Opis

Niegdyś kraina Orisza tętniła życiem i magiczną mocą, ale to już przeszłość. Teraz, pod rządami bezwzględnego władcy, magowie są ofiarami okrutnych prześladowań. Zélie straciła matkę, a jej lud – wszelką nadzieję. Kiedy jednak nadarza się okazja, aby pokonać monarchę, dziewczyna nie zamierza się poddać! Z pomocą zbuntowanej księżniczki planuje przechytrzyć następcę tronu, który chce położyć kres istnieniu magii.

Orisza to niebezpieczna kraina, królestwo złowrogich śnieżnych lampartusów i mściwych duchów. Ale największym zagrożeniem dla Zélie jest ona sama, musi bowiem zapanować nad własną mocą i coraz silniejszym uczuciem do wroga…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 592

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginałuChildren of Blood and Bone
Projekt okładki i typografiiRICH DEAS
Fotografia na okładce© PeopleImages/E+/Getty Images
Projekt mapyKEITH THOMPSON
Koordynacja projektuSYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK
RedakcjaANNA JACKOWSKA
KorektaIWONA HUCHLA
Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Copyright © 2018 by Tomi Adeyemi Books Inc. All rights reserved.
Polish translation © Łukasz Witczak MMXIX
Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-5906-9
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

Mamie i Tacie,

którzy poświęcili wszystko, żeby dać mi tę szansę,

oraz

Jacksonowi,

który uwierzył we mnie i w tę opowieść

na długo przede mną

IKÚ

MAGOWIE ŻYCIA I ŚMIERCI

TYTUŁ: ŻNIWIARZ, ŻNIWIARKA

BÓSTWO: OJA

ÈMÍ

MAGOWIE UMYSŁU, DUCHA I SNÓW

TYTUŁ: KONEKTOR, KONEKTORKA

BÓSTWO: ORÍ

OMI

MAGOWIE WODY

TYTUŁ: FALUN, FALUNKA

BÓSTWO: JEMỌDŻA

INÁ

MAGOWIE OGNIA

TYTUŁ: OGNIARZ, OGNIARKA

BÓSTWO: SÀNGÓ

AFÉFÉ

MAGOWIE POWIETRZA

TYTUŁ: TAJFUN, TAJFUNKA

BÓSTWO: AJAO

AIJE

MAGOWIE ZIEMI I ŻELAZA

TYTUŁ: ZIEMIOWIEC, ZIEMIARKA + SPAJACZ, SPAJACZKA

BÓSTWO: ÒGÚN

ÌMÓLÈ

MAGOWIE ŚWIATŁA I CIEMNOŚCI

TYTUŁ: ŚWIETLARZ, ŚWIETLARKA

BÓSTWO: OSZUMARE

ÌWÒSÀN

MAGOWIE ZDROWIA I CHOROBY

TYTUŁ: UZDROWICIEL, UZDROWICIELKA + KANCER, KANCERKA

BÓSTWO: BABALÚAJÉ

ARÍRAN

MAGOWIE CZASU

TYTUŁ: JASNOWIDZ, JASNOWIDZKA

BÓSTWO: ORÚNMILA

ẸRANKO

MAGOWIE ZWIERZĄT

TYTUŁ: POSKRAMIACZ, POSKRAMIACZKA

BÓSTWO: OXOSI

.

Staram się o niej nie myśleć.

Ale gdy mi się nie udaje, myślę o ryżu.

Kiedy Mama była z nami, w chacie zawsze pachniało dżolofem.

Myślę o jej ciemnej skórze, pełnej blasku jak letnie słońce, o uśmiechu, który ożywiał Babę. O kręconych białych włosach, tej dumnej koronie żyjącej własnym życiem.

Słyszę legendy, które opowiadała mi przed snem. Śmiech Tzaina, kiedy grali razem w agböna.

Krzyki Baby, kiedy żołnierze zarzucili jej łańcuch na szyję. Jej własne krzyki, kiedy wywlekali ją w noc.

Zaklęcia, które z siebie wyrzucała, tak jak wulkan wyrzuca lawę. Magię śmierci, która okazała się jej zgubą.

Myślę o tym, jak zwisała martwo z drzewa.

Myślę o królu, który nam ją zabrał.

ROZDZIAŁ 1

Mnie wybierz.

Muszę się powstrzymywać, żeby nie krzyczeć. Wbijam paznokcie w drewniany kij, ściskam go mocno, żeby usiedzieć w miejscu. Krople potu ściekają mi po plecach, nie wiem, czy to od porannego upału, czy dlatego, że serce tłucze mi się o żebra. Miesiąc w miesiąc byłam pomijana.

Dziś musi wreszcie być inaczej.

Odgarniam śnieżnobiały kędzior za ucho i staram się nie ruszać. Mama Agba jak zwykle nie ma zmiłowania, długo przygląda się każdej z nas, aż nie wiemy, gdzie podziać wzrok.

Jej brwi ściągają się w skupieniu, pogłębiając zmarszczki na ogolonej głowie. Z ciemnobrązową skórą i w niepozornym kaftanie Mama Agba niewiele się różni od reszty wioskowych starszych. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że kobieta w tym wieku może być tak niebezpieczna.

– Ekhm... – chrząka z przodu Jemi, w mało subtelny sposób przypominając, że ona już przeszła tę próbę. Posyła nam uśmieszek i obraca w dłoni ręcznie rzeźbiony kij, jakby nie mogła się doczekać, aż się dowie, którą z nas pokona w czasie dzisiejszego egzaminu.

Większość dziewczyn boi się pojedynku z Jemi, ale ja nie czuję strachu. Ćwiczyłam i jestem gotowa.

Wiem, że stać mnie na zwycięstwo.

– Zélie.

Chropawy głos Mamy Agby przerywa ciszę. Słychać zbiorowe westchnienie piętnastu dziewczyn, które nie zostały wybrane. Imię odbija się od plecionych ścian trzcinowej ahéré, aż w końcu zdaję sobie sprawę, że chodzi o mnie.

– Naprawdę? – pytam.

Mama Agba mlaska zniecierpliwiona.

– Mogę wybrać kogoś innego...

– Nie! – Zrywam się na równe nogi i natychmiast posyłam jej ukłon. – Dziękuję, Mamo. Jestem gotowa.

Morze brązowych twarzy rozstępuje się przede mną. Idąc, skupiam się na moich bosych stopach ocierających się o trzcinową podłogę, sprawdzam jej przyczepność, żeby zwiększyć swoje szanse na wygranie pojedynku i zdanie egzaminu.

Na czarnej macie do walki Jemi pierwsza mi się kłania. Czeka, aż uczynię to samo, ale jej wzrok tylko wznieca we mnie ogień złości. Stoi w nonszalanckiej pozie, świadczącej o braku szacunku, jakbym nie była godną przeciwniczką. Jakby uważała, że jako ibawitka jestem od niej gorsza.

Myśli, że nie mam z nią szans.

– Ukłoń się, Zélie.

Choć w głosie Mamy Agby pobrzmiewa wyraźna reprymenda, nie potrafię się przemóc. Stojąc tak blisko Jemi, widzę tylko jej bujne czarne włosy i kokosowy brąz skóry znacznie jaśniejszej niż moja. To karnacja tych spośród Oriszan, którzy nie wiedzą, czym jest praca w słońcu. Jemi zawdzięcza to uprzywilejowanie cichemu wsparciu ojca, którego nawet nie zna. Arystokraty, który pozbył się nieprawej córki, umieszczając ją w naszej wiosce.

Odchylam barki do tyłu i zamiast się ukłonić, dumnie wypinam pierś. Jemi odstaje wyglądem od ibawitek o śnieżnobiałych włosach. Od ibawitek bezustannie zmuszanych do kłaniania się takim jak ona.

– Zélie, nie każ mi się powtarzać.

– Ale Mamo...

– Ukłoń się albo zejdź z ringu! Nie marnuj naszego czasu.

Nie mając wyboru, zaciskam zęby i pochylam głowę. Na ustach Jemi rozkwita nieznośny uśmieszek.

– Czy to takie trudne? – Kłania się znowu, choć nie musi. – Lepiej przegrać z honorem.

Wśród dziewczyn rozlegają się tłumione chichoty. Mama Agba ucisza je stanowczym gestem. Rzucam im złowrogie spojrzenie, po czym koncentruję się znowu na przeciwniczce.

Zobaczymy, komu będzie do śmiechu, gdy wygram.

– Na miejsca.

Obie cofamy się do krawędzi maty i unosimy swoje kije. Drwiący uśmieszek spełza z ust Jemi, a jej oczy zwężają się w szparki. To instynkt zabójczyni.

Patrzymy na siebie i czekamy na znak. Mama Agba przeciąga tę chwilę w nieskończoność, wreszcie woła:

– Do boju!

I od razu muszę się bronić.

Nawet nie zdążyłam pomyśleć o wyprowadzeniu ataku, a Jemi już doskakuje do mnie z prędkością gepardona. Bierze zamach kijem, mierząc w moją szyję. Ale choć za plecami słyszę stłumione okrzyki dziewcząt, ani na moment nie tracę zimnej krwi.

Jemi jest szybka, lecz ja potrafię być jeszcze szybsza.

Unikam ciosu, wyginając się mocno do tyłu. Jemi nie czeka, aż się wyprostuję – wyprowadza kolejny atak, tym razem tnąc kijem z góry na dół z siłą dziewczyny dwa razy większej od siebie.

Rzucam się w bok i przetaczam po macie, a kij z trzaskiem uderza o trzciny. Jemi już bierze następny zamach.

– Zélie! – ostrzega mnie Mama Agba, lecz nie potrzebuję jej pomocy.

Jednym płynnym ruchem przechodzę w kucki i wyciągam kij do góry, parując uderzenie Jemi.

Trzcinowe ściany aż się zatrzęsły od głośnego trzasku. Moja broń też jeszcze drży, kiedy Jemi zamachuje się znowu, tym razem za cel obierając moje kolana.

Odbijam się z wysuniętej do przodu nogi, robię koziołka w powietrzu ponad jej wyciągniętym kijem. Oto moja pierwsza szansa, by przejść do ataku. Wykorzystując pęd, wyprowadzam pierwszy cios. Z mojego gardła dobywa się stęknięcie.

Jemi kontruje, przerywając mój atak, zanim na dobre się zaczął.

– Cierpliwości, Zélie! – woła Mama Agba. – Nie spiesz się. Obserwuj i reaguj. Czekaj na atak.

Tłumię wzbierający w piersi jęk i kiwam głową. Cierpliwości, powtarzam sobie. Poczekaj na lepszą okazję...

– Właśnie, Zél – odzywa się Jemi cicho, żeby nikt poza mną nie usłyszał. – Słuchaj się Mamy Agby. Bądź grzeczną glistą.

No tak, mogłam się tego spodziewać.

To słowo.

Ta wstrętna obelga.

Wypowiedziana niby od niechcenia. Zawinięta w arogancki uśmieszek.

Bez namysłu wyrzucam kij przed siebie. Mija brzuch Jemi o włos. Czeka mnie za to straszliwe lanie od Mamy Agby, ale i tak było warto. Nagrodą jest wystraszone spojrzenie mojej przeciwniczki.

– Ej! – Jemi spogląda w stronę Mamy, oczekując od niej interwencji, ale nie ma czasu się poskarżyć. Wielkimi oczami patrzy, jak obracam kij do kolejnego ataku. – To nie jest trening! – woła, uskakując przed ciosem w kolana. – Mamo...

– Sama sobie nie poradzisz? – pytam ze śmiechem. – No dalej, Jem. Lepiej przegrać z honorem!

W oczach Jemi pojawiają się gniewne błyski. Wygląda jak lworożec gotowy do skoku. Wściekle zaciska dłonie na kiju.

Zaczyna się prawdziwa walka.

Ściany chaty Mamy Agby szeleszczą, gdy nasze kije uderzają o siebie. Wymieniamy cios za cios, wypatrując szansy na kontrę, która przesądzi o wszystkim. Dostrzegam okazję i wtedy...

– Uch!

Kuląc ramiona, zataczam się do tyłu, fala mdłości podchodzi mi do gardła. Przez chwilę martwię się, że Jemi połamała mi żebra, lecz ból w brzuchu rozwiewa tę obawę.

– Stop!

– Nie! – przerywam Mamie Agbie zachrypniętym głosem. Z wysiłkiem wciągam powietrze do płuc i wspierając się kijem, prostuję plecy. – Nic mi nie jest.

Jeszcze nie skończyłam.

– Zélie... – zaczyna Mama, lecz Jemi nie pozwala wybrzmieć jej słowom.

Już mknie w moją stronę z ogniem w oczach, jej wyciągnięty kij prawie muska mi głowę. Gdy bierze nim zamach, uskakuję na bezpieczną odległość, a potem, łapiąc Jem na wykroku, dźgam ją z całej siły w mostek.

– Uch! – Jemi zatacza się do tyłu z twarzą wykrzywioną bólem. Jeszcze nigdy podczas walki w chacie Mamy Agby nie została przez nikogo trafiona. Nie zna tego uczucia.

Nie czekając, aż dojdzie do siebie, okręcam się i uderzam ją w brzuch. Już mam zadać ostateczny cios, gdy rudawe płachty u wejścia do chaty rozchylają się i do środka wpada zdyszana Bisi z rozwianą białą grzywą. Szuka wzrokiem Mamy Agby.

– Co się stało?

Bisi ma łzy w oczach.

– Przepraszam – kwili cicho. – Zasnęłam. Ja... ja...

– Wyduś to z siebie, dziecko!

– Nadchodzą! – wykrzykuje wreszcie. – Są już blisko!

Groza tej chwili na moment wysysa mi całe powietrze z płuc. Zresztą nie tylko mnie. Wszystkie jesteśmy sparaliżowane strachem.

Instynkt przetrwania bierze jednak górę.

– Prędko! – rzuca Mama Agba. – Nie ma czasu!

Podnoszę Jemi z podłogi. Oddycha ciężko, ze świstem, ale musi wziąć się w garść. Chwytam jej kij i zbieram pozostałe.

W chacie panuje wielkie zamieszanie. Wszyscy zacierają ślady. W powietrzu fruwają metry jasnej tkaniny. Powstaje armia trzcinowych manekinów. Czy zdążymy? Trudno powiedzieć w tym rozgardiaszu. Ja robię swoje: chowam kije pod matą ringu, żeby nikt ich nie zobaczył.

Ledwie skończyłam, Jemi wpycha mi do rąk drewnianą igłę. Biegnę na swoje stanowisko, gdy płachty znów się rozwierają.

– Zélie! – woła ostro Mama Agba.

Zastygam w bezruchu. Wszystkie oczy patrzą teraz na mnie. Nie czekając, aż się odezwę, Mama daje mi po głowie, aż czuję gorące mrówki na plecach.

– Wracaj na swoje miejsce! – rzuca surowo. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć.

– Mamo Agbo, ja...

Nachyla się bliżej z błyskiem prawdy w oczach.

Odwrócenie uwagi...

Próbuje zyskać dla nas więcej czasu.

– Przepraszam, Mamo Agbo. Wybacz mi.

– Wracaj na swoje miejsce.

Zagryzam wargę, żeby się nie uśmiechnąć, i zwieszam przepraszająco głowę, zerkając kątem oka na strażników, którzy weszli do chaty. Niższy, jak większość oriszańskich żołnierzy, wyglądem przypomina Jemi: kokosowy brąz zwieńczony czarną czupryną. Mimo że otaczają go same młode dziewczyny, trzyma dłoń na rękojeści miecza. Zaciska na niej palce, jakby spodziewał się, że któraś z nas go zaatakuje.

Drugi strażnik, wysoki i poważny, jest od niego dużo ciemniejszy. Stoi blisko wejścia, ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Widocznie ma w sobie choć odrobinę wstydu.

Obaj na żelaznych pancerzach noszą dumnie znak króla Sarana. Samo spojrzenie na ozdobnego białego lampartusa, symbol monarchy, który ich tu przysłał, przyprawia mnie o ścisk żołądka.

Z ostentacyjnym nadąsaniem wracam do swojego trzcinowego manekina. Czuję tak wielką ulgę, że nogi prawie się pode mną uginają. Miejsce, które jeszcze przed chwilą było ringiem, teraz całkiem przekonująco udaje warsztat krawiecki. Manekiny przy każdej z dziewczyn ozdobione są jasnymi materiałami w charakterystyczne wzory Mamy Agby. Od lat w milczeniu obszywamy brzegi tych samych koszul, czekając, aż strażnicy odejdą.

Mama Agba przechadza się między rzędami uczennic i przygląda się ich pracy. Mimo nerwów uśmiecham się, widząc, jak ignoruje nieproszonych gości.

– W czym mogę pomóc? – pyta w końcu.

– Zbieramy podatek – odbąkuje ciemniejszy strażnik.

Mamie Agbie wydłuża się twarz.

– Zapłaciłam w zeszłym tygodniu.

– Nie chodzi o podatek od handlu. – Drugi strażnik toczy wzrokiem po białowłosych ibawitkach. – Wzrosły opłaty za glisty. Wy ich macie dużo, więc będzie was to kosztować.

No tak. Ściskam koszulę manekina z taką siłą, że aż bolą mnie palce. Królowi nie wystarczy pognębić ibawitów. Musi jeszcze ukarać każdego, kto próbuje nam pomagać.

Zaciskam zęby, starając się nie myśleć o strażniku, o bólu, jaki mi sprawiło tamto słowo. G l i s t y. Nieważne, że nigdy nie będzie nam dane stać się magami. W ich oczach wciąż jesteśmy glistami.

I nie będziemy niczym więcej.

Usta Mamy Agby zmieniają się w cienką kreskę. Przecież nie wytrzaśnie tych pieniędzy spod ziemi.

– Podwyższyliście już podatek od ibawitów w zeszłym miesiącu. I dwa miesiące temu.

Jaśniejszy strażnik robi krok do przodu i sięga po miecz, jakby chciał pokazać, że nie będzie się z nikim patyczkował.

– Może byłoby mądrzej nie zadawać się z glistami.

– Może byłoby mądrzej nas nie okradać.

Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Nie zdążyłam się ugryźć w język. Wszyscy w chacie wstrzymują oddech. Mama Agba sztywnieje, jej ciemne oczy błagają mnie, bym zamilkła.

– Nie możecie bez końca podnosić podatków – oznajmiam. – Ibawici nie zarabiają więcej niż do tej pory. Skąd mamy wziąć tyle pieniędzy?

Strażnik zbliża się niespiesznym krokiem. Korci mnie, żeby sięgnąć po kij. Mogłabym zwalić mężczyznę z nóg jednym precyzyjnym uderzeniem; jednym celnym pchnięciem zmiażdżyłabym mu gardło.

Dopiero po chwili dociera do mnie, że miecz tego strażnika nie jest zwykłym mieczem. W pochwie pobłyskuje czarne ostrze, metal droższy niż złoto.

Majacyt.

Stop przygotowany przez króla Sarana przed Obławą. Broń stworzona po to, by osłabić naszą magię i wypalać dziury w naszych ciałach.

Tak jak czarny łańcuch, który zawiesili na szyi Mamy.

Potężny mag lub magiczka mogą przezwyciężyć jego moc, ale większość z nas jest bezsilna wobec tego rzadkiego metalu. Choć sama nie władam żadną magią, i tak dostaję gęsiej skórki, gdy strażnik zbliża się do mnie z majacytowym ostrzem.

– Na twoim miejscu trzymałbym język za zębami, dziewczynko.

Ma rację. Powinnam milczeć. Schować urażoną dumę do kieszeni. Dożyć jutra.

Ale gdy tak stoimy twarzą w twarz, muszę walczyć ze sobą, żeby mu nie wbić drewnianej igły w to błyszczące piwne oko.

Może ja powinnam być cicho.

A może on powinien umrzeć.

– Sam trzymaj...

Mama Agba odpycha mnie tak mocno, że się przewracam.

– Proszę. – Wręcza mu garść monet.

– Mamo, nie... – odzywam się, ale zamieram pod jej groźnym spojrzeniem. Zamykam usta, podnoszę się i chwytam wzorzystej koszuli manekina.

Strażnik przelicza brzęczące brązowe monety w dłoni. W końcu odchrząkuje.

– Za mało.

– Musi wystarczyć – odpowiada Mama Agba z nutą desperacji. – To wszystko, co mam.

Nienawiść aż we mnie kipi, parzy mnie od wewnątrz. To nie w porządku, że Mama Agba musi błagać o litość. Unoszę wzrok i natrafiam na spojrzenie strażnika. Błąd. Nie zdążyłam się odwrócić i ukryć obrzydzenia. Mężczyzna chwyta mnie za włosy.

– Au! – krzyczę z bólu.

Strażnik rzuca mnie na twarz i przygniata kolanem do ziemi. Na chwilę tracę dech.

– Może i nie macie pieniędzy – mówi – ale za to glist jest pod dostatkiem. – Chwyta mnie brutalnie za udo. – Zacznę od tej.

Robi mi się gorąco, łapię powietrze ustami, zaciskam dłonie w pięści, żeby nie było widać, że się trzęsę. Chcę krzyczeć, chcę mu połamać wszystkie kości, ale słabnę z każdą sekundą. Jego dotyk upokarza mnie i unicestwia. Na chwilę znów staję się małą dziewczynką, bezsilną jak wtedy, gdy żołnierz wywlekał jej matkę z domu.

– Dość! – Mama Agba odsuwa strażnika i przygarnia mnie do piersi, warcząc jak lworożka broniąca młodych. – Dałam wam pieniądze, na więcej nie liczcie. Precz stąd.

Podrażniony jej zuchwałością strażnik sięga po miecz, ale ciemniejszy towarzysz chwyta go za ramię.

– Chodź. Musimy obejść całą wieś przed zmierzchem. – Wypowiada te słowa spokojnie, ale jakby zaciskając przy tym szczękę. Może ujrzał w naszych twarzach własną matkę albo siostrę, może przypominamy mu kogoś, kogo chciałby chronić.

Jego towarzysz na chwilę zastyga w złowieszczym bezruchu. Wreszcie zdejmuje rękę z miecza i tylko tnie nas wzrokiem.

– Nauczcie te czaraluchy pokory albo ja to zrobię – ostrzega Mamę Agbę.

Potem kieruje spojrzenie w moją stronę. I choć leje się ze mnie pot, w środku czuję mróz. Strażnik mierzy mnie wyzywającym wzrokiem.

Tylko spróbuj, mam ochotę odszczeknąć, ale język wysechł mi na wiór. W milczeniu patrzymy, jak mężczyźni wychodzą, słuchamy, jak odgłosy podkutych butów nikną w oddali.

Siła opuszcza Mamę Agbę; przypomina teraz płomień świecy zdmuchnięty przez wiatr. Podpiera się na manekinie, żeby nie upaść. Już nie jest śmiertelnie groźną wojowniczką, którą znam, lecz starą, niepozorną kobietą.

– Mamo...

Chcę jej pomóc, lecz dostaję od niej po łapach.

– Òdę̀!

Głupia. Tak mnie nazwała w joruba, języku magów zakazanym od czasu Obławy. Tak dawno nie słyszałam naszej mowy, że upływa chwila, zanim sobie przypominam, co to słowo znaczy.

– Na bogów, co w ciebie wstąpiło?

Znowu wszystkie oczy w ahéré zwracają się na mnie. Nawet mała Bisi spogląda z wyrzutem. Ale jak Mama Agba może na mnie krzyczeć? Czy to moja wina, że strażnicy są złodziejami?

– Próbowałam cię bronić.

– Bronić mnie? – powtarza z niedowierzaniem Mama Agba. – Wiedziałaś, że nic nie wskórasz swoim gadaniem. Za to niewiele brakowało, a wszystkie byśmy przez ciebie zginęły!

Robię krok w tył, zaskoczona surową oceną. Nigdy wcześniej nie widziałam w oczach Mamy Agby tak głębokiego rozczarowania.

– Skoro nie wolno mi się im przeciwstawić, co my tu w ogóle robimy? – Głos mi się łamie, ale powstrzymuję łzy. – Po co nam trening, jeśli nie możemy się bronić?

– Na litość boską, Zélie, pomyśl trochę! O innych, a nie tylko o sobie. Gdybyś zrobiła krzywdę tym ludziom, kto by obronił twojego ojca? Kto uratuje Tzaina, gdy strażnicy przyjdą szukać krwawej pomsty?

Otwieram usta, lecz nie wiem, co odpowiedzieć. Ona ma rację. Nawet gdybym zdołała pokonać kilku strażników, nie poradzę sobie z armią. Prędzej czy później mnie znajdą.

Prędzej czy później złamią ludzi, których kocham.

– Mamo Agbo? – odzywa się cienkim głosikiem Bisi. Stoi ze łzami w oczach, uczepiona luźnych spodni Jemi. – Dlaczego oni nas nienawidzą?

Mama zgina się pod niewidzialnym ciężarem. Wyciąga ramiona w stronę Bisi.

– To nie tak, moje dziecko. Oni nienawidzą tego, kim miałaś się stać.

Bisi wtula się w Mamę, szata tłumi jej łkanie. Mama Agba rozgląda się po izbie, patrzy w oczy innym dziewczynom, które powstrzymują płacz.

– Zélie spytała, co my tu robimy. To ważne pytanie. Często rozmawiamy o tym, jak walczyć, a nigdy o tym dlaczego. – Mama sadza Bisi na podłodze i kiwa dłonią na Jemi, żeby przyniosła jej stołek. – Musicie pamiętać, że świat nie zawsze tak wyglądał. Był czas, kiedy wszyscy stali po jednej stronie.

Mama Agba sadowi się na siedzisku, a zaciekawione dziewczyny zbierają się wokół niej. Codziennie Mama kończy zajęcia opowieścią lub baśnią, nauką z dawnych czasów. Zwykle siadam z przodu i chłonę każde słowo. Dziś trzymam się z boku, bo jest mi wstyd.

Mama Agba miarowo pociera dłonie. Mimo tego, co się wydarzyło, na jej ustach migocze niewyraźny uśmiech, uśmiech, który potrafi wywołać tylko jedna opowieść. Nie mogę się oprzeć, podchodzę bliżej, przeciskam się między dziewczynami. To nasza historia. Opowieść o nas.

Prawda, którą król usiłował pogrzebać razem z naszymi zmarłymi.

– Na początku Orisza była szczęśliwą krainą uświęconych magów. Każdy z dziesięciu klanów został obdarzony przez bogów inną mocą. Jedni władali wodą, inni panowali nad ogniem. Jeszcze inni czytali w myślach, a nawet sięgali wzrokiem poza czas!

Choć wszystkie dobrze znamy tę opowieść – od Mamy Agby, od rodziców, których straciłyśmy – nie przestaje robić na nas wrażenia. Z wypiekami na twarzy słuchamy o magach posiadających dar uzdrawiania i wywoływania chorób. Nachylamy się bliżej, kiedy Mama Agba opowiada o poskromicielach dzikich zwierząt, o magach trzymających w dłoniach światło i mrok.

– Wszyscy magowie rodzili się z białymi włosami – to był znak, że dotknął ich palec bogów. Używali swoich darów, by służyć ludowi Oriszy, a w zamian otaczano ich szacunkiem. Ale nie każdy przychodził na świat z darem. – Mama Agba zatacza dłonią koło. – I dlatego świętowano narodziny nowego maga, cieszono się na widok białych loków. Ci mali wybrańcy do ukończenia trzynastego roku nie byli w stanie używać magii. Dopóki ich moce się nie objawiły, nazywano ich ibawi, czyli boskimi.

Bisi z uśmiechem unosi brodę: przypomniała sobie, dlaczego jesteśmy ibawitkami. Mama Agba chwyta między palce pasmo jej białych włosów, znak szczególny, który nauczono nas ukrywać przed światem.

– Magowie i magiczki stali się pierwszymi królami i królowymi Oriszy. To były czasy bez wojen... Pokój jednak nie trwał wiecznie. Gdy rządzący zaczęli nadużywać magii, bogowie za karę pozbawili ich mocy. Razem z magią zniknęły białe włosy... W kolejnych pokoleniach podziw dla magów stopniowo przeradzał się w strach przed nimi, a strach w nienawiść. Nienawiść zaś w przemoc, w pragnienie wytępienia magów.

W izbie zrobiło się teraz jakby ciemniej. Wszystkie wiemy, co było dalej. Noc, której nigdy nie wspominamy i której nigdy nie zapomnimy.

– Dopóki magowie mieli swoje moce, byli w stanie się bronić i trwać. Ale jedenaście lat temu magia zniknęła. Tylko bogowie wiedzą dlaczego. – Mama Agba zamyka oczy i wydaje z siebie ciężkie westchnienie. – Jednego dnia magia żyła, następnego umarła.

Tylko bogowie wiedzą dlaczego?

Z szacunku dla Mamy Agby gryzę się w język. Mówi tak, jak wszyscy dorośli, którzy widzieli Obławę na własne oczy. Z rezygnacją. Jak gdyby bogowie odebrali nam moc, żeby nas ukarać, a może pod wpływem kaprysu.

W głębi duszy znam prawdę. Domyśliłam się jej, kiedy zobaczyłam magów Ibadanu w kajdanach.

Bogowie umarli razem z naszą magią.

Już nie wrócą.

– Tamtego nieszczęsnego dnia król Saran nie wahał się ani chwili – ciągnie Mama Agba. – Wykorzystał moment słabości magów i zaatakował.

Zamykam oczy, stawiam tamę łzom. Widzę łańcuch, który zarzucili na szyję Mamie. Krople krwi lądujące w piasku.

Wspomnienie Obławy przepełnia trzcinową chatę, nasyca powietrze smutkiem.

Tamtej nocy wszystkie straciłyśmy bliskich, którzy byli magami.

Mama Agba wstaje z westchnieniem, znów nabiera siły, z której jest znana. Patrzy po kolei na wszystkie dziewczyny w izbie – jak generał przeglądający swoje wojsko.

– Uczę sztuki kija każdą dziewczynę chętną do nauki, bo zawsze znajdą się na tym świecie ludzie, którzy będą chcieli zrobić wam krzywdę. Ale tutaj szkolę ibawitki, córki poległych magów. Choć nie macie już w sobie mocy, aby w przyszłości stać się magiczkami, nadal cierpicie z powodu nienawiści i przemocy. Oto dlaczego tu jesteśmy. Oto dlaczego trenujemy.

Mama gwałtownym ruchem dobywa własny rozkładany kij i uderza nim o trzcinową podłogę.

– Wasi przeciwnicy noszą miecze. Dlaczego uczę was władania kijem?

Powtarzamy chórem mantrę, którą nam wpoiła:

– Uderza zamiast ranić, rani zamiast okaleczać, okalecza zamiast zabijać. Kij nie unicestwia.

– Uczę was walki w ogrodzie, abyście na polu walki nie były jak ogrodniczki. Daję wam siłę do walki, ale umiar także jest siłą, którą musicie posiąść. – Mama zwraca się do mnie: – Macie bronić tych, którzy sami się nie obronią. Oto prawda kija.

Dziewczyny kiwają głowami, a ja wbijam wzrok w ziemię. Znowu prawie doprowadziłam do tragedii. Znowu wszystkich zawiodłam.

– No dobrze... – wzdycha Mama Agba. – Wystarczy na dziś. Pozbierajcie swoje rzeczy. Ciąg dalszy jutro.

Dziewczyny z ulgą wychodzą jedna po drugiej. Chcę pójść w ich ślady, lecz pomarszczona ręka Mamy Agby chwyta mnie za ramię.

– Mamo...

– Milcz – ucina.

Ostatnie ibawitki rzucają mi współczujące spojrzenia. Łapią się odruchowo za pupy, jakby w myślach liczyły, ile dostanę batów.

Dwadzieścia za nieposłuszeństwo... Pięćdziesiąt za odzywanie się bez pytania... Sto za to, że prawie nas wszystkie zabiłam...

Nie. Sto batów byłoby zbyt pobłażliwą karą.

Wstrzymuję oddech i szykuję się na ból.

To nie potrwa długo, mówię sobie. Skończy się, zanim...

– Usiądź, Zélie.

Mama Agba podaje mi kubek z herbatą, po czym nalewa sobie. Ciepłe naczynie ogrzewa mi dłonie, słodka woń napoju wypełnia nozdrza.

Marszczę brwi.

– Dodałaś trucizny?

Kąciki jej ust drgnęły, ale ukrywa rozbawienie pod surową miną. Ja ukrywam swoje w kubku z herbatą, upijam łyk i rozkoszuję się smakiem miodu. Obracam kubek w dłoniach, wodzę palcami po lawendowych koralikach wzdłuż brzegu. Mama też miała taki kubek, tylko ze srebrnymi paciorkami – na cześć Oi, bogini życia i śmierci.

Wspomnienia na chwilę pozwalają mi zapomnieć o rozczarowaniu Mamy Agby, lecz gdy smak herbaty zanika, znów ogarnia mnie gorzkie poczucie winy. Mama Agba nie powinna musieć znosić takich szykan. Nie z mojego powodu.

– Przepraszam. – Skubię koraliki na krawędzi kubka, żeby nie podnosić wzroku. – Wiem... Wiem, że tylko przysparzam ci kłopotów.

Mama Agba, tak jak Jemi, jest kosidanką. Oriszanką, w której nie drzemią żadne magiczne moce. Przed Obławą myśleliśmy, że bogowie decydują o tym, kto się rodzi ibawitą, a kto nie; teraz, gdy magia zniknęła, nie rozumiem, czemu właściwie służy to rozróżnienie.

Mama Agba nie ma białych włosów jak my, mogłaby się wtopić w resztę Oriszan i uniknąć prześladowań. Gdyby się z nami nie zadawała, strażnicy pewnie daliby jej spokój.

Jakaś cząstka mojej duszy chciałaby, żeby Mama Agba nas porzuciła i oszczędziła sobie tych cierpień. Jako dobra krawcowa pewnie mogłaby sprzedawać ubrania i nieźle z tego żyć.

– Zaczynasz coraz bardziej ją przypominać, wiesz? – Mama Agba upija łyczek herbaty i się uśmiecha. – Zwłaszcza gdy krzyczysz, podobieństwo jest zatrważające. Odziedziczyłaś jej gniew.

Nie wierzę własnym uszom. Mama Agba nie lubi rozmawiać o tych, których straciliśmy.

Żadna z nas tego nie lubi.

Aby ukryć zaskoczenie, upijam kolejny łyk herbaty. Potem kiwam głową.

– Wiem.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie się to stało, ale zmiana w zachowaniu Baby była nie do przeoczenia. Przestał patrzeć mi w oczy, bo widział we mnie swoją zamordowaną żonę.

– To dobrze. – Z twarzy Mamy Agby znika uśmiech, a pojawia się na niej wyraz troski. – W czasie Obławy byłaś jeszcze dzieckiem. Bałam się, że zapomnisz.

– Nie potrafiłabym, nawet gdybym chciała.

Jak mogłabym zapomnieć tę twarz niczym słońce?

Właśnie tę twarz staram się pamiętać.

Samą twarz, a nie zwłoki ze strużką krwi na szyi.

– Wiem, że walczysz dla niej. – Mama Agba przesuwa dłonią po moich białych włosach. – Ale król jest bezwzględny, Zélie. Prędzej wymorduje wszystkich poddanych, niż przymknie oko na bunt ibawitów. Kiedy przeciwnik nie ma honoru, trzeba obrać inne, mądrzejsze metody walki.

– Takie jak okładanie tych drani kijem?

Mama Agba się śmieje, aż marszczy jej się skóra wokół mahoniowych oczu.

– Obiecaj mi tylko, że będziesz ostrożna. Że poczekasz na odpowiedni moment do walki.

Chwytam Mamę Agbę za dłonie i chylę przed nią nisko głowę na znak szacunku.

– Obiecuję, Mamo. Więcej cię nie zawiodę.

– To dobrze, bo jest coś, co mam zamiar ci pokazać, a nie chciałabym potem tego żałować.

Mama Agba sięga za pazuchę i wydobywa spod szaty krótki czarny pręt. Wstrząsa nadgarstkiem, a pręt wydłuża się i zmienia w lśniący metalowy kij do walki. Odskakuję odruchowo.

– O bogowie! – wyrywa mi się. Muszę ze sobą walczyć, żeby nie chwycić tego arcydzieła.

Czarny metal pokrywają prastare symbole, każdy z nich przypomina o jednej z lekcji udzielonych nam przez Mamę Agbę. Moje oczy, niczym pszczoły zwabione przez nektar, zatrzymują się najpierw na akofenie: dwa skrzyżowane ostrza, miecze wojny. „Odwaga nie musi grzmieć” – wspominam jej słowa. „Męstwo nie musi oślepiać”. Obok mieczy widnieje akoma, serce cierpliwości i tolerancji. Tamtego dnia... Dałabym głowę, że tamtego dnia dostałam od niej lanie.

Każdy kolejny symbol odsyła mnie do innej nauki, innej opowieści, innej mądrości. Spoglądam wyczekująco na Mamę. To prezent czy raczej narzędzie, którym wymierzy mi karę?

– Proszę. – Kładzie gładki pręt na mojej dłoni.

Natychmiast wyczuwam jego moc. I ten ciężar żelaza... Oto broń stworzona do gruchotania czaszek.

– Czy to się dzieje naprawdę?

Mama twierdząco kiwa głową.

– Walczyłaś dziś jak wojowniczka. Zdałaś egzamin.

Wstaję, żeby zakręcić kijem, ponapawać się jego siłą. Metal tnie powietrze jak nóż. Żaden wystrugany przeze mnie drewniany kij nie był tak zabójczy.

– Pamiętasz, co ci powiedziałam, kiedy zaczynałyśmy treningi?

Potwierdzam skinieniem głowy i przedrzeźniam zmęczony głos Mamy Agby:

– Jeśli zamierzasz się bić ze strażnikami, lepiej naucz się wygrywać.

Dostaję od niej po głowie, ale trzcinowe ściany izby rozbrzmiewają jej serdecznym śmiechem. Oddaję kij, a Mama Agba uderza końcem o ziemię i broń składa się z powrotem w krótki pręt.

– Ty już wiesz, jak wygrywać – mówi. – Mam tylko nadzieję, że będziesz wiedziała, kiedy się bić.

Gdy znowu wręcza mi kij, duma miesza się we mnie z bólem. Bojąc się otworzyć usta, obejmuję ją w pasie, wciągam nosem znajomy zapach świeżo upranej tkaniny i słodkiej herbaty.

Mama Agba na moment sztywnieje, ale przytula mnie mocno, kojąco. Potem się odsuwa, żeby coś powiedzieć, lecz w tej samej chwili płachty u wejścia znów się rozchylają.

Odruchowo chwytam czarny pręt i dopiero po sekundzie rozpoznaję mojego starszego brata Tzaina. Wysoki, potężnie zbudowany, w jego obecności trzcinowa chatka wydaje się nagle dużo mniejsza. Mięśnie ma napięte, ścięgna rysują się wyraźnie pod ciemną skórą. Spomiędzy czarnych włosów obficie ścieka mu na czoło pot. Gdy napotykam jego wzrok, ostry niepokój przeszywa mi serce.

– Baba.

ROZDZIAŁ 2

Baba.

To samotne „Baba” nie może oznaczać nic dobrego.

Oznacza, że Babie stała się jakaś krzywda. Że jest ranny albo nawet gorzej...

Nie. Odpycham te myśli, biegnąc z Tzainem po chodniku z desek przez kupiecką część osady. Nic mu nie jest, wmawiam sobie. Cokolwiek się stało, na pewno będzie żył.

Ilorin wstaje razem ze słońcem. Nasza wioska na oceanie budzi się do życia. Fale tłuką o drewniane słupy, morska mgiełka skrapia nam stopy. Osada jest niczym pająk na ośmiu drewnianych nogach, które spotykają się pośrodku. Biegniemy teraz do tego środka, bo tamtędy prowadzi droga do Baby.

– Ejże! – woła kosidanka, której prawie strąciłam z głowy kosz rajskich bananów. Może gdyby wiedziała, że mój świat właśnie się rozpada, byłaby dla mnie wyrozumialsza.

– Co się stało? – pytam zdyszana.

– Nie wiem – odpowiada Tzain. – Ndulu przyszedł do mnie na trening agböna. Powiedział, że Baba ma kłopoty. Wracając do domu, spotkałem Jemi. Mówiła, że miałaś scysję ze strażnikami.

Bogowie, a jeśli to ten człowiek, który był u Mamy Agby? Czuję, jak wzbiera we mnie zimny strach. Chodnik jest zatłoczony, przedzieramy się między handlarkami i rzemieślnikami. Strażnik, który mnie zaatakował, mógł pójść po Babę. A wkrótce pójdzie po...

– Zélie! – woła Tzain zniecierpliwionym tonem kogoś, kto nie może się doprosić o uwagę. – Dlaczego zostawiłaś go samego? Dziś była twoja kolej!

– Miałam egzamin końcowy! Gdybym się nie stawiła...

– Cholera, Zél! – Tzain tak się na mnie wydziera, że ludzie obracają głowy. – Mówisz poważnie? Zostawiłaś Babę dla swojego głupiego kija?

– To nie jest zwykły kij, to broń! – odparowuję. – Poza tym Baba spał do późna. Potrzebował odpoczynku. A ja byłam z nim w domu cały tydzień...

– Bo ja byłem z nim cały zeszły tydzień! – Tzain przeskakuje nad raczkującym dzieckiem.

Jakaś młoda kosidanka uśmiecha się do niego, macha zalotnie, pewnie licząc, że go w ten sposób zatrzyma. Wioskowi jak zwykle lgną do mojego brata jak muchy do miodu. Ja nie muszę się martwić, że ktoś mi zagrodzi drogę – za sprawą moich białych włosów ludzie unikają mnie jak zarazy.

Tzain peroruje dalej:

– Do igrzysk zostały dwa miesiące. Wiesz, co by to dla nas oznaczało, gdybym wygrał tyle pieniędzy? Kiedy ja trenuję, ty musisz opiekować się Babą. Naprawdę tak trudno to zrozumieć? Do licha.

Tzain zatrzymuje się przed pływającym targowiskiem w samym środku Ilorinu. Na tym otoczonym pomostami kawałku oceanu roi się od wieśniaków w okrągłych łodziach z drewna kokosowego. Zanim rozpocznie się handel, można przebiec po kładce nocnej do naszego domu w części rybackiej. Dziś jednak targ otworzył się wcześnie i kładka zniknęła. Musimy biec naokoło.

Tzain, jak przystało na sportowca, już mknie pomostem. Zaczynam biec za nim, ale przystaję i spoglądam na okrągłe łódki.

Kupcy i rybacy wymieniają świeże owoce na dorodne ryby z rannego połowu. W lepszych czasach ludzie są dla siebie życzliwsi, bardziej skorzy do ustępstw. Dziś jednak strasznie się wykłócają, w zamian za obietnice i ryby żądają srebra i brązu.

Podatki...

Obmierzła twarz strażnika znów staje mi przed oczami, a jego niewidzialny uścisk parzy mi udo. Wspomnienie tamtego nienawistnego spojrzenia popycha mnie naprzód. Wskakuję do pierwszej z brzegu łódki.

– Zélie, uważaj! – krzyczy Kana, nasza wioskowa ogrodniczka, tuląc do siebie swoje cenne owoce. Poprawia chustę na głowie i patrzy za mną surowo, gdy przeskakuję do krypy pełnej niebiesko połyskujących ryb księżycowych.

– Przepraszam! – wołam raz po raz, skacząc z łodzi do łodzi.

Wreszcie docieram na pomost po drugiej stronie i puszczam się biegiem, dudniąc stopami po twardych deskach. Nie czekam na Tzaina, który został w tyle. Chcę być pierwsza na miejscu, żeby móc go ostrzec w razie niebezpieczeństwa.

W razie gdyby Baba już nie żył...

Na samą myśl miękną mi nogi. Nie, Babie nie wolno umrzeć. Jest ranek, musimy załadować łódź i wypłynąć na morze. Zanim zarzucimy sieci, będzie już po najlepszych rybach. Kto mnie za to zgani, jeśli Baba zniknie?

Przypominam sobie, jak wyglądał, kiedy wychodziłam z naszej pustej chaty. Nawet we śnie sprawiał wrażenie zmęczonego, jak gdyby żaden odpoczynek nie był dla niego wystarczający. Miałam nadzieję, że nie zbudzi się do mojego powrotu, ale powinnam być mądrzejsza. Leżąc nieruchomo, musi się mierzyć ze swoim bólem, z wyrzutami sumienia.

I ze mną.

Z moimi głupimi błędami.

Zwalniam, by nie wpaść na zbiegowisko przed naszą ahéré. Ludzie zasłaniają mi ocean, krzyczą i pokazują coś palcami. Tzain dogania mnie i pierwszy przedziera się przez tłum. Spoglądam za nim w prześwit – i serce we mnie zamiera.

Daleko na morzu, jakieś pół kilometra od nas, ktoś rozpaczliwie wymachuje rękoma. Potężne fale walą w biedaka, wpychają go pod wodę. Mężczyzna woła o pomoc słabym, rwącym się głosem, który jednak rozpoznałabym wszędzie.

To głos mojego ojca.

Dwóch rybaków w łodziach z drewna kokosowego wiosłuje gorączkowo w jego kierunku, lecz fale ich odpychają. Trudno im będzie dotrzeć do niego w porę.

– Nie! – wołam przerażona, widząc, jak prąd wciąga Babę pod wodę.

Na próżno czekam, aż się wynurzy spod wściekłych fal. Spóźniliśmy się.

Baba utonął.

Ta myśl uderza mnie jak cios kijem w pierś. W głowę. W serce.

Nagle brakuje mi powietrza, jakbym zapomniała, jak się oddycha.

Ale podczas gdy ja ledwie stoję na nogach, Tzain rusza do akcji. Krzyczę za nim, kiedy wskakuje do wody i przecina fale z impetem dwupłetwego rekina.

Jeszcze nigdy nie widziałam go płynącego w takim tempie. Wnet wyprzedza łodzie, a kilka sekund później dociera do miejsca, w którym zniknął Baba, i daje nura pod wodę.

Czuję taki ucisk w piersiach, jakby strach miał mi zaraz połamać żebra. Wreszcie Tzain się wynurza – z pustymi rękoma. Bez ciała.

Bez Baby.

Zdyszany nabiera powietrza i nurkuje ponownie, jeszcze mocniej kopiąc nogami. Każda sekunda wydaje się teraz wiecznością. Bogowie...

A jeśli stracę ich obu?

– No dalej! – szepczę wpatrzona w falujące morze. – Wracaj.

Kiedyś już szeptałam te słowa.

Raz w dzieciństwie patrzyłam, jak Baba wyciąga Tzaina z odmętów jeziora, z wodorostów, w które się zaplątał. Potem Baba uciskał jego delikatną klatkę piersiową, lecz dopiero Mama swoją magią przywróciła mu oddech. Wiele ryzykowała, naruszając prawo magów, przywołując na ratunek zakazaną moc krwi. Jej zaklęcia wniknęły w Tzaina jak nić. Przywróciła go do żywych magią umarłych.

Codziennie żałuję, że nie ma jej z nami, ale dziś bardziej niż kiedykolwiek. Żałuję, że magia, która krążyła w jej żyłach, nie krąży w moich.

Żałuję, że nie mogę uratować Tzaina ani Baby.

– Błagam. – Mimo wszystko zamykam oczy i się modlę, tak jak tamtego dnia. Jeżeli wciąż istnieje choć jeden bóg, niech mnie teraz usłyszy. – Błagam! – Łzy przeciekają mi przez rzęsy. Nadzieja się we mnie kurczy. – Oju, błagam cię, nie zabieraj ich. Pozwól im wrócić...

– Uch!

Otwieram oczy: Tzain wyłonił się spod wody, jednym ramieniem obejmuje Babę powyżej pasa. Baba kaszle, wylewa się z niego chyba z litr wody – ale żyje.

Żyje.

Padam na kolana, prawie się przewracam na drewniany pomost.

Bogowie...

Nie ma jeszcze południa, a już naraziłam dwie osoby na śmierć.

Sześć minut.

Tyle czasu Baba walczył z falami.

Tyle czasu siłował się z prądem, dusił się z braku powietrza.

Siedzimy w milczeniu w naszej ahéré i nie mogę przestać myśleć o tej liczbie. Widząc, jak Baba się trzęsie, nie mam wątpliwości, że te sześć minut skróciło mu życie o dziesięć lat.

To nie powinno było się wydarzyć. Mimo wczesnej pory dzień można już spisać na straty. Powinnam teraz być na dworze i oczyszczać z Babą poranny połów. Tzain właśnie wracałby z treningu agböna, żeby nam pomóc.

Zamiast tego Tzain ze skrzyżowanymi rękoma przygląda się Babie, zbyt wściekły, by choć zerknąć w moją stronę. W tej chwili mam tylko jednego przyjaciela: Najlę, wierną lworożkę, którą się opiekuję od szczenięcia, odkąd znalazłam ją ranną. Dawno już mnie przerosła; gdy stoi na czterech łapach, sięga Tzainowi do szyi. Dwa postrzępione rogi sterczą jej zza uszu, niebezpiecznie blisko naszych trzcinowych ścian. Podnoszę rękę i Najla instynktownie opuszcza ogromny łeb, ostrożnie manewrując zakrzywionymi kłami wystającymi z pyska. Mruczy, gdy ją po nim drapię. Przynajmniej ona nie jest na mnie zła.

– Co się stało, Babo? – Szorstki głos Tzaina rozdziera ciszę.

Czekamy na odpowiedź, lecz Baba wciąż patrzy tępo w podłogę. Serce mi się kraje na widok tej pustki w jego oczach.

– Babo? – Tzain pochyla się, by w nie spojrzeć. – Pamiętasz, co się stało?

Baba szczelniej opatula się kocem.

– Musiałem wypłynąć na połów.

– Przecież nie wolno ci samemu! – wołam.

Baba krzywi się, a Tzain strofuje mnie wzrokiem.

– Masz coraz gorsze zaniki świadomości – próbuję łagodniej. – Nie mogłeś poczekać, aż wrócę?

Baba kręci głową.

– Nie miałem czasu. Przyszli strażnicy. Chcieli zapłaty.

– Co? – Tzainowi ściągnęły się brwi. – Jak to? Zapłaciłem im w zeszłym tygodniu.

Na wspomnienie dotyku strażnika łapię się odruchowo za fałdę spodni.

– Chodzi o podatek od ibawitów – tłumaczę. – U Mamy Agby też byli. Pewnie odwiedzili wszystkie domy ibawitów w Ilorinie.

Tzain przyciska pięści do czoła. Chciałby wierzyć, że dopóki przestrzegamy reguł narzuconych przez monarchię, dopóty jesteśmy bezpieczni. Zapomina jednak, że to reguły zrodzone z nienawiści do nas.

To samo co wcześniej poczucie winy uciska mi serce jak ciężki kamień. Gdybym nie była ibawitką, nie cierpieliby przeze mnie. Gdyby Mama nie była magiczką, nadal by żyła.

Zaczynam szarpać włosy i niechcący wyrywam sobie parę kosmyków. Nieraz myślę, że powinnam je całkiem zgolić, ale nawet bez tych białych włosów i tak byłabym obciążeniem dla rodziny. To takimi jak my król zapełnia swoje więzienia, takich jak my używa do pracy. Oriszanie chcą się od nas jak najbardziej odróżnić, jak gdyby białe włosy i martwa magia stanowiły wstydliwą zmazę.

Mama mawiała, że dawno temu białe włosy symbolizowały moce nieba i ziemi. Utożsamiano je z pięknem, cnotą i miłością, były oznaką błogosławieństwa bogów. Potem wszystko się zmieniło i magia zaczęła budzić niechęć. Nasze dziedzictwo stało się obiektem nienawiści.

Musiałam się pogodzić z tym okrucieństwem, ale gdy widzę, jak przeze mnie cierpią Tzain i Baba, czuję dojmujący ból. Baba jeszcze nie wykasłał całej słonej wody, a już musimy się zastanowić, jak zwiążemy koniec z końcem.

– A żaglica? – pyta Tzain. – Możemy im oddać żaglicę.

Przechodzę w głąb izby i otwieram naszą żelazną lodówkę. W zimnej morskiej wodzie moczy się wyłowiona przez nas wczoraj żaglica z czerwonym ogonem. Lśniące łuski obiecują pyszne mięso. To rzadki okaz na tych wodach, zbyt cenny, żebyśmy sami go zjedli. Ale gdyby strażnicy się skusili...

– Nie chcą zapłaty w rybach – rzuca ponuro Baba. – Tylko brąz i srebro. – Rozmasowuje palcami skronie, jakby mógł w ten sposób sprawić, że cały świat zniknie. – Kazali mi zdobyć monety, inaczej wezmą Zélie w dyby.

Jego słowa ścinają mi krew w żyłach. Obracam się prędko, nie mogąc ukryć strachu. Dyby to zarządzana przez królewskie wojsko niewolnicza siła robocza Oriszy. Gdy kogoś nie stać na opłacenie podatków, musi odpracować swój dług wobec króla. Tacy nieszczęśnicy pracują bez wytchnienia przy wznoszeniu pałaców, budowie dróg, wydobyciu węgla.

Kiedyś ten system dobrze służył Oriszy, ale od czasu Obławy to tylko śmierć zadawana w majestacie prawa. Pretekst do niewolenia moich sióstr i braci – jak gdyby monarchia potrzebowała pretekstu. To głównie sierot nie stać na wysokie daniny do królewskiego skarbca. Każda podwyżka podatków jest tak naprawdę wymierzona w nasz lud.

Cholera. Walczę ze sobą, by nie okazać strachu. Jeśli wezmą mnie w dyby, nigdy się już nie wydostanę. Stamtąd nie ma ucieczki. Teoretycznie pracuje się tylko do czasu spłaty długu, ale gdy rosną podatki, rośnie i zadłużenie. Ibawici są głodzeni, bici, przewozi się ich jak bydło. Pracują aż do kresu wytrzymałości.

Zanurzam ręce w schłodzonej morskiej wodzie, by ukoić nerwy. Baba i Tzain nie mogą się dowiedzieć, jak bardzo się boję. To tylko pogorszy sprawę. Palce zaczynają mi się trząść i sama już nie wiem, czy to ze strachu, czy z zimna. Jak do tego w ogóle doszło? Kiedy nasza sytuacja stała się aż tak dramatyczna?

– Nie – szepczę sama do siebie.

Źle zadane pytanie.

Nie powinnam się zastanawiać, kiedy sytuacja stała się dramatyczna, tylko dlaczego w ogóle sądziłam, że będzie lepiej.

Spoglądam na samotną czarną kalię wplecioną w siatkowe okno naszej chaty. Tylko tyle zostało mi po Mamie. Kiedy mieszkaliśmy w Ibadanie, wieszała kalie w oknie naszego starego domu, aby uczcić pamięć własnej matki, zgodnie ze zwyczajem panującym wśród magów.

Zwykle patrząc na ten kwiat, przypominam sobie szeroki uśmiech na ustach Mamy, kiedy wdychała jego cynamonowy aromat. Dziś w zwiędłych liściach widzę tylko czarny majacytowy łańcuch, który zastąpił noszony przez nią na szyi złoty amulet.

Choć minęło jedenaście lat, widzę go wyraźnie, jakbym go miała przed sobą.

To tamtej nocy zaczął się nasz dramat. To wtedy król Saran powiesił moich braci i siostry, wydał wojnę obecnym i przyszłym magom. To wtedy magia umarła.

Tamtej nocy straciliśmy wszystko.

Baba się trzęsie. Podbiegam do niego, kładę mu rękę na plecach, żeby miał podparcie. W jego oczach nie widać złości, tylko rezygnację. Tuli w dłoniach wytarty koc, a ja żałuję, że nie jest już tym wojownikiem co dawniej. Przed Obławą potrafił zwykłym nożem odeprzeć trzech uzbrojonych napastników. Ale po tym, co mu zrobiono tamtego wieczoru, musiało minąć pięć długich miesięcy, zanim w ogóle odzyskał mowę.

Złamali go wtedy, sponiewierali jego serce i duszę. Może jakoś doszedłby do siebie, gdyby po przebudzeniu nie ujrzał martwej Mamy oplecionej czarnym łańcuchem.

Od tamtej pory był już innym człowiekiem.

– No dobrze – wzdycha Tzain, który zawsze szuka w popielisku choćby iskierki nadziei. – Wypłyńmy teraz. Jeśli się pospieszymy...

– Nic z tego – wchodzę mu w słowo. – Widziałeś, co się dzieje na targu. Wszyscy stają na głowie, żeby mieć na podatek. Nawet jeśli coś złowimy, ludzie zdążą do tego czasu wszystko wydać.

– Poza tym nie mamy łodzi – mamrocze Baba. – Straciłem ją rano.

– Co? – Nie zwróciłam uwagi, że nie ma jej obok chaty.

Spoglądam na Tzaina. Jaki plan teraz wymyśli? Ale Tzain osuwa się na trzcinową podłogę.

To koniec... Przywieram plecami do ściany i zamykam oczy.

Nie mamy łodzi, nie mamy pieniędzy.

Nie uniknę dybów.

Ciężka cisza zalega w izbie, przypieczętowując mój wyrok. Może dostanę przydział do służby pałacowej. Zawsze lepiej usługiwać zepsutym możnowładcom, niż dusić się pyłem węglowym w kopalniach Kalabraru, nie mówiąc o innych szemranych zajęciach, do jakich dybiarze potrafią zmusić ibawitów. Z tego, co słyszałam, podziemne burdele wcale nie są najgorszą rzeczą, jaka może mnie spotkać, gdy wpadnę w ich ręce.

Tzain poruszył się w kącie. Znam go. Zaraz powie, że pójdzie do niewoli za mnie. Już szykuję się, żeby protestować, kiedy nagle myśl o królewskim pałacu podsuwa mi pewne rozwiązanie.

– A Lagos? – mówię.

– Uciekanie nic nie da.

Kręcę głową.

– Nie o to mi chodzi. Tam na targ przychodzą bogacze. Mogę im sprzedać żaglicę. – Nie czekając, aż pochwalą mój genialny plan, chwytam papier i biegnę po rybę. – Przywiozę tyle pieniędzy, że wystarczy na trzy miesiące płacenia podatków. I na nową łódź.

Tzain będzie mógł się skupić na swoich meczach. Baba wreszcie odpocznie. Mogę im pomóc. Uśmiecham się do siebie. W końcu mam szansę zrobić coś jak trzeba.

– Nie pojedziesz tam – odzywa się Baba zmęczonym głosem. – Dla ibawitów to zbyt niebezpieczne.

– Bardziej niż dyby? – pytam retorycznie. – Bo tylko taki mam wybór.

– Ja pojadę do Lagos – wtrąca się Tzain.

– Nie ma mowy. – Chowam zawiniętą w papier żaglicę do swojej sakwy. – Ty nie masz smykałki do handlu. W ogóle nie umiesz się targować.

– Może przywiozę mniej monet, ale za to potrafię się obronić.

– Ja też. – Macham kijem od Mamy Agby, po czym wrzucam go do worka.

Tzain robi w moją stronę zniecierpliwiony gest.

– Babo, błagam – zwraca się do ojca. – Zél na pewno zrobi coś głupiego.

– Przywiozę więcej monet, niż kiedykolwiek widzieliście na oczy.

Baba w zamyśleniu marszczy brwi.

– Zélie sprzeda rybę...

– Dziękuję!

– ...ale ty, Tzain, będziesz jej pilnował.

– Nie. – Tzain krzyżuje ramiona na piersi. – Nie możemy cię tu zostawić samego. Co, jeśli strażnicy wrócą?

– Zaprowadźcie mnie do Mamy Agby. Będę się tam ukrywał do waszego powrotu.

– Ale Babo...

– Ruszajcie czym prędzej, bo nie wrócicie przed zmrokiem.

Tzain zamyka oczy, zaciska zęby. Po chwili jednak zabiera się do nakładania siodła na potężny grzbiet Najli. Ja pomagam Babie wstać.

– Ufam ci – mówi Baba cicho, tylko do mnie.

– Wiem. – Owijam jego chude ciało wytartym kocem. – Tym razem was nie zawiodę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wylałam wiele łez przed napisaniem tej książki. Wiele łez w trakcie pracy nad nią. I choć trafiła już do Waszych rąk, wiem, że uronię jeszcze niejedną.

Jazda na olbrzymich lworożcach i odprawianie magicznych rytuałów przynależą do świata fantazji, ale zawarty w tej powieści ból, strach i smutek są prawdziwe.

Pisząc Dzieci krwi i kości, co rusz dowiadywałam się z telewizji o nieuzbrojonych czarnoskórych – mężczyznach, kobietach i dzieciach – którzy zginęli od policyjnych kul. Czułam strach, złość i niemoc, ale dzięki tej książce nabrałam poczucia, że mogę coś zdziałać.

Powiedziałam sobie, że jeśli lektura mojej powieści zmieni choć jedną osobę, będzie to mój mały wkład w rozwiązanie problemu, który na co dzień mnie przerasta.

I oto trzymacie tę książkę w rękach.

Dziękuję Wam z całego serca.

Jeżeli opowiedziana w niej historia jakoś na Was podziałała, proszę o jedno: aby nie skończyła się na tych stronach.

Jeśli płakaliście z powodu Zulajchy i Salima, zapłaczcie nad losem niewinnych dzieci: Jordana Edwardsa, Tamira Rice’a i Aiyany Stanley-Jones, które miały odpowiednio piętnaście, dwanaście i siedem lat, gdy policyjne kule pozbawiły je życia.

Jeśli pękało Wam serce, kiedy czytaliście o śmierci matki Zélie, niech pęka również na myśl o tych wszystkich, którzy wprawdzie sami nie padli ofiarą brutalności policji, ale musieli patrzeć, jak giną ich bliscy. O ludziach takich jak Diamond Reynolds i jej czteroletnia córeczka, które na własne oczy widziały, jak policjant zabija ich męża i ojca, Philando Castile’a. Sprawca – Jeronimo Yanez – został uniewinniony.

To tylko kilka nazwisk z długiej i tragicznej listy czarnoskórych ofiar. Matki odebrane córkom, ojcowie odebrani synom, rodzice, którzy spędzą resztę życia w nieutulonym żalu.

To tylko jeden z wielu problemów trapiących nasz świat.

Nieraz może nam się wydawać, że te problemy nas przerastają, lecz niech ta książka będzie dowodem na to, że nigdy nie jesteśmy całkiem bezsilni.

Jak mówi Zélie w trakcie rytuału: „Abogbo wa ni ọmọ rẹ̀ẹ nínú ẹ̀jẹ̀ àti egungun”.

Wszyscy jesteśmy dziećmi krwi i kości.

I tak jak Zélie i Amari mamy moc zmieniania świata i zwalczania zła.

Zbyt długo byliśmy na kolanach.

Czas powstać.