Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Poznaj słoneczną Sycylię, poczuj na twarzy ciepły wiatr i klimat, który sprawia, że emocje czuje się mocniej.
Dagmarę porzuca partner i młoda kobieta musi zamieszkać z matką. Mimo że zawsze miały dobre relacje, Dagmara podświadomie obwinia matkę za swoją życiową porażkę.
Tymczasem matka nieoczekiwanie wykupuje dla nich podróż na Sycylię i mimo protestów córki, zmusza ją do wyjazdu.
Na domiar złego w hotelu poznają szczęśliwą parę – Justynę i Borysa, z którymi matka Dagmary upiera się spędzać czas.
Czy młodej dziewczynie uda się przetrwać tę niechcianą podróż? Czy mimo wszystko doceni uroki włoskiej wyspy? Jaką tajemnicę ukrywa przed nią matka? I czy to, co wydaje się miłością zawsze naprawdę nią jest?
Karolina Wilczyńska – autorka bestsellerowej serii "Stacja Jagodno" – zabiera nas w podróż po pięknej i pełnej kolorów Sycylii, w której wszystko wydaje się możliwe…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 299
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kiedy mój (wtedy już były) chłopak oznajmił z miną cierpiętnika, że preferuje bardziej kobiecy typ, powinnam była się rozpłakać, ale zamiast tego pomyślałam tylko, że dwa koty i święty spokój brzmią jak całkiem rozsądny plan na przyszłość.
Oczywiście nie pomyślałam tego od razu. W pierwszej chwili poczułam coś znacznie mniej efektownego i znacznie bardziej upokarzającego, coś pomiędzy pieczeniem pod powiekami a wrażeniem, że ktoś mnie nagle od środka oblał lodowatą wodą. Człowiek ma różne wyobrażenia o własnych reakcjach. W wyobraźni jest dumny, błyskotliwy i wychodzi z sytuacji z taką klasą, że potem druga strona przez trzy miesiące żałuje każdego wypowiedzianego słowa. W rzeczywistości stoi się z torebką zakupową w galerii handlowej, wpatrując w faceta, z którym jeszcze niedawno wybierało się kolor zasłon do wspólnego mieszkania, i słyszy się, że najwyraźniej problem polega na tym, że nie jest się dość seksowną wersją samej siebie.
A potem wraca się do domu i następnego dnia normalnie idzie się do pracy, bo psy, koty i króliki mają, z całym szacunkiem dla ludzkich dramatów, głęboko gdzieś cudze rozstania. Jamnik z zapaleniem ucha nie wzruszy się tym, że ktoś właśnie podeptał ci poczucie własnej wartości. Kot z ropiejącą raną nie będzie siedział przy tobie i mówił, że zasługujesz na coś lepszego. Zwierzęta są pod tym względem cudownie konkretne. Albo cierpią, albo są głodne, albo chcą ugryźć człowieka, który usiłuje wsadzić im termometr tam, gdzie żaden termometr nie powinien trafiać bez wyraźnej zgody obu stron. To akurat rozumiałam lepiej niż większość spraw dotyczących związków.
Nazywam się Dagmara Mrozowska, mam dwadzieścia dziewięć lat, jestem weterynarką i od kilku miesięcy żyłam mniej więcej tak, jak żyją ludzie, którzy bardzo nie chcą przyznać, że coś im się rozsypało. Czyli poprawnie. Wstawałam rano, brałam prysznic, myłam zęby, robiłam kawę, ubierałam się w pierwsze lepsze dżinsy, T-shirt i bluzę, czesałam włosy i jechałam rowerem do kliniki. Po pracy wracałam do mieszkania, które nagle wydawało się zbyt ciche i zbyt duże jak na jedną osobę. Potem jadłam byle co, przeglądałam wiadomości, odrzucałam połączenia od znajomych, którzy „tak tylko chcieli sprawdzić, co u mnie”, i szłam spać z poczuciem, że udało mi się przeżyć kolejny dzień. To zawsze coś.
Gdybym miała opisać siebie uczciwie, bez kobiecej kokieterii i taniego samobiczowania, powiedziałabym, że jestem raczej zwyczajna. Nie taka zwyczajna, o której mówi się z uprzejmości, że ma interesującą twarz, kiedy wszyscy wiedzą, że chodzi o to, że nie jest ładna. Po prostu zwyczajna. Mam niebieskie oczy, krótkie, czarne włosy, krótkie paznokcie i wiecznie brakuje mi czasu na zajmowanie się sobą w sposób, który magazyny dla kobiet nazywają troską o dobrostan. Mój dobrostan polegał głównie na tym, że miałam czyste adidasy i nie zasypiałam w pracy nad dokumentacją. Prawie się nie malowałam, bo po pierwsze, nie chciało mi się, a po drugie, w zawodzie, w którym człowiek przez pół dnia pochyla się nad zwierzętami, wydzielinami, sierścią i ludzką paniką – pełny makijaż miałby żywotność bałwana w lipcu.
