Uzyskaj dostęp do tej i ponad 360000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Nad Zalewem Wiślanym lato pachnie żywicą, rozgrzaną ziemią i wspomnieniami, od których nie sposób uciec. W chacie pod starym świerkiem znów spotykają się Jagoda i Malina – siostry, które życie nauczyło milczeć o tym, co boli najbardziej.
Jagoda próbuje poskładać świat z rozsypanych kawałków. Wśród zapachu świeżej farby i odgłosów kończącego się remontu chce stworzyć bezpieczną przystań dla siebie i dziecka, które zaufało jej bezwarunkowo. Lecz przeszłość nie przestaje pukać do drzwi. Dawne uczucia, niedopowiedziane słowa i ludzie, których miało już nie być, wracają z siłą letniej burzy. Każde spotkanie rozdrapuje rany, a każde współczucie może okazać się początkiem nowego błędu.
Malina tymczasem zaczyna oddychać inaczej – głębiej, szybciej, jakby po latach ktoś przypomniał jej, że wciąż jest kobietą, nie tylko matką i żoną. Zachłannie chłonie ciepłe słowa i spojrzenia, które budzą w niej dawno uśpione pragnienia. Ale im wyżej unosi ją fala namiętności, tym boleśniejszy może być upadek. Bo miłość, która pojawia się za późno, potrafi być równie okrutna jak ta, która nigdy nie miała prawa się narodzić.
W cieniu dorosłych dramatów cierpią dzieci – zagubione, spragnione uwagi, wyczuwające każde pęknięcie w murach rodzinnego bezpieczeństwa. A stary dom pod świerkiem, który miał leczyć rany, zaczyna być świadkiem sekretów cięższych niż kiedykolwiek wcześniej.
To lato będzie czasem wyborów, których nie da się cofnąć. Czasem prawd wypowiedzianych szeptem i krzykiem. Czasem miłości, która zamiast ratować – wystawia na próbę wszystko.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 310
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Miłość jest to jakieś nie wiadomo co,
przychodzące nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak,
i sprawiające ból nie wiadomo dlaczego.
Luís de Camões
W domu przy Alei Radości w Suchaczu pachniało lakierem, drewnem i środkami czystości. Jadzia kończyła pucować łazienkę i choć Jagoda gorliwie przekonywała ją, że znajdzie ekipę do gruntownego sprzątania po remoncie, to babcia Piotrusia słyszeć o tym nie chciała. W końcu czuła się potrzebna i spełniona, szczególnie że kafelki, lustra i armatura lśniły z daleka.
Z kuchni rozchodziły się śmiech i żarty młodych mężczyzn, montujących meble na wymiar. Jagoda i Piotruś w pełnym podziwu milczeniu przyglądali się fachowej pracy stolarzy. W okna jeszcze gdzieniegdzie oprószone poremontowym pyłem wpadało popołudniowe czerwcowe słońce. Upały w tym roku przyszły niespodziewanie wcześnie i od kilku dni nie dawały o sobie zapomnieć.
Jagoda przeszła ostrożnie przez imitujący drewno gres podłogowy, wciąż jeszcze zabezpieczony folią, żeby obejrzeć nowo wybudowany taras. Piotruś cieszył się, że jeszcze tego lata będą mogli wylegiwać się na leżakach, a kto wie, może i z czasem stanie tam bujawka, taka jak u cioci Maliny.
Tuż przed rozpoczęciem remontu Jagoda wpadła na pomysł, że przeniosą się z góry na parter już na stałe. Właściwie to na ten pomysł wpadł Piotruś. Któregoś dnia spytał po prostu, czy można wybudować choć niewielki taras. Od razu przyklasnęła temu pomysłowi, zdziwiona, że ani ona, ani wcześniej jej rodzice nigdy o tym nie pomyśleli.
Po trwającym niemal trzy tygodnie remoncie wszystkie pomieszczenia na dole budynku były świeże i piękne, aż chciało się zamieszkać w nich natychmiast. Do przeprowadzki zostało jeszcze kilka dni, bo stare meble z parteru wyrzucili, a nowe wkrótce miały dojechać. Teraz cała trójka cieszyła się i biegała od pomieszczenia do pomieszczenia, w myślach urządzając już swoje pokoje.
Jednak gdy Jagoda podeszła do drzwi tarasu, zmarszczyła brwi i nieco się cofnęła. Pod bramę właśnie podjechał Jeep Fabiana. Szwagier był ostatnią osobą, z którą pragnęła rozmawiać. Ich grzeczna uprzejmość skończyła się na weselu siostrzeńca, na którym jej wygrażał. Westchnęła głęboko i dopiero po chwili, zrezygnowana, wypuściła powietrze.
Od wesela Klary i Kuby unikała z nim kontaktów. Nie widziała go chyba z miesiąc, ostatni raz w szpitalu, tej nocy, gdy Hubert miał wypadek na quadzie. Teraz patrzyła, jak dumnie wyprostowany, w błękitnej lnianej koszuli wypuszczonej na dżinsy i w ciemnych okularach, zdecydowanym ruchem szarpie za bramkę i wchodzi na żwirową ścieżkę prowadzącą do domu.
– Zaraz wracam, Piotrusiu, wujek Fabian przyjechał – rzuciła uspokajająco i minąwszy synka, wyszła na korytarz. Nie chciała rozmawiać przy dziecku, domyślała się, że ta rozmowa nie będzie przyjemna. Piotruś nie przepadał za mężem Maliny, nie chciała więc chłopca dodatkowo stresować.
Gdy tylko wyszła na zewnątrz, od razu uderzył ją czerwcowy skwar. Ubrana w beżowe rybaczki i w jasnozieloną domową tunikę, z włosami splecionymi w warkocz wyglądała młodo, wręcz dziewczęco. Stojąc w otwartych drzwiach i nieco mrużąc oczy, patrzyła na szwagra. Był wyraźnie podekscytowany, a może zdenerwowany. Przemierzał sprężystym krokiem ścieżkę i badał dawną narzeczoną nieodgadnionym wzrokiem.
– Cześć, Jagoda, przykro mi, że nie zaangażowałaś mnie do remontu domu – wypomniał jej zamiast powitania. Zatrzymał się przed nią, włożył ręce w kieszenie, a ona wyczuła od niego woń źle strawionego alkoholu.
– Z Maliną wszystko w porządku? – spytała, by przerwać jego bezsensowny wywód, ale Fabian nie dawał za wygraną.
– Na wsi śmieją się ze mnie, że obcych chłopów wynajmujesz, tak jakbyś bała się rodzinie dać zarobić. Nie podejrzewałem cię o to. Dajesz ludziom okazję do obmowy, rodziny się wstydzisz. Tu, w Suchaczu, przyjęte jest, że bliscy sobie pomagają, ale ty nie potrafisz tego uszanować. Ja bym ci wyremontował tę chałupę za darmo. Mam nadzieję, że chociaż do przenoszenia mebli mnie zaangażujesz. Grosza za to nie wezmę. Po prostu wypada pomóc – rzucił twardo. – Jak do pieca to byłem przydatny – zakpił – a teraz bałwan zrobił swoje i może odejść, co nie?
