Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
63 osoby interesują się tą książką
Małżeństwa Poradowskich nie można nazwać spokojnym. Bogdan próbuje znaleźć równowagę między życiem rodzinnym a powierzonymi w wojsku zadaniami, ale dawne przyzwyczajenia nijak nie pozwalają mu o sobie zapomnieć. Sytuacji nie poprawia fakt, że wodzi go na pokuszenie tajemnicza pani Weiss, której intencje sięgają znacznie dalej niż zwykły afekt. Również lojalność Anny zostaje wystawiona na próbę, przez Romualda Wieliszewskiego, któremu kobieta wiele zawdzięcza.
Do głosu dochodzi kolejne pokolenie Bukowskich. Muszą na nowo poukładać swoje życie po tragedii, która dotknęła ich rodzinę. Pierworodny syn Andrzeja, Wiktor, nie potrafi zapomnieć o młodzieńczej miłości, ale w jego życie szturmem wkraczają dwie inne kobiety. Staje przed trudnym wyborem: studia czy wojsko, miłość czy honor. Tadeusz chce realizować swoje marzenia o lataniu, nie przypuszcza jednak, że największą przeszkodę spotka tuż za progiem domu. Pozbawiona wsparcia najbliższej osoby Tosia, dorastając, buduje coraz większy mur pomiędzy sobą a rodzeństwem. Czy hrabiemu uda się zdobyć nie tylko przyjaźń, ale i serce Anny? Jakie przeszkody napotka Andrzej, realizując plan budowy pensjonatu? Do czego posunie się Wiktor, by unieść ciężar kłamstw i konsekwencje swoich decyzji?
W miejscu, gdzie wiatr śpiewa dawnymi głosami, a połoniny kryją coś więcej niż tylko mgłę, rozgrywa się wielopokoleniowa opowieść, w której każda łza niesie echo minionych dni, a każde wyznanie miłości przerywa pełną tajemnic ciszę. W sercu Bieszczad rozgrywa się saga rodzinna utkana z nici bojkowskich tradycji, wierzeń i codzienności, która pachnie wypiekanym w chyży chlebem i rozbrzmiewa dźwiękiem cerkiewnych dzwonów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 327
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tom 1: Cienie na połoninach
Tom 2: Korony bukowych lasów
Tom 3: Muzyka górskiego potoku
Tom 4: Mgły nad doliną
Tom 5: Echo cerkiewnych dzwonów
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Slotorsz
Ilustracje na okładce
© koganami studio Tokyo | stocsy.com
© Arkadiusz Fajer | stock.adobe.com
Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.
Redakcja
Anna Seweryn
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Korekta
Urszula Bańcerek
Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.
Wydanie I, Katowice 2026
tekst © Małgorzata Garkowska, 2026
© Wydawnictwo Dobre Strony
ISBN 978-83-68689-41-9
Wydawnictwo Dobre Strony
ul. Uniwersytecka 13
40-007 Katowice
+48 884 666 213
Zaginięcie Wiktorka przerywa radosny czas wesela, wkrótce jednak chłopiec zostaje odnaleziony. Okazuje się, że wyszedł nocą z domu i zaopiekowała się nim kobieta, która spotkała go w lesie. Niebawem życiem młodych państwa Bukowskich wstrząsają kolejne wydarzenia. Pod nieobecność Andrzeja, który w porywie patriotycznego uniesienia dołącza do walk o Lwów, Emilia musi stawić czoło oddziałom nowo powstałej Wschodniej Republiki Łemkowskiej, które grabią majątek. Nieoczekiwanie ogromnym wsparciem okazuje się osoba, która zgłasza się, by pełnić funkcję zarządcy. To tajemnicza kobieta, której wojna zabrała całą rodzinę, dlatego zmuszona została do podjęcia się męskiego zajęcia. Lidia Kornacka, jako córka zarządcy folwarku, doskonale zna się na swojej pracy, więc wkrótce zaskarbia sobie sympatię mieszkańców Roszkowa i szacunek okolicznych chłopów.
Tymczasem pomiędzy szykujących się do ślubu Annę i Bogdana nieoczekiwanie wkrada się pewien dystans. Dziewczyna zaczyna nawet podejrzewać, że narzeczony zamierza zerwać zaręczyny. Choć Boguś jest nieprzytomnie zakochany w pannie Bukowskiej, wyznaje przyjacielowi, że pewnego dnia się upił i rano obudził się w łóżku doktorowej Tokarzewskiej. Nie ma pojęcia, czy do czegoś między nimi doszło, w związku z czym nie potrafi spojrzeć Ani w oczy. Andrzej każe mu milczeć, by nie skrzywdził jego siostry. Ostatecznie dochodzi do ślubu, ale targany wyrzutami sumienia Poradowski coraz częściej zagląda do kieliszka i… do alkowy kochanki. Jednocześnie brzemienna Anna wyrzuca sobie, że nie daje mężowi dostatecznie dużo czułości. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tych dwojga, gdyby pewnego dnia nieszczęśliwie zakochany w Karolinie porucznik w akcie zazdrości śmiertelnie jej nie postrzelił. Jednak ani śmierć konkurentki do serca Bogdana, ani narodziny syna Poradowskich, Jerzego, nie rozwiązują ich problemów małżeńskich.
Mijają lata, Bukowscy witają na świecie najpierw syna Tadeusza, później bliźnięta: Antoninę i Antoniego. Andrzej coraz mocniej wrasta w bieszczadzką ziemię, która staje się jego nowym domem. Z każdym dniem mniej się dziwi lokalnym zwyczajom i wierzeniom, postanawia również otworzyć szkołę dla dzieci z pobliskich wsi. Jak na ironię, trudno mu zapanować nad własnym pierworodnym. Wiktor z upodobaniem ucieka z domu, włócząc się po okolicy. W końcu Bukowski decyduje się wysłać syna do szkoły w Krakowie. Chłopak, rozkochany w bieszczadzkich ziemiach, męczy się w mieście i ostatecznie ojciec pozwala mu wrócić do majątku.
Kiedy wszystko zdaje się dobrze układać, a w Roszkowie pojawia się kolejna pociecha państwa – malutka Marianna – Lidia, nieszczęśliwie zakochana w Andrzeju, który odrzucił jej awanse, okłamuje Emilię, mówiąc, że pan domu starał się ją uwieść. Małżonkowie oddalają się od siebie, a zraniona zarządczyni nawiązuje romans z wrogiem Bukowskich – ich byłym zarządcą Pawlem Zawadą. Kończy się to tragicznie nie tylko dla niej: kobieta umiera, a będący świadkiem napaści Wiktor w wyniku doznanego szoku traci mowę. Dzięki zagranicznym kuracjom dochodzi do siebie, a nawet poznaje smak pierwszej miłości – słodkiej jak pierwsze uniesienie i gorzkiej jednocześnie, bo okazuje się, że rudowłosa Paraska, za którą tęsknił przez kilka lat, wyszła właśnie za mąż. Państwo Bukowscy mają też kolejną zgryzotę – młodszy syn, Tadeusz, jest zafascynowany lotnictwem i zamierza zostać pilotem, co budzi gwałtowny sprzeciw Emilii. Poza tym chłopak chodzi z głową w chmurach, bo zakochał się w dziewczynie z pobliskiego przysiółka. Roszkowo traci również osobę, która była dobrym duchem tego miejsca – po długiej chorobie umiera bowiem Mykajłowa.
Za to u Poradowskich nie można liczyć na sielskie sceny małżeńskie. Choć po pojednaniu w sypialni roszkowskiego folwarku ich relacje się ociepliły, Bogdanowi nadal ciąży tajemnica zdrady. Sprawa romansu z Karoliną powraca nieoczekiwanie – hrabia Wieliszewski, kuzyn porucznika, który dokonał zabójstwa doktorowej i sam zginął z rąk Bogdana, próbuje wznowić proces. Na domiar złego Ania podsłuchuje rozmowę brata z mężem i w ten sposób się dowiaduje, że przed laty była zdradzana. Kiedy pismaki podchwytują temat tajemniczego zabójstwa, od plotek huczy cały Kraków. Zraniona Poradowska, próbując ratować męża, nieoczekiwanie nawiązuje przyjaźń z Wieliszewskim. Sprawy się komplikują, kiedy Romuald wyznaje jej miłość. Na domiar złego Bogdan od pewnego czasu widywany jest w towarzystwie Magdaleny Weiss. Okazuje się, że to nie kolejny afekt, ale służba wywiadowcza skłoniła Poradowskiego do nawiązania znajomości z piękną dziennikarką niemieckiego pochodzenia. Mąż Anny trafia do więzienia, a ona decyduje się wyjechać z dziećmi (kilka lat wcześniej urodziła im się córka Kornelia) do Hamburga.
Tom II kończy się w momencie, kiedy w pobliżu Roszkowa wybuchają chłopskie protesty. Ciekawi świata jedenastoletni Antonina i Antoni Bukowscy wymykają się z domu, by zobaczyć walki na własne oczy. Pada strzał…
Poranna mgła otulała chyżę, skrywając przed wzrokiem wszystko, co znajdowało się dalej niż na trzy kroki, zasłaniała puste jeszcze rabaty z kwiatami, czekające na pąki gałęzie drzew, rozchwiany płotek przy drodze, tłumiła kroki i dźwięki. Dziewczyna otworzyła drzwi, żeby wpuścić do środka wilgotne, niosące zapowiedź wiosny rześkie powietrze. Poprawiła wymykające się spod chustki miedziane kędziorki, stanęła w progu i odetchnęła głęboko. Czuła dym z palenisk, przebijał się ostrą nutą, opowiadając o niedawno podsyconym ogniu, dając sygnał, że oto nastał kolejny dzień pracy, ale pachniała też ziemia czekająca na ziarno, a w podmuchach wiatru zaplątała się woń mokrej od rosy połoniny i ciężkiego od ulewy lasu.
Szumiał drobny deszcz, znaczący powietrze szarymi kreskami, a gdzieś w oddali urywały się pojedyncze trele, ptaki, zniechęcone wilgocią, tylko co chwilę otrzepywały albo wygładzały pióra, nie mając już czasu na śpiew…
Rudowłosa westchnęła. Zasłuchała się w muzykę poranka, zapatrzyła w dal, łapiąc echa przeszłości, mimo upływu czasu wciąż w niej jaskrawe, namacalne, jakby zdarzyły się ledwie wczoraj. Gdyby mogła, pognałaby za nimi. Błądziłaby po leśnych ścieżkach i polanach jak mawka*, zatracona we wspomnieniach, chodziłaby wysoko w góry i wsłuchiwała się w szemranie przedzierającego się przez kamienie potoku. Mgła znała jej sekret i tęsknotę i zdawała się przyzywać ją, przyciągać, zatracać.
Ta dziewczyna zdążyła się zakochać, choć nie czekała na wybranka, nie należał do niej, a ona nigdy nie była mu przeznaczona.
Miauknął gdzieś kot, zabeczała koza, a po chwili dobiegające zza jej pleców szuranie małych stóp po drewnie podłogi przywróciło kobietę do rzeczywistości. Skoro już obudziły się dzieci, to za chwilę wstanie mąż, zawładnie jej kolejnym dniem, nie pozwoli na zamyślenie, na nostalgię, ale miała jeszcze sekundę, jeszcze chwilkę z tym, co najistotniejsze – ze wspomnieniem, do którego wyrywało się jej serce.
Odwróciła się i uśmiechnęła do trących zaspane oczy bliźniąt. W tym samym dniu urodzone, różniły się od siebie, jakby z innych rodzin pochodziły, i już nieraz słyszała po wsi wyrzekania, że podmienione. Dziewczyna nie zwracała na to uwagi, przyzwyczajona do goniących za nią wrogich słów i złych spojrzeń. Córeczka miała proste i sztywne włosy, czarne jak węgiel, a oczy ciemne, takie jak jej tato, synek zaś nosił gęste jasne loczki i patrzył na świat złotym spojrzeniem.
* Duchy dziewczyn, które zmarły, zanim zdążyły się zakochać. Z tęsknoty za miłością rozkochują w sobie młodzieńców i porzucają.
Roszkowo, 7 lipca 1932 roku
Andrzejowi pociemniało w oczach. Zdawało się, że usłyszana wiadomość pozbawiła go wszystkich sił i miał wrażenie, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Przez głowę galopowały niespokojne myśli, mieszały się czarne scenariusze i jak najgorsze przeczucia, których nie potrafił odegnać. Opadł ciężko na fotel, spazmatycznie łapiąc powietrze. Minęła dłuższa chwila, zanim był w stanie mówić.
– Jak ich pilnowaliście? – spytał cicho, ledwo słyszalnie, ale spojrzał przy tym tak złowrogo, że pobladły z przestrachu Sztefan aż się cofnął.
Nie zdołał się odezwać. Bukowski skierował wzrok na stojących kilka kroków dalej starszych synów. Po twarzy Tadeusza płynęły łzy i chłopiec trząsł się jak z zimna, mimo panującego zaduchu. Wiktor pozostał bardziej opanowany, ale i on był zmęczony i, podobnie jak pozostali, zmartwiony. Ręce schował w kieszeniach, jakby chciał ukryć ich drżenie, nie zwracając uwagi, że to nieodpowiednie zachowanie.
– Musieli wyjść po śniadaniu, ojcze, kiedy nikt tego nie widział – odważył się odpowiedzieć. – Przy obiedzie, kiedy się okazało, że Tosi i Antka nie ma we dworze, bezzwłocznie zaczęliśmy ich szukać.
Nie dodał, że na posiłku brakowało też Tadka, którego potem bez trudu odnalazł nad rzeką, pogrążonego w rozmowie z Iwanką Bodnaruk. Plotła wianek z naznoszonych przez chłopaka kwiatków, a on wodził za nią nieprzytomnym spojrzeniem…
– Jest prawie noc – zauważył głucho Andrzej. – A ty mi oznajmiasz, że twojej siostry i brata nie ma w domu od rana? Co robiłeś przez cały ten czas?
Pierworodny odetchnął głośno i ominął ostatnie pytanie. Od momentu zniknięcia rodzeństwa wyrzucał sobie, że tak zapamiętał się w lekturze, iż Liuda musiała kilkukrotnie wołać na posiłek, zanim cokolwiek do niego dotarło.
– Sprawdziliśmy okolicę. Chłopi z przysiółka pomogli, z pobliskich wsi też – mówił dalej, chociaż coraz mniej pewnie i coraz słabiej. – Ktoś ich zauważył na drodze prowadzącej do wodospadu. Pojechałem tam na Siwej i nic. Nikt dzieciaków nie widział, gazda mieszkający przy szlaku twierdzi, że na pewno nie szli tamtędy.
– Bodaj to Pek! – zagrzmiał nagle Bukowski, uderzając dłonią w kolano. Po chwili zerwał się i wypadł na zewnątrz. Nikt nie odważył się pójść za nim.
Andrzej zatrzymał się pośrodku podwórza i oddychał głęboko. Chciał wrzeszczeć, kierować w niebo niepokój i rozpacz, ale tylko wpatrywał się w usianą złotymi punkcikami czerń, zaciskał zęby i pięści. I milczał. Usiłował się uspokoić. Gniew odbierał mu zdolność logicznego myślenia, a miał świadomość, że nic nie zdziała, jeżeli temu ulegnie. Pomyślał z ulgą, że przynajmniej Emilii tu nie ma i jeśli Bóg da, opowie potem żonie o głupocie bliźniaków, które najadły się strachu, gdy zgubiły się w lesie albo pomyliły drogę do wsi. Starał się dać odpór osaczającym go jak złowróżbne biesy** podejrzeniom, że stało się coś o wiele gorszego, skoro tak długo nikt nie zdołał natrafić na ich ślad… Miał świadomość, że zarówno Antek, jak i Tosia musieliby odejść bardzo daleko od rodzinnego majątku, żeby stracić orientację, gdzie się znajdują, bo najbliższą okolicę znały bardzo dobrze, nieraz z nimi tu chodził…
– Sztefan! – przywołał zarządcę. – Jadę na policję. Tadek i Witek bezwzględnie mają zostać w domu, reszta parobków niech dalej szuka.
Kierowany nadzieją, że na posterunku mają psy nauczone tropienia, a równocześnie zły, że nikt z dworu wcześniej nie zwrócił się o pomoc do funkcjonariuszy, pognał konia. Pożałował, że nie trzymają już w Roszkowie psów myśliwskich – Bukowski nie przepadał za polowaniami, choć co jakiś czas nie odmawiał zaproszeniu od któregoś z okolicznych ziemian, głównie dla podtrzymania stosunków towarzyskich. Konsekwentnie jednak nie zabierał ze sobą synów.
***
Jeszcze nigdy tak szybko nie dotarł w pobliże Baligrodu. Sprzyjały mu jasna noc, znajomość drogi i zakazujący odpoczynku niepokój o Antoniego i Tosię. Pochylony nad grzywą, nie od razu dostrzegł wyjeżdżający mu naprzeciw samochód doktora Kuźmaka i dopiero bliskie światło reflektorów i klakson zwróciły jego uwagę. Obok pana Włodzimierza, na miejscu pasażera, siedział aspirant Podolski, który dał znać, że chcą mówić z Bukowskim.
Andrzej przyjął ich obecność z wyraźną nadzieją, niemal pewnością, że funkcjonariusz wie cokolwiek o bliźniakach, choć nie potrafiłby powiedzieć, skąd wzięło mu się to przeczucie. Zeskoczył z siodła w momencie, kiedy otworzyły się drzwi szoferki i lekarz wraz z policjantem wysiedli. Po chwili auto opuścił jeszcze jeden mundurowy, oficer 2 Pułku Strzelców Podhalańskich, z dystynkcjami porucznika na pagonach. Zdyszany Bukowski doskoczył ku nim.
– Macie moje dzieci? – wychrypiał.
Mężczyźni popatrzyli po sobie.
– Mówcie! – ponaglił ich niecierpliwie.
Kuźmak odchrząknął cicho. Sprawiał wrażenie zakłopotanego.
– Panie Bukowski, dobrze, że pana spotykamy, bo właśnie do państwa zmierzaliśmy. Zapraszam do mojego domu – zaczął.
– Doktorze, ja właśnie jechałem na policję, Tosia i Antoś zaginęli! – Andrzej w błagalnym geście zacisnął palce na ramieniu pana Włodzimierza. – Jeżeli panowie mają jakiekolwiek informacje, proszę mnie w niepewności nie trzymać.
– Panie Andrzeju, zdarzył się wypadek. Lepiej będzie, jak porozmawiamy spokojnie, usiądziemy. Nalegam.
– Wypadek? – Bukowski potoczył przerażonym spojrzeniem po stojących w milczeniu mężczyznach. – Jaki wypadek? Gdzie? Nie będę nigdzie siadać, tracić czasu! Muszę się tam natychmiast udać!
– Zawiozę pana do szpitala w Sanoku – zapewnił lekarz.
– Co się, do cholery jasnej, stało? – Andrzej nie panował nad głosem.
– Dzieci były w okolicach Teleśnicy.
– Tak daleko? Same?
– Z tego, co mówiła dziewczynka, wybrali się z bratem, żeby obejrzeć na własne oczy… chłopskie powstanie – odezwał się aspirant Podolski. – Jak się domyślam, bez pana wiedzy?
– Odwoziłem żonę na stację do Zagórza, wróciłem niedawno. Co z moimi dziećmi? – spytał Andrzej z rozpaczą, ignorując oskarżycielskie nuty w wypowiedzi mundurowego.
– Antonina została zbadana, jest zdrowa i nic jej nie grozi – zapewnił szybko Kuźmak.
Bukowski wpatrywał się w twarz lekarza, usiłując wyczytać z niej dalsze informacje, ale pozostała nieprzenikniona. To dodatkowo rozdrażniło Andrzeja, wzmogło jego obawy. To, czego miał się dowiedzieć, wciąż pozostawało schowane za zasłoną powściągliwości. A on nie mógł czekać!
– A co z Antonim? – ponaglił. – Niechże pan coś w końcu powie!
– Z chłopcem sprawa była poważniejsza…
Milczący dotąd żołnierz wystąpił o krok, zasalutował Bukowskiemu. Po wieku mężczyzny nietrudno było się domyślić, że cała jego służba przypadła na czasy pokoju.
