Dziewięć żyć - Emelie Schepp - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Dziewięć żyć ebook i audiobook

Emelie Schepp

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Emelie Schepp wraca z szóstą częścią serii o prokuratorce Janie Berzelius z Norrköpingu. Wczesnym kwietniowym porankiem na YouTubie pojawia się film przedstawiający pobitego młodego człowieka z ładunkiem wybuchowym przytwierdzonym do piersi. Szybko staje się jasne, że czeka go przerażający koniec. Policjantom udaje się zidentyfikować miejsce, w którym mężczyzna jest przetrzymywany, ale nadciągają tam dopiero w momencie eksplozji. To już czwarty zabity członek gangu Komados. Czy wszyscy zginęli z rąk tego samego sprawcy? W rozwiązaniu tej zagadki aspirantce Mii Bolander pomaga nowy śledczy Patrik Wiking. Niestety już na początku dochodzenia pojawiają się problemy – nikt nie chce z nimi rozmawiać i nie ma żadnych świadków. Gdy w śledztwo zostaje zaangażowana Jana Berzelius, szybko odkrywa, że sprawa ma bezpośredni związek z nią samą. Jej zadanie jako prokuratorki do tej pory polegało na dochodzeniu do prawdy. Jednak tym razem… ktoś nieoczekiwany pomoże jej tę prawdę ukryć. Tylko za jaką cenę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 406

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 19 min

Lektor: Lidia Sadowa

Oceny
4,4 (14 ocen)
8
4
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
coolturka

Dobrze spędzony czas

Emelie Schepp powraca z szóstą częścią przygód prokuratorki Jany Berzelius pt. "Dziewięć żyć". Chyba pierwszy raz tak mocno poczułam, jak bardzo ta część nierozerwalnie wiąże się z poprzednimi i jestem przekonana, że będzie bardzo ciężko wejść w zastaną sytuację temu, kto ich nie czytał. Nie ukrywam, że również najmniej mi się podobała. Ktoś wie, że za śmiercią trzech członków gangu Komados stoi Berzelius i nie zawaha się wykorzystać tej wiedzy w rozgrywce, która pochłonie więcej ofiar. Uwielbiam Janę, która jest tak niestandardową postacią jakich mało w kryminalnych historiach. Jej dwoistość jest szalenie pociągająca: za dnia przykładna pani prokurator walcząca ze złem, nocą bezlitosna maszyna do zabijania. To śledztwo różni się od pozostałych, bowiem falę zbrodni zapoczątkowała właśnie ona sama i teraz musi zrobić wszystko, by jej przewinienia nie wyszły na jaw. Jak już wspominałam wcześniej, nie zachwyciła mnie ta historia, czytałam z czystej sympatii do Berzelius i pozost...
00
Annku90

Dobrze spędzony czas

#czytam_se "Co de­cy­do­wa­ło o tym, jak bę­dzie wy­glą­dać czy­jeś życie? Sze­reg przy­pad­ków, na które nie miało się wpły­wu, czy za­chły­śnię­ty wła­dzą dyk­ta­tor zmu­sza­ją­cy in­nych do wy­peł­nia­nia jego woli?" Zdecydowanie nie chciałabym, żeby ktoś sterował moim życiem. Lubię je takie jakie jest i tylko ja chcę o nim decydować... Po dobrej lekturze piątej części pt "Brat" nie mogłam się doczekać kolejnej. I tu Autorka trzyma poziom serwując nam dobrą akcję. Tym razem obserwujemy policjantów w trakcie szukania winnych za zabicie członków gangu Komandos. Mia Bolander i Patrik Wiking mają niełatwe zadanie. W parku znaleziono trzy ciała. Na YouTubie pojawił się film z człowiekiem z ładunkiem wybuchowym na piersi. Zanim miejsce zostało zidentyfikowane, minęło sporo czasu. Policjanci przyjechali w momencie wybuchu. Wszyscy potencjalni świadkowie nabierają wody w usta. A Jana widząc brak rezultatów, bierze sprawy w swoje ręce. Szybko odkrywa, że coś ją łączy ze śledztw...
00
tynsik

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] “Dziewięć żyć” to tom szósty serii szwedzkiej autorki Emelie Schepp z prokuratorką Janą Berzelius, ale nawet brak jej znajomości nie wyklucza lekturę tego tytułu - każdy tom serii opowiada o osobnej zagadce kryminalnej. W tym historia kręci się wokół lokalnego gangu, ale obserwujemy go w wersji bardzo ludzkiej - oczami nastolatka, który przypadkiem wplątuje się z nim w relacje, od których, jak się okazuje, bardzo szybko trudno się uwolnić. Autorka świetnie przedstawia zagubienie takiego młodego człowieka, jego niepewność co do wyborów, który, gdy orientuje się, że jednak jest coś nie tak, to już na reakcję jest za późno. Intryga kryminalna opiera się na zagadce dwóch zbrodni, w których prokuratura dostrzega pewne powiązania, co jest na rękę bohaterce serii Janie, która ma w ukryciu prawdy na temat jednej z nich prywatne korzyści. Ogólnie tom ten jest pełen emocji, które szarpią bohaterami, dużo w nim dylematów i żywych przeżyć, które czytelnik śledzi z wypiekami n...
00

Popularność




Nio liv

© 2020 Emelie Schepp

First published by HarperCollins Nordic, Sweden

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden

Copyright © 2024 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2024 for the Polish translation by Anna Kicka

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński/monikaimarcin.com

Zdjęcie użyte na okładce: © Fukume/Adobe Stock

Zdjęcie autorki: © Thron Ullberg

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Edyta Malinowska-Klimiuk, Kinga Dolczewska

ISBN: 978-83-8230-727-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2024

TRZY TYGODNIE PÓŹNIEJ

1

– Przysięgam, nie mam pojęcia, kto ich zabił.

Ciemnowłosy chłopak siedzący naprzeciwko aspirantki Mii Bolander kręcił się niespokojnie na krześle w pokoju przesłuchań. Mimo że wyglądał jak zwykły niewinny dwudziestolatek, policjantka dobrze wiedziała, że kryje w sobie przemoc. Armand Muric brał udział w kilku napaściach, zdążył też spędzić parę lat w poprawczaku za wybicie zębów rówieśnikowi przed pizzerią w Hageby.

– Spokojnie, pańska partnerka potwierdziła, że był pan wtedy w domu. Nie jest pan podejrzany, chcieliśmy się jedynie dowiedzieć, co się wydarzyło we wtorek wieczorem przed trzema tygodniami – wyjaśniła Mia, odsuwając jasny kosmyk włosów z czoła.

– Dlaczego w takim razie mnie zgarnęliście? – zapytał Armand. – Skoro wiecie, że to nie ja?

– Jak pani widzi, mój klient jest bardzo oburzony faktem, że tkwi tu od ponad godziny – wtrącił się jego obrońca, mężczyzna z szerokim wąsem i podwójnym podbródkiem.

– Rozumiem – powiedziała Mia. – Ale muszę się dowiedzieć, kto zabił Zorana Kadera, Daniela Perssona i Martina Lindberga w lesie Vrinnevi. I jak mogę złapać tę osobę. A pański klient zapewne ma na ten temat jakieś informacje.

– Doprawdy? – zdziwił się obrońca, kładąc ręce na wystającym brzuchu.

– Tak, wszyscy trzej należeli do Komados. Tak jak pański klient.

Armand poprawił się na krześle.

– Już nie – powiedział. – Skończyłem z tym.

Mia traciła powoli cierpliwość.

– Co więc panu szkodzi podać nazwiska wszystkich osób i ugrupowań, które w jakiś sposób groziły Komados?

– Proszę posłuchać… – Armand podciągnął rękawy kurtki, odsłaniając wytatuowane przedramiona. – Nie mam już nic wspólnego z gangiem. Od ponad roku prowadzę uczciwe życie, mam pracę, rodzinę i bardzo chciałbym…

Zamilkł, przełknął ślinę.

– Żeby mój syn był ze mnie dumny – mówił dalej. – Chciałbym pokazać jemu i mojemu rodzeństwu, że można się wydostać z tego syfu.

Mia nie była pewna, jakiego rodzaju emocje wzbudza w niej Armand. Czyżby współczucie? Możliwe. Dobrze wiedziała, że wyrwanie się z kryminalnej siatki to nie lada wyczyn. Strach i zmęczenie w jego oczach były prawdziwe. Już kiedyś widziała takie spojrzenie. To było jednak dawno temu, a ona nie mogła sobie teraz pozwolić na takie myśli. Musiała się skupić na pracy.

