Saga bieszczadzka t.2. Korony bukowych lasów - Małgorzata Garkowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Saga bieszczadzka t.2. Korony bukowych lasów ebook i audiobook

Małgorzata Garkowska,

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Choć oficjalnie zakończyła się wojna, Andrzej postanawia pozostać w wojsku i regularnie bierze udział w walkach, najpierw z Ukraińcami, później z bolszewikami. Również w Roszkowie wieje wiatr zmian, a Emilia musi samotnie zmagać się z oddziałami nowo utworzonej Wschodniej Republiki Łemkowskiej, które grabią majątek. Na szczęście z pomocą przychodzi jej nowy zarządca w osobie… sympatycznej i wyzwolonej Lidii Kornackiej. Szybko zyskuje ona szacunek okolicznych mieszkańców, sprawy jednak mocno się komplikują, kiedy młoda kobieta źle ulokuje swoje uczucia.

Bogdan Poradowski również pozostaje wierny wojaczce i odznacza się w bitwach, ale w przeciwieństwie do przyjaciela pozostaje w szeregach kawalerii również po ogłoszeniu pokoju. Sukcesy zawodowe nie przekładają się jednak na życie rodzinne… Między Annę i Bogdana wkrada się pewna tajemnica. Dziewczyna najpierw podejrzewa, że narzeczony chce zerwać zaręczyny, a kiedy jednak stają na ślubnym kobiercu, jej życie naznaczają inne obawy. Mimo wyznań miłości Poradowski coraz częściej znika z domu i zagląda do kieliszka, a Anna nie potrafi oprzeć się wrażeniu, że ułańska fantazja męża sprowadzi na ich rodzinę niebezpieczeństwo. Co takiego omotało Bogdana? Jak Andrzej poradzi sobie w roli ojca i gospodarza? Czy spełnią się marzenia Lidii Kornackiej?

W miejscu, gdzie wiatr śpiewa dawnymi głosami, a połoniny kryją coś więcej niż tylko mgłę, rozgrywa się wielopokoleniowa opowieść, w której każda łza niesie echo minionych dni, a każde wyznanie miłości przerywa pełną tajemnic ciszę. W sercu Bieszczad rozgrywa się saga rodzinna utkana z nici bojkowskich tradycji, wierzeń i codzienności, która pachnie wypiekanym w chyży chlebem i rozbrzmiewa dźwiękiem cerkiewnych dzwonów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 43 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jakub Kamieński

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Na cykl „Saga bieszczadzka” składają się:

Tom 1: Cienie na połoninach

Tom 2: Korony bukowych lasów

Tom 3: Muzyka górskiego potoku

Tom 4: Mgły nad doliną

Tom 5: Echo cerkiewnych dzwonów

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Ilustracje na okładce

© arybickii, garrykillian, kohanova1991, overlays-textures | adobestock.com

Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.

Redakcja

Anna Seweryn

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu obsługującym ten format video.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Małgorzata Garkowska, 2025

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-68689-13-6

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Streszczenie tomu 1

Bogdan Poradowski i Andrzej Bukowski, zaprzyjaźnieni studenci inżynierii na lwowskiej politechnice, trafiają na front. Wybuch I wojny światowej zmienia również życie Emilii Roszkowskiej, która musi przerwać edukację i wrócić do majątku pod Baligrodem. Kiedy trafia tam również ranny Andrzej, między młodymi rodzi się uczucie. Po rekonwalescencji mężczyzna musi wrócić do rodziny, do Krakowa, a jego przedłużająca się nieobecność skłania rodziców Emilii do znalezienia jej kandydata na męża. Nie wiedzą jednak, że młody żołnierz został posądzony o dezercję i trafił do więzienia. Choć wkrótce udaje się go uwolnić, zakochani wciąż nie mają ze sobą kontaktu – Emilia wypatruje korespondencji z Krakowa, a Andrzej odpowiedzi na wysłany do Roszkowa list, który jednak nigdy nie dotarł do adresatów, gdyż został schowany przez panią Bukowską. Kobieta umyśliła sobie jako idealną żonę dla swego syna Jadwigę Jasińską. Młodzi mieli się przed wojną ku sobie, ale przeżycia na urokliwych połoninach odmieniły serce Andrzeja. Zrozpaczony, szukając ukojenia w alkoholu, spędza noc z przypadkowo poznaną Wiktorią Opulewicz. Szlachetnie pomaga kobiecie spłacić jej długi, nie traktuje jednak tej znajomości jako związku na całe życie. Wciąż myśli o Emilii, a kiedy wreszcie, mimo oczekiwań rodziców, decyduje się rozmówić z Jadwigą, nic już nie stoi na przeszkodzie, by mógł powrócić w Bieszczady. Sytuacja dodatkowo się komplikuje, gdy pod jego nieobecność w domu państwa Bukowskich zjawia się śmiertelnie chora Wiktoria, która prosi o opiekę nad Wiktorem… synem Andrzeja.

