Dyptyk - Justyna Mietlicka - ebook
NOWOŚĆ

Dyptyk ebook

Mietlicka Justyna

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Między Mediolanem a jeziorem Como trwa wyścig o obraz wart fortunę i o prawdę, która może zniszczyć wszystko.

Marcel, charyzmatyczny złodziej dzieł sztuki, i Rita, była milionerka oraz właścicielka galerii, mają tylko czterdzieści dni, by odnaleźć zaginionyAutoportretFrancisa Bacona. Trop prowadzi do świata handlarzy sztuką, przemytników i ludzi, którzy od lat żyją w cieniu wielkich pieniędzy i jeszcze większych sekretów.

Włoskie ulice pełne milczenia, tajemniczy Van Gogh, chłopak uzależniony od narkotyków, błękitny dyptyk i willa nad Como, w której słynne obrazy znikają bez śladu – każdy kolejny krok odsłania historię obsesji, miłości i zemsty.

To nie jest tylko thriller o skradzionym obrazie. To opowieść o pamięci, winie i ludziach, którzy próbują uciec przed własną przeszłością. Idealna dla fanów sztuki, tajemnic i dusznej atmosfery włoskich miast, w których elegancja miesza się z niebezpieczeństwem, a każde odkrycie prowadzi do jeszcze mroczniejszego sekretu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 297

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Text copyright © Justyna Mietlicka 2026 Copyright for this edition © Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani powielana graficznie, elektronicznie czy mechanicznie, w tym za pomocą kopiowania, nagrywania ani przechowywania w informatycznej bazie danych, bez pisemnej zgody wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw twórców do ich własności intelektualnej i nieudostępnianie książki w sieci.

Redakcja: Magdalena Bielecka

Korekta: Justyna Grabska

Projekt okładki: Natalia Krzeszczakowska

Projekt powstał przy użyciu narzędzi opartych na sztucznej inteligencji, z uwzględnieniem autorskiej obróbki.

Zdjęcie na froncie: Antonio Pecoraro

Skład i łamanie: Sylwia Szur

ISBN 978-83-213-5389-0

Wydanie I, 2026, Symbol 5408/R

CIP Biblioteka Narodowa Mietlicka, Justyna Dyptyk / Justyna Mietlicka. - Wydanie I. - Warszawa : LeTra, 2026

Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o. ul. Dobra 28, 00-344 Warszawa tel. 22 444 86 50 e-mail: [email protected], www.arkady.eu Facebook: @Wydawnictwo.Arkady, Instagram: @wydawnictwo.arkady Facebook: @Wydawnictwo.Letra, Instagram: @wydawnictwo_letra księgarnia wysyłkowa: tel. 22 444 86 56www.arkady.info

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

POLSKA

1

Najgorsze są listy bez nadawcy – nigdy nie ma w nich dobrych wiadomości. Koperty docierały do niej regularnie. Pierwszą otrzymała szesnastego czerwca – dokładnie miesiąc po tym zdarzeniu. Każda była jak trzęsienie ziemi – burzyła jej porządek, przyprawiała o mdłości i powodowała bezsenność.

Rita stała na schodach galerii, która od kilku miesięcy była także jej domem. Miała na sobie beżowy, szeroki szal, ale i tak czuła chłód październikowego wieczoru. Zanim schyliła się, żeby podnieść ze schodów przesyłkę, spojrzała najpierw w prawo, później w lewo, ale nie dostrzegła nikogo. Wróciła do domu, usiadła przy biurku i przez kilka minut przyglądała się kopercie, która wyglądała dokładnie tak, jak poprzednie – była żółta, wielkości zwykłego zeszytu, może tylko nieco bardziej zniszczona niż tamte. Zwlekała z jej otwarciem.

Wysunęła szufladę i wyjęła z niej cztery poprzednie zdjęcia. Postanowiła ułożyć je w takiej kolejności, w jakiej do niej docierały – były jak filmowe klatki, tworzące pewną sekwencję zdarzeń. Nawet teraz, po wielu miesiącach, czuła tamto przejmujące zimno i słyszała szum wiatru. Otuliła się szczelnie szalem i dopiero wtedy otworzyła ostatnią przesyłkę, i wyjęła zdjęcie. Długo przyglądała się fotografii, bo ujrzała zupełnie inny kadr niż ten, którego się spodziewała. Ale to nie wszystko – do zdjęcia dołączono wiadomość: „500 000 euro za milczenie. Masz dwa miesiące”. Przeczytała raz, a później jeszcze kilka razy. Ukryła twarz w dłoniach. Ktoś, kto przysyłał koperty, wiedział dokładnie, co wydarzyło się w Marsylii – wiedział to, czego ona nie pamiętała. Trzęsącą się dłonią zgarnęła zdjęcia i wraz z wiadomością wrzuciła je z powrotem do szuflady.

Bolał ją kręgosłup i czuła, że musi się położyć. Poszła na górę do sypialni, zdjęła ubranie i usiadła na łóżku. Wysypała na dłoń jedną tabletkę, a później jeszcze dwie. Miała nadzieję, że zaczną działać szybciej niż zwykle.

Chciałaby wiedzieć, kto wysyłał te listy. W lipcu spędziła prawie cały dzień przy oknie, żeby zobaczyć, kto podrzuca koperty na wycieraczkę, a jednak przegapiła ten moment. Jeszcze w tym samym miesiącu zleciła montaż kamer. Z monitoringu wynikało, że tym razem zrobił to jakiś dzieciak – podjechał pod dom na rowerze, rzucił kopertę i odjechał w stronę parku. Przy okazji zauważyła, że jest obserwowana – od jakiegoś czasu pod jej domem pojawiali się dwaj mężczyźni w granatowym Audi. Nie miała pojęcia, czy mogli mieć coś wspólnego z kopertami, ale widywała ich regularnie, choć o różnych porach.

2

Wieść o tym, że jego życiowa passa się skończyła, rozniosła się w branży jak tyfus. Znajomi kończyli rozmowę za pomocą niewiarygodnie uprzejmej formułki: „Teraz nie mogę, oddzwonię później”. Odrzucali połączenie albo przerywali je, jak tylko rozpoznawali jego głos.

Marcel odłożył telefon i spojrzał na zegarek – przeklął i zerwał się z krzesła tak gwałtownie, że je wywrócił. Podniósł z podłogi wygniecione spodnie i wciągnął je na siebie, nie przejmując się tym, że już w zeszłym tygodniu powinny trafić do prania. W drodze do wyjścia wrzucił na siebie koszulę i zerwał z wieszaka marynarkę. Biegł po schodach, przeklinając siarczyście, a w połowie drogi uświadomił sobie, że nie mył dzisiaj zębów. W najbliższym sklepie kupił miętówki i wrzucił do ust od razu trzy sztuki. Szedł w pośpiechu – lepiej, żeby dotarł na miejsce na czas. Zdążyłby, gdyby umówili się tam, gdzie ostatnio, ale oni za każdym razem zmieniali miejsce spotkania i informowali go o tym w ostatniej chwili. Panowie stali przy barze tyłem do wejścia. Zważywszy na ich wiek, mogliby być kumplami Marcela, ale nie byli.

– Ustalmy jedno, to ty czekasz na nas, a nie my na ciebie – powiedział ten szczuplejszy z łysym plackiem na czubku głowy, przypominającym biskupią piuskę. Sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu dawały Marcelowi przewagę nad większością rozmówców. Dostrzegał pierwsze oznaki łysienia, plamy i łupież wcześniej niż sami zainteresowani.

– Co podać? – zapytał barista. Miał na sobie białą koszulę. Wyglądał świeżo i schludnie.

– Podwójne espresso – poprosił Marcel. W tym czasie Łysy zabrał swoją filiżankę z baru i dał sygnał koledze, żeby zrobił to samo. Wszyscy trzej ruszyli w stronę wolnego stolika w głębi lokalu.

– Co słychać? – zagadał ten niższy, moszcząc obfite miękkie pośladki na drewnianym krześle. Jego zbity szeroki korpus był nieproporcjonalnie duży w stosunku do krótkich kończyn, przez co mężczyzna przypominał napitego krwią kleszcza.

– Nic ciekawego. – Łysy spojrzał na kumpla. – Nic ciekawego – powtórzył Marcel.

– To niedobrze – powiedział Łysy z udawaną troską w głosie, po czym znów przeniósł wzrok na Marcela.

– Chyba coś nam obiecałeś – powiedział, mrużąc oczy. – Dobrze pamiętam?

– Pracuję nad tym – zapewnił Marcel. Wypił espresso i natychmiast zatęsknił za drugim.

– Problem w tym, że my jesteśmy niecierpliwi jak dzieciaki w Wigilię – dodał Łysy.

– Wiesz, jak to jest z kumplami, martwimy się – zaczął Kleszcz.

Marcela brzydziła ta dwuznaczna retoryka. Wiele można było o nich powiedzieć, ale na pewno nie to, że się o niego troszczyli.

– Opracowuję plan – wyjaśnił. – Przecież nie zrobię tego sam. To skomplikowana operacja. Potrzebuję specjalistów.

– I jak ci idzie? – zapytał Łysy.

– Jest kilka osób gotowych mi pomóc. Musimy tylko zgrać grafiki. – Brzmiał przekonująco, ale prawda była taka, że od dwóch tygodni bezskutecznie próbował znaleźć wspólnika. – Potrzebuję jeszcze trochę czasu i spokoju – wysyczał, uderzając dłonią w blat stołu. Łysy gapił się w majaczącą na dnie filiżanki resztkę kawy.

– Nie rozumiem, po co te nerwy? – zapytał.

– Bo nie łapiecie, że to jest skomplikowane. Trzeba opracować każdy szczegół, przewidzieć wszystkie okoliczności – tłumaczył Marcel.

– Zbyt długo utknąłeś w Poznaniu – dodał Kleszcz. – I uznaliśmy, że potrzebujesz motywacji.

– Masz czterdzieści dni – wtrącił się wyraźnie zniecierpliwiony Łysy. Marcel strzelił oczami na boki.

– Pojebało cię? – wrzasnął. Uniósł się na krześle z zamiarem wstania, ale powstrzymało go ciężkie ramię Kleszcza naciskające mu na bark.

– Przecież mówiłem, że potrzebuję co najmniej pół roku. – Cedził każde słowo, a jego twarz przybierała purpurowy kolor.

– Czterdzieści – powtórzył Łysy tonem, który nie pozostawiał przestrzeni do negocjacji.

– Człowieku, nie rozumiesz, na czym polega taka akcja?! Samo planowanie...

– Niech ci będzie, liczymy od jutra – powiedział Łysy, spojrzał na swojego kumpla i wstał.

Kleszcz z trudem podnosił swój ciężki tyłek z krzesła.

– To wszystko, co możemy zrobić – wysapał.

– Do następnego – powiedział Łysy.

– Gdzie? – zapytał Marcel.

– Jeszcze nie wiemy – powiedział Kleszcz.

– Może Sołacz? – zastanowił się głośno Łysy. – Mazowiecka. Ostatnio trochę się tam kręcisz, co nie?

Marcel pokiwał przecząco głową. Jak mógł zapomnieć, że znają każdy jego krok.

– Naprawdę nie macie lepszego zajęcia? – zapytał.

– Nie mamy – powiedział śmiertelnie poważnie Łysy i ruszył w kierunku wyjścia.

Kleszcz podrapał się po głowie, zatrzymał w połowie drogi i dorzucił:

– Byłbym zapomniał: Happy birthday! – zawołał w kierunku Marcela. Barista podszedł do stolika, żeby zabrać brudne naczynia.

– Podać coś jeszcze? – zapytał. Podwinięte wysoko rękawy koszuli odsłaniały pokaźnych rozmiarów tatuaż.

– Dwie czarne na wynos – poprosił Marcel i ruszył za nim w kierunku baru. – Sprawiedliwość jest ślepa? – zapytał, bo w kobiecej postaci z przepaską na oczach rozpoznał Temidę.

– Rodzice chcą, żebym został prawnikiem, ale ja nie mam zamiaru pracować w sądzie. – Sięgnął po napełniony kawą kubek i spakował go do papierowej torby. Na drugim ramieniu Marcel dostrzegł wytatuowaną pięciolinię, a chłopak przekrzykując ekspres, mówił, że nie wyobraża sobie życia bez muzyki. Kiedy opowiadał o tym, że w liceum założył z kumplami zespół, Marcel sięgnął po dwa maślane rogaliki, włożył je do tej samej papierowej torby i starannie ją zamknął.

– Masz swojego idola? – zapytał.

– No jasne.

– Hendrix? – strzelił Marcel. Barista odwrócił się i włożył drugi kubek w wyciągniętą dłoń Marcela.

– Raczej Robby Krieger – powiedział i uśmiechnął się, bo zauważył uniesione u Marcela brwi. – Americano dwa razy, to będzie trzydzieści cztery.

Marcel położył na ladzie błękitny banknot.

– Reszty nie trzeba. Gdzie można posłuchać, jak gracie? – zapytał.

– W każdą sobotę do końca września, tutaj – odparł chłopak.

– Wpadnę kiedyś – powiedział bez szczególnej wiary w ten plan i ruszył w kierunku drzwi. Wyszedł z kawiarni, ale zatrzymał się zaledwie po kilku metrach. Na wysokości okna schylił się, podniósł coś z chodnika i wrócił do kawiarni. – Wygląda na to, że ktoś to zgubił – powiedział, unosząc czarny skórzany portfel. Barista podniósł głowę i zaczął macać tylne kieszenie spodni. Uśmiech powoli spływał z jego twarzy i zaczynało się na niej malować zakłopotanie.

– Fuck! – powiedział. – Przecież to mój. – Marcel położył portfel na ladzie. – Kawa jutro na mój koszt? – Usłyszał za plecami.

Szedł szybko, stawiając długie kroki. Słońce przyjemnie oświetlało mu twarz. Cieszyło go, że nadal to potrafi. Rogaliki to było „przedszkole”, ale żeby ukraść komuś naprawdę miłemu portfel, trzeba mieć tupet i palce zwinne jak pianista. Takich sztuczek nauczył się dawno temu w Santo Domingo. Przy Calle Colón jest dzielnica artystów, taki paryski Montmartre – niektórzy malują, inni kradną, a najzdolniejsi potrafią i to, i to.

Smukłe klony stały na straży dostojnych sołackich willi jak wartownicy. Jasne elewacje budynków z dużymi oknami i zaparkowane na wymiecionych podjazdach limuzyny tworzyły niepowtarzalny klimat tej okolicy. Mazowiecka dziewięć. Niska furtka z kutego metalu nie miała zamka. Do budynku prowadziły trzy szerokie marmurowe stopnie, które Marcel pokonał jednym krokiem. Nacisnął dzwonek i choć nie spodziewał się, że ktoś mu otworzy, po kilku sekundach spróbował ponownie. Tak jak wczoraj i trzy dni temu, papierową torbę z kawą i rogalikami zostawił na schodach. Odpuścił po chwili, a gdy był już na chodniku, usłyszał otwierające się drzwi. Odwrócił się i zrobił unik dosłownie w ostatnim momencie – torba przeleciała tuż nad jego głową. Zanim wylądowała na mokrym asfalcie, papierowy kubek i rogaliki zakręciły w powietrzu potrójny piruet.

3

Rita oparła plecy o drzwi i zamknęła oczy. Kilka miesięcy temu dałaby wiele, żeby zobaczyć go w progu swojego domu. Ale teraz, kiedy wreszcie się pojawił, nie czuła nic poza trawiącą wnętrzności złością. Z piętra dobiegały dźwięki piątej symfonii Beethovena.

Poprzedniej nocy prawie nie zmrużyła oka – analizowała wydatki i zastanawiała się, skąd wziąć pół miliona euro. Od samego początku domyślała się, jaki będzie finał tej całej korespondencji. Spodziewała się szantażu, dlatego tak szybko zdecydowała się na sprzedaż domu.

Po powrocie z Marsylii od razu przyjechała do galerii. Pierwsza noc była najtrudniejsza – zapach świeżej farby i rozpuszczalników przyprawiał ją o ból głowy, którego nie potrafiły złagodzić żadne proszki. Spała przy otwartych oknach, mimo przeszywającego chłodu. Następnego dnia w galerii pojawiła się ekipa remontowa – trzej pracownicy w granatowych ogrodniczkach uwijali się, jak mogli, ale Ritę kolejny dzień trawiła migrena – dźwięk wiertarek i rozmowy wykonawców były nie do zniesienia. Podobno brakowało im trzech dni, żeby wszystko skończyć – dla niej to o trzy dni za długo. Jeszcze tego samego popołudnia poprosiła, żeby zabrali swoje rzeczy i się wynieśli. Obiecała, że zadzwoni za jakiś czas – nie zadzwoniła.

Walizki, które przywiozła ze sobą z Marsylii, stały nierozpakowane. Nie miała też ochoty zaglądać do domu, w którym dotąd mieszkała. Pojawiła się w nim dopiero po dwóch tygodniach. Gdyby nie dokumenty, których potrzebowała, pewnie zwlekałaby z tym dłużej. Weszła i nawet nie zdjęła butów, zabrała tylko kilka rzeczy – ulubiony koc, kosmetyki, naczynia, trochę ubrań. Nieobecność Huberta wypełniała każdy kąt tego ogromnego domu. Na blacie w kuchni stał brudny kubek, w którym lubił pić kawę. Wszystko wyglądało tak, jakby wyszedł tylko na chwilę.

Nieprzespana noc wzmagała ból kręgosłupa, który promieniował teraz na całe plecy, aż po kark. Wchodziła na górę, ostrożnie stąpając po schodach. Kiedy ściskała balustradę, kostki jej palców bielały niczym marmur, a gdy dotarła na piętro, zatrzymała się i uspokoiła oddech. Weszła do kuchni, miała zamiar coś zjeść. Sięgnęła po widelec, ale zaraz go odłożyła, bo jej uwagę przykuły róże. Wyjęła je z wazonu i wymieniła wodę, a później przez kilka minut starannie układała kwiaty. Kiedy Renoir był już bardzo schorowany, a jego dłonie zdeformował reumatyzm, żona co kilka dni przynosiła do jego pracowni świeże kwiaty. Aline była niezwykle cierpliwa i oddana. Największą radość sprawiały jej chwile, gdy mąż dostrzegał piękno starannie przygotowanych przez nią bukietów i wyrażał uznanie, nawet jeśli podkreślał ich pozorną przypadkowość. Gdy Rita uznała, że jej kompozycja mogłaby zadowolić impresjonistę, ponownie usiadła przy stole. Napełniła kawą małą jak naparstek białą filiżankę Limoges. Słuchając muzyki, delektowała się jej gorzkim smakiem. Na białym jak kwiaty jabłoni obrusie stał prostokątny talerz – za duży jak na niewielki plasterek białego sera i jeden krążek ananasa. Sięgnęła po nóż ze zdobioną roślinnym motywem rękojeścią i odkroiła niewielki kęs tłustego twarogu. Zazwyczaj przy śniadaniu planowała dzień, ale tym razem nie mogła się skupić. Jej myśli krążyły wokół Marcela. Nie miała ochoty go widzieć, a jednocześnie była ciekawa, co się z nim działo przez ostatnie miesiące. Gdy skończyła jeść, sięgnęła po brązowy słoiczek i wysypała z niego dwie pigułki. Połknęła je i popiła wodą. Kiedy w kuchni wybrzmiewał finał Symfonii losu, Rita schodziła już na dół, by usiąść przy biurku. Rozmasowała dolną część kręgosłupa i zajęła się przeglądaniem poczty. W poniedziałki zawsze było sporo maili. Z jej doświadczenia wynikało, że klienci najczęściej podejmowali decyzje o zakupie obrazów w ciągu weekendu. Skanowała wzrokiem listę nadawców długo i uważnie, aż jej wzrok zatrzymał się na jednym adresie. Czekała na tę wiadomość od kilku dni. Pan Romuald stawiał dopiero pierwsze nieśmiałe kroki w świecie sztuki, ale już nosił się jak prawdziwy znawca. Uwielbiał kraciaste garnitury i jaskrawe poszetki. Elegancki, chociaż nieco staromodny, doktor literatury miał zwyczaj całować kobiety w rękę. A przy tym był elokwentny, miły i niezdecydowany. Pewnie z tego samego powodu nadal był kawalerem. Rita od dwóch lat pomagała mu budować kolekcję. Podczas ostatniej rozmowy ustalili, że jeszcze w tym tygodniu pan Romuald kupi co najmniej dwa obrazy. Ostatnimi czasy interesy nie szły dobrze. Galeria, która niedawno zmieniła swoją siedzibę, przechodziła właśnie kryzys. W interesie panował zastój i Rita naprawdę liczyła na tę transakcję. Powoli przebijała się przez nużący wstęp długiego listu, w którym pan Romuald w niezwykle uprzejmy sposób informował ją, że postanowił dać sobie więcej czasu do namysłu. „Ze względu na szereg niesprzyjających okoliczności, którymi pozwolę sobie nie zawracać Pani głowy, będę gotowy sfinalizować transakcję dopiero w przyszłym roku” – napisał. Westchnęła głośno, dając upust ogromnemu rozczarowaniu. Bez entuzjazmu zabrała się za tworzenie odpowiedzi. Do przyszłego roku zostało jeszcze kilka długich zimowych miesięcy. Obawiała się, że aby przetrwać ten czas, będzie musiała poprosić o zaliczkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki