Dziewczyna z konspiracji - Weronika Ilska - ebook + audiobook + książka

Dziewczyna z konspiracji ebook i audiobook

Ilska Weronika

5,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Poznań, miasto wcielone do III Rzeszy, z każdym dniem coraz bardziej traci swój polski charakter, a jego mieszkańcy uczą się żyć w cieniu okupanta. Wśród nich Wanda – młoda kobieta, która od miesięcy czeka na wieści o mężu zaginionym na początku wojny. Wierzy, że Leon żyje, lecz z biegiem czasu nadzieja wymyka się jej spod kontroli.
Z pomocą Stefana, przyjaciela męża, Wanda podejmuje pracę w słynnym Hotelu Bazar – miejscu pełnym sprzeczności, gdzie elegancja i muzyka orkiestry mieszają się z niemieckim mundurem i lękiem o jutro. To tam, niczego nieświadoma, poznaje dwóch mężczyzn, wrogów jej narodu, których obecność na zawsze odmieni jej życie.
Wśród szeptów, donosów i cichej miłości Wanda odkryje, że prawda potrafi ranić, ale też wyzwalać.

Wierzyłam, że to się kiedyś zmieni. Że Polska znów będzie miała swoje granice, swój język, swoje godło i hymn. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 450

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 47 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
GosiaNealon

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniały debiut!
00
ehwiosna

Nie oderwiesz się od lektury

Książka potrzebna i ważna. To historia pełna emocji, oddaje ona hołd tym, którzy odeszli w ciszy broniąc ojczyznę. Pokazana jest rola kobiet działających w konspiracji, ich odwaga i poświęcenie. To pierwsza książka o Poznaniu w czasie wojny jaką przeczytałam. Dawno temu przeczytałam wspomnienia ocalałego więźnia Fortu VII, opisującego okrucieństwo niemców, to coś okropnego. W tej historii też jest opis tego miejsca. To straszne, że człowiek człowiekowi zgotował ten los.
00



Copyright © by Weronika Ilska, 2025

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Kuba Magierowski

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

ISBN: 978-83-8441-010-3

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Bo nawet kiedy nadzieje są niczym nieusprawiedliwione, a zwątpienie i rozpacz więcej niż uzasadnione, człowiek żyje nie słuszną rozpaczą, tylko swą niedorzeczną nadzieją

Maria Dąbrowska, Noce i dnie

Dla mojego syna Ignacego, Twoje istnienie jest moim światłem

ROZDZIAŁ 1

Etiuda

Poznań, 1941 rok

Świst.

Kolejny strzał rozcina powietrze nade mną. Biegnę. Chcę się zatrzymać. Odpocząć. Ale nie mogę. Muszę biec dalej. Wpadam w gęste liście drzew, które zwisają resztką sił na cienkich gałęziach. Odgarniam je rękami, walczę z krzakami, które chwytają mnie swoimi pazurami, i ze strachem. Strachem, który zamiera we mnie, ustępując miejsca adrenalinie. To ona pcha mnie do przodu.

Potykam się. Upadam na mokry mech. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Krzyki zbliżają się coraz bardziej, dźwięczą w mojej głowie. Próbuję unieść nogę, ale pulsujący ból nie pozwala mi stanąć o własnych siłach. Może to kula w łydkę? Boję się sprawdzić. Boję się spojrzeć. Pasmo kasztanowych włosów przykleja mi się do policzka, dotykając wilgotnego podłoża. Otwieram oczy. Dyszę ciężko. W oddali majaczy obraz – tak prawdziwy, że aż boli. Jesień. Piękna, czysta, ostatnia. Czuję żal. Zbliżają się. Słyszę ich zadowolone pomruki, szorstkie słowa pełne pogardy. Szwargoczą. Jak ja nienawidzę tego języka. Jeszcze niedawno uczyłam dzieci tej syczącej mowy w szkole – dziś brzmi jak wyrok. Jeden z żołnierzy wbija mi but w plecy, śmieje się i wyciąga broń z kabury. Otwieram oczy, chcę jeszcze raz zobaczyć ten świat. Ostatni obraz.

I wtedy go widzę. Nie grzyb pod drzewem, ale sylwetkę – znajomą, bliską. Leon. Stoi w oddali. Patrzy na mnie i się uśmiecha. Jego twarz jaśnieje, ale z karku sączy się lepka maź. Najpierw czerwona, potem ciemniejąca. Odwraca się. Widzę ślad po strzale.

But wbija się mocniej w mój kręgosłup, ziemia zasysa mnie w głąb. Słyszę huk i czuję, jak ból rozsadza mi wnętrzności.

Otwieram oczy.

Budzę się zdyszana. Na skórze czuję lepkie krople potu, które przylepiają się do bielizny. Włosy mam wilgotne, splątane. Serce wali mi w piersi tak mocno, że nie mogę złapać tchu. Sięgam po szklankę z wodą, stojącą na dębowym stoliku obok łóżka – wypijam duszkiem. Głowa płata mi figle. Leon śni mi się od tygodni, ale ten sen był inny. On był realny. Zbyt realny. Czułam, że to nie tylko zwykły obraz ze snu, lecz także ostrzeżenie. Niepokój ściska mi gardło. Obrazy przesuwają się w głowie jak klatki filmu. Leon… Nie mogę odgonić tych myśli. Minęły dwa lata. Zniknął tuż po wybuchu wojny. Rozpytywałam, szukałam. Wszyscy tylko wzruszali ramionami, odwracali wzrok.

– Panienko, wie pani, ile teraz zaginionych jest? Nie pani jednej mąż zniknął! – słyszałam wciąż na nowo.

To zdanie brzmiało mi w uszach jak wyrok. Nie potrafiłam się od niego uwolnić. W końcu zdobyłam się na ryzyko. Poszłam na komisariat niemieckiej policji na Jeżycach, wiedziałam, czym ryzykuję – mogłam nie wrócić. A jednak musiałam. Korytarz był zimny, ciemny, z żółtawym światłem padającym z lampy nad drzwiami. Niemieckie napisy na tabliczkach, zapach tytoniu i atramentu. Serce waliło mi w piersi tak, że bałam się, że usłyszą je wszyscy. Policjant za biurkiem wysłuchał mnie bez mrugnięcia okiem. Twarz miał kamienną, zimną. Moje słowa spływały po nim jak krople po szkle. Ani współczucia, ani zaciekawienia.

– Robótki przymusowe… albo Fort VII1 – powiedział beznamiętnie, a jego głos był jak metaliczny brzęk.

Wyszłam stamtąd złamana, jeszcze bardziej zagubiona. Nie dowiedziałam się niczego pewnego i właśnie ta niewiedza paliła mnie najmocniej. Pustka, której nie mogłam wypełnić.

– Po co żeś tam polazła? – zapytała Apolonia z wyrzutem, gdy wyszłam z komisariatu.

– Jak to po co? Żeby się czegoś dowiedzieć?! – krzyknęłam zirytowana, czując, że w gardle rośnie mi gula bezsilności.

– I co? Dowiedziałaś się?

– Nie… – Spuściłam wzrok.

– Nie trzeba było się tam w ogóle pokazywać! Teraz mogą cię zapamiętać i nie będziesz już niewidoczna! – Apolonia uniosła głos, ale w jej tonie brzmiał strach.

– Daj spokój, Apolonio… Rozmawiałam tylko z szeregowym policjantem, nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem.

– Chociaż tyle… – Westchnęła. – Dzisiaj mamy spotkanie.

– Dzisiaj? – Zatrzymałam się gwałtownie na bruku ulicy.

– Tak. To ważne.

– Ale ja nie mogę! Przychodzą do mnie uczniowie na lekcje!

– Przełożysz na jutro, Wando. Ta sprawa nie może czekać.

Objęła mnie czule za ramię. Ruszyłyśmy w stronę Marienstrasse, niegdyś ulicy Święty Marcin. Poprawiłam burgundową apaszkę na szyi. Apolonia bezwiednie zapięła cienki trencz w pasie. Lato, choć łaskawe, nie dawało już takiego żaru. Słońce igrało na dachach, a na twarzach ludzi kładł się cień zmęczenia i strachu.

Szłyśmy, mijając niemieckie szyldy, sklepy, w których towary błyszczały za szybami, choć dla nas były nieosiągalne. Tramwaje z tabliczkami Nur für Deutsche przetaczały się po torach, obojętne na nasze spojrzenia. Dzieci biegały po chodnikach. Boso, w podartych ubraniach, jakby okupacja nie potrafiła zabić w nich resztek dzieciństwa. Zatrzymałyśmy się pod witryną jednego z butików, pełną modnych sukienek i torebek. Westchnęłam, myśląc, że jeszcze niedawno takie kreacje były w moim zasięgu. Wtedy rozległ się charakterystyczny stukot obcasów o bruk, a chwilę później znajomy, lodowaty rozkaz:

– Halt! Dokumente!

Serce podskoczyło mi do gardła. Ręka mimowolnie zacisnęła się na błękitnej torebce. Czułam, jak drży, kiedy wyciągałam papiery. W gardle miałam sucho, a głowa pulsowała myślą: tylko się nie pomyl, tylko się nie potknij.

– Proszę. – Podałam dokumenty, starając się, by głos nie zadrżał.

– Ihr Name?

– Wanda Wojtkowska.

– Wojtkowska… Polnisch, ja? Was machen Sie hier?2

Zawahałam się na ułamek sekundy, zanim odpowiedziałam:

– Spacerujemy – wyszeptałam, udając obojętność.

– Gehen Sie schnell3.

– Dziękujemy – odezwała się Apolonia, nieco zbyt pospiesznie.

Niemiec lustrował nas uważnie. Wzrok zatrzymał się na moich dłoniach. Już schowałam zażółconą kenkartę4 ze zdjęciem do wnętrza torebki, ale on nadal patrzył. Wszystko wówczas było podporządkowane regułom – meldunek, pozwolenie na pobyt, każda zmiana adresu5. Może dostrzegł moje zawahanie? Strach? Spojrzałam na niego, choć wiedziałam, że nie powinnam. Nie mogłam się powstrzymać. Chciałam zajrzeć w głąb jego duszy, sprawdzić, czy naprawdę można być takim człowiekiem. Apolonia wbijała mi palce w plecy, popędzając ku lodziarni, a ja uśmiechałam się uprzejmie do młodego Niemca. Nie odpuszczałam. Przeciągałam spojrzenie. Drugi żołnierz, stojący obok, nawet nie zwrócił na nas uwagi – palił papierosa i oglądał się za przechodzącymi dziewczętami. Te spuszczały wzrok, mijały go szybko, chcąc pozostać niewidoczne. Tymczasem ten pierwszy uśmiechał się coraz szerzej. W końcu klepnął kolegę w ramię, a jego oczy zwęziły się jeszcze bardziej. Czekał, aż posłusznie odwrócę wzrok. Nie zrobiłam tego.

Zbliżyłyśmy się do budki z lodami. Apolonia milczała chwilę, aż w końcu nie wytrzymała.

– Czy ty do reszty zwariowałaś?! – syknęła, patrząc na mnie z wyrzutem.

Wzruszyłam ramionami.

– Nie możesz tak robić!

– Bo co? – zapytałam spokojnie, nie odwracając wzroku od ruchliwej ulicy, pełnej życia, którego nikt nie mógł jeszcze stłumić.

Apolonia westchnęła ciężko. Wiedziałyśmy obie, że gniew był tylko zasłoną, a pod nim krył się strach.

– Wando, musisz być przykładną Polką, szczególnie jeśli mamy… Przetrwać – dodała spokojnie.

– Przykładną? Czyli jaką? Chowającą głowę w piasek? Daj spokój, Apolonio… Ty też nie możesz znieść ich obecności.

– Oczywiście, że nie. Ale właśnie dlatego musimy być mądre.

Pochyliłyśmy się nad lodowym deserem, pozwalając, by rozmowa ucichła. Siedziałyśmy przy niewielkim białym stoliku ustawionym przed kawiarenką. Wymieniłyśmy krótkie spojrzenie. Porozumiewawcze. Ciepłe. Przez moment mogłyśmy udawać, że jesteśmy zwykłymi kobietami, że wokół nie czai się wojna.

– Pamiętaj, Wandziu. Dzisiaj o czwartej – powiedziała Apolonia, muskając mnie w policzek.

Uśmiechnęła się ciepło i zniknęła za rogiem budynku przy ulicy Głogowskiej.

Otworzyłam drzwi kamienicy i zaczęłam wspinać się po wysokich, krętych schodach. Myśli kłębiły mi się w głowie. Co powiem rodzicom? Jaką wymówkę znajdę tym razem? W dniu, w którym zaginął Leon, przeniosłam się do mieszkania rodziców przy ulicy Matejki. Ojciec nie musiał oddawać majątku Niemcom. Był właścicielem dobrze prosperującej w Poznaniu firmy włókienniczej. Ja nie miałam tyle szczęścia. Ani pieniędzy, by utrzymać się sama w dużym mieszkaniu w centrum miasta. Nie minął tydzień od zniknięcia Leona, gdy Niemcy zapukali łomotem w drzwi naszego mieszkania. Zabrali wszystko. W jednej chwili przestałam być kimś, stałam się nikim. Mogłam spakować jedną małą walizkę z rzeczami osobistymi. Niczego więcej. W naszym dawnym domu zostało tyle wspomnień: zdjęć, obrazów, drobiazgów gromadzonych przez lata. Pamiątek, do których miałam sentyment. Jedyną rzeczą, jaką udało mi się zabrać w pośpiechu, była maleńka fotografia Leona ze studiów. Przyciskałam ją mocno do piersi i schowałam głęboko, za materiał biustonosza. W tej samej chwili na moich plecach poczułam twardą lufę karabinu. Napór był tak silny, że aż wcisnęłam się między zimne stopnie. Zrozumiałam, to był rozkaz, nie ostrzeżenie. Miałam natychmiast opuścić własny dom.

Pamiętam, jak z żalem patrzyłam na nasz przestronny salon, którego okna wychodziły prosto na Stary Rynek. Słońce osiadało wtedy na kamienicach, odbijając się w szybach niczym ostatnie wspomnienie dawnego blasku miasta. Zatrzymałam wzrok na fortepianie Leona. Tak bardzo go lubił. Fortepian marki Bechstein stał tuż przy oknie – czarny, lakierowany, o klawiszach lekko startych od codziennego grania. Czasem jeszcze słyszę ten dźwięk. Czysty, miękki, pełen czułości. Grywał wieczorami, gdy wracał zmęczony po całym dniu pracy w kancelarii. Wtedy właśnie grał najpiękniej. Grał dla mnie. Z serca. Z miłości.

Uwielbialiśmy Hankę Ordonównę i Eugeniusza Bodo. Najczęściej wybierał Umówiłem się z nią na dziewiątą. Bodo zawsze rozśmieszał go tym lekkim tonem, a mnie rozczulało, gdy Leon, udając go, zrywał się do fortepianu, by tanecznym krokiem podejść do mnie i wyciągnąć rękę. To właśnie wtedy, o tej godzinie, zaprosił mnie na pierwszą potańcówkę i to tę piosenkę śpiewał mi przez cały wieczór do ucha. Już wtedy wiedziałam, że się w nim zakochałam.

Nasze rodziny nie oponowały, choć moi rodzice nie spodziewali się, że wybierze właśnie mnie. Byłam z tej samej klasy, lecz nie z ich świata. Mój ojciec prowadził fabrykę, Leona – był prawnikiem z nazwiskiem, które w Poznaniu znaczyło wiele. Jego matka, Elżbieta, miała wobec syna własne plany. Chciała, by poślubił Jadwigę – posłuszną, szarą, ale odpowiednią. Studiowali razem, a ich rodzice współdzielili kancelarię, jakby przyszły ślub był jedynie formalnością. Nasze małżeństwo okazało się dla niej ciosem. Wzięliśmy ślub w kwietniu 1935 roku. Bez zaręczyn. Bez skończonych studiów. Bez pracy. Bez świadków. Bez błogosławieństwa rodzin. Wciąż pamiętam ten dzień: zapach świeżych lilii, drżące dłonie Leona, ciszę, gdy pod stołem ściskał moją rękę. Rodzice nigdy nam tego nie wybaczyli, a jednak ja czułam, że tego dnia po raz pierwszy naprawdę żyję.

Moja matka, Janina, była kobietą o nienagannych manierach. Zawsze nieskazitelnie ubrana, z tą charakterystyczną surowością spojrzenia. W jej świecie obowiązywała etykieta, nie emocje. Nigdy nie pracowała, choć ukończyła prestiżowe kursy rysunku technicznego i sztuk stosowanych, które w tamtych latach uchodziły za przygotowanie pod studia architektoniczne. Mogła pracować jako kreślarka, ale wierzyła, że obowiązkiem kobiety jest błyszczeć i być podporą, a nie osobą z własnym głosem.

Po ślubie matka zajęła się domem, choć właściwie należałoby powiedzieć: sobą. Nigdy nie widziałam jej z rękami zajętymi czymś innym niż własne włosy, perły czy koronkowe mankiety. Żyła w lustrze, dla odbicia, nie dla ludzi. Pachniała francuskimi perfumami, których aromat jeszcze długo unosił się w korytarzu, gdy wychodziła na spotkania, jakby zostawiała po sobie smugę niedostępności. Za to mój ojciec… mój tato Edward. On był zupełnie inny. Stworzony do ojcostwa, a nie do świata interesów, które notabene szły mu znakomicie. Fabryka pochłaniała go bez reszty, ale gdy wracał późnym wieczorem, w jego dłoniach nadal było ciepło. Zawsze znajdował czas, by zagrać ze mną partyjkę chińczyka. Pamiętam jego dłonie przesuwające pionki. Szorstkie od pracy, pachnące tytoniem i mydłem siarkowym. Wtedy świat był prosty i spokojny. Dom pulsował miarowym rytmem, jakby wojna nie miała do niego wstępu. Ten obraz wciąż mam przed oczami. To wspomnienie trzyma mnie przy życiu, kiedy wszystko inne zgasło. To ciepło, które od niego dostałam, było pierwszą lekcją miłości.

