52,99 zł
Zawsze jest czas, by rozpocząć nowe życie. Nawet jeśli czasem tego nie chcemy, warto zaryzykować. Bo szczęście i miłość mogą czekać tuż za rogiem.
W wyniku perfidnej intrygi kolegi z pracy, Alicja zostaje pozbawiona prawa wykonywania zawodu. Jako lekarka nie może się z tym pogodzić. Jednak nie pozostaje jej nic innego, jak zupełnie zmienić swoje życie. Przenosi się do małego miasteczka w Karkonoszach. Tam, wśród pięknych górskich pejzaży, pragnie uporządkować swoje życie. Wynajmuje mały drewniany domek, przygarnia psa Mądralę i kota Narzekalskiego i podejmuje pracę w lokalnej restauracji. Ale zamiast upragnionego spokoju na jej drodze stają dwaj, zupełnie od siebie różni, mężczyźni. Zakochuje się w niej sympatyczny alpinista, Kostek, jednak jej serce może skraść ktoś inny. Chociaż Alicja nie myśli o nowej miłości, los ma dla niej inne plany.
Który z mężczyzn zdobędzie serce Alicji? Jak potoczą się dalsze losy niesłusznego oskarżenia i niesprawiedliwego wyroku skazującego? Jaką rolę w życiu Alicji odegra mała dziewczynka z patologicznej rodziny?
W malowniczych Karkonoszach, wśród życzliwych mieszkańców małego górskiego miasteczka, życie toczy się swoim torem.
Dajcie się ponieść pięknej opowieści o trudnych wyborach i poszukiwaniu szczęścia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 353
Rok wydania: 2026
Copyright © by Katarzyna Janus, 2019
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2020
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie II, Poznań 2026
Projekt okładki: Maciej Szymanowicz
Redakcja, korekta i skład: Od słowa do słowa
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-002-8
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Książkę tę dedykuję tym, którzy stracili nadzieję. Pamiętajcie, wszystko się jeszcze może zdarzyć, bo… WSZYSTKO JEST MOŻLIWE!
***
Wyszła przed dom, trzymając w dłoniach kubek z gorącą herbatą, której aromat przyjemnie drażnił nozdrza. Zanurzone w bursztynowym płynie plasterki pomarańczy, paseczki imbiru i szczypta cynamonu oraz pływający po wierzchu goździk przywoływały Alicji na myśl święta Bożego Narodzenia w jej rodzinnym domu, w czasach kiedy jeszcze wszystko było proste, kiedy świat wydawał się szczęśliwy. Kiedy myślała, że tak już będzie zawsze, i miała poczucie, że nic złego jej w życiu nie spotka. Jednak wyszło, jak wyszło… Czy była nieszczęśliwa? W gruncie rzeczy trudno powiedzieć. Czasem to złe, co spotyka nas w życiu, w ostatecznym rozrachunku wychodzi nam na dobre.
Rozejrzała się wokoło. Słońce powoli chowało się za widoczne w oddali góry. W dolinie zapanowała już szarość zasnuta przez wczesnojesienną mgłę, ale zbocze, na którym się znajdowała, nadal oświetlały czerwienie i żółcie zachodzącej ognistej kuli. Poczuła na twarzy jej ciepło. Przysiadła na starej drewnianej ławeczce. Dawno temu któryś z poprzednich właścicieli domostwa ulokował ją przy samej ścianie zbudowanej z kamienia i cegły, które to nagrzane za dnia wieczorem oddawały swoją energię. Musiał dobrze wiedzieć, że miejsce jest zaciszne i roztacza się z niego zapierający dech w piersiach widok. Przymknęła powieki, poddając się rozchodzącemu po ciele ciepłu. Pociągnęła łyk aromatycznego napoju, westchnęła z lubością. Wokoło panowała cisza. Żadnych rozmów, żadnej muzyki, odgłosów ruchu ulicznego. Nic… Tylko szum wiatru i od czasu do czasu radosny świergot ptaka zaznaczającego wszem wobec swoją obecność.
Stary mały domek, który wynajmowała od kilku miesięcy, stał na obrzeżach niewielkiego karkonoskiego miasteczka. Miała wprawdzie wokoło sąsiadów zamieszkujących podobne poniemieckie wiejskie domy, ale nie przeszkadzali sobie wzajemnie. Wystarczająca odległość zapewniała im intymność. A z miejsca, w którym się właśnie znajdowała, miała już tylko widok na góry. I siedząc tutaj w porze, kiedy dzień ustępuje zmierzchowi, mogła sobie wyobrażać, że jest sama na świecie, a problemy po prostu nie istnieją.
Mądrala i Narzekalski, dwaj jej wierni przyjaciele, wiejskie znajdy, które przylgnęły do niej wkrótce po tym, jak wprowadziła się do starego domu, jak zwykle rozłożyły się bezczelnie u jej stóp, wygrzewając się w cieple ostatnich chwil popołudnia. Kot i pies. Kota nazwała Narzekalskim, bo miał w zwyczaju miauczeć, wydając przy tym odgłosy, jakby biadolił, skarżył się na coś i miał pysk pełen klusek. Znalazła go z przetrąconą łapką, nie był w stanie chodzić i zdechłby z pewnością, gdyby nie jej pomoc. Na szczęście miejscowy weterynarz szybko poradził sobie z tym problemem. Teraz kocur czasami utykał na chorą nogę, zazwyczaj kiedy pędził przed siebie po nierównym terenie. A Mądrala? Tego zwierzaka z kolei znalazła w lesie, zdychał z głodu przywiązany metalową linką do drzewa. Nie obyło się bez kroplówek, ale już po kilku dniach był jak nowo narodzony. W jego spojrzeniu było tyle mądrości, tyle zrozumienia, że czasami miała wrażenie, iż czyta w jej myślach. Co by zrobiła bez tych wiernych towarzyszy? Kiedy płakała po nocach, nowi przyjaciele po cichutku wdrapywali się do jej łóżka. Najpierw właził kocur Narzekalski i przebierając delikatnie łapkami, mościł się w jej stopach. Gdy w końcu znieruchomiał, do szturmu przystępował dzielny Mądrala, superpies rasy kundel, z rudą sierścią tu i ówdzie umazaną smołą czy czymś podobnym, zupełnie niedającym się usunąć, i wykonawszy szybkie dwa piruety, natychmiast układał się tuż przy Narzekalskim. I tak nieruchomo spędzali noc razem ze swoją panią, nie zmieniając pozycji do samego ranka, prawdopodobnie w obawie, że zostaną natychmiast sprowadzeni do poziomu podłogi i skierowani na swoje wspaniałe legowiska, które ich opiekunka własnoręcznie uszyła im ze starych gałganków.
