Po pierwsze nie szkodzić - Emelie Schepp - ebook + książka
NOWOŚĆ

Po pierwsze nie szkodzić ebook

Emelie Schepp

4,7

76 osób interesuje się tą książką

Opis

Prokuratorka Jana Berzelius, stojąc na straży prawa, niebezpiecznie zbliża się do jego granicy… Akcja książki nie zwalnia ani na sekundę. Rozdziały są krótkie i zakończone mniej lub bardziej skomplikowanymi zwrotami akcji. Nie można się oderwać. Kultursidan.nu To jej trzecia książka i tak jak w poprzednich udało jej się stworzyć skomplikowane i niezwykle wciągające intrygi. „Nisse Scherman” Pewnego marcowego poranka w swoim mieszkaniu w Norrköping zostaje znaleziona ciężko ranna kobieta. Pierwszy na miejscu pojawia się pielęgniarz pogotowia ratunkowego Philip Engström, który robi wszystko, aby uratować jej życie. Niebawem zostaje znaleziona kolejna ofiara. Kiedy Jana Berzelius przejmuje dowodzenie nad śledztwem, zaczyna dostrzegać makabryczny schemat. I to, co na pierwszy rzut oka wyglądało na pojedynczy akt szaleństwa, szybko przeradza się w coś znacznie gorszego. Kto stoi za przerażającymi morderstwami? Wraz z inspektorem Henrikiem Levinem i inspektor Mią Bolander, Jana jest zdeterminowana, aby dowiedzieć się prawdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (6 ocen)
4
2
0
0
0

Popularność




Prio ett

© 2016 Emelie Schepp

First published by Wahlström & Widstrand, Sweden.

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Copyright © 2022 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2022 for the Polish translation by Anna Kicka

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: | Wojciech Wawoczny

Zdjęcie na okładce: guteksk7/Shutterstock

Zdjęcie autorki: © Thron Ullberg

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Iwona Wyrwisz, Agnieszka Tabor

ISBN: 978-83-8230-465-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2022

1

ŚRODA

Philip Engström obiema rękami opierał się o czarny blat kuchenny w pokoju socjalnym w stacji pogotowia ratunkowego w Norrköpingu. Przez uchylone okno do środka wpadało chłodne wiosenne powietrze. Philip sięgnął do ekspresu po kubek z kawą, oplótł go palcami i rozkoszował się jego ciepłem. Podszedł do kanap i usadowił się wygodnie na jednej z nich.

Do końca zmiany została jeszcze godzina, ale już teraz czuł ogromną chęć, by chociaż na chwilę, na parę minut, zamknąć oczy.

Wiedział, że nawet nie powinien tak myśleć, ale musiał się pozbierać po stresujących wydarzeniach tej nocy. Przysnął i natychmiast zapadł w sen o wirującym, spienionym wodospadzie.

Drgnął na dźwięk dobiegającego z daleka głosu i przesuwając rękami po stole, przewrócił stojący na nim kubek i rozlał kawę.

– Ej, Philip!

– Cześć, Sandra – odpowiedział zaspanym głosem.

Sandra Gustafsson stała dwa metry od niego z ręką opartą na biodrach. Miała blond włosy i oczy tak zielone jak jej uniform. Była ratowniczką medyczną zatrudnioną podczas ostatniej rekrutacji. Kompetentną, ciężko pracującą i chętnie wspierającą swoich kolegów z pracy.

– Nadal zmęczony? – zapytała.

– Ani trochę – odparł Philip, podnosząc się i wycierając rozlaną kawę sporą ilością papierowych ręczników.

Potem znów usadowił się na kanapie, próbując ukryć ziewnięcie. Sandra podeszła do ekspresu i napełniła dwa kubki kawą. Z trudem powstrzymywała uśmiech, wręczając mu jeden z nich.

Philip wziął szybki łyk, spoglądając na zegarek.

– Niedługo czas do domu – powiedziała Sandra.

– Tak – przytaknął Philip.

– Nie chcesz pogadać przed wyjściem?

Usiadła w fotelu naprzeciwko niego. Gibka i wytrenowana.

– O czym?

– O tej zmarłej pacjentce.

– Nie, dlaczego miałbym chcieć o niej rozmawiać? – zapytał, upijając kolejny łyk kawy. Nadal czuł się otumaniony i przyszło mu do głowy, że w końcu musi się zająć swoim zdrowiem. Przez pracę nie dosypiał i zdawał sobie też sprawę, że godzina drzemki tu i tam już nie wystarczała, żeby się poczuł lepiej.

– To była nieco dziwna sytuacja – powiedziała Sandra.

– Zwykły zawał, o czym tu, do cholery, rozmawiać?

– Ta kobieta mogła przeżyć.

– Ale tak się nie stało, nie?

Philip wsłuchiwał się w szum ekspresu do kawy. Pomyślał o pacjentce i zadrżały mu dłonie.

– Chciałabym po prostu wiedzieć, jak się z tym czujesz – przerwała ciszę ratowniczka.

– Sandra – zaczął Philip, odstawiając kawę na stolik. – Wiem, że chętnie wspierasz kolegów w pracy, ale tego typu psychologiczne paplanie na mnie nie działa.

– Więc nie chcesz pogadać?

– Nie, przecież mówiłem.

– Pomyślałam po prostu, że…

– Pomyślałaś, że co? Że usiądziemy sobie razem w kręgu i się przytulimy? Chciałabyś jeszcze pewnie, żebyśmy mieli na sobie pluszowe piżamy?

– Zgodnie z zasadami to…

– Odpuść sobie. Pracuję jako ratownik od pięciu lat, doskonale znam zasady.

– W takim razie wiesz też bardzo dobrze, że to nie jest w porządku, że usnąłeś podczas wezwania.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

– A co, jeśli ktoś się o tym dowie? – szepnęła po chwili Sandra.

– Nikt się o tym nie dowie – rzucił Philip. – Obowiązuje nas przecież tajemnica zawodowa.

– Co?

Philip się rozejrzał, sprawdzając, czy nikt ich nie słyszy.

– Słyszałaś, co powiedziałem.

– No ale, do diabła, tak przecież nie możemy zrobić – żachnęła się Sandra.

Philip zmierzył ją wzrokiem.

– Dlaczego nie?

– Chyba zwariowałeś – odparła. – Już ci kompletnie…

– Rozumiem, jeśli wydaje ci się to dziwne.

– Dziwne? To brzmi jak kompletne szaleństwo.

Philip spojrzał w kierunku drzwi, w tym momencie najchętniej po prostu by wyszedł, natychmiast. Chciał odzyskać spokój, ciszę, a przede wszystkim spławić Sandrę.

– Przykro mi, ale nie mogę tego zrobić. To ty nawaliłeś, nie ja.

– Ja nigdy nie nawalam, zapamiętaj to sobie. I to nie dlatego pacjentka zmarła.

– I ty w to wierzysz?

Philip zmierzył ją wzrokiem i przejechał dłonią po włosach, ciężko oddychając.

– No dobra – powiedział po chwili. – Zróbmy w takim razie tak. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek dowie się o tym, że usnąłem podczas wyjazdu do pacjenta, to obiecuję, że sam osobiście się zgłoszę.

– A co ze mną?

– Zrzucisz wszystko na mnie, mówiąc, że bałaś się cokolwiek powiedzieć, bo byłaś nowa w pracy albo coś w tym stylu. Taka standardowa płaczliwa gadka.

Sandra mu się przyglądała.

– To jak? Wchodzisz w to? – zapytał.

– Dobra – odpowiedziała cicho ratowniczka. – Ale ogarnij się, jeszcze jedna taka sytuacja i cię zgłoszę.

– Dziękuję – rzucił Philip, kładąc jej dłoń na ramieniu.

– Mówię serio – odparła Sandra.

– Wiem – przytaknął Philip, podnosząc się z kanapy.

***

Prokuratorka Jana Berzelius siedziała z nogami założonymi jedna na drugą na krześle przed studiem nagraniowym. Czekała na swoją kolej, by porozmawiać z Richardem Hansenem, prowadzącym poranek w regionalnym oddziale Programu Czwartego Szwedzkiego Radia.

Gdy Hansen pomachał w jej stronę dłonią, bezgłośnie weszła do środka i usiadła na wskazanym miejscu. W słuchawkach usłyszała, jak zmienia temat, zapowiadając kolejny punkt programu dotyczący przestępczej działalności gangów.

– Wymuszenia, napady i napaści z młotkami, nożami i bronią automatyczną. Przestępczość gangów, jak widzimy, wzrasta. Jano Berzelius, od lat prowadzi pani z ramienia prokuratury w Norrköpingu dochodzenia w sprawach dotyczących zorganizowanych grup przestępczych. Jak pani zdaniem można wytłumaczyć narastającą przestępczość?

Jana odchrząknęła.

– Po pierwsze, musimy pamiętać, że mówimy tu o statystykach. To, że statystycznie przestępczość rośnie, nie znaczy, że ta realna też, ale…

– Uważa pani więc, że statystyki kłamią?

– Obserwujemy wprawdzie, że przestępczość zorganizowana rośnie, lecz ogólny poziom przestępczości się zmniejsza.

– A dlaczego jest coraz więcej przestępczości zorganizowanej?

– Z wielu powodów.

– Proszę wymienić chociaż kilka.

Jana się pochyliła.

– W zapowiedzi programu wymienił pan już te najważniejsze i nie mogę się nie zgodzić, że zwiększony dostęp do broni palnej w połączeniu z rosnącą społeczną i ekonomiczną segregacją to główne czynniki przyczyniające się do wzrostu problemu.

– Jak pani wie, przyglądaliśmy się u nas w redakcji gangom przestępczym w Norrköpingu – kontynuował Hansen, spoglądając jednocześnie w leżące przed nim notatki. – Nasze reportaże o działalności gangów, handlu bronią, narkotykami i ludźmi miały ogromny odzew. Od pierwszego z nich minął już rok i trudno zauważyć w tym zakresie jakąś poprawę. Zapada niewiele wyroków, mało spraw w ogóle trafia do sądów. Sporo osób twierdzi, że system sprawiedliwości w Szwecji przestał działać. Czy powinniśmy się zacząć niepokoić?

– Zawsze istnieje niebezpieczeństwo błędu w procesie sądowniczym, który w najgorszym wypadku może doprowadzić do niewłaściwego wyroku lub nawet do jego niewydania.

– Czy może się do tego przyczynić stronniczy prokurator?

– Tak, a także zmanipulowane postępowanie dochodzeniowe, mylące orzeczenia ekspertów i fałszywe zeznania. Nikt, nawet ja jako prokuratorka, nie neguje tego, że to realne zagrożenia, które czasem mogą doprowadzić do błędnych wyroków sądowych.

– A co pani myśli o głosach proponujących zaostrzenie kar na przykład za przestępstwa z użyciem przemocy?

– Nie ma dowodów na to, że ostrzejsze kary zmniejszą liczbę popełnianych przestępstw, natomiast…

– W Stanach Zjednoczonych zaostrzenie kar doprowadziło do…

– Ale teraz rozmawiamy chyba o Szwecji i Norrköpingu – przypomniała Jana.

Hansen ponownie spojrzał w swoje notatki.

– Opozycja twierdzi, że zaostrzenie kar to ważny cel polityki wymiaru sprawiedliwości. Ma pani do tego jakiś komentarz?

– Najważniejszym celem zwalczania przestępczości powinno być zwiększanie możliwości jej zapobiegania.

Hansen podniósł wzrok i spojrzał na nią.

– W tak zwanej aferze policyjnej związanej z łapówkami i przemytem narkotyków oskarżono wysoko postawionych szefów policji i biznesmenów. Miejmy nadzieję, że zostaną skazani na długoletnie więzienie.

– Zgadza się.

– Sprawa wygląda nie tylko na skomplikowaną, ale również na dość niezwykłą. Poza, z całą pewnością, bezwzględnymi przestępstwami z użyciem przemocy mamy tu też do czynienia z urzędnikiem państwowym wysokiego szczebla, który w karygodny sposób wykorzystał piastowane stanowisko.

– Ma pan na myśli szefa Krajowego Wydziału Śledczego Andersa Westera – stwierdziła Jana. – Na razie nie mamy pełnego obrazu tej sprawy, wszyscy podejrzani nie zostali jeszcze przesłuchani…

– To prawda, ale można by pomyśleć, że właśnie w takich sytuacjach wskazana byłaby ostrzejsza kara, która stanowiłaby niejako dowód na to, że społeczeństwo poważnie traktuje tego typu przestępczość. Tutaj chodzi też przecież o zaufanie do wymiaru sprawiedliwości.

– Tego akurat nie skomentuję. Nie pracuję przy tej sprawie.

– Nie uważa pani jednak, że wymiar kar jest sposobem na pokazanie, jak poważnie społeczeństwo traktuje niektóre przestępstwa?

– Tak, ale jak już wspomniałam, nie ma żadnych dowodów na to, że ostrzejsze kary wpływają bezpośrednio na zmniejszenie przestępczości.

– Więc jeśli dobrze rozumiem, uważa pani, że zamiast tego powinniśmy przeznaczyć więcej środków na zapobieganie przestępczości i że to jedyna droga do jej zmniejszenia?

– Oczywiście.

– Na czym opiera pani swoje wnioski?

Jana spojrzała mu prosto w oczy.

– Na doświadczeniu.

***

Pielęgniarz Mattias Bohed szedł wraz ze swoją koleżanką z pracy Sofią Olsson korytarzem oddziału jedenastego szpitala Vrinnevi. Przed salą trzydzieści osiem siedział wyprostowany, z założonymi rękami, strażnik Andreas Hedberg. Uśmiechnął się nieśmiało do zbliżającej się do niego Sofii, wstał z krzesła i otworzył im drzwi.

Gdy pielęgniarze weszli do sali, strażnik zamknął drzwi na klucz.

Od trzech miesięcy w strzeżonym pomieszczeniu leżał podejrzany o morderstwo Danilo Peña. Mattias nie wiedział o pacjencie nic ponad to, co przeczytał w internecie, mianowicie, że był zamieszany w tak zwaną aferę policyjną oraz że podejrzewano go o kilka morderstw, w większości młodych dziewczyn z Tajlandii. Wybrany do opieki nad nim personel otrzymał dokładne wytyczne co do kontaktu z pacjentem, a wśród nich zalecenie, by w pomieszczeniu zawsze przebywała więcej niż jedna osoba.

– Zapomniałeś zgasić światło? – zapytała Sofia, zauważywszy przy łóżku zapaloną lampkę.

– Nie – odparł jej kolega. – Nie sądzę.

– Pamiętaj, żeby zawsze je gasić. W pokoju ma być ciemno, gdy nas tu nie ma.

– Przepraszam – powiedział Mattias, mimo że wiedział, iż to nie on zapomniał zgasić lampę.

Pomieszczenie było niewielkie. Poza wyposażeniem medycznym znajdowały się w nim tylko łóżko, stolik nocny i krzesło.

Sofia wyciągnęła małą szklaną buteleczkę i ostrożnie nią wstrząsnęła, po czym napełniła cieczą strzykawkę.

– A tak w ogóle to słyszałeś, że się wczoraj na chwilę obudził? – zapytała.

– Żartujesz?

– No pewnie. – Sofia się uśmiechnęła.

– Próbujesz mnie przestraszyć?

– Nie, ale chciałabym, żebyś był tu szczególnie uważny. Żadnych zapalonych lamp w sali, gdy nas tu nie ma.

Pacjent leżał spokojnie na plecach, z zamkniętymi oczami i rękami schowanymi pod kołdrą. Oddychał powoli, klatka piersiowa nieznacznie się unosiła.

Mattias przystanął w pewnej odległości od łóżka, choć wiedział, że pacjent mocno śpi.

– Co z tobą? Przecież to tylko żart – powiedziała Sofia, widząc jego podenerwowanie. – Odkąd tu przebywa, nie pojawił się żaden znak, że może się obudzić. Praktycznie się nie rusza, leży tak za każdym razem, gdy wchodzimy do sali.

– Któregoś dnia jednak się obudzi, i to raczej szybciej niż później, nie?

– Lepiej się uspokój. – Sofia westchnęła.

– Ale serio, co będzie, jak się obudzi?

– Nie obudzi się.

Sofia podeszła do łóżka i cichym głosem powiedziała pacjentowi, że już czas na kolejny zastrzyk.

– Dlaczego w takim razie z nim rozmawiasz, przecież cię nie słyszy?

– Sama nie wiem, pewnie z przyzwyczajenia.

W lewej dłoni trzymała strzykawkę, prawą odchyliła koc.

– Pomożesz? – rzuciła.

Mattias podszedł do łóżka, stanął przy niej i przemył miejsce wkłucia spirytusem. Przejechał wacikiem w górę i w dół po zwiotczałej skórze na przedramieniu. Przeszło mu przez myśl, że Danilo Peña jest taki chudy. Prawdopodobnie podczas pobytu w szpitalu stracił sporo masy ciała.

Mattias okrążył łóżko, wyrzucił wacik do kosza na śmieci i spojrzał na Sofię, która właśnie przykładała igłę do przedramienia pacjenta.

– Śpij słodko – powiedziała pielęgniarka.

W tym samym momencie ręka Danila drgnęła. Sofia natychmiast zrobiła krok w tył i upuściła strzykawkę, a ta potoczyła się pod łóżko.

– Obudził się? – zapytał Mattias, stojący już prawie przy drzwiach.

– Nie. Ma zamglone oczy, niestabilny wzrok. Nadal śpi. Ale nie spodziewałam się, że… To znaczy, po prostu się zdziwiłam.

Pochyliła się, by podnieść strzykawkę. Wsunęła rękę głęboko pod łóżko, ale nie mogła jej dosięgnąć.

– Jest po twojej stronie, mógłbyś ją podnieść, a ja w tym czasie przygotuję nową?

Mattias spojrzał z niepokojem na pacjenta, po czym się pochylił. Sięgając pod łóżko, widział stopy i nogi Sofii.

Strzykawka leżała daleko pod ścianą. Plakietka z nazwiskiem i długopisy w kieszeni wbijały mu się w pierś, gdy wczołgiwał się pod łóżko.

W tym momencie usłyszał nad sobą jakiś łomot. Wytężył wzrok, ale nie widział już nóg Sofii.

– Sofia? – zawołał, wyczołgując się spod łóżka ze strzykawką w zaciśniętej dłoni.