Tymczasem w Roszkowie również zaszły ogromne zmiany – rodzice skłonili bowiem Emilię do ślubu z Franciszkiem Krajewskim. Mężczyzna kocha ją nieprzytomnie i nie może znieść świadomości, że żona wciąż wypatruje oczy za innym. Kiedy jednak Bukowski jak niepyszny wraca do domu, małżonkowie starają się zawalczyć o własny związek. Rodzinną sielankę oczekujących na narodziny pierwszego dziecka przerywa powołanie Franka do wojska. Uruchamia to lawinę tragicznych wydarzeń – Emilia roni ciążę, a jej mąż, kaleki wskutek odniesionych w czasie walk ran, odbiera sobie życie. Jak na ironię, do tego samego szpitala trafia Andrzej, który staje się posłańcem zmarłego i ponownie udaje się do karpackiego dworku. Zrozpaczona młoda wdowa i samotny ojciec Wiktorka spowiadają się sobie nawzajem z bagażu doświadczeń, który zdobyli podczas rozłąki. Odżywają uśpione uczucia, rodzi się nadzieja na wspólną przyszłość.

Również Anna Bukowska, podobnie jak jej brat, próbuje sobie poradzić z własnymi emocjami, a jej myśli zaprzątają pewien przystojny kawalerzysta i praca w szpitalu, gdzie się zatrudnia po kursie pielęgniarskim. Jej związek z Bogdanem mimo dziejowych zawirowań rozwija się spokojnie, młodzi wymieniają czułą korespondencję i są dla siebie ogromnym wsparciem. Nieoczekiwanie jednak w życiu Poradowskiego pojawia się inna kobieta, Karolina, żona doktora Tokarzewskiego, która ma wobec młodzieńca zamiary więcej niż przyjacielskie. Anna natomiast staje się obiektem westchnień Pawla Zawady, Ukraińca zatrudnionego jako zarządca jeszcze przez Franciszka Krajewskiego. Dziewczyna czuje się skrępowana jego awansami, a kiedy Bogdan odkrywa te zaloty, wybucha awantura i Pawlo odchodzi z majątku. Na tym nie kończą się kłopoty bohaterów, gdyż cieniem na radosnym dniu ślubu Emilii i Andrzeja kładzie się wiadomość o zaginięciu Wiktorka…

Ożyw obraz

Prolog

Księżyc to znikał, to wyłaniał się zza postrzępionych jak przetarte płótno sinych obłoków. Jego wyjątkowo silne tej nocy światło wpadało przez okna do izdebki, zdawało się plątać srebrem loki leżącego na białej poduszce chłopca. Malec oddychał niespokojnie i popłakiwał przez sen, raz po raz zaciskał piąstki, kopał, zrzucając z siebie okrycie i burząc prześcieradło.

