Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
80 osób interesuje się tą książką
Są ludzie, którzy nie tylko słuchają, ale przede wszystkim rozumieją.
W samym sercu Krakowa, w odziedziczonym po babci mieszkaniu, Rita stworzyła salon fryzjerski inny niż wszystkie – to miejsce, do którego ludzie przychodzą nie tylko po nową fryzurę, ale przede wszystkim po spokój, zrozumienie i chwilę prawdy. Tu czas zwalnia, a słowa znajdują bezpieczne miejsce, by wybrzmieć.
Rita ma w sobie coś wyjątkowego – ciepło, które przyciąga ludzi, i uważność, która potrafi uleczyć. Widzi więcej niż inni, czuje mocniej i słucha, jakby od tego zależał cały świat.
Wszystko na mojej głowie to opowieść o wyjątkowej kobiecie – pełnej empatii, wrażliwości i odwagi. Oraz o jej klientach – osobach w różnym wieku, o różnym statusie społecznym. Każda z nich nosi w sobie historię, której nie potrafi już dłużej dźwigać w samotności. W fotelu Rity, spoglądając w lustro, może na chwilę odetchnąć, zrzucić maskę i pozwolić sobie na szczerość.
To książka, która przypomina, że nawet jedno spotkanie, rozmowa, najmniejszy gest dobroci może rozświetlić czyjeś życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 248
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Jakub Bączykowski, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa
Redaktorka prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Marketing i promocja: Karolina Guzik
Redakcja: Anna Zientek
Korekta: Agnieszka Śliz, Magdalena Owczarzak
Projekt okładki i strony tytułowe: Ewa Popławska
Fotografia autora na skrzydełku: Piotr Serafin
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68692-25-9
CZWARTASTRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Wstęp
Rozdział pierwszy. Ewa
Rozdział drugi. Marta
Rozdział trzeci. Edyta
Rozdział czwarty. Alicja
Rozdział piąty. Rafał
Rozdział szósty. Agata
Rozdział siódmy. Daria
Rozdział ósmy. Milena
Rozdział dziewiąty. Julia
Rozdział dziesiąty. Rita
Rozdział jedenasty. Kamila
Drodzy Czytelnicy!
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Każdy nosi w sobie sprawy tak delikatne, że trudno je wypowiedzieć nawet przed samym sobą. Są dylematy, które pozostają zamknięte głęboko w sercu.
Chyba że… trafisz na zaufaną fryzjerkę, która słucha i nie ocenia.
Każdego dnia patrzę, jak ludzie siadają u mnie na różowym lub miętowym fotelu, gotowi podzielić się swoimi historiami. Często myślę, że największym prezentem, jaki mogłam sobie podarować, była decyzja o pracy na własnych zasadach, bez wspólników i pomocników, w tym niewielkim dwupokojowym mieszkaniu zamienionym w salon fryzjerski. To tutaj – na pierwszym piętrze starej krakowskiej kamienicy przy ulicy Krupniczej, tuż za Teatrem „Bagatela”, w przytulnym wnętrzu, gdzie niemal całą dobę słychać stłumione dźwięki Krakowa zza wysokich okien mieszkania po babci Zosi – czuję się naprawdę sobą.
Przedpokój, pełniący funkcję poczekalni, zawsze pachnie świeżo parzoną kawą. Na jednej ze ścian wiszą kolorowe zdjęcia Krakowa i okolic, zrobione przeze mnie lub moich bliskich, a na drugiej – dyplomy ze szkoleń fryzjerskich oraz konkursów. Trochę tego uzbierałam przez trzydzieści lat.
Mój salon urządziłam z prawdziwą dbałością o każdy detal. Dużo zrobiłam sama. Drewniana podłoga, skrzypiąca lekko pod stopami, pamięta jeszcze lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, a pastelowa sztukateria przy suficie nadaje wnętrzu artystyczny klimat. Każdy z foteli – i różowy, i miętowy – wypatrzyłam na pchlim targu i własnoręcznie odnowiłam, aby zyskały zupełnie nowy wygląd i kolory.