Adrenalina błyskawicznie wystrzeliła w jego żyłach, gdy zauważył zwiniętą kołdrę na pustym łóżku.

Na krześle obok wpółleżała Sofia.

Ręce zwisały jej po bokach. Oczy miała zamknięte.

Mattias gapił się na nią, serce mu waliło jak młotem, w uszach huczało. Dopiero teraz dotarło do niego, że powinien wdusić przycisk alarmu i wezwać pomoc albo zawołać strażnika, ale jego ciało zamarło.

Zrobił krok do tyłu, odwrócił się powoli i w tym samym momencie zobaczył pacjenta stojącego tuż za nim, w odległości zaledwie dwóch kroków, z zaciśniętymi pięściami i mrocznym wzrokiem.

Mattias jeszcze mocniej ścisnął strzykawkę w dłoni, podnosząc ją wolno do góry, tak jakby się chciał obronić.

– Nawet o tym nie myśl – powiedział cichym głosem Danilo i zrobił dwa kroki w jego stronę.

Mattias zamachnął się, ale jego ruchy były zbyt wolne i całkiem przewidywalne. Danilo złapał jego rękę i ją wykręcił. Strasznie zabolało.

– Czego chcesz? – jęknął Mattias. – Powiedz tylko, czego chcesz, mogę ci pomóc…

Ból w ręce sprawił, że zamilkł. Nie mógł już dłużej wytrzymać, strzykawka wypadła mu z dłoni i potoczyła się po podłodze.

– Rozbieraj się.

– Co?

– Rozbieraj się.

– Dobra, dobra – powiedział Mattias, ale nie ruszył się z miejsca.

Stał niczym sparaliżowany, całkowicie niezdolny do ruchu. Dopiero gdy Danilo ponowił rozkaz, przeciągnął białą bluzę przez głowę. Z kieszeni wypadł mu długopis.

– Spodnie też.

Mattias spojrzał na drzwi.

– Czego nie kapujesz? Szybko!

Uderzenie nastąpiło tak nagle, że nawet nie zdążył zareagować. Dotknął dłonią ust i poczuł ciepłą krew na palcach.

Danilo się pochylił i podniósł strzykawkę.

– Proszę cię – powiedział Mattias. – Zrobię, co tylko chcesz…

– Spodnie.

Pielęgniarz szybko rozpiął białe spodnie i spuścił je do kolan. Próbował wyciągnąć nogę z nogawki, ale białe trampki utknęły w materiale, stracił równowagę i runął na bok. Lądując na podłodze, poczuł ból w biodrze, mimo to nadal szarpał nogawkę.

W końcu ściągnął obuwie, a potem spodnie. Poczuł gęsią skórkę na nogach. Przyszedł mu do głowy syn Vincent, któremu zawsze długo schodziło z rozbieraniem się. Musiał go poganiać, gdy była pora na kąpiel albo gdy miał się kłaść spać. Teraz obiecał sobie, że już nigdy więcej tego nie zrobi. Nigdy więcej, pomyślał z zaciśniętym od zbierającego się płaczu gardłem.

– Zapomniałeś o skarpetkach! Dawaj!

Mattias przełknął ślinę, ściągnął skarpetki i spojrzał na Danila.

– Mam rodzinę, syna…

– Wstawaj – powiedział Danilo. – Idź w stronę łóżka.

Mattias ruszył, potykając się. Szedł krok za krokiem, oddychając ciężko i drżąc na całym ciele.

– Co teraz?

– Kładź się – syknął Danilo.

– Do łóżka?

– Do łóżka.

Przyłożył głowę do poduszki. Nadal czuł jej ciepło. Było mu niewygodnie, ale nie miał odwagi się ruszyć.

Danilo się pochylił, podniósł z podłogi bluzę i wciągnął ją przez głowę. Spodnie były luźne w pasie. Po chwili odwrócił się w stronę Mattiasa. Odchylił kołdrę i przytrzymał igłę strzykawki nad jego nagą piersią, centymetr nad sercem.

– Czas na twój zastrzyk – powiedział z uśmiechem na twarzy.

Mattias spojrzał na cieniutką igłę. Potem wszystko poszło tak szybko, że nawet nie zdążył zareagować. Coś ukłuło go w pierś, jakby ugryzł go jakiś owad. Poczuł, jak zimne wiosenne wody powodziowe rozlewają się w jego krwi.

Czerwona plama wokół ukłucia rosła, zabarwiając białą pościel.

Powinien się bać, ale nic nie czuł. Jedyne, co mógł robić, to obserwować.

Danilo coś powiedział, ale jego słowa zabrzmiały tak, jakby dobiegały z tunelu. Mattias widział, jak poprawił białą koszulkę, podniósł długopis leżący na podłodze i włożył go do kieszeni na piersi, po czym przeglądnął się w lustrze i przejechał dłonią po ciemnych włosach. Potem ponownie się odwrócił w stronę Mattiasa.

– Śpij słodko – powiedział.

Zaraz potem ruszył w stronę drzwi. Mattias usłyszał przekręcany klucz w zamku, otwarcie i zamknięcie drzwi.

Jego ostatnią myślą było, że to nie dzieje się naprawdę.

Nagle poczuł, że nadchodzi. Cisza.

Potem chłód. Od stóp i dłoni. Wolno przez nogi, ręce i głowę, aż do serca.

Na końcu przyszła ciemność.

2

Numer zastrzeżony.

Jana Berzelius westchnęła, odrzuciła połączenie i odłożyła telefon na biurko ekranem w dół. Bardzo rzadko, praktycznie nigdy, nie odbierała numerów zastrzeżonych, a poza tym teraz nie chciała, by jej przeszkadzano.

Opuściła budynek Szwedzkiego Radia, zeszła ulicą w dół przez most Järnbron, zabrała z mieszkania aktówkę i samochodem dotarła do prokuratury.

Teraz podwinęła lewy rękaw marynarki, rzuciła wzrokiem na ekran komputera i położyła palce na klawiaturze.

W tym momencie telefon zadzwonił ponownie.

Spojrzała na wyświetlacz i znów zobaczyła informację, że numer jest zastrzeżony.

Nagle ktoś zastukał w szklane drzwi. Podniosła wzrok i ujrzała za nimi swojego kolegę, uśmiechniętego Pera Åströma. Machał do niej całą ręką.

Lubiła jego obecność i od czasu do czasu jedli razem obiad. Per był w sumie jej jedynym społecznym kontaktem, na który sobie pozwalała. Nie należała do towarzyskich osób, nie lubiła spotykać się z innymi. Rozmowa miała dla niej niemal wyłącznie funkcję służbową. Na sali sądowej prowadziła długie monologi i przedstawiała dowody, ale prywatne rozmowy zawsze stanowiły dla niej wyzwanie. W dodatku takie, które wcale jej nie interesowało. Życie osobiste chciała zachować dla siebie.

Per zapukał ponownie. Bezgłośnie zapytał, czy może wejść do środka.

Spojrzała na dzwoniący telefon i na Pera stojącego za drzwiami. Jeśli go wpuści, to przepadnie jej sporo cennego czasu pracy – i tak straciła już cały poranek w studiu radiowym. Poza tym Per rzadko trzymał się krótkiej wersji, nawet gdy spoglądała na zegarek, nic sobie z tego nie robił, tak jakby nie rozumiał, że ma ważniejsze sprawy na głowie.

Wybór był zatem prosty.

Podniosła wzrok i pokręciła głową, co nieco go zdziwiło. Potem przekręciła się o pół obrotu na krześle i odebrawszy połączenie, przyłożyła telefon do ucha.

– Dzień dobry, tu ordynator Alexander Eliasson. – Głos lekarza był dziwnie spokojny. – Czy nie przeszkadzam?

Jana zmarszczyła czoło.

– O co chodzi? – zapytała.

– Przykro mi, że dzwonię tak nagle, ale… Chciałbym, żeby przyjechała pani do szpitala.

– Po co?

– W nocy do domu pani rodziców w Lindö wezwano karetkę i…

– Jak on się czuje?

– Obawiam się, że…

– Mój ojciec, jak on się czuje?

– Nie chodzi o pani ojca.

– Przepraszam, myślałam, że…

Zrobiła głęboki wdech.

– Próbowałem się z nim skontaktować przed południem – powiedział ordynator. – Jesteśmy przyjaciółmi od lat, rozumie pani.

– Ojciec ma obecnie problemy z komunikacją – wyjaśniła Jana.

– Tak, wiem, jestem bardzo zatroskany tym, co mu się przydarzyło.

– Co sobie zrobił.

Jana wyjrzała przez okno, zobaczyła ptaki podrywające się z dachu do lotu.

– W jakiej sprawie pan dzwoni? – zapytała.

– Obawiam się, że karetka nie zdążyła na czas.

Minęło kilka sekund, zanim zrozumiała, o czym mówi.

– Moja matka – powiedziała cichym głosem.

– Tak – przytaknął ordynator. – Bardzo mi przykro, ale… Margaretha nie żyje.

***

Słońce przebiło się przez gęste chmury i nagie drzewa rzucały teraz wąskie cienie na asfaltową drogę. Komisarz Henrik Levin skręcił, zatrzymał się na miejscu parkingowym przy stojącym obok volvie i odczekał chwilę z ręką na kierownicy. Dostrzegł policyjne radiowozy, które wskazywały na to, że technicy kryminalni już przyjechali.

Policja przeczesała cały teren i zebrała wszystkie nagrania z pobliskich kamer drogowych. Poszukiwania Danila Peñi ruszyły na całego.

– Halo! Będziesz tak siedział cały dzień?

Mia Bolander otworzyła drzwi po stronie pasażera i rzuciła mu zmęczone spojrzenie. Henrik zgasił silnik, wysiadł z samochodu i ruszył za nią w stronę głównego wejścia.

Cały czas rozglądał się wokoło. Zignorował gapiów przyglądających się ich pracy, ostre niebieskie światło odbijające się od ścian budynków, umundurowanych policjantów stojących po obu stronach obrotowych drzwi. Jego wzrok zatrzymał się na dużym parkingu, a potem przesunął do niewielkiego zagajnika pomiędzy skałami, tak jakby próbował tam dostrzec najmniejszy nawet ruch.

– Pewnie jest już daleko stąd – powiedziała Mia, przyglądając się Henrikowi. – Trzeba mieć niezłe jaja, żeby tak po prostu opuścić budynek głównym wyjściem.

– Jeśli właśnie tak zrobił – rzucił Henrik. – Odjechały stąd dwa autobusy, cztery taksówki, ze dwadzieścia prywatnych samochodów i karetka, ale nikt go nie widział.

– Czy drogi wyjazdowe zostały zablokowane? – zapytała Mia.

– Na to już za późno – odparł Henrik.

– A autobusy?

– Zablokowane, ale na razie nic nam to nie dało.

– Usługi transportowe?

– Bez rezultatu.

– A taksówki?

– Wszystkie sprawdzone, Kurier Taksówkowy, Taxi Norrköping, Vikbolands Taxi… Ale… Również nic.

– Jak w takim razie go złapiemy? – zapytała Mia i się uśmiechnęła.

– Zarządziliśmy już ogólnokrajowe poszukiwania. Równie dobrze jednak może być nadal na terenie szpitala.

– To raczej mało prawdopodobne – rzuciła Mia, marszcząc czoło. – A strażnik?

– Nie ma po nim ani śladu. Prawdopodobnie został porwany przez Danila.

Wprawnym ruchem podniósł plastikową taśmę policyjną, przeszedł pod nią i przytrzymał ją dla Mii, a następnie ciężkim krokiem ruszył w kierunku oddziału jedenastego.

Zmrużył oczy, oślepiony przez ostre światło reflektora padające na wejście do sali numer trzydzieści osiem. W środku pomieszczenia kucała już techniczka kryminalistyczna Anneli Lindgren. Jej biały kombinezon ochronny zaszeleścił, gdy się podniosła. Zdjęła maseczkę i skinęła im głową.

Henrik wkroczył do sali, tuż za nim weszła Mia. Obydwoje rozglądnęli się dookoła. W pomieszczeniu było ciepło. Na podłodze ktoś zostawił czerwony ślad dłoni.

– Ściągnęliśmy już odciski stóp Danila Peñi, wygląda na to, że wstał o, tutaj… – Anneli wskazała na prawą stronę łóżka. – Rzucił się na pielęgniarkę i pobił ją do nieprzytomności. Kobieta osunęła się na krzesło i tutaj też ją znaleziono.

– A drugi pielęgniarz? – zapytała Mia.

– Leżał w łóżku.

– W łóżku?

Anneli przytaknęła.

– Nagi – dodała.

Henrik włożył ręce do kieszeni i odwrócił się w stronę drzwi.

– A więc Danilo Peña zmusił Mattiasa Boheda do rozebrania się i położenia do łóżka, a następnie założył jego uniform i wyszedł z sali.

Henrik podszedł wolnym krokiem do drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Za szklanymi drzwiami w głębi korytarza zauważył personel medyczny. Przyglądali mu się z zaciekawieniem.

Od czasu do czasu zdarzało się, że policja blokowała szpital. Ostatnio osiem miesięcy temu, gdy w nowo otwartej restauracji w centrum Norrköpingu postrzelono mężczyznę. Policja natychmiast odgrodziła cały teren pogotowia ratunkowego, tak aby personel medyczny mógł w spokoju wykonywać swoje obowiązki. W tego typu wypadkach na miejscu zjawiały się zwykle dwa wozy policyjne z ośmioma mundurowymi.

Ale blokada całego oddziału nie należała do standardowych procedur.

– A więc Peña opuścił salę… – powtórzył Henrik. – Wyszedł na korytarz… I zaatakował strażnika, ale nie zostawił go na miejscu.

– Pewnie chce go użyć jako zakładnika – rzuciła Anneli. – Do tej pory nikt ich jednak nie widział.

Henrik podniósł wzrok i przejechał dłonią po brodzie.

– No więc z oddziału udaje mu się wydostać dzięki strażnikowi, ale przecież nie pokonał tak całej drogi aż do wejścia głównego…

– Nie, najprawdopodobniej użył schodów przeciwpożarowych, o, tutaj – powiedziała Anneli, wskazując na koniec korytarza.

– Zobaczmy.

Przeszli korytarzem przez cały oddział, mijając kilkanaście sal, i przystanęli przed drzwiami klatki schodowej.

– Nie zdążyliśmy jeszcze sprawdzić wind – powiedziała Anneli. – Ale popatrz tutaj.

Wskazała na framugę drzwi, na której widniał wyraźny odcisk zakrwawionego palca.

– Muszę wracać – dodała.

– Pewnie – przytaknął Henrik, nie odrywając wzroku od śladu na drzwiach.

Ostrożnie je otworzył i wolnym krokiem zszedł piętro niżej. Przystanął przy kolejnych drzwiach i przyglądał się im równie dokładnie.

Gdy miał nacisnąć klamkę, dostrzegł kolejny krwawy odcisk palca.

Powoli otworzył drzwi do oddziału dziewiątego.

W głębi korytarza ktoś oglądał jakiś program o wystroju wnętrz. Dobiegły go dźwięki muzyki oraz pojedyncze słowa prowadzącego, który, zdaje się, budował drabinę. Henrik minął siedzącą na kanapie starszą kobietę w kwiecistych spodniach patrzącą w telewizor.

Przeszedł obok kolejnych zamkniętych sal.

Na końcu korytarza zauważył uchylone drzwi do schowka.

Z telewizora dolatywał do niego odgłos uderzeń młotka. Rozejrzał się dookoła. W myślach próbował ocenić, ilu cywilów znajduje się w pobliżu, ale zdążył doliczyć tylko do kobiety w kwiecistych spodniach, gdy ze schowka dobiegł go jakiś jęk.

Wyciągnął broń i na moment wstrzymał oddech. Zaraz potem lewą ręką otworzył drzwi. Cofnął się kilka kroków z pistoletem wycelowanym prosto w ciemne pomieszczenie.

– Policja – krzyknął, ale zaraz potem opuścił broń. Serce biło mu jak oszalałe.

W schowku nie było Danila Peñi.

Był tam jedynie strażnik.

***

Jana Berzelius nie przejęła się zbytnio czerwonym światłem na ulicy Albrektsvägen i przekraczając dozwoloną prędkość, wjechała na ulicę Gamla Övägen.

Nie mogła przestać myśleć o rozmowie z ordynatorem Alexandrem Eliassonem, który poinformował ją o śmierci matki.

Ogarnęło ją uczucie odrealnienia, jej własna reakcja coraz bardziej ją zadziwiała. Matka była przecież jedną z niewielu osób, z którą łączyła ją jakaś relacja.

Ale czy była to miłość?

Nie, raczej nie.

Gdy dowiedziała się o jej śmierci, pragnęła po prostu odreagować, wykrzyczeć z siebie wszystko albo coś skopać. Zamiast tego stała w bezruchu w gabinecie, tak jakby nie chciała dopuścić do siebie bólu, pozwolić mu się w sobie zagnieździć. Chwilę później, nie mówiąc nikomu ani słowa, wyszła z budynku prokuratury, wciągnęła głęboko w płuca wiosenne powietrze i wsiadła do samochodu.

Przy głównym wejściu szpitala Vrinnevi zauważyła policyjny kordon, ale zbytnio się nad tym nie zastanawiała. Przekroczyła próg oddziału ratunkowego.

Podszedł do niej mężczyzna z wysokim czołem i jasnosiwą brodą i wyciągnął dłoń, by się przywitać.

– Dzień dobry, Alexander Eliasson, to ze mną rozmawiała pani przez telefon.

Jana również się przedstawiła.

– Byłabym wdzięczna za podanie przyczyny śmierci – dodała.

– Tak, oczywiście – odparł uprzejmie ordynator. – Margaretha zmarła na zawał serca. Mimo że karetka szybko pojawiła się na miejscu, nie udało się jej uratować. Jak pani zapewne wie, zawał serca to najczęstsza przyczyna zgonów w Szwecji.

Jana przytaknęła.

– Czy chciałaby ją pani… zobaczyć?

Jana ponownie kiwnęła głową.

Ruszyli korytarzem. Janie się nie spieszyło, mimo to chciała mieć to już za sobą. Szła kilka metrów za lekarzem. Odwracał się w jej stronę, próbując się uśmiechnąć, ale unikała jego wzroku.

– Zdaję sobie sprawę, że to dla pani trudne – powiedział. – Ale jest to ważna część procesu żałoby. Od wielu osób słyszałem już, że spotkanie ze zmarłym było swoistym uwolnieniem, przynosiło ulgę.

Jana milczała.

– Oczywiście istnieje wiele sposobów na to, co czuć, myśleć i jak reagować w obliczu tego, co czeka nas wszystkich. Zwłaszcza jeśli chodzi o naszych rodziców. Były panie sobie bliskie?

Po kolejnej nieudanej próbie rozpoczęcia rozmowy ordynator poddał się, widząc, że Jana nie ma na nią ochoty.

Jana skupiała się na stawianych krokach. Przyglądała się pyłkom kurzu fruwającym w powietrzu, tańczącym tam i z powrotem po pustym korytarzu, rozmyślała o tym, że każdy jej ruch rozsyła po ciele niewielkie, niezauważalne wręcz fale.

– Czy już wcześniej widziała pani kogoś zmarłego? – zapytał ordynator, gdy dotarli na miejsce.

Jana nadal milczała, więc lekarz tylko coś mruknął, naciskając klamkę.

Drzwi do niewielkiego pokoju wolno się otworzyły. Ordynator puścił ją przodem, czuła na sobie jego badawczy wzrok. Czego się spodziewał? Płaczu czy lęku? Czy też paniki, szlochów, błagań?

Nie patrzyła w jego stronę, przystanęła na środku, nie dając po sobie znać, co czuje.

Cały pokój był pomalowany na żółto: linoleum, ściany, kratka wentylacyjna. Mieścił stolik, dwa krzesła i obraz przedstawiający błękitne niebo nad doliną. Pomieszczenie bez wyrazu.

Sala na śmierć.

Margaretha Berzelius leżała na łóżku. Z boku, spod przykrywającego ją białego prześcieradła, wystawała drobna blada dłoń. Ścięgna odznaczały się pod skórą. Na zamkniętych oczach nie miała już okularów w cienkich oprawkach. Jej broda nieco opadała.

– Bardzo, bardzo mi przykro – powiedział ordynator, podsuwając Janie krzesło.

Prokuratorka pokręciła tylko głową.

– Czy to wszystko? – zapytała.

– Nie musi się pani spieszyć – powiedział. – Proszę dać sobie chwilę czasu.

Jana poczuła, że zaciskają się jej szczęki.

– Dziękuję – odrzekła. – Zobaczyłam już to, co miałam zobaczyć. Chciałabym już pójść.

***

Philip Engström przekręcił klucz w zamku swojego domu w Skarphagen. Wszedł do środka, zapalił światło i zaczekał, aż drzwi się za nim zatrzasną.

Z panującej wokół ciszy wywnioskował, że Liny nie ma w domu. Może jest na jakimś wykładzie? Albo siedzi w bibliotece i pisze pracę magisterską? Już nie pamiętał, czy coś o tym mówiła.

Wolno wciągnął powietrze przez nos, poczuł znajome zapachy i upuścił torbę na podłogę. Po pracy poszedł jeszcze na siłownię, popodnosił ciężary i przebiegł kilka kilometrów na bieżni. Gdy nie mógł już zrobić kolejnego kroku, poddał się, zszedł z taśmy i pojechał do domu.

Ziewnął szeroko, ściągając buty i kurtkę. Wszedł do łazienki, wycisnął z blistra tabletkę oksazepamu i popił ją łykiem wody. Następnie wyciągnął z opakowania jedną dawkę imovane, umieścił tabletkę jak najdalej na języku, by nawet nie poczuć jej smaku, i przełknął.

Problemy ze snem miał od dziesięciu lat, ale dawał sobie z tym radę dzięki lekom. Co prawda był to chemiczny sen bez głębszych faz, może nawet bez prawdziwego odpoczynku, ale przynajmniej spał.

Wycierając dłonie ręcznikiem, poczuł, że na serdecznym palcu czegoś brakuje. Podniósł rękę, spojrzał na nią i zauważył, że nie ma obrączki. Kiedy ostatnio ją miał? W pokoju socjalnym? W karetce? A może w szatni? Sam już nie pamiętał.

Do diabła!

Wszedł do sypialni, wsunął się pod kołdrę i zamknął oczy.

Trzy próby rozluźnienia się.

Cztery, pięć, sześć.

Nic z tego. Kilkukrotnie przekręcił się na łóżku, kopnięciem zrzucił kołdrę, ale zaraz potem znów się przykrył.

Kurwa!

Rozmowa z Sandrą jeszcze spotęgowała jego zdenerwowanie. Zapewne chciała dobrze. Ale gdyby nie była przyjaciółką Liny, w ogóle nie zdołałby znosić jej ciągłego ględzenia.

To ważne, by móc z kolegami z pracy przegadać różne trudne tematy. Ale w tym przypadku, co było do gadania? Nic. Absolutnie nic.

Ani z Sandrą, ani z Liną.

Bogiem a prawdą miałby ochotę porozmawiać tylko z jedną osobą. Oczywiście nie o uczuciach, ale o wszystkim innym. Z Katariną Vinston, koleżanką z pracy, która oprócz tego, że sprawiała wrażenie niezwykle sympatycznej, to jeszcze była wyjątkowo zdolną ratowniczką medyczną.

Spędzili razem wiele godzin, odbyli niezliczone rozmowy w karetce, wspólnie jedli i trenowali pomiędzy wezwaniami do nagłych przypadków. Ich służbowa relacja przerodziła się w przyjaźń.

Philip sięgnął po leżące na podłodze spodnie i mimo że leki nasenne mogły zadziałać w każdej sekundzie, wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił do niej przez Facetime. Gdy odebrała, natychmiast zmarszczył czoło. Gdzie podziała się ta piękna kobieta z ciemnymi włosami? Zamiast niej na ekranie telefonu zobaczył tylko bladą twarz z zapadniętymi policzkami.

– Kopę lat – przywitał się.

– Tydzień – odpowiedziała miękkim głosem Katarina. – Nie tak znowu długo.

– Jesteś brzydsza, niż zapamiętałem, ale i tak się cieszę, że cię widzę.

Katarina się zaśmiała.

– Pewnie wypadałoby zapytać, jak się czujesz – powiedział.

– Lepiej – odpowiedziała.

– Lepiej, to znaczy zdrowa?

– Tak, jutro rano będę w pracy.

– Ale mi się trafiło.

Koleżanka znów się zaśmiała, tym razem głośniej, w jej oczach pojawił się błysk.

– Z chęcią jednak zostałabym jeszcze jakiś czas w domu – dodała.

– Dlaczego?

– Wiesz przecież, jestem już zmęczona tą pracą. A ty nie?

– Nie, mogę ją wykonywać bez przerwy, przynajmniej dopóki będzie interesująca.

– A uważasz, że dalej jest?

– Tak. Znam wszystkich kolegów, a oni znają mnie. Dobrze się wśród nich czuję, a oni… No wiesz…

– Im dobrze z tobą?

– No właśnie.

– A to ważne?

– Cóż mogę na to odpowiedzieć? Jestem im potrzebny – powiedział Philip pewnym głosem. – Beze mnie nie daliby rady.

– A Richard Nilsson? – zapytała, patrząc na niego z zaciekawieniem.

– Co z nim?

– Dostałam zapytanie, czy nie wzięłabym jego zmiany, ale podziękowałam. Czy on też jest chory?

– Nie mam pojęcia. Albo się przeziębił, albo siedzi w domu ze starą i dzieciakami i gapi się w telewizor, nie mam pojęcia.

– A ty się zgodziłeś? – zapytała.

– Tak, wracam tam dziś na dwudziestą.

– Idziesz na dwudziestoczterogodzinną zmianę?

– To nie jest zabronione.

Patrzyła na niego długo, zanim powiedziała:

– Nie rozumiem, jak dajesz radę.

– To żaden problem – powiedział, uśmiechając się, jednak niezbyt przekonująco, bo Katarina potrząsnęła tylko głową.

– Ty nigdy nie masz żadnych problemów – stwierdziła.

– Prawda.

– Ja jednak będę miała z tobą problem, jeśli się teraz nie wyśpisz.

– Co masz na myśli?

– Że jutro o ósmej rano chciałabym zacząć pracę z wypoczętym kolegą. Zwłaszcza jeśli zamierzasz pracować dziś w nocy. Idź spać.

– Trudno usnąć, gdy na zewnątrz jest jasno.

– Przynajmniej spróbuj.

– Dobra, dobra – powiedział. – Widzimy się jutro.

Katarina się rozłączyła. Philip położył telefon na brzuchu i poczuł odrętwienie w całym ciele. Spojrzał na stojący na parapecie kwiatek, jego liście poruszały się tam i z powrotem, co wskazywało na to, że tabletki właśnie zaczęły działać.

***

Jana Berzelius już wiele razy z bliska widziała śmierć. Ale obraz bladego ciała matki na szpitalnym łóżku to co innego. Nie spodziewała się, że dotknie ją to tak mocno.

Nie interesował jej fakt, że zawał serca był najczęstszą przyczyną śmierci w Szwecji. Jedyne, o czym myślała, to to, że matki już nie ma – na zawsze. I że niespodziewanie pojawił się smutek.

Oparła łokieć o wewnętrzną stronę drzwi i uznała, że nie ma się nad czym zastanawiać. Matka nie żyła i najlepiej było powiadomić go o tym od razu. Ojciec musiał się dowiedzieć.

Wyprzedziła niewielką ciężarówkę, wjechała na rondo i skręciła w Lindövägen. Dodała gazu, by zdążyć jeszcze przed autobusem komunikacji miejskiej z czerwonymi i pomarańczowymi tylnymi kołami, który właśnie wyjeżdżał z przystanku. Kierowca zatrąbił na nią kilka razy.

Zatrzymała się przed dużym białym domem w Lindö i poczuła, że bardzo pocą jej się dłonie. Klucze zabrzęczały, gdy otwierała drzwi.

W korytarzu unosił się duszący zatęchły zapach. Na moment spanikowała, nie chciała tu być, otoczona zbutwiałym, słodkawym odorem.

Nie miała jednak wyboru.

Musiała mu powiedzieć.

Spoconymi dłońmi rozpięła płaszcz i umieściła go na mosiężnym wieszaku.

Ruszyła w stronę kuchni, zaglądając po drodze do pokoi. W domu panowała ciemność, ale promienie słoneczne przebijały się przez zasłony i tworzyły wzory na suficie.

Z głębi domu dochodził dziwny stukot.

Przystanęła i nasłuchiwała.

Znów to usłyszała. Przeciągły, ciężki odgłos. Nie kroki, raczej pociągnięcia, tak jakby ktoś powłóczył nogami.

Weszła do kuchni. Przystanęła z rękami skrzyżowanymi na piersiach i przez dłuższą chwilę przyglądała się wózkowi inwalidzkiemu.

Siedział w nim.

Mizerny, siwy i stary.

– Dzień dobry, ojcze – powiedziała.

***

Szef zespołu śledczego Gunnar Öhrn otworzył puszkę coca-coli i natychmiast upił łyk, tak jakby się bał, że bąbelki zaraz znikną. Henrik i Mia usiedli obok niego przy ścianie obok okna. Zrobiło się już popołudnie i poza nimi w pokoju socjalnym nie było żywej duszy.

– Jak mnie wkurza, że znów gonimy Danila Peñę – rzuciła Mia, popijając kawę.

– A hangar, w którym go złapaliśmy? Może tam się ukrył? – zastanawiał się Henrik.

– Nie sądzę – powiedziała Mia. – On jest co prawda jebnięty, ale nie głupi. Arkösund to z pewnością ostatnie miejsce, do którego się uda.

Gunnar westchnął.

– Powiedzcie mi, jakim cudem leżał przez trzy miesiące w farmakologicznej śpiączce, a potem tak nagle po prostu wstał? W szpitalu Vrinnevi musieli mieć naprawdę niewielkie pojęcie o jego stanie zdrowia – stwierdził. – Dlaczego on w ogóle tak długo tam leżał?

– Rozmawiałem z jednym z lekarzy – powiedział Henrik. – Po jednej z operacji doszło do nieszczelności zespolenia jelitowego.

– Co? – zdziwił się Gunnar. – Nieszczelności?

– Z jakiegoś powodu w miejscu, w którym zszyli mu jelita, zrobiły się dziury, jeśli dobrze zrozumiałem to, co mówił lekarz – wyjaśnił Henrik. – Podawano mu między innymi stesolid, czyli środek uspokajający i rozluźniający mięśnie…

– Dzięki któremu pielęgniarz Mattias Bohed nieco sobie pospał – wtrąciła Mia.

– Tak, stesolid potrafi nieźle otumanić. A wbijając igłę w klatkę piersiową, dodatkowo ryzykuje się nakłucie serca albo płuc. Bez zachowania odpowiednich środków ostrożności może to doprowadzić do śmierci.

– W takim razie Mattias Bohed miał szczęście – stwierdził Gunnar. – A co powiedział strażnik?

– Nic, co by nam w jakikolwiek sposób pomogło – odparł Henrik.

Anneli Lindgren weszła do pokoju i kiwnęła głową w ich stronę.

– Zebranie tutaj? – zapytała.

– Raczej nieformalne – wyjaśnił Henrik.

Anneli wyciągnęła kubek z szafki i nalała sobie ciepłej wody. Gunnar ignorował ją, zachowywał się tak, jakby jego była partnerka nie przekroczyła progu pokoju socjalnego.

– Jak on ma na imię? Anders? – zapytał.

– Andreas – poprawił go Henrik.

– Przepraszam, nie…

Gunnar upił trzy duże łyki coca-coli. Odczekał, aż Anneli opuści pomieszczenie.

– No więc, na czym stanęliśmy? – zapytał, gdy jej kroki ucichły na korytarzu.

– Strażnik nazywa się Andreas Hedberg, ma czterdzieści dwa lata – powiedział Henrik. – Żółtodziób, na tym stanowisku dopiero od niedawna.

– I po tym zdarzeniu zapewne już nie wróci na nie – stwierdziła Mia.

– Pewnie nie – przytaknął Henrik. – Przesłuchamy go po południu.

– Powinniśmy podać jakieś nazwiska? – zapytał Gunnar. – Zakładam, że media już podchwyciły tę wiadomość. Nie da się zablokować wejścia do szpitala Vrinnevi, nie zwracając na siebie uwagi.

Henrik zmarszczył brwi.

– Co masz na myśli? – zapytał.

– Zakładamy, że Danilo powinien być uznany za niebezpiecznego…

– Przecież już go ścigaliśmy, w związku z aferą policyjną – przypomniał Henrik z zasępioną miną. – Czy nie wyjdziemy na kompletne niedorajdy, jeśli znów upublicznimy jego zdjęcie i nazwisko?

– Racja, ale czy mamy jakiś wybór? – zapytała Mia. – Jak myślisz, jak długo uda nam się ukryć, że to właśnie Danilo Peña zwiał ze strzeżonej sali w szpitalu? Jeśli cokolwiek wydarzy się podczas tej jego, powiedzmy, przepustki, to skończy się to dla nas tylko cholernymi problemami. Nie wystarczy nam to, co już mamy?

– Mia ma rację – powiedział Gunnar, odstawiając pustą puszkę na blat. – Mimo to uważam, że powinniśmy zrobić tak, jak mówi Henrik, i jeszcze przez jakiś czas próbować załatwić to po cichu.

– No i dobrze – podsumował Henrik. – Musimy go złapać, zanim media się kapną, że zwiał. W ten sposób udowodnimy, że nasza nowa organizacja rzeczywiście dobrze działa.

Gunnar uśmiechnął się szeroko.

– W takim razie zbierzcie wszystkie informacje, jakie mamy o Danilu.

– Co chcesz dokładnie wiedzieć? – zapytał Henrik.

– Wszystko. Jak zwykle.

3

Philip Engström wpatrywał się w sufit. Rozmyślał o przedziwnym śnie, z którego się właśnie wybudził. W muzeum przyglądał się ubranemu na biało mężczyźnie stojącemu bez ruchu w szklanej klatce. Nieprzyjemnie dziwne było to, że wyglądał tak samo jak on.

Zamrugał i skupił wzrok na lampie na suficie. Gdy w końcu zobaczył ją wyraźnie, przeciągnął się, podniósł telefon z nocnego stolika i zauważył, że zegar wskazuje piątą po południu. Na ekranie widniał też esemes od Liny. Szybko go przeczytał i podniósł się z łóżka.

Ruszył w stronę kuchni, powoli zakładając sweter. Drzwi do lodówki jak zwykle się przyblokowały i musiał je pociągnąć obiema rękami. Przesunął wzrokiem od masła do butelki z keczupem i kiszonych ogórków.

Gdy sprawdzał na mleku datę przydatności do spożycia, dobiegł go głos Liny:

– Halo? Kochanie, jesteś w domu?

Nie miał siły odpowiadać. Usłyszał, jak drzwi się zamykają, wypił trzy łyki mleka i odstawił karton do lodówki. Przystanął przy stole. Lina weszła do kuchni.

– O, już wstałeś – powiedziała. – Dobrze spałeś?

– Tak – wymamrotał.

Pogładziła go po ramieniu, lekko pocałowała w policzek i postawiła plastikową reklamówkę na stole.

– Kupiłam nam obiad. Tajski.

– O.

– Czerwone curry.

– Świętujemy coś? – zapytał niemrawo.

– Nie, po prostu nie mam ochoty marnować czasu na gotowanie. Pomyślałam, że moglibyśmy go spożytkować w inny sposób.

Philip poczuł jej dłoń na przedramieniu. Spojrzał na nią. Przesyłała mu prostą wiadomość składającą się z trzech słów: wieczór dla nas.

Oznaczało to, że prześpią się ze sobą raz lub dwa. Przed trzema laty, gdy wzięli ślub, gruntownie się przebadali, czy mogą mieć dzieci. Okazało się, że nie ma ku temu żadnych medycznych przeszkód. Potrzebowali po prostu trochę czasu i spokoju.

Do tej pory im się nie udało, ale Lina opracowała schemat współżycia bazujący na jej jajeczkowaniu. Pomiędzy trzema dniami przed i jednym, dwóch dniach po nim mieli największą szansę na to, by zaszła w ciążę.

Dziś wypadały dokładnie trzy dni przed i według kalendarza powinni uprawiać seks. Nie z pożądania. Tak teraz wyglądało ich życie.

– Musimy – powiedziała.

– Wiem – przytaknął. Nie chciał jednak myśleć o schemacie, nie dziś, a przede wszystkim nie teraz. Miał nadzieję, że wymuszony uśmiech go nie zdradzi, jednak tak się nie stało.

– Nie chcesz?

– Chcę.

– Jesteś pewien?

– Tak! – powiedział dużo głośniej, niż zamierzał.

Drgnęła, ale nawet na niego nie spojrzała. Otworzyła reklamówkę i wpatrywała się w parujące jeszcze jednorazowe opakowanie z jedzeniem.

– Lina… – zaczął. – Przepraszam.

– W porządku – powiedziała zawiedziona, wzruszając jednocześnie ramionami. Wyciągnęła jedną porcję z reklamówki.

Śledził wzrokiem jej ruchy. Nagle poczuł, że kręci mu się w głowie, i gdy zobaczył jej dłonie podwójnie, na chwilę zamknął oczy. Gdy je otworzył, zauważył, że przygląda mu się zdziwiona.

– Najlepiej będzie, jak coś zjemy – rzuciła krótko, wyciągając drugie opakowanie z reklamówki.

Tym razem to on spróbował ją powstrzymać.

– Lina, ale może… – zaczął.

Pokręciła tylko głową, tak energicznie, że jasnobrązowe kosmyki włosów spadły jej na oczy. Podszedł do niej, podciągnął jej brodę do góry i pocałował ją w usta. Tak przelotnie. Przejechał potem dłonią po jej policzku i karku. Spojrzał na nią, uśmiechając się, wiedział, że jest tylko jeden sposób na to, by ją teraz uszczęśliwić.

Przycisnął usta do jej warg i tym razem odwzajemniła pocałunek. Jego dłonie przesuwały się po jej plecach, pod ubraniem, pieszcząc delikatne piersi, i w dół, w kierunku majtek.

Równie dobrze mogli uprawiać seks tutaj na stole, stojąc, oparci o ścianę lub na kuchennej podłodze. Dla niego nie miało to znaczenia, wiedział, że dla niej też nie. Byle tylko to zrobić.

Poczuł niecierpliwe dłonie Liny na swetrze. Jej oddech przyspieszył, oddychała ciężko przez nos. Przycisnął ją do ściany, poczuł, jak cała drży, i znów ją pocałował.

– Chodź – szepnął i wyciągnął dłoń.

– Nie jemy teraz? – zapytała, chwytając go za rękę.

– Zaczniemy od deseru.

***

Jana Berzelius stała w kuchni w domu w Lindö i przyglądała się ojcu i jego pielęgniarce. Ojciec niepewnie trzymał widelec i w pełni skoncentrowany kierował go w stronę ust. Zdawało się, że jego ręka żyje własnym życiem – jedzenie trafiało zarówno na policzek, jak i na brodę.

Matka co prawda wspominała, że posiłki zajmują teraz sporo czasu i że ostatnio ojciec zaczął jeść sam, ale Jana nie przypuszczała, że kiedykolwiek zobaczy go jedzącego jak dziecko, ze śliniakiem pod brodą i kawałkami jedzenia wokół ust.

Kolejny kęs spadł mu z widelca, zniżył ponownie dłoń, by nabić następny kawałek, ale pielęgniarka go powstrzymała. Uśmiechnęła się, wzięła od niego sztuciec i nałożyła na niego porcję purée ziemniaczanego.

– Proszę otworzyć usta – powiedziała miękko.

Ojciec odmówił, przekręcił głowę i zacisnął wargi niczym przekorne dziecko. Pielęgniarka przystawiła jedzenie do jego ust.

– O tak, proszę otworzyć usta, Karl.

Jana nie miała najmniejszej ochoty przyglądać się jego walce z posiłkiem. Opuściła więc kuchnię bez słowa.

Ruszyła schodami na górę, a potem korytarzem i otworzyła drzwi do gabinetu ojca. Rzuciła okiem na półki, biurko i obrazy na ścianach.

To tu wszystko się wydarzyło.

Próbowała go powstrzymać. Powtrzymać przed zastrzeleniem się z pistoletu. Kula poleciała od dołu, po skosie, i uszkodziła lewą półkulę mózgową, co spowodowało, że nie może teraz chodzić ani porządnie się ruszać.

Weszła do środka i okrążyła biurko. Zauważyła stos dokumentów i pomyślała, że nic już nie wygląda jak dawniej. Zniknęły dyscyplina oraz porządek, to, co wyróżniało ojca przez te wszystkie lata.

Przejrzała rachunki za wodę, prąd i wywóz śmieci. Różne daty, bez ładu i składu.

Pozbawiona struktury sterta papierów.

Zaczęła układać je w uporządkowany stos, gdy nagle usłyszała chrząknięcie. Podniosła wzrok i w drzwiach zobaczyła pielęgniarkę.

– Tak? – rzuciła krótko, poirytowana jej ciekawskim spojrzeniem.

– To pani jest Jana, córka państwa Berzelius, prawda? – zapytała. – Nie zdążyłam się porządnie przywitać w kuchni. Nazywam się Elin Ronander.

– Nie chciałam przeszkadzać w posiłku – wyjaśniła Jana.

– A ja nie chciałabym pani zajmować teraz czasu, ale zastanawiam się, gdzie jest pani Margaretha?

Jana westchnęła, co nie uszło uwadze pielęgniarki.

– Przepraszam, że dopytuję – powiedziała. – Ale zawsze zostawiała na stole w kuchni karteczkę, gdy gdzieś wychodziła, jednak tym razem, gdy wróciliśmy przed południem do domu, nikogo nie zastaliśmy. Dzwoniłam, ale…

– Gdzie byliście?

– W Örebro, w centrum rehabilitacyjnym. Pan Karl jeździ tam od czasu do czasu.

Jana spojrzała na nią.

– Jak długo zajmuje się pani moim ojcem?

– Odkąd wrócił ze szpitala. Pani Margaretha mnie zatrudniła.

– Więc zna go pani?

– Opiekuję się nim – odparła pielęgniarka. – Za dobrze go jednak nie znam.

– I dobrze, bo potrzebna mi obiektywna opinia. Chciałabym się dowiedzieć, jak dokładnie ojciec się czuje i co się z nim stanie.

Na czole Elin pojawiło się kilka zmarszczek. Ściągnęła okulary i przetarła je o wełniany sweter.

– W ostatnich tygodniach zrobił spore postępy – powiedziała.

– Jak to rokuje na przyszłość?

– Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć.

Jana wzięła do ręki stos dokumentów i wyrównała je, uderzając nimi dwa razy o blat biurka.

– Wróci kiedyś do dawnej formy?

Elin westchnęła i włożyła okulary na nos.

– Czeka go długa i żmudna rehabilitacja, przez cały czas zauważam wyraźną poprawę. Jeszcze w zeszłym tygodniu nie był w stanie podnieść się z wózka. Dziś rano przeszedł samodzielnie parę kroków.

– Więc odpowiedź brzmi: tak.

– Proszę posłuchać, bardzo trudno coś na ten temat powiedzieć, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, niedługo będzie mógł już spacerować po ogrodzie.

– A co z mową?

– Należy ją również regularnie trenować. Każdego dnia.

– Nie mogę przychodzić tu tak często.

Jana przycisnęła dokumenty do piersi, okrążyła biurko i przeszła obok Elin.

– Stymulacja jest niezwykle ważna, jeśli chcemy, by znów nauczył się mówić – powiedziała pielęgniarka. – To ważne, by rodzina pomagała, jak tylko może.

– Jak już wspomniałam, nie mam zbyt wielu możliwości – odparła Jana.

– W takim razie to zadanie przypadnie pani Margarecie. Mój kontrakt obejmuje jeszcze tylko dwa miesiące.

Jana przystanęła, nadal plecami do pielęgniarki.

– Przypilnuję, żeby pani kontrakt został przedłużony, jeśli tylko weźmie pani pełną odpowiedzialność za proces rehabilitacji. Co pani na to?

– Chętnie.

– Dobrze – przytaknęła Jana. – W takim razie jeszcze jedna sprawa.

– Tak?

– Proszę przekazać ojcu, że jego żona nie żyje.

***

Anneli Lindgren stała na klatce schodowej. Uniosła rękę, by zapukać do drzwi. To dziwne tkwić tak, jak ktoś zupełnie obcy, przed wejściem do własnego mieszkania. Rozpięła kurtkę i przejechała dłonią po białej koszuli w nadziei, że choć trochę rozprostuje wgniecenia powstałe w ciągu dnia.

Gunnar otworzył, ale nawet na nią nie spojrzał. Znowu.

– Wszystko jest w sypialni – powiedział i wrócił do kuchni, zostawiając otwarte drzwi.

Anneli poczuła zapach smażeniny dochodzący z pustej patelni na kuchence. Na stole dostrzegła słoik z borówką brusznicą i dwa talerze z resztkami jedzenia.

– Nie używasz wyciągu? – zapytała.

– Wyszło sześć kartonów – powiedział, zakręcając słoik z brusznicą. – Stoją tuż przy drzwiach.

– Adam wie, że przyszłam?

– Adam! – zawołał na cały głos Gunnar.

– Teraz już na pewno wie – odparła Anneli i uśmiechnęła się, by rozładować nieco napiętą atmosferę.

Gunnar nie zareagował, nawet się nie odezwał. Poczuła, że się rumieni, i przestąpiła z nogi na nogę.

– W takim razie nie ma na co czekać – powiedziała.

– Dokładnie tak – stwierdził Gunnar.

Anneli ruszyła w stronę sypialni. Mieszkanie wyglądało na nieposprzątane. W łazience kapała woda z kranu. Na podłodze w salonie leżał pilot od telewizora i baterie do niego.

Przy garderobie zobaczyła ustawione jeden na drugim kartony. Cztery w jednej kolumnie i dwa w kolejnej. Pierwszy, wypełniony zapewne ubraniami, nie ważył za wiele. Drugi był o wiele cięższy i aż się zadyszała, taszcząc go do samochodu.

Właściwie to wcale ich nie chciała. Ich zawartość była dla niej obca i bezwartościowa.

Przystanęła, żeby złapać oddech, oparła rękę o chłodną szybę samochodu, zamknęła oczy i poczuła, jak zimno rozchodzi się po palcach.

W głębi duszy słyszała powtarzający się zarzut: To twoja wina! To wszystko twoja wina!

Sama prawda.

To jej cholerna wina, że została zmuszona do wyprowadzki ze wspólnego mieszkania, które dopiero co kupili pół roku temu.

Miała nadzieję, że bez problemu znajdzie nowe lokum, ale rynek mieszkaniowy się zmienił. Spółdzielni było niewiele, a kolejki do nich, jak nigdy wcześniej, coraz dłuższe.

Ostatnie, na co miała ochotę, to zadzwonić do matki i poprosić, czy mogłaby się u niej zatrzymać na jakiś czas. Nie był to, co prawda, pierwszy raz. Ale wtedy miała dwadzieścia, dwadzieścia dwa lata.

A teraz pięćdziesiąt cztery.

Gdy zapakowała już wszystkie kartony do samochodu, Adam czekał na nią w korytarzu.

Jego twarz pokrywał trądzik, prawe oko zasłaniała rozdzielona na boki przedziałkiem grzywka. Na szyi zawiesił białe słuchawki, w ręku trzymał komórkę.

– Gotowy? – zapytała.

– Tak – rzucił znudzonym głosem i przeszedł obok niej.

– Do widzenia – zawołała w głąb mieszkania, ale w odpowiedzi usłyszała tylko ciszę.

Zeszła po schodach, przystanęła. Może powinna wrócić i coś jeszcze powiedzieć, wyjaśnić, że w sumie wcale nie było to sprawiedliwe, że to jest również jej dom i że ma prawo w nim zostać.

Chciała spróbować od nowa, zapomnieć o skoku w bok i żyć dalej.

– Mamo?

Wołanie Adama odbijało się echem na klatce schodowej. Stał kilka stopni niżej, ściągnął jedną słuchawkę z ucha i przyglądał się jej z zaciekawieniem.

– Idziesz?

– Tak, idę.

Westchnęła, rzuciła ostatnie spojrzenie na drzwi, które nie prowadziły już do jej domu, i ruszyła w dół schodów.

***

Jana Berzelius przeszła przez ulicę i zanurzyła się w wąskie uliczki na Knäppingsborgu. Witryny sklepików były wypełnione ręcznikami, poduszkami i doniczkami z motywami gałęzi i liści. We wszystkich odcieniach niebieskiego i zielonego.

Po powrocie do domu zdjęła kurtkę i odwiesiła ją na wieszak, wyciągnęła komórkę i weszła do sypialni. Per Åström zostawił jej wiadomość głosową, ale nie zamierzała jej odsłuchiwać. Pewnie był ciekawy, dlaczego w takim pośpiechu opuściła dziś biuro. Nie miała ochoty mu się tłumaczyć, śmierć matki to jej prywatna sprawa.

Rzuciła telefon na łóżko, rozebrała się do bielizny i założyła szlafrok.

Zamierzała podgrzać pomidorówkę, ale w sumie wcale nie była głodna. Zamiast tego wyciągnęła butelkę białego wina z Bordeaux i nalała je do połowy wysokości kieliszka.

Po dwóch łykach przyłożyła zimne szkło do czoła. Chciała się nieco schłodzić i pozbyć z głowy myśli, które znów nie dawały jej spokoju. Przepełniała ją złość, która w normalnych warunkach czyniła ją silną i niezwyciężoną, tym razem jednak czuła się słaba. Śmierć matki przywiodła jej na myśl śmierć innej kobiety.

Jana odsunęła kieliszek od czoła i spojrzała w niego. Przyglądała się okręgom na powierzchni wina powstałym na skutek drżenia jej dłoni. Upiła jeszcze łyk, starając się uspokoić głowę i powstrzymać przywołany z pamięci obraz mamy.

Jej biologicznej mamy.

Nie chciała o niej myśleć, nie zaprzątała sobie nią głowy od wielu lat. Teraz nie mogła się jednak powstrzymać.

Przyłożyła kieliszek do ust i prawie nie zauważyła, kiedy przełknęła kolejny łyk. Pochłonęły ją wspomnienia. Znajdowała się w zatłoczonym i dusznym kontenerze w drodze przez Atlantyk. Siedziała blisko mamy, co chwilę dopytując, kiedy dopłyną na miejsce. Tata powiedział jej, żeby była cicho, tak jak wszyscy w kontenerze.

Podróżowali do nowego kraju, Szwecji, ku marzeniom o nowym, lepszym życiu.

Pamięta, jak waliło jej serce, gdy drzwi kontenera się otworzyły. Na zewnątrz stało trzech mężczyzn. Z bronią w ręku wskazali siódemkę dzieci. Nadal czuła uścisk na ramieniu, gdy odrywając ją od mamy i taty, wyciągali ją ku światłu.

To wtedy ostatni raz widziała rodziców.

Mężczyźni skierowali broń w stronę zatłoczonego i dusznego wnętrza kontenera. Nigdy nie zapomni huku wystrzałów. Najgorsza była jednak cisza, gdy mężczyźni zrobili krok w tył, przyglądając się rezultatowi swoich poczynań.

Jana ciężko przełknęła ślinę i podrapała się po karku. Przejechała palcami po wyrytych literkach tworzących na skórze imię Ker.

Może popełniła błąd, grzebiąc w przeszłości. Może byłoby lepiej, gdyby sobie odpuściła.

Przez wiele lat zbierała informacje. Zapełniała notes za notesem, zapisując i szkicując wszystko, co pamiętała ze snów i koszmarów. Powstał z tego przerażający obraz jej dzieciństwa.

Wytrenowano ją na dziecięcego żołnierza, mordercę na zlecenie, którego jedynym celem w życiu było zabijanie.

Matka nigdy się o niczym nie dowiedziała, ale ojciec zdawał sobie ze wszystkiego sprawę.

By chronić własne interesy, odszukał miejsce, w którym przechowywała notesy i zapiski, i ukrył je przed nią.

Kto teraz trzyma nad nimi pieczę, gdy ojciec jest chory? Skąd wiadomo, że nie wpadły w niepowołane ręce i nie zaszkodzą zarówno jemu, jak i jej?

Kto? – pomyślała Jana, upijając kolejny łyk wina.

***

Henrik Levin ostrożnie zamknął drzwi wejściowe. Ściągnął kurtkę i wszedł do kuchni. Z sypialni na piętrze dochodził krzyk Vilgota oraz miękki głos Emmy. Uspokajała go, tłumacząc, że czas już spać.

Henrik uśmiechnął się pod nosem, wszedł po schodach na górę, ostrożnie zajrzał do sypialni i zobaczył Emmę z Vilgotem na rękach. Miała bladą twarz, a jej włosy, zwykle związane w duży kok na czubku głowy, tym razem były rozpuszczone. Bez słowa ruszył do pokoju Felixa, pogłaskał syna po głowie i życzył mu dobrej nocy. Potem zajrzał do Vilmy i nadepnął na pozostawiony na podłodze klocek lego.

– Kurwa – wyrwało mu się.

– Tato, przekląłeś.

– Nie śpisz jeszcze? – zapytał, pochylając się nad łóżkiem.

– Powiedziałeś kurwa. – Vilma patrzyła na niego ogromnymi oczami, mrugając.

– Nie mów tak.

– Ale przecież tak powiedziałeś.

– Nie powinno się używać brzydkich słów.

– Dlaczego więc tak powiedziałeś?

– Bo zabolała mnie stopa.

– A nie mówi się wtedy auć?

– Racja, ale czasem, gdy człowiek się uderzy albo jest zły lub zmęczony, to zdarza się, że przeklnie.

– Dlaczego?

– Dlatego. A teraz, mała ciekawska pannico, czas spać.

Henrik podciągnął kołdrę pod brodę córki i pocałował ją w czoło. Ostrożnie zamknął za sobą drzwi.

Gdy wszedł do sypialni, Emma odwróciła się w jego stronę.

Przytulili się, z Vilgotem pomiędzy sobą.

– Cześć – przywitał się Henrik. – Ale ładnie wyglądasz.

– Dzięki – szepnęła Emma.

Henrik ostrożnie położył dłoń na główce Vilgota.