– Przyjechałeś samochodem, ale chyba nie powinieneś prowadzić. – Skrzywiła usta w karcącym grymasie, ani słowem nie odnosząc się do jego wyrzutów. – Tyle nieszczęścia wokół, jeszcze tylko brakuje, żeby ci prawo jazdy zabrali – wypomniała mu.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć na jego niedorzeczne pretensje. Nie miała zamiaru angażować go do pomocy ani przy remoncie, ani przy przeprowadzce. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Fabian tylko szuka okazji, by być z nią sam na sam. Nie zamierzała prowokować tych rozmów i tej bliskości nawet nieświadomie. To i tak niczego by nie zmieniło, nie naprawiło zaprzeszłych relacji między nimi, a zbyt częstymi spotkaniami sprawiliby przykrość bliskim.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – spytał znienacka łagodniejszym, ale przepełnionym goryczą tonem, i choć nie dodał nic więcej, od razu wiedziała, o co mu chodzi.
– Naprawdę musimy do tego wracać? – Wzruszyła ramionami, a po chwili odwróciła się i przymknęła drzwi wejściowe. Bała się, że ta rozmowa dotrze do niepowołanych uszu. – Odgrzebujesz coś, co zdarzyło się ponad dwadzieścia lat temu. Czas na takie rozmowy dawno minął, nie uważasz?
– Gdybyś wtedy powiedziała prawdę, nasze życie, twoje, moje i Maliny, potoczyłoby się całkiem inaczej. Głęboko wierzę w to, że bylibyśmy razem szczęśliwi – odparł. Wyciągnął rękę z kieszeni i zrobił gest, jakby chciał dotknąć dłoni dawnej narzeczonej, ale kobieta ledwo zauważalnie się odsunęła. – Jagoda… – wyszeptał miękko i zawiesił głos, a potem dodał cicho: – Należy mi się jakieś wyjaśnienie.
– Nie sądzę. – Minęła go i ruszyła w stronę cypla wysuniętego w wody Zalewu Wiślanego. – Swoją drogą, to nawet zabawne, każdy facet, który mnie zdradza bądź oszukuje – dodała, mając na myśli Bartosza – żąda ode mnie wyjaśnień, jakbym to ja była winna. Co niby mam tobie wyjaśnić? – zakpiła, gdy znaleźli się na niewielkiej plaży.
Ściągnęła klapki i weszła do chłodnej wody. Sięgała jej zaledwie po kostki. Przeszła wodą do końca plaży i wyszła na rozgrzany piach. Ostrożnie stawiała kroki na piasku pełnym muszelek i drobnych, wyrzuconych przez wodę gałązek. Dawno nikt tutaj nie grabił – pomyślała, wystawiając twarz ku słońcu. Obiecała sobie, że w pierwszy wolny dzień przyjdą z Piotrusiem i Jadzią, by pograbić i oczyścić piach.
Spacerowała wolno, jakby nigdzie się nie spieszyła, jakby nie widziała jego zagniewania.
– Porozmawiaj ze mną. – Zniecierpliwił się jej lekceważącym zachowaniem. – Słyszysz? Porozmawiajmy. – Zdjął ciemne okulary i wsunął je sobie między rozpięte guziki koszuli.
– O czym niby mamy rozmawiać? – Wzruszyła ramionami.
– Chcę wiedzieć, czy to prawda, że usunęłaś moje dziecko? – Zszedł z cypla na plażę. Podszedł tak blisko wody, że leniwa fala zmoczyła mu zamszowe sandały. Nie odsunął się. Przyglądał się, jak beżowy zamsz ciemnieje. Podniósł w końcu głowę i wyrzucił z siebie jednym tchem: – Powiedz mi prawdę… chcę to od ciebie usłyszeć. Ono było moje, prawda? Zabiłaś moje dziecko? Przyznaj to – nalegał.
– Daj mi spokój, nie dręcz mnie. – Chciała odejść, ale zagrodził jej drogę.
– Ono było moje, prawda? To było moje dziecko? – dociekał natarczywie.
– Nie wiem – skłamała, ale pod wpływem jego przenikliwego wzroku odwróciła twarz.
– Było moje… – wycedził twardo. – Było moje – powtórzył. – Wiem o tym. Kochałaś mnie wtedy… – wydusił przez ściśnięte żalem gardło. – Jagoda… dlaczego? Dlaczego tak się stało? Od kiedy przyjechałaś, wszystko do mnie wróciło. Nie potrafię pogodzić się ze stratą… ciebie, naszej miłości, ze zmarnowanym życiem… i ze stratą tamtego dzieciątka…
– Co zmieni ta rozmowa? Po co drążysz coś, co dawno temu się skończyło? Co dawno temu sam zniszczyłeś. – Przestała w końcu kluczyć i spojrzała mu prosto w oczy. – Właśnie zostałeś dziadkiem, w dodatku wszyscy przeżywamy tragedię, zmarła wam wnuczka. Po co akurat teraz, gdy twoja rodzina wymaga od ciebie wsparcia, wracasz do majaków z przeszłości?
– Bo dopiero przed weselem Kuby, w dodatku przez przypadek, dowiedziałem się o moim dziecku, które usunęłaś. Z drugiej strony, jaka to ironia losu. – Zaśmiał się drwiąco. – Wszyscy wiedzieli, że Kuba nie jest moim synem, ale milczeli. Teraz się okazuje, że wszyscy wiedzieli również o tym, że miałem szanse na szczęśliwe życie, miałem szansę zostać ojcem dziecka poczętego z ukochaną kobietą. O ironio, dowiedziałem się o tym od dziesięciolatka. Czy to nie jest straszne i śmieszne?
– Co mam ci powiedzieć?
Wzruszyła ramionami. Wiatr rozwiał jej wymykające się z warkocza włosy. Odgarnęła je dłonią w sposób, który pamiętał z młodości. Wzruszył go ten znajomy gest.
Spojrzał na nią pożądliwym wzrokiem, aż musiała spuścić głowę. Ta rozmowa ją męczyła. Wróciły do niej zaprzeszłe emocje. Tamten ból, strach, zwątpienie i ogromny żal do siostry i narzeczonego. Nie chciała cierpieć, nie chciała myśleć o przeszłości, tym bardziej że oprócz rozdrapywania starych zabliźnionych ran nic dobrego z tych wspomnień nie wynikało.
– Jeślibym wtedy, gdyśmy byli zaręczeni, znał prawdę, nigdy nie ożeniłbym się z twoją siostrą. Nigdy! – wykrzyknął. – Nie kochałem jej i nie kocham, owszem przez te lata przywiązałem się jak do bezdomnego kundla. Oszukała mnie, ty też mnie oszukałaś. Zabawiłyście się mną…
– Przestań! – Z oburzenia aż się zatrzęsła. – Jesteś wredny i zadufany w sobie. To ty się nami zabawiłeś! Gdyby to nie chodziło o moją siostrę, tylko o inną kobietę, to powiedziałabym, że dobrze wam tak. Ale tu chodzi o Malinę, o moją rodzinę, najbliższą mi osobę, zadałeś całej naszej rodzinie sporo cierpienia swoim „urokiem osobistym”. – Ostatnie słowa wypowiedziała z szyderczą kpiną, uniosła ręce i pomachała dwoma palcami na znak cudzysłowu.
– Możesz kpić albo nie wierzyć, ale to Malina mnie sprowokowała, uwiodła, a potem perfidnie wrobiła w ojcostwo! – rzucił oskarżycielsko. – Zrobiła to z czystym wyrachowaniem. Nikt nie ma dla mnie współczucia, że ja, choć prosty chłopak z marzeniami o studiach, o miłości, o… tobie… – Broda mu zadrgała i wyglądało na to, że się rozpłacze, pozbierał się jednak i głos mu stwardniał: – Nikt nie bierze pod uwagę, że ja wbrew całemu światu odłożyłem na bok swoje marzenia, przyjąłem jej ciążę na klatę i wziąłem za nią i za to nowe życie odpowiedzialność. I choć matka i koledzy wciąż mi gadali, że to nie mój dzieciak, wychowałem go jak swojego.
– No, proszę, niewiniątko z ciebie. Siłą zaciągnęła cię do łóżka? – zakpiła Jagoda. Sama nie wiedziała, dlaczego dała się sprowokować do tej rozmowy, ale nagle wstąpiła w nią złość. – Wszyscy jesteście niewinni. Niebożątka, skrzywdzone przez los. Gdyby Malina nie była w ciąży, nawet byś się nie przyznał, nawet byś nie pisnął, że mnie zdradzałeś. Otrząsnąłbyś się z tej zdrady jak pies z mokrej sierści i wskoczył ze mną w przykładne nowe życie, zdradzając mnie z kim popadnie na prawo i lewo. Zapewne zrobiłeś to wiele razy i z różnymi kobietami. Jestem przekonana, że moją siostrę również zdradzasz, bo dla twojego ego monogamia to jak pokuta.
– Zdradziłem cię tylko raz – przerwał jej. – Jeden, jedyny raz – powtórzył dobitnie.
– Cudownie, gratuluję, cóż za poświęcenie!
– Żałuję… Wierz mi, nie było dnia, żebym tego nie żałował. Jagoda… Mój Boże… Ile ja bym oddał… – Chwycił się rękoma za głowę. – Boże, mój Boże, czy ty wiesz, jakbyśmy pięknie żyli? Jakbyśmy byli szczęśliwi? Byliśmy sobie pisani. Nigdy z nikim nie czułem takiej więzi jak z tobą. Tu, na tym falochronie, tyle razy rozmawialiśmy o przyszłości, o studiach. Wszystko to było na wyciągnięcie ręki. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że ciebie stracę, a sam skończę na roli, w oborze, z krowami, z bydłem, z bękartem udającym mojego syna i z niekochaną kobietą u boku, to chyba bym kamień sobie do szyi przywiązał i skoczył do Zalewu.
– Jesteś podły – rzuciła i obróciła się na pięcie. Chwycił ją za rękę i przytrzymał zbyt mocno. Jego uścisk ją zabolał. – Puść mnie! – rozkazała.
– Nie odchodź, wysłuchaj mnie i powiedz prawdę. Ten jeden raz powiedz mi prawdę. Usunęłaś moje dziecko? Usunęłaś je, powiedz to, przyznaj się, chcę to usłyszeć.
– Jak mówisz, kochałeś mnie, a mimo to nie potrafiłeś być wobec mnie uczciwy, wierny, wspierający.
– Gdybym tylko mógł cofnąć czas… Jagoda… – Niespodziewanie przyciągnął ją do siebie i objął z całych sił ramionami. Szukał zachłannie jej ust, ale odwróciła głowę. – Jagoda… błagam… nie odtrącaj mnie… Jaga, Jagusia… Jestem ci w stanie wybaczyć wszystko!
– Puść mnie! Jesteś mężem mojej siostry, a poza tym… – Nie skończyła, bo przydusił ją twardymi wargami. Całował namiętnie, brutalnie, lecz ona odpychała go z całych sił.
– Jagoda… – sapał jej do ucha.
– Puść mnie! – Próbowała się wyrwać z żelaznego uścisku.
– Wiem, wiem, masz kochanka. – Skrzywił się. Ochłonąwszy trochę, próbował wyrównać oddech. – Znalazłaś ukojenie w ramionach żonatego faceta. I ty się uważasz za świętą? Sama zresztą jeszcze jesteś mężatką.
Puścił ją w końcu i odepchnął, aż się zatoczyła i wpadła do wody, zanurzając się powyżej kolan. Utrzymała równowagę, popatrzyła na niego złym wzrokiem i wciąż stojąc w wodzie, oświadczyła z godnością:
– Bartosz nie jest moim kochankiem, a przyjacielem, to po pierwsze. A po drugie, nie masz prawa mnie oskarżać, w dodatku brak ci taktu i wyczucia, w twojej rodzinie rozegrał się prawdziwy dramat, a tobie w głowie zaprzeszłe animozje, dawno przebrzmiałe miłostki, o których nawet nie pamiętam, bo są dla mnie bez znaczenia. – Stanęła na piasku otrzepała stopy i wsunęła je w mokre klapki. Jednak kiedy się wyprostowała i popatrzyła przed siebie, strwożyła się.
Zaledwie kilka kroków od nich, pod starym świerkiem, stała Malina, z rezygnacją i lekkim oszołomieniem przyglądała się siostrze i mężowi. Jagoda zastanawiała się, ile czasu tam stoi i czy widziała ich w objęciach, a przede wszystkim, czy słyszała rozmowę. Po bladości jej twarzy i wielkich załzawionych oczach domyśliła się, że siostra musiała słyszeć i widzieć dużo za dużo. Zła na siebie, zaklęła w duchu, że w ogóle wdała się w jakąkolwiek dyskusję ze szwagrem.
– Cześć, siostra! – krzyknęła, przywdziewając względnie beztroski tembr głosu. – Już idę do ciebie.
– Niech ją szlag jasny trafi! – wysyczał Fabian i odwrócił się w stronę Zalewu Wiślanego. – Że też musiała się tu napatoczyć. – Schylił się, wybrał niewielki płaski kamień i rzucił pod skosem w wodę. Ten trzy razy przeskoczył taflę, wzburzając okręgi, zanim się zanurzył.
Jagoda, nie oglądając się na dawnego narzeczonego, ruszyła w stronę siostry.