Gdy tu przyjechała, była wrakiem człowieka. Fizycznie i psychicznie. Bezustannie miała wrażenie, że tonie na płyciźnie i nic ani nikt nie jest w stanie jej uratować. Schudła w ciągu trzech miesięcy siedem kilo, nie spała po nocach, jadła tylko wtedy, kiedy robiło się jej słabo lub ból żołądka stawał się tak dokuczliwy, że uniemożliwiał jako takie funkcjonowanie. Ale to miejsce podziałało na nią jak najlepsze lekarstwo, jak niezastąpiona psychoterapia. Już po miesiącu pobytu tutaj zaczęła przybierać na wadze, coraz rzadziej nękały ją nocne koszmary. Powoli odzyskiwała równowagę.
Z upadku można się przecież tylko podnieść…
Straciła poczucie czasu. Działo się tak za każdym razem, kiedy zmęczona po całym dniu pracy siadała na swej ulubionej ławeczce i odpływała w inny wymiar. Odzyskiwała poczucie rzeczywistości dopiero wówczas, gdy wieczorny chłód przenikał na wskroś jej ciało, wdzierał się pod ubranie. Nawet szal ani koc, którymi się zazwyczaj otulała, nie stanowiły dla zimna wystarczającej bariery. Wstawała wtedy z niechęcią, opatulała się miękką wełną i z pustym już kubkiem wchodziła do domu, po czym zamykała za sobą drzwi, ciężki żelazny klucz przekręcając zawsze dwa razy.
Czy można zacząć wszystko od nowa? Czy to się uda? Czy można bezpowrotnie odciąć się od poprzedniego życia i nigdy do niego nie wracać? Nawet w myślach? Nawet w snach? Ona tak zrobiła, ale czy rzeczywiście? Bezpowrotnie i nieodwołalnie?
Taką miała nadzieję.
Szósta rano.
Restauracja zaczynała tętnić życiem. Nosiła nazwę Strome Zbocze, była bowiem zlokalizowana na obrzeżach miasteczka. Miejscowość licznie odwiedzali turyści – zimą dzięki wyciągom narciarskim, w pozostałych porach roku z powodu wyśmienicie przygotowanych tras rowerowych i to zarówno tych dla wyczynowców, jak i dla zwykłych rowerzystów. Piechurzy także mieli tutaj co robić. Od strony szutrowej drogi gospoda wydawała się parterowym drewnianym budynkiem krytym gontem, ale od strony zbocza miała aż trzy poziomy z imponującym tarasem na najwyższym piętrze, z którego roztaczał się piękny widok na Karkonosze. Jednak nie tak urokliwy jak ten, który Alicja podziwiała co wieczór, odpoczywając na ławeczce przed swoim domem.
Alicja zaparkowała obok restauracji znaleziony w drewutni stary rower, który samodzielnie wyszykowała – wyczyściła, naoliwiła, założyła nowy łańcuch oraz opony. Teraz jeździł jak trzeba i mogła codziennie pokonywać nim pięć kilometrów w jedną stronę. Rano trasa nie stanowiła problemu, znaczna jej część prowadziła z górki, gorzej było wieczorami, kiedy wracała zmęczona wielogodzinną pracą, w większości wykonywaną w pozycji stojącej. Wówczas różnica poziomów momentami zdawała się nie do pokonania. Ale cóż… Nie miała wyjścia, jakoś musiała dotrzeć do domu, a autobus przejeżdżał tą trasą jedynie trzy razy w ciągu dnia, i w dodatku nigdy w dogodnych dla niej godzinach. Jednak dopatrzyła się także pozytywów tej sytuacji. Czuła się zdecydowanie silniejsza, jej mięśnie nie były już tak sflaczałe, miała ładną sylwetkę, poprawiła się wydolność jej organizmu i ogólnie po prostu była zdrowsza.
– Cześć! – rzuciła w przestrzeń, wchodząc do kuchni.
Przemierzyła pomieszczenie szybkim krokiem i zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi prowadzące do małej szatni dla pracowników – kucharzy, kuchcików i pomocników kuchennych, czyli dla niej. Jako jedyna stała tutaj na najniższym szczeblu restauracyjnej hierarchii. Niżej od kuchcika. Miała etat na zmywaku. Praca jak każda inna. Trudno było oczekiwać, aby dawała jej szczególną satysfakcję, ale przynajmniej zarabiała dzięki niej minimum krajowe, które pozwalało przeżyć od pierwszego do pierwszego. Było też kilka plusów – mogła dorabiać nadgodzinami, nie wydawała prawie nic na jedzenie i nie zżerał jej stres. Poza tym w obecnym stanie ducha nie byłaby chyba zdolna do wykonywania żadnej bardziej odpowiedzialnej profesji. A już na pewno nie wyuczonej. Zresztą… tej nie było jej wolno uprawiać przez najbliższe dwa lata. I dobrze…
Nie zależało jej!
Szybko przebrała się w swój uniform. O ironio! Nie różnił się zbyt wiele od jej poprzedniego roboczego ubioru. Białe płócienne spodnie, biały kubraczek, biała chustka zawiązana z tyłu głowy stanowiły w ostatnim miesiącu jej codzienny strój przez większość dnia. Tylko zadania do wykonania miała zaiste inne. Ale cóż… Nie zawsze człowiek jest panem swego losu. Czasami ten los decyduje za nas, zupełnie wbrew naszej woli, nie po naszej myśli. I nie jesteśmy zazwyczaj w stanie temu zaradzić.
Od strony kuchni docierała do niej hałaśliwa muzyka. Ostatnio niezbyt dobrze tolerowała takie głośne dźwięki. Męczyły ją. Zdecydowanie wolała ciszę wypełniającą jej mały domek. Gdyby tylko mogła, nie ruszałaby się z niego na krok. Jednak nie było to możliwe. Musiała za coś opłacić czynsz, zrobić zakupy czy po prostu mieć na inne potrzebne wydatki. Nie były to wielkie kwoty, ale z poprzedniego życia nie pozostały jej żadne oszczędności. Musiała zarabiać, aby przetrwać. A że potrzeby miała niewielkie, wystarczała jej minimalna pensja.
Sprawnie narzuciła na wierzch mundurka ciemnogranatowy fartuch i przewiązała dwukrotnie wokół talii zdecydowanie za długi pasek. Szybkim ruchem wcisnęła pod chustkę niesforne kosmyki włosów i energicznym krokiem weszła do kuchni. Kilka osób z personelu krzątało się już wokół metalowych szafek, obficie zastawionych przywiezionymi przed chwilą przez szefową artykułami. Ta była na nogach najwcześniej ze wszystkich. Codziennie skoro świt jechała na targ do sąsiedniej miejscowości, skąd przywoziła wyśmienite świeże produkty prosto od samych rolników, czyli z pierwszej ręki. A że była jednocześnie właścicielką tego przybytku, targowała się jak mało kto. Jednak rolnicy już ją dobrze znali, zaopatrywała się przecież u nich od niemalże piętnastu lat. Wiedzieli, że jeżeli raz ją zawiodą, nie wróci do nich już nigdy i stracą jednego ze swoich najlepszych klientów.