– Co ma pan na myśli, mówiąc syf? – zapytała, krzyżując ręce na czarnym zmechaconym swetrze. – Ktoś panu grozi?

– Nie – odpowiedział Armand.

Mia przyjrzała mu się uważnie.

– Dlaczego w takim razie nosi pan kamizelkę kuloodporną?

Armand zmrużył oczy. Wyglądało na to, że starannie waży słowa, zanim coś powie.

– Nie możecie się po prostu ode mnie odczepić? Chcę sobie żyć w spokoju z rodziną. Ona jest dla mnie wszystkim. Wszystkim, rozumie pani?

– W takim razie zrobimy tak – powiedziała Mia, pochylając się. – Jeśli da nam pan coś, co pozwoli nam ruszyć dalej ze śledztwem, dopilnuję, żeby jeszcze dzisiaj mógł się pan spotkać z naszym zespołem odpowiedzialnym za ofiary przemocy i ochronę osób.

Armand pokręcił głową.

– Nie, nie…

– O tak, i radzę teraz słuchać uważnie – powiedziała Mia zdecydowanym tonem. – Jeśli nam pan pomoże, to my panu też.

– Nie chcę waszej pomocy. Odciąłem się od gangu dawno temu, a jeśli teraz coś wam powiem, to będzie po mnie. Zresztą dobrze wiecie, że tak to właśnie działa.

Mia westchnęła. Oczywiście, że zdawała sobie z tego sprawę, ale sfrustrowana brakiem przełomu w śledztwie, miała nadzieję, że uda jej się coś ugrać.

– Z całym szacunkiem, ale to przesłuchanie prowadzi donikąd – włączył się obrońca, przeciągając palcem po wąsach. – Tak jak mówi mój klient, nie jest on w posiadaniu żadnych informacji, którymi mógłby się z państwem podzielić, nie ma więc też powodu, żeby go tutaj dłużej trzymać.

Mia przygryzła policzek. Powinna wypuścić Armanda? Nawet jeśli nie miał nic wspólnego z morderstwem, to definitywnie coś mu groziło. Nie chciał jednak policyjnej pomocy.

– Nie będziemy pana dłużej przetrzymywać – rzuciła w końcu.

– Mogę więc już iść? – Armand spojrzał na nią.

– Może pan iść.

Telefon zawibrował w kieszeni dżinsów. Mia wyciągnęła go i zobaczyła na ekranie nazwisko szefa, Gunnara Öhrna. Odczekała, aż Armand i jego obrońca opuszczą pokój, a potem odebrała:

– Co tam, Gunnar?

– Jesteś jeszcze w komendzie? – zapytał przełożony.

– Tak, w pokoju przesłuchań, ale zaraz idę do domu.

– Możesz do mnie podejść na chwilkę?

– Ale po co? – jęknęła Mia.

– Chciałbym ci kogoś przedstawić.

***

Komisarz Henrik Levin sięgnął po leżącą na samej górze kupki listów kopertę. Za oknem słońce chyliło się ku zachodowi. Zbliżał się dopiero koniec kwietnia, ale przez kraj przechodziły już fale upałów, więc gazetki reklamowe, które Henrik odłożył na bok, pełne były ofert mebli ogrodowych i grilli.

Otworzył kopertę w rytm miarowego stukania zmywarki do naczyń w tle. Dawniej w takie poniedziałkowe wieczory okrzyki dzieci zagłuszały wszystko inne, ale dziś Felix i Vilma zamknęli się w swoich pokojach i w słuchawkach na uszach zajęli się grami. Najmłodszy Vilgot już dawno spał.

– Tu mamy wszystko, czego potrzebujemy.

Henrik spojrzał na siedzącą przed nim żonę z iPadem w ręku. Światło padające z ekranu sprawiło, że jej twarz wyglądała na bledszą i chudszą niż zwykle. Lekarz powiedział, że powoli będzie z nią coraz lepiej, i że potrzebuje czasu, żeby się pozbierać po traumatycznych wydarzeniach, które prawie całkowicie zniszczyły ich rodzinę.

– Świeżo wyremontowana kuchnia, kominek i, słuchaj, własny dostęp do plaży.

Emma odwróciła ekran w jego stronę, pokazując mu czerwony domek z białymi wykończeniami.

– Co myślisz?

– Ładny – wymamrotał Henrik, otwierając rachunek z zakładu energetycznego. Bezskutecznie próbował pozbyć się z głowy myśli o seryjnym mordercy, który przed kilkoma tygodniami prawie utopił mu żonę.

– Nawet nie spojrzałeś – rzuciła Emma, przesuwając do siebie iPada.

– Spojrzałem, bardzo fajny – powiedział Henrik, patrząc na nią. – Naprawdę.

Na początku podchodził sceptycznie do pomysłu zakupu letniego domu w okolicach wybrzeża Sankt Anna. Ale Emma raz po raz powtarzała, jak to cudownie byłoby mieć swój mały raj poza miastem, i w końcu zmienił zdanie. Może wtedy żona zacznie myśleć o czymś innym i w końcu odzyska dawną energię?

– Jest tam nawet pomost. – Emma zdjęła klamrę i jej brązowe włosy opadły miękko na ramiona. – Może moglibyśmy nawet pomyśleć o jakiejś małej motorówce…

– Zwolnij nieco – zaprotestował Henrik, odkładając rachunek na bok. – Ile kosztuje ten domek?

– Trzy miliony.

– Trzy miliony?

– Dostaniemy kredyt – dopowiedziała szybko Emma. – No i pamiętaj, że ma własną plażę.

Wydęła usta, a Henrik nie mógł się powstrzymać od uśmiechu.

– Dobrze – powiedział.

– Czyli się zgadzasz? – Emma ponownie spięła włosy. – Myślisz, że moglibyśmy pojechać go obejrzeć? W takim razie napiszę do nich od razu.

– Napisz – odparł Henrik i sięgnął po kolejną kopertę ze stosiku. Na obwolucie widniało logo policji.

Emma spojrzała na niego z zaciekawieniem.

– Co to?

– Nie wiem – odparł Henrik, otwierając kopertę.

– Mam nadzieję, że nic związanego z pracą – odparła Emma nieco ostrzejszym tonem. – Obiecałeś przecież, że teraz będziesz miał wolne.

– To tylko zdjęcie – powiedział spokojnym głosem Henrik. – I życzenia powrotu do zdrowia od Gunnara.

– Mogę zobaczyć?

Henrik położył przed nią fotografię. Zrobiono ją przed trzema tygodniami podczas corocznego obiadu dla całego zespołu. Siedzieli przy okrągłym stole uginającym się od libańskich przystawek.

Gunnar wyglądał na przesadnie zadowolonego. Obok miejsce zajmowała jego eksżona, techniczka kryminalna Anneli Lindgren. Po drugiej jego stronie tkwił informatyk Ola Söderström w swojej znoszonej czapce, której nie zdejmował nawet w pomieszczeniach. Naprzeciwko nich siedzieli Mia oraz Henrik i Emma. Obydwoje jeszcze wtedy nie zdawali sobie sprawy z tego, co ich czeka.

– Wszyscy razem – powiedziała Emma, patrząc na Henrika.

– Wszyscy poza Janą… – odparł.

Tyle razy już o tym rozmyślał.

– Mamo! – zawołała z góry Vilma. – Możesz mi poczytać?

– Chcesz, żebym ja to zrobił? – zapytał Henrik, widząc w tym okazję do pozbycia się gnębiących go myśli.

Emma pokręciła głową.

– W porządku. Ale wiesz co? Mam trochę wyrzuty sumienia, gdy myślę o Janie.

– Dlaczego? – zdziwił się Henrik.

– Bo jej nie podziękowaliśmy, powinniśmy to zrobić dawno temu. Może zaprosimy ją na kolację w czwartek? Ma być ładna pogoda.

– Masz na to siłę? – zaprotestował Henrik. – Nie chciałaś się przecież z nikim spotykać, odkąd to wszystko się wydarzyło.

– Jeśli już mam się z kimś widzieć, to na pewno z osobą, która uratowała mi życie. – Emma wyprostowała się na krześle.

Prokuratorka Jana Berzelius nie tylko pomogła Henrikowi złapać seryjnego mordercę, ale też dosłownie uratowała Emmie życie. Powinien z tego powodu czuć niewypowiedzianą wręcz wdzięczność, ale coś mu ciążyło. Nieprzyjemne podejrzenie, które ignorował już stanowczo za długo.

– Mamo! – zawołała zniecierpliwiona Vilma.

– Idę, już idę – odpowiedziała Emma. Spojrzała ponownie na Henrika. – Co jest? Wyglądasz na zmartwionego.