– Cześć Malina, nie patrz tak na mnie i nie doszukuj się nie wiadomo czego. – Machnęła ręką i rozciągnęła usta, choć w środku dygotała. Niejednokrotnie na własne oczy przekonała się, jak bardzo siostra jest zazdrosna o męża. Zawód w jej oczach zabolał, ale i rozzłościł Jagodę. Miała dość oskarżeń i podejrzeń, zwłaszcza że od lat nic jej z Fabianem nie łączyło.
– Najwyraźniej bardzo go czymś zasmuciłaś i rozgniewałaś. Nie widziałam u niego takich emocji od lat. Można powiedzieć, że czymś go rozgrzałaś. – Malina wskazała brodą na męża, który wciąż zajęty puszczaniem kaczek, stał naburmuszony na plaży. Po grymasie ust widać było, że kobieta jest przygnębiona, smutna i zrezygnowana. – Może poprosił cię o coś, czego nie chciałaś mu dać… lub… nie mogłaś… Jesteś dla niego niespełnionym marzeniem. Kimś szczególnym, do kogo wzdycha nocami… Eh… – Malina zamilkła i jakby skurczyła się w sobie. Spowita w żałobną czerń, wyglądała niczym staruszka.
– Daj spokój. Nie chce mi się rozmawiać o Fabianie, przebieram się i już jedziemy. Rozchmurz się i wejdź do środka, zobacz, jak robotnicy pięknie wyremontowali dół. W sobotę i w niedzielę się przeprowadzamy. Właśnie montują kuchnię. – Jagoda Kowalik zrobiła ręką zapraszający gest. – Jadzia wciąż coś pucuje, nawet Piotruś zaangażował się w sprzątanie – trajkotała, byleby odgonić wstrętne myśli o szwagrze i o tym, co się wydarzyło nad Zalewem.
– Szczęściara z ciebie. – Malina zagryzła wargi. Kąciki ust jej opadły, a sięgające ramion rudawe włosy skleiły się w cienkie pasma.
– Chodź, proszę, wejdźmy do środka, przebiorę się i możemy jechać do szpitala.
– Fabian pewnie oferował się, że pomoże ci przy przeprowadzce? – Do siostry jakby w tym momencie dotarł powód jego przyjazdu. – Chciał pomóc w przeprowadzce, czy tak? – powtórzyła nagląco pytanie, nim Jagoda zdążyła odpowiedzieć.
– Tak. Miał żal, że nie uczestniczył w remoncie. Na pewno czuje się pominięty, w końcu szwagier, może mu ludzie dokuczają, że nie pomaga samotnej kobiecie.
– Ach, no tak – bąknęła do siebie Malina, ale starsza siostra nie potrafiła po sposobie modulowania głosu odczytać jej myśli i intencji. – Zgodziłaś się? – Zerknęła na nią z ukosa.
– Nie – ucięła krótko lekarka. Miała dość tej rozmowy i tego rozpytywania. Czuła się w jakiś niewytłumaczalny sposób winna i skrępowana wyjaśnieniami. – Posłuchaj, nie szukaj dziury w całym, bo jej nie znajdziesz. Fabian to odległa, wręcz galaktyczna przeszłość. Zrozum, żadna krzywda cię nie spotka z mojej strony.
– Z twojej nie, jestem tego więcej niż pewna. – Malina Drążek westchnęła, poprawiła oparty o pień świerku rower i wolno ruszyła w stronę domu. Co chwilę oglądała się przez ramię za Fabianem, ale on stał niewzruszony na plaży, wciąż odwrócony w stronę wody. Z rękoma w kieszeniach wydawał się dla niej, własnej żony nieprzystępny i obcy. Stłumiła westchnienie, zbierało jej się na płacz.
– Proszę, chodź – ponagliła Jagoda.
Siostra w końcu dała się namówić i weszła do środka.
– Cześć, Piotrusiu, ależ ty rośniesz! – Ciotka pochyliła się i cmoknęła chłopca w policzek. Jej głos nie przypominał tamtego drętwego i smutnego sprzed chwili. Starała się ze wszystkich sił nie okazywać dziecku przygnębienia i rezygnacji.
– Dzień dobry, ciociu, zobacz, jak panowie pięknie pomalowali pokoje i kuchnię, i łazienki. Teraz mamy osobną toaletę z prysznicem i osobną łazienkę z wanną. I nawet mamy nowy taras – ekscytował się chłopiec.
– Przepięknie, aż wam zazdroszczę – zażartowała, ale mały nie podchwycił żartu.
– Ciociu, nie zazdrość! – zawołał. – Przecież ty też masz łazienki z prysznicem i z wanną osobne, i taras masz, i balkon – wyliczał. – I bujawkę taką piękną i wielką.
– Ach, no tak! Zapomniałam! – Zabawnie pacnęła się w czoło. – A gdzie babcia Jadzia?
– Pilnuje panów stolarzy. Patrzy, czy dobrze skręcają szafki. – Zniżył głos do konspiracyjnego szeptu.
Już po chwili chłopiec z dumą oprowadzał ciocię od pomieszczenia do pomieszczenia, a Malina na chwilę zapomniała o trawiących ją smutkach i podziwiała równiutko położony gres na podłodze, gładko wycekolowane ściany, a także piękną kuchenną zabudowę koloru kości słoniowej i z imponującym dębowym blatem.
– Dzień dobry. Ależ pięknie, po prostu pałac – przywitała się ze wszystkimi, gdy weszła do kuchni.
– O tak, nie wiem, czy się tu odnajdę. – Jadwiga nabożnie musnęła dłonią gruby kuchenny blat. – Wszystko takie solidne i eleganckie.
– Wierz mi, łatwo idzie przywyknąć do luksusu. – Malina się zaśmiała, a zajęci składaniem mebli mężczyźni jej zawtórowali. – Jagoda miała dobry pomysł z przeniesieniem mieszkania na parter – pochwaliła siostrę.
– Oj, tak, ciociu, dzięki temu mamy ten śliczny taras i mama obiecała, że kupi wielką bujawkę, taką jak u ciebie za domem.
– Wspaniale! – zachwyciła się Malina.
– Już jestem. – Jagoda zdążyła się przebrać i w czarnej prostej sukience stanęła w kuchennych drzwiach. – Jadziu, jedziemy do szpitala. Wrócę za jakieś trzy godziny. Odrób lekcje, Piotrusiu, słuchaj babci i bądź grzeczny.
– Już się nie uczymy. Zaraz wakacje. – Wydymał usta i wzruszył ramionami zdziwiony, że jego mamusia nie wie takich oczywistych rzeczy.
– W takim razie bądź grzeczny, no pa, trzymajcie się. Jeszcze tylko Fabian musi przestawić samochód – stwierdziła, ale gdy wyszły przed dom, okazało się, że Jeepa już nie ma.
– Mój własny mąż nawet nie przyszedł się ze mną przywitać ani zagadać, ani uśmiechnąć. Ot, taki jego urok – poskarżyła się Malina, wsiadając do Nissana siostry. – Wystroił się w błękitną lnianą koszulę, nowe dżinsy, zafundował sobie modną fryzurę i perfumy Hugo Bossa. On się nigdy tak nie stroił, nie ubierał aż tak elegancko. Teraz jeździ do Elbląga i kupuje fatałaszki, a w domu żałoba, wnuczka nam zmarła. Nawet tego nie potrafi uszanować. Owszem, to nie była jego biologiczna wnuczka, ale z Kubą przeżył całe życie pod jednym dachem, patrzył, jak dorasta, a zresztą… – Machnęła ręką i odruchowo poprawiła czarny materiał bluzki. Była jednak zbyt wzburzona, by okiełznać żal, i kontynuowała po chwili: – Jestem sama na świecie, zawsze byłam. Zastanawiam się, jak to jest z prawdziwą miłością. Chciałabym jej doświadczyć, choćby na krótką chwilę, choćbym miała za nią zapłacić wysoką cenę. Choćbym miała potem i umrzeć. Pragnę poczuć, że jestem dla kogoś ważna, kochana. Takie głupie mrzonki. – Głos jej zadrżał i odwróciła twarz w stronę bocznej szyby.
– Siostrzyczko, kochanie… nie mów tak.
– Wiem, sama jestem sobie winna, karma do mnie wróciła. Kiedyś przeze mnie cierpiałaś. Powinnam siedzieć cicho, ale czasami zastanawiam się, jak to jest kochać i być kochaną. – Zwiesiła głowę. Westchnęła kilka razy i spojrzała na siostrę. – To idiotyczne z mojej strony, ukradłam ci narzeczonego, a teraz narzekam i zwierzam ci się z braku i z potrzeby miłości. Wiem, mam za swoje, skrzywdziłam i ciebie, i jego, ale wierz mi, najbardziej siebie. Wy obydwoje przynajmniej wiecie, co to jest miłość. Fabian co wieczór wzdycha w łóżku, aż nie mogłam tego znieść i przeniosłam się do pokoju obok. Nie chciałam być jego wiecznym rozczarowaniem. Już mi to tak ciąży. On sobie wyobraża, że to ty leżysz obok, nie ja.
Jagoda nie skomentowała wynurzeń siostry, zacisnęła dłonie na kierownicy i skupiła się na jeździe. Jednak cisza między nimi stawała się krępująca. Ich porozumienie dusz wciąż było świeże, jeszcze chropowate i kruche, bała się, że milczeniem urazi Malinę, wróciła więc do przerwanego tematu.
– Posłuchaj, skarżysz się na Fabiana, że powinien postąpić tak czy tak, bardziej się uśmiechnąć, inaczej zachować, być czulszy, uważniejszy. Owszem, nie jest idealny i nie zamierzam stawać w jego obronie, ale to jest normalne, że przy długim stażu małżeńskim miłość, choćby i najgorętsza, wyparowuje, może nie całkiem, ale nawet najlepsze małżeństwo nie jest w jakichś supermiłosnych relacjach. Popatrz na mnie i Artura. Tak się kochaliśmy, świata poza sobą nie widzieliśmy, a tymczasem za chwilę czeka mnie sprawa rozwodowa… Jeśli oczywiście on wyzdrowieje…
– No właśnie, a co z nim w ogóle? Jak on się czuje? Masz jakieś wiadomości? – zainteresowała się Malina.
– Tylko takie, że przeżył. Jego stan nadal jest ciężki, ale już niezagrażający życiu. Z nim nie mam żadnego kontaktu, tyle tylko, co Irena mi od czasu do czasu zda relację. Właściwie dzwoni co wieczór.
– Podziwiam cię, że nie pojechałaś wtedy do niego. Jesteś rozsądną kobietą, twardą, niezależną, mocno stąpającą po ziemi, nie to co ja, wciąż się uganiam za własnym chłopem, nawet teść się ze mnie naigrywa – stwierdziła ni to z uznaniem, ni z przyganą.
– Nie, nie jestem twarda – wyznała niespodziewanie Jagoda. – Nie było godziny, ba, nie było minuty, bym nie żałowała, że nie mogę jechać do Artura i wesprzeć go na duchu. Owszem, ostatnio wszystko się popsuło, ale przeżyliśmy ponad dwadzieścia bardzo szczęśliwych lat i nie darowałabym sobie, gdyby on wtedy zmarł… Wciąż wołał moje imię.
– Naprawdę?
– Tak, Irena mi mówiła. Zresztą nie tylko ona, nawet ordynator dzwonił do mnie i prosił, bym przyjechała.
– To dlaczego nie pojechałaś? – Malina przyjrzała się siostrze uważniej.
– Bo ty potrzebowałaś mnie bardziej – wyznała szczerze.
I to była prawda. Jagoda codziennie swoją obecnością, medyczną wiedzą, spokojem podnosiła siostrę i siostrzeńca na duchu, wspierała, pomniejszała ich obawy i strachy, gdy malutki Zygmuś walczył o życie.
Nagle odkryła, że jest jeszcze bardziej samotna niż jej młodsza siostra. Sama dźwiga codzienność, dba o finanse i dobrobyt tak bliskich sobie, choć tak naprawdę obcych ludzi: Jadzi i Piotrusia, z którymi tworzy rodzinę. Nigdy się na nic nie skarży. Znosi w milczeniu ciosy od życia, a szczególnie od mężczyzn, których kochała. Nawet Bartosz, choć wydawał się tak dobry, czuły, a ona zaczynała mu ufać, czuć się w jego towarzystwie kobieco i tęsknić, okazał się oszustem. Tak, jestem sama na świecie – odkryła smętnie, a razem z tym odkryciem przyszło zmęczenie i zniechęcenie, niespodziewanie dla samej siebie poczuła na barkach wielki ciężar samotności.
Dochodziła osiemnasta. Malina Drążek mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy roweru, pęd wiatru nieco schłodził jej rozgrzane policzki, rozwiał też sięgające do ramion rudawe włosy. Pokonując lekki spadek drogi tuż za Suchaczem, z ulgą przestała pedałować. Bolały ją uda, pośladki i plecy, a mimo to codziennie pokonywała te prawie sześć kilometrów na cmentarz w Łęczu. Ostatnio jedynie tutaj, przy maleńkim grobie, zaznawała spokoju. Wszystko inne było cierpieniem, gonitwą myśli i karuzelą przykrych, następujących po sobie zdarzeń.
Czarna koszulka przykleiła jej się do spływającej po kręgosłupie strużki potu. Kobieta otarła dłonią czoło, poprawiła przeciwsłoneczne okulary i sięgnęła po przymocowany do kierownicy bidon. Z nieba lał się czerwcowy żar, który odbierał jej siły. Przystanęła na poboczu krętej drogi, zsiadła z roweru i przespacerowała się między drzewami. Wypiła kilka solidnych łyków wody i oparła się plecami o pień starej lipy. Gdy zamknęła powieki, natychmiast pojawił się natłok myśli, które tak bardzo pragnęła wyprzeć choćby na chwilę.
Przez jej życie, a może nawet bardziej przez życie jej syna i synowej przetaczał się prawdziwy ciąg fatalnych zdarzeń. Od śmierci wnuczki nie potrafiła sobie znaleźć miejsca. Oskarżała się o to, że nie zaradziła nieszczęściu zawczasu.
Westchnęła, pochyliła się do przodu i opuściła ręce wzdłuż tułowia. Tkwiła tak dłuższą chwilę, chcąc dać odpocząć ciału. Dopiero klakson przejeżdżającej półciężarówki wyrwał ją z zamyślenia. Kierowca zwolnił i uniósł środkowy palec.
– Wariatko, życie ci niemiłe?! – wrzasnął. Jego dalsze wyzwiska rozwiał pęd powietrza.
Kobieta popatrzyła za oddalającym się Fordem, a potem wsiadła na rower i ruszyła przed siebie. Dotarły do niej słowa kierowcy i zaczęła się nad nimi zastanawiać. Czy jej życie niosło jakąś wartość? Czy było jej miłe? Jaki to wszystko ma sens? Ten ból? Ta beznadzieja? To idiotyczne małżeństwo zawiązane z przypadku? – pytała siebie samą.
Nie potrafiła zatrzymać natłoku myśli, wirowały w jej głowie, coraz to gorsze i smętniejsze.
Grób Malinki Drążek tonął w kwiatach i zniczach. Malina niemal codziennie zapalała światełko, by mała duszyczka nie bała się ciemności. Dziewczynka urodziła się martwa, brat bliźniak do dziś leżał w inkubatorze w elbląskim szpitalu. Lekarze zapewniali, że lada dzień opuści oddział. Bała się, że medycy coś przed nimi zatajają, że zdrowie i życie małego Zygmusia również jest zagrożone. Mocno uwierzyła w złą karmę. Zapewnienia pediatrów, w tym jej własnej siostry, nie pomagały. Bała się mieć nadzieję. Jej życie od kilku miesięcy waliło się jak naruszony karciany domek, a ona nie potrafiła temu zaradzić.
Cmentarz o tej porze był pusty. Rozsądni ludzie chowali się przed popołudniowym skwarem w zacisznych altankach czy chłodnych murach swoich domostw. Ona lubiła tę porę, bo gwarantowała samotność. Malina przeszła żwirową aleją w nową część cmentarza, podeszła do grobu, poprawiła rozdmuchane przez wiatr złote, białe i różowe szarfy, a także oderwała od wieńców wyschnięte kwiaty. Uklęknęła i cicho zmówiła modlitwę, a potem przysiadła na wysuszonej kępie trawy obok kopczyka, jak zwykła to czynić niemal każdego popołudnia, i przyciągnęła kolana pod brodę.
Siedziała tak długą chwilę, czule szepcząc od czasu do czasu do wnusi, której nie dane jej było poznać. Fakt, że Klara i Kuba dali swojej córeczce imię po Malinie, wzruszał ją, a jednocześnie przygnębiał. Wyobrażała sobie, jaka byłaby szczęśliwa, gdyby dziewczynka przeżyła. Obnosiłaby ją z dumą, pokazując sąsiadom i bliskim, że to ją, Malinę, syn i synowa wyróżnili tym zaszczytem.
To pewnie zła karma, tak, to okrutny los mści się na mnie za wszystkie przewinienia z młodości, a szczególnie za to jedno – rozmyślała w ciszy. Zmrużyła oczy, zerwała źdźbło, którego końcówkę włożyła sobie do ust, i bujając się delikatnie w przód i w tył, zwróciła twarz ku słońcu.
Skwar powoli odpuszczał. Na cmentarzu pojawiła się starsza pani, podeszła do Maliny i bez słowa położyła jej krzepiąco dłoń na ramieniu. Malina podziękowała skinieniem głowy, wiedziała, że za chwilę pojawi się ktoś następny i następny, a ona nie miała ochoty przyjmować kondolencji i słów pocieszenia. Jej żal i gorycz były wciąż zbyt świeże i zbyt bolesne, a rozmowy ją przytłaczały.
Dźwignęła się niezdarnie, podniosła leżący na żwirowej alei rower, ale zanim ruszyła do bramy, pogłaskała drewniany krzyż i białą tabliczkę ze złotymi literami. Malinka Drążek – przeczytała w myślach i jak zawsze na ten zlepek ukochanych dwóch wyrazów rozpłakała się.
Niechętnie ruszyła przed siebie, prowadząc rower u boku, nie zauważając nawet, że już dawno minęła bramę nekropolii. Po wizycie na cmentarzu zawsze odczuwała rezygnację, ciążyło jej całe ciało. Nie potrafiła otrząsnąć się z bezradności i poczucia winy.
Dopiero widok czerwieniejącego nad lasem słońca wyrwał ją z odrętwienia. Przesiedziałam tu kilka godzin – odkryła zdziwiona. Przeszła jeszcze parę kroków i dopiero po chwili wsiadła na rower. Do Leteckich miała niedaleko. Zajeżdżała tam niemal codziennie. Kiedyś by się zastanawiała, czy wypada, ale teraz pragnęła pocieszyć synową i spotkać się z synem. Klara po wyjściu ze szpitala popadła w apatię. Nie odwiedzała synka w szpitalu ani nie chodziła na cmentarz do córeczki. Leżała na tapczanie, bezmyślnie patrząc w sufit. Kuba każdego dnia przyjeżdżał z Gdańska, ale nawet on nie potrafił ukoić bólu żony.
– Cześć, Malina – przywitała ją z błyskiem w oczach Anna Letecka. – Nareszcie dobra wiadomość. Zygmuś na dniach wyjdzie ze szpitala. – Broda jej się zatrzęsła, a głos załamał. – Może się jeszcze wszystko ułoży – dokończyła szeptem.
– Ułoży się, zobaczysz – wyrzuciła z siebie Malina, łapiąc oddech, bo matka Klary chwyciła ją w ramiona i w geście rozpaczy, desperacji, ale i nadziei ścisnęła zbyt mocno. Stały tak przez dłuższą chwilę, bliższe sobie niż kiedykolwiek wcześniej.
– Wierzę, że gdy mały Zygmuś będzie w domu, Klara otrząśnie się i wróci do żywych, na razie nic do niej nie dociera. – Letecka już podnosiła się z chwilowego załamania, poprawiła długie do pasa doczepy i poprowadziła Malinę do salonu. – Może usiądziemy na tarasie, taki piękny zachód słońca? – zaproponowała.
– Chcę najpierw porozmawiać z Klarą, choćby się przywitać – bąknęła Drążkowa.
– Ona śpi, a nawet jak nie śpi, to i tak jest nieprzytomna. Jedynie gdy Kuba przyjeżdża, podnosi się z kanapy, ale i tak nawet do niego rzadko się odzywa. O mój Boże, tyle nieszczęścia na nas spadło. I za co to wszystko? – Wzniosła oczy do sufitu i pokręciła głową. – Napijesz się koniaku? – Z zachętą w oczach popatrzyła na Malinę.
– Koniaku nie, ale wody chętnie.
– A ja naleję sobie kieliszek. Siadaj, zaraz wracam. – Wskazała otwarte na oścież drzwi tarasowe.
Słońce niemal chowało się za horyzontem, było jednak tak czerwone, jakby niebo płonęło. Malina usłyszała szum opon na podjeździe, podniosła się z wiklinowego fotela i zerknęła ukradkiem, ale na widok Kuby zerwała się z miejsca i niemal podbiegła.
– Synku, co tak późno? – przywitała go z wyrzutem. – Już zaczynałam się o ciebie martwić.
– Długo rozmawiałem z lekarzem… Byłem w szpitalu u Zygmusia.
– I co? – przerwała mu niecierpliwie.
– Już za kilka dni będzie go można zabrać do domu. Jest zdrowy. Jeszcze robią jakieś badania, ale lekarz zapewnił mnie, że wszystko z nim dobrze.
– I mówisz to tak spokojnie? Mój Boże, dzięki Ci. – Malina spojrzała w niebo i zrobiła zamaszysty znak krzyża. – Coś ty taki nieobecny, Kuba? Przecież to tylko się cieszyć.
– Mamo… z czego? – Spojrzał jej w oczy. Jego przygaszony, zmęczony wzrok przygnębił ją i zgasił tlącą się w kobiecie radość. – Klara… nie jest sobą, zresztą sama wiesz. – Umilkł i zacisnął wargi.
– Zobaczysz, gdy weźmie synka w ramiona, obudzi się w niej instynkt macierzyński. On zresztą cały czas w niej jest, tylko został stłumiony przez to nieszczęście. Ale zaufaj mi, jak tylko dzieciątko zakwili, Klara otworzy przed nim serce – zapewniała go żarliwie, bo sama pragnęła w to wierzyć.
– Obyś miała rację – bąknął bez przekonania.
– A co wy tak stoicie? – Anna na moment zatrzymała się w drzwiach tarasu z butelką w jednej i kieliszkiem napełnionym po brzegi bursztynowym płynem w drugiej ręce. Ostrożnie stawiając kroki, by nie uronić ani kropli, zerkała to na Kubę, to na Malinę. – Coś złego się stało?
– Nie, wręcz przeciwnie, Zygmuś lada dzień opuszcza szpital – zakomunikowała Malina. Próbowała wskrzesić w sobie sztuczny entuzjazm, ale nie bardzo jej się to udawało.
– Przecież ci mówiłam, Andrzej rozmawiał z lekarzem. To samo mu powiedział. Kuba, a ty co taki skwaszony? – Pokręciła głową z dezaprobatą. – Ludzie, już przestańmy pogrążać się w żałobie. Co się stało, to się nie odstanie. – Wypiła kilka łyków, po czym dokończyła: – No, zięć, rozchmurz się. Mam dość tego smutku.
– Jestem po prostu zmęczony. – Uniósł dłoń i nakreślił nią w powietrzu esy floresy, wzdychając przy tym głośno. – Nie mam nastroju na rozmowę.
– A bo jeździsz w tę i we w tę. Zostań u nas na noc, chyba że kogoś masz w Gdańsku. – Teściowa się roześmiała.
– Właśnie dlatego nie chcę nocować. Te idiotyczne żarty jeszcze bardziej mnie przygnębiają. Docinki, przygaduszki. Jestem naprawdę bardzo nimi zmęczony. – Chciał przejść obok Leteckiej, ale ta zastąpiła mu drogę.
– Głupi żart, przyznaję, ale ostatnio jest tu jak w grobowcu. Dajcie mi się też trochę wyluzować. Opiekuję się twoją żoną, a wierz mi, nie jest łatwo. – Zrobiła znękaną minę.
Malina już miała na końcu języka przypomnieć Annie, że opiekuje się własną córką, ale zmilczała. Pragnęła porozmawiać z synem sam na sam, spytać go, czy coś jadł, jak się czuje, jak idzie mu na studiach i w pracy, ale on już je minął i wszedł do domu.
– Ależ to wszystko wrażliwe. – Anna wzruszyła ramionami, po czym przechyliła kieliszek i duszkiem wypiła resztę koniaku.
– Zmarło im dziecko – przypomniała martwym głosem Malina.
– Wiem, im dziecko, a nam wnuczka. Przez kilka miesięcy ciąży myśleliśmy, że będziemy mieli wnuka lub wnuczkę. Jedną sztukę! – zaznaczyła twardo, po czym machnęła ręką z butelką. – Potem dowiedzieliśmy się, że będą bliźniaki. Super, wspaniale, ale teraz w tej sytuacji zamiast cieszyć się, że jedno dziecko cudem przeżyło i w dodatku wszystko wskazuje na to, że nie doszło do niedotlenienia, że jest zdrowe, my wszyscy zamiast się cieszyć, robimy dramę. – Policzki Anny zapłonęły, oczy rozbłysły, a mowa spowolniła. Widać było, że alkohol zdążył uderzyć jej do głowy.
– Chodź, usiądziemy na tarasie. – Malina najchętniej wróciłaby do domu, ale pragnęła porozmawiać z synem i zamienić choć słowo z synową. Wzięła więc Letecką pod rękę, ale matka Klary się wywinęła.
– Puść mnie, nie jestem pijana. – Zmierzyła ją nieprzychylnym wzrokiem. – Sama pójdę – oświadczyła buńczucznie i chwiejąc się, ruszyła w stronę zadaszonej części tarasu, przy okazji ponownie nalewając sobie koniak po brzegi kieliszka.
Malina, w nadziei, że syn jest jeszcze gdzieś w pobliżu, zwolniła kroku i nasłuchiwała, jednak z domu nie dolatywały żadne odgłosy. Powlokła się więc za gospodynią. Początkowo słuchała jej monologu, ale potem całkowicie się wyłączyła. Nawet nie spostrzegła, kiedy zapadł zmierzch. W ogrodzie Leteckich włączyły się lampy solarne, a świerszcze zaczęły wygrywać wieczorny koncert.
– Będę się zbierać – rzuciła w przestrzeń, bo Anna zdawała się też odpłynąć myślami. Malina podejrzewała, że zwyczajnie za dużo wypiła, ale jej kieliszek wciąż był pełny, z butelki też raczej już nie ubyło.
– Mamo, ja się już też żegnam. Podwiozę cię do domu, nie chcę, żebyś jechała po nocy – usłyszała za sobą znienacka słowa syna.
– Nie, Kuba, przyjechałam rowerem. Dam radę, dojadę – starała się go przekonać.
– No właśnie, rowerem. Przecież to ponad sześć kilometrów, w dodatku w całkowitych ciemnościach.
– Poradzę sobie, mam latarkę – skłamała. Chciała, by syn jak najszybciej dojechał do Gdańska. – Jedź już, Kubuś. Masz przed sobą kawał drogi. Odpocznij choć trochę.
– Dobranoc, kochanie. – Chciał pocałować żonę, która stała tuż za nim, ale ona odchyliła głowę.
– Jedź już. – Klara zrobiła gest, jakby chciała męża odepchnąć.
Malina nawet nie dostrzegła wcześniej jej obecności.
– Klaro, jak dobrze cię widzieć. – Podeszła do synowej, by ją objąć, ale młoda kobieta nie zrobiła żadnego gestu. Teściowa zatrzymała się więc w pół kroku. Wyciągnięta ręka zawisła w próżni. – Czujesz się choć trochę lepiej? – zmusiła się do pytania.
Dziewczyna ledwo zauważalnie wzruszyła ramionami.
– Trochę – bąknęła w końcu.
Kuba pocałował żonę w czoło i objął ramieniem. Wydawało się, że ma nadzieję, iż Klara go odprowadzi do bramy, ale gdy nie zrobiła ani jednego wspólnego kroku, rzuciwszy krótkie słowa pożegnania, ruszył sam do zaparkowanego za posesją auta.
– Poczekaj, Kuba, odprowadzę cię. – Matka przyspieszyła kroku. – Synku, udało wam się porozmawiać? – spytała, gdy nikt nie mógł już ich usłyszeć.
– Ani trochę – wyznał zrezygnowany. – Nie wiem, mamo, co z Zygmusiem. Mam pozwolić na to, żeby tu był z teściami zamiast w domu? Wszystko mamy dla dziecka przygotowane, dla dwójki… – W jego głosie wybrzmiała gorycz. – Dopiero co kupiliśmy stare mieszkanie na kredyt, nie wiem, co to dalej będzie…
– Ułoży się, zobaczysz. Będę się za was modliła – rzuciła gorliwie, choć sama nie pamiętała, kiedy ostatnio naprawdę się modliła, tak od serca, chyba na pogrzebie rodziców. – Kuba, uważaj na siebie. Połóż się od razu jak dojedziesz i napisz mi, proszę, esemesa, inaczej będę się strasznie martwiła.
– Ty też, mamciu, na siebie uważaj. I też napisz mi esemesa, jak dotrzesz do domu – rzucił jeszcze, nim wsiadł do auta.
Patrzyła, jak odjeżdża. Gdy znikły dwa czerwone punkciki, stała jeszcze chwilę przy bramie, obejmując się ramionami. Z popołudniowego żaru nie zostało śladu. Wieczór przyszedł chłodny, a ona miała na sobie zaledwie czarny T-shirt i czarne legginsy do kolan.
Odwróciła się i ruszyła elegancką polbrukową drogą na taras Leteckich, gdzie oparty o pień brzozy stał jej rower. Z daleka usłyszała głosy Klary i Anny. Synowa odpowiadała półsłówkami, tonem wyzutym z jakichkolwiek emocji.
Malina natychmiast rozgrzeszyła zachowanie synowej. Klara rzeczywiście nie była sobą. Przeżywała głębokie załamanie psychiczne i to było widać gołym okiem. Anna natomiast, lekko rozochocona alkoholem, jak to ona, mówiła pewnym siebie, nieco kpiącym głosem.
Dopiero gdy Malina podeszła bliżej, dotarły do niej słowa obu kobiet.
– Mam do was żal o to imię. Zresztą, jestem więcej niż pewna, że przez to Malinka zmarła. Popatrz na Malinę: ani ładna, ani szczupła, ani pewna siebie, ani dobrze ubrana. Zgaszona, nijaka i wiecznie jakby za wszystko przepraszała, nawet za to, że żyje.
– Mamo, przestań. Nie chce mi się tego słuchać – wymamrotała Klara.
Malina przystanęła. Widziała, jak dziewczyna przykłada ręce do głowy i rozmasowuje skronie.
– Dlaczego mam przestać? Jak się daje imię po kimś, kto nie ma za grosz charakteru, woli walki, woli życia, to nic dziwnego, że dziecko tego nie przeżyło. Przyznaj, Kuba zmusił cię do tego?
– Daj mi spokój. Głowa mi pęka – jęknęła synowa.
– Powiedz mi tylko, dlaczego nie nazwaliście córki Ania? Kuba cię do tego zmusił? – drążyła dalej Letecka. Wyraźnie miała żal do córki i urażona ambicja była dla niej ważniejsza niż stan zdrowia i ducha Klary. Dziewczyna milczała, a Anna prychnęła pogardliwie. – Tak myślałam, że to jego sprawka.
Malina rozważała, czy nie wtrącić się do tej rozmowy. Dawniej już by ogniście sprostowała te oszczerstwa i pomówienia. Teraz analizowała, co gorsze. Wtrącić się między matkę a córkę i tym samym narazić na całkowite zerwanie więzi z synową, czy udawać, że nie słyszy,
Wybrała drugą opcję. Chrząknęła i starając się najgłośniej jak potrafiła, wyszła zza rogu budynku. Podeszła do roweru i rzuciła tylko:
– Ja się żegnam, dobrej nocy.
Żadna z nich nie odpowiedziała. Malina przez chwilę zastanawiała się, czy może Klara wyszła, czy jeszcze jest. W połowie drogi do bramy kątem oka dostrzegła, że dziewczyna dopiero teraz się podnosi i ze spuszczoną głową wchodzi do salonu.
Przestraszyła się tej bierności synowej. Przyszło jej do głowy, że Klara również obwinia ją o śmierć Malinki. To by wyjaśniało, dlaczego jest w stosunku do niej tak niechętna. Zrobiło jej się ciężko na sercu i na duszy. Pomyślała o swojej własnej bezwoli i poczuła do siebie wstręt. Wszystko wymykało jej się z rąk.
Po co tu właściwie przyjeżdżam? Jak mogę doradzać komukolwiek, Kubie czy Klarze, kiedy własnego dziesięciolatka nie potrafię utrzymać w ryzach? – rozmyślała rozgoryczona.
Nie tylko mąż Malinę rozczarowywał, tak naprawdę młodszy syn również. Hubert pyskował jej na każdym kroku, strzelał fochy i zwyczajnie się nie słuchał. A wszystko to za przyzwoleniem Fabiana.
Gdy minęła posesję Leteckich, wsiadła na rower i pojechała przed siebie. Była pewna, że nikt w domu na nią nie czeka. Syn pewnie pogrążony w grach, Fabian ogląda mecz, a teść śpi. Gdyby cokolwiek stało mi się na drodze, nikt nie będzie mnie szukał – odkryła zgnębiona.
Jadąc w ciemnościach do domu, zastanawiała się, jak może odmienić swoje życie i czy to w ogóle jeszcze możliwe.
Redakcja
Agnieszka Czapczyk
Korekta
Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Anna Slotorsz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Wioletta Piasecka, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303054
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