Maria Baran przed miesiącem skończyła sześćdziesiąt lat i czuła się już zmęczona prowadzeniem takiego stylu życia. Kochała swoją pracę, ale ileż można? I dla kogo? Była na tym świecie sama jak palec. Mąż zmarł przed sześcioma laty z powodu niewydolności nerek, dzieci nigdy nie miała, rodzice nie żyli już od dawna, jej jedyna siostra wyprowadziła się na inny kontynent. Dla kogo więc miała się tak zaharowywać? Komu zostawi to wszystko? Opowiadała o tym wielokrotnie swemu personelowi podczas wspólnej pracy w kuchni. To oni byli dla niej rodziną. Jedyną, jaką miała. No, może oprócz siostrzeńca, ale jego ciągle gdzieś gnało po świecie. Dlatego przed miesiącem posłała do lokalnych gazet ogłoszenie, że przyjmie nowego szefa kuchni. Ona zamierzała zająć się jedynie marketingiem i sprawami logistycznymi. I wreszcie trochę odpocząć. Mieć czas na przeczytanie książki, obejrzenie filmu… Na podróżowanie. Zawsze marzyła o dalekich ciepłych krajach, lecz praca wypełniała jej całe życie. Ale teraz postanowiła powiedzieć „dość” i wreszcie to zmienić. Miała pieniądze (aż nadto), była zdrowa, wyglądała też niczego sobie jak na swój wiek, dlaczego więc nie miałaby zaznać odrobiny szczęścia? Wprawdzie nie da się zacząć życia od nowa, ale granica młodości przesuwa się wraz z wiekiem.
Czuła się wystarczająco młoda, żeby jeszcze zaszaleć.
Jej restauracja była lokalem bardzo popularnym w okolicy. Nie tylko wśród mieszkańców, lecz także turystów. Ci niejednokrotnie zbaczali wiele kilometrów z wyznaczonej trasy, żeby tylko spróbować jej słynnych potraw – barszczu ukraińskiego z czarną fasolą na kiszonych przez nią samą burakach, żuru na kiełbasie z dzika z dodatkiem prawdziwków i świeżo startego chrzanu, giczy cielęcej glazurowanej w miodzie z sosem borówkowym, ciasta cytrynowego z prażonymi migdałami i wielu, wielu innych smakowitości, o których było głośno na całym Dolnym Śląsku. I nie tylko.
Na razie zgłosiło się pięciu kandydatów, trzy kobiety i dwóch mężczyzn, ale pozostawiła sobie jeszcze dwa tygodnie na podjęcie decyzji. Szczerze mówiąc, myślała, aby ster oddać mężczyźnie, ale płeć nie była tu priorytetem. Liczyły się oczywiście doświadczenie, osiągnięcia, popularność… I talent, ma się rozumieć. Jednak byłoby miło współpracować z facetem, a nie z kolejną kobietą. Wśród ośmiu osób zatrudnionych w kuchni było zaledwie trzech mężczyzn, i to niewiele jeszcze umiejących młodzików, raczkujących dopiero w sztuce kulinarnej. No… może poza jednym.
Alicja spojrzała serdecznie na krzątającą się szefową. Lubiła tę kobietę. Darzyła ją szacunkiem, uwielbiała jej potrawy i podziwiała ją za życiowe osiągnięcia. Maria była drobnej budowy. Miała jasnobrązowe włosy, które zazwyczaj wiązała w krótką kitkę. Jej uszy zdobiły zawsze te same srebrne kolczyki w kształcie kuleczek, oprócz nich nie nosiła żadnej innej biżuterii. Zresztą chyba była minimalistką. Charakteryzował ją zawsze prosty, acz elegancki ubiór i poza wspomnianymi kolczykami nie używała dodatkowych ozdób – apaszek, falbanek, koronek. Jednak mimo to, a może właśnie dzięki temu, miała klasę. To coś, co wyczuwało się już od pierwszych chwil spędzonych w jej towarzystwie.
– Dzień dobry – odezwała się Alicja, mijając panią Marię i podchodząc do swojego miejsca pracy – ocynkowanego nowoczesnego zmywaka z zainstalowaną obok profesjonalną zmywarką. Pomimo wczesnej pory w zlewie piętrzyła się sterta brudnych naczyń. Nie zwlekając, zaczęła spłukiwać resztki i wkładać talerze do komory urządzenia. Na szczęście muzyka w radiu zmieniła się na spokojniejszą.
– Witaj, Alicjo! – Szefowa uśmiechnęła się serdecznie. – Mam dla ciebie specjalne zadanie. – Mówiąc to, odłożyła na blat dwa dorodne brokuły i podeszła do swojej pracownicy. – Nie zdążyłam odebrać serów z Teodorówki. Zeszło mi rankiem tyle czasu na targu, musiałam długo czekać na dostawę potrzebnych mi na dzisiaj produktów, że na sery zwyczajnie już mi go nie starczyło. Chciałabym, żebyś po nie pojechała.
– A co ze zmywakiem? – zapytała zaskoczona Alicja. Nigdy dotąd nie powierzano jej innych obowiązków.
– Poradzimy sobie przez te półtorej godziny, nie martw się. Tyle czasu powinno ci wystarczyć. Twoje obowiązki przejmie Bartek. – W tym momencie spojrzała na młodego chłopaka z kręconymi włosami przewiązanymi czerwoną bandanką, a on kiwnął głową w stronę Alicji, uśmiechając się szeroko i prezentując doskonały rząd białych równiutkich zębów.
Lubiła tego młodzika. Jako pierwszy z załogi się nią zaopiekował. Pokazał wszystko w kuchni, poinformował, co i jak funkcjonuje, zabawiał ją przy tym z zapałem, zauważywszy jej przygnębienie. Miał dwadzieścia trzy lata i od roku pracował jako pomocnik kucharza. Był jednak utalentowany, Alicja zdołała się już o tym przekonać. A i szefowa powierzała mu kolejne obowiązki – coraz więcej potraw przygotowywał samodzielnie.
– Przepraszam, że nie powiedziałam ci o tym od razu – kontynuowała pani Maria. – Niepotrzebnie się przebierałaś, ale ten pomysł wpadł mi do głowy dopiero przed chwilą. Myślałam, że dam radę sama wszystko załatwić, ale nijak nie jestem w stanie zdążyć. A pamiętasz, że dzisiaj mamy to firmowe spotkanie dla inżynierów? Zaczyna się już o szesnastej. Wprawdzie pierwsze w planie są wykłady, jednak i tak na tę godzinę musi być już gotowy zimny bufet z przekąskami.
