Dzieci prawdy i zemsty - Tomi Adeyemi - ebook

Dzieci prawdy i zemsty ebook

Tomi Adeyemi

4,0

Opis

MAGIA POWRÓCIŁA DO ORISZY, ALE TO NIE KONIEC WALKI O WŁADZĘ. WOJNA DOPIERO SIĘ ZACZĘŁA!

Zélie i zbuntowana księżniczka Amari zdołały przywrócić magię w krainie Oriszy. Nie przewidziały jednak, że rytuał obudzi uśpione moce nie tylko w magach… Teraz w kraju dochodzi do zabójstw arystokratów, a w odwecie armia urządza polowania na całe wioski. Nad królestwem zawisa widmo wojny domowej.

Czy Zélie znajdzie sposób, by pojednać skłócone strony i utorować Amari drogę do tronu? Od tego zależy ocalenie Oriszy i jej mieszkańców. Jeśli znów wybuchnie wojna, królestwo upadnie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 453

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Tytuł oryginałuChildren of Virtue and Vengeance
Projekt okładki i typografiiRICH DEAS, MALLORY GRIGG, KATHLEEN BREITENFELD
Ilustracja na okładceSARAH JONES
Projekt mapyKEITH THOMPSON
Koordynacja projektuSYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK
RedakcjaANNA JACKOWSKA
KorektaIWONA HUCHLA
Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Copyright © 2019 by Tomi Adeyemi Books Inc. All rights reserved.
Polish translation © Łukasz Witczak MMXX
Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-6028-7
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

Tobiemu i Toniemu.

Kocham Was bardziej, niż potrafią wyrazić słowa

IKÚ

MAGOWIE ŻYCIA I ŚMIERCI

TYTUŁ: ŻNIWIARZ, ŻNIWIARKA

BÓSTWO: OJA

ÈMÍ

MAGOWIE UMYSŁU, DUCHA I SNÓW

TYTUŁ: KONEKTOR, KONEKTORKA

BÓSTWO: ORÍ

OMI

MAGOWIE WODY

TYTUŁ: FALUN, FALUNKA

BÓSTWO: JEMO.DŻA

INÁ

MAGOWIE OGNIA

TYTUŁ: OGNIARZ, OGNIARKA

BÓSTWO: SÀNGÓ

AFÉFÉ

MAGOWIE POWIETRZA

TYTUŁ: TAJFUN, TAJFUNKA

BÓSTWO: AJAO

AIJE

MAGOWIE ZIEMI I ŻELAZA

TYTUŁ: ZIEMIOWIEC, ZIEMIARKA + SPAJACZ, SPAJACZKA

BÓSTWO: ÒGÚN

ÌMÓLÈ

MAGOWIE ŚWIATŁA I CIEMNOŚCI

TYTUŁ: ŚWIETLARZ, ŚWIETLARKA

BÓSTWO: OSZUMARE

ÌWÒSÀN

MAGOWIE ZDROWIA I CHOROBY

TYTUŁ: UZDROWICIEL, UZDROWICIELKA + KANCER, KANCERKA

BÓSTWO: BABALÚAJÉ

ARÍRAN

MAGOWIE CZASU

TYTUŁ: JASNOWIDZ, JASNOWIDZKA

BÓSTWO: ORÚNMILA

E.RANKO

MAGOWIE ZWIERZĄT

TYTUŁ: POSKRAMIACZ, POSKRAMIACZKA

BÓSTWO: OXOSI

ROZDZIAŁ 1

Staram się o nim nie myśleć.

Ale kiedy mi się zdarza, słyszę fale.

Baba był ze mną, gdy usłyszałam je po raz pierwszy.

Kiedy po raz pierwszy je poczułam.

Ich szum był jak kołysanka, prowadził nas lasem ku morzu. Bryza rozwiewała mi luźno opadające kosmyki. Przez rzednące listowie sączyły się promienie słońca.

Nie wiedziałam, co tam znajdziemy. Jakie dziwy kryje w sobie ta kołysanka. Wiedziałam tylko, że muszę tam dotrzeć. To było tak, jakby w tych falach znajdował się brakujący kawałek mojej duszy.

W końcu je zobaczyliśmy, a moja drobna dłoń wyślizgnęła się z dłoni Baby. Otworzyłam usta w osłupieniu. W tej wodzie była magia. Pierwsza magia, jaką poczułam, odkąd ludzie króla zabili Mamę.

– Zélie rọra o! – zawołał Baba, gdy szłam w kierunku fal.

Wzdrygnęłam się, kiedy morska piana obmyła mi stopy. Jeziora na Ibadanie zawsze były zimne – ale ta woda była ciepła jak zapach ryżu mamy. Ciepła jak blask jej uśmiechu. Baba poszedł za mną i podniósł głowę ku niebu.

Wyglądał, jakby kosztował promieni słońca.

Potem złapał mnie za rękę; wsunął zabandażowane palce między moje i spojrzał mi w oczy. Wiedziałam w tamtej chwili, że choć Mama odeszła, wciąż mamy siebie. Możemy przetrwać.

A teraz...

Otwieram oczy i widzę zimne szare niebo; wyjący ocean uderza o skalne klify Dżimety. Nie mogę pozostać w przeszłości.

Nie mogę utrzymać ojca przy życiu.

Szykując się do pochowania ciała, wciąż myślę o rytuale, który Baba przypłacił życiem. Jego cierpienie rozsadza mi serce; myślę o ofierze, którą poniósł, aby jego córka mogła przywrócić magię.

– Już dobrze.

Mój starszy brat Tzain staje przy mnie i podaje mi rękę. Choć oliwkowa skóra twarzy porosła mu brodą, wiem, że Tzain mocno zaciska szczękę.

Chowa moją dłoń w swojej. Delikatna mżawka przechodzi w ulewny deszcz. Przenika nas okropny ziąb. Czyżby nawet bogowie nie mogli powstrzymać się od płaczu?

Przepraszam, zwracam się w duchu do Baby, żałując, że nie mogę mu tego powiedzieć osobiście. Ciągnąc za linę, którą przywiązano trumnę do skalistego brzegu Dżimety, dziwię się swojej naiwności: z jakiegoś powodu sądziłam, że pogrzeb jednego z rodziców przygotuje mnie na pochowanie drugiego. Ręce wciąż mi się trzęsą od niewypowiedzianych słów. Gardło piecze od zdławionych krzyków, które wydostają się na zewnątrz w postaci łez. Tłumiąc to wszystko w sobie, sięgam po słoik z resztką oleju pogrzebowego.

– Ostrożnie – mówi Tzain, widząc, że drżącą ręką uroniłam odrobinę.

Zdobycie odpowiedniej ilości oleju zajęło nam trzy tygodnie, więc każda kropla tej substancji jest na wagę złota. Wylewam resztkę na pochodnię, a Tzain ze łzami na policzkach zaczyna krzesać iskry. Nie marnując czasu, przygotowuję słowa ìbùkún – specjalnego błogosławieństwa, które Żniwiarka przekazuje zmarłym.

– Dar życia pochodzi od bogów – szepczę w języku joruba – i bogom trzeba go zwrócić. – Dziwnie się czuję, wypowiadając tę formułę. Jeszcze parę tygodni temu żaden Żniwiarz ani Żniwiarka nie władali magią niezbędną do wykonania ìbùkún. Tak było przez jedenaście lat. – Béèni ààyé tàbí ikú kò le yà wá. Béèni ayè tàbí òrun kò le sin wá nítorí èyin lè ngbé inú ù mi. Èyin la ó máa rí...

Magia nagle mnie wypełnia, zapiera mi dech. Moje dłonie jaśnieją fioletowym światłem aszê, boskiej energii, która zasila nasze święte dary. Ostatni raz czułam jej ciepło podczas rytuału, który przywrócił Oriszy magię. Gdy duch Baby wdarł się do moich żył.

Zataczam się do tyłu na nogach jak z waty. Magia spycha mnie w przeszłość, na próżno stawiam jej opór.

– Nie! – Krzyk odbija się echem od murów świątyni. Ląduję ciężko na kamiennej posadzce, a chwilę później z głuchym łoskotem upada na nią Baba, sztywny jak deska.

Zrywam się, żeby mu pomóc, ale jego otwarte oczy są nieruchome, patrzą niewidzącym wzrokiem. Z piersi wystaje grot strzały.

Tunika zalewa się krwią...

– Zél, uważaj!

Tzain rzuca się, by złapać upuszczoną przeze mnie pochodnię. Jest szybki, ale jego refleks nie wystarcza. Żagiew wpada między huczące fale i gaśnie.

Tzain usiłuje zapalić ją ponownie, ale pakuły nie chcą się zająć. Wzdrygam się, gdy rzuca bezużyteczną szczapę w piach.

– I co my teraz zrobimy?

Zwieszam głowę, bo nie wiem, co mu odpowiedzieć. Królestwo jest pogrążone w chaosie; zdobycie oleju może nam zająć kolejnych parę tygodni. Trwają zamieszki, brakuje jedzenia, dziś trudno nawet o worek ryżu.

Poczucie winy mnie dusi, zamyka w grobowcu moich własnych błędów. Może to znak, że nie zasłużyłam na to, by pochować Babę.

W końcu zginął przeze mnie.