Na parapetach stoją doniczki z sukulentami i ziołami, których zapach miesza się z aromatem kawy, a przed wieczorem – kadzideł i świec. Uwielbiam, kiedy letnim popołudniem słońce wpada do środka przez drewniane okna, rzucając ciepłe plamy światła na ścianę pełną kolorowych ramek ze zdjęciami metamorfoz fryzur klientek, wspomnieniami ze szkoleń oraz ważnych rodzinnych wydarzeń.
Na półkach obok luster stoją w rzędach szklane pojemniki wypełnione barwnymi spinkami, klamrami, wsuwkami i gumkami do włosów. Nie brakuje u mnie prasy kobiecej, nawet starych wydań oprawionych u introligatora w płócienne okładki. Często umieszczone w nich zdjęcia stają się inspiracją dla klientek. Czasopisma można też przeglądać podczas dłuższych zabiegów, na przykład pielęgnacyjnych bądź koloryzacyjnych. W rogu mojego salonu stoi – zabytkowa już, ale działająca – suszarka hełmowa, której nie używam do stylizacji czy trwałej, ale traktuję ją jako ozdobę, i która stanowi sentymentalny akcent. Klientki często pytają o nią, bo pamiętają taką z wizyt mam lub babć u fryzjerek albo ze starych filmów. Młodzi w ogóle nie wiedzą, co to takiego.
Przy drzwiach stoi wieszak na płaszcze i parasole, a obok niego etażerka z domowymi ciasteczkami ułożonymi na paterze pod szklanym kloszem, a niekiedy nawet z ciastem, bo wiem, że odrobina słodyczy podczas zabiegu czy stylizacji potrafi odstresować każdą klientkę. Piekę je oczywiście z przepisów babci, z jej zeszytu z ręcznymi zapiskami i uwagami. Moja rodzina też je uwielbia.
W niewielkiej łazience wisi lustro w złotej, bogato rzeźbionej ramie, a ściany zdobią ręcznie malowane kafle z motywami kwiatów. Uwielbiam wszystkie kwiaty – hodowlane i polne. Doniczkowe i cięte. W salonie nie brakuje też wazonów. Babcia Zosia była nauczycielką i kilka razy w roku jej mieszkanie tonęło w bukietach otrzymanych od uczniów, więc przybywało jej wazonów. Zwłaszcza kamionkowych i kryształowych.
Jest przytulnie, klimatycznie, z nutą nostalgii, bo każda rzecz tutaj ma swoją historię i jest pamiątką. Cicha muzyka płynie ze starego odbiornika z kolumnami. Piosenki Edyty Bartosiewicz, Kasi Kowalskiej czy Varius Manx sprawiają, że nawet najkrótsza wizyta u mnie przynosi relaks i odprężenie.
Czasem myślę, że właśnie dzięki temu, że jestem tu sama, bez współpracowników, mogę w pełni skupić się na osobie, która przekracza próg mojego małego królestwa – Salonu Fryzjerskiego RITA.
Każdy przedmiot w tym miejscu jest bowiem częścią mnie, mojego życia – tak jak stara wieża stereofoniczna, która szumi w tle, albo delikatne kadzidła, które palę w chłodne popołudnia, starannie wybrane u lokalnych twórczyń. To tu, w tym moim ukochanym i kolorowym wnętrzu, powstają nie tylko nowe fryzury, ale też toczą się dyskusje, które zostają w mojej pamięci długo po wyjściu ostatniej klientki.
Raz zdarzyła się nawet taka sytuacja, że jedna ze stałych klientek, Beata, nie miała dokąd pójść po kłótni z partnerem i została na noc w salonie! Mam tu pokój prywatny pełen artefaktów po babci – z jej meblami i bibelotami. Nawet kwiaty zostały posadzone jej ręką.
Niektóre opowieści klientek wsiąkają w ściany mojego salonu jak zapach kawy o poranku, a inne są ulotne, lecz zostawiają po sobie ślad we mnie. Czasem mam wrażenie, że na tych kilkunastu metrach kwadratowych dzieją się rzeczy równie ważne co w niejednym gabinecie terapeutycznym. Ludzie zostawiają tu nie tylko swoje dawne fryzury, wizerunki, ale także troski, lęki, a nierzadko nawet winy, grzechy i grzeszki wobec innych.