– Nie ma sprawy, szefowo. Chętnie pojadę. – Alicja uśmiechnęła się do swej rozmówczyni.
– Masz prawo jazdy?
– Jasne!
– Weź zatem mojego jeepa, kluczyki leżą na biurku. Przynieś też jakąś kartkę i długopis, napiszę ci adres. Wpiszesz sobie w GPS i nie powinnaś mieć problemu z trafieniem na miejsce. Od głównej drogi prowadzą na farmę drewniane drogowskazy, nie sposób ich przeoczyć. Odbierzesz trzy albo cztery skrzynki z serami, właściciel wszystko ci zapakuje do bagażnika, nie musisz niczego dźwigać. A jak wrócisz, Bartek albo Kuba rozpakują towar. I nie trzeba płacić, rachunki reguluję na koniec miesiąca.
Po kilku minutach Alicja stała już na parkingu przed restauracją i przez moment podziwiała samochód szefowej. Jeep wrangler… Uwielbiała te auta. Od dawna marzyła o takim pojeździe, ale niestety, jak dotąd nie było jej na niego stać, pozostawał w sferze marzeń. A teraz… na zmywaku mogła co najwyżej zarobić na zabawkę miniaturę, a nie na oryginał. Obeszła go wokoło, delikatnie dotykając czerwonej karoserii, czarnych masywnych nadkoli, spojrzała na „uśmiechnięty” grill, pogładziła przedni reflektor, który niczym oko spozierał na nią zawadiacko. Auto było wprawdzie zabłocone, jakby pani Maria jeździła nim po sudeckich bezdrożach, ale i tak prezentowało się pięknie. A może właśnie dlatego…
Alicja wiedziała, że to kultowa, jedna z najpopularniejszych i najbardziej wytrzymałych terenówek na świecie, która przez kilkadziesiąt lat nieznacznie tylko zmieniła swój wygląd. Co tu dużo mówić – ikona w swojej klasie. Z czcią zajęła miejsce za kierownicą, przekręciła kluczyk w stacyjce i usłyszała cichy pomruk pracującego silnika. Wpisała w GPS adres, po chwili na ekranie wyświetliła się trasa. Włączyła radio. Paweł Domagała śpiewał swoim ciepłym głosem:
Powiedz, że mnie kochasz
Nie żałujesz żadnej z chwil
Obudź w środku nocy
Wtul się we mnie z całych sił
Uchyliła okno i poczuła na twarzy przyjemny powiew wiatru. Słońce już coraz mocniej przygrzewało o tej porze wiosennego dnia. Gdyby nie fakt, że właśnie prowadziła samochód (na dodatek nie swój), z lubością przymknęłaby oczy i poddała się błogiemu ciepłu. Droga wiła się łagodnymi zakolami, systematycznie się wznosząc. Po chwili osiągnęła szczyt i wtedy Alicję otoczyły niesamowite, spektakularne widoki. Poczuła, że jej dotychczasowe zmartwienia, życiowe porażki odpływają gdzieś w niebyt, stają się zupełnie nieważne wobec takiego piękna nieprzewidywalnej natury.
Zewsząd okoliła ją soczysta wczesnowiosenna zieleń traw i drzew pięknie opromienionych migotliwym światłem porannego słońca. Wszystko zdawało się aż kipieć niecierpliwie, aby wybuchnąć w pełnym rozkwicie. Alicja także poczuła przypływ pozytywnej energii. Bo jakże mogłoby być inaczej, kiedy wokoło taka wiosna…
I nawet ten słońca brak
Nie boli tak
Bo jestem ja
Wystarczę ja
I ta cudowna piosenka…
Zatrzymała samochód w niewielkiej zatoczce utworzonej na szczycie wzniesienia.
– Wow! – wyrwało się z jej piersi.
Wysiadła i rozejrzała się z zachwytem, podziwiając wspaniałe widowisko rozległej górskiej panoramy. Niżej rozciągały się polany reglowe, czyli po prostu hale w przeplatających się odcieniach seledynowej, pistacjowej i miętowej zieleni. Wypasały się na nich stadka owiec, z tej odległości widoczne jako białe punkciki, przywodzące na myśl cząstki popcornu rozsypanego na trawiastozielonym suknie. Nad głową Alicji rozpościerał się niczym nieskażony wielki błękit.
Po drugiej stronie wzgórza wiła się droga prowadząca w dół wprost do farmy – celu podróży. Kobieta rozejrzała się jeszcze dookoła, wdychając głęboko rześkie powietrze, ale nie mogła dłużej marnotrawić czasu na podziwianie tych bajecznych widoków. Miała zadanie do wykonania, a potem czekała na nią praca w restauracji. Jej ukochany zmywak!
Wsiadła z powrotem do jeepa i wolno zjechała szosą, by po kilku minutach znaleźć się w urokliwym miejscu. Zaparkowała samochód przed starym drewnianym domostwem i wysiadła, rozglądając się z ciekawością. Wokoło panowała niczym niezmącona cisza, nie było żywej duszy. Alicja przyjrzała się domowi, który natychmiast ją zauroczył. Siedlisko zbudowano z drewnianych bali ułożonych na kamiennej podmurówce. Widać było na nim ząb czasu. Komin z brązowej cegły dumnie wieńczył dwuspadowy dach kryty drewnianym gontem. Pośrodku dachu znajdowało się okno w kształcie bawolego oka i przez moment odniosła wrażenie, że to okno-oko uważnie ją obserwuje, jednak po chwili roześmiała się sama do siebie. Do budynku przynależał ganek, obficie obrośnięty jakimś pnączem, które teraz zaczynało nieśmiało wypuszczać soczystozielone listki. Brąz starego drewna ożywiały okiennice ozdobione czerwonymi góralskimi ornamentami. Takie same wzory okalały okna.
Dom był cudny! Zupełnie jak nie z tej epoki. Niczym z bajki!
– Halo! – zawołała. – Jest tu kto?
Nikt nie odpowiedział. Weszła na ganek i zastukała żelazną kołatką w masywne dębowe drzwi. Nadal nie było żadnego odzewu. Usiłowała zajrzeć do wnętrza przez niewielkie okno znajdujące się obok wejścia, ale nie udało się jej dostrzec niczego oprócz fragmentu komody oraz skrawka podłogi ułożonej z cegieł. Zrezygnowana zeszła po drewnianych schodach i usiadła na ławce tuż obok nich. Wyjęła z kieszeni telefon i zadzwoniła do szefowej.
– Pani Mario, tutaj nikogo nie ma – odezwała się niepewnie. – Czy mam czekać na właściciela?
– Na pewno jest w serowarni. Zadzwonię do niego, zaraz do ciebie przyjdzie. Gdzie jesteś?
– Siedzę na ławce przed domem.
– Dobrze. Zostań tam i czekaj – odpowiedziała szefowa i natychmiast się rozłączyła.
Alicja rozparła się wygodniej na siedzisku, oparła głowę o ciepłe drewno, przymknęła oczy i poddała się rozgrzewającym promieniom słońca. Pomyślała, że to dobrze, iż los rzucił ją w te strony. Wyciszyła się, uspokoiła, zaczynała być tu po prostu szczęśliwa. Po chwili z oddali dotarło do niej ujadanie psa. Otworzyła oczy, przysłaniając je jednocześnie dłonią przed rażącym światłem, i spojrzała w stronę, z której dochodził dźwięk.
Najpierw ujrzała psa rasy border collie, raz po raz podskakującego radośnie, z powiewającą na wietrze sierścią i uśmiechniętym pyskiem. Pomyślała, że pasowałby do jej zwierzyńca, z pewnością zaprzyjaźniłby się z jej towarzyszami niedoli. Nadal osłaniała dłonią oczy, ochraniając je przed oślepiającym słońcem, i przyglądała się pędzącemu czworonogowi. Nie budził jej strachu. Czuła, wiedziała, że nie zrobi jej krzywdy. I kiedy po chwili zwierzę dopadło jej kolan, merdając radośnie ogonem i zapamiętale oblizując jej dłonie, zrozumiała, że się nie pomyliła. W tym momencie usłyszała przenikliwy gwizd i zza rogu budynku, prawdopodobnie szopy, wyłonił się gospodarz. Alicja przyjrzała się mu i poczuła, jakby właśnie zobaczyła coś nadzwyczajnego.
Był jak nie z tego świata! Rosły facet wyglądał jak kowboj z westernu. Szedł krokiem Johna Wayne’a. Ubrany w wytarte dżinsy, kurtkę z brązowej skóry, z kowbojskim czarnym kapeluszem zdobiącym głowę, wyglądał jak nie z tej ziemi. Ba! Jak nie z tej epoki!
– Drań! Do nogi! – zawołał „Wayne” niskim głosem, a pies posłusznie usiadł przy nim, nie odrywając nadal wzroku od Alicji i dysząc z wywieszonym ozorem, przez co sprawiał wrażenie, jakby się uśmiechał od ucha do ucha. Długim ogonem radośnie zamiatał ziemię.
Alicja patrzyła na nich zaciekawiona.
– Witam panią. Teodor Adamczewski – powiedział gospodarz, wyciągając do niej dłoń na przywitanie. Jednak jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nie uśmiechnął się. Odniosła wrażenie, że jej nie dostrzega. – Maria dzwoniła przed chwilą, powiedziała, że przyjechała pani po sery.
– Dzień dobry. Jestem Alicja Sadowska.
– Bardzo mi miło. Sery są w chłodni, najlepiej będzie, jeśli podjedziemy tam samochodem.
– Oczywiście. – Ruszyła powoli w stronę jeepa.
– Nie będzie miała pani nic przeciwko temu, aby Drań wsiadł z nami?
– Nie! Myślę, że pani Maria by się zgodziła.
– O, tak! Oni się z Marią uwielbiają. Ona zawsze ma dla niego smaczne kąski, które wyciąga nie wiadomo skąd.
I uśmiechnął się, niemal niezauważalnie, a wtedy jego twarz z delikatnymi zmarszczkami wokół oczu przez moment stała się nieco pogodniejsza, prawie przyjacielska. Ale tylko przez moment. Alicja pomyślała, że rozmawia z nim zaledwie od kilkudziesięciu sekund, a czuje się w jego towarzystwie zaskakująco dobrze, nawet pomimo pozornego braku ogłady. Zrobiło się jej smutno. Bo przecież jeszcze tak niedawno miała podobne odczucia wobec kogoś, kto ją tak perfidnie skrzywdził. Otrząsnęła się z przykrych wspomnień, zupełnie jak mokry pies strząsa z siebie krople wody.
Po chwili jechali wąską drogą w stronę parterowych zabudowań gospodarczych znajdujących się w oddali. Nie rozmawiali, jedynie gospodarz pojedynczymi słówkami wskazywał jej kierunek: „proszę jechać prosto, niech pani skręci w prawo, proszę zatrzymać się przed wejściem do tego budynku”. Jego przystojne oblicze znów się zmieniło, stało się marsowe, ponure i wrogie…
Gdy samochód stanął, właściciel otworzył drzwi, a Drań z jazgotem wyskoczył na zewnątrz i zataczał z rozpędem kółka wokół auta, wesoło merdając ogonem. Przynajmniej on wykazywał odrobinę radości i życzliwości dla innych.
– Poczeka pani tutaj, aż przyniosę towar, czy chce pani wejść ze mną do środka? – zapytał gospodarz, pochylając się ku niej.
Alicję zaskoczyła ta propozycja. Sądziła raczej, że będzie chciał szybko się jej pozbyć. Pomyślała, że facet jednak jest trochę dziwny.
– Nigdy nie byłam w takim miejscu. Chętnie zobaczę, jak się produkuje sery – odpowiedziała, wysiadając.
Pierwsze z pomieszczeń, w którym się wkrótce znaleźli, wyglądało jak mały wiejski sklepik sprzed wojny. Za drewnianą ladą ustawiono masywne regały, a na nich słoiki z owocowymi i warzywnymi przetworami, wszystkie obklejone jednakowymi firmowymi etykietami. Obok chłodnia z podwójnymi przeszklonymi drzwiami ukazywała wnętrze wypełnione różnymi gatunkami żółtych i pleśniowych serów. Pod oknem stały dwa stoliki nakryte obrusami w czerwoną kratkę, trochę tak z francuska lub włoska, przy nich drewniane krzesła z rodzaju tych, które pamiętała ze starego babcinego domu. Stoły przyozdobiono pojemnikami z przyprawami oraz fajansowymi wazonikami z bukietami polnych kwiatów. Po drugiej stronie przez otwarte drzwi Alicja dojrzała sterylną wykafelkowaną od podłogi do sufitu halę z metalowymi meblami, przypominającą trochę salę operacyjną. Wokół stołów zapełnionych kręgami żółtych serów krzątali się dwie kobiety i mężczyzna, wszyscy ubrani w czyściutkie białe fartuchy, a ich włosy szczelnie okrywały siatkowe czepki.
– Chciałaby pani zwiedzić zakład? – zapytał zaskakująco uprzejmie gospodarz.
Alicja spojrzała na zegarek.
– Bardzo chętnie, ale niestety czas mnie goni – odpowiedziała ze smutkiem. – Może innym razem. Dzisiaj muszę wracać do pracy.
