Cisza między nami - Fiołek Katarzyna - ebook
NOWOŚĆ

Cisza między nami ebook

Fiołek Katarzyna

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czasem to nie my wybieramy dom.

Czasem to on wybiera nas.

Po latach spędzonych we Włoszech Alicja wraca do Polski. Zmęczona gwarem Sardynii marzy tylko o miejscu, w którym zapomni o rozczarowującym małżeństwie. Na skraju Puszczy Kampinoskiej znajduje dom – cichy, otulony zielenią, jakby czekał właśnie na nią. Miejsce, w którym wszystko zwalnia, a ona może wreszcie usłyszeć własne myśli.

Spokój nie trwa jednak długo. Za sąsiedzkim płotem pojawia się Bartosz – introwertyczny, zdystansowany scenarzysta, zbyt poukładany, by polubić włoską impulsywność nowej mieszkanki puszczy. Od pierwszego spotkania wiadomo, że to nie będzie łatwa relacja – każde z nich uciekło od poprzedniego życia i każde ma rany, których czas nie zagoił. Ale chcą czy nie, mroźna zima wystawia ich na najważniejszą próbę, a puszcza – piękna i tajemnicza – coraz mocniej splata ich losy.

Czy pomoże też ukoić wewnętrzne burze i pokaże ścieżkę do serca drugiego człowieka?

Subtelna, poruszająca opowieść o drugich szansach, potrzebie bliskości i strachu przed nią. Oraz o miłości, która przychodzi dopiero wtedy, gdy naprawdę jesteśmy na nią gotowi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 406

Data ważności licencji: 2/11/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor inicjujący: Małgorzata Święcicka

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja: Barbara Milanowska (Lingventa)

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Beata Kozieł-Kulesza, Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)

Zdjęcie na okładce:

© pl.freepik.com

Grafika w środku:

© pl.freepik.com

© Vasmila/iStock

© by Katarzyna Fiołek

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

ISBN 978-83-287-3893-5

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Snow on the Beach

Taylor Swift feat. Lana del Rey

Prolog

Stałam nad brzegiem grudniowego morza. Miało kolor błękitu paryskiego, jaki każdy, kto wybiera się na Sardynię na wakacje, zna z folderów reklamowych. Ale nie było ciepłe, o nie. Zimne fale lizały mi stopy.

Wpatrywałam się w skalistą wyspę przed sobą – zachodzące słońce pięknie ją oświetlało. Tavolarę kochali wszyscy. Ja też. Była zwyczajnie oszałamiająca. Zawsze, kiedy na nią patrzyłam, miałam w oczach łzy. Wzruszała mnie jak każdy inny rodzaj doskonałego piękna. Za sobą miałam wzgórza i uczepione ich stoków domki, które tworzyły senne o tej porze roku miasteczko Porto San Paolo.

Weszłam głębiej do wody i zanurkowałam. Może nie była tak lodowata jak w grudniu w Bałtyku, ale to był taki chłód, o jaki pewnie nikt w lipcu nie podejrzewałby Morza Tyrreńskiego. Stopy od razu mi zdrętwiały, skóra piekła, a oddech gwałtownie przyspieszył. Pierwszy szok sprawiał, że ciało chciało uciec przed tym, co mu serwowałam. Nauczyłam się panować nad tym odruchem dawno temu.

Wynurzyłam się. Zrobiłam głęboki wdech. A potem jeszcze jeden. Powietrze pachniało solą, woda oplatała mnie zimnym dotykiem. Sekundę później coś się zmieniło.

Stałam się lekka jak piórko. Organizm uwalniał endorfiny, a ja zaczęłam się śmiać. To był taki głupkowaty śmiech nie wiadomo z czego – ni to z zimna, ni to ze zdumienia, że mogłam tyle wytrzymać, ni to z bezradności wobec wszystkiego, na co nie miałam wpływu. A potem w moim mózgu coś kliknęło i nagle pojawiła się jasność, spokój, nawet przyjemność. Jakby ktoś odsunął zasłonę zmęczenia i zostawił we mnie tylko czystą przestrzeń. Zamiast chaosu przyszło skupienie. Uwielbiałam ten moment, kiedy myśli uciekały, a zostawał tylko rytm oddechu i bicie serca.