Cienie wędrowały po podłodze i ścianach. Wiatr pędził chmury po niebie, bujał gałęziami drzew, snuł nitki zimna, przywoływał deszcz i groźne pomruki czekającej wśród górskich szczytów burzy. Mówiono, że w taki czas krążą po świecie upiory, a zmarłe przedwcześnie matki szukają swoich pozostawionych na ziemi dzieci. Wiedzie je tęsknota, dlatego pozwalają się prowadzić nawet złemu, niech by to był i didko1, perewerteń2czysam Pek3. Szczególnie łatwo dają się omamić pomanom4 i błudom5, które zwodzą je obietnicą wskazania drogi.

Źle zamknięte okno otworzyło się z trzaskiem. Chłopczyk, jeszcze nie do końca wybudzony ze snu, podreptał w jego stronę. Usłyszał wołanie. Głos wydawał się raz bliski, raz daleki, ale melodyjny i przyjemny:Oj, na hori stoi sadok, a w tim sadu sosna… Jakaź bo ja neszczasływa na tym świti zrosła…6.

Poszedł za tym śpiewem.

Ożyw obraz

1 bojk. rodzaj złośliwego demona, diabła

2 bojk. duch ludzkiej zguby

3 bojk. diabeł, jeden z najgroźniejszych i najokrutniejszych demonów

4 bojk. duchy ogłupiające człowieka, wywołują halucynacje

5 bojk. złośliwy duch nocny, plączący ludziom drogi

6 Tęskna pieśń ludowa do tańca zwanego kołomyjką. Cyt. za: Pieśni ludu ruskiego w Galicyi, tom 2, zebrał Żegota Pauli, Lwów 1840; tłumaczenie: „Oj, na wzgórzu stoi sad, a w tym sadzie sosna… Jakaż to ja nieszczęśliwa, że na tym świecie wyrosłam”.

Rozdział 1

Baligród, 27 października 1918 roku

– Wihtoryk propał!7

Dwa pełne emocji słowa pomknęły z siłą kamieni i w mig uciszyły graną przez kapelę muzykę, zgasiły gwar rozbawionych weselników. Mogło się wydawać, że nawet deszcz przestał padać, choć było to jedynie złudzenie, po prostu nie zwracali już na to uwagi. Bukowskiemu, chociaż nie rozumiał dobrze rusińskiego języka, widok pobladłej twarzy Sztefana powiedział wszystko. Wystraszony dopadł do chłopaka i chwycił go za ramiona, gotów choćby wytrząsnąć z niego pozostałe informacje. Podejrzewał najgorsze.

– Jak to zaginął? – Usłyszał za sobą głos Emilii.

Rzeczowy ton nieco ostudził rosnącą wściekłość Andrzeja.

– Mów! – ponaglił.

Tak jak poprzednio, niewiele zrozumiał, bo Sztefan zaczął opowiadać chaotycznie i szybko. Bogdan Poradowski odciągnął przyjaciela, żeby swoją natarczywością nie deprymował i tak już mocno zalęknionego parobka.

– Rano się zorientowali, że Wiktorka nie ma we dworze ani w obejściu. Sztefan z Liudą osobiście wszystkie chyże w przysiółku sprawdzili, a chłopi też się zorganizowali i szukają Wiktora wszędzie – zrelacjonowała Emilia.

Bukowski z trudem stłumił przekleństwo i powstrzymał cisnący mu się na usta komentarz, że służący pewnie zabawiał się z dziewką, to i nie wiedział, co się we dworze działo.

– Przecież sam nie mógł nigdzie daleko pójść! Jak go pilnowaliście? – wyrzucił z siebie, a z miny Sztefana natychmiast wyczytał, że ten dokładnie wiedział, co Andrzej miał na myśli.