Adamczewski kiwnął lekko głową, a jego twarz znów przybrała maskę obojętności. Alicja pomyślała, że facet sprawia wrażenie, jakby nic nie było godne jego uwagi. I jak gdyby wszystko go irytowało, żeby nie powiedzieć – wkurzało.
Po kilku minutach skrzynki pełne serów znalazły się w bagażniku jeepa, a gdy ruszała samochodem sprzed wytwórni, dostrzegła jeszcze w tylnym lusterku gospodarza przywołującego psa i ruszającego w kierunku małego budynku z kamienia, z wysokim ceglanym kominem, z którego leniwie wydobywała się cienka wstęga białego dymu.
Ocknęła się zlana potem.
Na dworze było jeszcze zupełnie ciemno, ale wiedziała doskonale, że nie zdoła już zasnąć do rana. Targał nią dziwny niepokój, właściwie lęk. Obawiała się czegoś nieokreślonego, złego, co się za chwilę może wydarzyć. Jakby bała się samego lęku… Nie pierwszy raz budziły ją koszmary, zawsze związane z jednym, tym samym tematem. Ciągle powracała w snach do tego dramatu, który rozegrał się przed kilkoma miesiącami. I czuła się taka bezsilna. Mądrala i Narzekalski, zwinięci w kłębki przy jej nogach, podnieśli z zaciekawieniem swoje łebki i spoglądali na nią w oczekiwaniu. Kiedy jednak nie wstała z łóżka, ułożyli się z powrotem przytuleni do siebie i po chwili wyczuła na swoich łydkach ich regularne, spokojne oddechy.
„Jacy oni są szczęśliwi – pomyślała z zazdrością. – Mają mnie, siebie nawzajem, pełne brzuchy, swobodę i wolność – czego więcej trzeba do szczęścia? Gdyby życie mogło być takie proste… O ile lepiej byłoby ludziom na świecie. Chociaż z drugiej strony…” Przecież ona miała teraz takie życie. Spokojne, bez odpowiedzialności, bez stresu. Więc dlaczego nadal dręczyły ją te koszmary? Dlaczego nie mogła o tym wszystkim zapomnieć? Czyżby rana w jej sercu i duszy była tak głęboka, że nigdy już nie zdoła się zabliźnić?
Sięgnęła po szklankę z wodą stojącą na szafce nocnej i łapczywie upiła kilka głębokich łyków, po czym opadła zrezygnowana na poduszki i przymknęła oczy. Nie chciała tego, ale jej myśli natychmiast powędrowały do tamtego nieszczęsnego popołudnia. Zobaczyła pacjenta na stole operacyjnym, siebie ubraną w chirurgiczny uniform, obok personel – dwie pielęgniarki i anestezjologa i ich bezskuteczne próby ratowania umierającego człowieka. A przecież miało być tak łatwo. Prosty zabieg… Tylko że pacjent go nie przeżył. I czyja to była wina? Sąd orzekł, że jej, ale czy na pewno? Ona wiedziała, że nie, ale nie potrafiła dowieść swojej niewinności. Te trzy osoby, które towarzyszyły jej wtedy na sali, także wiedziały doskonale, że nie ona tu zawiniła. Dlaczego zatem poświadczyły nieprawdę?
Nie mogła nic zrobić, zupełnie nic… Poniosła konsekwencje zaniedbania i winy, których dopuścił się ktoś inny. Ktoś inny…
***
W kolejnych dniach pani Maria coraz częściej powierzała jej załatwianie różnych spraw poza restauracją. A to odbiór towaru na targu, a to dopełnianie formalności w skarbówce, innym razem zakupy w hurtowni.
– Alicjo! – odezwała się do niej pewnego razu wreszcie po imieniu, jak miała to w zwyczaju robić wobec pozostałych pracowników. – Jakie ty masz właściwie wykształcenie? Bo przyjmując cię do pracy, nawet o to nie spytałam.
– Skończyłam ogólniak – odpowiedziała, nie patrząc szefowej w oczy.
Maria stała, przyglądając się zmieszanej dziewczynie.
– Masz maturę? – zapytała.
Alicja kiwnęła głową.
– I nic więcej?
Pokręciła głową, patrząc nadal na zlew pełen naczyń.
– Za bystra jesteś na zmywak… – usłyszała po chwili.
– Ja się nie skarżę – rzekła Alicja, podnosząc w końcu wzrok i spoglądając na właścicielkę. „Gdybyś wiedziała, jaki naprawdę mam zawód…” – pomyślała.
– Wiem – usłyszała łagodną odpowiedź.
Na tym rozmowa się zakończyła, kobiety wróciły do swoich zajęć. Jednak z dnia na dzień ubywało Alicji obowiązków zmywakowych, a przybywało nowych, bardziej menadżerskich. I w końcu po dwóch tygodniach na zmywak został przyjęty młody chłopak. Miał na imię Juliusz, ale wszyscy mówili do niego Julek, studiował zaocznie dziennikarstwo w Karkonoskiej Państwowej Szkole Wyższej w Jeleniej Górze. W każdy weekend miał zajęcia na uczelni, a w dni powszednie zarabiał na zmywaku. Co drugi weekend zmywak nadal należał do Alicji na zmianę z Bartkiem.
Któregoś popołudnia Alicja siedziała w gabinecie szefowej i porządkowała rachunki, kiedy nagle otworzyły się drzwi i do środka bez pukania wszedł młody mężczyzna, na oko w wieku około trzydziestki, z blond włosami związanymi w kitkę, w okularach z ciemnymi oprawkami i krótko przystrzyżoną brodą w nieco ciemniejszym odcieniu niż włosy. Miał na sobie sweter z owczej wełny, brązowe spodnie bojówki, a na nogach wysokie trekkingowe buty. Zaskoczony zatrzymał się po przekroczeniu progu pokoju.
– Dzień dobry – powiedział z wahaniem. – Szukam Marii Baran.
– Dzień dobry – odparła Alicja, obdarzając go uprzejmym uśmiechem. – Szefowa jest w kuchni.
Przez moment stał niepewnie, uważnie przyglądając się dziewczynie siedzącej za biurkiem.
– Czy mam ją poprosić? – zapytała po dłuższej chwili niezręcznego milczenia.
– Nie… Nie trzeba, poradzę sobie. Dziękuję – odpowiedział pośpiesznie mężczyzna i skinąwszy głową na pożegnanie, opuścił gabinet.
Alicja zamyśliła się i zaczęła się wpatrywać pustym wzrokiem w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał gość.
„Co za podobieństwo” – pomyślała. Tak bardzo jej kogoś przypominał. Kogoś, kto ją tak bardzo skrzywdził, z czyjego powodu się tu znalazła. Tamten był jednak ponad wszelką wątpliwość starszy, dziesięć… może nawet kilkanaście lat. Ale podobieństwo było uderzające. Zupełnie jakby byli braćmi. Ten tutaj młodszym, a tamten z jej przeszłego życia – starszym. Różniły ich jednak zdecydowanie powierzchowność, styl, ubiór, długość włosów… A jednak…
Otrząsnęła się ze złych wspomnień. Jak często będzie wracać do tamtego życia? Ile jeszcze razy coś jej przywoła obraz tamtego człowieka? Chciałaby tego uniknąć, zapomnieć raz na zawsze, ale czy to możliwe? Czy zdoła wymazać z zakamarków pamięci swoją przeszłość, podobnie jak wyciera się gąbką zapisaną kredą tablicę? Wróciła do rachunków i wkrótce skupiła się na cyferkach, papierkach, pieczątkach. Jednak po kilku minutach drzwi ponownie się otworzyły i ze śmiechem weszli do środka pani Maria z gościem.
– Alicjo, poznaj mojego siostrzeńca, Kostka! – zawołała od progu szefowa.
– Już mieliśmy okazję zawrzeć znajomość, właśnie przed chwilą. Jestem Konstanty Wencel – powiedział mężczyzna, wyciągając rękę na przywitanie.
Dłoń miał dużą, szorstką, a uścisk zdecydowany i mocny.
– Alicja Sadowska – odrzekła z nieśmiałym uśmiechem.
– Kostek właśnie wrócił z Uralu. Uprawia wspinaczkę górską i ciągle go gdzieś nosi po świecie, na utrapienie i zgryzotę całej rodziny, a szczególnie mojej siostry. Chociaż ją też poniosło w siną dal. Do Australii! – prychnęła pani Maria.
– O! Wspinaczka to bardzo niebezpieczne zajęcie – powiedziała Ala z uznaniem, chcąc podtrzymać rozmowę.
– Jeżeli się do niej podchodzi rozsądnie i z pokorą, to nie jest niebezpieczna. Nigdy pani nie próbowała?
– Nie, nigdy – pokręciła głową.
– To nie wie pani, co traci! Chętnie zostanę pani przewodnikiem tu, w Karkonoszach. – Przyglądał się jej z nieukrywanym zainteresowaniem. – Znam je jak własną kieszeń.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nigdy nie myślała o wspinaczce, raczej była z tych bojaźliwych.
– Chybabym nie potrafiła. Nie jestem odważna.
Zabawnie przekręcił głowę na bok, nadal nie odrywając od niej wzroku.
– Jednak będę panią namawiał.
– Kostek, przestań mi tu bałamucić moją pracownicę. Ona ma dość zajęć. Widzisz, że nie ma ochoty na wspinaczkę z tobą. – Mówiąc to, pani Maria pociągnęła siostrzeńca za ramię w stronę drzwi.
– Ja jednak nie dam za wygraną. Jeszcze się odezwę. – Kostek, uśmiechając się, dał się wyprowadzić zaborczej ciotce.
„Wspinaczka? – pomyślała Alicja. – Nigdy w życiu nie przyszło mi to do głowy… Żeby od razu w góry…? Po skałach…? No, nie!”
***
Maj… Odradza się przyroda. Świat budzi się do życia.
Alicja zbudziła się wyjątkowo wcześnie. Za oknem dopiero wstało słońce i jego nieśmiałe promienie ciekawie zaglądały do jej sypialni. Kiedy kładła się spać, odsunęła zasłony, bo chciała, aby blask księżyca rozświetlał nocny mrok. Teraz dla odmiany miała pokój skąpany w wiosennym słońcu. Przeciągnęła się leniwie, zwierzaki ulokowane jak zwykle przy jej nogach drgnęły, ale widocznie nie miały ochoty na tak wczesne wstawanie, nawet nie podniosły swoich łebków, jedynie poruszyły się delikatnie, jakby chciały jej dać znać, że to jeszcze nie pora na opuszczenie ciepłego legowiska. Wczoraj wypuściła je na zewnętrz późno w nocy, zanim położyła się spać, nie odczuwały widocznie jeszcze fizjologicznej potrzeby, która wygnałaby je na dwór.
Dzisiaj miała wolny dzień. I to w dodatku niedzielę. Chyba po raz pierwszy, od kiedy zaczęła pracować w Stromym Zboczu. Ale przecież i jej w końcu należał się jakiś weekendowy dzionek bez obowiązków, czyż nie?
Przez chwilę przeciągała się w cieplutkiej pościeli, ale czuła, że jej ciało nie pragnie więcej snu. Powoli wygramoliła się z piernatów. Jakież to cudownie uczucie, kiedy człowiek nie musi się spieszyć. Kiedy w ogóle nic nie musi. Założyła na piżamę miękki frotowy szlafrok i z kubkiem obłędnie pachnącej kawy i kanapką z pomidorem w ręku wyszła przed dom. Dźwięk otwieranych drzwi wejściowych był dla Mądrali i Narzekalskiego wystarczającym sygnałem, że jednak czas się wreszcie ruszyć. Wybiegły za nią na zewnątrz, przez moment obwąchiwały powietrze, jakby chciały sprawdzić, z której strony dochodzą bardziej kuszące aromaty, aż w końcu ruszyły każdy w swoją stronę.
Alicja usiadła na ulubionej ławeczce i zwróciła twarz ku słońcu. Przymknęła powieki i nie otwierając ich, raz po raz to podgryzała kawałek kanapki, to upijała łyk boskiej kawy. Gdzieś w oddali piał kogut. Uwielbiała ten odgłos. Kojarzył się jej zawsze z sielanką, wsią, lenistwem. I teraz sama tego doświadczała… Błogiego lenistwa.
Kiedy ostatni kęs śniadania zniknął w jej ustach, otworzyła oczy i przysłoniwszy je dłonią, rozejrzała się dokoła. Było tak zielono… Żółtozielono… Wprawdzie zamierzała dzisiaj posprzątać swój mały domek, zrobić pranie, poczytać książkę na świeżym powietrzu, ale pomyślała w tym momencie, że chyba szkoda tracić taki piękny dzień na prace domowe, które może wykonać równie dobrze kiedy indziej, gdy na przykład będzie padał deszcz, a chmury przesłonią ten niebiański błękit tam w górze.