I w tej jasności, krótkiej, trudnej do uchwycenia… od kilkunastu tygodni krok po kroku, pomalutku, bardzo niespiesznie jak na mnie podejmowałam tę decyzję. Patrzyłam na krajobraz dookoła, na dalekie, postrzępione grzebienie szczytów gór Gennargentu, na pustą plażę – przecież Włosi nie wchodzili do wody od listopada do kwietnia, bo była dla nich zbyt zimna – i myślałam o tym, że to nie jest już moje. Ani Sardynia, która była moim adresem przez ostatnią dekadę, ani w ogóle cała Italia, w której spędziłam dobrze ponad dwadzieścia lat. Wewnętrzny głos, ten sam, który mnie tu dawno temu przyprowadził, kazał mi wracać do domu. Jeszcze nie wiedziałam do końca, gdzie to było – musiałam ten dom znaleźć. Ale moja włoska przygoda, mój włoski etap dobiegał końca i w tej zimnej wodzie, której chłód przenikał moje receptory i komórki nerwowe, czułam to bardziej niż kiedykolwiek. Zamykałam na moment oczy i widziałam domek na Mazowszu, otoczony sosnowym lasem, tchnący spokojem, pachnący żywicą i migoczący płomieniami w kominku. Poza tą wizją, która wzięła się zupełnie nie wiadomo skąd, nie wiedziałam absolutnie nic. Decyzja, by zaufać temu głosowi raz jeszcze, ważyła się w mojej głowie każdego dnia. Była blisko. Bardzo blisko. Tuż pod powierzchnią świadomości.

Gdy wyszłam z wody, ciało zrobiło się gorące i różowe. Palce szczypały, cała pokryta byłam gęsią skórką, ale wewnątrz rozlewało się ciepło. Miałam wrażenie, że unosiłam się nad ziemią. I tylko wtedy, przez ten krótki moment czułam, że żyję – każdą komórką, każdą kroplą krwi.

Tego dnia wróciłam do pustego domu, który jeszcze niedawno dzieliłam z Giuseppe i który wystawiłam na sprzedaż. Nie miałam pojęcia, co właściwie będzie dalej, co jest w następnym rozdziale, ale wiedziałam, że czas się pożegnać.

Kolejne tygodnie upłynęły mi na spotkaniach z potencjalnymi kupcami, porządkowaniu rzeczy, z których niewiele chciałam zabrać ze sobą. Wracałam, choć jeszcze nie wiedziałam gdzie. Miałam czterdzieści sześć lat i zaczynałam od zera. Znów. Tylko tym razem byłam już gotowa zapuścić korzenie. Uspokoić się. Zrobić coś z tym wewnętrznym napięciem, z tym czymś, co przez tyle lat kazało mi gnać przed siebie na złamanie karku. Byłam zmęczona gnaniem. Nie umiałam nie gnać, a bardzo chciałam się tego nauczyć.

Historia mojego życia zataczała pełne koło. Wyjechałam z maleńkiego Wyszogrodu, którego nazwa nigdy nic nikomu nie mówiła, i teraz do niego wracałam, by sprawdzić, co mogę tam znaleźć dla siebie. Na przykład ten dom w lesie, który pojawiał się na kilka chwil w euforycznych wizjach w czasie morsowania. Skąd się brały te wizje? Nie miałam pojęcia, ale co szkodziło… po prostu sprawdzić?

Miałam też coś do naprawienia i czas był najwyższy, żeby się tym zająć. Niektórych rzeczy nie można odkładać w nieskończoność. Na przykład relacji z własną siostrą.

WIOSNA

Willow

Taylor Swift

Rozdział 1

Alicja

Opierałam dłonie o barierkę i wpatrywałam się w płynącą w dole Wisłę. Chłodny kwietniowy wiatr próbował na wszelkie sposoby dostać się pod cienki materiał płaszcza, więc po chwili włożyłam zmarznięte ręce do kieszeni, ale nie zamierzałam jeszcze iść do domu. Jeszcze nie nasyciłam się tym widokiem.

Barierka, przy której stałam, chroniła przed ześlizgnięciem się w dół skarpy. Tu, w Wyszogrodzie, brzeg Wisły był najwyższy. Malowniczy, ale cały z kruszącego się piaskowca. Rzeka kilkadziesiąt metrów niżej rozlewała się szeroko i błyszczała w słońcu. Była majestatyczna i piękna, z obojętnością mijała ścieżkę spacerową, wpadała pod most i płynęła leniwie dalej, w kierunku Płocka. Wydawała się ospała po długiej zimie. Jej wody sunęły spokojnie, nie spiesząc się nigdzie, z wolna omywając strome brzegi i kępy wyschłych trzcin. Drugi brzeg wydawał się daleko, kontury drzew niemal się rozmazywały.

W oddali, tam gdzie rzeka skręcała i znikała za zakolem, światło słońca odbijało się w jej zwierciadle, tworząc iskierki na marszczeniach fal. Miasto na wzgórzu za moimi plecami milczało, a wtulone w siebie miniaturowe domki stały cichutko. Uwielbiałam ten widok, choć kiedyś tak strasznie chciałam od niego uciec. Daleko w świat. Kiedy kilka lat temu poszłam do kina na Vaianę (bo wciąż nie wyrosłam z kreskówek Disneya), usłyszałam piosenkę właśnie o tym. Od tamtej pory ciągle miałam ją w głowie.

Widzę światło na wodzie, co lśni jak ogień.

Daleko stąd

Marzenia są.

Dobrze wiem, że to światło woła mnie, woła w drogę.

Chcę znaleźć je,

Za horyzont biec, dosyć siły mieć1.

I uciekłam. Ale to ten widok karmił moją duszę, przyzywał. I uświadamiałam to sobie każdego dnia, że przecież tak czy siak miałam go pod powiekami, gdziekolwiek byłam.

Lodowate wiosenne podmuchy nie dały jednak dłużej podziwiać mojego ulubionego krajobrazu, więc odwróciłam się i żwawym krokiem udałam się w stronę kamienicy przy Rębowskiej, gdzie mieszkała moja matka, u której na razie się zatrzymałam.

– Alicja, co ty się tak rano włóczysz? – Mama, drobna kobieta, której znakiem rozpoznawczym była starannie zrobiona na siwych włosach trwała ondulacja, miała w głosie troskę. – Przeziębisz się jeszcze, to zobaczysz! U nas kwiecień to nie to samo co tam! Zimno z rana jak jasna cholera!

Uśmiechnęłam się. Ach, te mamy! Martwią się o dzieci, nawet gdy te skończyły właśnie czterdzieści sześć lat! Pokręciłam głową, a myśl o tym, że mnie samej nie było i nie będzie dane doświadczyć macierzyństwa i takiego martwienia się o dziecko, zakłuła na moment, ale zaraz potem ją wyciszyłam i z premedytacją przygniotłam wyimaginowanym obcasem. Już umiałam to robić. Lata praktyki uczyniły mnie mistrzynią niemyślenia o pewnych sprawach niemal na rozkaz.

– Mamuś, jest tu tak pięknie, że nie masz pojęcia! – Klasnęłam w dłonie, aż zabrzęczały bransoletki z barwnych koralików, których nosiłam po kilka na każdym nadgarstku. Zawsze miałam skłonność do nadmiaru biżuterii.

Mama zmarszczyła brwi. Wiedziałam, o czym pomyślała. Ładnie? Co ta dziewczyna bredzi? Od niemal siedemdziesięciu lat Wyszogród każdego dnia witał ją panoramą starych kamienic, cichymi uliczkami, niemal zawsze pustym, spokojnym rynkiem, którego każdy kamień brukowy iskrzył drobinkami kwarcu w świetle poranka. Tak, znała to miasteczko jak własną kieszeń, każdy kamień był tu jej, ale żeby wstawać rano i się zachwycać? Bez przesady!

– Miasto jak miasto. – Pokręciła głową.

Machnęłam ręką. Tego się nie dało wytłumaczyć. Zabrałam się do przygotowywania śniadania dla niej i dla siebie. Nic już nie powiedziałam, choć miałam wielką ochotę to zrobić. Ale trzymać język za zębami też już się nauczyłam. W każdym razie umiałam to już dużo lepiej niż kiedyś. I nie, to nie było miasto jak miasto. To był dom. A ja pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna czułam się w jakimś miejscu niemal jak w domu i była to bardzo wyraźna, piękna emocja. Polerowałam ją codziennie, każdego ranka od dwóch miesięcy, od razu, kiedy tylko otworzyłam oczy, i nie mogłam się nią nasycić. Jeszcze nie zapuszczałam na nowo korzeni, to jeszcze nie było to, ale odnalazłam krainę dzieciństwa niemal niezmienioną. Ja się zmieniłam, owszem. Bardzo. Ale to miejsce nie – i to było wspaniałe i kojące.

Włochy też były domem, choć nie od początku. Ale były nim dobrych kilka lat. Były przede wszystkim przygodą. Ale przygody zawsze kiedyś się kończą, prawda? Nawet te najpiękniejsze. Po paru latach zachwytu zaczęłam dostrzegać pęknięcia, potem z każdym rokiem robiły się coraz bardziej i bardziej męczące. Moją ukochaną Sardynię zaczęła w ostatnim czasie zalewać taka masa turystów, że nie było jak się przed nimi schować! Żeby móc wejść na dwie najpiękniejsze plaże na północy wyspy, trzeba było robić rezerwację przez internet! Wzdrygnęłam się na tę myśl. Jednocześnie poczułam ulgę, że sprzedałam tamten dom. Nie żałowałam tego nawet przez sekundę!

Tu był za to taki… spokój. Tak, nie było świeżej ricotty (sprawdziłam to – już kilka razy objechałam okoliczne sklepy), nie było fig, smacznych lodów i pizzy na cienkim cieście, ale była błoga cisza. Teraz tylko musiałam się w tej błogiej ciszy jakoś umościć i poszukać sobie własnego lokum, bo tego, że nie wytrzymam z matką dłużej niż kwartał, który właśnie pomału dobiegał końca, byłam raczej pewna.

Ta moja Bronia była cudowna. Naprawdę cudowna. Do czasu, kiedy ktoś nie przestawił jej rzeczy w łazience, ewentualnie kwiatów na parapecie, i nie zapomniał złożyć deski do prasowania. I do czasu, kiedy nie zaczynała mnie traktować tak, jakbym miała znowu osiem lat i jakby wszystko o mnie wiedziała. A przecież o tylu rzeczach nie miała pojęcia! Już nie byłam małą dziewczynką. Nie było mnie tu bardzo długo, a moja matka czasem sprawiała wrażenie, że powinnyśmy wrócić do punktu wyjścia. Z tym że do tego punktu nie było już przecież powrotu. Za dużo wody w tej naszej Wiśle upłynęło.

Właśnie wtedy, kiedy nie wszystko szło po jej myśli, z sympatycznej na ogół matki wychodził demon. Najpierw ciskała gromy, a potem obrażała się na długie, długie godziny. Kochałam ją, ale nie byłabym w stanie z nią mieszkać. Jej metoda cichych dni, jej nieodzywanie się już na mnie nie działało. Irytowało, ale nie działało.

Teraz, po wszystkim, co mi się przytrafiło, a o czym skutecznie milczałam, choć czułam na sobie pełne wyrzutu spojrzenia, chciałam po prostu… świętego spokoju. Wstać rano i długo pić kawę bez narażania się na komentarz, że „w tym domu jeszcze nikt nigdy nie był tak leniwy rano”, co raz się w tym tygodniu matce wymsknęło. Przeprosiła za to później, ale byłam pewna, że by się to powtórzyło, gdybym tylko odważyła się jeszcze raz pić cappuccino o dziewiątej trzydzieści w piżamie. Ola, moja młodsza siostra, z którą oprócz wspólnych rodziców niewiele mnie łączyło, czego zaczynałam niezwykle wprost żałować, wstawała o szóstej rano i zapierniczała przez okrągłą dobę – śniadanie, dzieci, praca, obiadki, domowe ciasta i takie tam.

Matka rozpływała się, kiedy o niej mówiła, ale ja nie widziałam siebie na takim ołtarzyku. Zresztą mnie nigdy, zdaje się, na tym ołtarzyku chyba nie było. To z ojcem miałam bliższą relację. No, ale on z kolei od tak dawna już nie żył…

– Zapomniałam ci powiedzieć, że wczoraj pani Angelika mówiła coś o domu na sprzedaż. Nie był wcale drogi. Tu niedaleko, gdzieś w puszczy, jak chciałaś.

Udekorowałam jajka na kanapce majonezem i kiełkami.

– Jaka Angelika? – Nie rozumiałam. Ktoś od nieruchomości?

– No… – Matka dotknęła dłonią starannie ułożonych krótkich loczków. – Angelika Modraszka. Moja fryzjerka. Taka koleżanka Oli, do klasy razem chodziły, nie pamiętasz?

Nie pamiętałam. Olka była czternaście lat młodsza – kiedy ona chodziła do podstawówki, ja szykowałam się na studia, z których nigdy nie wróciłam do domu.

– To teraz naczelna fryzjerka Wyszogrodu – dodała mama porozumiewawczo, dając tym samym delikatnie znać, że wskazane byłoby podcięcie moich włosów. No bo kto widział nosić długie, rozpuszczone włosy po czterdziestce? Nie powiedziałaby tego na głos, ale wiem, co myślała. Że to nie wypada. Po czterdziestce trzeba ściąć włosy na krótko, nosić nijakie ubrania i broń Boże nie przypominać nikomu, że jest się kobietą. A już na pewno nie singielką, która mogłaby mieć potrzeby. Tego progu religijność matki nie byłaby w stanie przekroczyć, choć ona sama nie uznałaby tego za dewocję.

Zagryzłam wargi. Nie chciałam łapać matki za słówka. W końcu nauczyłam się także tego, że nie zawsze trzeba wszystko powiedzieć na głos, choć akurat ta lekcja zajęła mi całe lata.

Kanapki wylądowały na stole kuchennym pokrytym ceratą w kolorowe kwiatki. To chyba była nawet jeszcze cerata babci Kazi. W naszym domu nie przekazywało się rodzinnych klejnotów, bo ich nie było, ale obrusy i ceraty, jak widać, owszem. W imbryku parzył się rumianek i jego słodki zapach zawładnął całym pomieszczeniem. Mieszałam w nim łyżką i dłuższą chwilę się nie odzywałam.

Dom w puszczy brzmiał uroczo. Dom z moich dziwnych wizji był właśnie takim domem. Ale wszystkie domy na sprzedaż w otulinie Puszczy Kampinoskiej sprawdziłam już kilka tygodni temu – od nich zaczęłam, gdy przyjechałam tu w lutym, i żaden się nie nadawał. Po pierwsze nie było ich wiele, a po drugie te, które pojawiły się w ogłoszeniach, były albo zbyt stare i zniszczone, albo po prostu za wielkie. Po kiego grzyba mi dwustumetrowy dom?

Mieszkałam raz w takim domu na wyspie i echo odbijające się od pustych ścian przyprawiało mnie o stany schizofreniczne. Ostatnio przeniosłam się z poszukiwaniami ciut bliżej miasta i tu już wstępnie rozważałam dwie opcje. Oczywiście wracałam myślami do pomysłu starego siedliska koło Kampinoskiego Parku Narodowego, choć wciąż sama się zastanawiałam, skąd w mojej głowie wziął się ten pomysł. Nie miałam pojęcia, serio. Powinnam pewnie mieć na tym etapie życia dużo rzeczy rozkminionych, ale prawda była taka, że w zasadzie wszystko było jedną wielką niewiadomą. To jeden z sekretów dorosłości, o których nigdy się nie mówi młodym. Że dorośli też nic nie wiedzą, że błądzą, że nie ma instrukcji obsługi życia i wciąż, i wciąż popełnia się błędy. Szkoda, że tego nie wiedziałam, gdy miałam dwadzieścia lat, bo potem straciłam mnóstwo czasu na wyrzuty sumienia, że nie ogarniałam. Wydawało mi się, że wszyscy ogarniali oprócz mnie. Ale to była stronzata2! Nikt nie ogarniał! No, może poza moją siostrą, która miała wszystko zaplanowane i według tego planu podążała.

Tymczasem ja wędrowałam przez życie nieco po omacku. I pewnego dnia pomysł o domu w lesie i zaczęciu od nowa z powrotem w Polsce przyszedł do mnie nagle, jak zresztą większość moich pomysłów, i po prostu… został.

– A skąd ta cała Angelika wie o domu na sprzedaż? Przecież obejrzałam już chyba wszystkie w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. – Westchnęłam, spinając długie brązowe włosy w niedbały kok na czubku głowy, i zabrałam się do jedzenia. Matka przysiadła na krześle obok.

– Ale ten podobno nie był nigdy wystawiony. Właściciele są już jedną nogą w Warszawie i postanowili się go pozbyć. Jest nieco na uboczu, to jakiś malutki domek i chcą go sprzedać bez agenta, bez rozgłosu… – Matka zamilkła na moment. Wygładziła fioletową podomkę, taką samą, w jakiej chodziła też jej matka. Przemknęło mi przez głowę, że to nie brzmiało dobrze. Sprzedaż domu bez rozgłosu i cichaczem? Ale dlaczego właściwie?

– W tym domu są trupy nie tylko w szafie, dług w banku czy o co chodzi? – zapytałam z pełnymi ustami. Żytni chleb na zakwasie to była teraz moim skromnym zdaniem kulinarna rozkosz, z którą nie mogła się równać nawet najbardziej puchata ciabatta. To było niebo w gębie!

– No właśnie nie wiem. – Mama podrapała się po głowie. – Trzeba by dobrze sprawdzić. W każdym razie ten ktoś, kto chce sprzedać, jakiś wojskowy ponoć, był u jej męża, tego, który ma warsztat samochodowy z Tomkiem od Basi, i tak o, tyle wiem.

– No dobra, zajrzę do tego warsztatu później, może Tomek mi coś więcej powie. Umówiłam się dziś z Baśką na kawę po południu, to akurat po drodze.

Powiedziałam to głównie dla świętego spokoju. I tak raczej nie zamierzałam tego domu sprawdzać. Te dwa, które mniej więcej przypadły mi do gustu, były całkiem w porządku i jedyne, co musiałam zrobić, to wybrać któryś z nich. Chociaż…

Matka też już nie drążyła. Jadła swoje kanapki i przyglądała się w milczeniu swojej najmarnotrawniejszej na świecie córce. Nigdy nie powiedziałaby tego na głos, choćby ją kołem łamano. Ciekawe, co jeszcze widziała, kiedy na mnie patrzyła? Że w ogóle nie wyglądałam na swoje czterdzieści sześć lat czy może wyglądałam za bardzo? I do kogo zrobiłam się podobna? Do niej na pewno nie. Do ojca także nie. To były geny po jakichś dawnych przodkach, bo ci, których znałam, nie mieli brązowych oczu, brązowych włosów i śniadej karnacji jak moja.

Chociaż swoją drogą ciekawe, jak zestarzałby się ojciec. Westchnęłam. Nie żył już trzydzieści lat, a w mojej pamięci na zawsze pozostał silnym facetem w kwiecie wieku. Ciekawe, czy polubiłby srebrne pasma u matki, te, które pojawiły się tuż po jego śmierci. Czy odwiedzałby mnie w Italii? On lubił podróżować. Ile zmarszczek od uśmiechania się miałby dziś ten wesoły człowiek? Najweselszy, jakiego znałam.

Uśmiechnęłam się sama do siebie. Powstrzymałam łzy, które napłynęły do oczu, i zamrugałam powiekami.

– Uwielbiam takie poranki – powiedziałam cicho, kiedy dojadłam ostatnią kanapkę. Otrzepałam okruszki z kącików ust.

– Ha, nie gadaj, we Włoszech o tej porze byłabyś już albo w jakiejś galerii, albo na plaży. A tu co robić? Mnie to nie przeszkadza, ale ty zawsze latałaś jak kot z pęcherzem.

– Wszystko tu można robić, mamuś. Wszystko. Poza tym nie wszystko złoto, co się świeci. – Wstałam od stołu i podeszłam do okna. – Nie docenia się tego, co się ma pod nosem. To dziwne, prawda? Kocham ten Wyszogród dopiero teraz tak… naprawdę.

Ale nie wiem, czy matka mi uwierzyła. Popatrzyła na mnie jakoś tak dziwnie i bez słowa machnęła ręką.

Elizabeth Taylor

Taylor Swift

Rozdział 2

Alicja

Kiedy po trzecim roku italianistyki przyleciałam do Włoch po raz pierwszy, zachłystywałam się z zachwytu. Wszystkim.

Kuchnią.

Ludźmi.

Sztuką.

Atmosferą.

Światłem.

Ciasnymi uliczkami.

Skuterami.

Lodami.

Językiem.

O tak! Język włoski był miłością mojego życia i nawet dokładnie pamiętałam moment, w którym się w nim zakochałam. Moja matka uwielbiała filmy z Marcellem Mastroiannim. W jednym z nich, w Słodkim życiu, Marcello tak mówił do bohaterki Sylvii:

– Tu sei tutto… tutto! Sei la prima donna del primo giorno della creazione. Sei la madre, la sorella, l’amante, l’amica, l’angelo, il diavolo, la terra, la casa3.

W moich uszach, uszach małej Ali, te słowa wybrzmiewały egzotycznie i tajemniczo, melodyjnie i dziwnie… słonecznie. Były miękkie i przyjemnie terkoczące. Jeszcze o tym nie wiedziałam, ale wyczuwałam podskórnie, że pachniały namiętnością i szumiały kaskadami Fontanny di Trevi. Nic z nich wtedy nie rozumiałam, a jednak znałam tę frazę na pamięć i często powtarzałam ją sobie przed lustrem, robiąc po dziecięcemu miny do siebie.

Tu sei tutto… tutto!

Sei la prima donna del primo giorno della creazione.

Sei la madre, la sorella, l’amante, l’amica, l’angelo, il diavolo, la terra, la casa.

Z czasem to, co mówiłam na głos, naprawdę zaczęło brzmieć włosko, nauczyłam się panować w tej frazie nad akcentem i rodzice często, kiedy mieli gości, prosili mnie o powtórzenie tych słów, żeby zabawić towarzystwo. Ciotki i wujowie pokładali się ze śmiechu na kanapie, tak ich to bawiło. Ale to właśnie wtedy ja, mała Alicja, uznałam, że choćby nie wiem co, muszę poznać ten język, zgłębić jego zakamarki i jego śpiewność. Słowa danego samej sobie dotrzymałam i kiedy przyszło po maturze do wyboru studiów, to w zasadzie jako jedna z nielicznych nie miałam żadnych wątpliwości.

Italianistyki jednak nie skończyłam. Taki chichot losu. Wtedy nie było licencjatu po trzecim roku, więc kiedy wyjechałam do Włoch jako dwudziestotrzylatka i przepadłam w ich atmosferze jak kamień w wodę, nie wróciłam na uniwersytet. Najpierw znalazłam pracę w rzymskim barze, wynajęłam małą klitkę, na którą ledwo, ledwo mi starczało z zarobionych pieniędzy, ale mimo wszystko to był jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu. Po raz pierwszy nie byłam naprawdę niczym ograniczona. Nikt nie stał za moim ramieniem, nie podpowiadał, nie komentował, nie szeptał. Bój o dokończenie studiów, na co nalegała matka, był gdzieś daleko, w zimnej, deszczowej Polsce. Tymczasem tam, w słonecznym Rzymie, życie brało rozbieg.

Na miejsca, gotowi, start!

Ależ to było wspaniałe! Nie mogłam usiedzieć w miejscu i nareszcie ze swoją nadpobudliwością znalazłam kraj i miasto, w którym mogłam się wtopić w tłum. Tu wszyscy byli dziwnie naelektryzowani, szybko mówili, zmieniali plany. Nareszcie nie odstawałam! Nawet urodą, bo z powodzeniem mogłam uchodzić za Włoszkę. Nareszcie gdzieś pasowałam!

Wtedy, dawno temu, nie diagnozowano ADHD, ale na pewno je miałam. Zawsze byłam tą niegrzeczną starszą siostrą. Tą żywą. Tą, na którą łatwo było wskazać palcem, że „ona to zrobiła”. Często tak było, to prawda. Coś zaczynałam i nigdy tego nie kończyłam, załatwiałam sto spraw naraz, wszystko po krótkim czasie mnie nudziło, więc gnałam dalej i dalej, z dolin rozpaczy jednym ślizgiem podnosiłam się na wyżyny radości i z powrotem.

Włochy były moją terapią. Energia tego kraju była moją energią, nasze częstotliwości nałożyły się na siebie. Nawet to, że ludzie głośno ze sobą rozmawiali, było moje. I, ach, jak oni się pięknie potrafili kłócić! Kto widział kiedyś Włocha rozbijającego w złości talerz, ten wie, o co chodzi. Coś wspaniałego! Perfetto!

W dni wolne od pracy włóczyłam się o świcie po Wiecznym Mieście i zwiedzałam najdalsze jego krańce, łapiąc smak i aromat świeżo parzonej kawy oraz pierwsze promienie słońca to na Wzgórzu Pincio na tarasie widokowym przy Villa Borghese, skąd o poranku widać było, jak słońce wschodzi nad Piazza del Popolo i dachami miasta, to w Ogrodzie Pomarańczy na Awentynie z piękną panoramą Bazyliki Świętego Piotra, często będącej jeszcze w lekkiej porannej mgle, to na Forum Romanum, gdzie jeśli weszło się odpowiednio wcześnie, wschód potrafił rozświetlić Kolumnę Trajana i Świątynię Saturna. Czasem podziwiałam nowy dzień z Mostu Świętego Anioła – tam widziałam, jak słońce pojawiało się za kopułą Bazyliki, a jego tarcza odbijała się w wodzie Tybru. A najbardziej, tak najbardziej ze wszystkiego kochałam taras przy Piazza Venezia, bo tam poranne światło pięknie rozświetlało dachy starówki i kościołów.

Nie mogłam spać – było tyle do zobaczenia! Tak, Rzym był obłędnie piękny. Intensywny. Głośny. Ciasny. Tłoczny. Zawsze jakiś.

Potem, po nim, był Mediolan. Skończyłam kelnerować i zaczęłam przygodę jako sekretarka w małym biurze nieruchomości. I to tam poznałam Alessandra. A potem Giuseppe. Obydwu kochałam na zabój, choć obydwaj złamali mi naiwne serce. Alessandro okazał się wcieleniem rzymskiego boga miłości i uprawiał ją na prawo i… lewo od związku, a Giuseppe… No cóż.

Giuseppe został moim mężem i to on pokazał mi swoje rodzinne strony, czyli Sardynię, za co zawsze będę mu wdzięczna. Ale to też on zostawił mnie raczej bez żalu, gdy się okazało, że nie mogę mieć dzieci. Co prawda kiedy się żegnał, przepraszał, łapał się teatralnie za serce i płakał gorzkimi i wielkimi jak groch łzami, ale odegrawszy finalne sceny dramatu, szybko znalazł pocieszenie.

Ciao, Alicja, mi amore!4

Zostawił mi tamten ogromny, stary i pusty dom na wyspie i… zniknął. Dziurawy, gotowy do remontu budynek nie bardzo nadawał się do mieszkania, ale nie było mnie stać na żadne prace naprawcze.

Przepracowałam w tej ruderze rozstanie, przebolałam, wylizałam rany i postanowiłam już nigdy z nikim nie wiązać się na stałe, a już na pewno nigdy nikomu nie oddawać nawet kawałka serca. Włochy, tak wspaniałe na początku, zaczęły mnie nagle frustrować.

Może to one się zmieniły, może to ja? Ale już wtedy, tuż po rozwodzie, wiedziałam, czułam, że mój czas w Italii dobiegał końca. Nieustannie trwałam w zachwycie nad urodą tego miejsca, nad nieskończonym pięknem Sardynii, na której spędziłam ostatnie lata, ale zaczęła mnie ona dziwnie męczyć. Kraj, w którym się zakochałam, drażnił. Upalne lata niemiłosiernie dawały się we znaki. Podobnie jak samotność. Tak, ona była najgorsza. Ciężko było żyć samej w kraju, w którym rodzina to świętość. A ja nie miałam rodziny – liczne siostry Giuseppe trzymały z bratem i czasem nie było się do kogo odezwać. Chyba że miałam lekcje włoskiego – bo zaczęłam się utrzymywać z uczenia obcokrajowców tego języka.

Ale przede wszystkim… po cichutku, zupełnie niespodziewanie zaczęłam tęsknić. Tak najzwyczajniej w świecie po dwudziestu trzech latach każdą komórką ciała zaczęłam tęsknić za… Polską. Za rodziną, która została w Wyszogrodzie i z którą więzi bardzo osłabły. Uśmiechy przez Zoom i krótkie wizyty raz w roku nie zasypywały przepaści, która rosła i rosła. Moja siostra była ode mnie młodsza o czternaście lat!

Niemal jej nie znałam, bo była małą dziewczynką, kiedy wyjechałam najpierw na studia, potem do Włoch. Kilka razy przyjechała do mnie na wakacje, gdy była jeszcze nastolatką, i – jak to z nastolatkami bywa – na ogół siedziała naburmuszona w swoim pokoju.

Tęsknota zaczęła się całkiem delikatnie, nieśmiało, by po kilku miesiącach wybuchnąć żalem za Polską, żalem spęczniałym do niebotycznych rozmiarów. Sama byłam tym zdumiona, bo moja rozłąka z ojczyzną w sumie nigdy nie była bolesna. A tymczasem rok temu stała się nie do zniesienia.

Tak, dwadzieścia trzy lata włoskiego słońca nauczyły mnie innego rytmu dnia – powolnego, rozleniwionego popołudniami, wypełnionego aromatem kawy tak gęstej, że niemal można ją było kroić nożem. Włochy stały się dla mnie domem z wyboru: uwielbiałam ciepło kamiennych murów o zmierzchu, oliwki smakujące jak lato, głośny śmiech sąsiadów niosący się z tarasów. A jednak gdzieś pod skórą drgała cicha nuta niedosytu i nie koiło jej nawet złoto zachodów słońca nad Morzem Tyrreńskim, które widziałam z okna sypialni.

Niespodziewanie zatęskniłam za mgłą, która jesienią wisiała nisko nad rzeką i spowijała Wyszogród tak gęsto, że każdy krok wydawał się tajemnicą. Miasteczko stawało się magicznym labiryntem uliczek z bajki. Tęskniłam za skrzypieniem śniegu pod butami w styczniowy poranek, gdy oddech zamieniał się w chmurki. Za skorupką lodu na Wiśle i smakiem gorącej herbaty z laską rozgrzewającego cynamonu i goździkami w malutkiej kawiarence z dwoma oknami, przez które można było podziwiać zamarzniętą rzekę. Za czasów liceum przesiedziałam w tej kawiarence wiele godzin z moją przyjaciółką Basią. Nasze nastoletnie głowy snuły tam wiele marzeń i odbyło się w tym miejscu wiele niedorzecznych rozmów dojrzewających dziewczyn. We Włoszech nie było nikogo takiego jak Baśka. Nikogo, kto znałby mnie od podszewki. Miałam mnóstwo znajomych, tak, ale nikt nie miał najmniejszych szans, żeby zająć w moim sercu miejsce płowowłosej koleżanki z ławki.

Tęskniłam też za zapachem sosnowego lasu, za tym szczególnym rodzajem ciszy, jaki niosła wyszogrodzka zima – ciszy, w której słychać jedynie własny oddech i daleki szum ciężarówek sunących przez nowy most w stronę Płońska. Za zapachem świeżego chleba z piekarni pana Andrzeja, gdzie znano imię każdego klienta i gdzie żona pana Andrzeja zawsze odkładała bochenek „tego najlepszego, z chrupiącą skórką”. I Boże drogi, jak bardzo tęskniłam za rosołem, którego smak nie miał w sobie ani krzty egzotyki, ale za to całą pełnię bezpieczeństwa. I jeszcze za zapachem bzu w maju, tak intensywnym, że można nim było się upić i wierzyć, że świat jest prosty i dobry. Za starymi wyszogrodzkimi kamienicami, w których farba na klatkach schodowych pamiętała czasy, kiedy moi rodzice byli młodzi, a ja sama biegałam po schodach, licząc stopnie – też tęskniłam. I za milionem innych rzeczy znienacka łkało moje serce, a najdotkliwiej odczuwałam żal za świętami Bożego Narodzenia, podczas których w powietrzu mieszał się aromat piernika, igliwia i lekka nerwowość mamy. I może jeszcze… za wrześniem, kiedy kasztany turlały się pod nogami, a w kieszeni kurtki zawsze tkwił choć jeden, gładki i zimny, zostawiony tam specjalnie w razie sytuacji, gdyby nagle zachciało się po prostu… potrzymać w dłoni kasztana.

Otrząsnęłam się ze wspomnień. Boże, jaka ostatnio byłam sentymentalna! Szłam do Baśki Leśniewskiej na umówioną wcześniej kawę. Z tego wszystkiego w ogóle nie zajrzałam do warsztatu Tomka, by wypytać o tajemniczy dom na sprzedaż, i przypomniało mi się o nim dopiero wtedy, gdy naciskałam dzwonek w bramie przyjaciółki. Skrzywiłam się. Kurde, powinnam była zawrócić, bo może to był ten dom.

Westchnęłam jednak i ponownie nacisnęłam dzwonek. Trudno. Widocznie nie był mi pisany. Gdyby był, pamiętałabym, żeby o niego zapytać.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

PRZYPISY

1   Pół kroku stąd, piosenka z filmu Vaiana. [wróć]

2   stronzata (wł.) – idiotyzm, gówno prawda [wróć]

3   Tu sei… (wł.) – Jesteś wszystkim… wszystkim! Jesteś pierwszą kobietą pierwszego dnia stworzenia. Jesteś matką, siostrą, kochanką, przyjaciółką, aniołem, diabłem, ziemią, domem. (Słodkie życie, reż. Federico Fellini). [wróć]

4   Ciao, Alicja… (wł.) – Żegnaj, Alicjo, moja miłości. [wróć]