Tej nocy ani przyszli małżonkowie, ani zaproszeni na zaślubiny goście nie nocowali w Roszkowie, dzień wcześniej wyjechali do Baligrodu, żeby nie wyruszać ciemnym rankiem i nie narażać się na zmienną pogodę. Dwuletni Wiktor nie zostałby we dworze pod opieką służby, gdyby nie stan jego zdrowia – chłopczyk cierpiał na rozstrój żołądka. Wprawdzie zioła podane przez Mykajłową zatrzymały biegunkę, ale malec był tak osłabiony gorączką i torsjami, że zdecydowano o konieczności wypoczynku. „Na uroczystości i tak by się nudził” – orzekła Felicja Roszkowska, w czym jednym głosem poparła ją Elwira Bukowska. Początkowo i Agata, i Mykajłowa na wyścigi się upierały, że zostaną, aby pielęgnować malca, ale w końcu dały się przekonać do wyjazdu. Emilia i Andrzej zdawali sobie sprawę, jak bardzo obie piastunki pragną wziąć udział w ich ślubie…

– Nikt obcy w obejściu nie był, psy nie szczekały. Sztefan też nic nie słyszał. – Emilia ponownie przetłumaczyła słowa wyraźnie przejętego służącego. – A w izbie, gdzie spał Wiktorek, okno otwarte zostało.

– To na pewno ten cholerny Zawada. Tylko jego zwierzęta znają, więc siedziały cicho – odezwał się Bogdan, który nie mógł zapomnieć zarządcy afektów, jakie czynił Annie. – A jak chciałem go bić, to mnie przytrzymałeś – wypomniał.

– Ludzi z wioski też znają, to mógł być każdy – przytomnie zauważył rzeczowo Andrzej. – Jadę do Roszkowa.

Po jego oświadczeniu zapanowało zamieszanie. Agata i Mykajłowa zgodnie popłakiwały nad złym znakiem, Witold Bukowski zadeklarował, że przyłączy się do poszukiwań, poparli go wujowie Emilii, Anna usiłowała uspokoić matkę, a Felicja dopytywała Sztefana o szczegóły. Na kilka minut utonęli wszyscy w kakofonii rozmów i nikt nie był w stanie podjąć żadnego konstruktywnego działania.

Strapiony tym wszystkim Andrzej zwrócił się do Emilii i bez słowa ją objął. Szukał w ten sposób siły i spokoju, bo sam nie mógł zebrać myśli. Niepokój o syna niemal go sparaliżował. Podjął wprawdzie decyzję, ale najprostszą, jaka przyszła mu do głowy. Wiedział, że nie spocznie, póki nie znajdzie Wiktora. A potem bezlitośnie policzy się z winnymi.

– Wybacz, nie potrafię teraz świętować – powiedział cicho.

W odpowiedzi żona wtuliła się w niego. Rozumiała. I tak jak mąż umierała ze strachu, czy malcowi nic się nie stanie. Ale równocześnie była zawiedziona, że nie będą wspólnie cieszyć się ze ślubu, że nie zatańczą, że Mykajłowa nie zaśpiewa dla młodej pary, bo przecież wszystko to było mniej ważne niż życie dziecka. Dlatego schowała twarz. Nie chciała, żeby Andrzej wyczytał rozgoryczenie z jej oczu. Żal i nagle rozbudzoną tęsknotę za utraconą córeczką.

– Nie sądzę, że to ktoś z wioski. Bogdan może mieć rację – szepnęła.

– Proszę państwa, proponuję wejść do środka, do zajazdu! – zagrzmiał Witold Bukowski, zirytowany, że wzbudzają zainteresowanie gapiów.

– Zapraszamy – dołączył do wezwania Andrzej.

Dopiero po słowach ojca się zorientował, że jego zachowanie pozostawiało wiele do życzenia. Zaraz odesłał muzykantów i kazał podawać obiad, następnie wziął żonę pod rękę, stanął u szczytu stołu, tak jak należy powitał gości, i dziękując im za przybycie na uroczystość, wzniósł toast.

Posypały się gratulacje, ciche jednak i blade, bo każdy był przejęty wieściami. Tylko Anna milczała. Od momentu, gdy usłyszała, co się stało, była jak skamieniała, a w jej uszach wciąż brzmiała groźba Pawla.

– Synu, może mimo wszystko powinieneś zostawić te poszukiwania panu Poradowskiemu? – Elwira z trudem przyjmowała fakt, że zaplanowany ze szczegółami dzień ślubu jej pierworodnego nagle się rozsypał. Chciała coś dopowiedzieć, ale wzrok Andrzeja skutecznie odebrał jej mowę.