– Nie, nic się nie dzieje – odparł Henrik, odwracając wzrok. – Masz rację, powinniśmy podziękować Janie.

– Możesz jej wysłać esemesa i zapytać, czy jej pasuje? Czwartek, o szóstej?

– Tak – potwierdził z ociąganiem Henrik. – Pewnie.

– Nic o niej nie wiem – mówiła dalej Emma. – Ma jakąś rodzinę?

– Jest z jednym adwokatem, Perem.

– No to w takim razie niech przyjdą razem – skwitowała Emma, wychodząc z kuchni.

Henrik westchnął ciężko, odchylając się na krześle. Niechętnie wyciągnął telefon i długo patrzył w ciemny ekran. Dopiero po chwili zaczął pisać wiadomość do Jany.

***

– O co chodzi? Brzmiało, jakby to było coś pilnego.

Mia otworzyła drzwi i spojrzała na siedzącego za biurkiem Gunnara. Na czole przełożonego widniały zmarszczki, cienkie włosy zaczesał do tyłu. Sweter, który miał na sobie, był w tym samym żółtym odcieniu co sterta karteczek post-it leżąca przed nim.

– Mia – przywitał się Gunnar, odchylając na krześle. – Wiem, że odczuwasz samotność, odkąd Henrik poszedł na urlop rodzicielski.

Mia założyła ręce na piersi i pokręciła głową.

– Nigdy nie mówiłam, że czuję się samotna, zastanawiałam się jedynie, dlaczego nie zatrudniliśmy nikogo na zastępstwo.

– No właśnie. Dlatego chciałbym, żebyś poznała Patrika Wikinga.

Gunnar wskazał dłonią w głąb gabinetu.

– Patrik nie jest tu w ramach zastępstwa, ale to dobry śledczy i od dzisiaj wesprze cię w działaniach.

Mia otworzyła szerzej drzwi i zobaczyła siedzącego na krześle dla gości mężczyznę. Naprawdę wygląda jak wiking, stwierdziła. Niebieskie oczy, jasne włosy i ogromna broda. Jego strój był niedbały, miał na sobie przetarte dżinsy i sweter w jakiś dziwny rdzawo-pomarańczowy wzór.

– To ty jesteś ta uparta? – zapytał Patrik, wstając z krzesła.

– Co? O czym wy tu gadacie? – Mia wbiła wzrok w Gunnara. – Uważasz, że jestem uparta?

– To twoje drugie imię i dobrze o tym wiesz. Ale spokojnie, nie rozmawialiśmy tylko o tobie, ale też o pozostałych członkach zespołu.

– Wygląda na to, że jesteście zgranym teamem – powiedział Patrik, podchodząc do niej. – Zawsze miałem duży szacunek do upartych. Moja była żona nazywała mnie upartym osłem.

Uśmiechnął się do niej i wyciągnął dłoń na powitanie.

– Patrik.

– Mia.

Uścisnęli sobie ręce. Mia próbowała zgadnąć, ile Patrik ma lat. Niełatwe zadanie, ale z pewnością był od niej trochę starszy, pewnie koło czterdziestki. Wysoki i barczysty, patrzył na nią z zainteresowaniem. Poczuła się nieswojo.

– Opowiadaj – rzucił, cofając dłoń. – Z czym mamy teraz do czynienia?

– Gunnar może cię wprowadzić. Ja nie mam na to czasu.

– Mia – poprosił przełożony. – Chociaż w skrócie.

– Trzech martwych członków gangu znalezionych w lesie i jakieś sto pięćdziesiąt stron raportów ze śledztwa, które nic nie wnoszą do sprawy – wyjaśniła Mia. – To wszystko.

– Aż tak źle? – Patrik uśmiechnął się krzywo.

– Dokładnie tak. Chętnie zagłębiłabym się w detale, ale właśnie skończyłam przesłuchanie Armanda Murica i idę do domu.

– Jak poszło? – zapytał Gunnar.

– Do dupy.

– Coś nowego?

– Nic – stwierdziła Mia. – Gdybyśmy tylko mieli jakiegoś świadka, chociaż jednego, już dawno byłoby po sprawie. Ale nikt nic nie widział, nikt nie chce z nami rozmawiać. Nawet nie wiemy, kto nas o tym powiadomił. Mam już dość tej sprawy, więc wybaczcie, ale wolę iść do domu poleżeć na kanapie z zimnym piwkiem, niż marnować czas na dyskusję o zastępstwach.

– Mogłaś sobie odpuścić ten tekst.

– Zgadza się, ale jestem po prostu szczera. To również jedna z moich fantastycznych cech, o których możesz opowiedzieć.

***

Jana Berzelius przewiesiła marynarkę przez ramię, a potem zadzwoniła do mieszkania na poddaszu przy ulicy Skomakaregatan. Per Åström otworzył drzwi i uśmiechnął się zaskoczony. Miał na sobie brązowy skórzany fartuch i rozpiętą pod szyją białą koszulę. Jasne włosy opadały mu na czoło.

– Coś nie tak? – zapytała.

– Jesteś taka ładna – powiedział, przesuwając wzrokiem po czerwonej sukience z krótkim rękawem.

– Już mnie w niej widziałeś – rzuciła Jana.

– I cieszę się, że znów ją włożyłaś.

– Mogę wejść?

– Jeszcze nie jestem gotowy – odparł Per z uśmiechem.

Jana również się uśmiechnęła, gdy spojrzał na nią ponownie swoimi różnokolorowymi oczami. Był jedynym mężczyzną, którego kiedykolwiek naprawdę polubiła. Znali się od lat, ale dopiero przed dwoma tygodniami pokazała mu, ile dla niej znaczy. Był taki czas, kiedy nie chciał mieć z nią nic wspólnego, ale już do tego nie wracali. Teraz liczyli się tylko oni dwoje, a Jana nie zamierzała już nigdy dać mu odejść.

– Dobra, jestem gotowy – powiedział Per. – Możesz wejść.

Zrobił krok do przodu i pocałował ją lekko w usta, a potem ruszył do kuchni.

Jana zamknęła za sobą drzwi i odwiesiła marynarkę. W tym momencie usłyszała dźwięk nadchodzącej wiadomości. Przechodząc przez pokój dzienny z zaprojektowaną na wymiar biblioteką i wysokimi oknami, odczytała esemesa od Henrika.

Weszła do kuchni. Per stał przy granitowym blacie i nalewał im do kieliszków czerwone wino.

– Henrik i Emma zapraszają nas na kolację w czwartek – powiedziała. – W podziękowaniu za wszystko.

– Miło z ich strony – odparł Per, odstawiając butelkę. – Ale patrząc na to, co dla nich zrobiłaś, to powinnaś raczej dostać jakiś medal.

Wskazał głową na bandaże na jej ręce, kryjące ranę postrzałową – oberwała, gdy ratowała Emmę.

– Nadal nie ogarniam, jak ci się udało pokonać tego szaleńca.

Jana odłożyła telefon na stół i przełknęła ślinę. Co miała powiedzieć? Że zabiła go instynktownie, dokładnie w taki sposób, jak nauczono ją w dzieciństwie?

– Trochę trenowałam samoobronę – odparła krótko. – Mam mu odpisać, że przyjdziemy?

– Oczywiście – rzucił Per, odkładając fartuch na krzesło. – Skorzystam z każdej okazji, by trochę pobyć z tobą, no i bardzo chętnie spotkam się z Henrikiem i Emmą. Szkoda tylko, że…

– Co?

– Nie możemy spędzać ze sobą jeszcze więcej czasu. To byłoby… no wiesz, mogłabyś tu kiedyś zostać.

– Na noc?

Per uśmiechnął się zawstydzony, spojrzał jej w oczy i przez dłuższą chwilę w nie patrzył. Potem podszedł do niej i ostrożnie ją pocałował. Jego miękkie usta sprawiły, że aż zadrżała. Przylgnęła do niego, poczuła jego ciepło i zapach. Objął ją umięśnionymi ramiona i delikatnie gładził po plecach. Przesuwał palcami po łopatkach i wyżej pod rozpuszczonymi włosami. Im bliżej karku, tym bardziej niespokojna się robiła.

– Co się dzieje? – zapytał Per, gdy się odsunęła. – Zrobiłem coś nie tak?

– Nie.

– Na pewno? Bo już zaczynam się zastanawiać, o co chodzi.

– To znaczy? – zapytała zaniepokojona Jana.

– Może się mylę – powiedział Per, biorąc ją za ręce. – Wiem, że mnie lubisz, ale mam wrażenie, jakby coś przez cały czas cię powstrzymywało.