Tak! Plecak i wędrówka! To jest właśnie to, co powinna dzisiaj zrobić. Iść przed siebie, bez żadnego celu. Po prostu iść, podziwiać wiosnę, piękne góry. Podziwiać piękny świat. Zrobi sobie kanapki na drogę, zaopatrzy się w wodę do picia, ruszy przed siebie. I weźmie ze sobą Mądralę. On tak uwielbia spacery. A i ona z nim będzie się czuła bezpieczniej, chociaż ani razu nie miała wrażenia, że w tych stronach cokolwiek jej grozi. Zupełnie jakby cały ten zły świat został gdzieś tam, w dużych miastach, w innym życiu…
Po czterdziestu minutach była gotowa do drogi. Plecak nie ciążył jej zbytnio. Jedzenie, woda, kurtka przeciwdeszczowa, plastikowa miska dla psa, mapa… Niczego więcej nie potrzebowała. Kiedy wzięła do ręki nową czerwoną smycz, zwierzak zaczął kręcić się wokoło niej, popiskując radośnie. Wiedział, że czekają go tego dnia same przyjemności. Narzekalski wygrzewał się w słońcu, leżąc na parapecie jej sypialnianego okna, i udawał, że ma gdzieś to całe zamieszanie. Przecież ktoś musiał być w tym towarzystwie rozsądny i zaopiekować się domem, kiedy wszyscy w końcu przestaną robić taki nieznośny hałas i sobie pójdą. I nastanie cisza… i słońce… i ciepło… Mrrr…
Gwizdnęła na psa, klepnęła lekko swoje prawe udo, dając tym samym sygnał zwierzęciu, że czas wyruszyć. Nie zapięła mu na razie smyczy, tam, dokąd zamierzała się udać, było całkowite odludzie. Chciała, aby Mądrala sobie poszalał, zaznał wolności. A że był posłuszny i przybiegał na każde jej zawołanie, wiedziała, że nie sprawi jej niespodzianki swoim zachowaniem.
Pokonali na przełaj łąkę usianą dopiero co zakwitłymi żółtymi mleczami. Śnieżne czapy nadal jeszcze zakrywały widoczne w oddali szczyty wyższych partii gór, ale tu, w dolinie, zapanowała już w pełni wiosenna aura. Po kilku minutach weszli w niewielki sosnowy las. Tutaj dla odmiany wiosna nie była jeszcze tak widoczna. Ziemię zaścielały suche zeszłoroczne, częściowo zbutwiałe liście, spod których nieśmiało wybijały się kępki seledynowego mchu i świeżej trawy. Między nimi, niczym łaty zalegającego śniegu, w kępach kwitły białe kwiaty. Nie znała ich nazw. Nie rozróżniała przebiśniegów od zawilców czy innego wiosennego kwiecia, jednak te wyglądały po prostu cudnie.
Wciągnęła głęboko w nozdrza rześkie powietrze. „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” – pomyślała po raz kolejny od czasu, gdy przyjechała w te strony. Gdyby nie ta cała historia, która ją spotkała, przykra, bo przykra, nigdy by tu nie trafiła. Siedziałaby pewnie teraz w szpitalu na dyżurze, wykończona, zapracowana. Zapewne nie widziałaby od tygodnia błękitu nieba. A tak? Proszę! Cały świat był jej!
I Mądrali, oczywiście!
Gdy wyszli z lasu, droga stawała się coraz bardziej kręta, coraz węższa i wkrótce zmieniła się w zwykłą górską ścieżkę, prawdopodobnie rzadko uczęszczaną przez turystów, która pięła się coraz wyżej i wyżej. Utrudzona Alicja raz po raz przysiadała to na kamieniu, to na powalonym konarze drzewa, po psie natomiast zupełnie nie było widać zmęczenia. Obok na wielkim głazie spostrzegła żabę. Nie była to mała żabka z tych ślicznych, zielonych, ale wielka paskudna ropucha. Czyżby zaklęty książę? Jak inaczej miałaby się o tym przekonać, jeśli nie całując ją prosto w ropusze usta? Spojrzała na stworzenie i roześmiała się głośno, aż echo poniosło jej śmiech daleko, daleko. Nie… Nie była w stanie pocałować tego potwora. Pal licho księcia. Jednego już kiedyś miała. Wystarczy.
Mądrala, biegający do tej pory radośnie wokół niej, nagle zatrzymał się, zastygł w bezruchu i strzygąc uszami, zawarczał niespokojnie. Spojrzała na niego i zauważyła, że sierść na jego karku się zjeżyła, wysunął łeb do przodu, uniósł przednią łapę i nasłuchiwał uważnie, by po chwili zerwać się do biegu przed siebie, wprost w gęstwinę lasu.
– Mądrala! Do nogi! Mądrala! – zawołała przestraszona.
Czyżby zauważył jakieś zwierzę? Człowieka? Czy jednak okolica nie była tak zupełnie bezpieczna, jak jej się jeszcze przed chwilą wydawało?
W końcu pies wynurzył się z zarośli, ale nadal kręcił się w kółko niespokojnie, powarkując raz po raz.
– Idziemy! – powiedziała zdecydowanie, zakładając mu smycz, i ruszyła przed siebie, byle dalej od zagrożenia.
Szli szybkim marszem, pies po kilku minutach uspokoił się i przestał się za siebie oglądać, ona jednak nadal czuła lęk. Serce waliło jej jak młotem. Co ją podkusiło, żeby zapuszczać się samej w takie odludzie? Bezpiecznie… i owszem, było tu bezpiecznie, ale… Może to zwierzę, może jakiś turysta? Licho wie! Pewnie zwierzę. A jeżeli dzik? Z młodymi? Locha z warchlakami? Czy o tej porze dziki mają młode? Zupełnie tego nie wiedziała. Nie miała pojęcia. A jeżeli to myśliwy? I postrzeli ją przez pomyłkę? Albo Mądralę? Bo weźmie go za dzikie zwierzę?
Pomimo zmęczenia nie zwalniała kroku. Po półgodzinnym intensywnym marszu poczuła się już naprawdę utrudzona. Nadal oglądała się raz po raz za siebie, ale nikt za nimi nie podążał. Ani człowiek, ani żadne zwierzę. Przysiadła w końcu w trawie, pies położył się obok niej. Nalała mu wody do miski. Wypił łapczywie do samego dna, po czym położył łeb na przednich łapach i przymknął oczy. Skoro jej obrońca był spokojny, to i ona nie powinna się niczego obawiać. Na pewno. No… chyba na pewno…
Napiła się wody z butelki, rozejrzała się wokoło. Dokąd ją poniosło? Maszerując szybko w popłochu, zupełnie straciła orientację. Chciała jak najszybciej oddalić się od niebezpieczeństwa, a tu proszę! Zgubiła się! Ogarnęła wzrokiem całą okolicę, ale nie dojrzała żadnych zabudowań, żadnych znanych jej punktów orientacyjnych. Zachowała się jak ostatnia kretynka, przyspieszając bezmyślnie tempa, byle przed siebie, byle dalej, nie orientując się zupełnie w terenie. Ale od czego jest GPS? Wyjęła z plecaka komórkę, włączyła ekran i…
Brak zasięgu! Super!
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
EPILOG
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