Choć chciałabym, żeby życie wyglądało tak kolorowo jak we wnętrzu mojego salonu, to jednak cień przeszłości zawisł nade mną i tym miejscem. Bo jak niemal każdy, kto przychodzi do mojego salonu, tak i ja mam własne lęki, kłopoty i obawy. Prawda jest bowiem taka, że i ja borykam się z niezałatwioną sprawą, z czymś, co ciągnie się za mną od dłuższego czasu, wpływając na to, jak postrzegam ludzi, jak słucham ich historii i jak reaguję na wyznania klientów. Może właśnie dlatego nigdy nie oceniam ich zbyt pochopnie – bo wiem, jak trudno jest nosić w sobie coś, o czym nie potrafi się głośno mówić. Być może właśnie dlatego trafnie rozpoznaję ich cichy niepokój albo dostrzegam smutek w oczach, ponieważ doskonale znam smak tych uczuć.
Na początku mojej pracy krępowały mnie intymne rozmowy. W większości toczą się tu one bez cenzury. Nie wiedziałam, jak się zachować, co odpowiedzieć. Odczułam przy moich klientach chyba wszystkie emocje świata. Niekiedy śmiałam się do rozpuku, a innym razem płakałam razem z nimi. Z czasem nauczyłam się nie tylko słuchać, ale i słyszeć każde słowo, każdy oddech, dostrzegać tę niewidzialną przestrzeń między zdaniem a ciszą. Historie moich klientek i klientów (bo panowie też mnie odwiedzają) zaczęły mnie inspirować. Ale to chyba nic dziwnego. Kiedyś, dawno temu, chciałam studiować psychologię. Sporo wtedy czytałam artykułów naukowych z psychologii społecznej i poznawczej, przeglądałam podręczniki akademickie. Psychologię i życie Zimbardo i Gerriga nadal mam gdzieś na półce. Ale przede wszystkim obserwowałam swoich klientów i kierowałam się intuicją i uważnością. Z każdą wizytą dostrzegałam subtelne gesty, które zdradzały więcej niż rozmowa na temat ulubionych seriali. Zdarzało się, że sama zmiana tonu w głosie klientki była pierwszym sygnałem ukrytych emocji. Niepewność wybrzmiewała w cichym, urywanym szepcie, a rozdrażnienie objawiało się nagłym podniesieniem głosu, bez powodu. Zauważyłam też, że dłonie zdradzają więcej niż słowa. Drżące palce często nerwowo przebierają gumki czy spinki leżące na pulpicie, zaciśnięte pięści ukrywane są pod peleryną, a nagły ruch, by poprawić włosy lub zerknąć w lusterko, jest jakby szukaniem porządku we własnych „nieuczesanych” myślach. Widziałam też albo czułam, jak ramiona klientek napinały się, a potem opadały, gdy opowieść wymykała się spod kontroli, a wyznanie było ciężarem.
W odpowiedzi na ich historie starałam się być bardzo ostrożna, żeby nie wyjść na wścibską albo przemądrzałą babę. Szczególnie przy bardziej wrażliwych osobach, choć to nie zawsze bywało łatwe.
Ale czy cokolwiek związanego z ludzkimi emocjami jest łatwe?
Zaczęłam nawet prowadzić w terminarzu wizyt krótkie, hasłowe notatki. Dzięki temu oprócz daty ostatniej wizyty i tego, co robiłam z włosami, oraz na przykład numerów farb albo ich kombinacji, miałam zapisane imiona i dwa, trzy słowa dotyczące tej osoby, taki mój osobisty szyfr. Jedno spojrzenie na zapiski i już wiedziałam, kto do mnie przyjdzie. W głowie układał mi się wyraźny obraz klienta lub klientki. Nieraz się przekonałam, że podoba im się to, że pamiętam imiona ich dzieci lub partnerów albo jakieś szczegóły z życia.
Oby mój tata umarł pierwszy…
Kiedy usłyszałam to zdanie wypowiedziane przez Ewę, klientkę, która przychodziła do mnie od lat, poczułam ciarki na plecach, a moje ciało zastygło w bezruchu. Serce zabiło mi szybciej. Dłonie mocno zacisnęły się na nożyczkach do degażowania, które do tej pory spokojnie pracowały przy jej blond włosach do ramion.
Mniej więcej co sześć tygodni Ewa odwiedzała mnie, żeby zafarbować siwe odrosty i odświeżyć fryzurę. Lubiła przedłużonego boba. Kiedy wypowiedziała te słowa, patrząc w lustro, próbowała złapać mój wzrok, ale ja starałam się przede wszystkim utrzymać narzędzia i jednostajny rytm pracy. Po kilku sekundach byłam gotowa, żeby spojrzeć na klientkę i z pokerową twarzą udawać, że to, co powiedziała, nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Ale prawda była taka, że jej słowa mnie poraziły. Myślę, że takie wyznanie u większości ludzi spowodowałoby CONAJMNIEJ oburzenie, a przede wszystkim ciekawość, co takiego się zdarzyło, że takie słowa padły. Kiedy dotarł do mnie ich sens, przed oczami od razu stanął mi mój ponadosiemdziesięcioletni tata. Przypomniałam sobie, jak siedzi przy stole i ostrożnie obiera jabłko. Jest taki kruchy. Czy byłabym w stanie wypowiedzieć o nim takie zdanie? Było to tym bardziej zaskakujące, że Ewa kojarzyła mi się z ciepłem i spokojem, troską o rodzinę. Nigdy nie pytałam, ile ma lat, ale wydaje mi się, że byłyśmy rówieśniczkami, obie zbliżałyśmy się do pięćdziesiątki.
Nawet trochę podobnymi do siebie, z tym wyjątkiem, że ja mam brązowe włosy. Opowiadałam jej o synu, który niedługo miał zdawać egzamin na prawo jazdy, a później maturę, a ona o dwóch dorastających córkach i rodzinnych obiadach. Ona także oglądała serial Na Wspólnej i chętnie czytała książki Magdaleny Witkiewicz. Miałyśmy sporo wspólnego. Chyba kilka razy wspomniała nawet też coś o rodzicach, którzy od dawna byli emerytami. Nigdy wcześniej jednak nie wyczułam w jej głosie takiej frustracji jak dzisiaj, jakby przez lata coś w niej rosło, skrywane za fasadą rodzinnej harmonii. A może to coś nowego, co pojawiło się pod wpływem jakiegoś wydarzenia i urosło do takiej skali od momentu, kiedy widziałyśmy się po raz ostatni. Bo przecież nie mówi się takich rzeczy ot tak, bez konkretnego powodu. A w zasadzie w ogóle się tak nie mówi… A już na pewno nie o własnym ojcu. Zdanie wypowiedziane przez Ewę było tak osobiste, tak pełne bezradności, że niemal fizycznie poczułam ciężar unoszących się w powietrzu emocji. Jakby moja klientka próbowała zrzucić coś, co ją przerastało.
Nie ona pierwsza.
– Pani Rito, słyszała pani, co powiedziałam? – Ewa wlepiała we mnie swoje duże niebieskie oczy. W jej wzroku było coś między wstydem a strachem. – Nie wygląda pani na szczególnie zaskoczoną. Zupełnie jakby na co dzień słyszała pani takie wyznania.
Byłam pewna, że Ewa nie wypowiedziała słów o śmierci swojego taty przypadkiem ani z łatwością. Usiłowałam szybko zebrać myśli i znaleźć słowa, które nie zabrzmiałyby ani zbyt obojętnie, ani zbyt pouczająco. Udawałam skupienie na cieniowaniu jej włosów nad karkiem. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to to, że być może Ewa jako mała dziewczynka zaznała jakiejś okropnej krzywdy ze strony swojego ojca? Być może ją wykorzystywał…?!
