Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Anka wraca do rodzinnej Łodzi po kilkuletnim pobycie w Warszawie. Razem z Gosią, najbliższą kuzynką, zajmuje dość zapuszczone mieszkanie po niedawno zmarłym dziadku. Dziewczyny robią remont i aby trochę się odkuć, postanawiają wynająć pokój; najlepiej jakiejś spokojnej kobiecie. W efekcie wprowadza się do nich niejaki Jakub, który przypomina im bohatera serialu Californication, Hanka Moody’ego. Hank wydaje się idealnym współlokatorem, dopóki Anka i Gosia nie znajdują u niego garoty i książki o seryjnych mordercach.
Ale od czego mają odważnych obrońców – sąsiadów Pawła i Lidkę, poetę Stanisława i bufonowatego redaktora naczelnego Marcina?
W tle pojawiają się narcystyczne matki, toksyczne relacje rodzinne oraz nagle odnaleziony ojciec, z którym Ankę łączy coś więcej niż tylko pakiet genów, co odkrywa ze zdziwieniem.
Choć książka traktuje o sprawach poważnych, podana jest w lekki i humorystyczny sposób.
A czym są tytułowe ćmy? To wszyscy, którzy lecą do ognia nawet za cenę spalenia sobie skrzydeł.
Na szczęście zdarza się, że jest to ogień, który nie parzy, tylko przyjemnie grzeje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 356
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Magdalena CzmochowskaCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Aneta Krajewska
Projekt okładki: Magdalena Czmochowska
Zdjęcie na okładce: Canva AI
Ilustracja wewnątrz okładki: Canva AI
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8464-002-9
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
1. Ciasny pokój, czyli ucieczka od Satanisty
Pomyślałam, że życie jest piękne, kiedy człowiek otwiera ciągle łaknące snu powieki i widzi dookoła białe ściany. Białe! Gołębie spacerowały po parapecie, gruchały i stukały o blachę tymi swoimi pazurkami, ale w stanie uniesienia, w jakim się aktualnie znajdowałam, wcale mi to nie przeszkadzało.
Majowy poranny wiaterek szturchał zasłonką z bistoru, szurał nią po pamiętającym chyba czasy Gierka parapecie z lastryko, wnosił do pokoju odór psich gówien, ruszonych po koszeniu trawy. Prawdziwy aromat szczęścia.
A pomyśleć, że jeszcze dziesięć dni temu rozglądałam się za pilnikiem do zębów, żebym mogła przegryźć sobie żyły dwoma precyzyjnymi kłapnięciami!
*
Ostatni kwartał, równo od pierwszego lutego począwszy, wynajmowałam pokój u Satanisty. Satanista, rzecz jasna, nie czcił Szatana ani jego pomiotów, ale miał na imię Stanisław i poważne zaburzenia.
– Cierpię na permanentną emocjonalną pustkę – uprzedził, zanim się wprowadziłam.
Każde słowo poprzedzał płaczliwym westchnieniem, a jego zaczerwienione oczy były wiecznie zaszklone.
– Spoko, Stanisław, bo tak się składa, że ja cierpię na pustkę mieszkaniową – powiedziałam zgodnie z prawdą.
Dobiliśmy targu i zainstalowałam się w czarnej jak grób sypialni Stanisława, podczas gdy on przebywał głównie w dużym pokoju pełnym wściekle różowych ozdób. Mrok i burdel.
– Nie mogę tam mieszkać – westchnął. – Terapeuta mi zabronił. Mam się nie dołować, cieszyć życiem, chodzić na spacery, nasycać oczy kolorami i przestać martwić. A różowy leczy psychikę. No to siedzę i gapię się na różowe wazony. Matka kupiła mi różowe gerbery, sztuczne. Powiedziała, że wpadły jej w oko, kiedy była ostatnio na cmentarzu. Cmentarz. Chciałbym się tam znaleźć, żeby nie czuć tej pustki.
– Jak możesz czuć coś, czego nie ma? – spytałam.
– Jest – potwierdził, a na dowód tego powiódł dłonią w powietrzu, co miało oznaczać, żebym rozejrzała się wokół.
No to rozejrzałam. Różowy kocyk w kucyki, różowa poduszka z napisem „Be happy”. Różowe wazony zapchane do granic możliwości różowymi gerberami, sztucznymi. I niechlujnie, szybko pomalowana ściana, też na różowo. Oraz sam Stanisław w różowym T-shircie i białych spodniach wyglądający jak wokalista disco polo.
– Stanisław, ale to nie pustka, to raczej jak wnętrze wielkiej macicy – zauważyłam.
– No. Bezpieczne łono. Terapeuta powiedział, że najlepiej by było, gdybym poczuł się beztrosko jak szczęśliwy płód w wodach płodowych. Ale jak płód może być szczęśliwy ze świadomością, w jakim świecie przyszło mu żyć?
– No w jakim? Normalnym. – Wzruszyłam ramionami.
– Nic nie rozumiesz. Ja cierpię. Mam depresję. Myśli samobójcze – obruszył się Stanisław.
– Mhm, emocjonalny Mordor – powiedziałam. – A powód tego jaki, hę?
– Nie chcę o tym rozmawiać – westchnął Stanisław.
Uszanowałam jego wolę i poszłam rozpakować moją jedyną walizkę. Rozwiesiłam ubrania w czarnej szafie i zagapiłam się na sentencję Napoleona zamkniętą w czarnej ramce „Śmierć jest snem bez słów”.
– O kuźwa – powiedziałam cicho sama do siebie. – Zdaje się, że jestem w prawdziwej czarnej dupie.
*
Po rozwodzie z Fabianem pojechałam do Warszawy, bo wydawnictwo, z którym współpracowałam, pisząc krótkie felietony i od czasu do czasu robiąc ilustracje do artykułów, zaproponowało mi stałą współpracę. Poza tym musiałam zmienić otoczenie, licząc na to, że odpowiedni dystans, również ten liczony w kilometrach, pomoże mi o Fabianie zapomnieć. No i jakby musiałam coś zrobić ze sobą, bo pieprzony Fabian wyrzucił mnie z mieszkania, które zajmowaliśmy podczas trwającego osiem miesięcy małżeństwa.
Rzecz jasna mieszkanie należało do niego, ale niech nikt nie myśli, że zapracował na nie ciężką pracą własnych rąk, trudem i znojem. Nie, nie, moi państwo; otrzymał je w prezencie od tatusia, prominentnego łódzkiego notariusza o świńskich oczkach i lepkich łapkach. Tatuś notariusz kazał mi podpisać intercyzę gwarantującą nienaruszalność majątku jego ukochanego jedynaka. Zawarliśmy także taką jakby małżeńską umowę, która zobowiązywała mnie do zajścia w ciążę w ciągu pierwszych sześciu miesięcy, od dnia ślubu licząc.
Było mi to na rękę, bo pewnie kwestię dziecka odkładałabym na wielkie nigdy, a ja naprawdę chciałam mieć córeczkę z Fabianem. Niestety po wypowiedzeniu magicznego „tak” wszystko zaczęło się sypać. Bzykaliśmy się jak króliki, i to było fajne, ale cholernie niefajne były gadki o dziecku, szkołach rodzenia, wyborze kliniki i funduszach, które już należało odkładać na jego edukację.
Tak oto wyszłam za mąż za maszynkę do pieprzenia. A pieprzenie, jak wiadomo, jest akceptowalne tylko do pewnego momentu. Ja czułam presję i tykanie biologicznego zegara, Fabian frustrację, a tatuńcio notariusz gniew.
W siódmym miesiącu naszego małżeństwa Fabian przedstawił mi wyglądającą na upośledzoną niejaką Karolinę.
Miała lekkiego zeza i bardzo błyszczące usta, według mnie wiecznie obślinione. Jej biust rozpychał koronkową bluzeczkę, wyglądał, jakby chciał wyrwać się na wolność i ulecieć w przestworza.
– Anka, obydwoje z tatą doszliśmy do wniosku, że jesteś bezpłodna, więc nie będziesz w stanie zrealizować umowy małżeńskiej. Rozstańmy się w zgodzie, Anka, bez żalu. Karolina jest w drugim miesiącu ciąży, zaskoczyła za pierwszym pchnięciem. Szkoda trochę, że z tobą jest tak bardzo nie halo, ale sama rozumiesz, ja i tatuś liczyliśmy na potomka. A Karolina mi go da. Więc wiesz, Anka, spakuj się do końca tygodnia, już złożyłem pozew. Tylko powtórz w sądzie moją wersję, że małżeństwo zostało nieskonsumowane. Tata poradził, żebym napisał, że jesteś lesbijką, i to dlatego, ale znasz mnie, nie umiem robić świństw.
– Fabian, a dlaczego nie weźmiesz ślubu z tatusiem? Żylibyście w idealnej symbiozie – prychnęłam. Ranna sarna atakowała lwa.
Rzecz jasna po tym stwierdzeniu Fabian dał mi dwadzieścia cztery godziny na zabranie z mieszkania swoich ubrań, kosmetyków, laptopa i innych dupereli.
Z oszczędnościami pozwalającymi na przeżycie kilku miesięcy wylądowałam w Warszawie. Zamieszkałam w, jak zwykle, wynajmowanym pokoju w towarzystwie roztrzepanej graficzki, która miała słowotok i wkurzała mnie niemożebnie. Chodziłam do pracy, rysowałam, pisałam felietony, brałam wszelkie możliwe zlecenia i uciekałam od współlokatorki, a to do kina, a to do restauracji sushi, a to na samotne spacery po Starówce. Dwa lata żyłam na wysokich obrotach, aż poczułam takie wypalenie, że poczułam się jak zwęglone na czarno prosię nadziane na ruszt.
– Marcin, ja już nie mogę – powiedziałam któregoś dnia do redaktora naczelnego. – Mam dość tej gonitwy, mieszkania w Warszawie, tej wariatki, z którą wynajmuję pokój. Nawet mam wrażenie, że ostatnio moje teksty są totalnie do dupy. Chcę do domu, do Łodzi.
– Zwalniasz się? – Brwi redaktora się podniosły.
– Nie. Chcę pracować zdalnie, jak kiedyś. Czas zakończyć moją wielką ucieczkę.
– Tja… – Podrapał się po brodzie. – Tja, choroba korporacyjna. Większość wymięka prędzej czy później, to zajęcie dla rekinów. Dobra, Anka, wracaj na tą swoją prowincję. Ale tekst ma być u mnie na biurku do końca tygodnia. Powodzenia.
*
W taki oto sposób, dwa dni po sylwestrze, zapukałam do drzwi mieszkania mojej matki nimfomanki. Przywitała mnie serdecznie jak na jej możliwości, albowiem wciąż zajęta szukaniem kolejnej ofiary z penisem między nogami, nigdy nie miała czasu na emanowanie matczyną miłością.
– Cześć. Mogę trochę zostać u ciebie? – spytałam, kiedy już przytuliła mnie nieporadnie.
– Och, Aniu, no nie wiem. Nie jestem sama – zachichotała.
Oczywiście, że nie była sama, bo która kobieta po pięćdziesiątce i przy zdrowych zmysłach, paradowałaby po mieszkaniu we frywolnym szlafroczku i pantoflach na obcasie zdobionych pomponikiem?
Nigdy nie mogłam jej ogarnąć. Zmieniała facetów jak rękawiczki.
Aż zaczęłam się zastanawiać, czy jej pochwa od ciągłego bzykania nie zrobiła się wielka jak rękaw mojej kurtki przeciwdeszczowej.
– Kochanie miłość. Miłość jest motorem mojego życia. A ja jestem ciągle głodna, nienasycona w swoim pragnieniu kochania. Opowiadałam ci o moim ostatnim facecie? Prawdziwy ogier. I kupował mi belgijskie czekoladki, ale niestety miał żonę. Drań.
Taka była filozofia mojej matki – pieprzyć aż do zakochania. Albo pieprzyć o miłości.
To w sumie wychodziło na jedno.
Spędziłam u niej trzy tygodnie. Spałam na sofie w dużym pokoju i każdej nocy wsłuchiwałam się w dzikie krzyki i jęki dochodzące z jej sypialni. Rzucałam nawet w ścianę poduszkami, o taka byłam zbuntowana. Jurny kochanek mojej matki wychodził nad ranem do pracy w hurtowni szybko psujących się artykułów z Chin, a matka utrzymująca się z renty i robótek ręcznych – nawet nie chciałam wiedzieć, na czym owe robótki polegają – tupiąc tymi swoimi cholernymi klapeczkami z pomponikiem, wchodziła do mnie do pokoju, bo musiała mieć słuchacza, który przeżywałby razem z nią wspomnienia o upojnej nocy.
Nie mogłam pracować w takich warunkach. Matka zaabsorbowana sobą, rozkminiająca, który lubrykant jest najdelikatniejszy, i szukająca w sklepach internetowych fikuśniej bielizny, była ponad moje siły.
Wśród ogłoszeń o mieszkaniach do wynajęcia znalazłam takie:
Pokój, tanio, byle komu.
I tak oto znalazłam się u Satanisty.
*
Stanisław szybko pękł. Albo inaczej. Oprócz skłonności depresyjnych, wśród pogłębiających się spadków nastroju, odkryłam jego masochistyczną chęć do wyflaczania się z traumatycznych przeżyć. Udawał niedostępnego przez jakieś dwa dni, aż odwiedził mnie w swojej, niegdysiejszej, czarnej sypialni i wzdychając żałobnie, powiedział:
– Moja dusza jest czarna jak te różowe gerbery, sztuczne.
– Ale o co chodzi, Stanisław? – spytałam, próbując ułożyć zdanie do felietonu.
– Ja cierpię.
– Przez kobietę? – strzeliłam w ciemno.
Okazało się, że sypialnię przemalował na czarno po tym, jak narzeczona zostawiła go dla biznesmena w maybachu.
Stanisław jako romantyczny poeta, w chwilach zetknięcia z prozą życia parający się sprzedażą bielizny w sklepie prowadzonym przez rodziców, postanowił popełnić samobójstwo przy pomocy żarówki.
Otóż chciał ją pokruszyć i połknąć szkło z nadzieją, że pokaleczy narządy, dostanie krwotoku i połączy się w zaświatach ze swoją idolką, Haliną Poświatowską. Na szczęście w ostatniej chwili stchórzył i po prostu zamówił pizzę z podwójnym serem.
Chciałam go pocieszyć, więc opowiedziałam mu o Fabianie.
– Widzę, że podzielasz mój ból – westchnął. – Ludzie dzisiaj nie potrafią kochać.
– Potrafią – odpowiedziałam.
– To dlaczego jesteś sama?
Dobre pytanie. Bo ludzie nie potrafią dzisiaj kochać?
*
Pod koniec lutego przesiąkłam mrokiem. Czarny pokój miał na mnie tak zgubny wpływ, że ufarbowałam włosy na czarno i rozsmakowałam się w turpistycznych makijażach. Czułam się tak, jakbym mieszkała w brzuchu pajęczycy, która zjadła mnie, bo nie spełniłam własnych wyśrubowanych oczekiwań. Byłam bezdzietną rozwódką z trzydziestym czwartym krzyżykiem na karku – żyłam jak włóczykij i nigdzie nie dałam rady zapuścić korzeni.
Moje felietony stały się dołujące, aż doszło do tego, że zadzwonił do mnie Marcin i plując w słuchawkę, wykrzyczał, że on takiego gówna do druku nie puści i jeśli nadal chcę zarabiać w jego pieprzonym, luksusowym, najbardziej poczytnym miesięczniku kobiecym na rynku wydawniczym, to mam spiąć dupę i napisać coś, co czytelniczki chowające portfele od Prady w torebkach Louisa Vuittona chciałyby przeczytać.
– Coś radośnie pieprznego, Anka, a nie jakieś smęty o utraconej miłości! To ma być ruchanie w stylu glamour, paryski szyk pierdolenia! – darł się.
Chciałam go zabić. Najpierw jego, potem Stanisława, a na końcu siebie.
Zaczęłam rozglądać się za żarówką…
*
Z niespodziewaną odsieczą przyszła moja kuzynka Gośka. Przez ostatnie lata nasz kontakt nieco się rozlazł jak szwy w starych spodniach, ale wciąż pamiętałam ją z nastoletnich czasów. Wtedy byłyśmy ze sobą naprawdę blisko, nie tylko dlatego, że moja matka nimfomanka i jej ojciec byli rodzeństwem; po prostu ja i Gosia nadawałyśmy na tych samych falach.
Zadzwoniła do mnie na początku kwietnia.
– Anka, dziadek umarł wczoraj w nocy. Nie mów nikomu, ale dostał zawału przy oglądaniu pornoli. Oficjalnie umarł we śnie, jakby kto pytał – powiedziała. – Trzeba zorganizować pogrzeb. Słuchaj, a ty jesteś jeszcze w Warszawie?
– Nie bardzo – odparłam grobowym tonem. Zazdrościłam dziadkowi śmierci. – Nasi starzy wiedzą?
– Ojcu mówiłam, do twojej matki nie idzie się dodzwonić.
– Pewnie testuje nowy wibrator i nie słyszy.
Pogadałyśmy jeszcze chwilę. Gosia była zarówno smutna, jak i pełna ulgi. Po śmierci babci opiekowała się dziadkiem, któremu, jak to ujęła „strasznie zaczęło walić na dekiel”. Na szczęście odszedł z uśmiechem na ustach, zanim Gośka zaczęła rozglądać się za pampersami dla dorosłych.
Serce nie wytrzymało widoku seksu grupowego, za duża dawka emocji, wytłumaczyła Gosia.
Stanisław chciał mi towarzyszyć na pogrzebie, ale kazałam zostać mu w domu z obawy, że żałobne pieśni rozstroją go na amen.
Moja matka wystrojona jak willa przed Bożym Narodzeniem podeszła do mnie, cmoknęła powietrze w okolicach mojego policzka i powiedziała:
– Wyglądasz jak ponury jeździec Apokalipsy. Jak ty chcesz znaleźć miłość?
– Wcale jej nie szukam. A gdzie twój absztyfikant? – odparowałam.
– Och, wczoraj poznałam takiego jednego faceta. I czuję, że to już jest ten!
Uciekłam od niej, bo w tłumie żałobników wypatrzyłam Gosię. Nie widziałam jej dwa lata, więc jej widok sprawił mi dziką frajdę. W obcisłym jak druga skóra czarnym kostiumie, na niebotycznych szpilkach i z nogami obleczonymi fioletowymi kabaretkami, ściągała spojrzenia wszystkich. Przytuliłyśmy się bardzo mocno.
– Ania, słuchaj… bo jest taka sprawa z mieszkaniem po dziadkach. Rozmawiałam z naszymi starymi, zrzekną się spadku, więc mieszkanie po sprawie w sądzie będzie należało do nas, bo jesteśmy następne w kolejce do dziedziczenia. Może zamieszkamy tam razem? Mój związek jest w gruzach, muszę to skończyć i odetchnąć. W przyszłym tygodniu przewożę swoje rzeczy. Wchodzisz w taki deal?
Nie musiała pytać dwa razy. Bye, bye, czerni, au revoir, depresjo.
*
Mimo że czarny pokój u Stanisława miałam opłacony na pół roku z góry, to trzydziestego kwietnia zapakowałam moją jedyną walizkę, schowałam laptop do torby i choć planowałam wymknąć się chyłkiem jak złodziej, uznałam, że świństwem byłoby się ze Stanisławem nie pożegnać.
– Jesteś kolejną kobietą, która mnie opuszcza – westchnął boleściwie. W jego oczach lśniły łzy, lśniły tak bardzo jak brokatowa różowa syrenka gnąca się ponętnie na półce nad telewizorem. Kolejny prezent od jego matki.
– Stanisław, będę cię odwiedzać – skłamałam.
Polubiłam go, ale nie chciałam skończyć z głową w piekarniku.
– Napisałem dla ciebie poemat – powiedział.
– Och, naprawdę? – Zatrzymałam się w przedpokoju.
– Tak. Terapeuta kazał mi werbalizować emocje – przyznał Stanisław, wyciągając pomiętą kartkę z kieszeni spodni. – Ekhm… „Jesteś lustrem dla skowytu mojej duszy. Różową gerberą, która się nigdy nie pokruszy”. To w sumie wszystko, nie zdążyłem napisać więcej.
– Dziękuję – odparłam autentycznie wzruszona.
Podeszłam do niego i ucałowałam go w czoło.
– I nie wynajmuj pokoju byle komu.
– Będę tęsknił.
Z ulgą zamknęłam za sobą drzwi.
*
W mieszkaniu po dziadkach zajęłam pokój, w którym dziadek spędził ostatnie najszczęśliwsze minuty swojego życia, Gośka zajęła pokój babci, a Frodo zaanektował pozostałe czterdzieści metrów kwadratowych. Nie wchodził tylko do łazienki, bo przerażał go odgłos spuszczanej wody.
Czułam, że znalazłam w końcu w miarę stabilny i odporny na sztormy port.
2. Nieszczęścia chodzą parami
Kupiłyśmy telewizor. Żadne halo, płaski jak tyłek mojego eksmęża Fabiana, dość duży.
– Wiem, że to uwstecznia, ale wali mnie to – prychnęła Gośka.
– Lubię się uwsteczniać – powiedziałam. – Jak tak się człowiek naogląda Tańca z gwiazdami czy takich Słoików na przykład, to od razu traci kontakt z burą rzeczywistością. No co tak patrzysz? Stanisław był fanem, oglądał jak leci, a później pisał poematy o wirujących sukienkach. Powiem ci, Gosia, że jego to dosłownie wszystko zapładniało. Depresja, gerbery różowe, sztuczne. Wiadomości na Pierwszym, mróz, odwilż, mój okres, podwyżki paliwa, kanapki z mortadelą, syropy na kaszel. Był pierwszorzędnym kronikarzem szarzyzny. Nawet pokazał mi wstydliwie kilka wierszy.
– A powiedz jakiś.
– Dobra, o kiełbasie, bo jakoś tak utkwił mi w pamięci. Słuchaj teraz: „Umarła samotna. Hak, rzeźnia, brzuch srebrem księżyca rozpruty. Skowyt duszy w świńskim niebie. Zmartwychwstała we flaku” – wyrecytowałam.
– Jaaa cię pierrrdzielę. – Gośka ryknęła śmiechem. – Ale to się, kuźwa, nie rymuje! Ej, a gdyby to była wędlina drobiowa?
– Pewnie świńskie niebo zamieniłby na kurze.
Rechotałyśmy, bijąc dłońmi o kolana, jak nasz bezzębny wujo Edek.
– To co? Oglądamy coś? – Gosia wsadziła głowę do mojego pokoju.
Patrzyłam na nią głupim wzrokiem, wciąż dryfując po odmętach powstającego właśnie pieprznego felietonu dla Marcina. Felieton traktował o samodzielnych kobietach.
– Mam popcorn i zarąbiste smoothie – kusiła Gośka.
Zapisałam plik i poszłam za nią do pokoju.
– No, kochana, wielka inauguracja. Nasze kolorowe okienko na świat, garść publicystyki, warkot motorów, lizanie na ekranie, wiertarki i dżemy w promocji – powiedziała Gosia.
Usiadłyśmy na wersalce.
Patrzyłam, jak jej kciuk opada w zwolnionym tempie na przycisk power. Zbliżał się do niego jak meteoryt wchodzący w atmosferę ziemską. I…
Nic.
Nie było Harry’ego Pottera na TVN, nie było wiadomości na Pierwszym. Był za to szum.
Gośka wciskała wszystkie przyciski po kolei, aż wyrwałam jej pilota i sama zaczęłam to robić.
– Ty, kupiłyśmy popsuty – warknęłam.
– Co za szajs – westchnęła Gosia i otworzyła dla nas po piwie.
Siedziałyśmy wkurzone przez jakieś sześć minut, tak mniej więcej.
– Anka… bo tego, kuźwa, nie mamy satelity. Ani nawet kablówki – powiedziała Gosia.
Wypiłam pół smoothie duszkiem.
– No spoko, ogarniemy to jutro. Mam gdzieś skserowane wiersze Stanisława, chcesz?
– Ten o kiełbasie też? – zachichotała Gośka.
– Nawet o waginie i karmazynowej rzece bólu. Napisał go zaraz po tym, jak rzuciłam w niego mydłem, bo wlazł mi do łazienki, kiedy zmieniałam tampon – wyjaśniłam.
W zderzeniu z telewizyjną prozą, a raczej jej brakiem, poematy Satanisty wygrały o długość konia z ogonem.
Pojechałam do salonu parającego się dystrybucją usług telewizji cyfrowej. Miły człowiek w czerwonej polówce obsłużył mnie błyskawicznie, powiedzmy. Bo padłam już przy pierwszym pytaniu.
– Jaki dekoder pani sobie życzy? – zagadał łagodnie.
– Nie za duży, taki zgrabny. Musi się zmieścić na szafce.
– A czy pani telewizor jest dostosowany do odbioru sygnału z anteny?
– Chyba tak. Jest płaski – odparłam, jakby to miało coś do rzeczy.
– No tak… tak. To może ja zaproponuję pani ofertę na dwadzieścia cztery miesiące. Tu ma pani pakiet podstawowy, tak zwany dla singli. Dużo programów o zwierzątkach, romantyczne komedie, telenowele.
– A publicystyka? A Tajemnice NASA i Piętnaście minut Jamie’ego? – spytałam.
– Nasze wewnętrzne badania wykazały, że singli nie obchodzi polityka ani sprawy gospodarcze. Programy o gotowaniu odpadają, bo to wzbudza w nich smutek, że oni znowu siedzą nad odgrzaną w mikrofali lazanią, podczas gdy cała reszta ludzkości zajada się foie gras na romantycznych kolacjach. Tajemnice NASA, Starożytni kosmici albo, nie daj Boże, coś o wojnie światowej tym bardziej nie. A wie pani czemu? Nasi ankietowani jednogłośnie stwierdzili, że to im uświadamia, jak bardzo są nic niewarci, podczas gdy reszta ludzkości zrobiła coś ważnego. A oni co? Żrą te mrożonki, oglądają niemieckie filmy o miłości albo o puchatych lemurzątkach i wcale nie czują, że coś jest z nimi nie tak. Hermetyczna skrzynka samozadowolenia – wyjaśnił młody człowiek w czerwonej polówce.
– I pan podziela te poglądy? – spytałam.
– Oczywiście. Od zawsze wychodziłem z założenia, że pracodawcę trzeba prezentować godnie – wypiął pierś.
– A prywatnie? – drążyłam.
– Prywatnie też.
– Toś pan debil. Cześć. I miłego oglądania filmu o lemurzątkach – parsknęłam.
Poszłam do konkurencji. Zamówiłam montera wraz z dekoderem, anteną i sześcioma metrami kabla. Wzięłam pakiet „Wypasiony”. W końcu będziemy mogły oglądać sumo i kreskówki.
*
Gosia wróciła z pracy, szybko wysikała Froda i zasiadła obok mnie na wersalce w pełnym napięcia oczekiwaniu na montera.
– Myślisz, że będzie przystojny jak polski hydraulik? – zagaiła.
– Myślę, że będzie stary, z kozią bródką i będzie śmierdział czosnkiem. A co?
– Tak dawno nie bzykałam… – westchnęła smutno.
Biedna Gosia.
Hm, siusiak. Widziałam kiedyś coś takiego. Majtał smętnie między udami faceta, z którym spotkałam się kilka razy w Warszawie. Na długo odebrał mi ochotę na sushi.
– Gosiulek, a tak właściwie to, co było nie tak z twoim związkiem? Dlaczego się rozstaliście? – spytałam.
– Jakoś tak przestało strzelać między nami. Prądu zabrakło. Początki cudne, jak zawsze. Szliśmy równym krokiem ramię w ramię, a potem on spowolnił, zaczął zostawać w tyle. Anka, skończę zaraz trzydzieści jeden lat, a ten żłób po ośmiu latach związku nawet nie spytał, czy za niego wyjdę, czy dziecko, dom, sadzenie drzewa, rodzinny samochód i kredyt na dom. Zmarnowałam najpiękniejsze lata na faceta, który marnował czas na wirtualną wojnę z najeźdźcami z kosmosu. Taki, kurwa, nieprzygotowany do bycia dorosłym bachor – powiedziała Gosia. Jej piękne niebieskie oczy płonęły taką furią, że autentycznie cieszyłam się, że mam cipkę i to nie na mnie skupia się jej gniew.
– No. – Klepnęłam ją pocieszająco w kolano. – Może monter będzie śliczny jak polski hydraulik.
Niestety nie był.
To jakby nie miało znaczenia, bo pod imponującą warstwą tkanki tłuszczowej krył diablo analityczny umysł. Przynajmniej w naszym mniemaniu.
– Panienki posłuchają. Sygnał może być taki sobie, bo tu zasrane wieżowcami, co nie? Ale Gaweł Bezruki ma łeb na karku i założy dobry wysięgnik. Może styknie. A jak nie, to panienki se zmienią miejsce zamieszkania, he, he, he. Dobra, teraz dekoder. To multifunkcyjna maszynka. Można jednocześnie nagrywać trzy programy i oglądać czwarty. Intuicyjne menu, PVR, czyli panienki zatrzymują, cofają, nagrywają. Szybki procesor, wyjście HDMI, nadzór rodzicielski. Dwieście osiemdziesiąt się należy. Miłego oglądania.
Wyszedł.
Gośka kliknęła przycisk power. Co za orgia kolorów i dźwięków!
– Ooooj, popatrz, program o lemurzątkach – pisnęła zachwycona.
Bezceremonialnie przełączyłam na Tajemnice NASA.
W kwestii obsługi pilota do dekodera nie posunęłyśmy się dalej niż używanie channel i volume.
Gosia przyglądała mi się dziwnie, kiedy wyszłam z łazienki, gdzie nie dość, że się myłam, to i robiłam pranie, dopóki pralka nie zakolebała się jak tancerka w tańcu hula i nie pierdnęła dymem. Zgadłam, że umarła.
– Chodź. Zrobimy to jak nasze matki przed erą frani, jak babki i prababki, które nad rzeką w słowiańskim przukucu, z kijankami w spracowanych dłoniach tłukły brud z koszul swoich mężów… – powiedziałam.
– Czyli że co?
– Musimy wykręcić ręcznie. Nie uwierzysz, pralka się zepsuła.
– A ty masz dziwne włosy. Myłaś je w ogóle? A pralka ma z piętnaście lat, tak że ten…
– Szampon się nie pieni – odparłam.
– O kuźwa. Anka, sorry, zapomniałam ci powiedzieć. Do butelki po szamponie przelałam żel do higieny pipki – powiedziała skruszona Gośka. – Normalny szampon zostawiłam przy umywalce.
Ręczne wykręcanie prania zajęło nam tyle, co przejście z ery paleozoicznej w plejstocen.
– Jutro to ogarniemy. W media jest promocja na pralki akurat – pocieszyłam Gosię.
– Zgłodniałam. Może odmrozimy lazanię?
Nazajutrz kupiłyśmy pralkę i oglądając filmik instruktażowy na YouTube zdjęłyśmy z niej śruby zabezpieczające.
– No i co? I co, kuźwa? Że niby kobieta nie potrafi? A niech sobie ryby jeżdżą na rowerach, jak tak bardzo potrzebują – triumfowała Gośka.
Uzupełniałyśmy się znakomicie.
3. Potrzeby jeżdżą na ruchomych schodach
Pojechałam do Warszawy na spotkanie z redaktorem naczelnym. Nie chciało mi się ruszyć tyłka do stolicy, w perspektywie mając ryzyko roztopienia się w pociągu, w tym obezwładniającym majowym upale, a następnie rozmowę z Marcinem.
– Anka, mam robótkę dla ciebie. Nie pożałujesz. Potem zabiorę cię na sushi – kusił.
– Co to za robota? – spytałam, przyciskając telefon ramieniem do ucha.
– Do pogadania fejs tu fejs. Jutro o jedenastej w wydawnictwie.
– Mógłbyś mnie z dworca odebrać?
– Nie przeginaj. Przecież trafisz – parsknął Marcin i odłożył słuchawkę.
Albo dżentelmeni umarli, albo kryli się po piwnicach, jak za czasów okupacji, wyparci przez rozwrzeszczane feministki, dla których szarmancki pocałunek w dłoń bądź przepuszczenie ich w drzwiach były jak siarczysty policzek.
Garderobę dobrałam wyjątkowo starannie. Po wyprowadzce od Stanisława, po trzech sesjach u fryzjera udało mi się wrócić do kasztanowego koloru włosów, więc nie wyglądałam już jak królowa wampirów cierpiąca na ból istnienia.
– Łał. Wyglądasz jak kobieta – powiedział Marcin na mój widok.
– Ty też – odparowałam ze złośliwym uśmiechem, jako że redaktor naczelny odziany był w spodnie tak wąskie, że odznaczał się pod nimi każdy włosek na jego udach. Moda męska poszła w dziwnym kierunku, serio.
– Nic się nie zmieniłaś – powiedział półgębkiem. – Dobra, Anka, jest taki deal; zaraz tu przyjdzie foczka, która pisze książkę. Ma niezłe pióro, ale żeby to popchnąć, wymyśliliśmy, że książka musi się czymś wyróżniać. No, to machniesz sześćdziesiąt kolaży, po jednym do rozdziału.
– Chwila moment – odparłam, machając stopą obutą w czerwone sandały na szpilce.
Marcin wodził za nią jak kot za światłem latarki.
– To książka dla dorosłych? O czym?
– O jednej takiej cizi, która doszła do wniosku, że lepiej być facetem, bo kobiety niby mają bardziej przejebane.
– Niby? – Uniosłam brew.
Marcin zbył moje pytanie machnięciem ręki. Unikanie odpowiedzi na niewygodne pytania było jego znakiem rozpoznawczym.
– I słuchaj, chodzi o to, że cizia zaczęła zachowywać się jak facet, ubierać jak facet, sikać na stojąco, opowiadać świńskie kawałki nad kratą piwa, chodzić na mecze i do barów topless, po czym doszła do wniosku, że męski świat też jej nie po drodze i w związku z tym, że nie chciała być ani mężczyzną, ani kobietą, poleciała do Tajlandii, żeby usunęli jej narządy płciowe i przy pomocy operacji plastycznych upodobnili do kosmitki. Brzmi cool, nie? Będzie się sprzedawało jak świeże bułeczki.
– Powinni usunąć jej mózg – stwierdziłam.
– Wchodzisz w to, nie? Bo już powiedziałem foczce, że się zgodziłaś. Chodź, poznam cię z nią, dostaniesz maszynopis i pójdziemy na lunch. Firma stawia – ucieszył się Marcin.
Dostałam maszynopis, podpisałam umowę-zlecenie na sześćdziesiąt kolaży, ale zamiast na lunch pojechałam do Marcina i poszłam z nim do łóżka.
*
– No, Anka, dobrze było, naprawdę dobrze. Wiedziałem od początku, że laska, która pisze takie felietony, musi wiedzieć, o czym pisze. Powtórzymy to kiedyś. – Marcin poklepał mnie po tyłku.
– Twoje myślenie jest tendencyjne. – Przeciągnęłam się na łóżku.
– Nic nie poradzę, że kręcą mnie buty na obcasie.
– To kup sobie jakieś i przechadzaj się nago przed lustrem – parsknęłam. – I nie, nie powtórzymy tego. Po prostu nasze potrzeby skrzyżowały się jak krzywe w przestrzeni i tyle. Krótki punkt przecięcia, Marcin. Nie dyga mi serce na twój widok.
– Mnie za to dyga coś innego.
Marcin stanął przy łóżku i wypchnął w przód biodra. Powiesiłam swój koronkowy stanik na jego sterczącym penisie, po czym uwieczniłam go na zdjęciu.
– Nada się świetnie na tło pod kolaż do książki – oświeciłam go.
– Anka, no nie wygłupiaj się. Zobacz, on już jest gotowy – jęknął Marcin. Przypominał bachora, który usiłuje wymusić coś płaczem, i natychmiast wzbudził we mnie obrzydzenie graniczące z litością.
– Muszę lecieć. Może zrób sobie dobrze w kubku z budyniem? – westchnęłam.
– Anka, nie pogrywaj sobie. – Redaktor naczelny spojrzał na mnie spode łba.
– A co, zwolnisz mnie? Umowę podpisałam, no i kto ci będzie pisał te twoje pieprzne felietony, co? Tego kwiatu pół świata, wiem, Marcin, wiem. Ile czytelniczek przysyła refleksyjne maile do redakcji po każdej lekturze moich wypocin?
– To może chociaż na lunch pójdziemy? – spytał zrezygnowany.
– Odwieź mnie na dworzec, zjemy burgera. Po seksie zawsze mam ochotę na mięso.
– Anka zzzamknij się, bo teraz czuję się jak totalny kastrat.
*
Gosia odebrała mnie z dworca. Z pociągu wysiadłam z butami w ręku. Ból stóp rekompensowało mi jednakże przyjemne postseksualne ciepełko rozlewające się po ciele.
– Bzykałaś! – zawołała nie wiadomo czym uradowana Gośka.
– Gośka, ciszej – syknęłam na nią.
– Fajnie było? Załatwiłaś, co chciałaś?
– Mhm, mam umowę na ilustracje do dziwnej książki – przytaknęłam, pocierając otarte pięty.
– Słuchaj, bo ja tak sobie zrobiłam obchód po mieszkaniu i doszłam do wniosku, że musimy zrobić remont. W lipcu mam trzy tygodnie wolnego, więc żeby ciąć koszty, część prac zrobimy własnym sumptem. No, zrywanie szafek w kuchni czy linoleum nie może być trudne. Wyczaiłam w necie wypożyczalnię różnych maszyn budowlanych. Mam odłożoną kasę, machniemy sobie z tego mieszkania pudełeczko na torcik. Co ty na to?
Podstępna wyobraźnia podsunęła mi widok mnie i Gośki bez kończyn niechcący obciętych piłą elektryczną i biednego Froda z piękną puchatą głową rozpłataną młotkiem leżących na pozbawionej linoleum podłodze kuchennej. Chociaż z drugiej strony z pralką poradziłyśmy sobie pierwszorzędnie.
– Dobra, to ja też się uporam ze wszystkim do lipca. Muszę kupić samochód, nawet jakiegoś gruchota z komisu, bo niestety do Warszawy będę jeździć często – jęknęłam, patrząc pod nogi.
– Na seksik? – zachichotała Gosia.
– Nie, głupia, po kolejne umowy. W cholernej Warszawie przez dwa lata żyłam jak mniszka w jaskini, więc udało mi się odłożyć trochę do skarpety. Gośka, jedź już, muszę do wanny.
– Jaki był w łóżku? – spytała Gosia.
– Jak robaczek na haczyku. Ruchliwy.
*
– W kwestii damsko-męskiej straciłam nadzieję na normalność, ale jak zwykle mam swoją teorię: jestem popieprzona po matce, ale to nic, bo faceci są równie popieprzeni – powiedziałam Gosi.
Siedziałyśmy w łazience. Ja w wannie, ona na kibelku i piłyśmy wino.
– Tak sobie marudzę czasami, że wszyscy oni tacy sami. Lenie, łajdacy i utracjusze, ale to oczywiście nieprawda. Mężczyźni bywają wspaniali i porywający. Uroczy. Mądrzy. Biznesmeni w garniturach z metką Armaniego. Wirtuozi waginy. Piękne głosy, sprawne dłonie, które pieszczą, tworzą. Czasami wydaje mi się, że uwielbiam w mężczyznach ich odmienność, to, że nie umiem ich zrozumieć. Jakże nas nawzajem ciągnie do nieznanego, do ziemi obiecanej, zakazanej! Mężczyźni to taka słodka trucizna. Można ich pić kubkami, a potem długo, długo chorować – westchnęłam, zanurzając się w pianie.
– Masz wyrzuty sumienia, bo spuściłaś z krzyża? Poważnie? – spytała Gosia. – Setki lasek bzykają się codziennie z setką facetów. Nie widzę w tym nic złego. Jesteś singielką, nikogo nie krzywdzisz, nie robisz skoków w bok. No weź wyluzuj, ja cię proszę.
– Nie mam żadnych wyrzutów, wzięłam sobie to, czego potrzebowałam, i tyle. Tak mi się tylko na filozofie zebrało. Marcin to kurwiarz, ale przynajmniej dobrze wytresowany. Czysto, bezpiecznie, kondomy masujące, z wypustkami, dużo pieszczot, zmienny rytm. Totalne erotyczne SPA. Poza tym zobacz, Gośka, myślisz, że to prawda, że wszyscy ci wspaniali to albo już zajęci, albo geje? Kto nazywa ich ideałami? Ich kobiety czy oni sami? Nie będę się zagłębiać w filozofie, których nie rozumiem. Przyjmuję do wiadomości, że to ze mną jest coś nie tak. Aspołeczna, antymałżeńska, antyzwiązkowa.
– Oj, bez przesady, wcale nie jesteś aż taka aspołeczna – parsknęła Gosia. – A jedno gówniane małżeństwo nie może przekreślić szans na przyszłe szczęście.
– Przez mój umiarkowany introwertyzm być może nie umiem wchodzić w relacje, ale to na szczęście nie skazuje mnie na towarzyską banicję, bo przyjaciół i znajomych mam, a mężczyzny przy boku nie chcę. Dla jego dobra. – Sięgnęłam po szampon.
– Nie! To płyn do higieny intymnej! – krzyknęła ostrzegawczo Gośka. – Anka, no powiem ci, że szukasz problemów, a kiedy ich nie ma, to je stwarzasz. Ej, już pół do dziewiątej! Wyłaź, zaraz będą Piraci z Karaibów. I nie zaprzeczaj, że nie masz wyrzutów sumienia, bo masz. Głupia. W życiu człek albo pieprzy, albo jest pieprzonym, zapamiętaj.
Gosia zostawiła mnie samą. Zanurzyłam się cała. Łatwo mi przyszło skorzystanie z przyjemności oferowanej przez Marcina. W sumie czemu miałabym się przed tym powstrzymywać? Jak by nie patrzeć, ulga płynąca ze zrealizowanej potrzeby nie równała się z niczym.
– Po kąpieli czuję się lepszym, ba! Jestem lepszym człowiekiem. Też tak masz? – zapytałam Gosię, kiedy już wyszłam z łazienki, za jedyne okrycie mając ręcznik.
– Ja po kąpieli czuję się chuda i bogata.
Parsknęłam śmiechem.
4. Kobiety konsekwentnie niekonsekwentne
Nie umiałam odmówić sobie lodów. Właśnie zjadłam potężną porcję deseru – powiedzmy sobie szczerze: to był messerschmitt wśród słodkości, wielka rzeźba wielkiego penisa jako symbol płodności stercząca ponad wierzchołkami sekwoi, gigant obżarstwa itede, itepe. – składającego się z lodów miętowych z płatkami czekolady oraz sorbetu malinowego. To było orgazmicznie pyszne.
Poza tym nie dostrzegałam innej alternatywy obiadowej w taką upalną czerwcową niedzielę.
– Ty! Pa, jakie słońce! – powiedziała Gosia. – Idziemy na spacer czy korzystamy i oglądamy tv do wypęku?
Spojrzałam przez okno.
Faktycznie, słońce świeciło jak dzikie, co rozbudziło we mnie poważną rozterkę, ponieważ nasza antena satelitarna była ustawiona tak fatalnie – „Dookoła zasrane wieżowcami, he, he, he”, zaśmiał się monter Gaweł Bezruki – że podczas zaburzeń pogodowych jedyne, co mogłyśmy zobaczyć, to komunikat „Brak sygnału na wejściu Anti-1”.
– Pooglądajmy godzinkę – zdecydowałam. – A jak się zachmurzy, to kopsniemy się do parku. Poza tym jestem tak przeżarta lodami, że nigdzie się teraz nie ruszę.
Ostatnio tak się rozleniwiłyśmy, że stara wersalka po dziadkach, która stała w dużym pokoju, ciągle była rozłożona i służyła nam za obszerny szezlong.
Rozwaliłyśmy się na niej jak damskie wcielenia Nerona, a Frodo między nami.
– Ciąże z zaskoczenia. Kuźwa, jak można nie wiedzieć, że jest się w ciąży – parsknęła Gośka, celując pilotem w telewizor. Obraz był jak żyleta. – A brak miesiączki i ruchy dziecka to nic? A przybieranie na wadze? No rozumiem, można nie przytyć tych, powiedzmy, trzydziestu kilogramów, ale samo dziecko chyba waży, nie? I te, no, wody płodowe i łożysko. Chciałabyś dziecko, Anka?
– Przeglądam sobie Instagram. Widzę kobietę w kapeluszu w stylu boho, podtrzymującą brzuch i natychmiast mam ochotę kupić sobie taki kapelusz, być w ciąży i spacerować brzegiem morza w nadchodzącym leniwie ciepłym zmierzchu. A potem przypomina mi się, że przecież nie mam szans na dziecko i idę do kuchni po kolejne piwo – odpowiedziałam.
Frodo odwrócił się do mnie tyłkiem i puścił dyskretnego bąka, jakby na potwierdzenia moich słów.
– Dlaczego niby nie masz szans na dziecko? Zgłupiałaś? – spytała Gośka i zatkała nos dłonią. – Frodo, poszedł, ty śmierdzielu. Fuuuuj. Wróć, jak się wypierdzisz.
Obrażony pies niezgrabnie zeskoczył z wersalki; po chwili zaczął chłeptać wodę tak głośno, że zagłuszył telewizor.
– Mam taką schizę po Fabianie. Wiesz, te ich naciski, ta cała presja. Może ja się faktycznie zrobiłam przez to bezpłodna? Poza tym z kim niby miałabym to dziecko mieć? – westchnęłam.
Gosia ułożyła się w swojej ulubionej pozycji, czyli z wyprostowanymi nogami na ścianie.
– Ja bym chciała – powiedziała rozmarzona. – Chyba fajnie być mamą, nosić bobasa przy cycku, tulić, kąpać. No po prostu czuć się taką zajebiście potrzebną i kochać bez strachu, bezwarunkowo.
– Mhm, taka miłość byłaby pięknym zaiste wypełniaczem życiowego bezsensu – przytaknęłam. – I nadzieją, że dziecko odda z nawiązką. Bo matki tak się powinno kochać. Chociaż ja do swojej mam stosunek tak jakby ambiwalentny.
– Tak jak ja do ojca – odparła zadumana Gosia. – Myślisz czasami o tym, że mamy popieprzone relacje z facetami, bo nasi starzy są tacy, jacy są? Twoja matka nimfomanka, mój ojciec dziwkarz, superaśne z nich rodzeństwo, po prostu superaśne.
– Może to dlatego, że dziadek lubił pornole? – zastanowiłam się. – Chodzi mi o taką niemoc emocjonalną, bo całą energię ładował w przyjemności cielesne. Kumasz zależność?
– Tjaaa, gang bang może wyjałowić z uczuć. – W głosie Gosi zabrzmiała gorzka nuta. – Maciek, mój eks, tak mocno wsiąkł w wirtual, że stawał mu wyłącznie wtedy, kiedy oglądał kreskówki porno. Cholernie upokarzające. Miał mnie żywą obok, ale nie ożywiał się na mój widok, że tak to ujmę.
– Realny impotent – westchnęłam w zamyśleniu.
– No. I wyobraź sobie, że facet dobiera się do ciebie dopiero wtedy, kiedy strzeli sobie narkotyczną dawkę cycków w rozmiarze G i trzydziestocentymetrowych fiutów rozrywających wąskie anusy bajkowych kochanek. Żenada do kwadratu. Moja miseczka C, majtki z koronką i pończoszki na pasku przegrały z hentai. I jak ja miałam myśleć o dziecku?
– Widzisz? Właśnie upadła twoja teoria o naszym popieprzonym dzieciństwie w dysfunkcyjnych rodzinach – zauważyłam. – To faceci się popsuli. Ludzie, tak globalnie. Pamiętasz Seven z Bradem Pittem? „Grzech stał się trywialny. Dzieje się wokół nas codziennie”. Prawda. Ludzie lubią sobie odpuszczać. Moralność i etyka to tylko niewygodna marynarka, którą można odwiesić na kołku, kiedy za bardzo przeszkadza. Jesteśmy tacy leniwi i rozpieszczeni jednocześnie. Na każdy centymetr kwadratowy naszego ciała przypada tyle bodźców, że nasza percepcja ich nie ogarnia, a mimo to chcemy więcej. Dlaczego? Po co aż tyle? Money for nothing, chicks for free, miłość na pięć minut, bo czyjeś usta lepiej smakują, czyjeś piersi lepiej pachną. Kradniemy, pijemy, oszukujemy, cudzołożymy, żyjemy w kłamstwie.
Zamyśliłam się.
I nagle poczułam się dziwnie, bo zdałam sobie sprawę, że w tych słowach wybrzmiewa gorzki żal. Każde zdanie było krótką historią moich osobistych rozczarowań. Zaczerpnęłam powietrza i podjęłam przerwany wątek.
– Ale taka jest codzienność. Mamy społeczeństwo nieskore do długoterminowych zobowiązań, do zakładania rodzin. Cenimy sobie niezależność i wygodę w pojedynkę w świecie, w którym nie ma smrodu bąków pod kołdrą, w którym współspacz nie wyjada nam ostatniej ulubionej galaretki w czekoladzie i nie okazuje ostentacyjnie niezadowolenia, kiedy mówimy, że chcemy jechać na Cypr zamiast do zapyziałej chaty pośrodku Puszczy Białowieskiej. To, co najbardziej podnieca, to swoboda decyzji, a to niestety sprowadza się do nieliczenia się z drugim człowiekiem.
– Smutno mi się zrobiło. Napisz o tym felieton. Chmurzy się, chodź do biedronki. Kupimy fajki i piwo na wieczór. Poza tym muszę wysikać Froda, wypił chyba wannę wody – stęknęła Gosia, wracając do pozycji siedzącej. – Anka?
– No?
– Zmieńmy coś. W naszym życiu, ty w swoim, ja w swoim. Niech remont będzie początkiem, co?
– Niech.
*
Na poprawę humoru postanowiłyśmy zdemontować szafki w kuchni. Posłużył nam do tego pokaźnych rozmiarów łom, który Frodo wywąchał za śmietnikiem.
– To znak – ucieszyła się Gosia.
Zgodnie doszłyśmy do wniosku, że nie będziemy czekać z tym do urlopu, bo skusiła nas wizja luksusowej kwatery nad morzem.
I matko jedyna, czego w tych szafkach nie było!
Sokowirówka z plamą pleśni na sitku, młynek do kawy, krajalnica do chleba. PRL na wypasie.
– Wystawimy na Allegro, takie pamiątki są chodliwe – zasugerowała Gośka. – A za tę kasę kupimy designerski chlebak.
– Przecież my prawie nie jemy chleba – zauważyłam.
– No to designerskie pudełko na czekoladę. – Gosia wzruszyła ramionami.
Lawirując na chybotliwych krzesłach, ruszyłyśmy na wojnę z wiszącymi szafkami, prawdziwymi ciężkimi potworami oblepionymi kilkuletnią warstwą brudu i tłuszczu. Okazało się, że są zapchane gazetami. Ja trafiłam na „Głos Robotniczy” i „Filipinkę”, o dziwo ułożone w schludne stosiki.
– Łooo pani, ale relikt. A ciężkie w cholerę – sapnęłam, próbując wyszarpnąć z szafki jak najwięcej za jednym zamachem.
– Patrz, co ja znalazłam! – krzyknęła triumfalnie Gośka. – „Playboy” z dziewięćdziesiątego czwartego, a na okładce nasz wokalny skarb narodowy, Aneta Wolniak! Tadaaaam! I powiem ci, że jest tu tego mnóstwo. Przejrzymy, a potem wrzucimy na Allegro.
– Po diabła. Oni. To. Tu. Trzymali – wystękałam, czerwieniejąc z wysiłku.
Stos gazet spadł mi na twarz.
Złorzecząc, zeszłam z krzesła. Frodo przyszedł obwąchać gazety, a następnie ułożył się na nich jak pan i władca.
– Patrz, a może sprzedamy jego legowisko? Widać, że jest zbędne.
Poszłyśmy na balkon zapalić. Między wieżowcami na horyzoncie kłębiły się burzowe chmury. Cudowny wiaterek podwiewał co chwila moją roboczą sukienkę i mierzwił włosy Gośki, nadając jej wygląd mopa. Usiadłyśmy na gołych płytkach.
– Ej, Anka, myślisz, że my na starość też będziemy kolekcjonować gazety albo nieprzydatne urządzenia? Albo, co gorsza, nienawidzić naszych mężów i codziennie jeść mannę na śniadanie? – zagadała mnie Gosia.
– To nam nie grozi. Nie kupujemy gazet, bo prasówkę robimy online, to raz. Dwa, manna jest zdrowa, więc nie ma co dramatyzować i trzy: przypominam, że nie jesteśmy zamężne. I coś mi mówi, że to się nie zmieni – powiedziałam, po czym zaciągnęłam się papierosem.
– Nie chciałabym skończyć jak dziadek. Jak taka sklerotyczna erotomanka onanizująca się nawet w warzywniaku czy autobusie w drodze do gastrologa. Brrr, nie.
– No nie mów, że dziadkowi się zdarzało… – Rozdziawiłam usta zszokowana.
Gośka skinęła głową.
– Na starość polubił obnażanie. Niby łykał te swoje tabletki, wpadałam codziennie, ale z nim było jak z dzieckiem. Raz wziął, raz wypluł. Wiesz, co jest dziwne? Że właściwie umysł miał całkiem trzeźwy, to znaczy czasami – przyznała Gosia.
– Starość to gnijąca prostytutka – oznajmiłam, gasząc papierosa w słoiku. – Chodź, powywalamy tę makulaturę, bo zaraz lunie.
– „Playboya” zostawiamy. Ty idź, ja pomacham łomem.
Zgadłam, że Gośka ma straszną hormonalną rozpierduchę, bo kiedy wróciłam ze śmietnika, jedna szafka leżała już na podłodze, a druga ulegała rozkładowi na drzazgi, poddając się zajadłym atakom mojej kuzynki i łomu.
*
Kładłam się spać w towarzystwie deszczu lejącego się na parapet z lastryko. Działając jak sportowcy nafaszerowani sterydami, wzmocnione piwem i pełne animuszu, wspólnymi siłami wyniosłyśmy na śmietnik wszystkie zdemontowane szafki. Przy okazji odkryłyśmy, że ściana w kuchni wcale nie jest szara, tylko błękitna, bo puste miejsca po szafkach zachęcały do patrzenia jak otwarte okna.
Byłam tak zmęczona, że nie miałam siły machnąć ręką.
Kiedy brzęknął dźwięk SMS-a, pogrążona w półśnie, wymamrotałam:
– Oj, sicho bąś.
Marcin: Anka, tęsknię.
Zmusiłam się do otwarcia drugiego oka i wystukałam odpowiedź.
Ja: Daj mi spać. Dobranoc.
Marcin: Chcę to powtórzyć. Proszę Cię, przyjedź.
Ja: Nie truj, zadzwoń po dziwkę. Za kasę każda Ci ulży.
Marcin: Proszę. Nie mogę przestać myśleć o Tobie.
Ja: Dobra, będę w piątek.
*
Wiele danych sobie obietnic złamałam. Nie powiem, kilka razy wzbudziło to we mnie wyrzuty sumienia, ale kierując się lekceważącym podejściem Gośki do współczesnych relacji damsko-męskich, doszłam do wniosku, że nic lepszego poza przygodnym seksem już mnie raczej nie spotka, i postanowiłam po prostu brać to, co życie ma mi do zaoferowania. Kiedy Marcin dowiedział się, że kupiłam samochód i mam zamiar nim przyjechać, po dżentelmeńsku zaoferował mi miejsce na parkingu na strzeżonym osiedlu, które miał szczęście zamieszkiwać.
– Doceniam twój gest. – Poklepałam go po kolanie, gdy przesiedliśmy się do jego Jaguara XE.
– Dokąd chcesz jechać? – spytał.
– Nad Wisłę, na spacer. Weźmy sałatkę na wynos, co? Dlaczego dzisiaj nie jesteś takim dupkiem, do jakiego przywykłam? – Spojrzałam na niego spode łba.
– Bo jesteś obok. – Zaśmiał się. – Twoja obecność czyni ze mnie lepszego człowieka.
Przewróciłam oczami.
– Sztampa – oceniłam. – No, pochwal się, ile, jak ty to elegancko ujmujesz, foczek zanęciłeś na to cacuszko? Ile litrów swojego ejakulatu wycierałeś z tylnego siedzenia?
– Anka…
– No co? Co ja mam myśleć o facecie, który wrzeszczy, że chce felietonu w paryskim szyku pierdolenia, jeździ jaguarem i co kilka dni grzeje łóżko innej Dżesiki? – zapytałam, wzruszając ramionami.
– Dlaczego przyjechałaś? – spytał, nie patrząc na mnie, zajęty włączaniem się do ruchu.
– Z nudy, ciekawości, głębokich przemyśleń – odparłam. – Wybierz odpowiedź, która ci pasuje.
– Cholerna z ciebie modliszka – powiedział.
– Jasne, a ty lubisz być pożerany – odparowałam.
– Żadna odpowiedź mi nie pasuje. I lubię być dupkiem, ale tylko w pracy, znasz mnie przecież.
– Nie znam. Oprócz poprzedniego razu i jednego wyjazdu integracyjnego sprzed półtora roku spotykaliśmy się wyłącznie na gruncie zawodowym – przypomniałam mu i dodałam: – A kiedy poszliśmy do łóżka, i tak zachowywałeś się jak dupek. Twoje kobiety to lubią?
Redaktor naczelny gwałtownie wcisnął hamulec. Jego szczęki poruszały się miarowo, jakby miażdżył niewidoczny kawał drewna, a palce z pobielałymi kłykciami zacisnął na kierownicy.
– Dobra. – Podniosłam ręce ugodowo. – Żadnych ciężkich tematów, kiedy prowadzisz. Luz.
Resztę drogi przejechaliśmy w milczeniu.
Poczułam się trochę podle, może nawet trochę smutno. Chyba nie chciałam być aż tak niemiła. Marcin miał zamiar coś mi dać, a ja powinnam była wziąć z niewielkim rewanżem, z bardzo oszczędną wdzięcznością.
– O czym myślisz? – spytał.
– Chcesz wiedzieć jako mój szef czy facet, z którym spędzę noc? – parsknęłam. – No dobra, przepraszam. Prywatne rozmyślania schowam do szufladki. Trochę myślę o sałatce z ogromną ilością parmezanu, trochę o chłodzącym żelu do stóp i trochę zastanawiam się, czy masz dla mnie jakiś intratne zlecenie.
– Mam – odparł Marcin, parkując blisko restauracji.
– A powiesz mi? – zagadałam go skruszona.
– Tak. I nie komentuj, że najlepsze kąski daję ci przez łóżko – ostrzegł mnie.
– I tak będą plotkować – westchnęłam.
– W dupie to mam. Poza tym długo tu miejsca nie zagrzeję. Wiesz, jak jest, Anka, walka o stołki, ciągła rotacja i albo awans, albo baj, baj, spadaj.
– Dlatego ja w tym nie uczestniczę.
– Dobra, nie gadajmy teraz o pracy. Chodź, dupcia, weźmiemy sałatki i spadamy nad Wisłę. W bagażniku mam koc i wino.
Dwa metry przed restauracją złapał mnie delikatnie za tyłek, a ja nie oponowałam.
Marcin rozłożył koc na wilgotnym piasku. Chociaż wieczór był bardzo ciepły, od wody lekko ciągnęło chłodem. Usiadłam daleko od niego, trzymając się na taki dystans, na jaki pozwalał mi mój kokon bezpieczeństwa, który zaczęłam snuć wokół siebie po rozwodzie z Fabianem. Otulał mnie jak cieplutki kocyk otula ciało noworodka, a ja cały czas kontrolowałam, czy nie wystaje z niego jakaś nitka, za którą ktoś mógłby pociągnąć i popruć.
– Rozluźnij się – powiedział Marcin, klękając za mną.
– Jakie masz dla mnie zlecenie? – wymruczałam.
Jego długie, wymuskane, zadbane palce metroseksualnego drwala rozpoczęły niespieszną wędrówkę po moim karku.
– Zamknij się, mała – powiedział, odzyskując dawny wigor. A także przewagę nade mną.
– Sam się zamknij, dupku – szepnęłam.
– Masz ochotę na pieprzenie w stylu glamour, co? Przyznaj, że masz, bo inaczej by cię tu nie było. – Zaśmiał się demonicznie, po czym owinął moje włosy wokół nadgarstka i pociągnął.
– Szowinista – warknęłam.
– Feministka – odparował.
Odwróciłam się gwałtownie.