Weszłam do mieszkania i niemal poczułam w powietrzu zapach jej perfum. Słodki, ciężki, duszący, jak wspomnienie świata, który już nie istnieje. Czekam, aż się pojawi, słysząc stuk obcasów o drewnianą podłogę. Wiem, co zaraz powie. Zawsze to samo. Ona nie rozpaczała z powodu wybuchu wojny, tylko po utraconym blasku. Nad tym, że przyszło jej żyć w świecie, w którym nikt nie zauważa jej nowej sukni z jedwabiu. Że nie może już chodzić na wystawne przyjęcia, plotkować w eleganckich kawiarniach i pić prawdziwego wina. Że musi zjeść coś innego niż duszonego królika. To była jej tragedia.

– Wanda! No nareszcie jesteś! Ileż można na ciebie czekać?!

W salonie unosił się zapach lawendy wymieszany z wonią perfum, których matka używała z przesadną ostrożnością, jakby w każdej kropli chciała zachować cząstkę dawnego świata. Słyszę jej głos. Wysoki i napięty jak struna. Stoi wyprostowana w drzwiach salonu, dłonie splecione na wysokości talii, spojrzenie chłodne, pełne wyuczonej godności i pretensji.

– Mówiłam, że idę na komisariat zgłosić zaginięcie Leona. Później poszłam z Apolonią na lody – oznajmiłam krótko, nawet na nią nie patrząc.

Umieściłam kapelusz na wieszaku i poprawiłam mankiet płaszcza, próbując ukryć drżenie dłoni. Ukryć to, jaki wpływ na mnie miała.

– Skaranie boskie z tobą! Skompromitujesz nas kiedyś, Wando! – syknęła, poprawiając broszkę przy kołnierzu. – Ile razy mówiłam ci, żebyś nie spotykała się z tym dziewuszyskiem? Ona jest biedna! Jeszcze sprowadzisz na nas kłopoty. Wiesz, że ojciec utrzymuje fabrykę ledwo, jak może! Jeszcze tylko tego by brakowało… Żeby odebrali nam to mieszkanie.

Zacisnęłam palce na pasku płaszcza.

– Matko… – mruknęłam cicho.

– Zadawaj się z ludźmi naszego pokroju, Wando. Porozmawiaj z ojcem. Może znajdzie ci coś u Niemców… Sekretarka? Pasowałabyś.

Zmierzyła mnie wzrokiem. Jakby oceniała nie córkę, a element wystroju wnętrza. Zatrzymałam się pośrodku korytarza. Światło z okna rysowało na parkiecie długą smugę, która przecinała nas jak granicę.

– Matko… naprawdę liczy się dla ciebie tylko to, czy ktoś ma pieniądze?

– W obecnych czasach trzeba patrzeć na siebie, Wando – odpowiedziała, unosząc podbródek, tonem zimnym jak porcelana.

Patrzyłam na nią chwilę, aż w końcu wyszeptałam z goryczą:

– Ty zawsze patrzyłaś tylko na siebie, matko.

Zapadła cisza. Ciężka i gęsta, jak kurz, który po każdym naszym starciu unosił się w powietrzu. Nie odpowiedziała. Burknęła coś pod nosem, cmoknęła głośno i wyprostowana, jakby połknęła kij, odeszła do swojej sypialni.

Weszłam do kuchni. Od progu uderzył mnie ciepły zapach smażonej cebuli i świeżo parzonej kawy zbożowej. Pani Bronia stała tyłem, ze ściereczką przerzuconą przez ramię. Jej sylwetka, niska, krągła, pełna energii, kojarzyła mi się z domem bardziej niż jakiekolwiek miejsce. Usiadłam cicho przy drewnianym stole, na którym leżała biała, lniana serweta, a na niej szklany wazon ze świeżo ściętymi kwiatami.

– Wandziu! Dziecino! – krzyknęła, odwracając się gwałtownie. – Ty mnie tak nie strachaj!

– Przepraszam… nie chciałam. – Uśmiechnęłam się z zakłopotaniem.

– No już, już. Panienko, trzeba zjeść.

Położyła przede mną talerz parujących klusek z cebulą. Tłuszcz lśnił w świetle, a zapach był tak intensywny, że aż zakręciło mi się w głowie.

– Nie jestem głodna. Zjem później – odparłam cicho.

Bronka wsparła ręce na biodrach i spojrzała na mnie surowo spod kręconych brwi.

– Niechby tam wojna i Niemcy, człowiek musi mieć siłę! – mruknęła. – A ja nie daruję, żeby panienka chodziła o pustym brzuchu!

Nie potrafiłam się nie uśmiechnąć.

– Dobrze, pani Broniu – powiedziałam łagodnie, czując, jak napięcie z całego dnia wreszcie ze mnie opada.

Ta kobieta zawsze potrafiła wywołać u mnie uśmiech. Była zbyt pozytywna jak na te czasy, jakby wbrew wszystkiemu wierzyła, że dobro można ugotować z niczego. Z odrobiną mąki i odrobiną nadziei potrafiła wyczarować coś, co pachniało domem. Oczywiście matka tego nie potrafiła docenić. W jej oczach Bronia była zwykłą pomocą domową. Nie kobietą, która trzymała nas przy życiu. Co rusz narzekała, że nie zdobyła kawałka mięsa albo owoców, a przecież i tak zawsze mieliśmy co zjeść. Ja i tato byliśmy wdzięczni, że głód nie zagląda nam jeszcze w oczy, a niezjedzone porcje matki pakowałam w słoiki i zanosiłam Apolonii. Ona naprawdę nie miała co do garnka włożyć. Jadała suchy chleb i wodniste zupy, lecz odkąd się zaprzyjaźniłyśmy, zaczęła wyglądać lepiej. Miała więcej sił, a w jej oczach pojawił się niegdysiejszy błysk, którego ona sama dawno już nie widziała. To był błysk życia.

– Pani Broniu, mam do pani sprawę… A właściwie prośbę – zaczęłam niepewnie, zawieszając głos i patrząc prosto w jej błękitne, niemal przezroczyste oczy.

– Tak, dziecino? – Zatrzymała się ze ściereczką w dłoni i spojrzała na mnie wyczekująco.

– Muszę wyjść za dwie godziny. Wymyśl coś, proszę… Pomogę ci z przetworami na zimę! Wrócę przed godziną policyjną, obiecuję.

– Oj, dobrze już, dziecino. Niech będzie. – Machnęła ręką z lekkim uśmiechem, który natychmiast rozświetlił jej twarz. – Wie panienka, że jest dla mnie jak córka. – Puściła do mnie oczko, a jej pulchne policzki uniosły się w ciepłym uśmiechu.

Ucałowałam ją w policzek, obejmując serdecznie. Była niższa ode mnie, ale nadrabiała sercem, które biło miłością dla całego świata. Ciepłem potrafiła rozproszyć każdy mrok. Była jak płomień świecy wśród ciemności wojny, drobna, lecz niezłomna. I jeśli potrafiła znosić moją matkę przez ponad trzydzieści lat, to musiała być aniołem.

Matki już nie widziałam. Schowała się w swojej przestronnej sypialni z królewskim łożem. Miała tam wszystko – ozdobną garderobę, toaletkę z dużym lustrem i łazienkę. Ojciec zajmował mniejszy pokój. Z masywnym biurkiem, zieloną lampą o złotej podstawie i krzesłem, które skrzypiało przy każdym jego ruchu. Lubiłam tam przychodzić. Siadałam w jego fotelu, chichotałam, udając, że piszę listy do ważnych ludzi. A on? Nigdy mnie nie przeganiał. Tylko unosił wzrok znad papierów i uśmiechał się tak, że całe pomieszczenie wypełniało się spokojem. Za to matka… Matka pachniała zawsze zbyt mocno. Kiedy przechodziła przez pokój, powietrze gęstniało od zapachu jej francuskich perfum. Zbyt ciężkich jak na czasy, w których przyszło nam żyć. Zawsze ta sama scena: cmoknięcie w powietrze, machnięcie dłonią w stronę Broni, ani spojrzenia więcej. Teraz nawet jej nie widzę. I chyba już mnie to nie boli. Przywykłam do jej nieobecności. Bo nawet kiedy była, jej duszy nigdy tu nie było.

* * *

Weszłam z Apolonią do zakładu. W witrynie, za szybą pokrytą cienką warstwą kurzu, stały manekiny w niemieckich mundurach. Pośród nich, jak ironiczny żart losu, leżał biały kawałek materiału z wyhaftowanym krzyżem. Niedokończony, jakby ktoś przerwał pracę w pół ruchu. Siostry zakonne, prowadzące zakład krawiecki U Sióstr przy ulicy Wronieckiej na Starym Mieście, uniosły wzrok znad maszyny i skinęły głowami. Uśmiechnęły się lekko, z cichym porozumieniem, tym, które nie wymaga słów. Pachniało krochmalem i świeżym płótnem, ale pod tą wonią kryło się coś jeszcze. Zapach żelaza i smaru niemieckich guzików. Echo wojny przenikające nawet w najczystsze miejsca. Na blacie piętrzyły się skrawki zielonych tkanin. Szare pasy, igły, taśmy i metalowe nożyczki. Wśród nich czerwona flaga ze swastyką, porzucona jak reszta zwykłego zlecenia.

Przeszłyśmy za ciężką granatową kotarę, której brzegi muskały nasze ramiona. Myślałam, że natkniemy się na siostry, ale za kolejną, niepozorną zasłoną zobaczyłam drewniane drzwi. Apolonia pukała trzy, może cztery razy. Nie wiem. Robiła to zbyt szybko, a ja byłam zbyt podekscytowana, by liczyć. W gardle miałam sucho. Czułam, jak wzbiera we mnie to znajome napięcie. Mieszanka lęku i dumy. Przeszłam szkolenie, złożyłam przysięgę rok temu, ale od tamtej pory robiłam niewiele. Wojna zabierała inicjatywę nawet odważnym. Uczyłam w piwnicach dzieci. Historii, polskiego i poezji. Opowiadałam im o artystach i bohaterach, o których nie wolno było mówić głośno. W ich oczach widziałam głód wiedzy i życia. Ale to było za mało. Czułam, że dłużej nie mogę tylko uczyć. Że muszę działać. A jednocześnie… coraz bardziej ciążyło mi życie z matką i zależność od pieniędzy ojca. Dlatego tu przyszłam. Może po sens, może po wolność.

Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. W progu stał wysoki mężczyzna z ciemnym wąsem.

– Dzień dobry – powiedział głosem niskim i pewnym. – Jestem „Lis” - dodał po chwili. Wyglądał na człowieka, który widział więcej, niż chciał. – Proszę spocząć. – Odchrząknął.

– Dziękujemy – odparła Apolonia, zajmując jedno z dwóch krzeseł naprzeciwko wąskiego stołu.

Pozostali mężczyźni, było ich pięciu, stali pod ścianą, oparci o biurko lub krzesła. Jeden z nich nawet odwrócony plecami palił papierosa z taką intensywnością, jakby w każdym zaciągnięciu próbował zdusić strach. W powietrzu unosił się gęsty dym o zapachu tytoniu i wilgoci. Światło sączyło się przez zasłonięte okno, rozlewając po pomieszczeniu matowy blask. Dopiero gdy uśmiechnął się i skinął lekko głową, rozpoznałam w nim przyjaciela Leona z czasów studiów. Stefan. Nie dokończył nauki. Był zbyt rozrywkowy, zbyt beztroski. Ale dziś wyglądał inaczej. Starszy. Powaga zastąpiła lekkomyślność. Zrozumiałam, że wojna zmieniła go bardziej, niż mogłam przypuszczać. Tak trafił do grupy operacyjnej „Orzeł”. Do której trafiłam i ja. Apolonia była cenioną łączniczką. Pewnie dlatego zaprosili mnie na spotkanie. Musiałam być zaufana.

– Pani Wando, oto pani nowa tożsamość – oznajmił mężczyzna z wąsem, którego nazywano „Lisem”. Jego głos był spokojny, ale w tym spokoju brzmiał rozkaz. – Proszę się jej nauczyć na pamięć. Pani Apolonio, pani dokument nadal obowiązuje. – Wręczył mi złożony arkusz papieru.

Palce miałam wilgotne. Kartka była ciepła, jakby dopiero co wyszła spod żelazka.

– Wanda Bruss – powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do innych.

– To są wszystkie informacje, które musi pani zapamiętać – wtrącił młody chłopak w zbyt dużych spodniach, poprawiając okrągłe binokle. – Czym się pani zajmowała, gdzie pani mieszkała, kim byli rodzice. Dziadek od strony matki był Niemcem. – Podał mi dwie spinaczem złączone kartki.

Czułam, jak ściska mi gardło. Nowe nazwisko brzmiało obco. Nie należało do mnie, a jednak miało mnie chronić.

– Dobrze, ale nadal nie rozumiem, co będę robić – mówiłam szybko, czując, że głos lekko mi drży.

– Pani Wando – odezwał się „Lis” z cieniem uśmiechu. – Najpierw proszę wybrać pseudonim. Teraz tak będziemy się do pani zwracać.

Spojrzałam w jego stronę. W głowie wciąż dudnił głos Leona: „Muzyka, Wandziu, jest jak oddech. Gdy zabraknie dźwięku, zostaje cisza, a w ciszy wszystko słychać mocniej”.

– „Etiuda” – powiedziałam po chwili.

– Jak? – parsknął Stefan.

Zmrużyłam oczy. On nie rozumiał. Nikt z nich nie rozumiał. Ale ja wiedziałam, że to mój mały hołd dla Leona. Za każdą nutę, która kiedyś niosła się po naszym salonie.

– Uspokój się „Wrona” – warknął „Lis”.

Dym z jego papierosa zawisł między nami. Ciężki i gryzący, jakby wypełniał każdą przerwę w rozmowie.

– „Etiuda” i „Pola” – zaczął po chwili, zaciągając się mocno. – Mamy dla was zadanie specjalne.

Zakręcił wąsa, jakby chciał zyskać na czasie, po czym rozsiadł się na krześle naprzeciw biurka. Jego dłoń spoczęła na blacie z takim ciężarem, że aż stuknęły w miejscu ołówki i niedogaszone zapałki.

– Zadanie? Myślałam, że pracę – wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Apolonia spojrzała na mnie ostro, jakby chciała mnie uciszyć jednym spojrzeniem.

– Zadanie i pracę – poprawił się „Lis”, unosząc brew.

– Naprawdę specjalne – dodał z lekkim uśmiechem „Wrona”.

W jego głosie brzmiało coś pomiędzy ekscytacją a lękiem.

– Będziecie pracowały w Hotelu Bazar jako kelnerki. – „Lis” zgasił papierosa o krawędź biurka. – To idealne miejsce, żeby zbliżyć się do Niemców. Podsłuchać rozmowy, może zdobyć nazwiska – powiedział cicho, ale każde słowo brzmiało jak wyrok. – Pamiętajcie, po ich krwawej służbie i po kilku kieliszkach koniaku język im się sam rozwiązuje. Nie mamy oczekiwań. Każda informacja może mieć znaczenie.

W pomieszczeniu zapadła cisza. Czułam, jak serce uderza mi o żebra. Hotel Bazar. Elegancki, pełen okupantów, oficerów w mundurach, dźwięku niemieckiego śmiechu i muzyki z gramofonu. Miejsce, gdzie plotka mogła zabić szybciej niż kula.

– Będziemy… otrzymywać pensje? – zapytałam w końcu, nieco zbyt głośno.

W głowie miałam jedno: jak mam udawać spokój w miejscu, gdzie każdy uśmiech może być testem?

– Oczywiście. – „Lis” uśmiechnął się kątem ust. Zaciągnął się resztką dymu i wypuścił go powoli. – Będziecie legalnie zatrudnione. Nikt nie będzie miał powodu, by cokolwiek podejrzewać.

Dym snuł się leniwie ku sufitowi, rysując blade smugi w żółtawym świetle lampy.

– Musicie uważać – odezwał się Stefan „Wrona”, odchrząkując. – Nie będziemy was chronić. Nie zawsze. Zresztą… Nie będziemy mogli. Jeśli coś się zapowiada, jeśli poczujecie, że robi się gorąco… Uciekacie. Jeśli nie… Musicie pamiętać, że jesteście zdane tylko na siebie.

Jego głos był twardy, może nawet zbyt pewny. Mówił szybko, jakby chciał zbyć temat, a jednocześnie nie potrafił ukryć nerwowego błysku w jasnych oczach. Nie wiedziałam, jaką funkcję pełnił, ale zdążyłam zauważyć, że znaczącą. Oprócz dowódcy nikt się nie odzywał. Może bali się jego temperamentu, może szanowali za coś, o czym nie wiedziałam. Mnie jednak irytowała swoboda Stefana. Był narwany, jak młody pies spuszczony ze smyczy, który gotów jest rzucić się do biegu, zanim ktoś da sygnał.

– Dostaniemy broń? – Apolonia odezwała się znienacka, przerywając ciszę.

Jej pytanie zaskoczyło nie tylko mnie, ale i „Lisa” z „Wroną”, którzy spojrzeli na siebie, po czym obaj parsknęli gromkim śmiechem. Śmiechem zbyt głośnym jak na kryjówkę. Zbyt pewnym siebie. Zacisnęłam palce na kolanach, wbijając w skórę paznokcie. Znowu mnie zirytował.

– Wykluczone – rzucił „Wrona” tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Może niech odpowie dowódca – odparłam spokojnie, splatając dłonie.

Stefan obrócił się powoli, rozciągając usta w aroganckim półuśmiechu.

– To ja jestem dowódcą. – Znowu się zaśmiał. Ciszej. Z prowokacją.

Zrobiło mi się gorąco, jakby ktoś wepchnął mnie w światło reflektora.

– „Lis”, czyli Wiktor Marczewski, to były wojskowy, nasz strateg, opiekun, ale dowódcą tej komórki i osobą decyzyjną jestem ja, droga Wandziu. – Puścił do mnie oczko, nonszalancko. Dokładnie jak kiedyś.

Nie odpowiedziałam. Czułam, że każde słowo, jakie mogłabym teraz wypowiedzieć, zabrzmiałoby zbyt ostro albo zbyt słabo. W powietrzu unosił się zapach spalonego tytoniu i potu. Zapach strachu, którego nikt nie chciał nazwać.

Kiedy wreszcie wyszłyśmy z zakładu krawieckiego, powietrze wydało mi się cięższe niż wcześniej. Apolonia została jeszcze chwilę, by coś ustalić, a ja ruszyłam sama w stronę wyjścia. Kroki odbijały się echem o bruk, aż nagle ktoś chwycił mnie za łokieć.

Odwróciłam się gwałtownie.

– Wanda – odezwał się zdyszany Stefan „Wrona”. – Co u Leona?

Na moment zabrakło mi tchu.

– Zaginął w trzydziestym dziewiątym. – Spuściłam wzrok.

– Przykro mi… może się znajdzie.

– Nie może, tylko na pewno.

Uniosłam głowę. Nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. W jego oczach nie było już drwiny. Tylko coś, co przypominało współczucie. Albo nadzieję.

– Tak, tak… na pewno. – Skinął głową, unosząc kaszkiet. – Trzymaj się. I czekaj na wiadomość. Serwus, mała!

– Nie jestem mała!

Krzyknęłam za nim, ale on nawet się nie odwrócił. Tylko jego sylwetka zniknęła w półmroku, a echo butów odbiło się od ścian jak urwany śmiech.

1  Fort VII, zwany KZ Posen był pierwszym obozem koncentracyjnym założonym przez Niemców na ziemiach okupowanej Polski. W latach 1939–1944 stał się miejscem więzienia, tortur i śmierci tysięcy Polaków.
2  Polnisch, ja? Was machen Sie hier? (niem.) – Polka, tak? Co pani tu robi?
3  Gehen Sie schnell! (niem.) – Szybko, ruszać się!
4  Kenkarte (niem.) – niemiecki dokument tożsamości wprowadzony na terenach wcielonych do III Rzeszy (np. w Poznaniu, Kraju Warty).
5  W Kraju Warty, w tym w Poznaniu, obowiązywał szczegółowy meldunkowy system policyjny oparty na niemieckich przepisach. Każda osoba musiała być zameldowana, a każda zmiana miejsca pobytu zgłoszona władzom. Brak meldunku lub zamieszkanie „na dziko” mogły skutkować aresztowaniem, deportacją lub represjami.

ROZDZIAŁ 2

Hotel Bazar

Zamieszkałyśmy z Apolonią przy ulicy Cieszkowskiego6. Mieszkanie, które nam przydzielono, okazało się idealnym miejscem do organizowania tajnych spotkań albo – w moim przypadku – do nauczania.

Pola była szczęśliwa. Wreszcie miała dach nad głową, który nie przeciekał, i wodę w kranie, która płynęła nie z łaski. Mieszkanie może i było niewielkie, ale przytulne, z meblami po dawnych lokatorach i zapachem pasty do podłóg, który przypominał dzieciństwo. Warunki, w jakich żyła Apolonia… lepiej było o tym nie myśleć. Ani nie mówić głośno. Teraz cieszyła się z każdego strumienia gorącej wody i własnej, czystej łazienki. Nie sądziłam, że tak bardzo mnie to poruszy. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam wnętrze jej dawnej kamienicy zimą czterdziestego roku, miałam wrażenie, że pęknie mi serce. Zimne ściany, puste garnki, oczy dzieci bez światła. A jednak Pola się wtedy uśmiechała. Tak jakby jej własny uśmiech mógł ogrzać ten świat. Teraz gdy patrzyłam, jak z radością rozpakowuje rzeczy, czułam wdzięczność. Gdybym nie przyjęła pracy w hotelu, ona nie miałaby tej szansy. Tak brzmiał rozkaz dowództwa, a dziś wiem, że wyszedł bezpośrednio od Stefana.

Włożyłam czarną sukienkę sięgającą kolan, z białym kołnierzykiem przy szyi. Prosta, ale w swej prostocie prowokująca. Czułam się nieswojo, jakbym ubrała kostium, nie strój do pracy. Do tej pory wybierałam skromne ubrania, takie, jakie akceptowałaby moja matka. Dystyngowane i nienarzucające się. Teraz jednak miałyśmy wyglądać „stosownie do miejsca”. Cieliste rajstopy, obowiązkowe w pracy, drażniły mnie nieco, ale dawały złudzenie ochrony, jakby kolejna warstwa tkaniny mogła osłonić mnie przed tym światem. Na stopy wsunęłam czarne lakierowane czółenka na niskim obcasie, zapinane cienkim paseczkiem. Takie, jakie nosiły kobiety w reklamach sprzed wojny. Włosy upięłam nisko, niemal na karku. Byłam spokojna, ale w moich oczach czaił się cień. Ten sam, który od tamtego poranka nie chciał zniknąć.

– Wando, masz jeszcze to – odezwała się Apolonia, już w pełni gotowa.

W jej wyciągniętej dłoni błyszczał złoty sztyft pomadki. Wysunęła go powoli, z pewnością, której ja w sobie nie miałam. Odkręciłam nakrętkę i ujrzałam barwę głębokiego rubinu. Kolor życia. Zbyt intensywnego na czasy, gdy wszystko wokół gasło.

– Zabierz to, Apolonio. – Wsunęłam pomadkę z powrotem w jej dłoń.

– Wando, ja wiem, że jesteś z innego domu niż ja… ale jeśli chodzi o sprawy kobiet, to akurat się znam – odparła z cieniem uśmiechu.

– Jakie sprawy? – Uniosłam brwi.

– No wiesz… może nasz wygląd się przydać. – Mrugnęła, poprawiając kołnierzyk.

– Chyba oszalałaś! Mam męża, zapomniałaś?! – Głos podniósł mi się niechcący.

– Ja tylko chcę, żebyś musnęła swoje piękne usta kolorem. Nikt nie każe ci zdradzać męża. – Teraz to ona poczuła się urażona.

Patrzyłam na nią przez chwilę.

– Powiedz mi, jak ten jeden kosmetyk ma pomóc w walce z Niemcami? – zapytałam, odwracając się do niej przodem.

– Niedługo się przekonasz – odpowiedziała cicho, ale w jej głosie brzmiała pewność, której wtedy brakło nam wszystkim.

Szłyśmy pod rękę ulicą Święty Marcin. Ja w cienkim płaszczyku, by choć odrobinę złagodzić swój zbyt frywolny wygląd. Z toczkiem na głowie z delikatnej siateczki, który miał odwrócić uwagę od intensywnej czerwieni ust. Za to Apolonia, korzystając z ciepła lata, kroczyła pewnym krokiem, nie zważając na nic. Ani na spojrzenia przechodniów, ani na zalotne gwizdy młodzieńców. W jej ruchach było coś z prowokacji, ale też z naturalnej, bezpretensjonalnej gracji kobiety, która wie, że budzi zachwyt, i nie przeprasza za to.

Była naprawdę piękna. Pięknem niewymuszonym, przyciągającym jak zapach jaśminu w duszny wieczór. Fale jej włosów układały się miękko wzdłuż policzków, a zielonkawe oczy mieniły się w słońcu, kontrastując z głęboką czernią rzęs i brwi. Nie wiedziałam, czym zajmowała się przed wojną i może lepiej, że nie wiedziałam. Wojna miała to do siebie, że przeszłość stawała się luksusem, na który mało kto mógł sobie pozwolić. Wystarczyło mi, że teraz potrafiła się śmiać. Cieszyło mnie, jak z wdziękiem odrzucała zaloty młodych Niemców, jak bawiła się ich spojrzeniami, choć w jej oczach tliła się ostrożność. Mówiła po niemiecku z lekkim akcentem, ale do tego stopnia dobrze, by obsługiwać ich w hotelu bez wzbudzania podejrzeń. Czasem, słysząc jej ton, podziwiałam ją, potrafiła być jednocześnie chłodna i czarująca.

Zatrzymałyśmy się przed wejściem do Hotelu Bazar7 przy ulicy Nowej – teraz ponownie Neuestrasse. W tle niosły się odgłosy miasta: stłumione komendy żołnierzy, płacz dziecka, stukot kopyt i warkot silników. Nad wszystkim unosił się zapach kurzu, dymu i benzyny. Kamienica w stylu późnoklasycystycznym z elegancką fasadą i charakterystycznymi zdobieniami z piaskowca przyciągała wzrok przechodniów. Nad wejściem wisiał szyld z nazwą hotelu. Flagi ze swastyką powiewały na wietrze. Obok stały wojskowe samochody, limuzyny i kilka czarnych motocykli z przytwierdzonymi szarymi hełmami. Ruch był nieustanny, jakby sam hotel oddychał rytmem okupanta.

Ostrożnie pchnęłam przeszklone drzwi i wsunęłam się do środka. Od razu uderzył mnie zapach tego miejsca – gęsty, ciężki, duszny. Mieszanka wosku do podłóg, cygar i starej skóry. Pachniało bogactwem, które próbowało przykryć strach. Gości witała recepcja z dębowym kontuarem i wysokim regałem pełnym mosiężnych kluczy do pokoi. Nad nim tykały zegary, pokazujące godziny w różnych częściach świata. Jakby wciąż udawały, że ten świat jeszcze istnieje.

Na ścianach wisiały ciężkie olejne obrazy, przedstawiające portrety ludzi, których nazwisk nikt już głośno nie wypowiadał. Pod nimi stały ciemne, tapicerowane krzesła i niskie stoliki, przy których leżały porzucone gazety i niedopite kieliszki koniaku. Tu i ówdzie, na marmurowych postumentach, pyszniły się doniczkowe kwiaty w strojnych, secesyjnych wazonach. Wnętrze było przestronne, obite boazerią, ze schodami po obu stronach, prowadzącymi na galerię z kutą balustradą.

– Macie być uprzejme i skromne. Nie rzucać się w oczy, robić swoje – odezwał się pan Marian, nie odrywając wzroku od sali.

Od razu go znielubiłam. Był z tych, którzy kłaniają się każdemu napotkanemu Niemcowi z przesadną gorliwością, a własną rodzinę sprzedaliby, gdyby przyniosło im to spokój.

– Się rozumie! – odparła z uśmiechem Apolonia, klepiąc go po ramieniu.

Zachichotałam cicho, zakrywając usta dłonią.

Zostało nam kilkanaście minut, by sprawdzić, czy wszystko jest gotowe. Za chwilę zacznie się wieczorny ruch, goście nie przychodzili wszyscy naraz, lecz falami, wraz z zapadającym za oknem zmrokiem. Największe ożywienie zaczynało się po dwudziestej i trwało niemal do świtu. Polerowałyśmy szkło, przecierałyśmy srebrne sztućce, układałyśmy porcelanę. Każdy kieliszek musiał błyszczeć, jakby w jego odbiciu miała się przejrzeć nie tylko twarz Niemca, lecz także nasz własny strach. Jeszcze raz przetarłyśmy podłogę, wypastowaną tak, że aż ślizgała się pod stopami.

Marian przeszedł obok, stukając obcasami i oceniając wszystko surowym spojrzeniem jak inspektor na rewii. Pięć minut przed otwarciem wyprostował się dumnie, poprawił mankiet i mruknął:

– Dobrze, dziewczęta, jest naprawdę dobrze! – powiedział, odpalając papierosa grubymi palcami. Dym unosił się leniwie, osiadając ciężką smugą w powietrzu. – To malowidło na ustach to był znakomity pomysł. Niemcy muszą się tu czuć dobrze, a nawet… bardzo. – Puścił do nas oko, a mnie przeszedł chłodny dreszcz.

– O czym on mówił? – szepnęłam do Apolonii, polerując któryś z kolei nóż, tylko po to, by czymś zająć ręce.

– Nie przejmuj się. Nie musisz tego robić.

– Ale czego? – Spojrzałam na nią zdezorientowana.

Apolonia nie zdążyła odpowiedzieć, bo tłusty Marian zawołał ją na zaplecze. Zostałam sama, wśród gwaru i stukotu naczyń, wpatrując się tępo w jeden punkt na ścianie.

Orkiestra właśnie rozstawiła instrumenty na małej scenie, zasłoniętej ciężkimi, bordowymi kotarami spiętymi złotą klamrą. Dźwięki prób, kilka fałszywych nut, trzask krzesła, cichy śmiech muzyków, odbijały się od wysokiego sufitu. Wszystko to tworzyło zapowiedź wieczoru, który dopiero miał się rozpocząć. Niedługo potem zaczęli się schodzić pierwsi oficerowie. Przyszło zaledwie kilku. Młodzi, butni, w idealnie dopasowanych mundurach. Na kołnierzach błyszczały im srebrne orły, a z ust sączył się dym tanich papierosów. Każdy z nich robił to samo. Pił, palił, rechotał, poklepując kolegę po ramieniu. Ich wzrok ślizgał się po naszych sylwetkach jak tłusty olej. Czułam, jak ich spojrzenia dotykają skóry jak brudny, zimny podmuch. Za każdym razem przechodził mnie ten sam dreszcz – nie ze wstydu, lecz z obrzydzenia.

Apolonia radziła sobie lepiej. Uśmiechała się, żartowała, nawet kokietowała, jakby to była część gry. Wiedziała, że tak trzeba. Ja natomiast nadal nie potrafiłam włożyć maski. Kiedy któryś z Niemców zbyt długo zatrzymywał na mnie spojrzenie, spuszczałam wzrok. A jednak czułam, że oni to widzą, moją słabość, napięcie, oddech, który przyspiesza mimo woli. Byłam tam zaledwie godzinę, a już miałam ich dosyć. Ich głosy, śmiechy, zapach tytoniu i potu, brzdęk szkła i stukot oficerskich cholewek. Wszystko to dźwięczało mi w głowie jak złowroga orkiestra. Wydawało się, że nawet ściany drżą od ich obecności. Ci sami ludzie, te same mundury, ten sam język, ta sama wyższość. Nie mogłam dłużej udźwignąć tej mieszaniny arogancji i samozadowolenia. Miałam ich wszystkich w zasięgu wzroku. Pewnych siebie, rozpartych na kanapach, roześmianych z czegoś, co nigdy nie byłoby śmieszne dla nas. Było tego za dużo. Za głośno. Za mocno. Przybywali tłumnie, jeden po drugim, jak stado wilków zwabionych zapachem krwi i mięsa. Alkohol lał się strumieniami. Rozsiadali się na miękkich kanapach, przy barze, przy stolikach. Wszędzie, gdzie dało się usiąść. Dla nich wojna była zabawą, pijackim toastem, okazją do pokazania władzy. A ja, stojąc w cieniu, czułam tylko bezsilność i wstręt. Nie miałam dokąd uciec. Nawet kiedy chciałam na chwilę wyjść z sali, Marian, ten tłusty, spocony Marian, dopadł mnie przy drzwiach. Pachniał tanim mydłem i starym potem.

Zawiesiłam wzrok na kryształowym żyrandolu, masywnym jak korona, i pomyślałam, że mógłby spaść. W najlepszym scenariuszu zabiłby choć trzech z nich, w gorszym wbiłby się w tłustą łydkę Mariana. Ten obraz był prawie pocieszający.

– Co taka zamyślona? Do roboty i to migusiem – burknął, pochylając się nade mną tak blisko, że poczułam jego oddech. Ciężki, pachnący cebulą i tanią whisky. – Ten Niemiec. – Wskazał głową w stronę sali. – Ten w środku, co sączy nasze najdroższe whisky. Obsłużysz go, rozumiesz?

– Ten staruch? – odparłam, mierząc go wzrokiem.

– Tonuj, panienko! – syknął, a jego wąskie oczy zalśniły złością. – Chyba zapomniałaś, że to nie salony Warszawy ani pańska willa na Sołaczu. Żyjemy w Kraju Warty, nie w jakiejś wsi pod starą belką! Już, migusiem! – Pchnął mnie lekko, ale wystarczająco, by zachwiać moją równowagę.

Stary Niemiec jeszcze nie spojrzał w moją stronę, a jednak już czułam jego obecność. Nie musiał patrzeć, bym poczuła, jak powietrze gęstnieje od wstrętu i niepokoju. Był wysoki, o siwych starannie zaczesanych włosach i twarzy pooranej bliznami po ospie. Ale to nie one przerażały mnie najbardziej. To jego dłonie. Duże, ciężkie, o grubych, krzywych palcach, jakby stworzone do rozkazywania. Choć nie było na nich ani kropli krwi, miałam wrażenie, że nią pachną. Że wsiąkła w jego skórę dawno temu. W innym miejscu, przy innym stole, gdzie ktoś inny prosił o litość.

Był ubrany jak na pokazowym plakacie z niemieckiego magazynu propagandowego. Mundur miał dopasowany, wyprasowany w kant, srebrne guziki połyskiwały w świetle żyrandola. Na klapie marynarki widniała odznaka z czarnym orłem, a tuż obok świeży ślad po polerowaniu. Pachniał mieszanką cygar, potu i czegoś metalicznego. Zapachu, który od tamtej pory zawsze kojarzył mi się z przemocą. Usiadł przy stoliku, w dłoni trzymał grube cygaro.

Wiedziałam, że muszę podejść. Nie miałam wyboru. Czułam, jak w gardle rośnie mi suchość, jak drżą mi dłonie, ale twarz pozostawała nieruchoma. „Nie wolno się bać. Nie wolno dać po sobie poznać” – dźwięczały mi w głowie słowa papy. Mówiłam perfekcyjnie po niemiecku. Wystarczająco dobrze, by mogło to wzbudzić jego zainteresowanie. A może i podejrzenia.