– Porucznik Jerzy Wasylewicz – przedstawił się i krótkimi, pospiesznymi zdaniami zaczął relacjonować: – Dowodzę oddziałem strzelców. W okolicach Teleśnicy poruszały się jeszcze pojedyncze grupki chłopskich buntowników. Tam przez żołnierzy zorganizowana została zasadzka. Dzieci znalazły się w pobliżu, nie zatrzymały się na wezwanie. Na warcie był młody żołnierz. Wypalił bez rozkazu…
– Co? Strzelaliście do dzieci? – Andrzej chwycił porucznika za mundur pod szyją i przyparł do samochodu. – Do dzieci?
– Szły w wysokiej trawie – wydukał oficer, zaskoczony atakiem.
– Panie Bukowski! – Aspirant Podolski położył Andrzejowi rękę na ramieniu i skłonił go, aby odstąpił o krok.
– Jak mówiłem, strzelił niedoświadczony wartownik. Został już aresztowany i zapewniam, że poniesie adekwatną karę za swój czyn. – Porucznik poprawił kołnierzyk. – Proszę przyjąć wyrazy współczucia.
– Słucham? – wyszeptał Andrzej.
Powściągnięcie emocji wiele go kosztowało. Gdyby nie resztki kontroli, biłby tego niewydarzonego żołnierza, aż zmieniłby swój meldunek. Ale teraz najważniejsza była sprawa jego bliźniaków. Spojrzał na Kuźmaka.
– Antoni został postrzelony, bardzo poważnie. – Lekarz odciągnął Bukowskiego jeszcze dalej od porucznika Wasylewicza. – Natychmiast go opatrzono, ale niestety upływ krwi i słaby, dziecięcy organizm… Nie przeżył drogi do szpitala.
– Strzelali do dzieci? – powtórzył Andrzej nieswoim głosem.
Wszystko docierało do niego z opóźnieniem, jak dźwięki stłumione mgłą, a jednocześnie każde słowo pozostawiało bolesny ślad. Dopytywał wciąż o to samo, jednak z całą wyrazistością wiedział, że nie ma możliwości pomyłki.
– Ogromnie mi przykro. – Kuźmak chciał położyć dłoń na ramieniu Bukowskiego, ale ten odtrącił go niecierpliwie.
– Mój syn nie żyje? – jęknął głucho.
Gniew i żal stały się nie do wytrzymania. Zakłębiły się w nim, ujadając jak dwa wściekłe psy. Nie została już nawet nadzieja, która pozwoliłaby irracjonalnie oczekiwać, że ktoś zaprzeczy, przedstawi inny przebieg wydarzeń, uspokoi go, że nic złego nie miało miejsca, i choć na kilka minut odsunęła druzgocącą świadomość, że to koniec, że Antosia już tu nie ma.
Andrzej w kilku pospiesznych krokach wrócił do Wasylewicza. Spojrzał na niepewnie gładzącego wąsy oficera.
– Pan dowodził tym oddziałem? – wycedził.
– Tak. – Porucznik wyprostował się odruchowo.
– Pan wystawił warty?
– Tak.
– Szeregowiec strzelił bez rozkazu?
Nie słuchał odpowiedzi. Wyprowadził cios bez ostrzeżenia, trafiając prosto w szczękę, i natychmiast poprawił drugim uderzeniem, po którym oficer padł na ziemię. Ale to mu nie wystarczyło, rzucił się na leżącego, walił na oślep, nie zwracając uwagi, że jego ofiara się nie broni, i wykrzykując, co myśli o dowodzeniu przez smarkaczy. Napędzały go wściekłość i ból.
Ocknął się po chwili. Policjant razem z doktorem odciągnęli go od pobitego i przytrzymali. Bukowski łapczywie chwytał powietrze.
– Chce pan trafić teraz do aresztu?! – warknął Podolski.
Andrzej zaprzeczył szybkim ruchem głowy i policjant go puścił, choć odtąd przypatrywał się czujniej, gotowy do natychmiastowej interwencji. Bukowski już nie patrzył na Wasylewicza. Drżącymi rękoma sięgnął po papierosy i z trudem zapalił jednego. Zaciągnął się mocno dymem. Ponownie spojrzał na doktora. Ten zareagował natychmiast.
– Zawiozę pana do Sanoka.
Kuźmak wskazał miejsce pasażera. Potem poświęcił kilka minut na sprawdzenie, czy porucznikowi nie jest potrzebna pomoc, dopiero wówczas usiadł za kierownicą i ruszyli. Bukowski ledwo zarejestrował, że aspirant Podolski obiecał zająć się klaczą i odprowadzić ją do stajni przy posterunku. Nie wydawało mu się to teraz ważne, podobnie jak to, czy porucznik Wasylewicz złoży zawiadomienie o pobiciu.
***
Milczał przez prawie całą podróż. Siedział z twarzą schowaną w dłoniach, jakby chciał skryć przed doktorem łzy. Nie leciały, tylko gardło miał ściśnięte, a w piersi czuł bolesny ucisk. Wiedział, że płacz choć na moment przyniósłby mu ulgę, więc tym bardziej starał się powstrzymać. Nie uważał, aby zasłużył na wytchnienie. Nie pozwalała mu odpocząć także nieustanna gonitwa myśli. Obarczał się winą, bo w swoich oczach zawiódł jako ojciec. Dzieci wyszły z domu mimo jego zakazu i do tego znalazły się aż tak daleko. Ale w jaki sposób? Przecież ktoś musiał je tam zawieźć! Głupia ciekawość, jeszcze głupszy przypadek i Antoś nie żyje… Zastrzelony! To brzmiało tak nieprawdopodobnie. Wyrzucał sobie, że nie zabrał bliźniaków ze sobą, przecież mógł przewidzieć, że nie będą w stanie usiedzieć na miejscu, że zakaz opuszczania majątku podziała jak zachęta do psot.
A do tego nie miał pojęcia, jak przekaże tę straszną wiadomość Emilii. Myśl o żonie sprawiła, że poderwał głowę i potoczył wokół nieprzytomnym spojrzeniem. Byli już właściwie na przedmieściach Sanoka.
– Doktorze?
Głos miał chrypliwy, zdławiony tłumionym szlochem. Kuźmak z niepokojem zerknął na swojego pasażera.
– Słucham, panie Andrzeju.
– Proszę od razu jechać do domu mojej teściowej. Nie mogę czekać z powiadomieniem żony o tym, co się stało.
– Z tego, co wiem, pani Roszkowska ma telefon…
– Nie. Muszę osobiście.
– Dobrze. – Lekarz najwyraźniej postanowił już nie dyskutować.
– Mojej córce na pewno nic się nie stało?
– Nic a nic. Badałem dziewczynkę. Teraz pewnie śpi, kazałem jej podać lekarstwo na uspokojenie nerwów – zapewnił Bukowskiego.
– Może powinienem… – Urwał, bo nie mógł zdecydować, czy nie iść najpierw do Antosi.
– Na pewno śpi – powtórzył cierpliwie Kuźmak. – Niech odpocznie, ile może.
Andrzej wsłuchiwał się w warkot silnika i hałasy, gdy auto podskakiwało na wybojach, skupiał wzrok na widocznej w świetle samochodowych reflektorów drodze. Usilnie zajmował umysł czymkolwiek, byle nie pozwolić sobie na myślenie o Antonim i rozpamiętywanie każdego słowa, które usłyszał na temat syna. Czuł się, jakby śnił paskudny koszmar, a świadomość, że nie może się wybudzić, doprowadzała go do szaleństwa.
Gdy dzwonił do bramy kamienicy, w której mieszkała pani Roszkowska, wciąż nie miał pojęcia, jak ma oznajmić żonie, że ich syn umarł. Nie wiedział tego, wchodząc po schodach, i żadne mądre słowa nie przyszły mu do głowy na widok ukochanej.
– Musisz się ubrać – odpowiedział na jej pytanie, co się stało.
Emilia otworzyła szeroko oczy. Słysząc dziwną uwagę, odruchowo poprawiła poły szlafroka. Powoli docierało do niej, że wydarzyło się coś strasznego, inaczej mąż nie pojawiłby się tutaj w środku nocy, nie stałby przed nią pobladły, ze zmierzwionymi włosami i zaczerwienionymi oczyma.
– Andrzej, co się dzieje? Dlaczego przyjechałeś tak nagle? I pan doktor z tobą? – indagowała.
– Uszanowanie łaskawej pani. – Zakłopotany Kuźmak skłonił się uprzejmie.
Bukowski zachowywał się, jakby nie docierały do niego natarczywe pytania, jakby nie widział wystraszonego spojrzenia Emilii. Chwycił jej dłonie i podprowadził żonę w stronę najbliższego fotela. Sam przycupnął na jego podłokietniku.
– Usiądź, proszę.
– Andrzej! Mów natychmiast, o co chodzi! Coś z dziećmi? Coś we dworze? Mój Boże… Ty płaczesz? Co się wydarzyło? Panie doktorze, może pan mi powie? – Denerwowała się coraz mocniej.
Chwilowa cisza po jej słowach niepokoiła jeszcze bardziej. Kuźmak odkaszlnął niepewnie. Andrzej wzdrygnął się i z niemałym zdziwieniem otarł mokre policzki.
– Antoś nie żyje – wyszeptał. – To moja wina…
– O Boże… Co ty mówisz?
Wpatrzyła się w niego ze zgrozą i niedowierzaniem, a potem rozszlochała rozpaczliwie. Bukowski tulił ją i głaskał po włosach. W jego świecie była teraz jedynie ona i ich rozpacz. Ledwo zarejestrował, że w salonie pojawiła się siostra Emilii z mężem, którzy apelowali o ciszę, żeby nie obudzić pani Roszkowskiej, a doktor Kuźmak przekazał im wiadomość o tragedii. Andrzej słyszał ich kondolencje, ale nie był w stanie odpowiedzieć. Jak w transie pokiwał głową. Pytali, co się właściwie wydarzyło, a on po raz kolejny tej nocy spojrzał bezradnie na doktora, jakby przerastało go wypowiedzenie dłuższego zdania. Pan Włodzimierz po chwili namysłu jak najkrócej opowiedział o wszystkim.
– Chcę jechać do Antosia, natychmiast! – zażądała Emilia, wyswobadzając się nagle z objęć męża i nie pozwalając, żeby na powrót przyciągnął ją do siebie. – Gdzie on jest?
– W szpitalu. Antonina była z nim, ale nie ucierpiała. – Bukowski nie poznawał własnego głosu, zdawał się dobiegać z oddali, zgrzytliwy i głuchy.
***
Do Roszkowa wrócili nad ranem. Samochód doktora Kuźmaka wolno wtoczył się na podjazd przy dworze. Za nim jechał drugi automobil, udostępniony przez wojsko. Zaraz na podwórze wybiegła Liuda, niosąca na rękach Mariankę. Wiktor i Tadeusz trzymali się z tyłu. Na twarzach chłopców niepokój wymieszany był z zaciekawieniem, bo taki widok nie zdarzał się zbyt często. Andrzej pomógł wysiąść Emilii, która niosła kurczowo w nią wtuloną Antoninę, i nie patrząc na dzieci, wrócił do drugiego auta. Zabrał owinięte w prześcieradło ciało syna. Bez słowa minął oniemiałą grupkę zebraną na ganku i skierował się do domu.
W sypialni chłopców ułożył Antoniego na jego łóżku. Starannie zamknął drzwi do pomieszczenia, odcinając się od dobiegających głosów. Oparł czoło o drewno. Na chwilę ogarnął go spokój. Musiał zebrać siły, żeby wydać odpowiednie dyspozycje związane z pogrzebem, odwołać poszukiwania, wytłumaczyć domownikom, co się stało. Obowiązki i powinności zdawały się czekać tuż za progiem, ale póki był sam, obok syna, nie miały do niego dostępu.
Odwrócił się i podszedł do leżącego. Przyklęknął. Ostrożnie dotknął głowy chłopca. Już nie walczył ze łzami, pozwolił, by płynęły. Nie przyniosły mu spodziewanej ulgi.
**Złośliwe i nieprzyjazne ludziom demony leśne.
Okładka
Strona tytułowa
Cykl „Saga bieszczadzka”
Strona redakcyjna
Streszczenie tomu 2
Prolog
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