Nikt więcej nie spróbował nakłonić młodego Bukowskiego, żeby został na własnym weselu, jego zacięte w gniewie usta i ściągnięte bólem brwi jasno sygnalizowały, że to nadaremne, i nawet Emilia nie miała zamiaru ingerować w to, co się działo. Pogodziła się z decyzją męża. Za to on zachęcił rodzinę, żeby się posiliła i bawiła, a potem dopiero przyjechała do roszkowskiego majątku na dalszą część gościny. Postanowił także, że sprawą zajmą się na razie sami z Bogdanem, pozostałych mężczyzn poprosił, aby sprawowali pieczę nad paniami.

– Proszę o zrozumienie, mój syn jest dla mnie równie ważny, jak moja żona. Ale Emilia będzie tutaj bezpieczna pod państwa opieką, a Wiktora musimy jak najszybciej odnaleźć – zakończył. – Mam szczerą nadzieję, że wieczorem zasiądziemy wspólnie do stołu, już w Roszkowie, dokąd jeszcze raz serdecznie zapraszam!

Nie czekał na żadną odpowiedź, czule, ale pospiesznie ucałował Emilię i wyszedł. Bogdan i Sztefan podążyli za nim. Sprowadzono już świeże wierzchowce.

– Sztefan, ten Zawada ma tu w mieście rodzinę? – Poradowski skończył sprawdzać uprząż przyprowadzonego mu postawnego ogiera.

Chłopak pokręcił głową i machnął ręką.

– Oni z Turzańska.

– Daleko to stąd?

– Kińmi to z hodynu bude. Zowsim w druhu storonu8. – Sztefan pokazał kierunek i tym razem zrozumieli go bez trudu.

– Zaprowadzisz nas?

– Boguś, ale po cholerę? – zaprotestował Andrzej. Był już gotów do drogi, chciał działać, a każda minuta zwłoki oddalała go od odnalezienia syna. – Jeśli Pawlo zabrał Wiktora, to raczej nie ukryje go w miejscu, które jako pierwsze przyjdzie nam do głowy. Musimy jechać do Roszkowa i szukać w pobliżu.

– Może i tak… – Poradowski nie wydawał się przekonany, ale porzucił pomysł.

– Czekajcie… Policję trzeba powiadomić. – W drzwiach karczmy pojawiła się Emilia.

Mężczyźni popatrzyli po sobie. Bogdan wzruszył ramionami.

– Na co oni nam teraz potrzebni? Jestem pewien, że to ten gad, a oni mogą marudzić, że to jedynie podejrzenie.

– To koledzy Franciszka. Pomogą. Ja z nimi porozmawiam – zripostowała dziewczyna.

Andrzej zacisnął szczęki. Cień Krajewskiego krążył nad nim jak widmo i nie dawał o sobie zapomnieć. Bukowski najchętniej poparłby zdanie Bogdana, ale nic się nie odezwał, pomny, jaką przykrość może tym sprawić żonie. Za to jego przyjaciel nie miał takich dylematów.

– Z całym szacunkiem, ale będzie na to czas później. Andrzej, teraz trzeba nam działać, i to bystro. Sztefan! W konie! – zakomenderował, jakby byli jego oddziałem, i wskoczył na siodło tak szybko, że Emilia nie zdążyła mu nic odpowiedzieć.

Bukowski natychmiast do niego dołączył. Pogalopowali w stronę wyjazdu z miasteczka, gnani wściekłością i gotowi niemal na wszystko. Pędem minęli ostatnie zabudowania, ale nie ujechali daleko. Bogdan nagle gwałtownie spiął wierzchowca, niemal osadzając go w miejscu, i zeskoczył, a z jego ust wyrwało się paskudne przekleństwo. Andrzej nie od razu się zorientował, co spowodowało taką reakcję kolegi. Zatrzymał swojego konia i dopiero po chwili dostrzegł, że Poradowski podbiegł do idącego środkiem drogi Pawla Zawady. Były zarządca majątku wyglądał, jakby ostatnie godziny spędził w karczmie, o czym świadczyły nie tylko nieco rozchełstana koszula, potargana, sklejona deszczem czupryna i mętne spojrzenie, ale również chwiejny krok mężczyzny.

Sztefan, mimo że zdezorientowany zachowaniem „państwa”, przytomnie nie dopuścił, żeby pozostawione samopas wierzchowce gdzieś odbiegły. Bogdan dopadł do Zawady i jednym ruchem powalił go na ziemię. Pawlo upadł na plecy i jęknął głucho, nie do końca jeszcze rozumiejąc, co się stało.

– Szo za chriń?!9 – wymamrotał.

– Jak ci zaraz dam chriń, to do końca świata będziesz pamiętał!Mów, parchu, gdzie jest Wiktor? – Bukowski bez pardonu zdzielił Ukraińca w twarz, a Poradowski przygwoździł go, uniemożliwiając wstanie.

– Wiktor? A co on mnie obchodzi? – Zawada oprzytomniał i szarpnął się w uścisku.

Splunął przy tym, Bogdan w ostatniej chwili zrobił unik, ale nie puścił uwięzionego.

– Mów, dobrze ci radzę.

– Pieprzone Lachy10! Nic nie mam do waszego chłopaczka. Widpusty mene!11

Przyjaciele wymienili spojrzenia. Żaden z nich nie uwierzył w deklaracje Pawla. Zastanawiali się, w jaki sposób najskuteczniej i najszybciej wycisnąć z niego informacje…

– Co tu się dzieje?

Nieznajomy męski głos, przyzwyczajony do posłuchu, sprawił, że zarówno Andrzej, jak i Bogdan odruchowo spojrzeli w kierunku przybysza. Policyjny mundur trochę ich uspokoił, co przynajmniej chwilowo uchroniło Pawla przed kolejnymi ciosami.

– Panie Wachtmeister12, żądam, by aresztować tego człowieka – stwierdził Bukowski.

– Proszę wstać i okazać dokumenty.

Poradowski niechętnie uwolnił Zawadę, zachowując przy tym czujność, ale – ku jego zdziwieniu – Ukrainiec nie zamierzał uciekać. Otarł krew z rozciętej wargi i stanął spokojnie. Pełen nienawiści wzrok, jakim mierzył swoich adwersarzy, świadczył, że nie zamierza puścić zniewagi płazem.

Padający nadal deszcz zdążył już zmoczyć wszystkim ubrania i włosy, ale podszyty wilgocią chłód zdawał się nie mieć dostępu do rozgrzanych konfliktem mężczyzn, pozostających w gotowości do walki.

– Co tu zaszło? – dopytywał policjant.

– Zaginął mój syn i mam powody sądzić, że ten człowiek ma z tym wiele wspólnego – westchnął Andrzej.

– W takim razie proszę się udać ze mną na posterunek i złożyć wyjaśnienia – padła rzeczowa, a zarazem flegmatyczna odpowiedź.

Bukowski żachnął się, bo każda minuta zwłoki wydawała mu się przybliżać niebezpieczeństwo grożące Wiktorowi. Już miał coś powiedzieć, ale Pawlo był szybszy.

– Znowu to samo? Winien bez dowodów? Na jedno słowo Lacha? – warknął, zaciskając pięści. – Niedoczekanie!

Z impetem odepchnął stojącego najbliżej Andrzeja i zerwał się do biegu, szybko jednak udaremnionego przez Bogdana i wachmistrza. Zawada jeszcze przez kilka chwil szamotał się, bezładnie rozdzielając ciosy i rzucając ukraińskie przekleństwa, ale szanse miał znikome. Wkrótce leżał obezwładniony w błocie pokrywającym plac. Było jasne, że próbą ucieczki i walką z policjantem zapewnił sobie przynajmniej oskarżenie o napaść na funkcjonariusza i kilka dni odsiadki.

– Nic nie wiem o tym dzieciaku! – krzyknął.

– Wytłumaczysz się na posterunku.

– Nic nie zrobiłem, nie macie prawa jedynie na podstawie słów tych dwóch paniczyków mnie aresztować! – protestował, plując z wściekłości.

– Zamknij się! – nie wytrzymał Andrzej. – Powiedz, gdzie Wiktor, a pójdziesz wolno.

– Nic nie wiem!

Panujące zamieszanie wzmogła jeszcze Liuda. Narzeczona Sztefana nadjechała na spienionej klaczy, którą zatrzymała przed Andrzejem, i ciężko dysząc, wysapała:

– Wihtoryk wernuł sia domił!13

– Co? Gdzie był? Mów, kobieto!

Ale pospieszne tłumaczenie Liudy początkowo na niewiele się Bukowskiemu zdało, bo tak jak i Sztefan w silnym wzburzeniu posługiwała się wyłącznie językiem rusińskim, więc zrozumiał coś o jakiejś babie, lesie i spaniu, a nic z tego nie złożyło mu się w logiczną całość. Dopiero pomoc wachmistrza rozjaśniła, co się wydarzyło.

– Ona twierdzi, że dzieciak musiał zabłądzić w lesie i spotkała go kobieta, która mieszkała w schronie po żołnierzach, dobrze ukrytym, dlatego późno go znaleźli. Chłopi mówią, że obłąkana, ale malca nie skrzywdziła. Chory był, dała mu coś, jakieś jagody, po których spał – relacjonował.

– Jaka kobieta? – jęknął Andrzej, przytłoczony niepokojem, że nieznajoma zaszkodziła jego synowi.

– Halyna Haburowa – dopowiedział Sztefan, jakby nieco zdziwiony czy zły, że nie wpadł na to wcześniej. Być może wiedział, że wspomniana kobieta przebywa blisko majątku.

– Znana jest w okolicy. Tu, w Baligrodzie, mieszkała. Moskale zabili jej męża i dzieci małe, zaraz na początku wojny, i rozum jej odjęło. – Policjant wydawał się dobrze poinformowany. – Błąka się po lasach i wioskach, szuka tych dzieciaczków. W mieście i w okolicy wszyscy ją znają, latem nikomu nie przeszkadza, jeść zawsze w jakiejś chyży dostanie, a na zimę ludzie ją do rodziny przywożą, żeby nie zamarzła gdzieś w lesie. Ale dotąd nie zapuszczała się tak daleko.

Bogdan z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Ale co Wiktorek w lesie robił? – spytał przytomnie.

Liuda i Sztefan jak na komendę rozłożyli ręce.

Tymczasem Zawada, któremu wachmistrz pozwolił wstać, poprawiał ubranie i popluwając na ziemię, mierzył rozmawiających pełnym niechęci spojrzeniem. Nie próbował uciekać, zresztą mundurowy trzymał go mocno za ramię.

– Durne Lachy – mruknął, wycierając wąsy. – Zapamiętam wam to.

– Jeżeli cokolwiek się stanie mojemu synowi, ciebie pierwszego znajdę – wycedził Andrzej.

Może doskoczyłby jeszcze do Ukraińca, ale tym razem to Bogdan przytrzymał jego. Uznał, że w obecności Wachtmeistra lepiej nie wszczynać bójek, bo gotów ich aresztować.

– Wracajmy powiadomić wszystkich, że Wiktor w domu – napomniał.

– Ty jedź. Będę na was czekał w majątku. Muszę jak najszybciej zobaczyć synka – zdecydował Bukowski.

Ożyw obraz

7 bojk. Wiktorek zaginął!

8 bojk. Końmi z godzinę będzie. Zupełnie w drugą stronę.

9 ukr. Co, do cholery?!

10 Pogardliwe określenie Polaków.

11 ukr. Puść mnie!

12 niem. wachmistrz

13 bojk. Wiktorek wrócił do domu!

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Cykl „Saga bieszczadzka”

Strona redakcyjna

Streszczenie tomu 1

Prolog

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Cover

Strona tytułowa

Prawa autorskie