Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
61 osób interesuje się tą książką
To, co charakteryzuje Natalię Pietruszkę, to kompletny brak asertywności. Obawia się, że prozaicznym „nie” sprawi komuś przykrość. Jej niewprawność w odmawianiu owocuje ciążą w młodym wieku i kilkoma bezsensownymi związkami. Nie umie odmówić również Kamilowi, którego poznała całkiem niedawno. Wbrew początkowej niechęci córki godzi się spędzić z nim tydzień w rodzinnym majątku we wsi Dobrowola, aby wziąć udział w przyjęciu urodzinowym seniorki rodu, babci Honoraty.
Rodzina Dobrowolskich okazuje się dość specyficzna: od starszej pani, przez rodziców i wujostwo, po rodzeństwo Kamila, w tym – co najważniejsze – jego brata Jarka.
To książka lekka, urocza, pełna uczuć, empatii, świetlików, miodu i świń non stop zrywających się na wagary przez zepsute ogrodzenie. To historia o wielowymiarowej miłości, która nie zna ograniczeń wieku – wszak zakochują się nastolatki, ludzie dorośli i… staruszkowie. Ciepła powieść okraszona uroczą dawką humoru i pięknych dźwięków. Tak po prostu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 442
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tej autorki w Wydawnictwie WasPos
Majaki
Tylko miłość
Nad stawem w Dobrowoli
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka
Copyright © by Magdalena Czmochowska, 2025Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2025All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Aneta Krajewska
Projekt okładki: Magdalena Czmochowska
Zdjęcie na okładce: Freepik.com
Ilustracje przy nagłówkach: Canva Pro
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8290-851-0
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Spis treści
Prolog
1. Jak se Bastian bach!
2. Jaśnie panujący mąż pierwszy
3. Zagubiony mąż drugi
4. Kamil nie lubił pietruszki
5. No, to jedziemy!
6. Paw na szczęście?
7. Flama i flaming
8. Czy monsunik to wiaterek?
9. Matki i ojcowie w kajdanach marketingu
10. Poooszedł jak świnia w wodę!
11. Miodowe widmo rywalizacji
12. Nieobecne świetliki
13. Szczerość, lody i sznurówki
14. Zło w motywującym koncentracie
15. Zanosi się na nowe cabrio
16. Sprytna tacka w morzu kochanek
17. Deszcz na blaszanym dachu
18. Demoniczna historia miłosna
19. Trup Platona przy kominku
20. Mały krok w prze…szłość
21. Czego o sobie nie wiemy
22. Tak pachnie lato
23. Raczej groźbą niż prośbą
24. Związek na kredyt
25. Jesteśmy wolni, możemy iść
26. Co się stało w kuchni, w kuchni zostaje
27. Lawina w odcieniu bahama yellow
28. Robert, nie Robercik
29. Dobrze mieć kogoś od śmieci
30. Czasami biodro nie przeszkadza
31. Romantycznie jak w chlewie
32. Koncert dla dzika
33. Raz zobaczone zostaje w człowieku na zawsze
34. Purpurowa gęba bez maski
35. Co odróżnia ojca od dawcy nasienia?
36. Państwo na włościach
37. Półsłówka uczuć
38. Na ręczniku i pod kocem
39. Plany na zmiany
40. A co, jeśli…?
41. Tym pachnie jesień
42. Wałówka na drogę
43. Natka Pietruszki
44. Tak dobrze, tak spokojnie
Epilog
Prolog
Naście lat temu. I teraz w sumie też
Powinnam była posłuchać intuicji. Ale może ja jej po prostu nie mam? Może obraziła się na mnie i olała? Może odeszła do intuicyjnego raju, gdzie inne wkurzone na swoich właścicieli intuicje wylegują się na wygodnych leżaczkach i sączą kolorowe drinki przez ekologiczne papierowe słomki?
– Natalia, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Palce Ewki wykonały szybkie pstryknięcie tuż przed moim nosem, więc popatrzyłam na Ewkę, robiąc zeza. – Powiedzmy, że mogę zrozumieć, że nie masz intuicji za grosz, ale jakiś mózg powinnaś jednak mieć. Co cię podkusiło, żeby polecieć na wezwanie Kryspina jak w dym, hę?
– Bo to mój szef? – zapytałam niepewnie.
– Stary obleśny śmierdziel z lepkimi łapskami! Teraz mam nerwicę i kurwicę jednocześnie. A wiesz czemu? Bo nie umiesz mówić „nie”!
Chciałam jej odpowiedzieć coś mądrego i nawet otworzyłam w tym celu usta, ale zaraz je zamknęłam, bo Ewa, jak zwykle zresztą, miała rację. Dokonałam w myślach szybkiego podsumowania, z którego jasno jak słońce wynikało, że po pierwsze nie słucham wewnętrznego głosu, bo umarł i wąchał kwiatki od spodu; po drugie jestem zbyt ufna; lubię ludzi i nic na to nie poradzę; po trzecie w ogóle nie jestem asertywna; to musiałam sobie kiedyś wygooglować, bo Ewka lubi mnie masakrować trudnymi słowami, takimi jak „demencja” na przykład; po czwarte wśród moich ulubionych słów na literę „i” zdecydowanie króluje indyk, pieczony indyk; po piąte muszę z bólem przyznać, że poziom mojego IQ jest równie wysoki, co krawężnik.
– Czym cię ten pierdziel skusił? – Głos Ewki dotarł do mnie chyba z Chin.
– Podwyżką! – odpowiedziałam natychmiast.
– Boże… daj mi cierpliwość. A nie wydało ci się podejrzane, że zaprosił cię na rozmowę o podwyżce o dwudziestej trzeciej, kiedy kończysz zmianę, zamiast oficjalnie wezwać cię do biura o normalnej godzinie, kiedy jest widno, a lokal pełen pracowników?
– No, w sumie… – Udałam, że się zastanawiam, ale założę się, że Ewka nie dostrzegła ani jednej zmarszczki mądrości na moim czole.
– Dobra, to opowiedz mi wszystko jeszcze raz. Albo poczekamy na Huberta, w końcu siedzi w inspekcji i może coś ci doradzi. Może będziesz musiała pozwać Kryspina o molestowanie.
– Ale jakie tam mole… – zaczęłam, lecz umilkłam natychmiast, bo oczy Ewki cisnęły we mnie gromy.
Zachowanie mojego szefa – wtedy już eksszefa – Kryspina, wzbudziło we mnie… no jak by to ująć? Niesmak? Tak, wzbudziło taki niesmak, że nazajutrz przyszłam wyżalić się Ewce. Rzecz jasna był to tylko temat poboczny, bo problem, który gryzł mnie od środka, jakbym miała wszytego w powłoki brzuszne Crittersa, był o wiele bardziej przerażający.
Miałam osiemnaście lat, byłam ładną miodową blondynką o oczach podobno tak pięknych, że można było w nich utonąć. A przynajmniej tak twierdził Bastian, najprzystojniejszy kolega z klasy, któremu naiwnie pozwoliłam się przelecieć podczas dyskoteki w liceum. Nigdy nie powiedziałam naszej córce, że poczęła się w damskim kiblu obok umywalki, do której ktoś oddał mocz; nie chciałam niszczyć jej psychiki.
Byłam ekstremalnie zidiociałą nastolatką.
Weszłam w dorosłość zupełnie do tego nieprzygotowana. Choć właściwie nie weszłam, bo z całej siły rąbnęła mnie pięściami w plecy i poprawiła serią kopniaków na rozpęd.
Rzecz jasna ten problem, gryzący mnie pod koniec kwietnia roku pańskiego dwa tysiące piątego, objawił się podczas USG jako dwucentymetrowy płód. Ale podczas rozmowy z Ewką, moją najlepszą przyjaciółką ze szkolnej ławki, nie miałam o tym bladego pojęcia. Zresztą jak i o naprawdę wielu innych rzeczach.
Dzisiaj często myślę o tamtej rozmowie z Ewką, kipiącą furią na mojego szefa Kryspina, w którego restauracji dorabiałam sobie w weekendy jako kelnerka.
Hubert, wtedy chłopak Ewki, aż złapał się za głowę, kiedy wyznałam, że nie tylko nie trzasnęłam Kryspina w gębę, ale nawet nie wydobyłam z siebie dźwięku, podczas gdy on miętosił moje piersi, jakby były dojrzałymi brzoskwiniami na targu.
Dysząc, spytał, jak bardzo, bardzo chcę podwyżkę od tatusia.
A ja, nie chcąc zrobić przykrości człowiekowi, który wyszedł z tak miłą propozycją, odpowiedziałam, że bardzo chcę. Wtedy puścił moje cycki i sięgnął do rozporka.
Cholera wie, jak by się to skończyło, gdyby do kanciapy Kryspina nagle nie wparowała Monika, druga kelnerka. Hubert nalegał, żebym zgłosiła oficjalną skargę przy jego biurku, ale odpuściłam.
Dlaczego? Bo nie chciałam urazić Kryspina! Przecież dawał mi za darmo specjalność Trattorii Kryspek, czyli ryżoto polędwiczne!
Po tym wszystkim obiecałam sobie, że zepnę poślady i wezmę się do nauki, bo nie chciałam, żeby Ewa miała mnie za bezdennie głupią trzpiotkę. Ale przez te osiemnaście lat zmieniło się jedynie to, że już nie muszę zaglądać do Google, żeby wiedzieć, czym są demencja, dyskryminacja, paradygmat, prokrastynacja czy egzegeza. Nadal jednak pozostałam naiwną i ufną pandą, choć Ewka, która po narodzinach córek bardzo złagodniała, określa mnie jako „do rany przyłóż”, zamiast wyzywać od głupoli bez instynktu samozachowawczego.
I całe szczęście, że jednocześnie zmieniło się tak niewiele. Z małej dwucentymetrowej rybki, której bijące serduszko widziałam na pierwszym USG, wyrosła mi piękna córka. Dałam jej na imię Liliana. Bastian był z nami całe długie trzy tygodnie po narodzinach małej, a potem jego obrażeni na życie rodzice wysłali go do stryja, podobno do jakiejś wiochy pod Krakowem. Ewka zrealizowała swój plan na życie, a Hubert rzucił pracę w inspekcji i siedem lat temu otworzył kameralną, uroczą wegetariańską restaurację. Do dzisiaj pracuję u niego jako kelnerka.
A teraz znowu siedziałam u Ewki, w jej jasnej przestronnej kuchni, w której Hubert pochylony nad garem gotował leczo, a ich młodsza córka, sześcioletnia Balbina, moja chrześnica, siedziała na podłodze w błękitnej sukni Elsy, którą dostała ode mnie na Gwiazdkę, aktualnie uświnionej czekoladą, i beczała, jakby ją ktoś ze skóry obdzierał.
– Strasnie nienawidzę Adyyy! To najgorsa starsa siostra w tym domu!
– Innej starszej siostry nie masz, kotku – powiedziała Ewa, a ja starałam się nie roześmiać.
– Zuciła we mnie cekoladą bez papierka!
– Mhm, i co było potem? – przycisnęła ją Ewka. Kąciki jej ust drżały co najmniej tak, jak moje.
– Zlizałam ją, ocywiście. Psesies sama powtazas, ze nigdy nie powinniśmy marnować jedzonka, bo to jest bardzo nieekologicne i skodzi nasej planecie. I zobac, mama, teraz mam taką straaasnąąą plamęęę! – Balbina pociągnęła nosem i nagle wbiła we mnie uważne spojrzenie swoich brązowych oczu. – Ciocia, cy ty w końcu psywiozłaś sobie konkretnego chłopa?
– Proszę? – Zakrztusiłam się kawą.
– No, tata tak powiedział psecies. Ze psydałby ci się konkretny chłop. To jak?
– Balbina, szoruj do łazienki umyć buzię i poproś siostrę, żeby chociaż sprała tę czekoladę pod kranem – rzucił Hubert, zaczerwieniony po czubki uszu.
Kiedy mała, tupiąc ze złością, wchodziła po schodach, Hubert wyznał szczerze.
– Przecież on do ciebie nie pasował, Natala. Intuicja nie dała ci tego do zrozumienia? Serio? Nie?
– Nie dała. Chociaż… – podrapałam się w podbródek – ostatnimi czasy rolę mojej intuicji chyba przejęła Lilka. Błagała mnie: „Mama, nie jedźmy tam, no proszę cię. Nikogo nie znamy, masa obcych ludzi, którzy poddadzą cię krytycznej ocenie, a tobie trudno zrozumieć, że ktoś na przykład może cię nie lubić. A jeśli ktoś z tej jego rodziny będzie złośliwy, niemiły? No taki kawał kutafona?”.
– Pozwalasz Lilce na używanie takich słów? To bardzo niewychowawcze. Dodałabym więcej, ale założę się, że gumowe ucho siedzi na schodach i podsłuchuje. – Ewka się zaśmiała.
– Wcale ze nieprawda! – Dobiegło nas z góry.
– No dobra, Lilka prosiła, żebyście nie jechały, a jednak… – Hubert siorbnął z łyżki.
– Olałam ją, jak dobrze wiecie.
– No, to kiedy go poznamy? Może po dwóch rozwodach i jednych zerwanych zaręczynach w końcu ułożysz sobie życie.
– Ekhm, chciałam zauważyć, że do zaręczyn nigdy nie doszło. Co prawda, miał dla mnie pierścionek i zamierzał glebnąć na kolana przy całej rodzinie tuż po tym, jak jedna z Janin wjechałaby z wielkim tortem urodzinowym dla babci, ale najwidoczniej coś go powstrzymało.
– Wiesz co? – Ewka spojrzała na mnie spod zmrużonych powiek. – A ja sądzę, że nie coś, ale coś. Rozumiesz?
– Mama, ja nie rozumiem, wytłumac! – krzyknęła Balbina ze schodów.
– Balbina, idź się pobawić do ogrodu! – huknęła Ewka.
– Ja też nie rozumiem – wyznałam i sięgnęłam po piękną fioletową śliwkę.
– Nie coś w nim, ale coś w tobie, coś, co kumulowało się przez całe dwa tygodnie, dążyło do tego, żeby wymiksować się po angielsku. I jak to nie była intuicja, to ja już nie wiem co.
– Nie, Ewa. Coś w nim. Odbyliśmy poważną rozmowę, i to już po tygodniu. – Zaśmiałam się.
– Zrobię kawę, bo zanosi się na dłuższe pogaduchy. Nic od ciebie po ludzku nie można wyciągnąć – westchnęła komicznie Ewka.
A ja się zamyśliłam. Czyżby Ewka się nie myliła? Czyżbym naprawdę robiła wszystko, żeby sprawy potoczyły się w kierunku, którego podświadomie pragnęłam? Czy Bóg przemówił ustami dziecka, wkładając te wszystkie ironiczne uwagi w usta mojej córki?
– Podaj mi śliwki, kochana – poprosiła Ewka.
Wyciągnęłam rękę przez stół, choć misa stała na środku i Ewka mogła sama po nią sięgnąć. Przysunęłam ją niemal pod nos przyjaciółki.
– Ha! Wciąż nie potrafisz odmawiać! – ucieszyła się, nie wiadomo dlaczego. – Powinnaś mi powiedzieć, żebym się bujała i sama ruszyła swój tłusty tyłek, ale nie, ty jesteś cały czas w gotowości, żeby spełniać życzenia innych. Naucz się w końcu mówić „nie”.
– Czepiasz się. Umiem…
– Nie umiesz, ale z ręką na sercu muszę przyznać, że chyba pierwszy raz w życiu wyszło ci to na dobre. No, to opowiadaj.
Hubert postawił przed nami miseczki z parującym leczo, a ja zaczęłam opowiadać.
1. Jak se Bastian bach!
Musicie coś zrozumieć. Dobra, może nie musicie, ale sądzę, że byłoby dobrze przedstawić wam „obraz sytuacji”, jak to Ewka mawia. Przecież mamy czas, prawda?
Nikt, oprócz Ewy i Huberta, nie wiedział, że jestem w ciąży. Brzuch miałam płaski jak naleśnik, tylko piersi powiększyły mi się odrobinę i zrobiły jakieś takie tkliwe. Moi rodzice, na co dzień spokojni, stateczni, zgodni i wyrozumiali ludzie, na wieść o ciąży ich jedynaczki – i to przed maturą – mogliby tę swoją wyrozumiałość stracić w okamgnieniu, więc postanowiłam, że zrzucę na nich bombę, jak już będzie za późno na podjęcie jakichkolwiek działań, do których, jak podejrzewałam, mogliby mnie namawiać.
Choć byłam smarkata i błąkałam się po świecie z głową w chmurach i sercem po brzegi wypełnionym marzeniami oraz miłością do Bastka, bardzo chciałam urodzić to dziecko. Na WF-ie ćwiczyłam normalnie i do końca roku szkolnego nosiłam obcisłe bluzki. Nikt nie zorientował się, że pączkuje we mnie życie. Brzuszek, bo tak nazywałam go w myślach, stał się dziwnie twardy, skóra zaczęła się napinać, więc głaskałam go czule i jak głupia surfowałam po necie, oglądając maciupeńkie ubranka, śpioszki, miękkie buciki.
Ewka wciąż cisnęła, żebym powiedziała Bastianowi, bo prędzej czy później i tak się dowie, a lepiej byłoby, gdyby wiedział przed rozwiązaniem. Chyba spodziewała się, że po porodzie pojawię się u niego z dzieckiem na ręku i paczką pieluch pod pachą, wcisnę noworodka jego otumanionym rodzicom, oznajmiając „Mówcie sobie »babciu« i »dziadku«”, a potem umaluję usta błyszczykiem i polecę na kolejną imprezę.
Miałam szczęście, bo złapałam go w przeddzień wyjazdu nad morze.
Usiedliśmy na ławce przed jego blokiem, był piękny wieczór, jak to zazwyczaj na początku lipca bywa. Osiedle wciąż gwarne, wyludniało się powoli. Spod bloków odjeżdżały co rusz samochody wyładowane pakunkami, na każdym dachu kolebały się rowery, ktoś ciągnął walizkę na kółkach, ktoś krzyczał: „Fuuuuck, paszport!”. Bastek zaś wybierał się z kumplami pod namiot, ale byłam wdzięczna, że z ferworu pakowania wyrwał dla mnie dziesięć minut.
– No, siema, siema – powitał mnie romantycznym okrzykiem. Prawdziwy książę! – Co tam, laska? Gdzieś jedziesz na wakacje? Coś teges czy nie? Bo wiesz, ja to do Łeby popylam. Zajebista miejscówka, imprezy, dyskoteki, dobra szama, taka sytuacja. Starzy sypnęli ostro groszem, to co se będę żałował. Ty to masz jakiś interes do mnie, nie? Nie wstydź się, dawaj. Po starej znajomości, laska. Epickie dymanko było wtedy, nie? Tak że ten. Jak coś, wal jak w dym ze wszystkim. Nie jestem taką łajzą, co to laskę przeleci, a potem się do niej nie odezwie.
Bogiem a prawdą… choć stosowniej byłoby rzec: „oszczaną umywalką a ścianą w damskim kiblu”, to po tamtej dyskotece Bastek powiedział mi może ze trzy razy „siema” i trzymał się na dystans. Nawet trochę popłakałam, kiedy Ewka doniosła mi, że widziała go na Piotrkowskiej z jedną dziewczyną z mat-fizu.
– Jestem z tobą w ciąży – wyznałam.
Czekałam na jego reakcję bardzo długo. Motylek usiadł na paluchu mojej prawej stopy, więc obserwowałam go z zainteresowaniem.
Bastian w tym czasie zamienił się w rzeźbę z granitu, bo siedział tak z rozdziawionymi ustami, aż z kącika pociekła mu strużka śliny.
– To niemożliwe. Nic po tobie nie widać – wydukał po pięciu albo nawet sześciu minutach. Raczej sześciu, bo specjalnie spoglądałam co chwilę na zegarek.
– No wiesz, seks bez zabezpieczenia nie zawsze kończy się plemiennym tańcem płodnych plonów przy ognisku – zacytowałam Ewkę, sama nie do końca rozumiejąc, co moja przyjaciółka miała na myśli, i dodałam: – To dwudziesty tydzień i mam lekko wypukły brzuch.
– Skąd wiesz, że to moje? A może ktoś cię posuwał w tym czasie i teraz chcesz mnie wrobić, co?
– Twoje. Z nikim innym nie spałam. Choć z tobą też nie, tak prawdę mówiąc. W sensie, że zrobiliśmy to na stojąco. – Podrapałam się w podbródek.
– O kurwa. – Bastek wstał z ławki, złapał się za głowę i zaczął krążyć po chodniku w tę i we w tę.
Milczałam, bo sama wydeptywałam podobne ścieżki po wykładzinie, kiedy zrozumiałam, jak bardzo spóźnia mi się okres.
– Nikomu ani słowa, laska. Kapujesz? Chcę zrobić badania, jak już urodzisz. Nie ma opcji, laska, żebyś zniszczyła mi życie. Kapujesz, nie?
– Kapuję – przytaknęłam, bo przecież nie chciałam niszczyć mu życia.
– Na kiedy masz termin?
– Na dwudziestego października.
– W ciul czasu. Dobra, spadam. Nic mi nie zepsuje tych wakacji. Ja jebię, co za nius… Muszę kupić prezerwatywy. – Znowu złapał się oburącz za głowę, jakby chciał ją sobie urwać. Może faktycznie chciał?
– Bastian? – Byłam rozżalona.
Nawet nie spytał, czy jestem pewna, że chcę urodzić. Nie powiedział, żebym się niczym nie martwiła, że weźmie na siebie część odpowiedzialności i razem jakoś podołamy temu wczesnemu rodzicielstwu. Że wspólnie ogłosimy radosną nowinę naszym rodzicom, a on, jako chłopak pretendujący wszak do miana prawdziwego mężczyzny, ochroni mnie własną piersią przed pogardliwymi uwagami i gromami, które miały posypać się na moją głowę. Chciałam mu to chyba powiedzieć, choć Ewka ostrzegała, że Bastek to buc i nie widzi nic poza czubkiem swojego fiuta.
– No, co jest, laska? Jakieś dodatkowe info? Trojaczki będą? – warknął na mnie.
– Baw się dobrze w Łebie. – Połknęłam swoje grzeczne, potulne, owcze łzy.
Nie odpowiedział. Odwrócił się na pięcie, a ja poszłam do domu.
Rodzice siedzieli, jak każdego wieczoru, na fotelach rozdzielonych niską ławą. Mama z podkurczonymi nogami jednym okiem filowała na telewizor, drugim na krzyżówkę. Tata na płachcie gazety rozkręcał małe radio kuchenne, które doskonale działało, ale mój ojciec nie lubił siedzieć bezczynnie, poza tym, jak sam przyznał kiedyś, dłubanie w tych wszystkich małych częściach i mechanizmach bardzo go relaksowało.
Uderzył mnie spokój tej sceny, normalność i rutyna ich wieczorów, świeży sernik w jeszcze ciepłej blaszce, stygnący na parapecie przy otwartym balkonie, ćma latająca pod żyrandolem, wzorek na bordowych zasłonkach. Uderzył mnie tak bardzo, że zamiast skręcić do swojego pokoju, żeby dać upust rozczarowaniu przy Niekochanej O.N.A., stanęłam w progu i wypaliłam jak z dwururki.
– Jestem w ciąży. To dziecko Bastiana Pruszkowskiego, termin pod koniec października. Czuję się dobrze, regularnie badam. Jutro mam kolejne USG.
Tata kichnął tak mocno, że zdmuchnął kawałek blaszki z gazety. Chlupnęła w maminym kubku z herbatą, a mama ścisnęła ołówek chyba z siłą lodołamacza, bo rysik przebił szesnaście kartek krzyżówki na wylot.
– Stasiu – zwróciła się do ojca, ale patrzyła na mnie jak na szybę, jakby w ogóle mnie nie widziała. – Bądź tak dobry i podgrzej Natalii chłodnik.
– Mamo…
– No co? Ciężarne muszą się zdrowo odżywiać. – Zamrugała, wciąż wbijając ołówek w krzyżówkę.
– Mamo, ale chłodnik je się na zimno. – Przełknęłam ślinę.
– W takim razie koniak! – Mama w tamtej chwili wyglądała jak Gollum śliniący się na myśl o soczystej rybce.
– Elżuniu, uspokój się. Natalia, weź sobie puf, usiądź. Musimy porozmawiać – poprosił tata.
Sam podszedł do barku i chlusnął mamie koniaku w kieliszek. Podziwiałam menisk wypukły, wyglądał jak złota soczewka. Obydwoje milczeli, pozwalając mi się wygadać, co było dość upokarzające w kwestii osikanej umywalki oraz Bastiana planującego kupienie prezerwatyw na wyjazd do Łeby. No, ale skoro już się tak otworzyłam, wymsknęło mi się to i owo o Kryspinie. Wyznałam, że w zamian za obłapianki miałam dostać podwyżkę, ale Ewka kazała mi rzucić pracę, więc od początku kwietnia rozwoziłam pizzę. O czym zapomniałam rodzicieli poinformować.
– Ja nie rozumiem. – Mama czknęła po trzech kieliszkach. – Nie rozumiem, jakim cudem córka nauczycielki i inżyniera budownictwa może być taka…
– Głupia? – podpowiedziałam potulnie.
– Głupio naiwna. Dlaczego doszło do tego wszystkiego? – Machnęła ręką w kierunku mojego brzucha. Koniak rozlał mi się po kolanach.
– Nie umiałam odmówić – wyznałam.
Właśnie do tego sprowadziło się wszystko: mam cudowną, mądrą córkę dlatego, że wtedy nie odmówiłam Bastianowi. Los może sobie z nas kpić, ale okazuje się, że nie zawsze chce dla nas źle. Rodzice przejęli nade mną całkowitą pieczę; siałam zgorszenie, chodząc do szkoły przez cały wrzesień, ale mój brzuch, okrągły jak piłka, nie wzbudzał pogardy, bo nie licząc Bastiana, właściwie cała moja klasa była bardzo wspierająca.
Od początku października trzy razy w tygodniu do domu przychodzili nauczyciele, żebym nie straciła za dużo, jeśli chodziło o przygotowania do matury. Liliana urodziła się trzynastego października, zdrowa i rozwrzeszczana. Moja mama ryczała jak bóbr, kiedy pierwszy raz wzięła na ręce tobołek z wnuczką i wyglądało na to, że tę głupią naiwność wybaczyła mi na dobre.
Wspomniałam, że Bastian był z nami jeszcze przez trzy tygodnie, tak? To może doprecyzuję: po Święcie Zmarłych nie wrócił już do szkoły, rodzice zadbali o jego dobre imię, dobrą przyszłość, dobre życie i w ogóle wszystko dobre i oddelegowali go do wujka mieszkającego w Wieliczce. I słuch o nim zaginął. Przynajmniej na kilka lat.
Ja zaś – dzięki katorżniczej pomocy Ewki, która uczyła się ze mną, a raczej mnie, do matury, przepytywała z materiału, kazała czytać nie tylko zaległe lektury, ale również klasykę prozy, oraz dzięki cierpliwości nauczycieli – zdałam maturę na piątkach, nie licząc trójki z matematyki. I na tym na dobre siedem lat poprzestałam, jeśli chodziło o moją edukację.
Liliana z rozkrzyczanego noworodka przepoczwarzyła się w rozgadanego przedszkolaka. Odziedziczyła po mnie miodowy kolor włosów i wielkie piwno-zielone oczy w kształcie migdałów. Na szczęście dobry los dał jej idealnie równe zęby – dobra, nie los, tylko geny Bastiana – bo ja przez całe życie bujałam się i bujam nadal z diastemą.
Alimenty na Lilkę dostawałam z funduszu alimentacyjnego, a kiedy mała została przyjęta do przedszkola, wróciłam do pracy. Zasuwałam na trzech etatach, żeby niczego jej nie brakowało, ale to doprowadziło do tego, że w domu byłam jedynie gościem. Byłam kelnerką, zatrudniłam się w firmie transportowej na pół etatu i jeździłam furgonetką, kiedy ktoś chciał przewieźć wersalkę czy telewizor, raz nawet trafił mi się pojemnik z wężem, a wieczorami zajmowałam się sprzedażą kosmetyków jako konsultantka Avonu.
Pamiętam, jak w dniu piątych urodzin Lilki mama przytuliła mnie ze wzruszeniem, nie bacząc na to, że przyciska do mojej kurtki tort, który dopiero co przyniosłam z cukierni, i powiedziała:
– Jestem taka dumna z ciebie! Tak się z ojcem baliśmy, że tego nie udźwigniesz, że będziesz zostawiać nam Lilkę na weekendy i prędzej czy później pójdziesz w tango. A powiem ci, Natka, że jesteś dla nas cudownym zaskoczeniem. Rozsądna, pracowita, Lilce nieba przychylasz. Nawet ja nie byłam dla ciebie tak dobrą i cierpliwą matką, jaką ty jesteś dla własnej córki.
– Lilka i tak więcej czasu spędza z wami niż ze mną.
– Nie musisz tyle pracować, przecież damy radę was utrzymać. Na emeryturę się nie wybieramy.
– Mamo, pamiętasz, co mi powiedziałaś przed porodem? Że muszę być odpowiedzialna, bo dziecko to nie zabawka i tak samo, jak zainteresowania i miłości, potrzebuje tych wszystkich przyziemnych spraw, takich jak jedzenie, ubrania, przytulanki, wygodne łóżeczko, bajki na dobranoc. Wzięłam to sobie do serca. Powiedziałaś mi: „Proszę, zaopiekuj się dobrze swoim dzieckiem”. Mogłam odmówić takiej prośbie? No, nie mogłam.
– Zrezygnuj z czegoś i już więcej nie martw się o pieniądze. Będę się starała o posadę w prywatnym liceum, a ojciec podpisał kontrakt. I będzie zarabiał naprawdę dużo. – Przycisnęła mnie do siebie serdecznie.
Dzisiaj trochę żałuję, że nie skorzystałam z pomysłu Balbiny i nie wylizałam kurtki z czekoladowego kremu. I pewnie żyłybyśmy sobie długo i szczęśliwie, gdyby tamtego wieczoru, kiedy napchana pączkami Lilka smacznie posapywała w swoim łóżeczku, a ja spijałam resztki szampana z rodzicami, do drzwi nie zapukał Bastian. Zapytał, czy może wejść, a ja przecież nie chciałam zrobić mu przykrości no i oczywiście nie umiałam mówić „nie”. Dlatego, lekko zestresowana, czknęłam w rękaw szampańskimi bąbelkami i otaksowałam go uważnym spojrzeniem.
Zmienił się, nie farbował już ciemnych włosów na blond i przede wszystkim nie stawiał ich na cukier. Modnie ostrzyżony, gładko ogolony z przyklejonym do twarzy uśmiechem amanta, opierał się niedbale o futrynę. W dłoni trzymał wściekle różowe pudełko z lalką Barbie w kostiumie divy, a ja nabrałam pewności, że Lilka posika się ze szczęścia, kiedy ją dostanie. Zatem Bastian zapytał, czy wpuszczę go do środka. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, mój spokojny tato przywalił mu z piąchy w przeponę. Ale to już zupełnie inna historia.
2. Jaśnie panujący mąż pierwszy
Rok, w którym Lilka poszła do szkoły, był dla nas obydwu wyjątkowy. Rozpoczęłam naukę w pomaturalnym studium turystyczno-hotelarskim i cieszyłam się jak dziecko. Nadal pracowałam jako kelnerka, chętnie zamieniałam się z koleżankami na weekendy, bo moi rodzice bez cienia protestu, za to z dużą i pieszczotliwą przyjemnością zajmowali się wtedy wnuczką. Dzięki temu mogłam dorobić do pensji. I wsiąknęłam na dobre w Avon. Miałam mnóstwo stałych klientek, lubiły mnie, częstowały zieloną herbatą i ciasteczkami owsianymi, kiedy przychodziłam z zamówionymi kosmetykami i nowym katalogiem.
Moi rodzice ustawili się finansowo. Nigdy nie pytałam, ile mama zarabia w tym prywatnym liceum, ale tata okazał się urodzonym przodownikiem pracy i jako inżynier budownictwa dyrygował pracami, które jego firma, jako podwykonawca, robiła dla holenderskiego inwestora, budując ogromny kompleks handlowy pod Łodzią. Kupili sobie niewielkie, ale funkcjonalne mieszkanie z dużym tarasem, a dla mnie i Lilki wyremontowali to, w którym mieszkałam z nimi od dzieciństwa. Zostałyśmy same, uszczęśliwione przestrzenią, zapachem świeżej farby, gładkością nowych mebli i papugą Jurkiem, na którą uparła się moja córka. Nie mogłam jej przecież odmówić, prawda?
Na weselu Ewki i Huberta poznałam jego dalekiego kuzyna Przemysława, którego Ewka z przekąsem nazywała Pierdzisławem.
– Jesteś wredna – wytknęłam jej wtedy, obserwując rzeczonego Pierdzi… tfu, Przemysława wywijającego na parkiecie.
Miał przyjemną, pospolitą twarz i absolutnie urocze dołeczki w policzkach. Rzekłabym nawet, że urzekające. Obtańcowywał mamę Ewki. Biedna, dreptała w miejscu, nie wiedząc, jak złapać wspólny rytm z szalonym tańcem Przemysława. Rzucała w naszym kierunku błagające o ratunek spojrzenie.
– Idę tam – postanowiłam.
– Zostań, głupia. Pierdzisław jest zdesperowanym kawalerem i jakbyś nie wiedziała, uparł się, że choćby skały srały gruzem, to dzisiaj znajdzie sobie idealną kandydatkę na żonę. Uwierz, nie chcesz wpaść w jego łapy. Nie musisz zbawiać wszystkich, to nie twoja misja.
– Ale ja z nim tylko zatańczę.
– Słuchaj. To desperat. Rodzice suszą mu głowę, żeby się ohajtał, założył rodzinę i znalazł jakąś sensowną pracę. Chodzi mi o to, że ma trzydzieści lat, a jest bardzo niestabilny. I do tego ma coś z jelitami, bo pierdzi nawet po herbacie, a to jest nie do wytrzymania.
– To było podłe – podsumowałam.
I nie byłabym sobą, gdybym nie wybawiła teściowej Huberta z opresji: po prostu zamieniłam się z nią miejscami, podrygując, podczas gdy Przemysław wił się wokół mnie, raz trącając łokciem, raz pośladkiem. Trwałam tak dobrą minutę w odorze przetrawionej sałatki jarzynowej, który raz za razem opuszczał jego odbyt, a następnie granatowe spodnie. Pomyślałam, bo czasami zdarza mi się myśleć, jakie to szczęście, że nie puszcza bąków tymi swoimi uroczymi dołeczkami, bo to byłoby zbyt przygnębiające.
Trzy miesiące później Przemysław wprowadził się do mnie, choć wcale mu tego nie proponowałam, a po długim weekendzie majowym stanęliśmy na ślubnym kobiercu, czyli przed stołem urzędnika i wzięliśmy cichy ślub cywilny. Ewa, która była moją świadkową, siedziała na wysokim krześle wyprostowana jak struna, a wyraz jej twarzy jasno sugerował, że jest blisko spokrewniona w rozwścieczonym gorylem. Czy próbowała wybić mi z mojego szurniętego mózgu pomysł zamążpójścia? No, zgadnijcie. Nawet w przeddzień ślubu, kiedy z dziwną zaciętością szarpała mnie za kudły – ona nazywała to czesaniem – w celu zebrania ich w śliczny koczek, warczała:
– Dlaczego? Dlaczego musiałaś przygarnąć tego fajtłapę? Twoja córka dostaje drgawek na jego widok, nie daje ci to do myślenia? Mam nadzieję, że masz zapas porządnych odświeżaczy powietrza, bo smrodu po Pierdzisławie nie pozbędziesz się tak szybko, i dobrze wiesz, że nie mówię teraz o jego bąkach.
– No, to o czym? – Przymknęłam powieki, bo Ewka tak mocno pociągnęła mnie za włosy, że czoło zjechało chyba na potylicę.
– W lutym rzucił kolejną posadę i od prawie kwartału jest na twoim garnuszku, a przypominam, że to w Lilkę miałaś inwestować, nie w kolesia, który szuka tylko ciepłego kąta, ciepłego cycka i wygodnego stolika, na którym mógłby oprzeć kopyta podczas oglądania meczu siatkówki. A jeśli powiem ci, że poprosił cię o rękę tylko po to, by starzy przestali mu ciosać kołki na łbie? Wiem od Huberta, bo matka Pierdzisława żaliła się mojej teściowej, a teściowa Hubertowi, że mają już powyżej kokardek utrzymywania trzydziestoletniego synalka, którego jedynym życiowym sukcesem było to, że udało mu się wyrwać ciebie na weselu.
– Jestem jego sukcesem? – ucieszyłam się, zupełnie głucha na to, co mówiła Ewka. – Łał, to takie miłe!
– Natalia, jak Boga noga, zaraz wbiję ci szczotkę w łeb! Posłuchajże mnie, kobieto! Ja rozumiem, tyle lat byłaś sama, że rzuciło ci się na waginę, ale akurat Pierdzisław jest najgorszym z możliwych kandydatów do administrowania nie tylko twoją cipką, ale również przyszłością. On nic nie osiągnął i nie osiągnie, spójrz prawdzie w oczy. Czy twoja intuicja nie podpowiedziała ci, żeby trzymać się od niego na odległość kija z azbestu?
– Nie – odparłam zgodnie z prawdą.
Kiedy w połowie stycznia Przemysław wyznał, że mnie kocha, i zapytał, czy zrobiłabym mu tę frajdę i wyszła za niego za mąż, mój wewnętrzny głos jak zwykle był cicho. Nie wydał nawet szmeru. Zagapiłam się na dołeczki Przemysława, podziwiając, jak długo udaje mu się wytrzymać w przyklęku bez odrętwienia nóg. Pomyślałam o Bastianie, który przed dwoma laty wrócił do Łodzi i choć starał się, jak mógł, żeby przekonać Lilkę, że jest jej ojcem i bardzo ją kocha, ożenił się ze swoją szefową, która właśnie spodziewała się dziecka. I powiedziałam „tak”.
– To dobry człowiek. Obiecał, że znajdzie porządną pracę, taką, która jest zgodna z jego ambicjami, i że mnie ani Lilce nie zabraknie niczego – broniłam Przemysława.
– Jego ambicje ograniczają się do ogołacania twojej lodówki z żarcia, ewentualnie do rządzenia pilotem. Natala, zrozum w końcu, że to nieuleczalny utracjusz! Szkoda, że nie pozwalasz mi być twoim głosem rozsądku, serio!
– W poradniku, który mi sama pożyczyłaś, jak byk stało, że należy być dobrym i czynić dobro, bo ono zawsze do nas wraca. – Podniosłam palec. – A ja wierzę, że każdy zasługuje na uśmiech od losu i ten… może ja jestem takim uśmiechem dla Przemka?
Nie byłam. Rozwiedliśmy się w listopadzie.
Pojęcia bladego nie miałam o tym, że Liliana za moimi plecami wydzwaniała do Ewki, zresztą swojej matki chrzestnej, i opowiadała ze szczegółami o wszystkim, co dzieje się w naszym domu. A działo się średnio. Przemysław, który naprawdę puszczał bąki po wszystkim, co wpadło w jego przewód pokarmowy, co prawda nie znalazł zatrudnienia, ale za to wziął na barki ciężar bycia głową rodziny. I kiedy ja wychodziłam do pracy, odprowadziwszy Lilkę do szkoły, on dłubał w nosie, zamawiał sobie pizzę i płacił forsą, którą zostawiałam na mikrofalówce, następnie dzwonił do mnie, dyktował listę zakupów, spokojnie grał w gry online na moim laptopie i pierdział, wydalając w przestrzeń pokoju smród sera i pepperoni.
Na przełomie czerwca i lipca, korzystając z dawnych znajomości, załatwiłam mu pracę w rodzinnej firmie transportowej, w której przed laty byłam kierowcą. Podziękował mi za troskę i zameldował się z prawem jazdy w siedzibie firmy. Nie wiedziałam, czym podpadł, ale po trzech tygodniach znowu był bezrobotny.
Kiedy wróciłam z pracy, styrana jak wół, zastałam dość osobliwy obrazek. Moi rodzice, przepięknie opaleni na czerwony brąz, dyskretnie wachlujący powietrze wokół swoich nosów, siedzieli obok siebie na sofie. Przemysław spływał z fotela z nogami wywalonymi na stoliczek kawowy, głośno siorbiąc coca colę, Liliana zaś bawiła się podłączoną do prądu wkrętarką, celując nią w swojego znienawidzonego ojczyma. Nasza popielata papuga żako, Jurek, przechadzała się po drążku, obserwując otoczenie oczkami czarnymi jak guziczki. W pokoju panowała ciężka cisza, pomijając warkot wkrętarki. Zauważyłam, że mój mąż nie zaproponował teściom nic do picia. A ja na śmierć zapomniałam, że…
– Czy wy nie mieliście wrócić jutro? – spytałam, żeby przerwać ciszę.
– Dzisiaj. Jest dwudziesty drugi – odparła lodowato mama i mogłam się założyć, że w głowie układa plan zamordowania Przemysława, którego nie znosiła od pierwszego wejrzenia, albo przynajmniej snuła marzenia o zatkaniu mu odbytu butelką po coca coli.
– Byś mi przyniosła lody, co? – Mój ślubny nawet na mnie nie spojrzał.
– Dlaczego nie jesteś w pracy? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
– Pójdę wstawić wodę na herbatę – wycedził tata, kiwając na mamę.
Poszli do kuchni, zostawiając nas samych. Lilka w końcu odłożyła wkrętarkę i uwiesiła się na mojej szyi. Jej włosy były sztywne od morskiej soli i pachniały smarem do kutrów. Obsypałam jej złocistą buźkę pocałunkami, na co Lilka wtuliła się mocniej i wyznała, że nauczyła Jurka nowego słowa. Jej głos brzmiał słodko i mściwie jednocześnie.
– Kiepsko płacili, rozumiesz. Przecież nie będę jeździł w tym upale za takie grosze. Poszukam czegoś lepszego, żeby moje księżniczki miały dobrze w życiu – oznajmił ospale i puścił bąka. – Sorry, że jestem zbyt ambitny i po prostu wiem, na co mnie stać. Nie jestem pierwszym lepszym bałwanem, mam studia. Kasjera w oszołomie ze mnie nie będzie, trzeba się cenić. Poza tym ci twoi znajomi jeżdżą gruchotami bez klasy, aż wstyd się w nich pokazać.
– Nie potrzeba limuzyn do lekkiego transportu – warknął z kuchni tata.
Liliana przysłuchiwała się monologowi Przemysława ze zmarszczonymi brwiami. Wsadziła palec do klatki i pogłaskała Jurka po skrzydełku, a następnie szybko zwiała do łazienki. Papuga przekrzywiła łebek, zrobiła dwa kroki w lewo i odezwała się do Pierdzisława.
– Kutas. Kutas.
Tydzień później Ewka zadzwoniła do mnie i tonem nieznoszącym sprzeciwu zażądała, żebym wieczorem wpadła do nich razem z Lilką, bo Hubert eksperymentuje z wegańskimi lodami, a wyszło mu tak dużo, że nie ma kto ich zjeść, i poza tym to ona musi mi coś zakomunikować.
– Masz – rzuciła z satysfakcją, kiedy już odkleiła ode mnie Adę i przekazała ją Hubertowi do kąpieli.
Lilka poszła z nimi do łazienki, bo uwielbiała obserwować takie rytuały.
– A to jest właśnie… – oznajmiłam, gapiąc się na kartki.
– Pozew rozwodowy. Wiesz, że byłam z twoją córką na łączach przez ostatni tydzień? Nie wiem, jakim cudem wychowałaś tak rezolutne i totalnie ogarnięte dziecko, skoro Bastek nie grzeszy inteligencją, a ty jesteś pozbawiona wszelakich instynktów, oprócz macierzyńskiego, ale akurat mówię o tych obronnych. Liliana chyba już na dobre straciła cierpliwość do Pierdzisława, bo prosiła mnie, żebym zrobiła wszystko, aby się od was wyprowadził. Pogadałam z Hubertem i teściami i w tej kwestii jesteśmy zgodni: musimy cię wyrwać z jego łap albo do końca życia będziesz dla niego niczym więcej jak tylko bankomatem, kucharką i przepustką do wygodnego życia. Wiesz, co mi Lilka przedwczoraj powiedziała? Że mama, czyli ty, nie zdaje sobie sprawy, jak wielką cipą jest jej mąż.
– Och, mnie też to martwi – wyznałam markotnie.
– Poważnie? – ucieszyła się Ewka, czując, że w końcu zaczęłam rozumieć powagę swojej sytuacji.
– Poważnie. Ma dopiero osiem lat, a bluzga jak robotnik po trzech piwach.
W oczach mojej przyjaciółki zaszkliły się łzy.
– Zaraz cię o coś poproszę, bo nie mogę zdzierżyć, że tak marnujesz sobie życie. To bardzo ważna prośba, Natala, i błagam, podejdź do niej poważnie, bo bardzo mi na tym zależy. Wiesz, że kocham cię jak siostrę, a Lilka jest dla mnie jak druga córka. I wiesz, że oddałabym ci nerkę, a po śmierci nawet wszystkie narządy, dlatego proszę cię, żebyś się rozwiodła z Pierdzisławem. Proszę, zrób to dla siebie, Lilki, dla mnie i mojego niespokojnego sumienia, bo jest wkurwione, odkąd Pierdzisław poprosił cię o rękę i wsunął na palec ten badziewny pozłacany pierścionek, skąpiradło zasrane! Natalia, zgodzisz się na złożenie pozwu w sądzie?
– Tak – odparłam, albowiem nie chciałam zawieść najlepszej przyjaciółki.
Jak widzicie, choć normalny człowiek zrobiłby wszystko, żeby zaginiony przed laty w akcji głos intuicji odnaleźć i błagać, by przemawiał głośno i wyraźnie, ja byłam wciąż głucha i naprawdę nie potrafiłam stwierdzić, co jest dla mnie złe, co dobre, czy decyzje, które podejmowałam samodzielne, bez wewnętrznego wsparcia mojej jaźni, były właściwe. Od tego miałam Ewkę i moją córkę, dwa głosy rozsądku przemawiające z zewnątrz.
Ewa wyściskała mnie serdecznie, a potem ryknęła na cały dom: „Zgodziła się!”. Nie omieszkała także poinformować o tym moich rodziców, dziękowała wylewnie mojemu ojcu za to, że zmusił mnie i Pierdzisława do podpisania intercyzy. W połowie listopada znowu zostałyśmy same, za to w wywietrzonym i pachnącym mieszkaniu. Jurek spacerował po drążku, powtarzał „Dobra mama, dobra mama”.
3. Zagubiony mąż drugi
Gutek był bardzo dobrym człowiekiem. I nie byłam w tej opinii odosobniona, bo zarówno moja rodzina, jak i Ewka z Hubertem głośno przyklaskiwali naszemu związkowi. Po rozwodzie z Pierdzisławem byłam bardzo skupiona na Lilce i sobie. Odebrałam upragniony dyplom i choć uwielbiałam pracę kelnerki, mogłam zacząć szukać pracy w zawodzie. Martwiło mnie jedynie to, że oprócz dobrej prezencji, gościnności, powściągliwości, wysokiej kultury osobistej – przy obcych nie bluzgałam! – i naprawdę dobrej znajomości języków obcych, których nauka od zawsze przychodziła mi łatwo, nie mam już nic do zaoferowania. Brakowało mi na przykład zdolności przywódczych i doskonałej organizacji własnej pracy.
W restauracji Matylda’s dinner, w której kelnerowałam, organizacja pracy opierała się na jasnych zasadach i nie zależała ode mnie. Podchodziłam do stolika, wręczałam gościom menu, rozpływałam się nad specjalnością dnia, proponowałam miętowe granity latem, rozgrzewające herbatki zimą, zostawiałam ich w spokoju, żeby wybrali coś z okazałej listy dań, po czym wracałam po zamówienie z darmową przystawką: koszyczkiem kilku maleńkich kromek żytniego chleba i smalcem w kamionkowym garnuszku wielkości mandarynki. A wszystko to robiłam z uśmiechem na ustach i nie zdarzył mi się klient, który nie zostawiłby mi napiwku. Jeden nawet wsunął pod paragon banknot pięćdziesięciozłotowy i karteczkę. Jego nieczytelną bazgraninę zdołałam odszyfrować dopiero w domu przy pomocy Lilki.
– Jeszcze słonie w derydżeń! – wykrzyknęło moje dziecko uradowane.
Stuknęłyśmy się kubkami pełnymi kakao z piankami, tak na amerykańską modłę.
Czymkolwiek „derydżeń” był, brzmiał świetnie, a słonie lubiłam od zawsze.
– Mama, tu jest chyba jeszcze numer telefonu – zauważyła rezolutnie Lilka.
– Myślisz? Przecież to same kreski i kółka. Wiesz co? Zrobię zdjęcie i wyślę cioci Ewie, ona jest weterynarzem i też wypisuje recepty nieczytelnie, na pewno to odczyta.
– Kreski – zaskrzeczał Jurek, który przysiadł w końcu na wysięgniku lampy podłogowej po dobrych trzech kwadransach latania po całym mieszkaniu.
W sumie to nie byłam pewna, czy powinnam go wypuszczać, bo nasrał kiedyś do garnka z pomidorówką.
– Jesteś słońcem w deszczowy dzień – poinformowała mnie Ewka trzy minuty później.
– Dziękuję, dawno nikt nie powiedział mi nic tak miłego – zdławiłam się ze wzruszenia i dodałam: – A ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką i bardzo cię kocham. To co było na tej karteczce?
– Boże, daj mi cierpliwość. I też cię kocham. No przecież mówię: Jesteś słońcem…
– Aaa, on tak napisał, już kumam! – przerwałam.
– Dobra, mów. Kim jest, jak wygląda, co robi – zażądała Ewka.
– Nie wiem. Dał mi dzisiaj duży napiwek i szczerze, nie pamiętam, jak wygląda. Było pełne obłożenie przy stolikach.
– Był sam czy z kimś? Jaki ma głos?
– A skąd mam wiedzieć?
– Jak składał zamówienie, to stukał paluchem w menu jak ostatni trep czy jednak je zwerbalizował?
– Zamówił sałatkę grecką i małą pizzę z grzybami i oliwą truflową, do tego wodę. – Podrapałam się w zamyśleniu w podbródek. – Miał bardzo ładne dłonie! Takie smukłe, zgrabne, trochę jak dłonie Ryana Reynoldsa.
– Jesteś nienormalna.
– I niski głos, lekko zgrzytliwy. – Podrapałam się znowu, bo wyczułam pod palcem bąbel po komarze.
– No, dalej, dalej – zachęcała Ewka.
– Czarna koszulka, sprane dżinsy, chyba. W sumie nie wiem, pod stół nie zaglądałam. Rzemyki na nadgarstkach obydwu rąk. Włosy miał! Takie jak Mike Patton na tym zdjęciu z petem w ustach, kojarzysz? Jakby mokre, zaczesane do tyłu. I małą bródkę! – krzyknęłam podekscytowana.
No, co jak co, ale pamięć miałam fotograficzną, nie?
– Podrywał cię.
– Mnie? No skąd.
– Nie pytam, twierdzę. Bądź mądra, Natala. Idę przeczytać Adzie bajkę na dobranoc.
Rozłączyła się. A Gustaw przychodził codziennie o tej samej porze, ale za każdym razem zamawiał coś innego, jakby szukał pretekstu, który nie byłby jedzeniem, żeby zjawiać się akurat w Matylda’s dinner wczesnym popołudniem, jakby wiedział, że przez cały tydzień pracuję na pierwszą zmianę. Oczywiście nie zadzwoniłam do niego, bo Ewka wysłała mi SMS, w którym błagała, żebym nie komplikowała sobie życia, bo drugiego Pierdzisława w naszym otoczeniu nie zdzierży.
W tamten wrześniowy piątek nie przyszedł, czym byłam chyba nawet rozczarowana. Parę minut po szesnastej upchnęłam do plecaka koszulkę i spódniczkę oraz najnowsze katalogi Avonu, po czym skierowałam się przez zaplecze do wyjścia. Poranny deszczyk, który nawet przyjemnie szumiał rano, zamienił się w konkretną ulewę, więc przez chwilę stałam pod daszkiem jak ostatnia sierota, gapiąc się na swoje stopy w płóciennych balerinkach. Tuż obok zmaterializowały się nagle czarne glany, wypastowane tak dokładnie, że deszcz ściekał po nich strużkami.
– Ojej, derydżeń! – błysnęłam inteligencją na widok Gustawa stojącego pod wielkim granatowym parasolem.
Uśmiechał się do mnie. Gustaw, nie parasol.
– Czekałem na ciebie, Natalia – powiedział po prostu.
– Skąd wiesz, jak mam imię?
– Bo nosisz plakietkę? – Przekrzywił głowę.
Cholera, on naprawdę był podobny do młodego Mike’a Pattona! Jak klon!
– Fakt. – Klepnęłam się w czoło kluczykami do samochodu. – Miło cię poznać…?
– Gustaw. – Wyciągnął dłoń. Okazała się bardziej szorstka, niż sobie to wyobrażałam.
– Ładnie – powiedziałam, choć wcale mi się nie podobało, bo to imię w ogóle do niego nie pasowało. Było staromodne, a on na wskroś modernistyczny, zbyt nonszalancki i hipsterski.
– Pójdziesz ze mną puszczać latawce na Rudzkiej Górze? Jutro? Ma być słonecznie i wietrznie, idealna pogoda.
– Obiecałam córce, że upieczemy razem bezę z kremem. Obawiam się katastrofy, bo beza nigdy mi nie wychodzi i właściwie wypływa z piekarnika – westchnęłam. – Poza tym…
– Jestem obcy, nic o mnie nie wiesz, nie pokazałem ci dowodu ani zaświadczenia o niekaralności. Jestem Gustaw Maciejewski, mam dwadzieścia dziewięć lat. Jestem muzykiem, gram na gitarze elektrycznej, ale w domu mam dwie akustyczne. Mam swój zespół, wydane demo i świeżo podpisany kontrakt z wytwórnią płytową. Nasz wokalista zajął drugie miejsce w talent show Śpiewam całkiem nieźle, oglądałaś? Nie jestem mordercą, nekrofilem, gwałcicielem ani agentem urzędu skarbowego, jeśli masz coś na sumieniu.
– Nie mam – odparłam szybko.
– Zrobimy tak: ty jutro zabierzesz córkę, a ja bezę i latawce.
Zgodziłam się.
Przeżyliśmy cudowne dwa lata i rok, który bezustannie zmierzał ku katastrofie. Dzisiaj mogę śmiało stwierdzić, że Gustaw był miłością mojego życia. Szkoda tylko, że zostawił mi dziurę w sercu. Dziesiąte urodziny Lilki spędziliśmy razem z moimi rodzicami, Ewką i Hubertem. Gutek ukradł mi córkę już tamtego wietrznego dnia, kiedy wręczył jej sznureczek latawca i nauczył, jak delikatnie nim sterować. Złapali kontakt natychmiast i wiecie co? Wtedy chyba po raz pierwszy usłyszałam wewnętrzny głos, który szeptał „O tak, to jest facet dla ciebie”. Rodzice odetchnęli z ulgą, Ewka odetchnęła z ulgą i nawet Jurek wyskrzeczał: „Dobrze, dobrze”. W święta Bożego Narodzenia Gutek poprosił mnie o rękę.
– Ale, wiesz, yyy… ja jestem po rozwodzie – bąknęłam, ale nie przeszkadzało mi to gapić się na misterny pierścionek z białego złota, delikatny jak pajęcza nić, ozdobiony diamentem wielkości łebka szpilki.
– Ale, wiesz, yyy… że cię kocham i chcę spędzić z wami życie? – Przekrzywił głowę, przyglądając mi się z nadzieją połyskującą w tych jego brązowych oczach Mike’a Pattona.
Jak wspomniałam, wszyscy polubili Gustawa z marszu. Bo jego po prostu nie dało się nie lubić. Odrabiał lekcje z Lilką, zabierał ją na latawce i nauczył pływać. Nieproszony zmywał po sobie, ładował brudy do pralki i łapał za odkurzacz. Do tego płacił czynsz i rachunek za Internet.
Po zakupy chodziliśmy całą trójką, co trwało godzinami, ale tak przyjemnie patrzyło mi się na tych dwoje, kiedy przymierzali maski na Halloween albo znikali mi z pola widzenia, bo Lilka zażyczyła sobie, żeby Gutek przewiózł ją w wózku na zakupy po całym sklepie. Nie pozwalał mi płacić, choć nasze cotygodniowe zakupy były tak obfite, że niemal same wyskakiwały z koszyka.
Złapałam pana Boga za nogi, jak zauważyła moja mama.
A ja? Za każdym razem, kiedy koniuszek języka Gutka badał przerwę między moimi jedynkami, czułam się ukojona, spełniona i przede wszystkim bardzo spokojna. Byłabym bezdennie głupia, gdybym odrzuciła jego oświadczyny, nie? A ja już miałam dość bycia głupią. Miałam dwadzieścia osiem lat, dziesięcioletnią córkę, ukończone studium, własne mieszkanie i stabilną pracę. Do tego w końcu dostałam piękny bonus od życia w postaci dobrego, wspierającego, kochającego mężczyzny.
– Wyjdę za ciebie – wyznałam.
Obydwie gitary Gustawa patrzyły na mnie z rogu pokoju, zza choinki. Były tu dobrze zadomowione.
Po raz drugi wzięłam ślub w urzędzie stanu cywilnego. W walentynki. Rodzice Gutka od razu mnie zaakceptowali i piali z zachwytu nad Lilką. Zresztą i ona szybko zaczęła mówić do nich „babciu” i „dziadku”.
Przyjęcie ślubne urządziliśmy w Matylda’s dinner. Było uroczo, nastrojowo. Matylda, moja dobra i serdeczna szefowa, pogoniła do pracy kucharzy; dzięki nim podjęliśmy skromne grono naszych gości niczym królów tego świata. Zamiast typowego tortu weselnego, na stole pojawiła się wielka kawowa beza z kremem, ustrojona fajerwerkami. Do dzisiaj zdarza mi się płakać, kiedy oglądam nasze ślubne zdjęcia.
Kiedy wszystko zaczęło się staczać po równi pochyłej? Kiedy żaba sama wlazła do garnka i zaczęła się gotować na wolnym ogniu, jak później wytłumaczył mi Hubert, kiedy ryczałam w jego objęciach i jednocześnie głaskałam Ewkę po ciężarnym brzuchu. Tylko że żaba nie gotowała się w wodzie, ale w alkoholu. W mojej rodzinie nie było alkoholików. Dobra, w najbliższej rodzinie. Choć wujo Wacek od strony mamy, kiedy wychylił kilka głębszych i zaprawił piwami, nie był skory do bitki czy wyzwisk; wręcz przeciwnie – na cały regulator włączał disco polo i gibał się w takt muzyki na balkonie rozebrany do gaci. Zimą też. Dlatego kiedy po którymś z koncertów Gutek wrócił zaczerwieniony, ale uśmiechnięty od ucha do ucha, z niepokojąco błyszczącymi oczami, nie powiedziałam nic.
Ot, facet poszedł z kumplami z zespołu na piwo. Normalka, przecież tak robią faceci. Spotykają się w pubach, piją, palą, zamawiają dobrze zmrożone zero siedem na czterech, taksują laski podchmielonymi spojrzeniami, oglądają Ligę Mistrzów, rozprawiają o samochodach, cipkach swoich kochanek, pornolach, wrednych żonach, obrażonych dziewczynach. Tak robią, prawda? Mają swój mentalny odpowiednik męskiej jaskini.
Zresztą Gutek nawet po kilku piwach nadal był tym uroczym facetem, który czekał wtedy na mnie z parasolem. Tulił się do mnie, zapewniał o miłości, planował wyjście na zakupy. Trudno się dziwić, że w mojej głowie nie zawyła żadna syrena alarmowa? Ewentualnie tak zwana intuicja nie dała mi znać, że zaczyna dziać się coś naprawdę niedobrego? Gotująca się żaba zdaje sobie sprawę z tego, że jest ugotowana, kiedy jest już za późno.
Z każdego koncertu wracał w coraz gorszym stanie, więc prosiłam Lilkę, żeby nie wychodziła z pokoju; zanosiłam jej kakao, rogaliki z dżemem i stosik książek. Nie chciałam, żeby oglądała go chwiejącego się na nogach, mamroczącego pod nosem albo co gorsza zgiętego nad miską klozetową i obrzygującego sobie ręce, włosy i płytki dookoła kibla. Pękało mi serce.
Żadne z nas – ja, Ewka, Hubert, moi rodzice i rodzice Gutka – nie miało zielonego pojęcia, jak postępować z kimś, kto wydaje się uzależniony od alkoholu, więc zrobiliśmy to, co mogliśmy najgorszego: nie przeszkadzaliśmy mu w piciu. Zmieniałam obsikane prześcieradła, po zakupy zaczęłam chodzić sama, pilnowałam, żeby Gutek zawsze miał pod ręką sok pomidorowy i suplementy łagodzące skutki kaca.
Wszystkim nam wydawało się, że to jego picie to tylko stan przejściowy. Przecież przez dwa lata po ślubie pozwalał sobie co najwyżej na pół szklaneczki bourbona od wielkiego dzwonu, nie piliśmy nawet szampana w sylwestrową noc. Weekendowe upojenia szybko zamieniły się w codzienne popijanie. Bywało, że Gustaw tracił kontakt z rzeczywistością, ale zdarzało się, że był na tyle trzeźwy, że kładł mi głowę na kolanach, prosił, żebym go głaskała, i łkał:
– Przepraszam… przepraszam, że was niszczę.
– Poradzimy sobie z tym. – Całowałam go w skronie.
Kiedy zaczęłam surfować po necie i czytać o etapach choroby alkoholowej, o metodach postępowania z alkoholikiem, o konieczności utwardzenia serca, wyciszenia emocji i bycia bezlitosną, żeby mu pomóc, żaba rozgotowała się na dobre. Nie zostały po niej nawet kości.
Myślę, że Gutek nas kochał. Nie, na sto procent. Kochał nas tak bardzo, że któregoś dnia, kiedy wróciłam z pracy, zastałam Lilkę wtuloną w niego w przedpokoju. Zanosiła się łzami, nie mogłam jej od niego oderwać. Tulili się do siebie jak osierocone zwierzaki. Zobaczyłam obydwie gitary w futerałach i jego walizkę. Zrozumiałam wszystko. Kiedy uklęknęłam, przytulił mnie z całej siły. Pachniał pastą do zębów.
– Nie musi tak być. Możesz iść na odwyk, poczekam na ciebie, pomogę… Kocham cię – ryczałam, zaciskając pięści na jego kurtce. – Jesteś dobrym człowiekiem, słyszysz? Po prostu się pogubiłeś.
Rozwiedliśmy się w dniu, w którym Ewa wydała na świat Balbinę. Gutek do sądu przyszedł trzeźwy, ale tak roztelepany, jakby zamiast kości miał pod skórą ledwo stężałą galaretkę. Płakaliśmy obydwoje. Kiedy wsiadłam do samochodu, w którym czekali na mnie rodzice z Lilką, Gutek skręcił do monopolowego. Od tamtej chwili ani razu nie miałam z nim kontaktu.
4. Kamil nie lubił pietruszki
– To niemożliwe. – Kamil odłożył sztućce i otarł usta serwetką. Odruchowo zaczesał płową blond grzywę na bok, spojrzał na mnie ciepło i przykrył moją dłoń swoją.
Siedzieliśmy u mnie w kuchni, przy małym stoliczku, który kupiłam raptem dzień wcześniej, i wciąż cieszyłam się z niego jak dziecko. Lilka pojechała do Bastiana na weekend, by spędzić trochę regulaminowego czasu z ojcem i przywieźć kilka ciepłych stówek, które Bastian wręczał jej w ramach rekompensaty za wieloletnią nieobecność w jej życiu. Dobre i tyle, nie?
– Dlaczego? – Wysunęłam dłoń i sięgnęłam po szklankę z wodą.
– Alkoholicy nie są szlachetni. To kłamcy, egoiści, egocentrycy, do tego wyspecjalizowani w manipulowaniu innymi. Zrobią wszystko, żeby dostać to, czego pragną. A pragną zazwyczaj nieprzeszkadzania w piciu, opieki i podsuwania im żarcia pod nos. Oczywiście nigdy ci tego nie powiedzą, ale właśnie na tym polega manipulacja. – Zrobił tę swoją minę wszechwiedzącego. – Tak na marginesie, nigdy nie jadłem lepszego risotto.
– Z polędwicą – odparłam roztargniona – i duszone na maśle, z szalotką, nie zwykłą cebulą. Tylko że Gutek wykazał się szlachetnością. A wiesz dlaczego? Bo naprawdę nas kochał.
– Nie kochał. Alkoholik wyprogramował z siebie miłość do ludzi w chwili, w której zbratał się z butelką.
– Zrobił to pod wpływem Lilki – wyznałam w końcu. – Odszedł, bo ona go o to poprosiła.
– Żartujesz? – Kamil wybałuszył na mnie te swoje szarozielone oczy okolone jasnymi rzęsami.
– Nie.
– Jakim cudem dwunastolatka mogła przemówić pijakowi do rozumu?
Też nie wiedziałam. Zbyt długo przeżywałam wyprowadzkę Gutka i nasz cichy, smutny rozwód. Lilka z wygadanej dziewczynki przeistoczyła się w milczącą i zgryźliwą nastolatkę, ale rozumiałam, że to był jej sposób na przeżycie żałoby po Gustawie. Mało rozmawiałyśmy, choć nie oznaczało to, że nie podejmowałam prób. Po prostu zbywała mnie krótkimi „tak”, „nie”, „dobrze”, „w porządku”. Trwała w takim stuporze bardzo długo.
Zaprzyjaźniona pani psycholog, której podawałam posiłki w wegetariańskiej restauracji Huberta – po tym, jak moja poprzednia szefowa Matylda zmarła na zawał, a lokal przeszedł w ręce miasta – powiedziała mi, że Lilka nie dość, że dojrzewa, więc ma prawo być dzika, niestabilna hormonalnie, ma prawo mieć burzę w głowie i zachowywać się inaczej, to jeszcze musi na dobre dojść do siebie po stracie przyszywanego ojca.
Dlatego o tym, co Liliana zrobiła, dowiedziałam się dopiero dwa lata temu, pewnego czerwcowego wieczoru w przeddzień zakończenia roku szkolnego. Wróciłam właśnie od klientek z miłym plikiem banknotów w torebce i zapakowanym w papier sporym kawałkiem ciasta z truskawkami domowej roboty. W plecaku miałam odłożone dla nas kremy z filtrem UVA, bronzer i wodę jaśminową dla Lilki. Odłożyłam przez rok tyle forsy, że w końcu mogłam zabrać córkę na prawdziwe wakacje – niespodziankę w Grecji. Miałam też cichą nadzieję, że ten wyjazd znowu nas zbliży.
I wyobraźcie sobie, jak bardzo byłam zdziwiona, kiedy moje dziecko czekało na mnie już w progu z dwoma słoiczkami pełnymi lodowatego kakao i kostek lodu.
– Chyba już dojrzałam – powiedziała po prostu.
Zbaraniałam.
– Przecież pierwszą miesiączkę dostałaś pięć lat temu.
– Oj, mamo, dojrzałam do tego, żeby ci wszystko wyjaśnić. – Odstawiła słoiczki na komodę i przytuliła mnie mocno.
Była taka koścista! I taka miła w dotyku, nasycona zapachami naszego domu; czekoladą, truskawkami, jaśminowym płynem do podłóg.
Poszłyśmy na balkon z kakao i ciastem. Rozłożyłam je na papierze, skubałyśmy palcami kruszonkę.
– Coś mnie gryzło – wyznała po dłużej chwili. – Ale dzisiaj już muszę ci powiedzieć, bo przed auchanem wpadłam na mamę Gutka. Pamiętasz, jaka zawsze była dla nas dobra i uczynna? Okrąglutka, kochana przyszywana babcia. Teraz wygląda jak śmierć na chorągwi. Po rozwodzie Gutek zamieszkał z nimi, znaczy ze swoimi rodzicami. Pił coraz więcej, rzucił zespół, nie pracował. Podkradał ojcu kasę. Raz miał taką trzęsawkę, że musieli wezwać pogotowie i sanitariusz pierwsze, co zrobił, to wlał w niego setkę wódki. Gutek zaczął mieć alkoholowe deliry, urojenia, wiesz, te sprawy. Babcia płakała, kiedy mi o tym opowiadała. Bo Gutek powynosił z domu srebra po babci, rodzinne pamiątki, naprawdę wartościowe. Posunął się nawet do kradzieży mikrofalówki, opchnął ją za dwie flaszki. Babcia powiedziała, że miała już takie chwile, że życzyła mu, żeby spokojnie umarł we śnie, bo nie mogła patrzeć, jak jej syn się męczy.
– Boże… – przełknęłam ślinę.
– Zgotował im piekło na ziemi. Bezsenne noce, stres, zszargane nerwy, epizody depresyjne. Choć babcia cały czas jest na lekach, dziadkowi szwankuje serce. Z kochanego jedynaka Gucio przepoczwarzył się w takiego agresora, że jego rodzice na noc zastawiali drzwi do sypialni komodą. Chore, co? Mamo, posłuchaj teraz. Tylko zachowaj spokój. To ja go poprosiłam, żeby się wyprowadził i już nie wracał. Trafiłam na jego lepszy dzień, kiedy był w miarę trzeźwy. Błagałam go ze łzami w oczach, żeby się spakował, wyszedł, nie oglądał za siebie i złożył pozew o rozwód. I nie, to nie była jedna rozmowa. Cisnęłam go codziennie prawie przez miesiąc, dopóki się nie zgodził. – Lilka złapała mnie za rękę.
Nie chciała puścić. Trzymała w mocnym uścisku, jakby się bała, że zaraz wybiegnę z mieszkania w celu rzucenia się pod tramwaj. Albo pod koła roweru chociaż.
– Ale przecież ty go kochałaś. Jak ja – zwiesiłam głowę. Truskawka utknęła mi w przełyku.
– Kochałam. Uwielbiałam przez pierwsze dwa lata. A potem w twoich oczach pojawiło się niedowierzanie jak u dziecka w piaskownicy, któremu inny bachor świsnął ulubioną łopatkę. Myślisz, że nie słyszałam, jak dzień w dzień zamykałaś się w łazience i płakałaś, podczas gdy Gutek chrapał pijany na kanapie? Tak, kochałam go. Ale jeszcze bardziej kochałam i kocham ciebie. Wiedziałam, że nie masz siły, żeby to zakończyć, więc zrobiłam to ja. Ale uwierz, coś we mnie pękło, kiedy się zgodził. Bo chciałam tego i nie chciałam.
– Skąd wiedziałaś, że będzie z nim tylko gorzej? Byłaś tylko dzieckiem!
– Po prostu. To chyba intuicja, nie?
– Nie wiem, ja jej nie mam. – Bezmyślnie zamieszałam palcem w słoiczku. Lód już się rozpuścił.
– Każdy ma. Musisz tylko zechcieć ją usłyszeć.