Jana przygryzła wargę. Tak wiele chciała mu powiedzieć, ale nie mogła.

– Po prostu jestem głodna – rzuciła, uśmiechając się. – Jemy?

WTOREK

2

– Nie dam już rady, Henrik. Taka jest prawda.

Mia przycisnęła telefon do ucha, wychodząc z bramy. Jej mieszkanie nie było duże, dwa pokoje z kuchnią, ale jej wystarczało, i do komendy docierała z niego w kilka minut spacerem. Mimo to Mia ruszyła prosto do zaparkowanego kawałek dalej samochodu.

– Oczywiście, że dasz radę – powiedział spokojnym głosem Henrik.

– Nie – ucięła Mia, otwierając drzwi samochodu. – Musisz przerwać urlop rodzicielski i wrócić do pracy.

– Proszę cię, uspokój się.

– Jestem spokojna! – Mia zrzuciła na podłogę kilka opakowań po słodyczach, a potem usiadła na fotelu kierowcy. – Nie wiem tylko, jak mam pracować z tym nowym kolesiem. Tylko mi, kurwa, nie mów, że wszystko się ułoży, bo dobrze wiesz, że tak nie będzie.

– Jak on się nazywa? – zapytał Henrik.

– Patrik Wiking, i rzeczywiście tak wygląda. Daj mu jeszcze hełm i topór i można go wystawić w jakimś muzeum historii naturalnej.

Henrik się zaśmiał. Mia lubiła, kiedy to robił, bo zwykle zachowywał powagę i był skupiony na prowadzonych śledztwach.

Odchyliła się i zobaczyła swoje odbicie w lustrze. Kurwa.

Aż się wykrzywiła, widząc ciemny odrost na głowie, głębokie zmarszczki wokół oczu i stanowczo za jasny puder, pod którym próbowała je ukryć. Z drugiej strony dla kogo się tu pięknić. Miała za sobą szereg nieudanych związków, a dodatkowo ostatnio odkryła, że Tinder to naprawdę marne miejsce, żeby znaleźć miłość. Gdzieś w głębi ducha marzyła o zacnym życiu przeciętnego obywatela, takim, jakie wiódł Henrik, ale nie miała już siły na kolejne próby znalezienia tego właściwego.

– Przepraszam, że dzwonię i ci przeszkadzam z samego rana – powiedziała, odwracając wzrok od lusterka. – A co tam w ogóle u was?

– W porządku – odparł Henrik. – Oboje żyjemy z dnia na dzień.

Mia poprawiła sweter, który podjechał jej do góry na plecach.

– Mówią, że czas leczy wszystkie rany, no i masz szczęście, że Emma żyje. Rozmawiałeś od tamtego czasu z Janą?

– Nie, ale skoro o niej mowa… Pamiętasz ten wieczór, gdy mieliśmy coroczną kolację, no wiesz, w tej libańskiej knajpie? Dlaczego jej nie było? Ty to organizowałaś i pomyślałem, że może wiesz.

Mia ugryzła się w język.

– Halo? – powiedział Henrik.

– Jestem. Nie wiem, dlaczego nie przyszła. Może nie miała czasu albo miejsce nie było dla niej wystarczająco wykwintne.

Prawda była jednak taka, że Mia „zapomniała” ją zaprosić. Nagle poczuła wyrzuty sumienia. Pewnie, że wolałaby spędzić wieczór z jakimś posągiem niż z zadufaną w sobie prokuratorką, ale to właśnie ona uratowała Emmie życie. Obiecała więc sobie, że w przyszłości będzie dla niej milsza.

– Dlaczego pytasz? – zdziwiła się.

Henrik zamilkł na chwilę.

– Pytanie, czego ty chciałaś, gdy do mnie zadzwoniłaś, poza tym, że miałaś ochotę się pożalić na nowego partnera – powiedział.

– Tylko tyle – odparła Mia.

Henrik się zaśmiał.

– A jak wam idzie z morderstwem we Vrinnevi? – zapytał.

– Stoimy w miejscu – odparła, kładąc rękę na kierownicy.

– Żadnych nowych śladów?

– Nie. Wczoraj przesłuchiwałam kolejną nieskorą do rozmowy osobę, tak więc nie mamy żadnego podejrzanego. Nie jesteśmy nawet blisko jakiegoś zatrzymania, plus nie mamy narzędzia zbrodni.

– Sprawca musiał wziąć ze sobą nóż – stwierdził Henrik.

– Albo sprawcy – dodała Mia. – Nadal uważamy, że to jakaś walka gangów o terytorium.

– Myślisz, że o to chodziło?

– A o co innego? – zapytała Mia, marszcząc czoło. – Wiesz przecież, że konflikty w gangach prawie zawsze dotyczą narkotyków. Walczymy już z tą sprawą prawie miesiąc. Nie wiem, co sobie myśli Gunnar, ale fakt, że przyjmiemy kogoś na zastępstwo, nie sprawi, że ludzie nagle otworzą gęby i zaczną gadać.

– Mia, przykro mi, ale muszę kończyć. Trzeba zawieźć dzieci do szkoły. Ale wiesz co?

– No?

– Wszystko się ułoży.

– Idiota – wymamrotała Mia, kończąc rozmowę. Odłożyła telefon między fotele i uśmiechnęła się do siebie. Uśmiech szybko jednak zniknął z jej twarzy. Dlaczego Henrik podważał teorię o porachunkach gangów? Co mu tak nie pasowało w tym morderstwie? Bo coś na pewno.

Zadzwonił telefon. Westchnęła, widząc, że to Gunnar.

– Co znowu? – zapytała krótko.

– Jedziesz do pracy? Proszę cię, powiedz, że jedziesz do komendy.

Ton jego głosu był wzburzony.

– Jestem w samochodzie, a co?

– Stało się coś strasznego. Ktoś wrzucił na YouTube’a film.

– Co za film?

– Młody mężczyzna z ładunkiem wybuchowym przytwierdzonym do ciała. Znasz go.

***

Jana stała przed lustrem w garderobie, rozmyślała o Perze. Guzik po guziku zapinała białą jedwabną bluzkę. Wczoraj po raz pierwszy zapytał wprost, co ją powstrzymuje. Tak jakby widział jej strach przed bliskością, ale bał się wcześniej poruszyć ten temat.

Nie znał jej przeszłości. Nie zrozumiałby, przez co przeszła.

Zrobiła głęboki wdech, odsunęła włosy i przejechała opuszkami palców po zdeformowanych literach wyrytych na karku.

Ker. Bogini śmierci.

Odkąd pamiętała, robiła wszystko, żeby je ukryć, i śmiertelnie się bała, że Per odkryje, co oznaczają. Jeśli kiedykolwiek wyjdzie na jaw, że została wytrenowana do zabijania i że już kiedyś to robiła, straci jego, karierę i całe życie.

Urywki zdarzeń z przeszłości przewijały się jej w głowie. Ciasny cuchnący kontener, przeprawa przez Atlantyk, trzech mężczyzn oddzielających od reszty ją i pozostałą szóstkę dzieci. Po tym, jak zabito im rodziców, wywieziono ich na wyspę w pobliżu wybrzeża, niedaleko Norrköpingu. Wytrenowano ich na morderców mających bronić narkotykowych syndykatów. Dostali nowe imiona. Wyryto im je na karku, tak żeby już na zawsze zapamiętali, kim są i do czego są zdolni.

Wiedziała, że byli jedynie bezbronnymi dziećmi, wciągniętymi w czyjeś szaleństwo. Nie mogła jednak opowiedzieć, co z niej zrobili. To było zbyt trudne. A instynkt zabójcy nadal w niej tkwił, mimo że minęło już tyle lat.

Ułożyła z powrotem włosy. Czuła nie tylko strach przed tym, że Per zobaczy skaryfikację i dowie się prawdy o jej krwawej przeszłości. Tkwiło w niej coś jeszcze. Ogromna tęsknota za nim.

Jej rozmyślania przerwał dźwięk telefonu.

Wyszła z garderoby, podeszła do łóżka i spojrzała na aparat. Ukryty numer.

– Jana – odebrała z ociąganiem.

– Musimy się spotkać.

Głos ojca sprawił, że ogarnął ją niepokój. Karl prawie nigdy do niej nie dzwonił.

– Natychmiast – dodał. – Jadę do ciebie.

– Do domu? – zdziwiła się Jana.

– Tak.

– Skąd ten pośpiech? I o czym chcesz rozmawiać?

– Niedługo się dowiesz – odparł ojciec, po czym się rozłączył.

Przeszedł ją zimny dreszcz. Podejrzewała, o czym chciał z nią rozmawiać. Czy też o kim.

O Danilu Peñi.

Mężczyźnie, który dzielił z nią krwawą przeszłość i który już zawsze będzie dla niej zagrożeniem. Na jego karku również wyryto imię: Hades. Bóg śmierci.

Tylko oni dwoje przetrwali na wyspie. Danilo doskonale wiedział, jak ważne było dla niej utrzymanie ich przeszłości w tajemnicy.

Zalała ją nienawiść, gdy przypomniała sobie, ile to już razy groził, że ją wyjawi. Gdyby zniknął, nie musiałaby się martwić, że prawda wyjdzie na jaw. Mogłaby dalej żyć z Perem w spokoju, bez obaw, że Danilo znów spróbuje ich rozdzielić albo zagrozi, że zabije Pera, jeśli Jana nie zrobi tego, czego on żąda.

Danilo przebywał w Regionalnej Klinice Psychiatrycznej w Vadstenie. Zabije go, jak tylko go wypuszczą. Pozbędzie się tego psychopaty raz na zawsze. Nie mogła wręcz uwierzyć, że już niedługo się dowie, kiedy to nastąpi.

***

Kamera przesuwała się wolno po roztrzaskanej twarzy mężczyzny. Jednego oka nie było widać, a drugie ledwo dało się dostrzec przez wąską szczelinę. Spuchnięte usta poruszały się, ale nie wydobywały się z nich żadne słowa. Kamera skierowała się niżej na zakrwawioną kurtkę.

– Co to, kurwa, jest?

Mia gapiła się na film na ekranie komputera w pokoju konferencyjnym.

Nikt z zespołu nie odpowiedział. Gunnar wyglądał na przybitego, Ola drapał się po żółtej czapce, Anneli dotykała palcami złotego łańcuszka na szyi, a Patrik wsadził ręce do kieszeni dżinsów. Jego flanelowa koszula była o kilka rozmiarów za duża, ale i tak lepsza niż ta, którą miał na sobie dzień wcześniej.

– Rozpoznajesz go, prawda? – zapytał Gunnar.

– To Armand Muric – potwierdziła Mia. – Wypuściliśmy go wczoraj.

Ponownie spojrzała na ekran. W trakcie pracy w policji widziała już tylu pobitych, że nie robiło to na niej żadnego wrażenia. Teraz jednak, gdy zobaczyła poobijaną twarz dwudziestolatka, aż ją zmroziło. Dlaczego pozwoliła mu wyjść? Dlaczego nie zatrzymała go i nie próbowała przekonać, żeby jednak zgodził się na ochronę?

– Jak długo ten film jest już na YouTubie? – Patrik przerwał jej rozmyślania.

– Siedem minut – odparł Ola, odsuwając czapkę z czoła. – Dostaliśmy anonimowe zgłoszenie na chwilę przed publikacją. Jak widzicie, wrzucił go ktoś o nicku MS-13, to nazwa jednej z najbardziej niebezpiecznych siatek przestępczych w Ameryce Środkowej i Stanach Zjednoczonych.

Mia zdążyła jeszcze zauważyć telefon komórkowy przymocowany do czegoś, co przypominało pas z bombą, na klatce piersiowej Armanda. Zaraz potem kamera się oddaliła. Film nieco się trząsł, tak jakby osoba trzymająca kamerę się denerwowała, a potem nagle się skończył, zaledwie po minucie i dwunastu sekundach.

– Wiadomo, kiedy to nagrano? – zapytała Mia.

– Nie – zaprzeczył Ola. – Ale mamy już jeden komentarz.

Informatyk pochylił się nad klawiaturą. Był wysoki i szczupły, mimo że jego dieta składała się prawie wyłącznie z coli i słodyczy. Miał niesamowitą zdolność wyszukiwania wszystkiego, jeśli tylko dało mu się dostęp do komputera i internetu. Szybkim ruchem przesunął kursor do sekcji komentarzy i wskazał palcem na ekran.

„Wybuchnie o dziewiątej w Hageby”.

Dzielnica miasta, w której od lat są problemy, pomyślała Mia.

– Dlaczego w ogóle zamieszczono ten film? – zapytał Gunnar. – Kto robi coś takiego?

– To nie może być na serio. – Anneli pokręciła głową. – Przecież nikt tak po prostu nie wysadza ludzi w powietrze.

– A co, jeśli jednak to zrobi? – zapytała Mia, wbijając w nią wzrok. – Jeśli Armand rzeczywiście jest w tym pomieszczeniu?

– Jest ósma czterdzieści – powiedział Ola.

– W takim razie mamy dwadzieścia minut – podsumował Patrik.

– Ola, puść ten film jeszcze raz – rzuciła Mia. – Musimy spróbować go znaleźć.

– Proszę bardzo. – Ola włączył nagranie. – Nie mamy jednak pewności, że zobaczymy coś…

– Cicho. – Mia pochyliła się nad jego ramieniem. – Jest tu cała masa rzeczy. Poplamiona podłoga, szara, brudna ściana…

Liczba wyświetleń na YouTubie rosła cały czas i osiągnęła już sto sześćdziesiąt dwa. Film dobiegł końca.

– Spauzuj! – rzuciła Mia.

Ola zastopował film dokładnie w momencie, gdy kamera zaczynała się oddalać. W tle widoczna była zmasakrowana twarz Armanda.

– Te puste półki i jarzeniówki – powiedziała Mia. – Widzicie?

Gunnar kiwnął głową.

– Wygląda jak jakiś opuszczony sklep spożywczy.

– Osiemnaście minut – dodał Patrik.

– Opuszczony sklep spożywczy w Hageby – powtórzył Ola, przeglądając pojawiające się pod filmem komentarze.

„Kurwa, ale akcja!”

„Zgadzam się, kto w ogóle wypuszcza takie gówno”.

„Nie wiem, co to za typ, ale bardzo dobrze, że to zafajdane getto samo się oczyszcza”.

– Spójrzcie na to – powiedział Ola, wskazując na komentarz przy nicku Kirren011.

„Nieźle, chciałbym zobaczyć, jak wybucha. Gdzie to?”

MS-13 odpisał:

„Gdyby nadal były tam dystrybutory, to całe miasto zobaczyłoby ten wybuch”.

– Dystrybutory? – zapytała Anneli. – Co ma na myśli?

– Zapewne coś łatwo dostępnego – stwierdził Ola. – Jak gaz albo benzynę…

– Stacja benzynowa! – zawołała Mia. – Armand może być na jakiejś opuszczonej stacji benzynowej.

– Racja – przytaknął Gunnar. – Ale której?

– Zegar tyka – wtrącił się Patrik.

– Wiemy – syknęła Mia.

– Zastanówcie się – powiedział Gunnar. – Gdzie w Hageby mamy jakąś opuszczoną stację benzynową?

– OKQ8 – rzuciła Anneli. – Z tego, co wiem, zamknęli tę w Hageby.

Ola wpisał coś szybko na klawiaturze.

– Zgadza się, zamknęli ją kilka lat temu.

– Armand jest tam! – zawołała Mia. – Musimy tam jechać!

– Nie bez saperów! – rzucił Gunnar.

– No to daj im znać, żeby się pospieszyli! I dopilnuj, żeby YouTube ściągnął ten film.

– Mia, zostało tylko piętnaście minut, nie zdążymy…

– Zdążymy! – wrzasnęła Mia, wybiegając z pokoju.

***

Cała spięta, otworzyła drzwi. W progu stał ojciec z laską w ręce. Czarny płaszcz zwisał na nim. Stalowoszare oczy mierzyły ją od stóp do głów.

– Kiedy go wypuszczają? – zapytała od razu Jana.

– Nie jestem pewien, czy chcesz to wiedzieć – odparł ojciec, mijając ją wolnym krokiem. Wszedł do środka, nie zdejmując okrycia wierzchniego.

Jana zatrzasnęła za nim drzwi.

– Niczego bardziej nie chcę się dowiedzieć. Kiedy go wypuszczają?

– Jana – przerwał jej ojciec. – Masz…

– Nie – rzuciła Jana, kręcąc głową. – Nawet mi nie mów, że mam jakiś wybór. Bo nie mam! Danilo musi zniknąć z mojego życia. Nie mogę mu pozwolić na to, żeby mną kierował albo zniszczył to, co nas łączy z Perem. Nie ma mowy. Więc po prostu mi powiedz, kiedy go wypuszczają.

Karl przeszedł do pokoju dziennego, nie mówiąc ani słowa.

Jana ruszyła za nim. Ojciec usiadł na krześle, kładąc obie ręce na lasce.

– Przecież sam dopilnowałeś, żeby pobyt w zakładzie został zakończony! – zawołała sfrustrowana. – Dlaczego więc nie powiesz mi od razu, kiedy go wypuszczają?

– Dlatego, że teraz musisz się skupić na czymś innym! – ryknął ojciec.

Jana zmarszczyła czoło i spojrzała na niego zdziwiona.

– O czym ty mówisz?

– O tym.

Karl wyciągnął wyrwany z gazety „Norrköpings Tidningar” artykuł i położył go na biurku.

Z pewnym wahaniem podeszła do niego i podniosła kartkę. Gdy zobaczyła tytuł, przez jej ciało przebiegł zimny dreszcz. Artykuł dotyczył morderstwa w lesie Vrinnevi.

– Kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć? – zapytał ojciec.

Jana przełknęła ślinę.

– O czym?

– Nawet nie próbuj udawać niewinnej – uciął ojciec. – To twoja sprawka. Oboje wiemy, że to ty ich zabiłaś.

– Naprawdę nie wiem, o co ci…

– Mnie nic nie umknie! – rzucił Karl, wyrywając jej kartkę z ręki. – Ile jeszcze razy mam ci to powtarzać?

Jana nie odpowiedziała.

– Dzięki moim kontaktom wiem, że jeden z mężczyzn został zadźgany nożem. Dwa razy w brzuch i raz w gardło. Kto poza tobą zrobiłby to dokładnie w ten sposób?

– Ojcze, posłuchaj…

– Nie – przerwał jej Karl. – Przyznaj się. Przyznaj, że to ty ich zabiłaś!

Jana spojrzała na niego, kiwnęła głową.

Karl położył artykuł na biurku i nieco się odchylił.

– Dlaczego? – zapytał spokojnie.

– W samoobronie.

– W samoobronie?

Prychnął.

– Nie rozumiesz – powiedziała ponuro Jana. – Mieli nóż i się na mnie rzucili.

– Co zrobiłaś z nożem? – zapytał Karl.

– Wyczyściłam i wyrzuciłam do kosza.

– Gdzie?

– Po co ci to wiedzieć? Ja…

– Gdzie? – powtórzył ostrym tonem Karl.

– Przy ścieżce na Ravingatan, tuż przed tunelem pod Söderleden.

Karl wstał z krzesła.

– Jak możesz być tak nieostrożna? – zapytał, podchodząc do niej. – Co by było, gdyby ktoś cię widział? Co byś wtedy zrobiła? Jego też zabiła?

– Nikt mnie nie widział.

Karl znów prychnął.

– Postawiłaś wszystko na jedną kartę, nie rozumiesz tego? Zaryzykowałaś karierę, życie. To są twoje podziękowania? Za to wszystko, co dla ciebie zrobiłem?

– To ty mnie taką uczyniłeś!

Złość wylała się z niej.

– Nie bądź bezczelna.

Karl minął ją i ruszył do przedpokoju.

– Dobrze wiesz, że to prawda – rzuciła Jana, idąc za nim. – To ty wypisałeś mi na karku to cholerne imię!

– Dość tego!

Otworzył drzwi, wyszedł na klatkę schodową i odwrócił się do niej.

– Jesteś niebezpieczna. Zarówno dla samej siebie, jak i dla innych.

– Dziękuję, ale dam sobie radę – odparła Jana, zatrzaskując mu drzwi przed nosem.

***

Puls walił jej w skroniach, gdy razem z Patrikiem zajechała na zamkniętą stację benzynową w Hageby. Wszystkie dystrybutory, oświetlenie i szyldy zostały już ściągnięte. Okna budynku były zasłonięte, a metalowe boczne drzwi pokreślone graffiti. Zaraz za nimi na stację wjechał patrol policyjny. Funkcjonariusze szybko wyskoczyli z samochodu i rozpoczęli odgradzanie całego terenu.

– Ósma pięćdziesiąt cztery – rzucił Patrik. – Teraz tylko…

– Sześć minut, wiem! – powiedziała Mia, rozglądając się przez szybę. – Gdzie, do cholery, są saperzy?

– W drodze.

– Nie ma szans, że zdążą na czas.

Mia przygryzła paznokieć kciuka.

– Nawet nie wiemy, czy Armand jest w środku – powiedział ostrożnie Patrik.

– Na pewno! Umrze, jeśli nic nie zrobimy!

Odpięła pas.

– Nie – rzucił Patrik, wyciągając rękę, by ją powstrzymać. – Całkiem oszalałaś, nie możesz…

Mia wcale się nie przejęła, wysiadła z samochodu i pobiegła na stację. Nie było tu nikogo, żadnej osoby ani samochodu. Pusto.

– Mia!

Patrik zawołał za nią, ale ona już ruszyła prosto do metalowych drzwi. Przez myśl przeszło jej, że cała stacja mogła zostać zaminowana, a ona nie miała żadnego stroju ochronnego. Mimo to nacisnęła klamkę. Drzwi nie dało się jednak otworzyć.

– Nie możemy wejść do środka – krzyknął Patrik, który zdążył już ją dogonić. – Za duże ryzyko, zostało tylko kilka minut!

– No to mi pomóż!

Szarpnęła za klamkę. Drzwi zaskrzypiały. Pot spływał jej po plecach, gdy naparła na nie barkiem.

– Ani drgnęły. Musimy przestrzelić zamek.

Patrik zaczął grzebać przy zapięciu kabury, chcąc wyciągnąć pistolet.

– Noż kurwa! – rzuciła Mia i wyjęła własną broń. – Uwaga!

Trzema szybkimi strzałami rozwaliła zamek. Echo poniosło się po opuszczonej okolicy.

– O Boże…

Armand rzeczywiście siedział w środku. Pół twarzy miał zmasakrowane, ale i tak go poznała. Głowa opadła mu na bok, nie ruszał się, siedział bezwładnie na krześle przy ścianie. Podkoszulek miał przesiąknięty krwią, a na jasnoszarej podłodze zebrały się sporej wielkości czerwone kałuże.

W pierwszym impulsie chciała do niego podbiec, ale Patrik ją zatrzymał.

– Może wybuchnąć w każdej chwili. Musimy wiać!

– Przestań! – wrzeszczała Mia, gdy odciągał ją od drzwi. – Nie możemy go tak zostawić.

– Snajperzy już tu są.

Mia się odwróciła, zobaczyła skręcające i parkujące dwa szare minibusy. Wyrwała się Patrikowi i pobiegła w ich stronę.

Serce waliło jej jak oszalałe. Saperzy wysiedli z pojazdów w hełmach i ciężkich kombinezonach. Armand wciąż żyje, może uda się go uratować!

– Pośpieszcie się, jest w środku! – zawołała.

W tym momencie zobaczyli rozbłysk i dosięgła ich fala uderzeniowa.

3

Ogromny huk wprawił łóżko w drżenie. Ibrahim zrzucił kołdrę i usiadł. Przez chwilę myślał, że mu się wydawało, ale usłyszał dobiegający z kuchni głos matki:

– Boże drogi, co to było?

Podszedł do okna, podciągnął żaluzje i spojrzał na podwórko. Wszystko wyglądało jak zwykle. Przewrócony wózek sklepowy, którym nikt się nie przejmował. Ławka, tak zniszczona, że nie dało się już na niej usiąść. Identyczny wieżowiec naprzeciwko, z oknami zasłoniętymi prześcieradłami, kawałkami kartonu albo czarnymi workami na śmieci.

Coś jednak sprawiło, że serce zabiło mu mocniej.

W Hageby zdarzało się wiele nieciekawych rzeczy. Miesiąc temu jakiś chłopak z dziewiątej klasy dźgnął kierowcę autobusu nożem, bo ten nie chciał go wpuścić bez biletu. A kiosk, w którym kupowali z siostrą lody, został już kilkukrotnie obrabowany. Jednak najgorsze ze wszystkiego wydarzyło się przed trzema tygodniami w lesie.

Tam nie wolno mu już było chodzić, mimo że matka pozwalała mu na wiele. Nie powiedziała, co się tam wydarzyło, nakazała jedynie, żeby na wszelki wypadek trzymał się z daleka od lasu.

I tak wiedział.

Opuścił żaluzje, podszedł do szafy, na której wisiał plakat z piłkarzami Realu Madryt, ulubionej drużyny jego starszego brata. Ibrahim zostawił go sobie po jego wyprowadzce. Lubił go, tak samo jak drobne planety na tapecie, miękkie łóżko i niebieską lampkę przy nim.

Nie lubił tylko biurka, porysowanego i pociętego scyzorykiem, bez komputera wydawało się teraz puste. Tak bardzo chciał zebrać pieniądze na nowy, ale nie wiedział jak. Dawno temu przestał już męczyć matkę o kieszonkowe i nie miał odwagi, żeby zapytać, dlaczego zabrała mu komputer.

Wciągnął na siebie bluzę z kapturem i dresowe spodnie. Zrobił krok w tył, by przejrzeć się w lustrze na wewnętrznych drzwiach szafy. Ubrania wisiały na jego chudym ciele. Włosy kręciły się na czole, a na brodzie świeciły dwa sporej wielkości pryszcze. Gdyby tylko miał chociaż trochę zarostu, to wyglądałby na więcej niż czternaście lat. Wiek nie odgrywał jednak wielkiej roli. Chodziło o spojrzenie. Jeśli nie potrafiło się go utrzymać albo wyglądało się na przestraszonego, można było ściągnąć na siebie problemy w szkole. A nawet łomot. To samo, gdy za długo się na kogoś gapiło.

Ociągając się, ruszył do kuchni.

Matka siedziała przy stole z telefonem w ręku. Szybkim ruchem przesuwała palcem po ekranie. Ciemna grzywka opadała jej na czoło. W uszach mieniły się niewielkie perłowe kolczyki. Jak zwykle miała na sobie strój z pracy. Bał się powiedzieć to głośno, ale uważał, że w czarnej koszuli ze znaczkiem na piersi przypominającym żyrandol prezentuje się bardzo ładnie. O wiele ładniej niż w większości własnych ubrań. Ale przecież sprzątała w jednym z najlepszych hoteli w mieście.

– Nie rozumiem. Przeszukałam już cały internet, ale nikt nie pisze o tym, co się stało. Też słyszałeś ten huk, prawda? – Spojrzała na niego.

– Tak – odparł, kładąc na stole miski, łyżki i opakowanie płatków dla siebie i młodszej siostry.

Potem otworzył lodówkę, wyciągnął karton z mlekiem i trochę zbyt mocno zamknął drzwi.

Fotografia brata z synem w ramionach poleciała na podłogę. Matka spojrzała na niego, a potem znów skupiła się na telefonie.

Ibrahim postawił mleko na stole, podniósł zdjęcie i przytwierdził je magnesem w kształcie biedronki do lodówki. Potem usiadł i nasypał sobie do miski ogromną górę płatków.

– Nie, nie mam już czasu dłużej szukać – stwierdziła mama, odkładając telefon. – Muszę lecieć do pracy, a ty, mój młodzieńcze, do szkoły.

– Zaczynamy dopiero o wpół do dziesiątej…

– …Bo macie dziś dzień sportu, tak wiem, pamiętam – weszła mu w słowo matka. – Chciałabym jednak, żebyś odprowadził Fatimę do przedszkola. Spakowałeś strój na wuef?

– Dawno temu – rzucił Ibrahim, zalewając płatki resztką mleka.

– Nie wypakowałeś go po zeszłym tygodniu? – Matka pochyliła się nad nim i przeczesała mu włosy palcami. – Nie mam już do ciebie siły.

Ibrahim się uśmiechnął i wziął do ręki łyżkę. Właśnie miał ją zanurzyć w mleku, gdy usłyszał syreny.

– Ech – westchnęła matka. – Brzmi, jakby policja do nas jechała.

Wstała i podeszła do okna.

Ibrahim poczuł, jak zaciska mu się żołądek. Nie miał pojęcia skąd, ale już wiedział, że wydarzyło się coś strasznego.

***

Jana szybko jechała autostradą E22 w kierunku Hageby. Chwilę wcześniej odebrała wiadomość o wybuchu, który pozbawił życia jednego człowieka, i chciała zobaczyć miejsce przestępstwa na własne oczy. Próbowała się skupić na pracy, ale nie mogła przestać myśleć o rozmowie z ojcem. Fakt, że przyznała mu się do zabicia tych mężczyzn w lesie Vrinnevi, sprawiał, że robiło jej się niedobrze. Czasami się obawiała, że któregoś dnia prawda wyjdzie na jaw, ale tego się nie spodziewała.

Ojciec nie miał pojęcia o tym, co się wydarzyło tamtego deszczowego wtorkowego wieczoru. Tego samego dnia się dowiedziała, że Per związał się z inną kobietą.

Przed jej oczami pojawił się obraz Pera z Viktorią na stadionie Racket, ich uśmiechy i złączone dłonie. Zacisnęła szczęki. Złość zapaliła się w niej niczym rozżarzona do czerwoności stal. W desperackiej próbie poradzenia sobie z emocjami poszła pobiegać. Runda była stanowczo za długa i za szybka, Jana padła w końcu na mokrą trawę w lesie Vrinnevi, zdyszana i całkiem wyczerpana.

Właśnie wtedy pojawiło się tam tych trzech mężczyzn. Napadli na nią i próbowali ją zgwałcić.

Jeden z nich, Zoran, przytknął jej nóż do gardła i rozpinał spodnie. Uwolniła się ostatkiem sił, wytrąciła mu broń z ręki i dźgnęła go dwa razy w bok i raz w szyję. Dokładnie tak, jak ją nauczono na treningach w dzieciństwie.

Na drugiego mężczyznę wystarczyło jedno cięcie przez gardło.

Na trzeciego ostrze wbite pod brodą.

Potem po prostu stamtąd poszła.

To był czysty impuls. Zrobiła to, wiedziona silnym instynktem, by się bronić i przetrwać.

Co by było, gdyby nie miała sił na atak? Gdyby ich nie zabiła, to ilu jeszcze kobietom mogliby zrobić krzywdę?

Pokręciła głową.

Żałosne wymówki. Mężczyźni nie żyli, wina leżała po jej stronie, a ona sama znalazła się w kłopotliwej sytuacji. Wiedziała, że zachowała się nieodpowiedzialnie, wyrzucając nóż do kosza na śmieci, ale po napaści była tak wyczerpana, że nie myślała trzeźwo.

W tej sprawie nie mogła już niestety wiele zrobić.

Sfrustrowana zacisnęła dłonie na kierownicy.

Przejechała obok centrum handlowego Mirum i zobaczyła niebieskie pulsujące światło oraz słup dymu wznoszący się pod niebo. Skręciła, zaparkowała kawałek od odgrodzonego terenu stacji benzynowej, przez cały czas rozmyślając o ojcu. Co zrobi, wiedząc, że to ona stoi za morderstwem w lesie Vrinnevi? Miała nadzieję, że po prostu zostawi to własnemu biegowi rzeczy.

Co jednak, jeśli ktoś jeszcze się dowie, że to ona zabiła tych mężczyzn? Jeśli jej mroczna przeszłość wyjdzie na jaw?

Jana nie chciała tego wiedzieć.

Nie chciała się tym przejmować.

Nie teraz.

Ani nigdy, pomyślała, wysiadając z samochodu.

***

Mia zakaszlała. Ostry dym sprawił, że nie mogła oddychać. Zobaczyła Janę przeciskającą się przez gapiów zebranych przy wysadzonej w powietrze stacji benzynowej. Prokuratorka wylegitymowała się funkcjonariuszowi pilnującemu porządku przy odgrodzonym terenie. Podniósł dla niej niebiesko-białą taśmę, a potem próbował powstrzymywać ciekawskich przed robieniem zdjęć i filmowaniem.

Mia okryła się szczelniej żółtym kocem policyjnym i odwróciła do stojących obok Gunnara i Patrika. W ciszy przyglądali się radiowozom, samochodom straży pożarnej i karetkom, które przyjechały na miejsce.

Zniszczenia były duże. Zawaliła się cała ściana – na asfaltowym parkingu obok leżały teraz kawałki blachy, szkła i drewna.

Mia tak bardzo skupiła się na dojeździe tutaj, że dopiero teraz zwróciła uwagę na otoczenie. Tuż obok biegła linia tramwajowa, na której teraz chwilowo wstrzymano ruch. W szkole po drugiej stronie torów wyleciały szyby. Ewakuowani uczniowie stali na niewielkim pagórku, wskazując na strażaków, którzy walczyli z płomieniami wydobywającymi się z budynku.

– Cieszę się, że już jesteś – powiedział Gunnar, gdy pojawiła się Jana. – Musimy rozwiązać tę sprawę i zakończyć cały ten syf, który tutaj mamy.

Jana kiwnęła głową. Jej ciemne włosy błyszczały w słońcu, skóra była gładka, a bluzka idealnie wyprasowana.

Mia miała umazaną po eksplozji twarz i dzwoniło jej w uszach. Patrik był równie umorusany jak ona. Jego flanelową koszulę pokrył kurz, a na rękach pojawiły się zadrapania. Fala uderzeniowa ich przewróciła.

– Jana, chciałbym ci przedstawiać naszego nowego współpracownika. Patrik Wiking będzie nam pomagać w czasie urlopu rodzicielskiego Henrika.

– Może zajmiemy się już pracą? – przerwała im z irytacją w głosie Mia. – Przed chwilą w powietrze wyleciał dwudziestolatek, a my tu sobie stoimy i plotkujemy, zamiast złapać tych, którzy za tym stoją. Nie sądzicie?

– Mia – westchnął Gunnar.

– Nie, Mia ma rację – stwierdził Patrik. – No i co tu więcej o mnie mówić, jestem zwykłym wiejskim chłopakiem z Mjölby.

Gunnar kiwnął głową.

– W takim razie od razu przejdźmy do rzeczy. Ofiara nazywa się Armand Muric. Tuż przed eksplozją zdobyliśmy informację, że znajduje się na tej stacji benzynowej z ładunkiem wybuchowym przypiętym do ciała.

To kompletnie bez sensu, pomyślała Mia. Ataki bombowe zdarzały się już wcześniej, ale zawsze kierowano je przeciwko pizzeriom, restauracjom i budynkom mieszkalnym, nie były, jak tutaj, regularnymi egzekucjami. O czym myślał Armand z ładunkiem wybuchowym na piersi? Zauważył ją i Patrika? Bał się, był przerażony? Zdawał sobie sprawę z tego, co się stanie?

– Skąd pochodziła informacja, że Armand znajduje się właśnie tutaj? – zapytała Jana.

– Właściwie to od tego samego idioty, który go filmował i wrzucił wszystko do internetu – powiedziała Mia, która nie chciała dopuścić do siebie myśli, że Muric nie żyje. Ani tego, że sama by zginęła, gdyby Patrik jej nie odciągnął. Było jej wstyd, bo Gunnar zapewne teraz myślał, że jest totalną idiotką z zerową umiejętnością oceny sytuacji.

– Ktoś, kto nazywa siebie MS-13, opublikował film z Armandem – wyjaśnił Gunnar. – Na YouTubie. Widać na nim, że Armand został wcześniej mocno pobity.

– Wiemy, kim jest ten MS-13? – zapytała Jana.

– Nie, ale wiemy, że to nazwa jednej z największych sieci kryminalnych na świecie, więc pewnie jakiś dupek, który się nimi jara – wymamrotała Mia.

Przy wozach strażackich zatrzymał się samochód z logotypem telewizji SVT. Wysiedli z niego kobieta z wydętymi ustami i kamerzysta.

– Dowiemy się, kto się ukrywa pod tym nickiem – powiedział Gunnar. – Film został już usunięty z YouTube’a, ale Ola zdążył go wcześniej ściągnąć do siebie na komputer.

– Stacja benzynowa jest usytuowana na otwartym terenie, więc może ktoś widział, jak przywieziono tu Armanda – powiedziała Jana.

– Niby tak – przyznał Patrik, przesuwając dłonią po brodzie. – Ale gdy przyjechaliśmy na miejsce, nikogo nie widzieliśmy.

Przerwał, gdy kobieta z mikrofonem uwiesiła się na taśmie odgradzającej teren i zawołała:

– Czy to prawda, że podczas wybuchu zginęła jedna osoba?

– Musimy sprawdzić monitoring z okolicznych budynków i wysłać funkcjonariuszy, żeby popytali mieszkańców – powiedziała Jana, ignorując reporterkę. – Mamy jakieś ślady?

– Technicy nie mogą jeszcze wejść do środka. Strażacy muszą najpierw ugasić pożar, a saperzy zabezpieczyć teren – powiedział Gunnar. – W tym momencie nie mamy nic, nie wiemy też, jaki materiał wybuchowy został tu zastosowany.

– A ofiara?

– Armand miał za sobą kryminalną przeszłość. Mieszkał w Navestad ze swoją partnerką i synem – powiedział Gunnar. – Ale nim samym zajmiemy się później.

Reporterka przy taśmie zawołała ponownie:

– Czy mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością?

Mia wbiła w nią wzrok.

– A mamy? – Patrik ściszył głos. – Może to jakieś porachunki gangów?

– Trochę trudno byłoby mi uwierzyć, że stoi za tym jakiś pojedynczy sprawca – rzuciła Jana.

– Mnie też, mamy tu wiele ugrupowań walczących o władzę. – Gunnar wskazał głową bloki za torami tramwajowymi.

– Kogo podejrzewacie? – Reporterka nie dawała za wygraną.

– Może się pani zamknąć? – krzyknęła na nią Mia.

Kobieta się wykrzywiła.

Patrik odchrząknął.

– Które ugrupowanie byłoby zdolne do czegoś takiego? – zapytał. – I po co?

– To niedobre miejsce na spekulacje o ofierze, sprawcy czy motywie – powiedział Gunnar, patrząc na dwóch funkcjonariuszy, którzy podeszli do reporterki, by przypomnieć jej o zakazie przekraczania taśmy policyjnej. – Lepiej wróćmy do tego na spokojnie w komendzie. Jak sami rozumiecie, to zdarzenie odbije się szerokim echem, więc nikt poza mną nie gada z mediami, zrozumiano?

– Zrozumiano – powtórzyła Mia, nie spuszczając wzroku z reporterki ani kamerzysty, którzy odsunęli się na kilka kroków.

– Świetnie. Za godzinę widzimy się na odprawie w komendzie. Na początek musimy zebrać wszystkie informacje o tym, co się właściwie wydarzyło. Do tego czasu skorzystajcie z okazji i trochę odpocznijcie. – Gunnar spojrzał na Mię i Patrika.

– A w życiu – rzuciła Mia. – Musimy złapać skurwieli, którzy to zrobili.

Patrik kiwnął głową.

– W takim razie – westchnął Gunnar – możecie od razu zaczynać. Musimy sprawdzić wszystkich z najbliższego otoczenia Armanda i odtworzyć ostatnie godziny jego życia.

– Pewnie – powiedziała Mia. – Od kogo zaczynamy?

– Od jego partnerki.

4

Henrik podniósł pilota i pogłośnił telewizor. Na ekranie pojawił się reporter stojący przed uszkodzonym budynkiem.

– Chwilę po godzinie dziewiątej rano w dzielnicy Hageby w Norrköpingu doszło do silnej eksplozji. Zginął w niej młody mężczyzna, który według niepotwierdzonych źródeł mógł należeć do gangu. W ostatnich tygodniach w Norrköpingu liczba przestępstw z użyciem przemocy wzrosła. Na początku kwietnia w lesie Vrinnevi zasztyletowano trzy osoby. Wtedy policja utrzymywała, że zdarzenie ma związek z handlem narkotykami, który…

Z piętra dobiegły go zmęczone pokasływania żony, ściszył więc telewizor. Nic więcej nie usłyszał i założył, że Emma znów usnęła. Stracił już rachubę, ile razy koszmary obudziły ją w nocy. Czasami wierciła się w łóżku przez wiele godzin, zanim ponownie zasnęła. Zdarzało się też, tak jak dziś, że nie wstawała przed południem.

Henrik odłożył pilota i spojrzał na syna – Vilgot był pochłonięty oglądaniem kreskówki na iPadzie. Mężczyzna wstał z kanapy i przeszedł do niewielkiego gabinetu na końcu korytarza. Zapalił lampkę przy stojaku na dokumenty. Sięgnął do półki nad biurkiem, ostrożnie podniósł pokrywkę jednego z pudełek i wyciągnął z niego czerwoną teczkę, którą w nim ukrył.

Powinien odpuścić. Obiecał zarówno sobie, jak i Emmie, że podczas urlopu rodzicielskiego nie będzie się zajmować pracą. Nie mógł się jednak powstrzymać, nie potrafił.

Krzesło zaskrzypiało pod nim, gdy usiadł z teczką przed sobą.

Otworzył ją i wyciągnął z niej dwa raporty z sekcji zwłok, które przed kilkoma tygodniami wysłał mu patolog Björn Ahlmann. Pierwszy z nich dotyczył zasztyletowanego w lesie Vrinnevi mężczyzny, Zorana Kadera.

Serce zabiło mu mocniej, gdy sięgnął po drugi raport z wynikami sekcji zwłok seryjnego mordercy, który przetrzymywał Emmę.

Obie ofiary zostały zabite za pomocą noża.