Filip uważał kiedyś, że właśnie to jest we mnie najlepsze. Naturalność. Tak to nazywał, kiedy jeszcze był w tej fazie związku, w której mężczyzna potrafi wzruszyć się tym, że kobieta je przy nim pizzę i nie udaje leśnej nimfy żywiącej się rosą. Poznaliśmy się zresztą w sposób, który wtedy wydawał mi się obiecująco filmowy, a dziś jawił mi się raczej jako ostrzeżenie, którego nie umiałam odczytać. Przyprowadził do kliniki psa kolegi. Tak przynajmniej powiedział. Pies rozciął sobie ucho o krzew róży i wyglądał, jakby stoczył nierówną walkę w oktagonie. Filip trzymał go na rękach z miną człowieka odpowiedzialnego, czułego i niezawodnego. Miał ciepły głos, ładne dłonie i ten rodzaj uśmiechu, od którego człowiekowi przez chwilę wydaje się, że może jednak los nie jest zupełnie złośliwy i wreszcie spojrzał na ciebie przychylnym okiem.
Później okazało się, że pies nie należał do kolegi, tylko do dziewczyny, z którą wtedy jeszcze był. Tego drobnego szczegółu nie uznał za stosowne zdradzić od razu. Dowiedziałam się dużo później, kiedy już od roku mieszkaliśmy razem. To był ten przykry moment, w którym kobieta odkrywa, że nie zna prawdziwego początku własnej historii miłosnej. Pamiętam, że siedziałam wtedy na kanapie z kubkiem herbaty i patrzyłam na niego, a on tłumaczył, że to było skomplikowane. Bardzo lubię to słowo. Skomplikowane. Nic tak pięknie nie przykrywa zwykłego tchórzostwa, egoizmu i kombinowania.
Pierwszy raz powinnam była zatrzymać się właśnie wtedy. Nie zatrzymałam się. Potem przyłapałam go na pisaniu z inną kobietą. Takim pisaniu, przy którym żaden człowiek z odrobiną godności nie powinien sobie wmawiać, że to nic takiego. A jednak wmawiałam sobie. Bo to niewiarygodne, ile człowiek jest w stanie wybaczyć, kiedy bardzo chce, żeby rzeczywistość była inna, niż jest. Filip przepraszał, mówił, że się pogubił, że nic nie znaczyła, że przechodził trudny czas. Jakby zdrada była sezonowym katarem albo alergią na pyłki. Wybaczyłam. Nie jestem z tego dumna, ale nie zamierzam też udawać, że byłam zawsze twarda, niezależna i rozsądna. Byłam zakochana. A zakochana kobieta potrafi wmówić sobie niemal wszystko.
Potem przypadkiem zobaczyłam go w mieście – obejmował jakąś blondynkę z czułością, która nie pozostawiała pola do interpretacji. To nie był przyjacielski uścisk. To nie było podtrzymywanie osoby, która zasłabła. To był ten rodzaj objęcia, na którego widok człowiek od razu wie, że w jego związku nie ma już czego zbierać. Najgorsze jest to, że nawet wtedy pewnie znalazłabym w sobie jakieś pokłady idiotycznej wyrozumiałości, gdyby on sam nie zdecydował się zakończyć naszej znajomości. Przyznał się do zdrady i powiedział, że na mnie nie zasługuje. Że powinnam mieć kogoś lepszego. To jest, swoją drogą, jedna z najbardziej podstępnych rzeczy, jakie może powiedzieć facet, który właśnie zrobił z ciebie emocjonalną miazgę. Brzmi szlachetnie, a w gruncie rzeczy jest elegancko zapakowaną ucieczką.
Przez kilka dni po tej rozmowie chodziłam jak struta i naprawdę byłam bliska tego, żeby się upokorzyć do końca. Myślałam, że może zadzwonię, że może powiem, żeby wrócił, że przecież można to jeszcze naprawić. Do dziś robi mi się słabo na wspomnienie własnych planów. Na szczęście los, który czasem bywa bezlitosny, od czasu do czasu wykazuje jednak odruchy przyzwoitości i zobaczyłam ich razem w galerii handlowej. Szli z torbami, spokojni, roześmiani, jak para ludzi, którzy już przestali się ukrywać. A kiedy mnie zobaczył, nie wyglądał nawet na szczególnie zakłopotanego. Podszedł, przywitał się i protekcjonalnym tonem powiedział, że chyba rozumiem i że on po prostu woli bardziej kobiecy i seksowny typ.
Naprawdę nie wiem, co kobieta powinna zrobić w takiej chwili. Czy istnieje jakiś podręcznik godnego zachowania po usłyszeniu czegoś podobnego? Czy trzeba wyprostować plecy, uśmiechnąć się chłodno i rzucić jakąś błyskotliwą ripostę? Bo ja nie rzuciłam. Poczułam tylko, że w gardle rośnie mi twarda gula, a całe ciało mam ciężkie i obce. Najgorsze w takich słowach nie jest nawet to, że są okrutne. Najgorsze jest to, że trafiają dokładnie tam, gdzie człowiek skrywa swoje kompleksy. Ja nigdy nie byłam kobietą w wersji katalogowej. Nie miałam długich, falowanych włosów, paznokci w kolorze malinowego różu ani tej miękkiej, wyuczonej gracji, z którą niektóre kobiety nawet poprawiają torebkę. Zawsze byłam raczej szybka, konkretna, trochę ostra, zwykle ubrana tak, żeby dało się wygodnie wsiąść na rower, przebiec przez ulicę i utrzymać wyrywającego się owczarka.
Przez kilka tygodni po rozstaniu łapałam się na absurdalnych myślach. Że może byłoby inaczej, gdybym zapuściła włosy, kupiła sukienki, zaczęła się malować, chodzić na paznokcie i używać perfum, których nazwa brzmi jak francuska obietnica lepszego życia. Potem przypominałam sobie, że nie jestem projektem remontowym. Nie jestem mieszkaniem po poprzednich lokatorach, w którym wystarczy wymienić płytki, żeby nagle nabrało wartości. Byłam sobą. Tylko że wtedy jeszcze ta świadomość nie dawała mi siły, raczej męczyła. Bo dobrze, jeśli człowiek jest sobą, ale co z tego, jeśli to najwyraźniej nie wystarcza?
Moja praca była jedyną rzeczą, która trzymała mnie w pionie. Klinika mieściła się przy dość ruchliwej ulicy, pomiędzy apteką a sklepem z częściami samochodowymi. Rankiem w środku pachniało środkami dezynfekującymi, kawą z automatu i sierścią. Ten zapach, dla wielu pewnie nie do wytrzymania, dla mnie był niemal kojący. Było w nim coś znajomego, konkretnego i uczciwego. Białe ściany, metalowe blaty, szafki z lekami, cichy szum klimatyzacji, stukanie pazurów o podłogę, miauczenie dochodzące z transporterów, szczekanie zniecierpliwionych psów i zatroskane ludzkie głosy. Lubiłam ten rytm. Lubiłam to, że trzeba działać. Tu nie było czasu na filozoficzne rozważania o sensie życia. Trzeba było opatrzyć ranę, sprawdzić wyniki, uspokoić spanikowaną właścicielkę spaniela, która z góry zakładała nowotwór.
Miałam swoich stałych pacjentów i doskonale znałam ich opiekunów. Była na przykład pani od grubego persa, która za każdym razem mówiła, że kot prawie nic nie je, a ten ważył osiem kilo i wyglądał jak puchaty sułtan. Był starszy pan z jamnikiem, który bał się badań bardziej niż jego pies. Była młoda dziewczyna z rudym kundelkiem, pytająca mnie z całkowitą powagą, czy pies obrazi się na nią za to, że pozwoliła dać mu zastrzyk. Ale zdarzały się też sytuacje mniej urocze. Ludzie, którzy zwlekali za długo, nie słuchali zaleceń albo wydawali fortunę na gadżety dla pupila, ale krzywili się na koszty podstawowych badań. A jednak wśród tego wszystkiego czułam się potrzebna. Nawet jeśli czasem wracałam do domu z bólem pleców, zapachem gabinetu we włosach i świadomością, że choć wiele razy uratowałam jakieś życie, to tym razem mimo starań się nie udało.
Marzyłam o własnym gabinecie. Nie o wielkiej klinice z chromowanym logo i recepcją wyglądającą jak lobby nowoczesnego hotelu. O czymś mniejszym. O miejscu, w którym wszystko byłoby po mojemu. Jasnym, czystym, dobrze zorganizowanym, z porządnym sprzętem i ludźmi, którzy przyszliby nie dlatego, że mają najbliżej, tylko dlatego, że mi ufają. To było moje marzenie jeszcze z czasów, kiedy wierzyłam, że na życie można mieć rozsądny plan. Najpierw praca, potem kredyt na gabinet, związek, rodzina, coś stałego. Tymczasem stałe okazało się tylko to, że zawsze znajdzie się jakiś pies z rozwolnieniem, a cała reszta jest zadziwiająco chwiejna.
Czasem, kiedy wracałam wieczorem do domu i zostawiałam rower w piwnicy, ogarniało mnie takie zniechęcenie, że nie miałam siły nawet włączyć radia. W kuchni stał kubek po porannej kawie, w łazience szczoteczka była już tylko jedna, a na parapecie nadal leżała ceramiczna miseczka, kupiona niegdyś z Filipem dla psa, którego mieliśmy kiedyś wziąć. Jak widać, nasze wspólne plany skończyły się na naczyniu dla nieistniejącego zwierzęcia. To też jakaś metafora, tylko niezbyt wyszukana.
W takich chwilach naprawdę myślałam o kotach. Nie w sensie zastępowania ludzi zwierzętami, chociaż może trochę też. Po prostu koty wydawały mi się uczciwsze. Jeśli kot cię ignoruje, to cię ignoruje. Jeśli przyjdzie i położy się obok, znaczy to więcej niż połowa męskich deklaracji. Rozważałam nawet adopcję dwóch. Dwóch, bo jeden kot wydawał mi się zbyt poważnym symbolem życiowej kapitulacji, a dwa tworzyły już coś w rodzaju małej, ekscentrycznej wspólnoty. Widziałam to niemal wyraźnie: ja, dwa uratowane dachowce, wieczory z książką i cisza, która nie boli, tylko koi. Tylko że nawet ta wizja, choć pocieszająca, miała w sobie coś smutnego. Jakbym już na starcie wycofywała się z całego świata do niewielkiego, bezpiecznego schronienia.
Najgorsze było to, że ludzie wokół chyba zaczynali to zauważać. W pracy byłam aktywna, ale cichsza niż dawniej. Mniej się śmiałam. Rzadziej rzucałam złośliwe uwagi, które zwykle poprawiały humor mnie i kolegom. Wieczorami nie odbierałam telefonów. Przestałam wpadać do matki tak często, jak wcześniej, bo wiedziałam, że patrzy na mnie tym swoim uważnym, bystrym wzrokiem, przed którym niewiele da się ukryć. Moja matka, Bożena Mrozowska, miała rzadki talent dostrzegania cudzych nastrojów nawet wtedy, gdy człowiek usiłował przykryć je ironią, milczeniem albo byle jakim uśmiechem. A ja nie miałam ochoty na rozmowy pod tytułem „jesteś jeszcze młoda” i „wszystko się ułoży”. Takie zdania mają zwykle tę samą wartość co dekoracyjne poduszki. Ładnie wyglądają, ale raczej nie nadają się do użytku.
Oczywiście mówiłam sobie, że mam to wszystko pod kontrolą. Że jestem dorosła, pracuję, radzę sobie, nie rozpadam się publicznie na kawałki. Tylko że człowiek może długo wmawiać sobie różne rzeczy, a i tak prawda wychodzi bokiem. W moim przypadku wychodziła zmęczeniem, drażliwością i tym osobliwym stanem, w którym z jednej strony chce się świętego spokoju, a z drugiej ma się żal do świata, że ten spokój jest aż tak wielki.
Gdybym wtedy wiedziała, że kilka dni później moja matka wpadnie na pomysł wyciągnięcia mnie na Sycylię, pewnie parsknęłabym śmiechem. Nie byłam materiałem na kobietę z wakacyjnego folderu. Nie czułam się jak ktoś, kto powinien spacerować nad Morzem Jońskim w rozwianej sukience i odzyskiwać wiarę w życie przy dźwiękach włoskich piosenek. Czułam się raczej jak człowiek po emocjonalnym wypadku, któremu kazano wstać, otrzepać się i docenić ładną pogodę.
A jednak to właśnie wtedy, w tamtym przeciętnym, szarawym czasie, kiedy moim największym planem na przyszłość były dwa koty i względnie stabilny poziom obojętności, coś zaczynało się dziać, choć jeszcze tego nie wiedziałam. Na razie byłam po prostu sobą: kobietą z krótkimi włosami, rowerem, cudzymi zwierzętami pod opieką i sercem, które wprawdzie nadal działało, ale z dużą niechęcią do współpracy w zakresie emocji.
***
Pierwszy telefon od mojej matki w sprawie Sycylii odebrałam w czerwcu, przed południem, między kotem z zapaleniem spojówek a labradorem, który najwyraźniej uznał, że skoro drożdżowe ciasto pięknie pachnie, to musi być stworzone właśnie dla niego.
Czerwiec miał w sobie tę szczególną świeżość początku lata. Powietrze od rana było ciepłe, miękkie i lekko wilgotne, jakby dzień dopiero się rozpędzał, ale już wiedział, że zamierza być gorący. Słońce wpadało przez duże okna kliniki ostrymi, jasnymi pasami i odbijało się od białych kafelków, metalowych blatów i szklanych drzwiczek szafek z lekami. W środku pachniało płynem dezynfekującym, sierścią i czymś jeszcze, co potrafi rozpoznać tylko człowiek pracujący ze zwierzętami. Woń, która dla wielu ludzi byłaby trudna, ostra i męcząca, a dla mnie od dawna oznaczała zwyczajność, porządek i jakiś rodzaj bezpiecznej przewidywalności.
Lubiłam lato w klinice. Ludzie byli trochę milsi, w poczekalni częściej pachniało letnimi perfumami i świeżym powietrzem niż mokrymi kurtkami. Psy wnosiły na łapach kurz, trawę i pył z parkowych alejek, koty wyglądały, jakby miały głębokie poczucie krzywdy, że w tak piękny dzień ktoś zamknął je w transporterze.
Tego ranka stałam przy stole zabiegowym i delikatnie odchylałam powiekę burego, wyjątkowo obrażonego kota, którego właścicielka – drobna kobieta w lnianej sukience i ogromnych okularach przeciwsłonecznych podniesionych na głowę – oddychała z takim napięciem, jakby od wyniku badania zależały losy świata.
– To wygląda na stan zapalny, ale bez dramatu – powiedziałam spokojnie, świecąc na źrenicę. – Dam krople, pokażę pani, jak zakraplać. Za kilka dni powinno przejść.
Kobieta uśmiechnęła się z wdzięcznością, a kot w tej samej chwili wykręcił głowę i spróbował ugryźć mnie w palec, pokazując w ten sposób, że nie zgadza się na takie bezpardonowe naruszenie jego prywatności.
– Proszę, jaki waleczny – mruknęłam bardziej do siebie niż do niego.
Mój telefon leżał na parapecie, obok plastikowego kubka z letnią już kawą. Ekran rozświetlił się nagle chłodnym blaskiem. Zerknęłam na wyświetlacz.
Mama.
Patrzyłam przez chwilę na smartfon i poczułam coś pomiędzy rezygnacją a lekkim niepokojem. Moja matka rzadko dzwoniła bez powodu, ale jednocześnie była człowiekiem, dla którego „powód” oznaczał bardzo szerokie spektrum zjawisk: od rzeczywiście ważnych spraw po nagłe odkrycie, że w osiedlowym warzywniaku pojawiły się pierwsze polskie czereśnie i należałoby ten fakt omówić.
– Przepraszam panią na moment – powiedziałam do właścicielki kota. – Muszę odebrać.
Odsunęłam się dwa kroki, przycisnęłam telefon ramieniem do ucha i już po pierwszym słowie zrozumiałam, że matka jest w trybie podwyższonego entuzjazmu.
– Dagusia, nie przeszkadzam ci bardzo? – zapytała głosem tak jasnym i radosnym, jakby właśnie wygrała wycieczkę dookoła świata albo przynajmniej dostała darmowy sernik w ulubionej kawiarni.
– Jestem w pracy, więc oczywiście trochę przeszkadzasz, ale mów – odparłam, patrząc kątem oka, czy kot nie postanowił właśnie zeskoczyć ze stołu.
– Rozumiem, to ja tak szybciutko. Słuchaj, mam pomysł. Tylko nie odmawiaj od razu, dobrze? Najpierw wysłuchaj do końca, spokojnie, bez ponurych min i tego westchnienia, które słychać nawet przez telefon.
– Przecież jeszcze nie westchnęłam – zauważyłam.
– Ale zamierzałaś.
– Mamo, o co chodzi?
Po drugiej stronie usłyszałam szelest papierów. Znałam ten dźwięk. Oznaczał, że moja rodzicielka jest uzbrojona w jakieś dane mające mnie przekonać do tego, co za chwilę mi zaproponuje.
– Chodzi o to – zaczęła z namysłem, przeciągając sylaby w sposób niepokojąco uroczysty – że powinnaś gdzieś wyjechać. Na trochę. Zmienić powietrze, otoczenie, widoki. Potrzebujesz słońca, morza i czegoś ładniejszego niż te twoje białe ściany, kroplówki i psy po przejściach.
– Bardzo doceniam troskę o estetykę mojego życia – powiedziałam sucho – ale obawiam się, że pacjentom jestem potrzebna bardziej niż morskim falom.
– Nie żartuj sobie ze mnie. Mówię poważnie. Od miesięcy jesteś przygaszona. Chodzisz, pracujesz, odpowiadasz monosylabami i wyglądasz tak, jakby ktoś wyssał z ciebie całą radość życia. A przecież jest czerwiec, lato się zaczyna, świat jest piękny, ludzie jeżdżą, zwiedzają, jedzą smakołyki, oddychają pełną piersią, a ty co? Praca, rower, mieszkanie i smutna mina – podsumowała mnie bezlitośnie.
Spojrzałam w okno. Za szybą liście na drzewach były intensywnie zielone, młode i pełne życia. Czerwcowe słońce ogrzewało asfalt na parkingu i dachy samochodów. Świat rzeczywiście był w rozkwicie. Problem polegał na tym, że ja niekoniecznie.
– Mamo – powiedziałam ciszej – nie każdy musi być cały czas radosny.
– Ale każdy powinien przynajmniej spróbować nie spędzać życia jak wdowa po własnej młodości.
Parsknęłabym śmiechem, gdyby nie to, że właścicielka kota patrzyła na mnie z zaciekawieniem, a sam kot właśnie próbował zepchnąć łapą pudełko gazików.
– To nie było delikatne – zauważyłam.
– Ależ jestem delikatna. Czuła wręcz. Tylko ty nigdy nie doceniasz niuansów. W każdym razie postanowiłam, że pojedziemy na Sycylię.
Powiedziała to tak, jakby obwieszczała coś oczywistego. Jakbyśmy od dawna miały zaplanowaną wspólną wyprawę, a ja mogłam co najwyżej zastanowić się, czy zabrać dwie pary sandałów, czy trzy.
– Postanowiłaś? – powtórzyłam.
– Tak. Właśnie to powiedziałam.
– Za nas obie?
– Oczywiście. Nie będę przecież jechała sama jak jakaś porzucona emerytka, z katalogiem biura podróży pod pachą. Pojedziemy razem. Ty i ja. Siedem, może osiem dni. Morze, słońce, włoskie miasteczka, dobre śniadania, może Etna, może Syrakuzy. Wschodnia Sycylia jest ponoć przepiękna. Wyobraź sobie tylko ten kolor morza, kamienne uliczki, cytryny, zapach powietrza wieczorem…
– Mamo, ja naprawdę nie potrzebuję sycylijskiego zapachu powietrza wieczorem. Wystarczy mi kielecki.
– Potrzebujesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz.
– Nie jadę na Sycylię.
Właścicielka kota zaczęła drapać swojego pupila po karku, a ja kątem oka zobaczyłam, że recepcjonistka niesie kartę kolejnego pacjenta. Wszystko wokół toczyło się zwyczajnie, spokojnie, a moja matka tymczasem próbowała mnie teleportować na włoską wyspę.
– Dlaczego od razu tak się zamykasz? – kontynuowała z nutą urazy. – Naprawdę nie możesz przez minutę dopuścić do siebie myśli, że to mógłby być dobry pomysł? Nie każę ci przecież biec maratonu ani zapisać się na kurs samby. Mówię tylko o wyjeździe. O paru dniach w pięknym miejscu. O odpoczynku.
– Nie jestem zmęczona.
– Właśnie że jesteś. I to bardzo. Tylko nie fizycznie, choć pewnie też. Ty jesteś zmęczona wszystkim – sobą, pracą, swoim mieszkaniem, tym całym Filipem, który nie zasługuje nawet na to, żebym wymieniała jego imię bez przewracania oczami. Jesteś zmęczona. Nawet przez telefon to słyszę.
To była jedna z rzeczy, których nie lubiłam w matce najbardziej i jednocześnie jedna z rzeczy, za które ją ceniłam – trafiała celnie. Nie zawsze delikatnie, nie zawsze wtedy, kiedy miałam na to ochotę, ale celnie.
– Mamo, jestem w pracy – powiedziałam, bo to był najprostszy sposób, żeby zakończyć rozmowę.
– Dobrze, to tylko jeszcze jedno. Nic nie rezerwuję bez twojej zgody, ale chcę, żebyś uczciwie się zastanowiła. Nie z pozycji wystraszonego jeża, tylko dorosłej kobiety, która może powiedzieć: tak, potrzebuję oddechu. Dobrze?
– Dobrze – skłamałam.
– I oddzwonisz wieczorem?
– Zobaczę.
– Dagmara!
– No co?
– Nie „zobaczę”, tylko oddzwonisz. Inaczej ja zadzwonię.
– To brzmi bardziej jak groźba niż rodzinne ustalenie.
– Bo trochę nią jest.
Rozłączyła się z determinacją, którą czuć było nawet przez ekran.
Schowałam telefon do kieszeni fartucha i wróciłam do kota. Jego lewe oko było czerwone, lekko przymknięte, a humor jeszcze gorszy niż wcześniej. Przez chwilę wydało mi się to wręcz kojące. Zwierzęta cierpiały z konkretnego powodu. Ich problemy były do nazwania i wyleczenia konkretnym lekarstwem albo opatrunkiem. Człowiek natomiast potrafił chodzić miesiącami z czymś bolącym w środku i jeszcze upierać się, że wszystko jest w porządku.
Do końca dnia wracałam myślami do rozmowy z matką. Między jednym pacjentem a drugim łapałam się na tym, że wyobrażam sobie tę jej Sycylię – jasne słońce, rozgrzane kamienie, słone powietrze, niebieskie morze, może jakiś taras z widokiem. A zaraz potem robiłam się na siebie zła, bo przecież nie chciałam się łamać pod naporem kolorowych wizji jak nastolatka przekonywana do obozu językowego. Nie potrzebowałam przygody. Potrzebowałam spokoju. Najchętniej takiego, który nie wymagałby pakowania walizki, kupowania stroju kąpielowego i udawania, że człowiek umie i chce odpoczywać.
Tego dnia przyjęłam jeszcze trzy psy z różnymi problemami zdrowotnymi, dwa koty, które należało przekonać, że szczepienia nie są zamachem na wolność osobistą, i jednego królika o uszach miękkich jak szary aksamit, którego właścicielka bała się bardziej niż on. W południe tak szybko wypiłam drugą kawę, że poparzyłam sobie język, i pomyślałam, że jeśli matka jeszcze raz dziś zadzwoni, to na pewno nie odbiorę. Potem przyszła jeszcze dostawa leków, trzeba było pomóc przy zabiegu, ktoś płakał przy recepcji, bo wyniki psa nie były dobre, na koniec wypełniałam papiery, a dzień, jak to zwykle bywało, upłynął szybciej, niż można się było tego spodziewać o poranku.
Kiedy wróciłam do mieszkania, było już po dwudziestej. Niebo za oknem miało kolor ciemniejącego błękitu z mleczną smugą różu przy horyzoncie, a powietrze wpadające przez uchylone okno było ciepłe, pachnące nagrzanym chodnikiem, kurzem, liśćmi i odległym grillem z czyjegoś ogródka. Zostawiłam rower w piwnicy, weszłam po schodach na trzecie piętro i od progu poczułam tę szczególną ciszę swojego mieszkania, która po rozstaniu z Filipem przestała być przyjemna.
Zrzuciłam buty, otworzyłam lodówkę, popatrzyłam na jej zawartość z urazą, jakbym liczyła, że w ciągu dnia pojawiło się tam coś bardziej inspirującego niż jogurt, ser i pół ogórka. Zrobiłam sobie dwie kanapki z serem, usiadłam przy stole i zjadłam je bez większego przekonania. Potem wzięłam szybki prysznic, wciągnęłam ulubioną koszulkę i położyłam się do łóżka z książką, w której od trzech dni czytałam ten sam rozdział, bo myśli i tak uciekały gdzie indziej.
Telefon odezwał się, kiedy byłam już senna, otulona tą błogą ociężałością, która przychodzi po długim dniu, i sprawia, że człowiek naprawdę wierzy, iż za chwilę odpłynie w niebyt.
Mama.
Spojrzałam na ekran. Godzina 22:47.
– Oczywiście – mruknęłam do sufitu. – Bo przecież kto normalny śpi o tej porze?
Odebrałam dopiero po trzecim sygnale.
– Mamo, jest prawie jedenasta…
– Wiem. Uznałam, że teraz już nie będziesz miała kota na stole.
– Nie mam. Mam za to ochotę się wyspać.
– Przesadzasz. Ja tylko na chwilę.
Usiadłam wyżej, oparłam się o zagłówek i zgasiłam lampkę. Pokój tonął w miękkim półmroku. Przez uchylone okno wpadały odgłosy odległych samochodów i czyjeś przytłumione śmiechy z ulicy. Czerwcowa noc była ciepła i spokojna. Tego rodzaju wieczory aż proszą się o romantyczne wzruszenia, dobre wino i ludzką bliskość. Ja miałam telefon, zmęczenie i matkę z pomysłem.
– Zatem słucham cię, mamo – powiedziałam.
– Pomyślałaś?
– O czym? O życiu, przemijaniu czy o Sycylii?
– Nie bądź złośliwa. O Sycylii. Dzisiaj specjalnie sprawdzałam różne miejsca. Wschodnia część wyspy jest naprawdę przepiękna. Są takie miasteczka nad morzem, skaliste wybrzeże, barokowe miasta, widoki na Etnę. Czytałam, że wieczorem powietrze pachnie jaśminem, cytrynami i morzem. Wyobrażasz to sobie?
Zamknęłam oczy.
Właśnie to było najgorsze. Wyobrażałam sobie aż za dobrze.
– Mamo, ja nie mam siły teraz podróżować. Naprawdę. Nie mam w sobie teraz… energii.
– Właśnie dlatego powinnaś pojechać. Gdybyś była szczęśliwa, roześmiana i pełna życia, pewnie nie przyszłoby mi to do głowy z taką siłą. Ale ty nie jesteś. Od tygodni prawie się nie odzywasz. Wszystko w tobie jest jakieś przygaszone. Przestałaś wpadać do mnie, tylko dzwonisz i mówisz, że jesteś zmęczona. Kiedy byłam ostatnio u ciebie, miałaś taki nastrój, jakbyś urządzała stypę po swoich planach na przyszłość.
– To bardzo poetyckie jak na anglistkę – odparłam ironicznie.
– A ty nie uciekaj w sarkazm. Mówię poważnie. Martwię się o ciebie.
Przez chwilę nic nie mówiłam. W półmroku pokoju biała ściana naprzeciw łóżka wydawała się chłodna, pusta i trochę za duża. Pomyślałam, że matka pewnie siedzi teraz w swoim salonie, może w okularach zsuniętych na nos, z kubkiem herbaty obok i telefonem przy uchu, gotowa mnie przekonywać jeszcze przez godzinę, jeśli zajdzie taka potrzeba.
– Nie jestem w rozsypce – powiedziałam w końcu, chociaż zabrzmiało to mniej pewnie, niż zamierzałam.
– Nie powiedziałam, że jesteś. Powiedziałam, że jesteś smutna. A to nie jest to samo, choć też nie należy tego hodować jak pelargonii na parapecie.
Mimowolnie się uśmiechnęłam.
– Hodowanie smutku jak pelargonii brzmi jednak dość elegancko.
– Ty byś nawet z depresji próbowała zrobić żart, żeby tylko nie przyznać, że coś cię boli.
– Nie przesadzaj z tą depresją.
– Dobrze, nie będę. Ale powiedz mi uczciwie: czy ty naprawdę chcesz całe lato spędzić, tak jak teraz? Praca, dom, rower, kanapki jedzone w pośpiechu i miny, po których nawet sąsiedzi pewnie przestali mówić ci „dzień dobry” w obawie, że zarażą się melancholią?
– Moi sąsiedzi od dawna mnie nie lubią, bo czasami stawiam rower na półpiętrze.
– To niewiele zmienia w ogólnym oglądzie sytuacji, nie sądzisz?
Westchnęłam i odgarnęłam włosy, choć przy mojej fryzurze był to gest raczej symboliczny niż praktyczny.
– Mamo, ale dlaczego akurat Sycylia?
– Bo jest piękna. I zawsze chciałam ją zobaczyć. Bo to nie tylko plaża i leżak, choć i one by nie zaszkodziły. Ale tam są: historia, sztuka, przyroda, morze, wulkan, pyszne jedzenie, słońce. Bo można spacerować po miejscach, które pamiętają starożytność, a potem usiąść w restauracji nad wodą i zjeść coś pysznego. A to wszystko brzmi jak coś, co mogłoby cię na chwilę wyciągnąć z tej szarości, w której siedzisz.
To ostatnie zdanie zawisło między nami.
Wyciągnąć z szarości.
Było w nim coś niepokojąco trafnego.
– A jeśli ja nie chcę być wyciągana? – zapytałam ciszej.
– To pojedziesz i będziesz sobie ponura na Sycylii. Też dobrze. Nie wymagam od ciebie skakania z radości. Nie każę ci nosić sukienek, flirtować z kelnerami ani robić zdjęć z rękami uniesionymi do słońca. Możesz być dokładnie taka, jaka jesteś. Tylko w ładniejszej scenerii.
Zaśmiałam się krótko.
– To brzmi prawie jak hasło reklamowe wycieczki dla ludzi po przejściach.
– Bardzo proszę. Mogę nawet takie wymyślić. „Sycylia: możesz dalej cierpieć, ale przynajmniej z widokiem na morze”.
Tym razem parsknęłam naprawdę.
I właśnie to mnie zirytowało najbardziej – że ona umiała mnie rozbroić nawet wtedy, kiedy wcale nie miałam ochoty zdejmować zbroi.