– Dobry wieczór. Czy mogę przyjąć zamówienie? – zapytałam z przytłumionym akcentem.

Kurt Meister – dowiem się tego niebawem – nie odpowiedział od razu. Zamiast tego powoli odwrócił głowę. Ruch miał w sobie coś teatralnego, jakby chciał, bym poczuła każdą sekundę jego uwagi. Jego spojrzenie przesunęło się po mnie leniwie, od czubków butów po włosy spięte w kok. Oceniał. Ważył. Szukał słabości.

– Ach… – Przeciągnął w końcu. – Dobry wieczór, Fräulein. Pani obecność przy tym stole to już rozkosz sama w sobie… Ale skoro nalega pani na zamówienie… – Urwał, a kąciki jego ust uniosły się w półuśmiechu, który bardziej przypominał ostrze niż grymas sympatii.

Reszta oficerów zachichotała. Ich śmiech był krótki, ochrypły, pełen pogardy i braku manier. Zacisnęłam dyskretnie palce na notatniku, czując jego chropowaty brzeg.

Nie teraz. Nie możesz się zdradzić – powtórzyłam w duchu.

– Więc jednak mówią prawdę – mruknął, przechylając głowę. – Tutejsze dziewczęta potrafią być piękne.

Czułam jego wzrok, jak dotyk, którego nie chciałam. Palce z ciężkim sygnetem wystukiwały rytm na blacie. Miarowy, hipnotyczny, jakby wyliczał moje oddechy. Potem, niby przypadkiem, musnął moją dłoń. Nieznacznie. Zbyt długo. Zbyt pewnie.

– Macie tu zabawną manierę – powiedział, zniżając głos do niemal szeptu. – Służalczość… a jednak w oczach bunt. – Nachylił się nieznacznie, tak że poczułam zapach jego perfum. Ciepły oddech z jego ust owiał moją skroń. – Ale ja wiem, jak takie spojrzenia łamać, Fräulein – wysyczał, przeciągając ostatnie słowo.

W jego głosie była ta cholerna pewność. Pewność człowieka, który przywykł do tego, że każda kobieta wcześniej czy później spuszcza wzrok.

– Poproszę zamówienie – odpowiedziałam, starając się, by mój ton był równy, spokojny.

Meister przeciągał ciszę jak sieć, którą zaraz miał mnie oplątać. W końcu odchylił się na krześle.

– Koniak. Dla wszystkich. I… – Zawiesił głos, a ja poczułam, jak coś we mnie sztywnieje. – Proszę nie znikać zbyt szybko.

Kiedy zamykałam notatnik, palce Niemca ledwie musnęły mój nadgarstek. Uścisk trwał ułamek sekundy, a jednak to tę sekundę zapamiętałam zbyt mocno. Szorstkość jego skóry niemal wżerała się w moją, zostawiając ślad, którego nie sposób było zmyć. Odsunęłam się. Usłyszałam jego śmiech. Chropowaty. Drwiący. I wtedy zrozumiałam. To nie był flirt. To było polowanie.

– Coś ty taka blada? – rzuciła Apolonia przelotem, mijając mnie z tacą pełną kieliszków, które zadźwięczały.

– Nic, nic. Po prostu… to chyba dla mnie za dużo – odpowiedziałam, czując, jak głos grzęźnie mi w gardle.

– Ignoruj ich. Trochę cię pomęczą, ale znudzą się szybciej, niż myślisz. Zobaczysz – mruknęła.

– A jeśli nie? – szepnęłam.

Uśmiechnęła się krzywo. W jej oczach coś błysnęło. Rezygnacja zmieszana z siłą, której ja jeszcze nie miałam.

– Uwierz mi, najwyżej się poświęcę. Oni wolą bardziej… otwarte damy. – Urwała na moment, unosząc brew. – Nie takie jak ty. Nie obraź się, Wandziu, ale takie porządnickie jak ty mają w sobie coś, co ich drażni. Przypominasz im, że świat, który zniszczyli, istniał naprawdę.

– Całe szczęście. – Próbowałam się uśmiechnąć.

Odetchnęłam z ulgą. Krótką i płytką, jakby strach nadal siedział we mnie, tylko przyczajony. Nawet nie mogłam przełknąć kęsa kolacji, którą miałyśmy zagwarantowaną od tłustego Mariana w ramach pracy. W tamtych czasach każdy kawałek chleba był luksusem, a każda łyżka zupy oszczędnością. Nie dziwiłam się więc, gdy Apolonia pochłaniała swoją porcję z zapałem, a i moją wciągnęła, jakby od tygodnia nie miała nic w ustach.

Na tacy postawiłam cztery kryształowe kieliszki z bursztynowym trunkiem. Dłonie się zatrzęsły. Ruda ciecz lśniła złowrogo w świetle lamp, odbijając refleksy od krawędzi szkła. Liczyłam kroki. Precyzyjnie, jakby od tego zależało życie. Starałam się nie patrzeć nikomu w oczy. Nie myśleć. Nie oddychać za głośno. Cały mój świat skurczył się do tych czterech cholernych szklanek, które dźwięczały przy każdym moim kroku, jak małe dzwonki zwiastujące nieszczęście.

– Proszę, koniak dla panów. – Głos zadrżał mi ledwie wyczuwalnie.

Postawiłam szklanki na dębowym stoliku. Już miałam odejść, gdy rozległ się znajomy, nasycony kpiną głos.

– Chyba nie sądzi pani, że będziemy siedzieć przy brudnym stole? – odezwał się Kurt.

– Brudnym? – odważyłam się zapytać. Stolik tak lśnił, że mogłam się w nim przejrzeć.

– Proszę spojrzeć. – Kurt uniósł szklankę i wskazał miejsce, gdzie spadła kropla. – Wylała pani trunek. To trzeba wytrzeć. Nie sądzę, bym musiał pani tłumaczyć, jak powinno się obsługiwać niemieckiego gościa.

Uniósł brew. Spojrzenie przecięło mnie jak ostrze. Zaciągnął się cygarem i wypuścił dym powoli. Z namaszczeniem. Jego twarz była jak wykuta z kamienia maska. Oczy błyszczały zimno jak stal.

– Oczywiście, już idę po ścierkę – odpowiedziałam szybko, starając się nie okazać drżenia.

Odwróciłam się, przeklinając go w duchu. Czułam, że tego wieczoru nie odpuści. Że znalazł sobie ofiarę i że tą ofiarą jestem ja.

Wytarłam starannie stolik, przeciskając się między zbyt ciasno usadzonymi Niemcami. Czułam ich spojrzenia, jakby dotykali mnie wzrokiem. Wiedziałam, że to był tylko pretekst. Upokarzający, podły, przemyślany. Chcieli, żebym się pochyliła, żebym zniżyła głowę, a oni mogli przyglądać się moim dłoniom, moim ruchom, mojej bezbronności. Nachylali się nad stołem, niby przypadkiem, a jednak z wyrachowaniem. Ich zapach – duszny, przesiąknięty potem, dymem i alkoholem, osiadał mi na skórze jak warstwa, której nie mogłam zmyć.

Czułam go w ustach, w gardle, w płucach. Każdy oddech palił. Widziałam ich dwuznaczne uśmiechy i słyszałam w głowie własne myśli, które coraz głośniej błagały, żebym stamtąd odeszła. Stałam tam zbyt długo. Panowie w niemieckich mundurach postanowili zrobić sobie ze mnie rozrywkę. Raz po raz wylewali niby przypadkiem kroplę koniaku. Raz strzepywali popiół z cygara. Wycierałam stolik z nerwowym pośpiechem, modląc się w duchu, żeby to przedstawienie wreszcie się skończyło. Czułam na sobie spojrzenie Apolonii. Gdy uniosłam wzrok w stronę baru, zobaczyłam jej bladą twarz. Wiedziała. To była gra. Okrutna, plugawa, ale dobrze im znana. Nie musiała nic mówić. W jej oczach było współczucie, może wstyd. Byłam widowiskiem. Rozmowy wokół umilkły. Cisza rosła. Lepka i gęsta. Każdy ruch mojej ręki, każde drgnięcie stało się częścią spektaklu.

– Pomogę jej. Jest nowa. Nie zna się. Za to ja, panie… – rozległ się głos Apolonii.

Mówiła lekko, kokieteryjnie. Z tą swoją bezczelnością, która czasem potrafiła rozbroić najgorszego drania. Odrzuciła blond włosy i podeszła do Kurta.

– Nie. Ona to dokończy – powiedział chłodno, nawet na nią nie patrząc.

– Ale ja… mogę… – zaczęła cicho. Nie zdążyła.

Wstał, poprawiając żołnierską marynarkę. Uśmiechnął się szeroko, tym razem bez krzty żartu. Apolonia również się uśmiechnęła, może z przyzwyczajenia, może z desperacji. Jej dłoń, wyciągnięta w jego stronę, niemal dotknęła jego ramienia. I wtedy to się stało. Jego ręka drgnęła jak strzał. Szybka, brutalna, pewna. Dźwięk uderzenia przeciął powietrze jak trzask bicza. Apolonia odleciała w bok, uderzając o stolik i spadając na podłogę. Szklanki zadźwięczały, jedna potoczyła się, rozlewając resztkę bursztynowego koniaku.

Zamarłam. Nie mogłam się poruszyć. W uszach słyszałam tylko własny oddech: krótki, urywany, nieludzko głośny. Czułam, jak moje serce tłucze się w piersi, jakby chciało uciec z tego miejsca. Ręka, w której wciąż trzymałam ścierkę, drżała tak, że nie byłam w stanie jej opuścić. Nie mogłam nic zrobić. Stałam tam – osłupiała, bezradna – patrzyłam, jak Apolonia podnosi się z trudem, przyciskając dłoń do policzka.

– Marian! Zabierz ją ode mnie! Ma mnie nigdy nie obsługiwać! – ryknął Kurt.

Widziałam, jak Marian przełknął ślinę. Skinął ulegle głową i szybkim krokiem dopadł do Apolonii. Chwycił ją za ramię mocno, aż syknęła z bólu, i pociągnął w stronę zaplecza. Jej nogi plątały się między fałdami ciasnej sukni. Wszystko ucichło. Przez chwilę w powietrzu unosił się tylko zapach koniaku i dymu, a w tle tykał zegar, jakby odmierzał czas do kolejnej katastrofy. Tego wieczoru nie zobaczyłam jej już w pracy.

Na moje szczęście Kurt i jego ludzie po skończonym przedstawieniu opuścili Hotel Bazar, zostawiając za sobą popielniczki pełne niedopałków i ciężkie powietrze, w którym wciąż wisiało napięcie. Reszta gości nie zwracała na mnie uwagi. Byłam przezroczysta. Dopiero wtedy mogłam odetchnąć, choć każdy wdech smakował lękiem. Wycierałam kieliszki, polerowałam blaty, udając, że wszystko jest w porządku. Ale w środku czułam tylko pustkę. Podsłuchiwałam. Niemcy, stojący przy barze, śmiali się głośno, rozluźnieni po alkoholu. Tylko jedno zdanie sprawiło, że moje serce znów zabiło szybciej:

– Jutro łapanka. Wrocławska, róg Koziej.

Zamarłam. Stałam do nich tyłem, udając, że porządkuję szafkę, ale w odbiciu szkła widziałam ich sylwetki. Zbyt pewne, zbyt rozluźnione, jakby należał im się ten świat. Patrzyłam na ich profil, ruch ust, gesty dłoni. I wtedy pomyślałam, że oni się nie boją. To ja się boję za nas wszystkich. Ale może właśnie to uczucie, ten ścisk w gardle, ten żar w brzuchu to był początek odwagi.

6  Obecnie ulica Libelta.
7  Hotel Bazar (Bazar Poznański) – założony przez polskich działaczy w 1838 roku jako spółka wspierająca polskie życie gospodarcze; budowę zakończono w 1841 roku. Mieścił się przy ulicy Nowej, dziś Paderewskiego. Jeden z najważniejszych symboli Poznania i Wielkopolski. Tam 26 grudnia 1918 roku przemawiał Ignacy Jan Paderewski – wydarzenie to stało się impulsem do wybuchu powstania wielkopolskiego.

ROZDZIAŁ 3

Rubinowa szminka

– Zostawiłaś wiadomość w skrytce. Rozumiem, że masz coś dla mnie? – zapytał Stefan „Wrona”, zaciągając się papierosem tak głęboko, jakby od tego dymu zależał jego spokój.

– Tak. To znaczy… chyba.

– Chyba? – Jego głos stwardniał. – Zapamiętaj, „Etiudo”: nasze spotkania U Sióstr odbywają się tylko w pilnych przypadkach. Nie możesz przychodzić, kiedy masz ochotę.

Spojrzał na mnie uważnie. Był zły, ale bardziej niż gniew czułam w nim coś jeszcze. Napięcie, cień lęku, którego nie chciał pokazać. W świetle lampy jego twarz wydawała się starsza, wszystkie zmarszczki wyostrzyły się jak rysy na starym portrecie.

– Bo wydaje mi się, że moja informacja jest ważna… tylko nie wiem, czy dla was przydatna. – Zacisnęłam dłonie na brązowej torebce.

– Powiedz, a ocenimy. Skoro już tu jesteś… – Westchnął, strzepując popiół do pustego kubka po herbacie.

Usiadł na brzegu stołu. Odpalił drugiego papierosa. Czułam zapach tytoniu, stęchlizny i kurzu. Wyciągnął w moją stronę srebrną, lekko zniszczoną papierośnicę. Gest tak automatyczny, że wyglądał jak odruch. Odmówiłam lekkim ruchem głowy.

– Dzisiaj ma być łapanka na Wrocławskiej. Tuż przed godziną policyjną – powiedziałam w końcu. Głos mi zadrżał.

Uniósł wzrok. Przez sekundę jego oczy rozjaśniły się jak u kogoś, kto usłyszał to, na co długo czekał.

– Toż to bardzo ważna wiadomość, Wandziu! – Uśmiechnął się, zaciągając papierosem.

– Czyli dobrze, że się spotkaliśmy? – zapytałam, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu.

– Zdecydowanie. – Odwzajemnił gest, jego twarz na chwilę złagodniała.

Zapanowała cisza. Nie taka niezręczna, ale gęsta od niewypowiedzianych myśli. Dym wirował w powietrzu, tworząc mleczną zasłonę między nami.

– Co z tym zrobicie? – spytałam w końcu.

– Zrobimy, co się da, by ochronić cywili. Mamy swoje sposoby: ludzi na punktach, ale przede wszystkim działa poczta pantoflowa. Oczywiście nie wszystkich uratujemy. Zawsze znajdzie się ktoś, kto akurat będzie przechodził przez Wrocławską. – „Wrona” zaciągnął się dymem. Wypuścił go powoli, jakby odmierzał nim wagę słów.

Słuchałam uważnie, czując, jak napięcie, które nosiłam w sobie od rana, powoli opada.

– Rozumiem. Cieszę się, że mogłam pomóc. – Wstałam z drewnianego krzesła, poprawiając dłonią długą spódnicę.

– Udało ci się to w pierwszy dzień. Brawo – odparł, a kącik jego ust poruszył się lekko. – Może pójdziemy świętować przy filiżance kawy? – Stanął tuż przede mną.

Poczułam, jak moje serce przyspiesza. Nic nie zrobił, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś, czego nie umiałam nazwać. Mieszanina pewności i ciekawości, jakby chciał sprawdzić, jak blisko może podejść.

– Innym razem. Serwus.

Odwróciłam się. Zanim zrobiłam krok w stronę drzwi, poczułam jego wzrok na sobie. Ciepły, niemal dotykalny. Patrzył. Nie jak dowódca na podwładną, ale jak mężczyzna, który kiedyś dostrzegał we mnie więcej, niż powinien widzieć. Ten moment trwał krócej niż oddech, a jednak zostawił ślad. Taki, który wraca, gdy zamykasz oczy i próbujesz wmówić sobie, że to nic nie znaczy.

* * *

– Jestem! – zawołałam od progu, zrzucając z ramion cienki płaszcz.

– Chodź do kuchni, zaparzyłam herbatę z lipy – odparła Apolonia spokojnie, jakby w jej głosie dało się odnaleźć ciepło, którego brakowało światu za oknem.

Unosił się zapach świeżo zaparzonej herbaty, słodkiej i kojącej. Para z dzbanuszka wspinała się ku sufitowi cienką smugą, a w świetle lampy drżała niczym mgła. Usiadłam przy okrągłym stole nakrytym białym obrusem. W wazonie stały polne kwiaty. Chabry, maki i stokrotki. Ich kolory tworzyły tak delikatną harmonię. Przez chwilę zapomniałam, że toczy się wojna. Apolonia odwróciła się z dwoma ceramicznymi kubkami. Jej policzek wciąż był zaczerwieniony. Delikatnie napięty, jakby skóra pamiętała każdy cios.

– Boli? – zapytałam cicho, wskazując palcem.

– Przeszło. Nie martw się. Przypudruję na wieczór. – Postawiła przede mną kubek.

– Musisz uważać, Apolonio – szepnęłam, czując, jak coś ściska mi gardło.

– Robili ze mną gorsze rzeczy. – Jej kącik ust drgnął.

W jej uśmiechu nie było goryczy, tylko dziwny rodzaj zgody. Takiej, która rodzi się, gdy człowiek zrozumie, że strach już nie ma nad nim władzy.

– Kto?

– Napij się. – Podała mi gorący kubek. Jej dłoń lekko musnęła moją.

Była chłodna, jakby całe ciepło oddała światu, który wcale na nie nie zasługiwał.

Upiłam łyk. Herbata pachniała lipą i czymś jeszcze. Czymś domowym, dawnym, co na chwilę przywracało spokój.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

POSŁOWIE

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

POSŁOWIE

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji