy odsunęła twarz od jego ramienia.

– Specjalnie dla ciebie, mi vida!1 – Objął ją.

– Jak wystawa?

– Wiesz, to dziwne… – zaczął, błądząc wzrokiem po tarasie. – Pokazałem dziesiątki zdjęć, ale wszyscy pytali o jedno.

– O które?

– O to, na którym nie widać niczego. – Zamilkł i spojrzał na Linę. – Tylko kobietę stojącą tyłem do morza.

– Może widzieli w niej coś, co ich poruszyło? – Jej kąciki ust lekko drgnęły.

– Z pewnością. – Uśmiechnął się szerzej. – Ale jeszcze nie widzieli jej twarzy.

– I niech tak zostanie – dodała, podtrzymując puchowy ręcznik na biuście.

Diego uśmiechnął się bardziej do siebie niż do odchodzącej w kierunku dwuskrzydłowych drewnianych drzwi Liny.

Zakręcił opuszkami sumiasty, czarny wąs i oparł się o żeliwną balustradę. Carrer de Princesa tętniła życiem ludzi wolnych i tych spragnionych wolności. Mężczyzna wyciągnął papierosa marki Celtasz papierowej, pomiętej paczki i odpalił koniec ogniem z zapałki. Zaciągnął się tak głęboko, że jego policzki nabrały nienaturalnych kształtów. Wypuścił gorzki dym w stronę morza z jakąś dziwną manierą arystokraty.

– Gotowa! – krzyknęła Lina, dotykając skrzypiących drzwi balkonu.

Diego odwrócił się powoli. Kłęby dymu mimowolnie opuściły jego usta na widok Liny. Uśmiechnęła się ciepło z tym znajomym mu blaskiem w oczach. Poprawiła dłonią fale marcelowskie, odgarniając kosmyki na plecy. Diego ujął jej dłoń w aksamitnej, czarnej rękawiczce i zakręcił nią, podziwiając kreację w całej okazałości.

– Bellissima… – powiedział i zagwizdał. – Lino, wyglądasz obłędnie. – Zatrzymał ją tuż przed swoją twarzą.

– Ach, Diego! – westchnęła z udawanym niesmakiem. – Tylko się nie zakochaj – rzuciła mu przelotem, znikając w ciemnościach mieszkania.

– Lino… Przecież wiesz… – Zatrzymał jej wzrok na dłużej.

– Ciii. – Przyłożyła mu palec do ust. – Nic już nie mów. Dzisiejszy wieczór należy do nas. – Uśmiechnęła się półgębkiem.

* * *

Sztuczny jedwab podrygiwał z każdym ruchem jej nóg, jedynie piękny szyfonowy szal zarzucony na ramiona nie zdradzał jej pochodzenia. Wiedziała, że nie może się równać z innymi damami, które tłumnie kroczyły do Palau de la Música Catalana,ale dobre przeczucie nie opuszczało Liny. O takim życiu marzyła i takie życie sobie obiecała. Dawno temu, gdy codzienność wydawała się jej zbyt brutalna, by mogła się okazać prawdziwa.

– Mi vida… – szepnął jej do ucha Diego. – Zaczynasz żyć życiem, na jakie zasługujesz. – Odsunął się, a ona poczuła jego ciepły oddech na policzku.

– Raczej… – Przeniosła wzrok na jego usta. – Na jakie się odważyłam.

Zapatrzył się w profil jej delikatnej twarzy zbyt długo. Blask neonów i ulicznych latarni padał na jej niewielki nos i linię żuchwy. Zadarła głowę wysoko, aż po same chmury. Chciała zobaczyć budynek dokładnie, a może go zapamiętać.

Rzeźba przy narożniku zatrzymała ją na chwilę – kobieta, grupa ludzi i anioł muzyki. Manifest wolności poprzez sztukę. Odetchnęła, ująwszy pod rękę Diego. Przytrzymała opuszkami krawędź sukni z czarnego, sztucznego jedwabiu, a jej usta w kolorze karminu ufarbowane domowym proszkiem uniosły się w górę wraz z wejściem do najpiękniejszej sali koncertowej w Barcelonie.

Lina nie była jedną z tych dam, które mogły sobie pozwolić na luksus posiadania szminek w metalowych tubkach. Ona nawet nie pomyślała o tym, by ciężko zarobione pieniądze wydać na jakiś kosmetyk. Była estetką, miała oko do detali, a kolor jej ust odbijał się blaskiem od różnobarwnych witraży jak odwaga nie z tego świata, jak odwaga, która mówi, milcząc.

Diego oparł się o czerwone obicie fotela, poprawiając bordową apaszkę na szyi. Ułożył nogi i z pewną nonszalancją położył na nich dłonie. Co jakiś czas spoglądał na nieco spłoszoną Linę. Jej zaparło dech. Znalazła się w miejscu, które wyglądało jak świątynia światła i muzyki. Pełnia kolorów, rzeźb i witraży. Kolorowe szkło falowało nad ich głowami, odbijając barwy i światło kinkietów. Lina zadarła głowę. Wysoko, aż spojrzała na ogromną, szklaną kopułę – przypominała odwrócony kwiat lub słońce. Mleczne żyrandole zwisały po bokach w bezruchu, jakby nawet one zamilkły nad dziełemLluísa Domènecha i Montanera.

Wszystko tu było sztuką, która błyszczy swoim pięknem i niezwykłością. Lina rozglądała się na boki, szukając w twarzach przybyłych takiego samego zachwytu. Napotkała tylko jedno spojrzenie. Jedno, które zatrzymało się na jej sylwetce, z loży tuż nad sceną. Mężczyzna skinął głową z powagą arystokraty. Lina oparła się o obicie czerwonego siedziska, wyprostowana, z dłońmi na kolanach. Starała się chociaż po części wyglądać i zachowywać jak inne dobrze urodzone damy.

Diego spojrzał na nią, jeszcze zanim przygasły żyrandole nad ich głowami. Położył dłoń na jej udzie, ścisnął lekko materiał sukni, zostawiając na nim marszczenie.

Aplauz rozniósł się echem po barwnych witrażach. Kilkudziesięcioosobowa orkiestra w czarnych smokingach zasiadła przy instrumentach. Dęte, smyczkowe, perkusja i błyszczący czernią fortepian, jakby wyjęte z samego snu o muzyce. Pierwszy skrzypek wstał, zapodając dźwięk. Orkiestra jak zaczarowana dostroiła się do wspólnego tonu, który rozlał się po sali jak złote wino. Dyrygent wszedł po cichu, jakby stąpał po śladach strojonych dźwięków. Oklaski mieszały się z cichym zachwytem i pomrukiem uznania w lożach i balkonach.

Lina patrzyła na ten obcy jej dotąd świat z niemą fascynacją i czymś na kształt ulgi. Pierwsze dźwięki Noches en los jardines de España sunęły po ścianach, po witrażach, po żyrandolach, po twarzach publiczności jak pocałunek lata. Grali tak, jakby malowali pejzaż ogrodu pełnego zakamarków i człowieka pełnego niedopowiedzeń.

Lina nie rozumiała, o czym jest kompozycja symfoniczna napisana przez hiszpańskiego twórcę. Nie musiała wiedzieć, przymknęła tylko powieki, rozchyliła lekko usta, opierając się o obicie fotela. Bo doprawdy wystarczyło niewiele, by pojąć magię dźwięku – słuch i głowa pełna marzeń. Tak niewiele, a jednak wiele, bo nie każdy miał odwagę marzyć. Lina miała tych pragnień pod dostatkiem, a właśnie jedno się spełniało. Materializowało się z każdym dotknięciem skrzypiec, z każdym klawiszem fortepianu i każdą struną harfy.

Sala wibrowała, a ludzie przycichli. Była tylko muzyka, która przenosiła wszystkich w ich własny świat. Diego widział kobiety, które fotografował. Ich smukłe dłonie, delikatne rysy twarzy i odważne, wyszminkowane czerwienią usta. Gdy dźwięk stawał się mocniejszy, bardziej dramatyczny, on naciskał spust migawki. To wtedy powstawały jego najpiękniejsze portrety. Tęsknota mieszała się z jego pragnieniami, a prawdziwe ja z tym, kim należało być.

Lina była w innym świecie. W świecie, który należał tylko do niej. Łagodne brzmienie fortepianu przypominało jej zapach jaśminu, siana i polnej drogi. Gdy dźwięki cichły, widziała swój kraj skąpany w wiosennym odrodzeniu. Gdy stawały się mocniejsze – widziała tego, którego nie chciała pamiętać. Wzdrygnęła się. Jej ciało poruszyło się nerwowo na krześle, jakby chciało wyzbyć się tych wspomnień.

Poczuła dłoń Diego. Spoczywała lekko na jej udzie, gładząc kciukiem sztuczny jedwab sukni. Spojrzała na niego. Oczy miał zamknięte, a twarz rozluźnioną. Dopiero gdy skrzypce zadrżały od mocy dźwięku, zacisnął szczękę, jakby walczył z obrazami, które miał w głowie. Lina wiedziała, co go dręczy. Odnalazł siebie i właśnie to gnębiło go najbardziej.

Batuta opadła. Ostatni akord fortepianu zabrzmiał jak ostatni oddech. Wibrował jeszcze przez chwilę, by zostawić po sobie ciszę i niedosyt. Oklaski pojawiały się stopniowo, jakby publiczność dopiero obudziła się z transu. Czas na antrakt.

Lina i Diego wyszli pod rękę na przeszklone foyer. Kolorowe witraże wpuszczały ciepłe światło, a zdobne kolumny i marmurowe schody tylko potęgowały uczucie świata nieosiągalnego. Lina zaczerpnęła głęboko powietrza. Chciała zdusić lęk siebie sprzed lat. Wówczas mogła się tylko przyglądać, być przezroczystym duchem, który lawiruje między gośćmi. Dziś szła jak dama z salonów i choć nigdy nią nie była, dzięki Diego poczuła się wyjątkowo. Jak ktoś, kto świeci, zanim ktokolwiek ujrzy jego światło.

– Czego się napijesz, mi vida? – Diego spojrzał na nią, uśmiechając się pod sumiastym wąsem.

– Czegoś, co zagłuszy moje myśli – odpowiedziała, rozglądając się na boki.

Każdy się odnajdywał. Każdy, tylko nie ona. Witali się, gawędzili, żartowali i plotkowali na zmianę. Ich perlisty śmiech unosił się wysoko, a dym z importowanych cygar wirował między nimi.

Lina przygryzła wargę, która nieco rozmyła się od karminowego proszku. Poprawiła długie rękawiczki, spuszczając wzrok na swoją suknię. Miała wrażenie, że bieda aż od niej biła, że wszyscy zgromadzeni widzą jej sztuczny jedwab.

Diego zjawił się z dwoma kieliszkami typu flute, w których bąbelki osiadały na ściankach.

– Proszę. Skosztuj. – Uśmiechnął się.

– Cóż to? – Lina zbliżyła nozdrza do rantu kieliszka.

– Cava, mi vida – odparł z lekkością. – Musujące wino katalońskie – uściślił, patrząc w jej szerzej otwarte oczy.

Zamoczyła usta starannie, czując na sobie wszystkie spojrzenia.

– Pasujesz tutaj – podsumował Diego, unosząc w górę kieliszek.

– Wiesz, że nie. – Spojrzała w jego ciemne oczy.

– Jesteś piękna, Lino – szepnął, schylając się ku jej twarzy. – Tak samo piękna. Tak samo nieszczęśliwa – dodał. – A sztuka właśnie tego potrzebuje.

– Dlatego jestem twoją muzą, Diego? – Uniosła brwi, upijając łyk cavy.

– Nie tylko muzą – odrzekł po chwili, patrząc na musujące bąbelki. – Inspiracją. Moim lustrem. Może jedyną osobą, która naprawdę mnie rozumie.

Brzdęk szkła zabrzmiał między nimi jak niedopowiedziane słowa. Lina uśmiechnęła się lekko, patrząc na delikatne rysy Diego i gęstą oprawę jego oczu.

Odwrócili się w stronę towarzystwa. Diego pochwycił jej dłoń i położył ją na swoim przedramieniu. Kroczyli wśród elity, jakby bywali tu każdego wieczoru. Uśmiechali się i kiwali głowami do przypadkowych osób. Lina obserwowała kobiety. Wydawały się jej jak obraz, który mogła tylko podziwiać z daleka. Nigdy dotknąć, zaburzyć ruchu pędzla.

Nie musiała ich naśladować. Ich gesty dłoni, spojrzenia, śmiech – wszystko było znajome. Nie mówiły wiele, słuchając każdego wokół. Panowie w ciemnych frakach rozmawiali półgłosem, a jednak głośniej niż wszystkie kobiety w foyer. Był w tym jakiś teatr. Wyzwolenie wymieszane ze zniewoleniem. Powściągliwość z emocją. Iskra. Błysk. Jedno spojrzenie, które pozwalało Linie wierzyć, że może znaleźć tu swoje miejsce. Na ich zasadach, z niezależnością, której się uczyła, i odwagą, do której powoli przywykała.

Diego uśmiechnął się, pochylając nieznacznie głowę. Mężczyzna w czarnym fraku odpowiedział teatralnym ukłonem, jakby był na balu u cara. Lina, zajęta obserwowaniem damskiej części towarzystwa, nie zwróciła uwagi na tę niewątpliwie niezauważalną wymianę uprzejmości. Dopiero gdy Diego ścisnął jej dłoń przedramieniem, odwróciła głowę w stronę wysokiego stolika koktajlowego, przy którym stał mężczyzna. Obok niego znajdował się inny, z bursztynowym trunkiem w dłoni. Jak się dowie Lina później – baron Siergiej Korin. Byli jak nie z tej epoki. Niepasujący do modernistycznej Barcelony.

Drugi z nich, Michaił Pietrowicz Wołkoński, spojrzał na nią, a ona pochyliła głowę, odwracając wzrok. Wiedziała, że tak powinna się zachować. Że spojrzenie bywa bardziej niebezpieczne niż słowa. Poznała go od razu. To on patrzył na nią z loży.

Michaił ruszył w ich stronę. Diego spojrzał na Linę, dając jej do zrozumienia, że ma iść jednym, miarowym krokiem.

Spotkali się pośrodku i wyglądało to jak zderzenie dwóch światów. Lina wyciągnęła rękę w długiej rękawiczce, a mężczyzna w znoszonym, ale nadal eleganckim fraku pocałował powietrze nad jej dłonią.

– Panie Pietrowiczu Wołkoński – zaczął Diego z lekkim uśmiechem.

– Panie Montiel – odpowiedział mężczyzna.

– Proszę pozwolić, że przedstawię moją towarzyszkę – rzekł, wskazując na Linę dłonią. – Madame Lina… – dodał, chcąc dokończyć.

– Po prostu Lina. Lina z Polski – przerwała, uśmiechając się półgębkiem.

Hrabia spojrzał na nią krótko. Tyle, na ile mógł sobie pozwolić.

– Michaił Pietrowicz Wołkoński. – Uśmiechnął się nieznacznie do Liny.

– Hrabia Pietrowicz Wołkoński – uściślił Diego, zerkając na zastygniętą twarz Liny. – Pan hrabia rzadko bywa na koncertach współczesnych kompozytorów – dodał. – Zwykle wybiera pan to, co znane.

– Zaiste – mruknął. – Za długo jestem w Barcelonie, by chować się w tym, co bezpieczne. – Kącik ust Michaiła ledwie drgnął.

– A ta kompozycja? – odezwała się Lina. – Była niewygodna? – spytała na jednym wydechu.

Michaił przeniósł na nią wzrok.

– Była… prawdziwa – odpowiedział po chwili. – Falla nie pisze o ogrodach, a o tęsknocie za nimi.

Diego uśmiechnął się pod wąsem i dodał:

– Tęsknota to temat, który pan zna.

– A pan fotografuje ją zawodowo – odparł Michaił, uśmiechając się delikatnie.

– Pan hrabia z Rosji? – spytała Lina, upijając łyk musującego wina.

– Z Rosji – przytaknął. – Ale z tej dawnej… wielkiej, carskiej i monarchicznej – dokończył, nadal trzymając przezroczysty kieliszek.

Lina nie odpowiedziała. Spoglądała na twarz człowieka, który nosił w sobie tajemnice i tęsknotę za tym, co zostawił.

– Czym się pan zajmuje w Barcelonie? – spytała Lina.

– Madame… – zaczął, prostując się. – Na razie uczę się nowego świata. Ten stary… – urwał. – Zostawiłem za sobą.

Ich oczy spotkały się na moment.

– Hrabia Pietrowicz Wołkoński zajmuje się sztuką – doprecyzował Diego.

Lina nagle odwróciła głowę. Michaił spojrzał gdzieś w dal, jakby zrozumiał, że ich spojrzenie trwało zdecydowanie dłużej niż powinno.

– Czym konkretnie? – Lina spojrzała na Diego.

– Poezją… rzadziej malarstwem – odparł Michaił, obracając wciąż pełny kieliszek z trunkiem.

Wiedziała, kim jest. I właśnie dlatego nie powinna była na niego patrzeć.

– Doprawdy? – Upiła łyk cavy.

– Lina także maluje – dodał Diego z szerszym uśmiechem. – Ma niezwykłe wyczucie pędzla i faktury materiału.

Hrabia znów na nią spojrzał. Tym razem dłużej.

– Co madame zatrzymuje na płótnie? – spytał wreszcie, przypominając sobie, że należy kontynuować rozmowę.

– To, co mnie porusza, panie hrabio. – Uśmiechnęła się lekko.

Po chwili spoważniała. Zrozumiała, że uśmiech mógłby zostać odebrany jak zaproszenie.

– A co panią porusza, madame Lino? – Uniósł delikatnie brodę.

Spojrzała na niego tak, jakby się upewniała, czy on naprawdę chce poznać odpowiedź.

– Miłość – powiedziała cicho. – Miłość we wszystkich kształtach.

Cisza słów szeleściła między nimi jak jej sztuczny jedwab. Pierwsze strojenia instrumentów dobiegły z sali, unosząc się nad ich głowami. Nikt już się nie odezwał.

1 Mi vida! (hiszp.) – Najdroższa!

ROZDZIAŁ 2 Protea

Barcelona, 1928 rok

Stała przed owalnym, lekko przykurzonym lustrem. Widziała swoje odbicie. Oczy błysnęły, gdy ujęła w dłoń połyskujące w świetle nożyce. Chwyciła pukiel ciemnych włosów, uśmiechając się z zachwytem. Obcięte kosmyki opadły na płytki. Nie zatrzymała dłoni. Nie zadrżała, gdy kolejne pukle jej docenianych niegdyś włosów upadały wokół jej gołych stóp. Uniosła brodę wysoko, prawie ją zadarła. Zmierzwiła palcami włosy, które teraz sięgały tylko do ramion. Wpatrywała się długo, jakby czekała, aż odbicie będzie gotowe.

Wróciła do salonu i przystanęła przy drewnianej sztaludze. Jej koszula, biała i sięgająca kolan, przybrudzona była kolorowymi plamami farb. Podwinęła rękawy i dmuchnęła w spadający kosmyk. Wyszła przez otwarte drzwi balkonu na swój mały świat, pełen barw i roślin.

– Jesteś, Lino – szepnęła do siebie, ściskając poręcz balustrady.

Szmer otwieranych drzwi dobiegł z końca mieszkania.

– Mivida! Cóż za wspaniała zmiana! – krzyknął Diego, rozpościerając ręce. – Wyglądasz pięknie – szepnął, gdy uścisnął jej sylwetkę.

– To jest ten czas, Diego. – Spojrzała, zadzierając głowę. – Przeszłość nie może być wiecznie moim cieniem. – Kąciki jej ust drgnęły.

Przypatrywał się jej w skupieniu.

– Skończyłaś obraz – zauważył, odwracając twarz ku otwartym drzwiom balkonu.

– Michaił sam się ukończył. Ostatni ruch pędzla należał do niego. – Uśmiechnęła się, zerkając w stronę stojącej sztalugi.

– Lino… – zaczął, gdy stanął przed portretem. – To jest… – Westchnął. – Zapiera dech w piersiach. – Przejechał opuszką po rancie płótna.

– To jest prawda, Diego. – Skrzyżowała ręce na piersiach, wpatrując się w obraz.

– Twoja prawda. – Spojrzał na nią. – O nim.

– Widzę go takim, jakim jest. Albo był.

– Bellissima, możesz jaśniej? – Rozpostarł dłonie zirytowany.

– Jest w nim coś więcej – zawahała się. – Władza, do której się nie przyznaje.

– Musisz to wystawić – odparł. – Pokazać światu.

– Jeszcze nie teraz.

– Dlaczego? – Poprawił kolorową apaszkę na szyi.

– Bo muszę wiedzieć, czy jego prawda spotyka się z moją.

Diego milczał jeszcze przez chwilę. Usiadł w fotelu, obserwując jej ruchy, jak chodzi po drewnianym parkiecie. Przez otwarte drzwi wpadały dźwięki ulicy i śmiechy przechodniów.

– Powinienem cię teraz sfotografować. – Sięgnął po paczkę papierosów, nie spuszczając z Liny wzroku.

– Zatem zrób to. – Odwróciła głowę, uśmiechając się.

Diego oparł papierosa o szklaną popielniczkę. Wyjął z kieszeni jasnej marynarki mały aparat.

– Nie ruszaj się, to światło jest twoje, Lino. – Uniósł go do wysokości oczu, po czym wyciągnął obiektyw.

Światło padało na jej twarz i odkryte ramiona. Włosy falowały od ciepłego wiatru, a usta rozchyliły się od wilgoci powietrza. Diego odsunął aparat od twarzy.

– Nie patrz tak na mnie – poprosiła, poprawiając koszulę.

Przystanęła przy sztaludze, wpatrując się w obraz. Pochyliła się i ujęła papierosa, który nadal tlił się w popielniczce.

– Jak? – Zadarł głowę.

– Tak, jakbyś mógł mnie pokochać. – Spojrzała na niego, zaciągając się dymem.

Diego oparł się ciężko o obicie szmaragdowego fotela. Spojrzał gdzieś w dal, szukając odpowiedzi w smugach wpadającego słońca. Dzień chylił się ku końcowi, a pomarańcz mieszała się z czerwienią.

– Miłość… – odparł w końcu. – To pojęcie zbyt proste, jak na emocje, które daje.

Lina patrzyła na niego przez chwilę. Papieros w jej dłoni zgasł.

– A więc czym dla ciebie ona jest? – spytała.

– Pięknem. I cierpieniem – dodał.

Zamilkła.

– Są tylko jej dwa oblicza? – zapytała Lina po chwili.

– Jest jeszcze półśrodek – odparł, patrząc w jej oczy. – Wtedy nie masz ani piękna, ani cierpienia.

Lina wyszła na taras. Przystanęła przy żeliwnej balustradzie, zatapiając wzrok w ciemnym morzu. Diego zjawił się przy niej i oparł przedramiona na nagrzanym od słońca metalu. Patrzyli przed siebie, jakby oboje szukali odpowiedzi.

– Chciałabym jeszcze kogoś pokochać – powiedziała w końcu.

– Tylko czy wtedy będziesz jeszcze kochała Aleksandra? – Odwrócił głowę.

– Jego nie zapomnę. Nie mogłabym…

Patrzył w jej twarz długo, jakby fotografował ją oczami.

– Opowiesz mi kiedyś o nim? – spytał wreszcie.

– Na razie musi ci wystarczyć, że mnie uratował. – Westchnęła, zadzierając głowę. Niebo było ciemne, a jednak jasne od blasku gwiazd. – Nie tylko mnie – dodała.

– Kto cię skrzywdził, Lino? – dopytywał.

– Ktoś wpływowy. Ktoś, kto jednym ruchem pionka mógł mnie zmieść z planszy. – Wyprostowała się.

– A więc muszę mu kiedyś podziękować – odparł, patrząc w dal. – Aleksandrowi – uściślił.

Spojrzała na niego, nie rozumiejąc.

– Bo dzięki niemu znalazłaś się w Barcelonie. – Uśmiechnął się. – A dzięki tobie ja odzyskałem utraconą wenę.

Lina stanęła do niego przodem. Jej twarz złagodniała, oczy wypełniły się czułością i czymś, co uchwyciłaby tylko migawka Diego.

* * *

Sarrià-Sant Gervasi, lipiec 1928 roku

Dwór baronostwa Korin stał na wzgórzu jak relikt dawnego świata. Szerokie schody z jasnego kamienia prowadziły ku portykowi wspartemu na kolumnach. Wysokie okna, ciężkie zasłony, połyskujące złotem obicia foteli – wszystko tu mówiło o imperium, które już nie istniało, a jednak wciąż próbowało oddychać. W ogrodzie, na kamiennej wysepce otoczonej strzyżonym bukszpanem, stał okrągły stolik. Nad nim rozpięto jasne płótno chroniące przed słońcem.

Baronowa Wiera Korin siedziała wyprostowana, z jasną parasolką opartą o ramię. Jej suknia była lekka, pastelowa, zbyt delikatna jak na ciężar historii, którą nosili.

Baron Siergiej Korin i Michaił Pietrowicz Wołkoński siedzieli naprzeciw siebie.

– Moskwa już nie udaje Petersburga. Stalin nie potrzebuje carskich orderów, by rządzić twardą ręką – odezwał się Siergiej, odkładając na wpół złożoną gazetę.

– Petersburga już nie ma. Jest Leningrad. Nawet nazwy nam odebrano – odpowiedział Michaił.

– A ludziom ziemię. Słyszałam, że zaczynają kolektywizację – szepnęła baronowa.

– Zaczynają? Nie, moja droga. Oni ją wymuszają. Chłopi oddają pola, arystokraci oddali już wszystko. Ci, którzy nie chcieli, leżą w ziemi.

– Katerina pisała z Paryża. Nadal czeka. – Baronowa spojrzała na Michaiła.

– Nie możesz, hrabio, wiecznie żyć między Hiszpanią a wspomnieniem Rosji – dodał baron Siergiej. – Słyszałem, że bywasz u Montiela – odezwał się po chwili, gdy nie usłyszał odpowiedzi z ust Michaiła.

– Za miesiąc ma wystawę. Zamierzam się pojawić – powiedział niespiesznie hrabia, zasłaniając oczy przed palącym słońcem.

– Montiel… To tam będzie ta kobieta z Polski… – Baron spojrzał na Michaiła uważnie.

– Jaka kobieta? – Baronowa uniosła brew.

– Madame Lina – odpowiedział Michaił. – Przyjaciółka pana Montiela.

– Tego artysty, co nosi kolorowe apaszki? – Uśmiechnęła się, a jej policzki powędrowały w górę.

Michaił przytaknął. W tle szumiała kaskada fontanny, dalej, gdzieś wysoko na palmie zaśpiewał rudzik.

– Świat jest mały, hrabio. Zwłaszcza nasz świat. – Siergiej pochylił się nieznacznie. - A pewne znajomości… bywają nieostrożne.

Michaił spojrzał na niego chłodno.

– Nie widzę w tej znajomości niczego nieostrożnego.

– Nie? – Baron uniósł brwi. – Europa jest mniejsza, niż się panu wydaje. Wiedeń, Paryż, Genewa… Plotki podróżują szybciej niż listy.

Michaił się wyprostował.

– Katerina przebywa obecnie w Lozannie. Z własnego wyboru – dodała Wiera, przerywając mężowi.

– Ale wciąż nosi pańskie nazwisko – powiedział Siergiej.

To zdanie opadło między nimi ciężko. Wiera spojrzała na męża ostrzegawczo.

– Siergieju…

Baron nie odrywał wzroku od Michaiła.

– Nie wątpię w pańską rozwagę. Pragnę jedynie przypomnieć, że nazwisko bywa tarczą. A czasem… ciężarem.

Michaił wstał powoli.

– Jeśli to ostrzeżenie, baronie, proszę mówić wprost.

Baron także się podniósł.

– To troska. O pana. O pańską przyszłość. Obiecałem to pańskiemu ojcu.

– Myślałem, że to my się przyjaźnimy, Siergieju. – Michaił zaśmiał się.

Baron zawtórował mu, po czym rzekł spokojnie:

– Właśnie dlatego. Proszę nie zapominać o przeszłości. – Uścisnął Michaiłowi dłoń.

Wiera patrzyła na nich w skupieniu, tylko jej kremowa parasolka poruszyła się na wietrze.

– Słońce staje się zbyt ostre – powiedziała miękko, zamykając parasolkę.

Michaił skinął głową. Odchodząc w stronę schodów dworu, poczuł na plecach spojrzenie barona.

* * *

Barcelona, sierpień 1928 roku

– To już dzisiaj, Lino! – krzyknął Diego, gdy otworzyła mu drzwi swojego mieszkania. – Musisz wyglądać olśniewająco! – dodał, całując jej policzek w przelocie.

W rękach trzymał ubrania w przezroczystych pokrowcach. Włosy miał w nieładzie, a oczy rozbiegane.

– Masz tremę? – spytała Lina, podchodząc i dotykając jego ramienia.

Uśmiechnęła się, jakby chciała dodać mu odwagi.

– Trochę. – Zaśmiał się, spuszczając wzrok. – To moja największa wystawa.

– Jest głośno o niej w całej Barcelonie, Diego. – Lina potrząsnęła delikatnie jego ramionami. – Wszyscy chcą zobaczyć twoje fotografie! – dodała, ściskając materiał jego marynarki.

– Wszyscy chcą zobaczyć kobietę, która na tych zdjęciach się pojawia – odpowiedział, pochylając brodę.

– A więc dzisiejszego wieczoru będą mogli zobaczyć ją naprawdę. – Mrugnęła do niego.

Lina podeszła do przygotowanych przez Diego kreacji i wyjęła je ostrożnie z pokrowca.

– Skąd je masz? – Wytrzeszczyła oczy.

– Wiesz przecież, że fotografuję różne kobiety. – Wzruszył ramionami – Niektóre zostawiają mi więcej, niż planowały. – Uśmiechnął się jak zawadiaka. – W której pójdziesz na wystawę, bellissima? – spytał, siadając na szmaragdowym fotelu z papierosem między palcami.

– W tej – wskazała, przykładając materiał do ciała.

Odeszła w stronę łazienki z przewieszoną na przedramieniu suknią. Przystanęła, słysząc chrząknięcie Diego.

– On też przyjdzie – rzucił, a odpalana zapałka zazgrzytała, trąc o chropowaty bok pudełka.

– Pan hrabia? – Stanęła na palcach, dotykając dłonią framugi.

Diego przytaknął.

– To dziwne, Diego… Bywaliśmy w Pałacu Muzyki Katalońskiej każdej soboty i zawsze spotykałam tam jego…

– Co w tym dziwnego, bellissima? To arystokrata, oni lgną do takich miejsc. Szczególnie wygnańcy – prychnął.

– Rozmawialiśmy wielokrotnie… co prawda o sztuce i było w tym wiele kurtuazji, a jednak…

– Wiem, mi vida. Nie sposób było nie zauważyć. Szczególnie rosyjskiej socjecie to się nie spodobało – zakpił, zaciągając się tytoniem.

– Myślisz, że dlatego nie odważył się wysłać listu? – Pomachała dłonią w powietrzu.

– Myślę, że odkąd przestałaś tam przychodzić, on zaczął się bardziej interesować moimi kadrami. – Mrugnął do niej.

Uśmiech na jej twarzy pojawił się sam, a Lina nie była jeszcze świadoma, ile on naprawdę znaczył.

* * *

Szli pod rękę przez dzielnicę El Born. W powietrzu unosił się zapach lawendy, mydła i oliwy. Morska sól przysiadła na ich ustach i skórze. Minęli staruszkę siedzącą w bramie. Wachlowała się szarą gazetą. Uśmiechali się, a ona odwróciła za nimi głowę. Kąciki jej ust okolone zmarszczkami uniosły się w górę. Wyżej niż zwisające nad ich głowami pranie.

Buty Liny wpadały w krawędzie kamiennej ścieżki, a szal boa z piór w kolorze soczystej śliwki oplatał jej ramiona. Diego szedł z uniesioną głową, podtrzymując dłoń kobiety. Ich blask bił z daleka, zostawiając ślady światła na zwilżonych wodą kamieniach.

Dotarli na Carrer de Montcada. Atelier w jasnej kamienicy witało ciepłym światłem w oknach. Spojrzeli po sobie.

– Gotowa, mi vida? – zapytał i skinął głową z lekkim, nieśmiałym uśmiechem.

– Bardziej już się chyba nie da. – Lina odwzajemniła uśmiech.

Diego poprawił kremową marynarkę i apaszkę w kolorze turkusu. Przeczesał palcami gęste włosy, a jego kolorowe buty zastukały o pierwszy schodek.

Atelier wypełniony był przybyłymi gośćmi. Gdy Diego zjawił się w progu wraz ze stojącą obok niego Liną, oklaski wypełniły pomieszczenie, niosąc się po ścianach i wystroju w stylu art déco. Palmy w glinianych donicach stojące na patio uginały się lekko od nadmorskiego wiatru. Kolorowe fotele stały pod ścianą, a fotografie Diego rozwieszone były wzdłuż wszystkich ścian na zdobnym sznurku. Wisiały nad głowami, nad dymem z tytoniu i nad młodym gitarzystą, który siedział w odkrytym patio na wysokim stołku.

– Szanowni goście, drodzy przyjaciele! – zaczął Diego, zerkając na stojącą obok niego Linę. – To moja pierwsza wystawa w Barcelonie. Cieszy mnie wasza obecność, lecz jeszcze bardziej świadomość dzielenia się z wami moimi dziełami. Poświęćcie im swoją uwagę, każde z nich ma bowiem swoją historię.

Lina towarzyszyła mu przez ten cały czas, rozglądając się po twarzach przybyłych. Było w nich więcej swobody, nowoczesności i wolności. Ich ubrania były zwiewne, lniane, a fryzury puszczone w artystycznym nieładzie. Kobiety miały strojne suknie, znacznie krótsze, niż Lina widziała w Pałacu Muzyki Katalońskiej. Zachowywały się inaczej, a przecież kilkoro z nich rozpoznała od razu.

Lina do nich pasowała. Wtapiała się w tłum, jednocześnie subtelnie się wyróżniając. Na sobie miała białą, mieniącą się sukienkę przed kolana, która ozdobiona była na całym materiale frędzlami. Ruszały się wraz z nią, jakby do niej należały. Materiał połyskiwał od światła wiszących żarówek. Głowę Liny ozdabiała opaska z czerwonym piórem, której kolor pasował do maleńkiej torebki.

– Za sztukę! – Diego wzniósł toast, a katalońska cavarozlała się po smukłych kieliszkach.

Lina uśmiechnęła się, opierając głowę o jego ramię. To był ich wieczór i choć wiedzieli o tym tylko oni, to wystarczyło. Wtedy spojrzała w dal – pod ścianą, tam, gdzie kończył się sznurek z fotografiami, stał Michaił.

Wyprostowała się, kierując spojrzenie w jego stronę. Coś w niej drgnęło. Nadal prezentował się nienagannie. Był jedynym mężczyzną w ciemnym garniturze z połyskującą nicią. Na szyi przypiętą miał muchę, a ciemne włosy starannie zaczesał do tyłu. Ich spojrzenia się znalazły. Ukłonił się lekko, prawie niezauważalnie. Lina odpowiedziała i mimowolnie ścisnęła ramię Diego.

– Uprzedzałem, że przyjdzie. – Diego uśmiechnął się z przekorą, gdy powędrowali w stronę patio.

– Sądziłam, że wystraszy się sztuki. – Wzruszyła ramionami, omiatając wzrokiem porozstawiane egzotyczne rośliny i kolorową mozaikę.

– Nie sztuki się boi. – Diego dotknął kieliszkiem jej kieliszka.

Brzdęk szkła zagrał między nimi.

Diego odszedł w stronę gawędzących gości. Po chwili jego śmiech wypełnił patio i pomieszczenie wewnątrz. Lawirował między nimi jak prawdziwy artysta. Jak człowiek, który wie, że przyszli właśnie dla niego.

Frędzle sukienki zatrzymały się na materiale, gdy Lina przystanęła przy jednej z wiszących fotografii. Zapaliła papierosa, wsunąwszy go w czarną, cienką lufkę. Dym uniósł się leniwie, a ona trzymała dłoń tak, jakby w tym geście zawarła się cała jej niezależność. Pióropusz boa ruszał się z każdym kolejnym zaciągnięciem i każdym powiewem wpadającego do środka wiatru. Przeszła kilka kroków, by znów się zatrzymać. Czarno-biały kadr i kobiecy profil. Rysy portretowanej były ostre, a spojrzenie nieokreślone. Wpatrywała się w nią, zaciągając się co jakiś czas papierosem.

Spacerowała między gośćmi, nie patrząc na nich, a podziwiając sztukę Diego, który nie omieszkał pokazać kilku kobiecych aktów. Dźwięk gitary dochodził do jej uszu przerywany lekkim śmiechem i gwarem stłumionych w oddali głosów. Teraz stanęła przy zdjęciu kobiety siedzącej tyłem do obiektywu. Przed nią było falujące morze. Włożyła kolejnego papierosa do światła lufki. Oczy zabłyszczały, gdy zobaczyła nagie plecy i rozwichrzone włosy portretowanej. Należały do niej.

– Niebywały talent – dobiegł głos zza jej pleców.

Odwróciła głowę. Lufka między jej palcami lekko się poruszyła.

– Panie hrabio. – Skinęła lekko głową.

Stanął obok Liny, zachowując bezpieczny odstęp. Spojrzał na nią raz. Zbyt długo. Zbyt nachalnie.

– Czy odwaga wciąż potrafi zachwycać, madame Lino?

Patrzyli na fotografię jednym spojrzeniem. Palce Liny drgnęły, ocierając się o rant kieliszka.

– Myśli pan, że kobieta na portrecie zalicza się do grona odważnych? – zapytała, zaciągając się papierosem.

Uśmiechnął się, spuszczając wzrok na pełny kieliszek brandy.

– Nie mam co do tego wątpliwości. – Kąciki jego ust drgnęły raz jeszcze, gdy spojrzał ponownie na czarno-białą fotografię.

Lina odwróciła się do niego powoli. Nie wiedziała, czy to musująca cava, czy coś w niej samej się poruszyło. Michaił błądził wzrokiem po tłocznej sali za jej plecami, a jednak co jakiś czas jego oczy bezbłędnie odnajdywały jej spojrzenie.

– Czym dla pana jest odwaga? – rzuciła, unosząc wysoko brodę.

Gitara ucichła. Teraz było słychać melodię starych skrzypiec. Melancholijną, taką, przy której każdy gest znaczy więcej.

– Madame Lino… – zaczął z delikatnym uśmiechem. – Proszę to pytanie zostawić na inny wieczór.

– Panie hrabio – rzuciła niecierpliwie. – Proste pytanie wymaga prostej odpowiedzi. – Spojrzała na niego przelotem, jakby w jego oczach widziała więcej niż odpowiedź.

– Czy aby na pewno prostej? – Uniósł brew. – Odwagą jest… – wskazał dłonią na obraz – podziwianie fotografii, na której się jest.

Spojrzał na nią i natychmiast przestał mówić. Po raz pierwszy upił łyk alkoholu. Wykrzywił twarz, choć Lina nie była pewna, czy od smaku brandy czy spojrzenia, które nie powinno było się między nimi pojawić. Stali jeszcze długo przy tej jednej fotografii. Chłonęli portret Liny i cieszyli się bliskością, na którą tu, w atelier Diego, mogli sobie pozwolić.

Spacerowali wzdłuż zawieszonych fotografii. Milczeli. Znajdowali słowa w ukradkowym spojrzeniu i półuśmiechu, który zdradzał zbyt wiele. Goście w jasnych garniturach i jedwabnych sukniach przytłaczali ich własną otwartością. Byli jak dwa płatki śniegu, które nie pasowały do wietrznej zamieci. I mimo że takiego życia Lina pragnęła, tego wieczoru wybrała trwanie u boku mężczyzny enigmatycznego i ulotnego jak melodia starych skrzypiec. Michaił nie pasował do grona swobodnych artystów ani do gości, którzy tłumnie przybyli.

Lina i Michaił przystanęli przy kobiecym akcie, jakby ich podróż miała skończyć się właśnie przy nim. Światło smagało kobietę po ramieniu i szyi. Twarz portretowanej była wystawiona ku słońcu, a usta zaciśnięte. W dłoniach trzymała kwiat. Protea – ciężka i królewska, jakby miała przyćmić piękno kobiecych kształtów. Wpatrywali się chwilę. Każde chciało na swój sposób zinterpretować sztukę Diego. Michaił wyprostował się, poprawiając palcami idealnie zapiętą muchę. Lina nie drgnęła. Nawet wtedy, gdy kelner dolał jej musującego wina do opróżnionego kieliszka.

– Czy w tym akcie jest odpowiedź na moje pytanie, panie hrabio?

Lina spojrzała na niego znad wachlarza długich rzęs. Trwało to chwilę. Zbyt krótką, jednocześnie zbyt długą, by mógł o tym zapomnieć.

– Jeśli chce pani ode mnie usłyszeć, że kobiety są esencją odwagi… – przerwał, chłonąc jej profil – to tak, są – dodał, poprawiając klapy marynarki.

Uśmiechnęła się, nie patrząc w jego stronę.

Nie potrafił inaczej, a jednak jakaś niepoprawna i nieakceptowalna przez niego ciekawość nakazywała mu raz jeszcze na nią spojrzeć. Zawiesił wzrok na jej krótkich do ramion włosach. Inaczej ją pamiętał. Teraz za każdym razem, gdy przechylała głowę, mógł bez wysiłku dojrzeć jej twarz. Oczy błyszczały od żarzących się żarówek. Usta nie pasowały do nikogo bardziej. Nie powinien był na nie patrzeć – głęboko wiśniowe, ze starannym konturem, a jednak nie mógł się oprzeć. Przypominała mu o carskiej Rosji. O elegancji i ruinie jednocześnie.

– Madame Lina – zaczął niepewnie, jakby nie chciał popsuć tej chwili. Odwróciła głowę. – Zna pani historię Marii Boczkariowej?

Lina zaprzeczyła ruchem głowy.

– Dowodziła batalionem kobiet. Miały karabiny, ale ich największą bronią był wstyd tych, którzy uciekli z frontu – powiedział jednym tchem.

Lina zamyśliła się, patrząc na brzegi smukłego kieliszka. Letni wiatr wpadł przez otwarte patio, zsuwając czerwony pióropusz boa z jej ramienia. Trwało to zaledwie moment. Wystarczyło, by zauważył. Odchrząknął, gubiąc wzrok w marmurowej posadzce.

– Nie znałam historii tych kobiet – przyznała, zręcznie zaciągając pióra.

– Wcale mnie to nie dziwi. – Uśmiechnął się krzywo. – W Rosji prawda rzadko ma szansę przetrwać.

– Dlatego pan uciekł? – zapytała ciszej, odwracając głowę w jego stronę.

Nie spojrzał na nią. Patrzył w jeden punkt na fotografii. Może podziwiał królewską proteę,a może w jej płatkach dostrzegł Petersburg. Miasto zbudowane z ambicji, szkła i chłodu północy.

– Wyjechałem z kraju, który nie przypomina już ojczyzny, jaką znałem. – Zawiesił głos.

– To brzmi znajomo – powiedziała.

– Zna madame to uczucie?

Uniosła wzrok.

– Mieć miejsce, do którego się wraca… i którego już nie ma – powiedziała bardziej do siebie.

Usta miał rozchylone. Chciał dodać coś jeszcze. Jedno zdanie, które wyjawi jej więcej. Jedno, dzięki któremu go pozna. I o jedno zdanie za dużo. I może dlatego, że chciał – milczał.

* * *

– Cóż za wieczór! – krzyknął Diego, siadając na mozaikowym tarasie Liny.

Opierał się plecami o ścianę budynku, nogi miał puszczone wolno, jakby na przekór całemu zamkniętemu światu. Na twarz Liny padała smuga bieli księżyca. Jej półprofil wpasowywał się w każde jego zgięcie. Jakby z niego powstała. Jakby on z niej powstał.

– Zachwyciłeś wszystkich – powiedziała szeptem, patrząc przed siebie.

Nie wiedział, co Lina widzi, ale nie miał wątpliwości, że to jest piękne. Nie próbował jej zrozumieć. Akceptował, bez potrzeby zrozumienia. Cisza była ich domknięciem. A ona w tej ciszy była najprawdziwsza. Teraz mógł na nią patrzeć. Zachwycać się jej niewypowiedzianymi słowami. Słyszeć je w milczeniu. Widzieć w zamglonym spojrzeniu.

– Ja pokazałem wszystko, co miałem. – Dłońmi wygrywał rytm słów. – Ty zachwyciłaś, nie pokazując twarzy – dodał, zadzierając głowę, by na nią spojrzeć.

Nadal patrzyła przed siebie, ale jakby jaśniej.

– To twój sukces, Diego – zabrzmiała poważnie. – Nie myl go z moją obecnością.

Nie spojrzała na niego. Nawet jeśli tego chciał.

– Tego nie da się pomylić, Lino.

Wstał, otrzepując dłońmi lniane spodnie. Końce turkusowej apaszki zatańczyły od powiewu wiatru. Stanął przy Linie, wpatrując się w jej profil, i wtedy nawet przyćmiła księżyc. Nosiła w sobie coś więcej niż tajemnice, to było echo przeszłości, które kiedyś znów upomni się o swoje.

– Odnalazłaś sens? – spytał, gdy ich oczy się spotkały.

– Sztuka zawsze potrzebuje sensu, Diego. – Kącik jej ust drgnął niepostrzeżenie.

Spojrzała w dal. Tam, gdzie zwykle szukała sensu, i tam, dokąd uciekała, gdy go odnalazła. Światło na bieli jej sukni pojawiło się znikąd. Drobinki mieniły się wzdłuż materiału. Frędzle poruszały się niecierpliwie z każdym jej ruchem. Była w tym jakaś prawda. Prawda, o której sama nie umiała jeszcze opowiedzieć.

* * *

Dwór baronostwa Korin

Ścienny zegar wskazywał południe. Michaił nie musiał długo czekać, by baronowa Korin pojawiła się ze srebrną tacą w dłoniach.

– Proszę, hrabio – rzekła, stawiając przed nim wiekową filiżankę. Pamiętał ją.

– Dziękuję, baronowo – odpowiedział, przechylając głowę.

Baron siedział naprzeciw w głębokim fotelu. Kamizelka opinała jego brzuch, a guziki wyglądały tak, jakby za chwilę miały strzelić.

– Katerina nadal w Paryżu? – zagaił, pykając fajkę.

– Bardzo możliwe… – zawahał się.

– Nie wymieniasz z nią korespondencji? – Baron uniósł brwi zaskoczony.

– Sporadycznie. – Michaił sięgnął po filiżankę. – Każde z nas ma swoje życie.

Baron poprawił się na krześle.

– I swoje pieniądze – mruknął z cieniem uśmiechu.

Michaił zamilkł.

– Nie wszyscy mieli tyle szczęścia… – dodał baron ciszej. – Wielu z naszych zaczynało od zera.

– To nie szczęście, baronie. – Spojrzał na przyjaciela. – I doskonale o tym wiesz. To decyzja mojego ojca.

Siergiej skinął powoli głową. Baronowa Wiera przemknęła przez hol jak zjawa.

– Był mądrym człowiekiem. – Baron uśmiechnął się na samo wspomnienie. – Przewidywał rzeczy, których inni nie chcieli widzieć.

– A mimo to został. – Michaił spojrzał gdzieś w bok. Nadal nie pojmował decyzji ojca.

– Gdyby nie on… – Dym z fajki przysłonił Siergiejowi twarz. – Siedziałbyś teraz w kolejce po chleb.

Michaił zamilkł. W tle słychać było baronową Wierę, która witała w progu uczniów. Śmiechy, krótka rozmowa, trochę ciszy. Zawsze zaczynała lekcje fortepianu tak samo.

– Byłeś u Montiela na wystawie? – zagadnął baron, opierając przedramiona o blat długiego stołu.

Michaił przesunął dłonią trójramienny świecznik, który teraz zasłaniał twarz barona.

– Byłem – odparł chłodno. – Zacne to miejsce – dodał niespiesznie. – Wystawa imponująca, choć odważna – zauważył po chwili.

Siergiej zmrużył oczy, jakby coś badał.

– Spotkałeś kogoś znajomego? – Uśmiechnął się.

Michaił namyślał się chwilę.

– Bynajmniej. – Sięgnął po filiżankę herbaty.

Baron zaśmiał się krótko. Gdzieś za ścianą ktoś dotknął pierwszego klawisza fortepianu. Siergiej skrzywił się na sam dźwięk.

– Nikt z socjety nie odwiedził szanownego Montiela?

– Było kilka znajomych twarzy, owszem. – Michaił przytaknął nieznacznie.

Przełknął ślinę z trudem.

– Nie rozmawiałeś z nimi, hrabio? – dopytał Siergiej. – Kontakty w naszej sytuacji… – przerwał. – Są nader ważne. – Oparł się o krzesło, wbijając spojrzenie w Michaiła.

– To nie było miejsce na takie rozmowy, baronie – powiedział lekko Michaił. – To był wieczór pana Diego Montiela. Proszę mi zaufać… Rozmowy były powierzchowne i dotykały tylko jego zdjęć. – Zrobił nieokreślony ruch ręką.

– Skoro tak… – Baron namyślił się. – Dobrze, że nie poszedłem. Spotkania muszą coś wnosić, nawet jeśli sztuka jest tłem – mruknął do siebie.

Pamiętał każdy moment rozmowy z nią. Reszta – rozmowy, twarze – rozmywała się, jakby wcale się nie wydarzyła. Baron widział więcej, niż powinien. Odkąd po czystkach zabrano ojca Michaiła, stał się strażnikiem wszystkiego, co po nim zostało. Nazwiska, majątku, decyzji, a nawet małżeństwa, które miało wyglądać właściwie.

ROZDZIAŁ 3 Cafè de l’Òpera

Barcelona, wrzesień 1928 roku

W zawieszonych na ścianach lustrach widziała swoje odbicie. Profil z lekko zadartym nosem i wysoko podniesioną brodą. Chciała na siebie spojrzeć. Ten ostatni raz, nim pokaże się światu.

W tle słyszała szelest gazety, szepty rozmów i brzdęk kelnerującego dzwoneczka. W rogu stało pianino. Drewniane, połyskujące, a jednak dotknięte czasem. Za kotarą, tuż obok mosiężnego młynka z korbą, który stał na drewnianym blacie, znajdowało się miejsce Liny. Niewielkie, z jednym krzesłem i stolikiem przypominającym toaletkę, tylko dlatego, że lustro było oparte o ścianę.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ROZDZIAŁ 1. Noce w ogrodach Hiszpanii

ROZDZIAŁ 2. Protea

ROZDZIAŁ 3. Cafè de l’Òpera

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji