Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
116 osób interesuje się tą książką
Mroczny zamek na odciętej od świata wyspie.
Ktoś pragnący zemsty.
I kobieta, która sprzeciwia się pięciu mężczyznom.
Madison Barros ma dwadzieścia dwa lata, jest piękna, odważna i wie, czego chce. Życie dziewczyny w Lizbonie nigdy nie było łatwe, a mimo to, kiedy dowiaduje się, że brat bliźniak chciał jej pomóc i zaciągnął pożyczkę u lordów, pragnie ją jak najszybciej spłacić, ponieważ jest świadoma tego, że lordowie są symbolem niebezpieczeństwa, władzy, wpływów i mnóstwa kłopotów.
Dziewczyna wraz ze swoim bratem bliźniakiem Cássio udaje się na prywatną wyspę, gdzie w mrocznym zamku lordów organizowane jest tajne przyjęcie. Chce negocjować, jednak czterej lordowie, każdy bardziej zepsuty, grzeszny i złowrogi od pozostałych, mają wobec niej inne plany.
W tym samym czasie do gry wkracza złowroga postać, pozornie dążąca do zemsty na lordach. Madison nieświadomie zostaje wciągnięta w wir niebezpieczeństw, intryg i walk o władzę.
Czy przeciwstawi się lordom i opuści wyspę bez szwanku? A może zostanie wciągnięta w grę, z której nie ma łatwej ucieczki?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 253
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
D.C. ODESZA to pseudonim młodej niemieckiej autorki. W jej powieściach nie ma tematów tabu. A poszczególne sceny pisarka przedstawia szczegółowo i różnorodnie, z nutą BDSM, elementami thrillera oraz sporą dozą niepowtarzalnego mroku.
Obserwuj ją na Instagramie:https://www.instagram.com/dcodesza/
Znajdź ją na Facebooku:https://www.facebook.com/d.c.odesza/
www.dcodesza.com
W moich powieściach, poza kilkoma wyjątkami, powstrzymuję się od wspominania o środkach antykoncepcyjnych, co jednak nie oznacza, że w realnym życiu nie mają one znaczenia! Niestety, zdarza się częściej, niż można by przypuszczać, że czytelnicy mylą fikcję literacką z rzeczywistością.
♥
To nie jest powieść dla nieletnich. I z pewnością nie nadaje się dla czytelników, którzy nie potrafią odróżnić fikcji literackiej od rzeczywistości.
Chociaż ten tekst nie gloryfikuje przemocy, zawiera sceny, w których jej elementy są obecne. To lektura bezwzględnie mroczna, piekielnie pikantna i niebezpiecznie wciągająca. Nie znajdziesz tu miłej, odprężającej love story.
Każde zdanie wystawi twoją uwagę na próbę, a wszystkie sceny – bez wyjątku – przyprawią cię o dreszcze i zaskoczenie. Każdy tom wnika głęboko pod skórę i długo nie daje o sobie zapomnieć.
Z czasem jednak wyłania się z tej opowieści historia miłosna, choć początkowo nic na to nie wskazuje. Mam nadzieję, że tymi słowami zdołałam rozwiać pewne wątpliwości, zanim te zdążyły się w ogóle pojawić.
Na zakończenie życzę Ci niezapomnianych wrażeń podczas czytania oraz wyjątkowo wyostrzonego zmysłu obserwacji, ponieważ niektóre sceny wystawią Cię na prawdziwą próbę. Czy zdołasz odkryć, kim jest Diabo?
Z serdecznymi pozdrowieniami! ♥
Twoja Odesza
Przemoc, nadużycia, broń, zażywanie narkotyków, tortury, lęk przed stratą, krępowanie, szantaż, morderstwo, choroba, śmierć, zagłada…
Wyobraź sobie każdy możliwy strach. Znajdziesz go w kolejnych rozdziałach.
– Mam złe przeczucia co do tej sprawy – powtarza Cássio chyba już po raz dwudziesty, podczas gdy ja mocniej zaciskam dłonie na wiosłach.
– Mam podobnie, ale czy naprawdę chcesz nadal dawać się szantażować?
Mój brat, który siedzi naprzeciwko mnie w łodzi, pochyla głowę. Jego ciemne oczy wędrują ku marszczącej się, czarnej jak smoła i niemal pochłaniającej nas wodzie. Wynajęcie motorówki nie wchodziło w grę. Po pierwsze, byłoby to zbyt rzucające się w oczy. Hałas silnika natychmiast zdradziłby nasze przybycie. Po drugie, nie mamy kasy, żeby pozwolić sobie na łódź z napędem.
– Nie, tylko… Nieważne – wzdycha. Jak na kogoś, kto nic nie widzi, za każdym razem mistrzowsko przewraca oczami. – Daleko jesteśmy od wyspy? – Błądzi spojrzeniem bez celu obok mnie, a jednocześnie potrafi wyczuć, że płyniemy na zachód.
Przerywam ruch wiosłami i patrzę przez ramię.
Alleluja. Mam wrażenie, że od dziesięciu minut wiosłujemy w miejscu.
Wyspa, na której wybudowano mroczny zamek z jasno oświetlonymi oknami, musi się znajdować jeszcze jakieś trzy mile od nas.
– Już prawie jesteśmy – kłamię i wybucham śmiechem.
– Od razu słyszę, kiedy mnie okłamujesz. Chcesz się zamienić? Tak sapiesz, że zagłuszasz szum wody.
Wcale nie. Wykrzywiam twarz w grymas, czego i tak nie może zobaczyć.
– Jak chcesz. Będę cię instruować.
Cássio prycha, po czym się podnosi. Łodzią zaczyna groźnie kołysać. Zostawiam wiosła w uchwytach, również wstaję w swoich czarnych ubraniach i na chwiejnych nogach podchodzę do brata.
– Ostrożnie, dobrze?
– Ile razy jeszcze to powiesz, Maddi? Jestem ślepy, jednak nie głupi.
– Nigdy tak nie twierdziłam – odpowiadam bezczelnie.
Jesteś jedyną osobą, która mi jeszcze pozostała.
Jak w tańcu towarzyskim obejmujemy jedno drugie w pasie, żeby się wyminąć. Cássio wygląda dziś fantastycznie. Ma falowane włosy w odcieniu ciemny blond sięgające karku, związane w niewielki kucyk. Kilka kosmyków opada na jego wąską, delikatną twarz.
Ma w sobie coś niezwykle subtelnego: wielkie oczy, usta jak u anioła i smukły nos. Z wyglądu przypomina pianistę – wrażliwą duszę, piękną na zewnątrz, lecz w środku kruchą niczym szkło. Większość kobiet uważa go za niewystarczająco męskiego – zdaje się im zbyt delikatny, zbyt uważny i skromny. Dla mnie jest raczej drugim sercem. Drugą połową duszy. Bo jesteśmy bliźniętami.
– Gdzie twoja torba?
– Za ławką.
Ponieważ wokół panuje niemal całkowita ciemność, jedynie bladawy półksiężyc daje trochę światła, czuję się prawie równie ślepa jak Cássio.
Zamieniamy się. Wtedy on szybko siada i zręcznie odnajduje uchwyty wioseł.
– Chyba znów nas zniosło w stronę lądu – mówi.
Gdy zajmuję miejsce na ławce, zerkam za siebie.
– Nie, nie do końca. Powiedziałabym, że jesteśmy dokładnie pośrodku.
Złote światła Lizbony odbijają się w morskich falach. To zapierający dech w piersiach widok. Jakby miasto zostało obsypane złotym pyłem.
– Chciałabym, żebyś mógł zobaczyć to, co ja – mamroczę.
– Opisz mi to, Maddi.
Ubieranie w słowa blasku portowego miasta nocą jest praktycznie niemożliwe. Gdy próbuję przekazać mu ten obraz, Cássio z zapałem zabiera się do pracy. Mocne pociągnięcia wioseł sprawiają, że w nieco ponad dziesięć minut pokonujemy spory dystans.
– Jak mamy działać? – pytam, aby zyskać pewność, że wszystko pójdzie w porządku.
Plan jest pewniakiem. Właściwie nic złego nie powinno się wydarzyć.
– Wchodzimy do zamku, w którym dziś wieczorem ma miejsce tajna impreza – powtarza ustalenia. – Wkraczamy bocznym wejściem w skrzydle wschodnim, z którego korzystają tylko personel i firma cateringowa. Potem szukamy pomieszczeń socjalnych, przebieramy się i mieszamy z tłumem.
– Zgadza się – potwierdzam, kiwając głową i krzyżując ramiona na piersi.
– Następnie szukamy Joaquima Edogavaza oraz jego brata Plutão. Ty zaczniesz podrywać Plutão, odwrócisz jego uwagę i spróbujesz zwabić do pokoju. Gdy oderwiesz go od Joaquima, postawisz mu ultimatum.
– Właśnie tak. Przystawię mu nóż do gardła, zanim się zorientuje, że nie jestem kobietą, która chciała go tylko zaciągnąć do łóżka, i dam mu pieniądze. W zamian ma przestać cię szantażować, a jego bratu nic się nie stanie, bo ty będziesz trzymał go w szachu.
Szczerze mówiąc, wypowiedziany na głos plan brzmi dość ryzykownie. Ale co nam pozostaje?
Gdyby Cássio rok temu nie wpakował się w układ z tymi lichwiarzami, żeby móc mnie wesprzeć finansowo, nie tkwilibyśmy w tym bagnie. A jeśli czegoś się nauczyłam, to tego, że od mężczyzn w czarnych koszulach i garniturach nie należy niczego przyjmować – nawet lizaka. Prędzej czy później odbiorą wszystko z nawiązką.
Do tej pory nigdy nie widzieliśmy Joaquima ani Plutão. Cássio utrzymywał kontakt tylko z ich podwładnymi, po tym jak nasz sympatyczny sąsiad, właściciel kiosku, udzielił mu „świetnej” wskazówki, gdzie można szybko i bez zbędnych formalności pożyczyć dużą sumę.
Nie mam nic do Jesusa. To sympatyczny facet, który nieraz dał mi paczkę papierosów albo butelkę Coli. Ale tę „sekretną” radę mógł sobie darować. Wtedy co dwa tygodnie nie pukałby do naszych drzwi nieuprzejmy dryblas o parszywej gębie, żeby upomnieć się o zaległość. Nie byłoby gróźb śmierci, a Cássio nie zostałby dwa tygodnie temu pobity. Kiedy po powrocie z dorywczej pracy znalazłam go leżącego na podłodze w mieszkaniu, zakrwawionego i ciężko oddychającego, przez moment myślałam, że nie żyje. Lodowaty dreszcz przeszył mnie w tamtej chwili wzdłuż pleców.
Tego widoku tak szybko nie zapomnę. Żebyśmy nie byli już dłużej szantażowani, ranieni i zastraszani, zmierzamy na Piekielną Wyspę. Właśnie tam czarni lordowie – jak sami się nazywają – urządzają swoje tajne przyjęcia. Zdobycie takiej informacji wymagało sporo zachodu.
Po wielu dniach czatowania pod kioskiem Jesusa natknęłam się na pewnego faceta w czerni, a potem potajemnie podążyłam za nim w kierunku jego limuzyny. Rozmawiał z kimś przez zestaw słuchawkowy. W trakcie wymiany zdań padły słowa: „Impreza w sobotę… Wiesz, na… Wyspie Nocy, w Mrocznym Zamku…”.
Poszukiwania w internecie niewiele dały. Za to dowiedziałam się czegoś w swojej drugiej dorywczej pracy. W Pecado da Noite, nocnym klubie, w którym dorabiam od dwóch lat, zebrałam więcej informacji o tym tajnym wydarzeniu.
Z czasem wykształca się w człowieku instynkt pozwalający rozpoznać, kto ma największą wiedzę o podejrzanych typach oraz szemranych interesach. Jakby mimochodem wypytałam dyskretnie, o co trzeba, stałego klienta – Sergia, który pracuje w branży cateringowej i obsługuje te dekadenckie przyjęcia na wyspie.
– Co jeśli plan jednak nie wypali? – pyta mnie Cássio, a na jego twarzy wyryte są wyrzuty sumienia. Wiem, że obwinia się za wszystko, co zaszło. Chciał mi tylko pomóc i wpakował nas przez to w pułapkę.
– Wtedy pobiegniemy z powrotem do łodzi i będziemy wiosłować ile sił – wyjaśniam, gdy jesteśmy tuż przy wyspie.
Dopływamy do ukrytej zatoki z małą, piaszczystą plażą, osłoniętą wysokimi ścianami skalnymi.
– To nie jest śmieszne, Maddi.
Wzruszam ramionami, po czym wyskakuję z łodzi do wody.
– Mamy pieniądze, których chcą. Poza tym sporządziłam dodatkowo umowę, żeby zyskać pewność i raz na zawsze pozbyć się mężczyzn w czerni.
– Tak, tyle że brakuje dwudziestu tysięcy euro odsetek. Zdradzisz mi teraz, zanim zginiemy, skąd wzięłaś siedemdziesiąt tysięcy euro?
– Nie. Zabiorę tę tajemnicę do grobu – jęczę, pchając łódź wraz z moim bratem na brzeg.
Zbieram w sobie wszystkie siły, podczas gdy Cássio składa wiosła.
– Kiedyś mi powiesz.
– Nie – upieram się przy swoim.
Zdobycie tych pieniędzy nie było łatwe i owszem, warunki dalekie są od ideału, ale przynajmniej nie pożyczyłam ich od rekina kredytowego.
– Możesz wysiąść z łodzi.
Obchodzę ją w wodzie w kompletnie przemoczonej odzieży i szukam dłoni Cássia. Ściska moją żelaznym uściskiem, spoconymi palcami. Jest zdenerwowany. Ja też.
Jeśli dojdzie do negocjacji, zażądają odsetek. Nie zamierzam się na to godzić. Kto wyprawia tak wystawne przyjęcia, ten z pewnością pływa w pieniądzach.
Gdy brat czuje pod stopami stały grunt, z ulgą wypuszcza powietrze.
– Boję się, Maddi.
Ja również. Wiem, o jakim strachu mówi – możemy nie przeżyć tego wieczoru.
– Wkrótce nie będziesz musiał się już bać. Jeszcze chwila, a ten terror dobiegnie końca.
W kompletnie przemoczonych spodniach i ociekających wodą botkach docieram z bratem pod wskazane drzwi dla personelu. Jak skarb ściskam czarną torbę sportową, w której kryją się mój strój i pieniądze. Cássio, w przeciwieństwie do mnie, jest suchy. Stoi obok w nienagannym, drogim garniturze, pożyczonym specjalnie na ten wieczór. Koszulę również ma ciemną i mimowolnie przywodzi mi na myśl jednego z mężczyzn w czerni.
– Zaczyna się – szepczę. Nerwowo poprawiam mu kołnierzyk, wygładzam klapy marynarki i odsuwam kosmyk włosów z twarzy. – Wyglądasz wspaniale. Co prawda jakbyś szedł na pogrzeb, ale mimo to bardzo elegancko.
Prycha.
– Nie wypowiadaj więcej słowa „pogrzeb”. Wejdźmy do środka, marzniesz.
Lewą dłonią dotyka mojego policzka. Natychmiast próbuję stłumić drżenie. Choć to początek czerwca, noc jest zaskakująco chłodna, a mokre ubrania sprawiają, że trzęsę się z zimna.
– Nic mi nie będzie.
Z torby sportowej wyciągam identyfikator pracowniczy firmy cateringowej. Udało mi się go wyłudzić od Sergia – stałego klienta, który zaproponował mi pracę u siebie. Ofertę oczywiście przyjęłam, ale po dwóch zmianach doszłam do wniosku, że catering to nie moja bajka. Kartę ze swoim zdjęciem jednak zatrzymałam.
Nie ma to jak dobre kontakty. Sergio oczywiście nie wie, że dziś wieczorem tu jestem – i nigdy nie powinien tej wiedzy zdobyć. Gdyby jednak to do niego dotarło, i tak mu nie zaszkodzę. Chcę się tylko dostać do tego mrocznego budynku, pełnego wykuszy, wież i okien. Nic więcej.
Naciskam dzwonek. Chwilę później za szklanymi drzwiami majaczy sylwetka. Wejście znajduje się w ukrytej części parku, dlatego nie widzę tego głównego. Jeszcze nie.
Drewniane skrzydło z witrażem otwiera się gwałtownie.
– Tak?
– Dzień dobry – witam chudego, młodego mężczyznę w fartuchu, z kuchenną ściereczką przewieszoną przez ramię. – Nazywam się Maddi Barros, a to mój przyjaciel. Zatrudniono nas jako dodatkową pomoc.
Mój brat znudzonym wzrokiem spogląda w bok. Opanował do perfekcji sztukę udawania, że nie jest niewidomy.
– Dodatkowa pomoc? – Marszczy brwi. – Wszyscy pracownicy zjawili się u nas już godzinę temu.
Podaję mu identyfikator.
– Wiem. Dostałam zgodę od szefa, Sergia Costy, żeby zacząć zmianę nieco później. Wcześniej byliśmy na pogrzebie.
Z melancholią spoglądam na Cássia, biorę go pod ramię i głęboko wciągam powietrze.
– Dlatego ma na sobie czarny garnitur – zauważa. Sprawdza legitymację przez dwie sekundy i mi ją oddaje. – Skoro szef wyraził zgodę, to wejdźcie. Przyda nam się każda para rąk. Bufet jest już gotowy.
– Jasne, nie ma problemu – odpowiadam uprzejmie.
Dyskretnie prowadzę brata przez oświetlony korytarz z gotyckim sklepieniem. Masywne kamienne ściany emanują chłodem niczym lochy.
Pracownik idzie przodem.
– Mam na imię David. A tak przy okazji, jeśli jeszcze wam tego nie powiedziano, za półtorej godziny spotykamy się przy pomoście. Stamtąd odbierze nas statek. Bądźcie na czas, bo odpłynie bez was.
Za półtorej godziny?
Po drodze chowam identyfikator do torby sportowej i wyciągam telefon z bocznej kieszeni. Jest dwudziesta pierwsza trzydzieści cztery.
– Czyli statek odpływa o dwudziestej trzeciej?
– Dokładnie tak. À propos… – David przystaje nagle przed kuchnią na końcu korytarza. Odwraca się i przygląda nam uważnie. – A właściwie jak dotarliście na wyspę, skoro nie przypłynęliście z nami?
Cássio obok mnie napina mięśnie.
– Mieliśmy farta. Goście zabrali nas swoją motorówką – kłamię z nadzieją, że to wystarczy.
– Szczęściarze. Większość gości to dość niewdzięczne, egoistyczne snoby z nadmiarem pieniędzy. – Uśmiecha się.
Mężczyzna prowadzi nas przez kuchnię aż do szatni. Po drodze mijamy ubranych na biało ludzi – krzątają się pośpiesznie między blatami a piecami.
– Przebierzcie się. Powinny jeszcze być rzeczy w waszym rozmiarze – mówi, wskazując stojak z białymi koszulami, jasnymi muszkami i spodniami na wieszakach.
Zabawne, że pracownicy noszą biel, skoro widać na niej każdą najmniejszą plamę.
Gdy wreszcie znika, wypuszczam powietrze.
– No to zaczynamy.
– Jak bardzo oddalony jest ten pokój od kuchni? – pyta Cássio.
– Na tyle, by nikt nie zauważył, że nie wyjdziemy stąd w ciuchach personelu.
– Okej. Stanę na czatach – decyduje i obmacuje ścianę, aż trafia na klamkę. – Jest klucz. – Bez wahania zamyka drzwi.
– Ogarnę się szybko.
Siadam na drewnianej ławce. Natychmiast zrzucam przemoczone obuwie, zsuwam spodnie i zdejmuję kurtkę ze sztucznej skóry. Potem ściągam T-shirt oraz biustonosz, by włożyć czarną jedwabną suknię z plecionymi tasiemkami na plecach, głębokim dekoltem i długą, sięgającą ziemi spódnicą.
Zapinając boczny zamek, wsuwam stopy w zabójczo wysokie szpilki od Jimmy’ego Choo, które pożyczyłam, podobnie jak sukienkę. Nigdy w życiu nie byłoby mnie stać na takie buty.
Przed stojącym lustrem poprawiam ramiączka kreacji, która jest mocno dopasowana i obsypana niezliczonymi połyskującymi kryształkami ułożonymi w kwiatowy wzór.
Kiedy kończę, sprawdzam makijaż nałożony jeszcze przed naszą szaloną wyprawą łodzią. Mam sztuczne, gęste rzęsy, jasnoróżową szminkę i intensywnie przydymioną cieniem powiekę w stylu kociego oka.
Z każdą minutą moje serce bije coraz szybciej.
– Kończysz już? – pyta brat.
– Prawie.
Słyszę kroki za drzwiami. Zastygam w bezruchu, gdy opuszczam pędzel do pudru.
– Oddalają się – dodaje po chwili.
– Nie strasz mnie tak więcej – syczę. – Jeśli nas tu złapią, wylecimy stąd natychmiast.
Pośpiesznie poprawiam szminkę, spoglądam w swoje zielone oczy i chowam kosmetyczkę do torby sportowej.
Mimo intensywnego wiosłowania fryzura trzyma się idealnie. Wybrałam kucyk z lekkimi falami. Włosy opadają mi na łopatki niczym mahoniowy jedwab. Żeby uczesanie nie było zbyt nudne, zaplotłam przy skroniach dwa warkocze. Kucyk przewiązałam czarną aksamitną wstążką, co nadało całości odrobinę dziewczęcego uroku.
Zakładam ciężkie kolczyki z czarnymi, brokatowymi kamieniami oraz cienkie bransolety. Jestem zadowolona z efektu. Wyglądam jak arystokratka. Taka, której rodzice mają cholernie dużo pieniędzy.
Chwilę później razem z Cássiem opuszczamy szatnię, niezauważeni. Teraz musimy tylko znaleźć główną salę – miejsce, gdzie personel cateringowy krząta się z tacami pełnymi napojów.
Jednak z każdym krokiem, który zbliża nas do kosmicznie wielkiego zamku, mój żołądek coraz bardziej się zaciska.
– Cholera – klnę cicho, szeroko otwierając oczy.
– Co się dzieje? – szepcze mi Cássio do ucha.
– Chyba…
Rozglądam się zdezorientowana i dostrzegam mężczyzn w ciemnych eleganckich garniturach oraz kobiety w wyzywających sukniach stojących we foyer.
To nie może być prawda!
– No mów. Co widzisz?
– Noszą maski. Wszyscy noszą te same maski. Jak, do diabła, mamy w ten sposób znaleźć braci? I jak zdobyć jedną z tych masek, skoro nie jesteśmy na liście gości?
Bezradnie wodzę wzrokiem dookoła. Z holu wejściowego na pierwsze piętro prowadzą zakrzywione kamienne schody z gotycką balustradą z litego granitu. Z sufitu zwisają trzy okazałe kryształowe żyrandole. Cała przestrzeń recepcyjna wyłożona jest idealnie gładkimi czarnymi płytami kamiennymi – zapewne marmurem lub czymś równie kosztownym. Sklepienie podtrzymują przytłaczająco ogromne kolumny, również z czarnego kamienia.
Potężne skrzydłowe drzwi wejściowe, sięgające chyba trzech metrów, pozostają zamknięte. Strzeże ich dwóch mężczyzn w czerni, bez masek, z zabójczymi spojrzeniami. Kiedy na nich patrzę, oni wbijają oczy we mnie.
Ściskam dłoń Cássia jeszcze mocniej.
Szlag. Zauważyli nas.
Zerkają na siebie, po czym wyższy z nich rusza w naszą stronę. Z beznamiętnym wyrazem twarzy podchodzi ku nam, zupełnie ignorując rozmawiających i śmiejących się gości.
Jakaś blondynka wciąga właśnie kreskę ze srebrnej tacy. Ponura muzyka lounge’owa, brzmiąca dotąd jak ścieżka dźwiękowa thrillera, schodzi na dalszy plan – całą moją uwagę pochłania już tylko zbliżający się bramkarz.
Wymyśl coś. No dalej. Zastygam w miejscu, jakbym wrosła w podłogę. Na górze, w okolicy galerii, pojawia się mężczyzna o włosach czarnych jak noc. Powoli przesuwa spojrzeniem po tłumie napływającym do głównej sali przez przejście między biegami schodów.
– Gdzie są państwa maski? – pyta bramkarz, gdy staje przed nami, a jego głos brzmi nisko, groźnie, niemal śmiercionośnie.
Kurczowo ściskam torbę na ramieniu, w której spoczywa kilka plików banknotów.
– No cóż… musieliśmy ich zapomnieć w toalecie – odpowiadam pewnym siebie tonem i prostuję plecy. – Najrozsądniej będzie, jeśli wrócimy i je zabierzemy.
Mruży podejrzliwie oczy.
– Toalety znajdują się w głównej sali. A wy przyszliście ze skrzydła dla personelu.
Cholera. Nie jest tak głupi, na jakiego wygląda.
– To prawda – wtrąca Cássio. Opuszcza głowę i uśmiecha się do wypolerowanych kamiennych płytek. – Moja dziewczyna chciała zapytać, gdzie jest kuchnia, po tym jak skorzystaliśmy z toalety.
– A niby po co? Goście nie mają tam czego szukać – warczy mężczyzna.
Odnoszę wrażenie, że zapadamy się coraz głębiej w bagno.
– Bo jest weganką, jasne? – ciągnie brat. – Skoro już bierzemy udział w tym wydarzeniu, nie chcemy być karmieni tanim kawiorem i tatarem z wołowiny. Od godziny burczy jej w brzuchu.
Szaleństwo. Cássio potrafi być przekonująco wkurzony na zawołanie.
Bramkarz się waha.
– Co nie zmienia faktu, że nie macie na twarzy masek. To naruszenie zasad. Musicie opuścić posiadłość.
Czy on kompletnie zwariował?
– Szukamy ich – przerywam mu.
– Nie sądzę, żebyście je znaleźli – syczy, zbliżając twarz do mojej.
Unoszę podbródek.
– Dlaczego nie?
– Bo podejrzewam, że wy dwoje wcale nie jesteście go…
– Co tu się dzieje? – przerywa mu głos mężczyzny, którego wcześniej nie zauważyłam.
Nie odrywając uwagi od bramkarza, kątem oka zerkam na przybysza w eleganckim, szytym na miarę garniturze, czarnej koszuli i matowo połyskującym krawacie. Włosy w odcieniu ciemny blond ma gładko zaczesane do tyłu. Widzę jedynie dolną połowę jego niezwykle przystojnej twarzy – resztę skrywa ciemnosrebrna maska otaczająca bezwstydnie intensywne zielone oczy.
– Ta dwójka nie nosi masek. Właśnie zamierzałem usunąć ich z przyjęcia.
Chłodne spojrzenie mężczyzny spoczywa na mnie. Pod tym niemal pozbawionym emocji wzrokiem serce zamarza mi w piersi. Na jego kamiennej twarzy nie drgają nawet kąciki ust. Z kolei wypielęgnowany kilkudniowy zarost nie potrafi ukryć napięcia mięśni policzków.
– Zostają – decyduje spokojnie i powoli pochyla głowę. – Daj im nowe maski, skoro swoich nie przynieśli albo je zgubili.
Zgromadzone w płucach powietrze niepostrzeżenie uchodzi z moich rozchylonych ust. Mrugam zdezorientowana. Czy powinnam mu podziękować?
– Ale w zaproszeniach było wyraźnie zaznaczone, że każdy gość powinien przynieść własną maskę – protestuje bramkarz. – W przeciwnym razie nie ma wstępu do zamku. To raczej jasna instrukcja.
Półbóg odwraca twarz w jego stronę. Rety… wygląda tak, jakby samym spojrzeniem mógł pokroić dryblasa na kawałki.
– Śmiesz mi się sprzeciwiać? – warczy lodowato chropowatym głosem i chwyta go za kołnierz koszuli. Gest czystej demonstracji władzy.
Cofam się dyskretnie o pół kroku, by nie pozostawać w jego zasięgu.
– Oczywiście, że nie, Neptuno. Przyniosę dwie maski.
– No widzisz. – Jednym ruchem odpycha bramkarza, następnie mówi do nas: – A, i jeszcze jedno. Jeśli przyłapię was ponownie bez masek, osobiście wyrzucę z tego zamku. Będziecie musieli nago dopłynąć na ląd.
Cholerny dupek. Widzę, jak prawy kącik jego ust złośliwie drga. To pierwszy prawdziwy przejaw emocji, jaki u niego dostrzegam. Gęsia skórka rozlewa się po moim ciele niczym zimny ołowiany płaszcz.
– Może sprawię, że ją zgubi, żebyś miał przyjemność wysłać ją gołą do wody. – Mój brat nie potrafi powstrzymać tego komentarza.
O tym powinniśmy jeszcze porozmawiać. Owszem, powiedziałam mu: „Dostosuj się do towarzystwa”, ale nie miałam na myśli: „Graj aroganckiego dupka”.
Ku mojemu zaskoczeniu Neptuno wybucha śmiechem.
– Podoba mi się twoje nastawienie.
Następnie znika wśród innych gości i zmierza do głównej sali. Gdy mój wzrok wędruje w stronę galerii, nie potrafię już odnaleźć mężczyzny ubranego w całości na czarno. Przez ułamek sekundy kiełkuje we mnie przeczucie, że to jeden z braci, których szukamy.
– Choć najchętniej wyrzuciłbym was za drzwi: proszę. – Bramkarz pstryka palcami, by przywołać kelnerkę.
Młoda kobieta niesie na czarnej aksamitnej poduszce dwie srebrne maski w stylu weneckim. Nie są ani przesadnie zdobione, ani zbyt proste.
Podaję jedną bratu, żeby nie musiał ich macać.
– Poczekaj, skarbie, zawiążę ci ją – mówię, ignorując głupią uwagę bramkarza, choć najchętniej odpowiedziałabym mu ostro.
Gdy Cássio i ja zaczynamy przypominać z wyglądu innych gości, czuję się swobodniej. Mam wrażenie, że maski mogą nas ukryć i ochronić.
Wchodzimy do głównej sali, z której przez ogromne okna, sięgające od podłogi aż po sufit, rozciąga się widok na skąpany w światłach ogród.
Pośrodku pomieszczenia stoi oszałamiający bufet. Potrawy piętrzą się na kilku poziomach – dość, by około siedemdziesięciu gości mogło przez trzy tygodnie jeść do syta, ani jednego dnia nie zaznając głodu.
Na okrągłych szmaragdowozielonych kanapach siedzą grupki ludzi, sącząc najdroższy szampan, popijając wiekową, kosztowną szkocką i podjadając wykwintne przekąski. Czysta dekadencja i obżarstwo, które budzą we mnie wyłącznie odrazę.
W słabo oświetlonej sali wciąż czujnie obserwuję otoczenie, choć co chwila mój wzrok zatrzymuje się na jednym ze stołów. Kobieta otoczona trzema mężczyznami siedzi na blacie z podciągniętą na uda sukienką, a oni dotykają jej bez zahamowań. Jeden całuje ją namiętnie, drugi wsuwa palce pod materiał i zatacza dłonią koliste ruchy, trzeci masuje prawą pierś.
Cieszę się jak nigdy, że Cássio tego nie widzi. Wygląda na to, że trafiliśmy do frywolnego pałacu rozkoszy. Nie jestem pruderyjna – w końcu zarabiam pieniądze, pracując za barem w klubie ze striptizem, a także rozbierając się dla klientów za opłatą. Mimo to nie poszłabym do łóżka z mężczyzną dla pieniędzy. Swoją obecną robotę przyjęłam wyłącznie ze względu na wysokie wynagrodzenie.
– Jeśli nadal będziemy tak sterczeć, zaczniemy zwracać uwagę – upomina mnie Cássio.
Ciekawe, czy słyszy jęki niektórych par przebijające się przez muzykę.
Staję twarzą do niego, muskam go dłonią po policzku i spoglądam w jego oczy. Obiema rękami obejmuję brata w pasie.
– Masz rację. Pilnuj torby i weź sobie coś z bufetu. Przygotuję ci talerz, a potem rozejrzę się po sali.
Po tym, jak posadziłam brata na jednej z tapicerowanych ławek i podałam mu talerz drobnych przekąsek, ruszam na obchód.
Gdzie wy się, do cholery, schowaliście, Joaquim i Plutão? No gdzie?
W ogrodzie czeka mnie kolejna orgia – tym razem w parującym jacuzzi. Zewnętrzny taras jest niewiarygodnie rozległy i przechodzi w duży prostokątny basen otoczony palmami. Niektórzy goście wskakują do podświetlonej wody – ubrani albo nadzy. Także tutaj rozdawane są tabletki, kokaina oraz mocne alkohole, by można się kompletnie odurzyć. Ja niczego nie dotykam. Nawet kieliszka szampana. Ale i tu lordów nie widać. Więc gdzie są?
A jeśli w ogóle ich tu nie ma? Jeśli ta impreza odbywa się bez nich?
Robię w tył zwrot na tarasie, gdzie elektroniczne bity dudnią tak głośno, że terakotowe płytki drżą pod moimi wysokimi obcasami, i wpadam na twardą klatkę piersiową.
Powoli unoszę wzrok. Ten ktoś może się cieszyć, że nie trzymałam w dłoni drinka. Inaczej zostałby nim ochrzczony.
– Czego szukasz?
To Neptuno. Patrzy na mnie z napiętymi ścięgnami szyi jak wilk na jagnię.
Natychmiast cofam się o pół kroku.
– Nie twoja sprawa.
Nie potrafię udawać miłej wobec takich typów. Chcę tylko doprowadzić interes do końca, a potem odpłynąć z bratem z tej wyspy. Koniec.
Na jego ustach pojawia się cyniczny uśmieszek.
– Uważaj na to, co mówisz, jeśli nie chcesz, żebym nauczył cię manier.
Zabawne. Nie budzi we mnie strachu. Z politowaniem reaguję na marną próbę zastraszenia, omijam go i ruszam w stronę sali. Najlepiej będzie poszukać dalej, na pierwszym piętrze.
Nagle ktoś szarpie mną do tyłu. Czyjaś dłoń brutalnie zaciska się na moim kucyku. Zaskoczona odwracam głowę i… wpadam prosto na Neptuno.
– Wpadłaś mi w oko. Znajdźmy spokojne miejsce, żeby się lepiej poznać.
Niespodziewanie chwyta mnie za prawą pierś i odciąga moją głowę tak bardzo do tyłu, że muszę patrzeć na niego z uniesioną brodą.
– Łapy precz, zanim połamię ci te ozdobione pierścieniami palce jeden po drugim – warczę, nieskrępowanie sięgając po slang rodem z nocnego klubu.
Cholera. Zamiast się odsunąć, wykrzywia usta w niepokojącym grymasie. Inni faceci po takim ostrzeżeniu nie mieliby odwagi mnie dotknąć. Szkoda tylko, że nie jestem w klubie ze striptizem – tam już dawno zostałby wyrzucony przez ochroniarzy. Tutaj traktuje się go jak gościa.
– Naprawdę zabawne – mruczy tuż przy mojej skroni i przygryza mi małżowinę ucha. – Odkąd zobaczyłem cię bez maski, rozważam, jak cię przelecę.
Moje oczy niebezpiecznie się zwężają.
– Jestem tu ze swoim chłopakiem – cedzę przez zaciśnięte zęby.
– I co z tego?
– On nie toleruje skoków w bok z nadętymi dupkami.
Przez chwilę się na mnie gapi. Jego diabelski uśmiech gaśnie. Coś go irytuje – i nie jest to moja odpowiedź.
– No to się przekonajmy. Chodź ze mną.
Niespodziewanie puszcza kucyk, ale zanim zdążę się wyrwać, zaciska dłoń na moim lewym nadgarstku.
– Nie – odpowiadam z oporem.
Mijający nas mężczyzna o srebrnoszarych włosach kiwa mu głową.
– Nowa zdobycz, mój lordzie?
Mój… Mój kto?
– W rzeczy samej. Uparta. Taka jak lubię, Diego.
Żelaznym uściskiem przyciąga mnie do siebie i prowadzi przez salę. Napinam wszystkie mięśnie, próbując się wyrwać, ale na próżno.
– Odgrywa swoją rolę doskonale – zauważa Diego z wąskim uśmiechem.
– Też tak sądzę. To czyni sprawę bardziej interesującą.
O co im chodzi? Ja niczego nie odgrywam. Chcę tylko świętego spokoju. Ale jeśli Neptuno jest jednym z lordów… to może zaprowadzić mnie do Joaquima i Plutão.
Powinnam przestać się szarpać, inaczej zostanę wyrzucona.
– Nagle taka uległa? – zauważa Neptuno z błyskiem w jadowicie zielonych oczach, gdy opuszczamy hol.
Kieruje mnie ku lewym schodom.
– Nie sprawia mi przyjemności, gdy inni goście się gapią.
W reakcji na odpowiedź wybucha tubalnym śmiechem. Po chwili jednak dodaje:
– Pokażę ci, co mi sprawia przyjemność.
Jego słowa wywołują u mnie ból w żołądku. Wchodzę obok niego po kamiennych stopniach pokrytych czarnym dywanem. Nadal trzyma moje przedramię – tak mocno, że każdy z trzech pierścieni wbija mi się w skórę. Oglądam je dokładniej.
Są to złote pierścienie wysadzane różnymi kamieniami. Jeden z czarnym opalem, przeciętym złotą runą. Dwa pozostałe wyglądają na prostsze, ale równie masywne.
Na półpiętrze zostaję puszczona i popchnięta w stronę środkowego korytarza.
– Leć.
– Dokąd mnie prowadzisz? – syczę.
– Mówiłem. Tam, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał i nie usłyszy twoich krzyków.
Momentalnie zastygam w miejscu. Nie ma mowy, żebym się z nim przespała – nawet jeśli jest pieprzonym lordem zalewającym Portugalię narkotykami i bronią.
Silne uderzenie między łopatki sprawia, że zataczam się do przodu i wpadam do szerokiego, dziwnie oświetlonego korytarza. Po obu stronach ciągną się drewniane drzwi. Lampy w podłodze wydobywają z mroku średniowieczne sklepienie, a mi po plecach przebiega lodowaty dreszcz.
– Zawrócę – decyduję.
Ta sprawa zaszła za daleko. Ten człowiek jest w stanie zmierzać do celu po trupach. Jeśli zostanę z nim sama, zmiażdży mnie jak muchę, przywiąże do pala i zacznie rzucać nożami, z rozkoszą sącząc przy tym drinka. Albo zrobi inne straszne rzeczy. Tacy ludzie jak on nie mają sumienia. Nie znają litości. I nigdy nie okazują skruchy.
– Nie zawrócisz, ptaszyno – mruczy do ucha, po czym zanurza nos w moich włosach i głęboko wciąga powietrze.
Zbyt późno zauważam, że przyciska mi coś chłodnego do szyi. Ostrze?
– Idź grzecznie dalej. Do drzwi na końcu korytarza.
Lodowaty dreszcz spływa po kręgosłupie. Jeszcze nigdy nie miałam noża tak blisko szyi. Ruszam powoli, obawiając się skaleczenia.
W myślach rozważam różne strategie ucieczki. Z jednej strony chcę stąd zniknąć – natychmiast! – i opuścić tę wyspę grozy. Z drugiej muszę zostać, bo inaczej nigdy się nie dowiem, gdzie są Joaquim i Plutão.
Ten Neptuno pewnie się tylko bawi. Nic mi nie zrobi… prawda? A może jednak mnie skrzywdzi?
Gdy tylko docieramy do drzwi, ostrze znika. Każdy krok nieznajomego sprawia, że czuję nacisk jego męskości na moje ciało, pulsujący i nieodparty. Chwyta mnie za kark – mocno, zaborczo – a moje tętno przyspiesza do granic możliwości. Mężczyzna dłonią sięga klamki, drzwi powoli stają otworem, odsłaniając ciemne, czerwono-złote światło, które tańczy na ścianach.
W pobliżu widzę półnagą kobietę w czarnej sukni zsuniętej do bioder, klęczącą między nogami mężczyzny. Jej ciało jest oświetlone czerwonym blaskiem, podobnie jak twarz faceta, który odchyla głowę do tyłu. Jedną ręką opiera się o podłokietnik tronu, koszulę ma częściowo rozpiętą, drugą dłonią prowadzi głowę kobiety. Także tutaj słyszę odurzające dźwięki – muzykę głośniejszą niż jęki ulatujące z jej ust.
Neptuno wpycha mnie do tej osobliwej sali.
– Szybciej, rusz się – wybrzmiewa ochrypły męski głos tego kogoś, kto siedzi na ciemnym kamiennym tronie.
Po obu jego stronach stoją po dwie zamaskowane osoby, obserwujące wszystko. Gdy nas dostrzegają, zwracają ku nam twarze. Jednocześnie czarnowłosy mężczyzna na tronie gardłowo warczy – to nie jest rozkoszne westchnienie, tak typowe dla oralnych przyjemności.
Idę powoli po czerwonym dywanie w stronę podium, na którym stoi tron, i czuję na sobie spojrzenie tego lorda. Szczytując, patrzy na mnie spod przymkniętych powiek.
– Wyliż go do czysta, a potem się wynoś.
Blondynka robi dokładnie to, co jej kazano, po czym zostaje odepchnięta nogą na bok jak uciążliwy odpad. Mężczyzna zapina spodnie, dzięki czemu nie muszę patrzeć na jego penisa. Gdy kobieta podnosi się chwiejnie na swoich niebotycznie wysokich szpilkach i stojąc do nas plecami, podciąga ramiączka sukienki, Neptuno popycha mnie dalej do przodu.
– Ruszaj – syczy mi do ucha.
Cholera. Wygląda na to, że siedzę w jaskini lwów. Jaskini sześciu lwów.
– Kogo tu przywlokłeś, Neptuno?
– Nie znam jej imienia. I wcale mnie to nie interesuje. Zanim ją przelecę, chciałem cię tylko poinformować, że jest szpiegiem.
– Co… – sapię przerażona i próbuję się do niego odwrócić. Twardy uścisk na karku skutecznie to uniemożliwia. – Nie, nie jestem żadnym szpiegiem.
– Zamknij się! – warczy facet stojący tuż obok tronu. – A ty wypierdalaj!
Ostatnie słowa kieruje do dwudziestokilkuletniej kobiety, która obserwuje całą scenę i nagle tajemniczo się uśmiecha. Przed chwilą została zmuszona do brutalnego oralnego seksu, a teraz potrafi tak po prostu rozdawać uśmiechy? Co z nią nie tak?
– Skąd wiesz, że to szpieg? – pyta lord siedzący na tronie, po czym wstaje.
Czarna koszula wciąż jest rozpięta, dzięki czemu mogę dostrzec mocno zarysowane pasma mięśni i gładką skórę. Prostuje sylwetkę w pełnej okazałości i unosi podbródek w sposób godny króla. Czerwone światło lamp odbija się w jego kruczoczarnych, gęstych włosach, zaczesanych z przedziałkiem.
– Nie miała maski, kiedy ze swoim towarzyszem kręciła się po holu wejściowym, a potem nie pozwoliła mi na dotyk. Nie zna zasad. A więc nie jest zaproszonym gościem, tylko zakradła się na przyjęcie.
I wtedy wszystko do mnie dociera. Kiedy wcześniej kilkukrotnie dawałam Neptuno jasno do zrozumienia, żeby zabierał łapy, nie był urażony – był podejrzliwy.
Zostałam zdemaskowana. I to kompletnie. Tyle że ja nie jestem żadnym cholernym szpiegiem.
– Interesujące – mówi ciemnowłosy mężczyzna, po czym zbliża się do nas.
Pozostali mężczyźni stoją w gotowości do ataku, lecz on unosi dłoń i daje znak, by nic nie robili.
Dzieli nas już tylko kilka metrów. Serce wali mi jak oszalałe i gorączkowo zastanawiam się nad tym, jak wybrnąć z tej sytuacji. Kłamstwo nie ma sensu. Facet stał wcześniej przy balustradzie i widział, że nie miałam maski. Uwierzyliby jemu, nie mnie.
W takim razie zostaje mi tylko jedna możliwość. Cholernie niebezpieczna.
Spokojnym krokiem, mierząc spojrzeniem drapieżnika, podchodzi coraz bliżej. Gdy uścisk Neptuno na ułamek sekundy się rozluźnia, wbijam mu prawy łokieć w brzuch. Zgodnie z oczekiwaniami ten jęczy z bólu i puszcza mój kark. Błyskawicznie sięgam do rozcięcia sukienki, po omacku namierzam udo i z prowizorycznej kabury wyciągam małą broń, by sekundę później wymierzyć ją w twarz lorda. Powoli chwytam za spust.
– Jeszcze krok, a cię zabiję.
– Ty parszywa dziwko, nie odważysz się… – warczy Neptuno, ściskający swój brzuch.
Lord przystaje. Nie wygląda ani na przestraszonego, ani tym bardziej na zaniepokojonego o własne życie. Wręcz przeciwnie – emanuje niewzruszoną arogancją.
– Odważna. Chcesz mnie zastrzelić na oczach aż pięciu przyjaciół.
Dwóch innych mężczyzn ubranych w ciemne garnitury natychmiast kieruje lufy pistoletów w moją stronę.
– Czego tu szukasz? – pyta.
Wprawdzie miało to wyglądać inaczej, ale hej – w ten sposób oszczędzam sobie obmacywania przez tych typów, żeby osiągnąć cel.
– Jestem tu po to, by spłacić długi brata. A potem chcę, abyście przestali wysyłać zbirów, którzy go biją. Sprawa załatwiona.
Trwa to ułamek sekundy, ale przez twarz mężczyzny przemyka coś na kształt zdziwienia. Z powodu czerwonego światła nie potrafię rozpoznać koloru jego oczu, widzę jedynie, jak je mruży i po chwili wybucha głośnym śmiechem, wciąż skryty za maską.
Nikt inny się nie śmieje. Słyszę tylko syknięcie Neptuno:
– Wiedziałem. Mój instynkt nigdy nie zawodzi. Co z nią robimy?!
– Pomóż mi, dziwko. Mam wielu klientów. Jak nazywa się brat, za którego chcesz umrzeć?
– Nie umrę. To ty umrzesz, jeśli nie potraktujesz mnie poważnie, dupku! – odpowiadam jadowicie.
Zmarszczki rozbawienia przy jego ustach znikają. Przez chwilę odnoszę wrażenie, że dostrzegam dołeczek, który sprawia, że nieskazitelne, mroczne oblicze boga ciemności traci swoją wyniosłą powagę i zyskuje zaskakująco ludzki wyraz. Ale to tylko moment.
– Jak on się nazywa?! – pyta z samozadowoleniem. – Podaj imię.
– Cássio Barros.
Nie spuszczam go z oczu, tak samo jak jego ludzi, by uniknąć ewentualnego ataku. Tyle że Neptuno wyszedł z mojego pola widzenia. Jeden ruch, a pociągnę za spust – powinien o tym wiedzieć. Wtedy lord przede mną będzie mógł w piekle dawać kutasa do obciągania samemu diabłu.
– Czy to nazwisko coś komuś mówi? – rzuca do zebranych, spoglądając na ludzi za sobą.
Kilku kręci głowami. Wtedy jednak występuje ktoś z ciemnymi włosami związanymi z tyłu.
– Mnie to nazwisko coś mówi, Joaquim.
Joa… Stoję twarzą w twarz z lordem lordów?
– No i? – ponagla.
– Pożyczył sto tysięcy euro i miał oddać sto czterdzieści. Po czterech miesiącach przestał spłacać.
– Zgadza się, a wy go pobiliście. Przynoszę pozostałe siedemdziesiąt tysięcy euro. Są w torbie…
Łup! Niespodziewanie dostaję potężny policzek od Joaquima, czego kompletnie się nie spodziewałam.
– Nie zabieraj głosu, kiedy ci na to nie pozwolono, jasne?! – poucza mnie jak małe dziecko. – Co dalej, Plutão?
Ostry ból eksploduje w moim policzku, a w ustach czuję metaliczny smak krwi. Cholera, ma naprawdę mocny cios. Łzy napływają mi do oczu, ale szybko odpędzam je mrugnięciem, podczas gdy Plutão kontynuuje i opowiada mu o moim bracie. Wściekle wpatruję się w podłogę, by nikt nie dostrzegł łez.
– W takim razie nie jest nam winien tylko siedemdziesiąt tysięcy euro, ale także dwadzieścia tysięcy odsetek. Jeśli masz przy sobie dziewięćdziesiąt kafli, sprawa zamknięta, mała kurwo – wyjaśnia Joaquim, gdy znów się do mnie zwraca.
Moja prawa dłoń z pistoletem zaczyna drżeć. Po prostu strzel! Niestety wtedy zostanę zaatakowana przez pięciu mężczyzn. Zginę szybciej, niż zdążę krzyknąć.
– Nie zapłacę lichwiarskich odsetek. Dostaniecie kwotę, którą pożyczył.
Joaquim marszczy brwi, krzyżuje ramiona i przygląda mi się uważnie jak osobliwemu motylowi uwięzionemu pod szklaną kopułą.
– Jesteś po prostu głupia czy bezczelna? – pyta.
– Ja…
Plutão, stojący za swoim bratem, kręci głową, dając mi znak, żebym się zamknęła.
– Gdzie jest torba z pieniędzmi? – pyta Joaquim zniecierpliwionym tonem.
Zgadza się na układ? Jego wzrok wędruje po mnie obojętnie z góry na dół.
– Na dole, przy moim bracie. Pilnuje jej. Przyniosę ją.
– Ty ją przyniesiesz, Neptuno.
Przewracam oczami, choć policzek nadal pulsuje bólem. Gdy po usłyszeniu kliknięcia zamka odwracam głowę przez ramię, moja ręka zostaje wykręcona dwoma szybkimi ruchami i brutalnie zgięta do tyłu. Krzyczę z bólu, a pistolet z brzękiem wypada mi z dłoni. Nie!
– Jeśli kłamałaś i nie masz przy sobie pieniędzy, poćwiartuję twoje ładne ciało na sto kawałków i rozrzucę je po klifach – syczy Joaquim, a całe ramię drży w jego uścisku, bo wciąż nie puszcza wykręconej ręki.
– Ja… nie… kłamię, ty draniu.
Pochyla twarz niebezpiecznie blisko mojej.
– Masz zadziwiająco niewyparzoną gębę jak na kogoś, komu w każdej chwili mógłbym złamać nadgarstek, tak że nie użyłabyś już tej dłoni nawet do podtarcia tyłka.
Parszywa świnia!
Odpłacam mu się dumnym, wściekłym spojrzeniem. Chwilę później drzwi za nami stają otworem.
– Tam! Ruszaj! – Szorstki głos Neptuno wstrzykuje w powietrze kolejną dawkę napięcia.
Kątem oka widzę brata zmuszanego do niepewnego, chwiejnego marszu przed nim.
– Maddi?
– Jestem tu – odpowiadam. – Wszystko w porządku, choć chyba nigdy w życiu nie byłam w bardziej beznadziejnej sytuacji.
– Wcale nie jest tu tak ciemno – zauważa Neptuno.
Joaquim natomiast przygląda się mojemu bratu uważnie, po czym leniwie rozciąga wargi w uśmiechu.
– To bardzo interesujące. Domyślam się, że on zwyczajnie nic nie widzi. – Jego spojrzenie, skażone mrokiem, przenosi się na mnie. – W takim razie nie zobaczy, jak ściągnę z ciebie resztę długu.
Jak… Co on ma na myśli?
– Tu jest torba – mówi Neptuno, rzucając ją pod nogi innemu ciemno ubranemu mężczyźnie z krótkimi włosami. – Przelicz pieniądze, Saturno.
Wszyscy mają imiona nawiązujące do nazw planet. Dziwne. Większość to zwykłe portugalskie imiona, ale nigdy nie spotkałam naraz tylu mężczyzn noszących imiona bogów.
Saturno kuca, rozpina zamek torby i wyciąga moją mokrą odzież. Joaquim, wciąż boleśnie wykręcający mi rękę, patrzy na niego.
– Co to za gówno?
– Mokre ubrania. Ale tu… – unosi trzy pliki banknotów – jest kasa.
Po tym, jak podświetla kilka banknotów latarką telefonu, liczy banderole.
Zaraz wszystko się skończy.
– Nie kłamała. Siedemdziesiąt tysięcy euro.
– Zostaje kwestia odsetek – mówi Joaquim, a następnie spogląda na zegarek na lewym nadgarstku. – Goście już się rozchodzą. Zabierzcie chłopaka na statek.
Pstryka w stronę Saturno, po czym wskazuje na Neptuno. Natychmiast zaczynam się wyrywać.
– Jesteśmy kwita!
– Nie jesteśmy. Nie pożyczam pieniędzy bez odsetek jak jakiś dobroczyńca. Musisz być naprawdę głupia, skoro tu przyszłaś, groziłaś mi bronią i myślałaś, że pozwolę wam odejść. Chociaż twój brat może już sobie iść. Ślepy idiota, który wysyła siostrę do załatwienia swoich spraw, jest dla mnie bezużyteczny. Ty natomiast zostaniesz.
Nagle jego niski głos brzmi niebezpiecznie uwodzicielsko, niemal czule, gdy mężczyzna patrzy mi głęboko w oczy, jakby chciał zajrzeć do mojej duszy.
– Uprzejmie odmawiam, ty dupku!
Z impetem unoszę kolano i wbijam je między jego nogi.
Wydaje z siebie groźne stęknięcie i puszcza moją rękę. Szybko schylam się po pistolet, lecz zanim zdążę go chwycić, ktoś rzuca się na mnie i wciska mi twarz w czerwony dywan. Kolejna dłoń przygniata nadgarstek do podłogi, przez co uniemożliwia podniesienie broni.
– Maddi! – woła za mną Cássio. – Nie martw się! Wyciągnę cię stąd!
– Zejdź ze mnie! – syczę, wijąc się pod Joaquimem, siedzącym mi na plecach.
Czubek skórzanego buta wytrąca pistolet z mojej dłoni.
– Zabierz ją, Urano!
Zdesperowana macam opuszkami w poszukiwaniu broni, która sunie już po podłodze w stronę jednego z mężczyzn.
Nagle ciężar znika, a ja zostaję przewrócona na plecy. Nad sobą widzę Joaquima, który chwyta mnie za gardło i zaciska palce.
– Teraz posłuchaj uważnie, co mam do powiedzenia, Maddi. Tak ci na imię, prawda?
– Madison – odpowiadam słabo, z krzywym uśmiechem, co wyraźnie go dezorientuje.
Nie jest przyzwyczajony do tego, że ktoś się do niego uśmiecha albo stawia opór w odpowiedzi na jego groźby. Na próżno szuka strachu w moich oczach, nieważne, jak blisko pochyla swoją twarz.
Nie boję się ciebie.
Nozdrza drażni mi odurzający zapach bursztynu i drzewa cedrowego.
– Więc, Madison, zostajesz tu i spłacasz długi, do ostatniego centa – rzuca szorstkim, rozkazującym tonem. Nagle wolną ręką rozrywa dekolt mojej sukienki. – Och, a co my tu mamy. Twoje cycki naprawdę mogą się podobać.
– Pierdol się! – charczę, gdy wyciąga dłoń, żeby pomacać piersi. – Łapy precz! Nie kręcą mnie tępe gaduły z małym fiutem.
Zebrani wokół nas wybuchają śmiechem. Joaquim unosi wzrok, puszcza moje piersi i w jednej chwili wyciąga spod nogawki nóż, który z rozmachem ciska w jednego z rechoczących mężczyzn. Ostrze trafia idealnie, przebija mu gardło. Wstrzymuję oddech.
To… To nie było naprawdę, co nie?
– Nikt się nie śmieje! – ryczy Joaquim. – Nikt, jasne?!
Mężczyzna o ciemnobrązowych falowanych włosach zatacza się, charcząc i desperacko ściskając za szyję. Krew leci między jego palcami. Nikt mu nie pomaga. Wszyscy tylko patrzą, jak umiera. Śmiech dawno ucichł.
– A teraz ty posłuchaj. – Joaquim spogląda na mnie błyszczącymi, żądnymi krwi oczami. – Myślę, że będziemy się świetnie bawić, choć ja zapewne o wiele lepiej niż ty. Potrwa to do momentu, aż uznam, że dług został spłacony. Ciekawy jestem, czy potem nadal pozostaniesz taka pyskata… czy skończysz raczej zamknięta w psychiatryku.
Te słowa budzą we mnie prawdziwy strach. Tym razem nie mam na podorędziu żadnej ciętej riposty. Nie po tym, co właśnie zobaczyłam. Nawet nie mrugnął, gdy zabijał jednego ze swoich ludzi.
To potwór. Potwór, którego nigdy nie powinnam była spotkać.