Tzain ściska dwoma palcami grzbiet nosa.

– Przepraszam – wzdycha.

– Nie masz za co przepraszać – odpowiadam przez zaciśnięte gardło. – To wszystko moja wina.

– Zél...

– Gdybym nie dotknęła tego zwoju... Gdybym się nie dowiedziała o tym rytuale...

– Daj spokój – przerywa mi. – Baba oddał życie, żebyś mogła przywrócić magię.

I w tym sęk, myślę. Chciałam odzyskać magię, żeby Baba był przy mnie bezpieczny, a tymczasem sprowadziłam na niego śmierć. Na co mi te moce, skoro nie mogę chronić swoich najbliższych?

Na co mi magia, skoro nie mogę wskrzesić Baby?

Tzain chwyta mnie za ramiona. Mam przed sobą brązowe oczy naszego ojca; oczy, które wybaczają, nawet kiedy nie powinny.

– Przestań się obwiniać – słyszę. – Jeśli nie przestaniesz teraz, nie przestaniesz nigdy. Jesteśmy sami, musimy na sobie polegać. Tylko to nam zostało.

Wydycham powietrze i ocieram łzy. Tzain bierze mnie w objęcia. Choć oboje przemokliśmy do suchej nitki, robi mi się trochę cieplej. Tzain pociera mi plecy, tak jak to robił Baba, kiedy mnie ściskał.

Oglądam się na trumnę Baby: unosi się wśród fal, czekając na ogień, którego nie dostanie.

– Jeśli nie możemy go spalić...

– Czekajcie! – Amari zbiega po żelaznym trapie okrętu, który od czasu rytuału pozostaje naszym domem. W przemokniętej białej tunice, która lepi się do jej oliwkowej skóry, ani trochę nie przypomina oriszańskiej księżniczki strojnej w kolorowe szaty i zawoje. Po chwili staje przed nami obok huczących fal. – Macie. – Podaje Tzainowi zardzewiałą pochodnię z kajuty kapitańskiej i dzban oleju z własnych skromnych zapasów.

– A co ze statkiem? – pyta Tzain, marszcząc brwi.

– Przeżyjemy. – Amari wyciąga pochodnię w moją stronę.

Mój wzrok pada na biały kosmyk przylepiony do mokrego policzka dziewczyny. To dowód na to, że w jej żyłach płynie teraz magia. Podobnie jak w żyłach setek innych oriszańskich arystokratów.

Odwracam się, żeby nie dojrzała w moich oczach bólu. Ilekroć przypominam sobie rytuał, który obdarzył ją mocą – i chłopaka, który złamał mi serce – ściska mnie w żołądku.

– Gotowa? – pyta Tzain.

Kiwam potakująco głową, choć to nieprawda. Tzain zapala pochodnię krzesiwem, a ja opuszczam płomień na linę.

Ogień zaczyna szybko wędrować po nasączonym olejem sznurze. Gdy chwilę później trumna staje w płomieniach, odruchowo chwytam się za serce. Czerwone i pomarańczowe języki tańczą na tle szarego horyzontu.

– Títí di òdí kejì. – Szepcząc słowa sakramentu, Tzain pochyla głowę.

Zaciskam zęby i robię to samo.

Títí di òdí kejì.

Do zobaczenia po tamtej stronie.

To wypowiedziane na głos zdanie przenosi mnie w czasie do pogrzebu Mamy. Znów staje mi przed oczami jej płonące ciało. Myślę o wszystkich, którzy mogli razem z nią spocząć w alâfii. O wszystkich, którzy zginęli po to, abyśmy mogli wskrzesić magię.

O Lekanie, dzielnym sêntaro, który poświęcił się, aby obudzić we mnie moc. O Salimie i Zulajsze, przyjaciołach zamordowanych przez królewskich żołnierzy w dniu naszego święta.

O Mamie Agbie, Jasnowidzce, która zawsze opiekowała się mną i pozostałymi ibawitami z Ilorinu.

O Inanie, księciu, którego – tak mi się wydawało – pokochałam.

Títí di òdí kejì, zwracam się do ich duchów. Przypominają mi o mojej misji.

Nasza bitwa jeszcze nie jest skończona.

Wręcz przeciwnie, dopiero się zaczyna.

ROZDZIAŁ 2

Ojciec zwykł mawiać, że Orisza na nikogo nie czeka.

Na żadnego człowieka.

Na żadnego króla.

Tymi słowami potrafił usprawiedliwić dosłownie wszystko. Uzasadnić każdy postępek.

Patrzę, jak ogień trawi trumnę z ciałem Baby, a miecz, którym przebiłam pierś własnemu ojcu, wisi ciężko u mojego pasa. Zwłoki Sarana zniknęły bez śladu.

Nie mogłabym go pochować, nawet gdybym chciała.

– Pora wracać – stwierdza Tzain. – Wkrótce nadejdzie odpowiedź od twojej matki.

Zostaję kilka kroków w tyle za nim i za Zélie. Wspinamy się na pokład żelaznego okrętu, który przejęliśmy, aby dotrzeć na świętą wyspę. Choć mieszkamy na nim od paru tygodni, wyryte na burtach śnieżne lampartusy wciąż przyprawiają mnie o ciarki. Ilekroć mijam dawny ojcowski symbol, chce mi się krzyczeć albo płakać. Sama nie wiem, co powinnam wtedy czuć – ani czy w ogóle cokolwiek powinnam czuć.

– Wszyscy na pokład!

Oglądam się w kierunku, z którego dobiegł ten okrzyk. Widzę całe rodziny ustawione w długiej kolejce, płacące złotym kruszcem za wejście na niewielki statek najemników. Ludzie tłoczą się pod zardzewiałym pokładem, byle uciec z Oriszy do innych, spokojniejszych krajów. Kłuje mnie w sercu, gdy patrzę na ich zapadłe twarze. Ja liżę rany, ale okaleczone królestwo jeszcze długo nie dojdzie do siebie po tym, co zrobił mój ojciec.

Nie mogę się już ukrywać. Muszę zasiąść na tronie Oriszy. Tylko ja będę umiała zaprowadzić pokój. Jako królowa naprawię to wszystko, co zniszczył król Saran.

Z tym gorącym postanowieniem schodzę do zimnej kabiny kapitańskiej. To jedno z niewielu pomieszczeń na statku wolnych od majacytu – minerału, za pomocą którego monarchia zwalczała magów i neutralizowała ich moc. Abyśmy mogli tu wytrzymać, trzeba było usunąć wszystkie wygody.

Tzain siedzi na gołej ramie łóżka i wygrzebuje z kubeczka ostatnie ziarenka ryżu. Zélie odpoczywa na metalowej podłodze zanurzona w złocistej sierści swojej lworożki. Wierzchacz leży jej na kolanach, co jakiś czas unosi łeb, by zlizać łzy, które wypływają ze srebrnych oczu dziewczyny. Odwracam wzrok i sięgam po własną porcyjkę ryżu.

– Masz. – Oddaję ją Tzainowi.

– Jesteś pewna?

– Ja i tak nie zjem, za bardzo się denerwuję. Pewnie bym wszystko zwymiotowała.

Wiadomość do Lagos wysłałam zaledwie pół miesiąca temu, ale mam wrażenie, że na odpowiedź matki czekam wieczność. Jeśli mnie wesprze, będę mogła objąć tron Oriszy. Naprawić krzywdy wyrządzone przez ojca. Razem stworzymy kraj, w którym magowie nie będą musieli żyć w strachu. Możemy zjednoczyć królestwo i wymazać podziały od wieków trapiące Oriszę.

Tzain ściska mi ramię.

– Nie martw się. Cokolwiek odpowie, coś wymyślimy.

Odwraca się w stronę Zélie, a mnie robi się duszno. Nienawidzę siebie za to, jak bardzo im zazdroszczę tego, co mają. Minęły dopiero trzy tygodnie, odkąd ojciec przebił mojego brata mieczem, a mnie coraz trudniej przypomnieć sobie groźną nutę w głosie Inana. Może gdy zobaczę się z matką, ziejąca rana w moim sercu zacznie się goić.

– Ktoś idzie.

Zélie wskazuje na postać w ciemnym korytarzu. Cała sztywnieję, gdy wytarte drzwi z jękiem otwierają się na oścież. Nasz posłaniec Roën otrząsa krople deszczu z posklejanych czarnych włosów, które opadają mu za kanciastą szczękę. Ze skórą w kolorze pustynnego piasku i oczami jak dwie wielkie łzy zawsze wyróżnia się wyglądem w towarzystwie Oriszan.

– Najla?

Lworożka strzyże uszami, a Roën klęka i wyjmuje z sakwy spory pakunek. Gdy go rozwija, odsłaniając szereg lśniących ryb, Najla omal go nie przewraca. Ku mojemu zaskoczeniu nawet na twarzy Zélie pojawia się delikatny uśmiech.

– Dziękuję – szepcze.

Roën spogląda jej w oczy i kiwa głową. Dopiero na moje chrząknięcie zwraca się twarzą do mnie.

– No to słuchamy – mówię z westchnieniem. – Co powiedziała?

Roën wypycha językiem policzek i spuszcza wzrok.

– Doszło do ataku. Nie ma kontaktu ze stolicą.

– Ataku? – Serce we mnie zamiera na myśl o matce osaczonej w pałacu. Wstaję. – Jak to? Kiedy? Dlaczego?

– Mówią o sobie iyika – wyjaśnia Roën. – To znaczy rewolucja. Magowie po odzyskaniu mocy dokonali szturmu na Lagos. Podobno przedarli się aż do pałacu.

Opieram się o ścianę i osuwam na kratownicową podłogę. Usta Roëna wciąż się poruszają, lecz nie wiem, co mówi. Niczego nie słyszę.

– Królowa... – jąkam się. – Czy oni... Czy ona...

– Słuch po niej zaginął. – Roën odwraca wzrok. – A ponieważ ty się ukrywasz, ludzie myślą, że dynastia wygasła.

Tzain się podnosi, ale daję mu znak, żeby został na swoim miejscu. Jeśli się do mnie zbliży, całkiem się rozkleję. Wszystkie moje plany i nadzieje prysnęły w ułamku sekundy. Jeśli matka nie żyje...

Nieba.

To znaczy, że naprawdę jestem zdana na siebie.

– Czego chcą ci rebelianci? – pyta Tzain.

– Trudno powiedzieć – stwierdza Roën. – Ich siły są niewielkie, ale śmiertelnie groźne. W całej Oriszy dochodzi do zabójstw arystokratów.

– Czyli nikt związany z monarchią nie może czuć się bezpieczny? – Zélie marszczy brwi i nasze spojrzenia się spotykają.

Od czasu rytuału i jego feralnego finału prawie ze sobą nie rozmawiałyśmy. Miło, że wciąż się o mnie martwi.

Roën wzrusza ramionami.

– Na to wygląda. Ale z powodu tej rebelii armia urządza polowanie na magów. Ofiarą czystek padają całe wioski. Nowy admirał w zasadzie wypowiedział im wojnę.

Zamykam oczy i przesuwam dłońmi po włosach, do niedawna prostych, a teraz falistych. W czasie poprzedniej wojny niewiele zabrakło, a Ogniarze wymordowaliby wszystkich członków rodziny królewskiej. Po latach ojciec w odwecie przeprowadził Obławę. Jeśli znowu wybuchnie wojna, nikt nie będzie bezpieczny. Królestwo samo się rozszarpie.

Orisza na nikogo nie czeka, Amari.

Głos ojca dudni mi w głowie. Przeszyłam go mieczem, aby uwolnić Oriszę od tyranii, a teraz w kraju panuje zamęt. Nie ma czasu na żałobę ani na otarcie łez. Przyrzekłam, że będę lepszą królową.

Skoro zabrakło matki, muszę sama wypełnić to przyrzeczenie.

– Wygłoszę odezwę do ludu – postanawiam. – Przejmę stery królestwa. Zakończę wojnę i zaprowadzę porządek. – Staję na nogach. Moje plany są teraz ważniejsze niż mój smutek. – Roën, wiem, że jestem twoją dłużniczką, ale jeśli mogę cię prosić o jeszcze jedną przysługę...

– Mam nadzieję, że to żart. – Z twarzy najemnika w jednej chwili znika całe współczucie. – Zdajesz sobie chyba sprawę, że jesteś mi winna tyle, ile ważę, w złocie? To, że twoja matka przepadła bez wieści, niczego nie zmienia.

– Dałam ci ten okręt! – krzyczę.

– Okręt, na którym nadal koczujesz? – Roën unosi brew. – Okręt, który przejęli moi ludzie? Mnóstwo osób czeka na przeprawę przez morze. Ten okręt nie jest żadną zapłatą. Przeciwnie, z każdym dniem twój dług rośnie!

– Kiedy wstąpię na tron, będę miała dostęp do królewskiego skarbca – mówię. – Pomóż mi zorganizować wiec, a zapłacę ci podwójnie. Za kilka dni to złoto będzie twoje!

– Daję ci jedną noc. – Roën podnosi kaptur peleryny. – Jutro ten statek wypływa. Jeśli z niego nie zejdziecie, każę was wyrzucić za burtę. Nie macie czym zapłacić za przeprawę.

Próbuję zajść mu drogę, ale omija mnie i wychodzi. Gdy odgłos jego kroków ginie wśród szumu deszczu, tłumiona rozpacz prawie się ze mnie wylewa.

Tzain staje u mojego boku.

– Nie potrzebujemy go. Możesz sama objąć tron.

– Nie mam złamanego grosza. Kto uwierzy, że jestem prawowitą następczynią?

Tzain milknie, a Najla przechodzi między nami z nosem przy kratownicowej podłodze. Zjadłaby jeszcze parę ryb. Myślę o tych, którymi poczęstował ją Roën, i spoglądam na Zélie, lecz ona kręci głową.

– Już raz odmówił.

– Bo to ja go prosiłam! – Ruszam pędem w jej stronę. – Tobie udało się go namówić, żeby zabrał swoich ludzi na poszukiwanie legendarnej wyspy pośrodku oceanu. Na pewno zdołasz go przekonać, żeby nam pomógł.

– Jesteśmy mu winni złoto – mówi. – Powinniśmy się cieszyć, że pozwala nam opuścić Dżimetę w jednym kawałku.

– On jest naszą jedyną nadzieją – stwierdzam. – Skoro po odrodzeniu się magii Lagos upadło, to znaczy, że Orisza prawie od miesiąca nie ma władcy. Jeśli nie obejmę tronu teraz, już nigdy mi się to nie uda!

Zélie pociera kark, przesuwa palcami po złotych symbolach, które zdobią jej skórę od czasu rytuału. Delikatne zawijasy i kropki mienią się niczym tatuaż wykonany najcieńszą z igieł. Piękne, prastare znaki, lecz Zélie chowa je przed światem tak samo jak swoje blizny. Wstydzi się ich.

Jak gdyby nie mogła znieść ich widoku.

– Zélie, błagam cię! – Klękam przed nią. – Musimy spróbować. Wojsko ściga magów...

– Jak długo mam dźwigać na swoich barkach przyszłość mojego ludu?

Chłód tych słów zbija mnie z tropu, ale nie daję za wygraną.

– W takim razie zrób to dla Baby. W końcu oddał życie dla tej sprawy.

Zélie zwiesza głowę i zamyka oczy. Bierze głęboki wdech. Wreszcie wstaje. Kamień spada mi z serca.

– Niczego nie obiecuję.

– Rozumiem, ale daj z siebie wszystko – odpowiadam, kładąc dłoń na jej dłoni. – Zbyt wiele poświęciłyśmy, żeby teraz przegrać.

ROZDZIAŁ 3

Gdy schodzę z Najlą z okrętu, napięcie z całego dnia spływa ze mnie razem z kroplami deszczu. Wyjący wiatr dmucha w nas słodkim zapachem wodorostów; to miła odmiana po swądzie palonego drewna i popiołu. Wielkie łapy Najli odciskają się w piasku na drodze między portem a labiryntem krętych uliczek Dżimety. Moja lworożka biegnie z wywieszonym jęzorem. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio pędziłyśmy przed siebie pod gołym niebem w blasku księżyca.

– Tak jest, Najlo.

Mocno trzymając wodze, zapuszczam się w doliny i zakamarki piaskowcowych klifów Dżimety. Wydrążone w skarpie siedziby ludzkie ciemnieją, mieszkańcy gaszą lampy, aby zaoszczędzić drogocenny olej. Mijamy drewniane windy, którymi marynarze wjeżdżają na górne piętra klifów. Za jednym z zakrętów otwieram szeroko oczy na widok czerwonego malowidła na skale. Wcześniej go tam nie było. Rozjarzone księżycowym blaskiem karmazynowe kropki różnej wielkości układają się w literę I.

Przypominam sobie słowa Roëna. Mówią o sobie iyika. To znaczy rewolucja. Magowie po odzyskaniu mocy dokonali szturmu na Lagos. Podobno przedarli się aż do pałacu.

Ściągam cugle i próbuję sobie wyobrazić magów, którzy to namalowali. Z tego, co mówił Roën, nie była to zgraja buntowników. Z jego opowieści wyłaniał się obraz prawdziwej armii.

– Mamo, zobacz!

Spomiędzy postrzępionych namiotów wychodzi na ulicę mała dziewczynka. Przyciska do piersi czarną porcelanową lalkę. Gdyby nie ta ubrana w jedwabny strój lalka o malowanej twarzy, nigdy w życiu bym się nie domyśliła, że dziewczynka pochodzi z arystokratycznej rodziny. Jest tylko jednym z setek nowych mieszkańców, którymi zapełniają się ciasne, z każdym dniem coraz ciaśniejsze ulice Dżimety: ścieżynki obstawione rzędami namiotów. Zastanawiam się, ja wyglądało życie tej dziewczynki, zanim los rzucił ją tutaj. I przed czym uciekła.

– Jeszcze nigdy nie widziałam lworożca! – Z błyskiem w oku wyciąga drobną rączkę w stronę potężnych rogów Najli.

Uśmiecham się do niej, gdy jednak podchodzi bliżej, spostrzegam w jej włosach białe pasmo.

Kolejna tytanka.

Staram się ukryć odruchowy grymas. Według doniesień Roëna około jednej ósmej ludności Oriszy włada teraz magią. Spośród nich mniej więcej jedna trzecia posiadła magię tytańską.

Tytani pojawili się wśród arystokratów i wojskowych po rytuale. Ich magia przypomina magię dziesięciu klanów, lecz w odróżnieniu od naszej nie wymaga żadnych inkantacji. Podobnie jak w Inanie, drzemią w nich duże moce.

Wiem, że sama je obudziłam, popełniając jakiś błąd w trakcie rytuału. Ale to nie zmienia faktu, że ilekroć ich widzę, coś mnie ściska w gardle.

Patrząc na białe pasma w ich włosach, chcąc nie chcąc myślę o nim.

– Likka!

Matka dziewczynki wybiega na deszcz i zakrywa głowę małej grubą żółtą chustą. Chwyta córkę za nadgarstek, a kiedy spostrzega moje białe włosy, cała sztywnieje.

Cmokam na Najlę i odjeżdżam. Choć nawet jej córka posiadła magiczne moce, nie przeszkadza to kobiecie nienawidzić mnie za moją magię. Zsiadam dopiero na końcu ścieżki, przed jaskinią Roëna i jego świty.

– No proszę – dobiega mnie chropawy głos, gdy zbliżam się do wejścia. Najemnik zsuwa czarną maskę – to Harun, prawa ręka Roëna.

Zirytowana przewracam oczami. Ostatnim razem, kiedy się spotkaliśmy, powaliłam go na ziemię. Podobno połamałam mu żebra, tak później twierdził Roën. Od tamtej pory Harun omijał mnie szerokim łukiem. Teraz jednak dostrzegam w jego oczach groźbę.

Przewiesza mi ciężkie łapsko przez szyję.

– Bardzo jestem ciekaw, co tu sprowadza moją ulubioną glistę.

Strząsam jego rękę i szybkim ruchem dobywam kij.

– Skończ te gierki, nie jestem w nastroju.

Uśmiecha się, wyszczerzając pożółkłe zęby.

– Spacery po zmroku mogą być niebezpieczne. Zwłaszcza dla takiej glisty.

– Jeszcze raz nazwij mnie glistą.

Na sam dźwięk wyzwiska, które król Saran wyciął mi na plecach, czuję mrowienie w bliznach. Z cienia wyłaniają się kolejni najemnicy. Zaciskam palce na kiju. Ich jest pięciu, ja sama. Za plecami mam skalną ścianę.

Harun robi krok naprzód i przebiega wzrokiem po złotych znakach na moim ciele.

– Wyznaczono nagrodę za twoją głowę, glisto. Od początku wiedziałem, że da się na tobie zarobić, ale kto by pomyślał, że aż tyle! – Uśmiech znika mu z twarzy, dostrzegam błysk ostrza. – Dziewczyna, która przywróciła magię. We własnej osobie.

Właśnie ta magia kipi we mnie, gdy słucham tych gróźb. Moja aszê jest jak piorun gromadzący się w burzowej chmurze, tylko czeka, aż ją uwolnię zaklęciem.

Ale choćby zjawiło się jeszcze nie wiem ilu najmitów, nie wolno mi jej wyzwolić. To przez magię zginął Baba. Użycie jej teraz byłoby zdradą...

– Co my tu mamy?

Od strony miasta nadchodzi Roën. Nie przyspiesza leniwego kroku, przekrzywia tylko głowę. Zanim przestępuje próg jaskini, promień księżycowego światła pada na podbródek umazany krwią. Trudno powiedzieć, czy cudzą, czy własną.

Staje przede mną w odprężonej pozie, z lisielczym uśmiechem, ale stalowoszare oczy tną jak noże.

– Chyba nie bawicie się beze mnie? – mówi. – Wiecie, że potrafię być bardzo zazdrosny.

Krąg najemników spontanicznie się przed nim rozstępuje. Harun zgrzyta zębami, gdy herszt, podchodząc bliżej, wyciąga scyzoryk i zaczyna sobie wydłubywać brud zza paznokci.

Harun obrzuca mnie wzrokiem od stóp do głów, po czym odchodzi, a za nim reszta, jeden po drugim. Zostaję z gorzkim smakiem w ustach – i sam na sam z Roënem.

– Dzięki – mówię.

Roën chowa ostrze, przygląda mi się spod zmarszczonych brwi. Kręci głową i daje mi znak, żebym szła za nim.

– Cokolwiek masz mi do powiedzenia, moja odpowiedź nadal brzmi „nie” – oznajmia.

– Przynajmniej mnie wysłuchaj – odpowiadam.

Roën idzie żwawo, ledwo za nim nadążam. O dziwo, nie prowadzi mnie do kryjówki najemników, lecz rusza krętym skalnym występem na tyłach groty. Ścieżka pnie się w górę i coraz to zwęża, lecz Roën jeszcze przyspiesza kroku. Idę przyklejona do ściany, w dole białe fale roztrzaskują się u stóp skarpy.

– Nie bez powodu fatygowałem się do was na okręt w tym deszczu – mówi Roën. – Zdajesz się zapominać, że moi ludzie nie podzielają mojej słabości do twojej nadąsanej buzi.

– O co chodziło Harunowi? – pytam. – Ktoś wyznaczył nagrodę za moją głowę?

– Zïtsōl, przywróciłaś magię. Nie brakuje ludzi gotowych sięgnąć głęboko do kieszeni, byle dostać cię w swoje ręce.

Docieramy na kraniec skalnej półki. Roën wchodzi do wielkiej drewnianej skrzyni wzmocnionej żelaznymi sztabami. Zaprasza mnie gestem. Waham się, obrzucam wzrokiem pęk sznurów, które łączą prymitywną windę z czymś na górze.

– Tam, skąd pochodzę, Zïtsōl to czułe słowo. Zïtsōl, czyli „ta, która się boi tego, co nie może jej skrzywdzić”.

Przewracam oczami, ale wchodzę na skrzypiące deski. Roën się uśmiecha i pociąga za linę. Przeciwwaga opada, a my jak ptaki zaczynamy się wznosić ku niebu.

Gdy osiągamy wysokość, z której widać wszystkie namioty przybyszów do Dżimety, z wrażenia aż chwytam się wytartej krawędzi kabiny. Z pokładu okrętu doliczyłam się kilkudziesięciu prowizorycznych domków, teraz jednak widzę, że wzdłuż skalistego wybrzeża stoją ich setki.

W oddali dostrzegam sznur białowłosych magów i ciemnowłosych kosidan; posuwają się wolno naprzód w kierunku skromnej łajby. Patrząc, jak całe rodziny znikają pod pokładem, znów czuję się winna. Aż trudno uwierzyć, że chaos spowodowany odrodzeniem magii wygnał z domów już tylu Oriszan.

– Zamiast patrzeć na dół, lepiej spójrz w górę – mówi Roën.

Podnoszę wzrok i mimo woli otwieram usta. Na tej wysokości niebosiężne klify Dżimety wrzynają się w niebo ciemnymi sylwetkami. Jasno świecące gwiazdy są jak brylanty wszyte w tkaninę nocy. Ten widok uzmysławia mi, jak bardzo tęsknię za Babą; on zawsze lubił wpatrywać się w gwieździste niebo.

Potem jednak znów kieruję wzrok na dół. Trochę żałuję, że nie wchodzę na statek razem z tymi ludźmi. Jak by to było pożeglować za marzeniem o pokoju? Zamieszkać w kraju, gdzie magów nie uważa się za wrogów? Gdybym zostawiła za sobą całe dotychczasowe życie, czy zdołałabym się uwolnić od cierpienia, jakim dziś okupiony jest każdy mój oddech?

– Myślisz, że za morzem będą szczęśliwsi? – pytam.

– Wątpię – odpowiada Roën. – Słabi wszędzie będą słabi.

Moja fantazja pryska, poczucie winy boleśnie ściska żołądek. Dopiero gdy Roën obejmuje mnie w talii, ból zmienia się w motyle.

– Poza tym jak można być szczęśliwszym z dala ode mnie?

– Daję ci trzy sekundy, potem utnę ci rękę.

– Całe trzy sekundy? – Roën się uśmiecha, a winda staje.

Jesteśmy na samej górze, z windy wychodzi się prosto do skromnie urządzonej groty. Otaczam się ramionami i ruszam przed siebie. Mój wzrok pada na wyciosane w skale krzesło i stół. Za łóżko służy kilka futer z panterożców. Nie sądziłam, że Roën mieszka w tak surowych warunkach.

– To wszystko?

– A czego się spodziewałaś? Pałacu? – Roën podchodzi do jedynego mebla z prawdziwego zdarzenia, marmurowej szafy, w której trzyma miecze i inną broń. Wyjmuje z kieszeni i odkłada na półkę dwa mosiężne kastety. Widać na nich zaschniętą krew.

Staram się nie myśleć o człowieku, którego nimi potraktował. Szukam słów, które sprawią, że Roën spełni naszą prośbę. Nie chcę zbyt długo być z nim sam na sam. Nie chodzi nawet o jego awanse; raczej o to, że sobie ufam jeszcze mniej niż jemu.

– Doceniamy wszystko, co dla nas zrobiłeś – oświadczam. – Cierpliwość, jaką nam okazałeś...

– Błagam, daruj sobie te głodne kawałki. Amari naprawdę nie umiała wymyślić nic lepszego? – Roën już ma usiąść, lecz krzywi się nagle i sięga ręką za kark.

Zdejmuje koszulę przez głowę, a mnie robi się gorąco na widok jego wyrzeźbionych mięśni poprzecinanych starymi i nowymi bliznami. Dopiero po chwili dostrzegam świeżą ranę pod barkiem.

Podnoszę z ziemi mokrą szmatę i korzystam z pretekstu, żeby podejść bliżej. Roën zmrużonymi oczyma patrzy, jak płuczę ją w wiadrze z deszczówką, a potem przemywam mu ranę.

– Urocza jesteś, Zïtsōl. Ale ja się nie bawię w przysługi.

– Nie chodzi o przysługę – odpowiadam. – Pomóż nam, a zarobisz dwa razy więcej niż do tej pory.

Roën przekrzywia głowę.

– Oświeć mnie, proszę. Ile to będzie dwa razy zero?

– Gdyby rytuał przebiegł zgodnie z planem, Amari zasiadałaby teraz na tronie. A ty już dawno dostałbyś swoje złoto.

I Baba by żył.

Prędko odpędzam tę myśl, zanim się do mnie przyczepi. Gdybanie, co mogłoby być, raczej nie pomoże mi przekonać Roëna do współpracy.

– Posłuchaj, Zïtsōl, może i mam dużo wdzięku, ale naprawdę nie chcesz mieć u swojego boku takich ludzi jak ja albo Harun. A już na pewno nie chcesz być naszą dłużniczką.

– Jeśli Amari nie wstąpi na tron, kto inny przejmie władzę.

Roën wzrusza ramionami.

– To chyba jej problem. Dlaczego tak cię to obchodzi?

– Bo... – Właściwa odpowiedź sama ciśnie mi się na usta. Bo w niej cała nadzieja. Tylko ona może kazać wojsku przerwać polowanie na magów.

Ale patrzę Roënowi w oczy i nie chcę go okłamywać.

Z jakiegoś powodu to byłoby jak okłamywanie siebie.

– Myślałam, że Orisza stanie się lepszym miejscem. – Kręcę głową. – Dzięki magii. – Kłuje mnie w sercu, kiedy wypowiadam prawdę na głos. Czuję się, jakbym miała się rozpaść na kawałki. – Śmierć Baby, tytani, polowanie na magów. – Wzdycham. – Ci wszyscy uciekinierzy... Nie minął jeszcze nawet miesiąc, a wydaje się, że magia zrujnowała całe królestwo. Wszystko jest gorzej, niż było. – Wyżymam szmatę. Tak bardzo chciałabym cofnąć czas. – Teraz, gdy odzyskaliśmy magię, przestało mi na niej zależeć. Żałuję, że chciałam ją odzyskać.

Wzdycham drżąco i próbuję znów obmyć mu ranę, lecz Roën chwyta mnie za nadgarstek i zmusza, żebym spojrzała mu w oczy. Jego dotyk przyprawia mnie o gęsią skórkę. Jesteśmy sami po raz pierwszy od tamtej nocy na okręcie. Wtedy staliśmy pod żółtym księżycem i zwierzaliśmy się sobie ze swoich traum i koszmarów.

Teraz Roën patrzy na mnie tak, że skóra mi cierpnie, a jednocześnie w tym spojrzeniu jest coś magnetycznego. Jakby przebił się stalowymi oczyma przez mój pancerz i ujrzał mnie taką, jaka jestem naprawdę, rozbitą i zagubioną.

– Skoro nie chcesz już magii, to czego chcesz?

To pytanie daje mi do myślenia. Chcę tylko odzyskać ludzi, których utraciłam. Im dłużej się jednak zastanawiam, tym bardziej przypominam sobie objęcia Mamy. Ucieczkę w ciepłą śmierć.

– Chcę być wolna – szepczę. – Chcę mieć to wszystko za sobą.

– No to miej. – Przyciąga mnie i wpatruje się we mnie jak w supeł, który trzeba rozwiązać. – Po co prosić mnie o pomoc, skoro wystarczy dać sobie spokój?

– Bo jeśli Amari nie zasiądzie na tronie, to będzie oznaczało, że wszystko poszło na marne. Że mój ojciec zginął na marne. A wtedy... – Ściska mnie w dołku na samą myśl. – Wtedy już nigdy nie będę wolna. Nie z takimi wyrzutami sumienia.

Roën przygląda mi się uważnie. Już ma na końcu języka słowa sprzeciwu, ale postanawia chyba zachować je dla siebie. Chwytam go delikatnie za brodę i wycieram z niej resztki krwi.

Opuszcza wzrok, a moje spojrzenie pada na rzędy kresek na ramieniu, najgorsze ze wszystkich jego blizn. Powiedział mi kiedyś, że oprawcy wycinali mu kreskę za każdym razem, gdy na jego oczach zabijali któregoś z jego ludzi. Dwadzieścia trzy kreski, dwudziestu trzech zabitych. Przypuszczam, że to właśnie przez te blizny Roën postanowił opuścić rodzinny kraj. I że właśnie dzięki nim rozumie mnie jak mało kto.

– Ja nie daję drugiej szansy, Zïtsōl. A to byłaby twoja trzecia.

– Możesz mi zaufać. – Wyciągam rękę. – Przyrzekam na życie Baby. Pomóż nam doprowadzić rzecz do końca, a odwdzięczymy ci się złotem.

Roën kręci głową, lecz chwilę później wsuwa swoją dłoń w moją. Ogarnia mnie fala ulgi.

– Dobrze – mówi. – Wyruszymy dziś wieczorem.

ROZDZIAŁ 4

Na drugi dzień rano w ciasnej kabinie kapitańskiej mój głos rozbrzmiewa echem. Zbliżamy się do brzegów Zarii, a ja usiłuję napisać odezwę, która przekona mieszkańców Oriszy, by wsparli mnie w zabiegach o tron.

– Nazywam się Amari Olúborí – oznajmiam. – Jestem córką króla Sarana. Siostrą zmarłego następcy tronu.

Stoję przed pękniętym lustrem i próbuję poczuć moc zawartą w tych słowach. Ale choć powtarzam je wiele razy, brzmią jakoś fałszywie.

Zresztą nie tylko one.

Ściągam przez głowę czarną tunikę i rzucam ją na rosnącą stertę ubrań na łóżku. Przez wiele tygodni musiało mi wystarczyć tyle rzeczy, ile byłam w stanie udźwignąć; teraz dziwnie się czuję, przebierając w ubraniach zdobytych dla mnie przez ludzi Roëna.

Przypominają mi się poranki w pałacu; to, jak się gryzłam w język, gdy służące na rozkaz matki wpychały mnie w coraz to nowsze stroje. Ona nigdy nie była zadowolona z tego, jak wyglądam. W jej bursztynowych oczach zawsze byłam zbyt ciemna. Zbyt duża.

Podnoszę z podłogi złoty zawój. Matka lubiła ten kolor. Naciągając zawój na skronie, mam w uszach jej głos.

Tym to można co najwyżej podetrzeć zad lampartusowi.

Robi mi się sucho w gardle. Odkładam zawój. Tak długo starałam się ją w sobie zagłuszyć. Teraz nie mam wyboru.

Skup się, Amari.

Sięgam po granatową tunikę i ściskam jedwab w palcach, żeby się nie rozpłakać. Jakie mam prawo do żałoby, skoro Orisza tyle wycierpiała przez grzechy mojej rodziny?

Naciągam na siebie tunikę i znów staję przed lustrem. Nie ma czasu na łzy.

Dziś muszę odpokutować za tamte grzechy.

– Staję przed wami, aby ogłosić koniec dawnych podziałów! – wołam. – Nadszedł czas zjednoczenia. Razem będziemy... – Urywam w pół zdania, zmieniam pozę i oglądam swoje pęknięte odbicie.

Na ramieniu, na tle skóry w kolorze dębu, niczym błyskawica odcina się nowa szrama. Przez lata ukrywałam przed światem bliznę po ranie, którą zadał mi brat. Dziś po raz pierwszy musiałam też ukryć bliznę po ojcu.

Dziwna to szrama, jakby miała w sobie coś z żywej istoty. Jakby nienawiść ojca wciąż we mnie krążyła. Chciałabym się jej pozbyć. Albo raczej pozbyć się jego...

– Nieba!

Moje palce rozbłyskują niebieskim światłem aszê. Krzywię się, mrużę oczy, próbuję zgasić granatowy blask, którym jaśnieje moja dłoń, lecz magia wciąż we mnie wzbiera, pokój zaczyna wirować.

Z czubków palców niczym iskry wystrzeliwują granatowe nitki. Ręce mnie pieką, skóra mi pęka, blizny się otwierają. Z gardła wyrywa się bolesny jęk.

– Pomocy! – wołam.

Zaraz potem wpadam na lustro. Na moim odbiciu odciska się szkarłatna plama. Ledwie oddycham, tak wielki to ból. Krew spływa mi na piersi. Upadam na kolana. Próbuję krzyczeć, ale wydobywam z siebie tylko charkot.

– Amari!

Głos Tzaina, podobny do tłuczonego szkła, wyrywa mnie z niemocy. Fale obezwładniającego bólu z wolna słabną.

Dochodzę do siebie na mokrej podłodze, na wpół rozebrana, z jedwabną tuniką w zaciśniętej pięści. Rozmazana krew, którą jeszcze przed chwilą widziałam na lustrze, zniknęła bez śladu.

Moje blizny też wyglądają całkiem normalnie.

Tzain okrywa mnie szalem i bierze na ręce. Przywieram do niego, a mięśnie robią mi się ciężkie, jakby wyczerpane przypływem magii.

– To już drugi raz w tym tygodniu – zauważa.

Tak naprawdę to czwarty. Ale nie mówię mu tego, bo widzę po nim, jak bardzo się martwi. Nie musi wiedzieć, że mi się pogarsza. Nikt nie musi o tym wiedzieć.

Wciąż nie wiem, co sądzić o tych nowych zdolnościach. Co to znaczy być Konektorką, tytanką. Rytuał sprawił, że magowie odzyskali utracone moce, ale tytani, ludzie tacy jak ja, nigdy przedtem nie władali magią.

Z tego, co mi wiadomo, tytani pochodzą z arystokracji: to ludzie błękitnej krwi nieświadomi, że wywodzą się od magów. Co by rzekł ojciec, gdyby się dowiedział, że w żyłach jego dzieci płynie krew tych, których znienawidził? Których nazywał glistami?

– Bogowie. – Tzain ogląda moją dłoń. Skórę mam czerwoną i wrażliwą na dotyk, usianą żółtymi pęcherzykami. – Magia nie powinna boleć. Gdybyś porozmawiała z Zélie...

– Zélie nie używa swojej magii. Przyglądanie się mojej to pewnie ostatnia rzecz, na jaką ma teraz ochotę.

Chowam biały kosmyk między włosy. Najchętniej po prostu bym go sobie obcięła. Być może Tzain nie zauważył, jakim wzrokiem Zélie na niego patrzy; mnie jej grymas nie umknął ani razu. Dość się wycierpiała z powodu swojego daru, a teraz jak na ironię ci, którzy najbardziej ją skrzywdzili, sami władają magią.

Doskonale rozumiem, dlaczego Zélie znienawidziła magię, czasem jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to mną gardzi. A przecież teoretycznie łączy nas przyjaźń. Jak zareagują inni magowie, gdy się dowiedzą, że stałam się tytanką?

– Coś wymyślę – mówię z westchnieniem. – Gdy tylko zdobędę tron. – Znów wtulam się w szyję Tzaina, wodzę palcami po jego zaroście.

– Próbujesz mi coś powiedzieć?

Uśmiecham się szelmowsko.

– Dobrze ci z brodą. Podoba mi się.

Przesuwa kciukiem po mojej twarzy. Jego dotyk wznieca pożar niemal tak potężny jak moja magia. Wstrzymuję oddech, gdy zbliża swoją głowę do mojej. Już prawie stykamy się ustami, gdy nagłe szarpnięcie okrętu wyrywa nas ze swoich objęć.

– Nieba, co to było? – Wstaję prędko i przyciskam czoło do brudnej szyby iluminatora.

Przez ostatnie trzy tygodnie rozciągał się za nią tylko szary bezkres morza. Teraz w turkusowej wodzie widać barwne rafy koralowe.

Wybrzeże Zarii wypełnia już cały horyzont. Nasz okręt ostrożnie wpływa między porośnięte bluszczem klify. Z gulą w gardle spoglądam na tłum, który zebrał się na białym piasku. Setki ludzi.

Kto wie, czy nie tysiące.

– Gotowa?

Tzain staje za mną i obejmuje mnie w talii.

– Nawet nie wiem, co na siebie włożyć.

– Mogę ci pomóc.

Unoszę brew.

– Pomożesz mi wybrać ubranie?

Tzain się śmieje.

– Dużo ci się przyglądam, Amari. We wszystkim wyglądasz pięknie.

Czuję gorący rumieniec na policzkach. Tzain zerka na stertę odrzuconych ubrań.

– Ale dziś żadnej tuniki. Bądź co bądź jesteś królową Oriszy. – Zwraca się w stronę zbroi, którą miałam na sobie w świątyni podczas rytuału.

Wciąż widnieje na niej krew przeciwników, których dosięgnął mój miecz. Królewską pieczęć z przodu splamiła ciemna krew ojca.

– Nie mogę tego włożyć! – wykrzykuję. – Ludzie się przerażą!

– O to chodzi. Ja na widok tej pieczęci dostawałem gęsiej skórki ze strachu. Ale kiedy nosisz ją ty... – Na twarzy Tzaina rozkwita uśmiech pełen słodyczy. – Kiedy ta pieczęć jest na tobie, nie tylko się nie boję, ale wręcz czuję się bezpieczny. – Opiera brodę na czubku mojej głowy i znów chwyta mnie za dłoń. – Jesteś królową, Amari. Niech ludzie zaczną kojarzyć tę pieczęć z nową twarzą. Twoją twarzą.

ROZDZIAŁ 5

Kiedy trap opada cicho na mokry piasek, mieszkańcy Zarii nie wiwatują. Stoją w zupełnym bezruchu.

Tylko patrzą.

Wzdłuż ścieżki prowadzącej do miejsca wiecu stoją arystokraci, niektórzy z białymi pasmami w ciemnych włosach. Za nimi gromadzą się kosidanie, w ich tłumie są też oficerowie i zwykli żołnierze. Ludzie tacy jak ja, o białych włosach wystających spod kapturów, stoją na obrzeżach.

Cisza i bezruch potęgują wrażenie doniosłości chwili. Otwieramy nowy rozdział w historii Oriszy. Nie mogę uwierzyć, że po tym wszystkim, co się wydarzyło, wreszcie tu dotarliśmy. Bogowie, myślę.

To się dzieje naprawdę.

– Nie czuję nóg.

To Amari stanęła obok mnie. Wygląda imponująco w swojej zbroi. Na królewskiej pieczęci wciąż widnieje krew. Starannie dobrany hełm całkiem zakrywa pasmo bieli we włosach.

Ja też mam na sobie ukradziony pancerz. Tam, gdzie poprzedni właściciel trzymał miecz, wetknęłam kij.

Chce mi się wymiotować, lecz Amari nie musi o tym wiedzieć.

– Nie takie rzeczy już robiłaś – mówię, poklepując ją po ramieniu. – Dasz sobie radę.

Amari kiwa głową, lecz ręce wciąż jej się trzęsą. Ostatni raz widziałam u niej taki strach na targowisku w Lagos, kiedy jeszcze się nie znałyśmy. Wtedy była tylko księżniczką, która uciekła z pałacu. A ja – córką ubogiego rybaka. Wtargnęła znienacka do mojego życia – i przez to Orisza już nigdy nie będzie taka sama.

– Dasz radę – powtarzam. Choć wiele mnie to kosztuje, zmuszam się, by spojrzeć jej w oczy.

Na szczęście ukryła biały kosmyk pod hełmem; dzięki temu łatwiej mi zobaczyć jej twarz, a nie twarz jej brata, który złamał mi serce.

– Ojciec i Inan szykowali się do tej roli przez całe życie – odpowiada Amari. – A ja miałam na to niecały miesiąc.

– Ale już teraz dałaś królestwu więcej niż wszyscy twoi poprzednicy i poprzedniczki. Bez twojej pomocy nie zdołałabym przywrócić magii. – Chwytam ją za ręce i splatam nasze palce. – Bogowie cię wybrali. Tak jak wcześniej wybrali ciebie, żebyś wykradła ten pergamin. – Choć wypowiadam te słowa z uśmiechem, w środku czuję ból.

Jeśli bogowie ją wybrali do tego zadania, to mnie wybrali do cierpienia.

Wybrali mnie, żebym straciła Babę.

– Naprawdę w to wierzysz? – Amari odwraca wzrok. – Mimo że jestem tytanką?

Nerwowo zaciskam usta. Lecz mój stosunek do takich jak ona nie ma w tej chwili znaczenia. Moje rany, śmierć Baby – wszystko to nabierze sensu, gdy Amari zostanie królową. Będę mogła zrzucić z siebie wielki ciężar. Wreszcie uwolnię się od bólu.

Nachylam się bliżej.

– Ja to wiem. To przeznaczenie. Bogowie się nie mylą.

Amari przytula mnie z taką siłą, że aż tracę równowagę. Śmiejąc się, obejmuję ją w pasie. Zdążyłam zapomnieć, jakie to miłe uczucie.

– Dziękuję ci – szepcze w moje warkocze głosem na krawędzi płaczu.

– Jesteś gotowa – odpowiadam jej szeptem. – Będziesz najlepszą królową w historii Oriszy.

– Nie zapomnij o najważniejszym – wtrąca się Roën. Wyrósł jak spod ziemi, w zębach trzyma papierosa. – Jako królowa będziesz rozporządzała królewskim skarbcem.

Amari przewraca oczami.

– Przy tobie trudno o tym zapomnieć choć na chwilę. Czy twoi ludzie są rozstawieni?

– Droga wolna. – Roën wskazuje gestem trap, a potem puszcza do mnie oko. – Czekamy na twój sygnał, królowo.

Amari wzdycha, potrząsa dłońmi, zaczyna mamrotać pod nosem swoją przemowę.

– Nazywam się Amari Olúborí. Nazywam się Amari Olúborí.

Gdy tak chodzi w kółko, podnoszę dwa palce do ust i gwiżdżę. Natychmiast dobiega mnie zgrzytanie pazurów o metalową podłogę. Parę sekund później Najla jest już obok.

Amari unosi brwi.

– Co robisz? – pyta, widząc, że odpinam Najli pas, do którego przymocowane są cugle i siodło.

– To musi być wjazd godny królowej. – Splatam dłonie w koszyczek, by pomóc jej dosiąść wierzchacza. – No i nie zapominaj, że jesteś Lworożką.

Gdy Amari na grzbiecie Najli schodzi po trapie na ląd, w tłumie rozlega się zbiorowy jęk zachwytu. Sama też jestem pod wrażeniem. Za mną Tzain mruga, jakby chciał się pozbyć łzy z oka.

Odbite od zbroi Amari promienie słońca migoczą przy każdym ruchu Najli. Powiedzieć, że Amari z rękoma opartymi na rogach mojej lworożki wygląda królewsko, to nie powiedzieć nic.

Wygląda bosko.

– Bądź czujna – szepcze mi do ucha Roën. – To nie jest koronacja.

Podążam za jego wzrokiem w stronę chudego żołnierza, który stoi na obrzeżach tłumu z dłonią na rękojeści miecza. Przeciska się obok arystokratów i kosidan, na jego pancerzu połyskuje w słońcu królewska pieczęć. Harun na znak Roëna przechwytuje żołnierza, zanim ten zdąży się zbliżyć do Amari, po czym odciąga go na bok.

– Nie rozumiem – mówię. – Myślałam, że naszym jedynym zmartwieniem są iyika.

– Wieść, że królowa jednak żyje, nie wszystkich ucieszyła – wyjaśnia Roën. – Wojsko wie, że Amari sympatyzuje z magami. Myślano o niej dużo cieplej, kiedy nie żyła.

Ciało mi sztywnieje. Zerkam na Amari w nadziei, że niczego nie zauważyła. Inni żołnierze co prawda nie dobywają mieczy, ale trudno powiedzieć, żeby bili pokłony przed nową władczynią. Dwójki patrolują tłum po obu stronach piaszczystej ścieżki; tytanów pozdrawiają skinieniem głowy, ale magom przyglądają się nieufnie, z dłońmi zawieszonymi nad bronią o majacytowych ostrzach.

Armia urządza polowanie na magów. Nowy admirał w zasadzie wypowiedział im wojnę.

Przypominam sobie te słowa Roëna i znów spoglądam na członków mojego ludu, którzy pozostają na obrzeżach tłumu, bojąc się podejść bliżej. Mimo prażącego słońca większość ukrywa się pod wzorzystymi opończami. Choć odzyskaliśmy nasze dary, nadal żyjemy w strachu.

– Jeszcze tylko kawałek. – Roën wskazuje ruchem głowy wielką piaskową kopułę kilkadziesiąt metrów przed nami.

Stoi na samym brzegu morza, spienione fale rozbijają się o zdobiący ściany budowli deseń z prostokątów. Kopuła jest tak wysoka, że niemal przesłania słońce.

– O rety – dobiega mnie z góry szept zachwyconej Amari. Radość rozjaśnia jej twarz, szybko jednak gaśnie na widok czerwonej plamy na ścianie kopuły. Choć farba została rozmazana, wciąż wyraźnie widać kształt litery I.

Amari zerka w moją stronę. Dla otuchy ściskam ją za kostkę u nogi.

– Nic się nie martw. Nie pozwolę żadnemu rebeliantowi się do ciebie zbliżyć.

– Jagunjagun!

Spoglądam przed siebie i widzę drobnego maga z odstającymi uszami i pieprzykiem na brodzie. W odróżnieniu od reszty stoi w pierwszym szeregu, kręcone białe loki wystają mu spod kaptura. Choć słowo, które szeptem wypowiedział, oznacza w języku joruba żołnierza, raczej nie chodzi mu o królewską pieczęć na moim pancerzu. Kiedy się do niego uśmiecham, robi wystraszoną minę, aż oczy prawie wychodzą mu z orbit.

Baba właśnie tego chciał, uświadamiam sobie nagle. Dla niego i wszystkich takich jak on. Od dziś nie będą już musieli się ukrywać. Nadszedł czas, by moi ludzie stanęli w słońcu.

Amari powściąga Najlę przed sklepionym wejściem do kopuły i zeskakuje na piasek. Bierze głęboki wdech, po czym wchodzi do środka.

Nie odstępuję jej na krok.

ROZDZIAŁ 6

Widok, który zastajemy wewnątrz, jest tak niesamowity, że odbiera mi mowę. Jeszcze nigdy nie musiałam się zwracać do takiego tłumu.

Piaskowe ściany kopuły są pokryte kolorową płaskorzeźbą: mnóstwem ludzkich ciał złączonych w tańcu i pieśni. Przez wielki otwór rozpościera się widok na morze. Fale liżą piasek u naszych stóp.

– O rety... – mamrocze Tzain, idąc u mojego boku.

Unoszę głowę ku słońcu, które wpada przez okrągły otwór w sklepieniu; w jego ciepłym blasku kąpie się tłum oraz drewniane podium wzniesione przez najemników Roëna.

Morze ludzi rozstępuje się, gdy zmierzamy w stronę platformy pośrodku sali. Rozchodzą się przede mną tak jak dawniej przed ojcem. Wchodząc po schodach, słyszę jego głos.

Amari, atakuj!

Choć inaczej sobie wyobrażał moje przeznaczenie, trudno mi się oprzeć wrażeniu, że przygotowywał mnie na ten dzień. To on mnie nauczył, że ręka nigdy nie może mi zadrżeć, nawet jeśli moim przeciwnikiem będzie ktoś bliski.

Amari, walcz!

Biorę głęboki oddech, prostuję ramiona, wypinam pierś. Kiedy przebiłam ojca mieczem, coś mu przyrzekłam. Teraz wszystko się rozstrzygnie: albo obejmę tron, albo go stracę.

– Nazywam się Amari Olúborí. – Moje słowa odbijają się gromkim echem od zakrzywionych ścian. – Jestem córką waszego zmarłego króla. Siostrą nieżyjącego następcy tronu.

Ktoś w tłumie rusza w moją stronę. Serce mi przyspiesza, szykuję się na atak. Gdy kosidanin tylko przede mną klęka, w zdumieniu rozchylam usta.

Tego się nie spodziewałam.

– Wasza Królewska Mość.

Chłopak kłania mi się tak nisko, że wręcz dotyka czołem piasku. Jego ukłon przenosi się na całą salę: reszta zgromadzonych bierze z niego przykład i pada na kolana. Ludzie na zewnątrz też klękają. Oblewa mnie fala ciepła.

W ich ukłonach jest coś uświęconego. Czy na pewno jestem tego godna? Gdy opuszczałam pałac, byłam przestraszoną księżniczką uciekinierką.

Teraz od tronu dzieli mnie jedno przemówienie.

– Dwa miesiące temu mój ojciec na moich oczach zamordował w pałacu moją najbliższą przyjaciółkę. Na imię miała Binta, była ibawitką, która zawiniła jedynie tym, że w jej żyłach płynęła krew pełna magii. – Przerywam, żeby odchrząknąć. Każde słowo cofa mnie boleśnie do tamtego dnia, tamtej rozpaczy. – Mój ojciec zmusił Bintę, by wbrew sobie wzbudziła swój dar. A gdy jej moc się objawiła, z miejsca ją zabił.

W tłumie rozlegają się pomruki niezadowolenia. Niektórym oczy szklą się od łez, inni kręcą głowami. Gdzieś w głębi grupka magów przeciska się do przodu. Dwaj rośli żołnierze pod ścianą wymieniają spojrzenia.

Pokój wydaje się w tej chwili kruchy jak szkło, ale już nie mogę się lękać prawdy. Magowie zbyt długo mieli knebel w ustach. Jeśli teraz nie wstawię się za nimi, kto inny to zrobi?

– Mogliście nie słyszeć o Bincie, ale na pewno znacie jej historię. To historia niesprawiedliwych prześladowań, które przez dziesiątki lat dotknęły niezliczonych ibawitów oraz magów zamieszkujących nasz kraj. Od pokoleń historia Oriszy jest historią podziału. Historią przemocy i prześladowania, którym musimy dziś położyć kres.

Sama jestem zaskoczona donośnym brzmieniem swojego głosu. Prawie go widzę, jak rozchodzi się po sali. Ktoś okrzykiem przyznaje mi rację, pozostali zaczynają wtórować. Patrzę z niedowierzaniem, jak coraz więcej osób przyłącza się do wiwatów.

Ośmielona tą manifestacją wiary przemierzam platformę. Orisza moich marzeń wydaje się w zasięgu ręki.

Ale wtedy dostrzegam rebeliantkę.

Stoi pośrodku sali, przez jej lewe oko biegnie gruba szrama. W przeciwieństwie do innych magów nie ukrywa białych loków, lecz nosi je dumnie, spadające kaskadą na oliwkowe ramiona. Dłonie ma umazane czerwoną farbą – w tym samym kolorze, który widziałam wcześniej na ścianie kopuły. Choć w ogóle się nie rusza, grymas na jej twarzy mówi wszystko.

Ona nie chce, żebym objęła tron.

Pocę się pod hełmem. Przebiegam wzrokiem po tłumie, szukając innych rebeliantów. Podnoszę rękę, by się upewnić, czy mój biały kosmyk się nie odsłonił. Dopiero gdy znów spoglądam na magiczkę, doznaję olśnienia.

Ona się przede mną nie ukrywa. Nie udaje kogoś, kim nie jest. Dlaczego ja mam udawać?

Amari, atakuj!

Drżącymi palcami łapię hełm. Nie wiem, czy to, co zamierzam zrobić, jest najmądrzejsze. Ale jeśli stchórzę i zacznę ukrywać prawdę, nie będę lepsza od Inana.

Odwagi, Amari.

Biorę ostatni wdech. Chwilę później hełm upada z brzękiem na ziemię, odsłaniając biały kosmyk.

– Ona jest jedną z nich!

– Królowa jest tytanką!

Przez tłum przetaczają się okrzyki niedowierzania. Kilku magów przeciska się do przodu. Żołnierze rzucają się za nimi w pogoń. Robi się coraz niespokojniej.

Najemnicy Roëna stają pierścieniem wokół sceny. Głos więźnie mi w gardle, ale zaschnięta krew na pancerzu przypomina, ile mam w sobie siły. Tylko ja mogę zjednoczyć Oriszę. Sprawić, żeby wszyscy ci ludzie poczuli się bezpieczni.

– Chciałam ukryć prawdę o sobie! – wołam. – Ukryć strach przed tym, kim się stałam. Ale powrót magii i narodziny tytanów są namacalnym dowodem na to, że wreszcie wracamy do Oriszy, jakiej pragnęli dla nas bogowie! Tyle mamy w sobie nienawiści i strachu, że zapomnieliśmy, jakim błogosławieństwem są darowane nam moce. Przez wieki były kością niezgody, a przecież bogowie obdarzyli nas magią, aby lud Oriszy mógł rozkwitać!

Zamęt cichnie, moje słowa wywarły na ludziach wrażenie. Pokój wciąż jest kruchy, ale dopóki mnie słuchają, nie wszystko stracone.

– Pomyślcie o Ziemiowcach, którzy mogliby uprawiać naszą ziemię. O Falunach, którzy oszczędziliby rybakom wiele trudu. O Spajaczach, którzy w kilka dni wznosiliby nowe miasta. O Uzdrowicielach, którzy chroniliby naszych bliskich przed chorobą i śmiercią!

Zwracam się do buntowniczki ze szramą na oku. Do młodego żołnierza z zaciętą miną. To dla nich odmalowuję słowami wizję kraju, którą sama widzę niemal tak wyraźnie jak płaskorzeźbę na sklepieniu kopuły.

– Pod moimi rządami Orisza stanie się krajem, w którym nawet najubożsi będą mieli co jeść, gdzie mieszkać, w co się ubrać. Królestwem, które chroni wszystkich i każdego akceptuje. Koniec z dawnymi podziałami! – Wyciągam ręce przed siebie i podnoszę głos. – Nastaje nowa Orisza!

Tym razem aplauz jest ogłuszający. Promienieję ze szczęścia. Wezwania do jedności rozbrzmiewają głośnym echem.

– Kí èmí olá ó gùn Ayaba! – woła ktoś, a reszta zaczyna skandować razem z nim.

– Kí èmí olá ó gùn Ayaba. Niech żyje królowa – tłumaczy Zélie.

Czuję się tak lekka, że mogłabym wzlecieć w powietrze. Okrzyki tłumu rozbrzmiewają w moim wnętrzu, budzą te cząstki, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Cofam się na moment do tamtej cudownej chwili w Chândomblé, kiedy Lekan ożywił malowidła na suficie. Teraz widzę ten sam ład i szczęście. Ta sama magia jest na wyciągnięcie...

– Kłamstwa!

Grzmiący okrzyk rozlega się ponad harmidrem i wszystkie głosy naraz cichną. Ludzie zwracają głowy w stronę wejścia. Zaciskam palce na rękojeści miecza. Słychać skrzypienie piasku pod metalowymi podeszwami.

Spoglądam na Zélie, a ona kiwa głową na znak, że jest gotowa do walki. Gdy jednak ludzkie morze się rozstępuje, broń wypada mi z ręki.

Postać, która rzuciła mi wyzwanie, skrywa twarz pod kapturem, lecz i tak rozpoznałam ją po chodzie.

– Matko?

Chwytam się za serce i wybucham spontanicznym śmiechem.

Ruszam ku niej, nie dowierzając własnym oczom. Dopiero gdy unosi głowę i napotykam nienawistne spojrzenie bursztynowych oczu, staję jak wryta.

ROZDZIAŁ 7

A więc stąd wzięły się bursztynowe oczy Amari. Domyśliłabym się prawdy, nawet gdybym nie widziała tej miny. Królowa Nehanda jest równie piękna jak jej córka, lecz w przeciwieństwie do niej rysy ma ostre i wyraziste. Jej zbroja lśni złotem; wypukły pancerz uzupełniają ząbkowane naramienniki oraz kunsztownie rzeźbione rękawice.

– Co robimy? – pyta Tzain, zaciskając palce na trzonku topora.

Wbrew doniesieniom ludzi Roëna królowa Nehanda nie zginęła. Monarchini posuwistym krokiem przemierza biały piasek, wiatr znad morza unosi jej fioletową pelerynę. Precyzja jej ruchów ma w sobie coś znajomego i niebezpiecznego.

Blizny na plecach zaczynają mnie świerzbić.

– Ty żyjesz! – Amari się uśmiecha, lecz matka nawet nie raczy na nią spojrzeć.

Toczy wzrokiem po sali, świadoma tego, że wszystkie oczy utkwione są w niej.

I tego, że jednym słowem, jak trzaśnięciem bicza, zepchnęła Amari na drugi plan.

– Śmiałe obietnice – odzywa się w końcu. – Piękne kłamstwa. Ale to nie jest mowa światłej przywódczyni, lecz jad tyranki spragnionej władzy.

Dla Amari te słowa są jak siarczysty policzek. Aż się od nich zachwiała. W tłumie słychać niespokojny szmer, niezadowolenie rozlewa się niczym woda z przerwanej tamy.

– Matko, co to znaczy? – Amari robi krok do przodu. – Myślałam, że nie żyjesz...

– Niedoczekanie twoje! – przerywa jej królowa. – Nasłałaś na mnie magów i najemników...

– Nieprawda...

– Mówisz ludziom, że ich król zginął, lecz ani słowem nie wspominasz, że masz na sumieniu zbrodnię królobójstwa? Mówisz o zmarłym bracie, ale nie chcesz się przyznać, że to ty i magowie zabiliście prawowitego spadkobiercę tronu?

Na całej sali rozlegają się okrzyki trwogi. Jeszcze parę chwil temu w powietrzu wyczuwało się nadzieję; teraz jest ono ciężkie od podejrzeń i odrazy.

– To nieprawda! – woła Amari.

– Wypierasz się tego, że zabiłaś własnego ojca?

– Nie, ale... – Amari robi się czerwona na twarzy. Bierze głęboki oddech. – Owszem, król zginął z mojej ręki, ale to nie ja zabiłam Ina...

Lecz tłum nie daje jej dokończyć. Szacunek, jaki zdołała wzbudzić w ludziach, prysł.

– Zdrada! – krzyczy ktoś.

– Oszustka! – dołączają inni. Ich wściekłość jest coraz większa, rośnie jak fala, przed którą nie ma ucieczki. Rozlewa się nawet na rozrzuconych po sali magów.

Amari podnosi ręce, jakby dało się ich w ten sposób uspokoić. Wygląda jak bezradny szczeniak przed grotą śnieżnych lampartusów.

– Przed wami stoi zdrajczyni – oznajmia Nehanda. – Buntowniczka, która zmówiła się z kłamcami i ze złodziejami. Zuchwałe dziecko, które naraziło nas wszystkich na niebezpieczeństwo ze strony magii, bo chciało zostać królową!

– Matko, proszę! – błaga ją Amari. – Pozwól mi wyjaśnić... – Lecz jej głos łamie się jak drewno pod żelaznym głosem Nehandy.

Chwilę później milknie, bo do hali wkracza straż królowej. Jej znakiem rozpoznawczym są złote pancerze i ostre miecze. W jasnym blasku złotych pieczęci na zbrojach widzę ciało Mamy.

Czuję żar płomieni, które strawiły trumnę Baby.

– Nie pozwolę tobie ani twoim zbuntowanym magom zniszczyć królestwa! – krzyczy Nehanda. – Jesteś aresztowana za zbrodnie przeciw koronie! Wszyscy twoi pomocnicy zostaną ukarani!

Wybucha panika. Strażnicy ruszają przed siebie, dobywają szklane kule wypełnione płynem czarnym jak noc.

– Co oni mają w rękach? – wołam do Tzaina.

– Nie wiem, ale musimy wydostać stąd Amari! – Tzain rusza biegiem ku podwyższeniu, ale się spóźnia.

Nehanda nasuwa na twarz złotą maskę, a jej żołnierze ciskają kulami w piach.