– To nie fair – powiedziałam.
– Co nie fair?
– To, że mnie rozśmieszasz, kiedy próbuję być stanowcza.
– A ty jesteś uparta, choć ewidentnie kusi cię ten pomysł.
– Wcale mnie nie kusi.
– Dagmara, znam cię od dwudziestu dziewięciu lat – przypomniała.
Odwróciłam głowę i spojrzałam w okno. Na niebie wisiał jasny, letni księżyc, trochę rozmazany przez ciepłe powietrze. Gdzieś z dołu dolatywał słodki, ciężki zapach kwitnących lip. Pomyślałam nagle, że rzeczywiście jest czerwiec, lato dopiero się zaczyna, a ja czuję się tak, jakby moje życie się skończyło.
– A gdybym powiedziała, że nie pojadę? – zapytałam po chwili.
– To bym jeszcze chwilę cię przekonywała. Potem dałabym ci dwa dni na ochłonięcie. I znowu bym zadzwoniła. Ostatecznie pewnie przyszłabym do ciebie osobiście i zamęczyła argumentami przy herbacie.
– Czyli moja zgoda jest właściwie kwestią czasu?
– Nie. Jest kwestią rozsądku.
– Mamo…
– No dobrze, powiem uczciwie: trochę też czasu.
Wyczułam w jej głosie uśmiech. Miała w sobie ten rodzaj pogodnej determinacji, który bywał równie wzruszający, co niebezpieczny.
– Nie wiem – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Naprawdę nie wiem. Z jednej strony nie mam ochoty nigdzie jechać. Z drugiej… może rzeczywiście mam już dość własnych czterech ścian. Tylko że nie chcę, żebyś oczekiwała, że nagle odżyję, zacznę tryskać humorem, będę ci wdzięczna za każdą palmę i będę zachwycała się zachodem słońca. Nie jestem teraz w tym miejscu.
– Dagmara, ja nie potrzebuję od ciebie wdzięczności za palmy. Wystarczy mi, że pojedziesz. Reszta będzie, jaka będzie. Możesz nawet narzekać, jeśli sprawi ci to przyjemność. Chociaż mam nadzieję, że przy takim morzu będzie ci trudniej.
– Czyli mogę być sobą?
– To nawet wskazane. Innej córki nie mam.
Milczałam chwilę, wsłuchując się w szum własnego mieszkania. Lodówka mruczała cicho w kuchni, a we mnie rodziło się powoli coś, czego nie chciałam nazwać ani zgodą, ani nadzieją. Może po prostu lekkim pęknięciem w uporze.
– Dobrze – powiedziałam w końcu. – Pomyślę. Ale naprawdę pomyślę, a nie w twoim rozumieniu, że „pomyślę” oznacza „już się zgadza”.
– To i tak postęp – odparła matka natychmiast. – Wiedziałam, że nie jesteś całkiem przeciwna.
– Nie popadajmy w entuzjazm.
– Nigdy. Jestem wzorem umiarkowania.
– Jasne. A ja królową piękności.
– Dagusia?
– Co?
– Bardzo bym chciała, żebyśmy pojechały.
Powiedziała to już inaczej. Ciszej, miękko, bez komizmu, bez lekkiej napastliwości, którą zwykle okazywała przy podobnych okazjach. To jedno zdanie zostało ze mną bardziej niż wszystkie cytryny, morza i katalogowe widoki.
– Wiem – odpowiedziałam.
– Dobranoc, kochanie.
– Dobranoc, mamo.
Odłożyłam telefon na szafkę nocną i zgasiłam ekran. Pokój znów pogrążył się w ciepłym półmroku, a ja położyłam się na plecach i patrzyłam chwilę w sufit. Sycylia. Samo słowo brzmiało słonecznie, niemal niewiarygodnie. Jak coś z innego życia. Nie mojego. Nie kobiety, która od miesięcy chodziła po własnej codzienności z ostrożnością człowieka stąpającego po potłuczonym szkle.
A jednak zanim zasnęłam, zobaczyłam to na moment bardzo wyraźnie: jasne, gorące niebo, ciemne skały wyrastające z morza, światło rozsypane na wodzie jak srebro, kamienne uliczki, w których pachnie kawą, solą i cytrynową skórką. I zaraz potem zezłościłam się na siebie, że w ogóle na to pozwalam. Bo droga od wyobrażania sobie ładnych rzeczy do pragnienia ich bywa niebezpiecznie krótka.
Przekręciłam się na bok, naciągnęłam kołdrę pod brodę i zamknęłam oczy.
Ostatnią myślą, jaka przemknęła mi przez głowę, było to, że jeśli moja matka rzeczywiście się uprze, to ta cała Sycylia może pojawić się w moim życiu szybciej, niż myślę.
A ponieważ znałam Bożenę Mrozowską wystarczająco dobrze, podejrzewałam, że temat powróci. I to z rozmachem.
***
Redakcja
Aleksandra Zok-Smoła
Korekta
Agata Jagiełło
Skład i łamanie wersji do druku
Zuzanna Pniewska
Projekt graficzny okładki
Anna Slotorsz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Karolina Wilczyńska, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303016
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Przed wyjazdem…
Strona redakcyjna
Spis treści
