Życie zaczyna się jutro - Czmochowska Magdalena - ebook + książka
BESTSELLER

Życie zaczyna się jutro ebook

Czmochowska Magdalena

4,6

Opis

„Mocna. Poruszająca. Prawdziwa. Inspirująca opowieść o sile uczucia, które może zaskoczyć cię w najmniej oczekiwanym momencie.”

 

Wiktor Krajewski

 

 

Od nagłej śmierci ukochanego męża Oliwia udaje, że żyje, choć tak naprawdę wegetuje, pogrążona w depresji. Od miesięcy nie opuszcza swojego zabałaganionego mieszkania, a dom, zamiast azylem, staje się więzieniem.

 

Jej samotność przerywają jedynie telefony od rodziny, przyjaciółka Gabrysia i tajemniczy sąsiad Mikołaj, z którym Oliwia widuje się tylko przez mleczną szybę oddzielającą ich balkony.

 

Czy z ich pomocą uda jej się wrócić do świata? I czy ma do czego wracać, kiedy wszystko wskazuje na to, że wyczerpała już limit swojego szczęścia?

 

To książka o samotności i depresji, ale przede wszystkim o tym, że w każdej sytuacji można odnaleźć nadzieję na lepsze jutro.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 535

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (91 ocen)
66
17
5
3
0
Sortuj według:
2323aga

Dobrze spędzony czas

Trudny temat, a więc książka też trudna. Poruszająca i wymagająca przemyślenia.
00
Monia7291
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Pierwsze co pomyślałam po przeczytaniu książki to “Smutne, ale prawdziwe”😢 Ta książka jest bardzo prawdziwa i bardzo łatwo nam się utożsamić z bohaterami, bo są tacy zwykli, jak w każdej rodzinie. Nie ma tu wyidealizowanych fit modelek i modeli z wybiegu. Za to już plus.😉 Temat depresja, ciężki i trudny, ale prawdziwy i warto o tym mówić głośno, żeby zdążyć z pomocą zanim stanie się tragedia.🙂 Bardzo dużo emocji jest w tej książce, tematy są trudne, ale wszystko jest napisane we wspaniały sposób z poczuciem humoru i dystansem. Płakałam😭 się i śmiałam z główną bohaterką.🤣 Książka pokazuje nam, że po każdej burzy wyjdzie słońce🌞, że każdy ma szanse na miłość.❤ Taka refleksja po książce, że czas pędzi nieubłagalnie i nie możemy go już cofnąć⏳️. Stracone szanse nie wrócą. Więc żyjmy, kochajmy, tak po prostu. Przede wszystkim SIEBIE, partnera, rodzinę, przyjaciół.😊❤😘 No i zazdroszczę takiego wspaniałego sąsiada jak miała Oliwia 😉 Polecam z całego ❤
00
Wiola128

Nie oderwiesz się od lektury

świetna
00
magtyr

Nie oderwiesz się od lektury

Gorąco polecam. Książka o depresji, ale z doskonałym ironicznym poczuciem humoru. Autorka świetnie poprowadziła fabułę, bohaterowie nietuzinkowi. Książkę czyta się szybko, mimo trudnego tematu jest ona ciekawa, interesująca, z elementami humoru i dużą dawką nadziei, że życie zaczyna się jutro
00
sasanka45

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna ksiazka, polecam serdecznie
00

Popularność




Au­tor: Mag­da­le­na Czmo­chow­ska

Re­dak­cja: Olga Gor­czy­ca-Po­pław­ska

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ar­tur Kru­to­wicz

Skład: Iza­be­la Kru­źlak

Zdjęcie na okład­ce: © Lee Avi­son / Tre­vil­lion Ima­ges

Re­dak­tor pro­wa­dząca: Na­ta­lia Ostap­ko­wicz

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Kie­row­nik re­dak­cji: Agniesz­ka Gó­rec­ka

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Czmo­chow­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta ksi­ążka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bie­ństwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zma­rłych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej ksi­ążce są two­rem wy­obra­źni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­cząco prze­two­rzo­ne pod kątem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej ksi­ążki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2021

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-800-3

Kon­wer­sja do eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­bło­ński

NIECH SIĘ STA­NIE

Je­sień, chy­ba

Plan na dzi­siaj: pó­jść na cmen­tarz do go­ścia od ta­bli­czek, za­bić się, spi­ło­wać pa­znok­cie, roz­mro­zić lo­dów­kę, za­dzwo­nić do mamy.

Nie, jed­nak nie je­sień. Zmy­lił mnie (zno­wu, jak co dzień) ka­len­darz, na któ­rym od dwóch lat jest pa­ździer­nik. Wisi so­bie toto na ścia­nie na­prze­ciw­ko łó­żka. Gapi się na mnie sło­dziuch­nym zdjęciem, wa­li­zecz­ką taką sta­ro­mod­ną z klam­ra­mi i pa­sa­mi, z mi­siem plu­szo­wym i bu­kie­ci­kiem róż. To ka­len­darz z dwa ty­si­ące szes­na­ste­go za­ku­pio­ny tuż po No­wym Roku, kie­dy prze­cho­dzi­łam krót­ką fa­scy­na­cję wszyst­kim, co jest re­tro i vin­ta­ge. Zresz­tą do tej pory nie wiem, czy po­win­no się mó­wić „win­ty­dż” czy „win­taż”. Zresz­tą – po­wiedz­my so­bie uczci­wie – nie jest to moim naj­wi­ęk­szym pro­ble­mem. Niech za­tem będzie: cho­ler­na kart­ka z ka­len­da­rza win­ty­dż, tego sprzed dwóch lat, co­dzien­nie rano usi­łu­je mi wmó­wić, że jest pa­ździer­nik. A kon­kret­nie dwu­dzie­sty siód­my. Kie­dyś zro­bi­łam wo­kół tej dwu­dziest­ki sió­dem­ki au­re­ol­kę bro­ka­to­wym la­kie­rem do pa­znok­ci. Ser­dusz­ko. Cza­sa­mi od­bi­ja się od nie­go sło­ńce, kie­dy wie­czo­rem za bar­dzo się „za­czy­tam” (czy­li na­żło­pię ama­re­ny) i za­pom­nę o za­su­ni­ęciu ro­let.

Hmm, spójrz­my w te­le­fon. Przy­naj­mniej on nie kła­mie. Tak jak my­śla­łam! Dwu­dzie­sty szó­sty lu­te­go, po­nie­dzia­łek, go­dzi­na trzy­na­sta osiem. Mój te­le­fon sub­tel­nie su­ge­ru­je, że po­win­nam zo­stać w domu, bo tem­pe­ra­tu­ra spa­dła dzie­wi­ęć stop­ni po­ni­żej zera. Wol­ne żar­ty! Mróz? W lu­tym? Do­bra, prze­cież i tak ni­g­dzie się nie wy­bie­ram. Po co te ner­wy?

– Ni­g­dzie nie idę. Na­wet gdy­by się oka­za­ło, że wy­gra­łam ku­mu­la­cję, nie idę. Nie i ba­sta! – mó­wię do su­fi­tu.

Je­stem sama, więc wol­no mi ga­dać do sie­bie gło­śno i do­bit­nie. Mogę ak­cen­to­wać sło­wa, prze­ci­ąga­jąc spó­łgło­ski, jak­bym eks­pe­ry­men­to­wa­ła z ak­cen­tem w ka­żdym języ­ku świa­ta. Mogę, żeby było we­se­lej, na­wet la­tać cały dzień nago albo wy­sma­ro­wać się mio­dem i ta­rzać po dy­wa­nie, kie­dy naj­dzie mnie ta­kie wi­dzi­mi­się.

Za­miast tego wsta­ję. Z trzy­na­stej osiem zro­bi­ła się trzy­na­sta trzy­dzie­ści. Tak, ru­sze­nie się z łó­żka było bar­dzo, bar­dzo do­brym po­my­słem. Moja po­ściel śmier­dzi bez­dom­nym i jego mo­krym psem. Jest prze­po­co­na, pe­łna okrusz­ków. Na środ­ku ko­łdry wy­kwi­tła pla­ma z czer­wo­ne­go wina. Nie, nie będę ściem­niać, to nie było wino, tyl­ko ama­re­na, ta za czte­ry sze­śćdzie­si­ąt z Bie­dron­ki. Jak się za­tka nos i uda, że to Mon­te Ca­scas Gran­de Re­se­rva Do­uro o cu­dow­nym aro­ma­cie ciem­nych owo­ców, mo­żna pić. Ama­re­na ma tę prze­wa­gę nad xa­na­xem, że robi mi się po niej dość we­so­ło.

No nic, w ka­żdym ra­zie pla­ma na ko­łdrze. We­dle mo­ich ob­li­czeń po­wsta­ła chy­ba w li­sto­pa­dzie czy ja­koś tak. A to ozna­cza, że nie zmie­nia­łam po­sze­wek od po­nad trzech mie­si­ęcy. Nie szko­dzi, zro­bię to pó­źniej. Po pro­stu do­pi­szę do li­sty rze­czy do zro­bie­nia.

Plan na dzi­siaj: pó­jść na cmen­tarz do go­ścia od ta­bli­czek, za­bić się, spi­ło­wać pa­znok­cie, roz­mro­zić lo­dów­kę, za­dzwo­nić do mamy. I zmie­nić po­ściel.

Może po­win­nam zmie­nić ko­lej­no­ść. Trud­no by­ło­by zro­bić to wszyst­ko, będąc już nie­ży­wą…

Je­sień, chy­ba. Wrrr­róć! Wiem, jest luty, a kon­kret­nie dwu­dzie­sty siód­my!

Plan na dzi­siaj: pó­jść na cmen­tarz do go­ścia od ta­bli­czek, za­bić się, spi­ło­wać pa­znok­cie, roz­mro­zić lo­dów­kę, za­dzwo­nić do mamy. I zmie­nić po­ściel.

Naj­pierw jed­nak zro­bię co­dzien­ny ob­chód po miesz­ka­niu. To je­den z ele­men­tów sa­mo­bi­czo­wa­nia, któ­ry nie­szcze­gól­nie ko­cham, a jed­nak nie po­tra­fię go wy­kre­ślić z ży­cia. Jak i in­nych, mniej­szych i wi­ęk­szych pa­ra­noi. Może kie­dyś, na pew­no nie dzi­siaj.

Idę do kuch­ni, bo to je­dy­ne miej­sce, któ­re lu­bię. Pew­nie dla­te­go, że wszyst­ko tam lśni no­wo­ścią. Tak się mówi, choć w moim przy­pad­ku to bar­dzo po­wa­żne nad­uży­cie. Nic nie lśni, nie oszu­kuj­my się. Za to cuch­nie skwa­śnia­łym mle­kiem. Na imi­tu­jących drew­no płyt­kach, o któ­re tak się wy­kłó­ca­łam z Łu­ka­szem, są pla­my. Jed­na po wy­żej wspo­mnia­nym mle­ku, któ­re ja­koś tak wy­smyk­nęło mi się z rąk (uwa­ga, by­łam po spo­ży­ciu ama­re­ny!) i roz­la­ło po ca­łej podło­dze, dru­ga po ka­wie (aaaaa, no ja­sne, prze­cież mle­ko mia­ło być do kawy), trze­cia, kon­kret­nie ta za­schni­ęta w zbrązo­wia­łą sko­rup­kę, po prze­cie­rze po­mi­do­ro­wym wła­snej ro­bo­ty. Nie bar­dzo ko­ja­rzę, co mia­łam z nim zro­bić. No trud­no. Nie mu­szę pa­mi­ętać o wszyst­kim, nie?

Ogar­niam przy­mglo­nym wzro­kiem śla­dy mo­jej obec­no­ści. Słod­ka brzo­skwi­nio, jaki syf! To już nie jest kwe­stia plam na pi­ęk­nych płyt­kach imi­tu­jących drew­no, naj­gor­sze, że ucier­pia­ły moje hek­sa­go­ny! Jak? Kie­dy? Od­cień deep blue sea, bo tak był opi­sa­ny w ka­ta­lo­gu. Naj­pi­ęk­niej­szy głębo­ki gra­nat z po­ły­skiem! Ak­tu­al­nie skry­ty pod za­cie­ka­mi żó­łte­go tłusz­czu. Przy­po­mi­nam so­bie, że w ze­szłym ty­go­dniu ro­bi­łam cur­ry z kur­cza­kiem i ka­la­fio­rem. Sło­necz­ne i tłu­ściut­kie per­fek­cyj­ne da­nie na se­ans kom­pul­syw­ne­go obże­ra­nia się. Ron­del po­kry­ty za­schni­ętym tłusz­czem i wy­su­szo­ny­mi zia­ren­ka­mi ryżu stoi prze­krzy­wio­ny na ku­chen­ce no­szącej śla­dy spa­le­ni­zny.

– Dwie­ście ro­bo­czo­go­dzin szo­ro­wa­nia – mru­czę pod no­sem.

Moja kuch­nia była kie­dyś taka ste­ryl­na. Ide­al­nie bia­łe me­ble i bla­ty, lśni­ący bia­ły zlew ze zło­ci­stą in­du­strial­ną ar­ma­tu­rą, drew­nia­ne ga­łki sza­fek, ta­kże w kszta­łcie hek­sa­go­nów, żeby ko­re­spon­do­wa­ły z płyt­ka­mi na ścia­nie. I pó­łki, na któ­rych eks­po­no­wa­łam pi­ęk­ne mi­ski, kub­ki, ta­le­rze, mo­ździe­rze. Mi­ędzy ku­chen­ką a zle­wem wisi przy­bor­nik, te­raz nie­co zde­kom­ple­to­wa­ny. W zle­wie… chy­ba za­raz pusz­czę pa­wia… w zle­wie mia­no­wi­cie, na ster­cie mi­se­czek i lep­kich szkla­nek po ama­re­nie (jesz­cze nie upa­dłam tak ni­sko, nie żło­pię z gwin­ta), leży reszt­ka kur­cza­ka, kon­kret­nie udka, z nie­wia­do­mych przy­czyn su­ro­we­go. Na udku, śmier­dzącym jak po­chwa sta­rej pro­sty­tut­ki (co nie zna­czy, że kie­dy­kol­wiek taką wącha­łam), wije się ro­bak. Mała pulch­na gli­sta.

Mu­szę stąd wy­jść. Do­pi­sać ko­lej­ny punkt do li­sty.

Plan na dzi­siaj: pó­jść na cmen­tarz do go­ścia od ta­bli­czek, za­bić się, spi­ło­wać pa­znok­cie, roz­mro­zić lo­dów­kę, za­dzwo­nić do mamy. I zmie­nić po­ściel. Po­sprzątać kuch­nię! Bez sen­su. Wia­do­mo, że na cmen­tarz i tak nie pój­dę, sko­ro cały dzień będę szo­ro­wać szaf­ki. Wy­kre­ślam to, nie będę się do­bi­jać ko­niecz­no­ścią wy­ko­na­nia nie­wy­ko­nal­ne­go za­da­nia. Może przy oka­zji roz­mro­żę lo­dów­kę. Tro­chę boję się do niej zaj­rzeć.

Za­trzy­mu­ję się w przed­po­ko­ju, żeby od­wa­żnie spoj­rzeć w lu­stro. Tak na mar­gi­ne­sie, przed­po­kój też był ład­ny, przy­tul­ny w tej swo­jej go­łębiej sza­ro­ści, z mi­łym sie­dzi­skiem wy­ło­żo­nym po­dusz­ka­mi, z bia­ły­mi sza­fa­mi i ku­tym wie­sza­kiem. Te­raz po pro­stu to­nie w ku­rzu, jak całe miesz­ka­nie. Nic to, naj­wy­żej roz­sze­rzę nie­co moją li­stę.

– Od­wa­gi, gru­ba­sie – mó­wię dla ku­ra­żu.

No to pa­trzę w lu­stro i na­tych­miast tego ża­łu­ję. To zna­czy jesz­cze bar­dziej mam ocho­tę się za­bić, bo to, co wi­dzę, wca­le nie wy­gląda do­brze. Moja pi­ża­ma ma sza­ra­we pla­my potu pod pa­cha­mi. Sza­ra­wo-żó­łta­we, dla ści­sło­ści. Wi­dać je wy­ra­źnie, bo jest błękit­na w jed­no­ro­żce. Strasz­li­wie in­fan­tyl­na, za to moja ulu­bio­na. Z pra­wej no­gaw­ki zwi­sa nit­ka, wle­cze się za mną. Wy­obra­żam so­bie, że gdy­bym mia­ła bie­dron­kę, to na tej nit­ce wy­pro­wa­dza­ła­bym ją na spa­cer jak na smy­czy. Do­bra, pi­ża­ma. O dzi­wo, nie li­cząc plam potu, jest zno­śnie czy­sta. Tyl­ko śmier­dzi. Prze­ni­ka ją zje­łcza­ły smro­dek cur­ry z kur­cza­ka i bez­dom­ne­go z mo­krym psem.

– Je­steś ohyd­nym, pa­skud­nym, nie­chluj­nym er­za­cem ko­bie­ty – rzu­cam z po­gar­dą do swo­je­go od­bi­cia w lu­strze.

Prze­ra­źli­wie prze­tłusz­czo­ne, strąko­wa­te rude wło­sy si­ęga­ją mi mniej wi­ęcej do ło­pa­tek. To zna­czy są rude w po­ło­wie, bo od czub­ka gło­wy są blond. Mysi blond. Do po­licz­ka, z tego co wi­dzę, przy­kle­ił się ka­wa­łek be­ko­no­we­go chrup­ka. Tuż nad wiel­kim kwit­nącym prysz­czem, któ­ry spo­koj­nie mogę do­dać do li­sty pt. Po­wo­dy, dla któ­rych po­win­nam nie żyć. Jako na­tu­ral­na blon­dyn­ka, od ja­kie­goś cza­su nie­odwie­dza­jąca ko­sme­tycz­ki (ani fry­zje­ra, ani ro­dzi­ny, zna­jo­mych, przy­ja­ciół, o ile ich jesz­cze mam, ani cmen­ta­rza, ani żad­nych skle­pów sta­cjo­nar­nych), brwi ta­kże mam nie­na­tu­ral­nie ja­sne. Wy­gląda­ją, jak­by ich wca­le nie było.

Wy­szcze­rzam zęby na prze­gląd obia­dów z ty­go­dnia. Hmm… kie­dy ja ostat­nio my­łam zęby? W wa­len­tyn­ki? Nie, ja­koś pod ko­niec stycz­nia. Co my tu mamy? Chy­ba przed­wczo­raj­sze cur­ry z kur­cza­ka, bo wi­dzę żó­łty na­lot. Fusy, wia­do­mo, pi­łam kawę. Twa­róg mi­ędzy je­dyn­ka­mi, ka­wa­łek szczy­pior­ku. Na pra­wej trój­ce cze­ko­la­da. My­cie zębów po­win­nam usta­wić na cze­le li­sty rze­czy do zro­bie­nia.

Idę do ła­zien­ki. W kub­ku nie ma szczo­tecz­ki. Z pó­łki pod lu­strem zgar­niam pal­cem war­stwę ku­rzu. W za­ułku prysz­ni­co­wym, pod czar­nym su­fi­tem, na dwóch ścia­nach też pysz­nią się hek­sa­go­ny, tyle że czar­ne. Fugi po­kry­wa ma­zi­sty sza­ry grzyb. W ła­zien­ce dla od­mia­ny śmier­dzi ścier­ką. Na podło­dze leży mo­kry ręcz­nik, pew­nie dla­te­go. Bo leży tam od kil­ku dni i ja­koś nie może wy­schnąć. Dziw­ne, prze­cież się nie my­łam.

Rzu­cam okiem do ki­bel­ka. Musz­la klo­ze­to­wa jest brązo­wa od we­wnątrz, na upar­te­go mo­żna by po­my­śleć, że wy­gląda jak ku­be­czek po lo­dach cze­ko­la­do­wych z… ostat­nią pra­lin­ką, któ­rej nikt już nie miał siły zje­ść. „Ba­la­sek Bog­dan”, my­ślę. Za­my­kam kla­pę, spusz­czam wodę i wy­cho­dzę.

Za­glądam na chwi­lę do du­że­go po­ko­ju, któ­ry z em­fa­zą na­zy­wa­li­śmy sa­lo­nem. No, tam jest ca­łkiem, ca­łkiem. Może dla­te­go, że pra­wie do nie­go nie wcho­dzę i nie mam jak na­ro­bić tam syfu po­przez samo to, że je­stem? Ma­la­chi­to­wa ka­na­pa na­ro­żna, drew­no na podło­dze, sto­jące lam­py, sto­lik ka­wo­wy, stół, ko­mo­dy, oczy­wi­ście bia­łe, ca­ło­ść zwie­ńczo­na gęsto tka­ny­mi sza­ry­mi za­sło­na­mi. Przy dru­giej ścia­nie sza­fa, obok wi­try­na, a na niej pe­łno ksi­ążek ku­char­skich. Wzru­szam ra­mio­na­mi i z po­wro­tem za­my­kam drzwi.

Wra­cam do sy­pial­ni, do mo­jej Ja­ski­ni Zła. Upa­rłam się na gra­fi­to­we ścia­ny i na­wet po­kłó­ci­łam się o nie z Łu­ka­szem. „Liw­ka – krzy­czał wzbu­rzo­ny – prze­cież tu będzie jak w pu­de­łku!” Się znał! Jak kura na pie­przu! I czy­je było na wierz­chu? Moje. Gra­fi­to­we ścia­ny, bia­łe łó­żko, dwie bia­łe ko­mo­dy i prze­wrot­nie po­ma­ra­ńczo­wy dy­wan. I mnó­stwo, całe mnó­stwo świe­tli­stych kul led, któ­re da­wa­ły cu­dow­ne mgli­ste i cie­płe świa­tło. I za­sło­ny, też po­ma­ra­ńczo­we, o dwa tony ja­śniej­sze od dy­wa­nu. Kie­dyś mia­łam nosa do wy­stro­ju wnętrz. A do go­to­wa­nia! Słod­ka brzo­skwi­nio! Dwa lata pro­wa­dzi­łam blog ku­li­nar­ny. Lu­dzie do mnie pi­sa­li z po­dzi­ęko­wa­nia­mi za prze­pi­sy, chwa­li­li za zdjęcia, py­ta­li o po­ra­dy w kwe­stii do­mo­wych przy­jęć ko­mu­nij­nych. Ech…

A te­raz o, mam ro­ba­ka na kur­cza­ku w kuch­ni, kosz­mar­ne od­ro­sty, a wło­sy na no­gach tak dłu­gie, że mo­gła­bym je sple­ść w war­ko­czy­ki. Bez sen­su. Do­cie­ra do mnie, że ci­ągle kłó­ci­łam się z Łu­ka­szem: a to o płyt­ki w ła­zien­ce, a to w kuch­ni, a to o ko­lor ścian. Bez sen­su do kwa­dra­tu.

Nie po­sprzątam kuch­ni, nie mam czym. Do­bra, roz­pi­szę plan od po­cząt­ku.

Plan na dzi­siaj: za­dzwo­nić do mamy, zmie­nić po­ściel, za­mó­wić w Te­sco środ­ki czy­sto­ści i szczo­tecz­kę do zębów. Może i pa­stę. Za­bić się (xa­na­xem?). Xa­na­xem!

Dwu­dzie­sty ósmy lu­te­go, szó­sta je­den

Plan na dzi­siaj: zro­bić kupę. Na resz­tę się nie pi­szę…

Przy­znam bez bi­cia, bo obie­ca­łam so­bie, że bez względu na wszyst­ko będę dzie­wi­czo szcze­ra – dziab­nęłam wczo­raj brzo­skwi­nio­wą ama­re­nę. Ni­g­dy nie chcia­łam zo­sta­wiać żad­ne­go li­stu po­że­gnal­ne­go. Bo wia­do­mo, mam de­pre­sję po śmier­ci męża, ży­cie stra­ci­ło sens, nie mam pra­cy, ko­ńczą się oszczęd­no­ści po Łu­ka­szu, bla, bla, sra ta, ta, ta. Po pro­stu wia­do­mo. Gów­no gów­nia­ne. Wczo­raj wie­czo­rem by­łam na­praw­dę po­zy­tyw­nie na­stro­jo­na na… ekhmm… ode­jście.

Do­bry lu­to­wy wie­czór. Wci­ąż zima. A ja­sne jest, że je­sie­nią i zimą ro­śnie od­se­tek sa­mo­bójstw. Bo naj­pierw li­sto­pad, któ­ry w ogó­le po­wi­nien być wy­kre­ślo­ny z ka­len­da­rza. Albo być tyl­ko dla chęt­nych. W li­sto­pa­dzie my­śli się za dużo o złych rze­czach. Po­tem świ­ęta, żni­wa dla rzu­ca­jących się z mo­stów czy za­rzu­ca­jących pętle na szy­ję. Nowy Rok. Po co żyć, sko­ro ko­lej­ny będzie tak samo sra­ki jak po­przed­ni? Je­śli jed­nak ko­muś uda­ło się prze­żyć li­sto­pad, Boże Na­ro­dze­nie i ja­ki­mś cu­dem syl­we­stra, przed sobą ma jesz­cze wa­len­tyn­ki. Prze­mil­czę.

No nie­wa­żne. Za­trzy­maj­my się na tym, że by­łam do­brze na­stro­jo­na. Włączy­łam te­le­wi­zor, aku­rat le­cia­ła Rand­ka śle­pej z głu­chym, wzi­ęłam do łó­żka dwie bu­tel­ki ama­re­ny, bu­łkę i opa­ko­wa­nie xa­na­xu. Nie, nie mik­su­ję al­ko­ho­lu z psy­cho­tro­pa­mi. Ostat­nio po pro­stu piję. Ni­ko­mu nic do tego.

By­łam już bar­dzo nie­dzi­siej­sza, przy­zna­ję, kie­dy wy­ci­snęłam (fiu, fiu, jak mi się to uda­ło?) wszyst­kie osiem ta­ble­tek na dłoń. We­pchnęłam do py­ska, po­pi­łam reszt­ką ama­re­ny i cze­ka­łam na śmie­rć. Rand­ka śle­pej z głu­chym też się sko­ńczy­ła i to nie tak, jak ocze­ki­wa­łam. Moim fa­wo­ry­tem był rol­nik Ro­man, a śle­pa Ane­ta wy­bra­ła głu­che­go Irka, DJ-a z Ma­ło­pol­ski. Może to przez bry­lan­ty­nę lśni­ącą na jego po­fa­lo­wa­nych wło­sach? Co jest tro­chę bez sen­su, sko­ro Ane­ta ich nie wi­dzia­ła? Ale może wy­wącha­ła, nie?

A po­tem spo­koj­nie za­snęłam.

Obu­dził mnie po­twor­ny skurcz je­lit. Po­twor­ny! Jak­by ktoś je wy­ży­mał nad wan­ną. „Umie­ram”, po­my­śla­łam pod­eks­cy­to­wa­na. Zu­pe­łnie nie­po­trzeb­nie spoj­rza­łam na opa­ko­wa­nie po le­kach, grzecz­nie le­żące na po­dusz­ce cuch­nącej jak bez­dom­ny i jego mo­kry pies.

Xen­na… Xen­na, ku­źwa, Extra.

By­łam tak na­rąba­na, że po­my­li­łam le­kar­stwa! Nie mogę w to uwie­rzyć! Xen­na, se­rio? Po ta­kiej daw­ce po­win­nam ob­srać się po pa­chy, wręcz pły­wać w swo­im gu­anie, a czu­ję się tak, jak­bym mia­ła za­raz pęk­nąć, a ktoś wło­żył mi ko­rek w od­byt.

To nie fair! Słod­ka brzo­skwi­nio. Nie mam wy­jścia, mu­szę na­pi­sać do Mi­ko­ła­ja. On, do li­cha, po­wi­nien wie­dzieć, co się dzie­je, kie­dy czło­wiek przedaw­ku­je leki na prze­czysz­cze­nie, w ko­ńcu kie­dyś sprzątał w przy­chod­ni.

Si­ęgam po te­le­fon. Mój brzuch jest ohyd­nie wy­dęty. Od­bi­ja mi się sfer­men­to­wa­ną sztucz­ną brzo­skwi­nią. Mu­szę roz­pi­ąć górę pi­ża­my w jed­no­ro­żce. Roz­my­ślam też o zdjęciu spodni, ale nie mam siły. Bolą mnie be­be­chy. I dupa.

„Mi­ko­łaj!”, przy­wo­łu­ję go kon­spi­ra­cyj­nie na Mes­sen­ge­rze.

„Cze­go? Ko­bie­to, daj spać, jest szó­sta”, od­pi­su­je.

„Ci­cho. Cze­kaj. Wzi­ęłam jak­by za dużo xen­ny wczo­raj. Ja­koś tak osiem ta­ble­tek. Boli mnie brzuch. Jest twar­dy i go­rący. Coś się w nim ru­sza. Jest szan­sa, że umrę?”

„Jest szan­sa, że za­raz Xena, wo­jow­ni­cza ksi­ężnicz­ka, prze­pchnie się przez two­ją pip­kę na wol­no­ść”, od­pi­su­je Mi­ko­łaj.

„Nie­na­wi­dzę cię”.

„Oli­wia, Boże je­dy­ny. Masz za­par­cie. To przej­dzie. Je­śli bar­dzo cię boli, spró­buj się wy­srać”.

„Nie mogę”.

„We­zwać po­go­to­wie? Mogę do cie­bie przy­jść???”

„Dam radę. Śpij”, od­pi­su­ję na ko­niec i wy­łączam wi-fi.

Za­tem za­par­cie. Na­pi­ję się wody. Woda roz­pu­ści te wiel­kie, twar­de jak że­la­zo blo­ki gów­na, któ­re utknęły mi­ędzy je­li­tem gru­bym a od­by­tem.

Sły­szę, jak Mi­ko­łaj, zło­rze­cząc, wali do drzwi.

– Idź spać! – od­wrza­sku­ję. – Żyję!

– Niech cię gęś! – krzy­czy, przy­kła­da­jąc usta do wi­zje­ra.

– Dzi­ęku­ję! Je­steś ko­cha­ny! – od­po­wia­dam.

Nie chce mi się wstać. Do kra­nu tak da­le­ko. Może tro­chę po­le­żę.

* * *

O tym, jak na bal­ko­nie po­zna­łam Mi­ko­ła­ja

W mar­cu ze­szłe­go roku moi sąsie­dzi z na­prze­ciw­ka po­sta­no­wi­li opu­ścić blo­ko­wi­sko i prze­pro­wa­dzić się do po­ło­wy bli­źnia­ka na obrze­żach Ło­dzi. Było mi wszyst­ko jed­no, mó­wi­ąc szcze­rze, prze­cież byli to dla mnie tyl­ko obcy lu­dzie. Nie od­wie­dza­li­śmy się, nie po­ży­cza­li­śmy so­bie szklan­ki cu­kru czy ole­ju. Ot lu­dzie, ja­kich wie­lu.

Mniej­sza z tym. Wy­pro­wa­dzi­li się wraz ze swo­im wiecz­nie uja­da­jącym psem. Cóż ja wte­dy po­my­śla­łam? „Na­resz­cie ci­sza!” Bło­go­stan trwał trzy dni, bo już trzy­dzie­ste­go mar­ca, a był to czwar­tek (dla­cze­go to mi tak utkwi­ło w pa­mi­ęci, hę?), obu­dził mnie po­twor­ny huk. O nie­ludz­kiej po­rze! Było pra­wie po­łud­nie! Ktoś na­pa­rzał wier­tar­ką jak psy­chicz­ny. Brr, wrrr, brr, wrrr i tak bez prze­rwy. Do osiem­na­stej!

Na dru­gi dzień to samo, ale z akom­pa­nia­men­tem młot­ka. I mu­zy­ki. Kie­dyś były to ko­bie­ty, wino i śpiew. Wte­dy wier­ta­ra, młot i hu­cząca mu­zy­ka, strasz­li­wy ba­so­wy sko­wyt za­rzy­na­ne­go sza­ta­na. By­stro zga­dłam, że do miesz­ka­nia po sąsia­dach wpro­wa­dził się ewi­dent­nie męczący fan re­mon­tów i de­ath me­ta­lu. Chcia­łam z tego po­wo­du za­bić sie­bie i jego.

Rok temu o tej po­rze, nie ukry­waj­my, by­łam jesz­cze jed­no­li­cie ruda i nie snu­łam się ca­ły­mi dnia­mi po domu ubra­na w prze­po­co­ną pi­ża­mę, ze szklan­ką ama­re­ny w ręce. Wte­dy jesz­cze ży­łam siłą roz­pędu, choć już na reszt­kach ener­gii. Funk­cjo­no­wa­łam w mia­rę nor­mal­nie, ale mniej­sza z tym, jesz­cze do tego wró­cę.

To był cie­pły ma­rzec, dość zno­śny, w mia­rę sło­necz­ny. Wy­szłam na bal­kon z czy­stym sło­ikiem do od­ga­sza­nia pe­tów i kie­lisz­kiem mo­je­go ulu­bio­ne­go wina Al­ta­don­na Ro­sal­to To­sca­na. Uwiel­bia­łam roz­sma­ro­wy­wać so­bie na języ­ku wszyst­kie jego nuty; świe­że bia­łe brzo­skwi­nie, lep­kie ma­li­ny, aro­mat bia­łych kwia­tów. Wte­dy, jak wspo­mnia­łam, by­łam jesz­cze w jako ta­kiej for­mie i na­wet uda­wa­ło mi się cie­szyć z ta­kich przy­ziem­no­ści jak kie­li­szek chłod­ne­go ró­żo­we­go wina.

Mu­si­cie wie­dzieć, że miesz­kam na tak zwa­nym mło­dym osie­dlu, gdzie stan­dar­dy bu­dow­la­ne w po­rów­na­niu do tych z cza­sów PRL-u są o nie­bo lep­sze. Cho­cia­żby pro­ste ścia­ny. I brak wy­sta­jących prętów zbro­je­nio­wych jako drob­nych nie­do­pa­trzeń. Czy rur na wierz­chu. Bal­ko­ny na­le­żące do sąsia­du­jących ze sobą miesz­kań nie są roz­dzie­lo­ne mur­kiem, a je­dy­nie taką ni to mlecz­ną, ni to przy­mro­żo­ną szy­bą (choć nie wiem, czy to szkło, jest gru­be na pó­łto­ra cen­ty­me­tra, oj tam, nie­wa­żne).

I kie­dy tak sta­łam grzecz­nie, opie­ra­jąc się o pa­ra­pet i wy­dmu­chu­jąc dym z cien­kie­go we­sta, zo­ba­czy­łam za szy­bą kszta­łt. Ludz­ki. Zde­cy­do­wa­nie męski. Na moje oko dość wy­so­ki i chy­ba ubra­ny w dżin­so­we ogrod­nicz­ki. Chy­ba, bo przez to przy­mro­żo­ne mlecz­ne szkło gów­no wi­dać. I chy­ba bro­da­ty. Albo po pro­stu brud­ny, prze­cież ro­bił re­mont.

Kszta­łt chy­ba wy­czuł aro­mat mo­je­go we­sta, bo sam po­kle­pał się po kie­sze­niach i niby po ci­chu wy­spał: „Kur­wa”. Żeby nie było, fru­stra­cje kszta­łtu zu­pe­łnie mnie nie in­te­re­so­wa­ły, do­pó­ki nie za­pu­kał w szy­bę.

– Dzień do­bry. Je­stem pani no­wym sąsia­dem. Mi­ko­łaj Ma­ca­nek. Prze­pra­szam za ha­ła­sy, jesz­cze parę dni i sko­ńczę. Ma pani może za­pal­nicz­kę? – za­py­tał ca­łkiem mi­łym gło­sem.

– Dzień do­bry, pro­szę. – Ukuc­nęłam i prze­pchnęłam za­pal­nicz­kę pod szkłem.

Nie by­łam aż tak nie­wy­cho­wa­na, żeby nie po­móc smut­ne­mu czło­wie­ko­wi w na­głej po­trze­bie. Poza tym moja ży­cio­wa siła roz­pędu nie zdąży­ła jesz­cze wznie­cić we mnie nie­na­wi­ści do ca­łe­go ro­dza­ju ludz­kie­go i w ogó­le ga­lak­tycz­ne­go. Czy coś.

– Oli­wia Po­pław­ska – do­da­łam po chwi­li, bo tak wy­pa­da­ło.

Za­pal­nicz­ka pstryk­nęła, roz­świe­tla­jąc szy­bę ma­łym roz­bły­skiem ognia, po czym nie­mo­żli­wie za­ku­rzo­ne pal­ce prze­pchnęły ją z po­wro­tem na mój bal­kon.

– Dłu­go tu pani miesz­ka? – usły­sza­łam.

– Pierw­sze­go maja stuk­ną czte­ry lata – od­pa­rłam bez na­my­słu.

Nie do­da­łam, że spędzi­łam w tym miesz­ka­niu naj­pi­ęk­niej­sze trzy i pół roku mo­je­go ży­cia, któ­re sko­ńczy­ło się dwu­dzie­ste­go siód­me­go pa­ździer­ni­ka ze­szłe­go roku. Po co mia­łam o tym mó­wić, sko­ro Mi­ko­łaj Ma­ca­nek był dla mnie tyl­ko kszta­łtem zza szy­by? No wła­śnie. Po nic.

Jed­nak nie by­ła­bym sobą, gdy­bym nie ob­cza­iła Ma­can­ka na Fa­ce­bo­oku. To był ten okres, kie­dy pew­ne rze­czy wci­ąż wzbu­dza­ły moją umiar­ko­wa­ną cie­ka­wo­ść. Jak na przy­kład nie­wy­ra­źny nowy sąsiad.

Ze zdjęcia pro­fi­lo­we­go spo­glądał fa­cet z gęstą zmierz­wio­ną bro­dą. Choć nie, „spo­glądał” by­ło­by nie­sto­sow­nym nad­uży­ciem, bo oczy scho­wał za lu­strza­ny­mi oku­la­ra­mi. Bro­da w od­cie­niu ni­ja­kie­go brązu nie zdra­dza­ła ko­lo­ru jego wło­sów, któ­re skrył z ko­lei pod czap­ką lek­ko zsu­ni­ętą na tył gło­wy. Po­my­śla­łam so­bie, że to ja­kiś nie­do­my­ty hip­ster (o, ja­kże ja się dzi­siaj z tego śmie­ję, ja, któ­ra nie kąpa­ła się od po­nad dwóch ty­go­dni albo i le­piej). Ówże nie­do­my­ty hip­ster, jak się oka­za­ło, był fa­nem pod­ró­ży, de­ath me­ta­lu (a ja­kże!), do­brej kuch­ni (cie­ka­wa by­łam, co on wie o do­brej kuch­ni) i… ta daaa… szy­de­łko­wa­nia! Co mnie tro­chę zbi­ło z tro­pu. Zresz­tą nie tyl­ko to. Mi­ko­łaj Ma­ca­nek miał bar­dzo bo­ga­te CV. Jak do­czy­ta­łam, za mło­du za­ło­żył fir­mę sprząta­jącą, stu­dio­wał za­rządza­nie i hi­sto­rię, przez ja­kiś czas pa­rał się na­wet za­wo­dem na­uczy­cie­la wie­dzy o spo­łe­cze­ństwie, za­rządzał fir­mą zaj­mu­jącą się even­ta­mi, grał w ko­szy­ków­kę, ho­do­wał zio­ła (bo chy­ba nie zio­ło?), ze wspól­ni­kiem pro­wa­dził biu­ro pod­ró­ży, a w wol­nych chwi­lach upra­wiał di­gi­tal pa­in­ting. Jego sta­tus zwi­ąz­ku oznaj­miał wszem wo­bec, że „to skom­pli­ko­wa­ne”.

Po trzech kie­lisz­kach wina Al­ta­don­na Ro­sal­to To­sca­na, zu­pe­łnie nie­chcący, bo prze­cież wca­le tego nie za­mie­rza­łam, wy­sła­łam mu za­pro­sze­nie do gro­na zna­jo­mych. Za­ak­cep­to­wał.

Fak­tycz­nie ha­ła­so­wał jesz­cze przez ty­dzień i oka­zał się zno­śnym sąsia­dem. Nie wku­rzał mnie i nie prze­szka­dzał w moim nie-ży­ciu. Sza­cu­ne­czek, mord­ko. Po­tem chy­ba wy­je­chał, bo od czerw­ca mniej wi­ęcej do po­ło­wy wrze­śnia ani razu nie wi­dzia­łam go na bal­ko­nie. Za to kie­dy wró­cił, zmie­nił sta­tus na „wol­ny”.

Tak oto po­zna­łam Mi­ko­ła­ja, któ­re­go do dzi­siaj nie wi­dzia­łam na żywo. Nie li­cząc pa­trze­nia przez mro­żo­ne szkło, kie­dy aku­rat spo­tka­li­śmy się na pa­pie­ro­sie.

Dru­gi mar­ca, czter­na­sta dwa­dzie­ścia

Plan na dzi­siaj: roz­mro­zić lo­dów­kę, za­dzwo­nić do mamy, zmie­nić po­ściel, po­sprzątać kuch­nię. Umyć się! Łeb umyć i umó­wić się na wi­zy­tę u fry­zje­ra.

Dzi­siaj mija rów­no sze­śćdzie­si­ąt sze­ść dni, od­kąd ostat­ni raz wy­szłam z domu. Ależ ten czas za­iwa­nia! Wy­obra­ża­cie so­bie nie wy­sta­wić na­wet nosa za drzwi przez dwa mie­si­ące? I z ni­kim się nie spo­tkać? Nie wy­jść do skle­pu na nie­spiesz­ny spa­cer wzdłuż re­ga­łów? Nie pó­jść do maka na fryt­ki czy ze­staw dla dzie­ci (te­raz mają w ofer­cie na­praw­dę faj­ne świe­cące fi­gur­ki za­jęcy wiel­ka­noc­nych, jak­kol­wiek by pa­trzeć, za pó­łto­ra mie­si­ąca świ­ęta, więc czas naj­wy­ższy)? Wy­obra­ża­cie so­bie sie­bie w sy­tu­acji, w któ­rej dom, wasz azyl, stał się wi­ęzie­niem? I to ta­kim, do któ­re­go klucz ma­cie wy sami? Nie wy­obra­ża­cie? Pfff, cie­nia­sy bez fan­ta­zji!

Idę do kuch­ni na ob­chód. Nic się nie zmie­ni­ło, tyl­ko bar­dziej śmier­dzi. Na myśl o kur­cza­ku z ro­ba­lem robi mi się nie­do­brze. Może ro­bal za­ło­żył już ro­dzi­nę i spło­dził dzie­ci? I żeby było we­se­lej, wzi­ął ja­kiś ro­ba­lo­wy kre­dyt? Nie chce mi się pa­trzeć na ten syf.

Skręcam do ła­zien­ki. Mo­kry ręcz­nik chy­ba wy­se­chł, bo jest sztyw­ny jak pa­pier mâché. I na­dal cuch­nie ście­rą do podło­gi. Chcę stąd wy­jść.

Wy­cho­dzę.

Wra­cam, czu­jąc lep­kie po­ca­łun­ki krwi na udzie. W kro­ku roz­le­wa mi się wiel­ka czer­wo­na pla­ma, wsi­ąka w błękit­ne spodnie od pi­ża­my i ma­lu­je rogi jed­no­ro­żcom. Ta drob­na rzecz, o któ­rej za­po­mnia­łam, igno­ru­jąc skur­cze ostrze­gaw­cze (nie wiem, cze­mu wy­da­wa­ło mi się, że to wci­ąż od­po­wie­dź or­ga­ni­zmu na osiem ta­ble­tek prze­czysz­cza­jących), kie­ru­je moje dzia­ła­nia na zu­pe­łnie nową tra­jek­to­rię. Za­miast wró­cić do łó­żka z kub­kiem ama­re­ny (dzi­siaj wi­śnio­wa, nie chcę wpa­ść w mo­no­to­nię, bo ru­ty­na to wróg cie­ka­we­go ży­cia, nie?) i obej­rzeć ko­lej­ny od­ci­nek Kred­ki czy smart­fo­na?, wła­śnie otwie­ram szaf­kę w po­szu­ki­wa­niu czy­ste­go ręcz­ni­ka.

Słod­ka brzo­skwi­nio, czy ja mam pod­pa­ski? Nie mam. Do­bra, na­pi­szę do Mi­ko­ła­ja.

„Ma­can­ku, mam alar­mo­wą sy­tu­ację”, wy­stu­ku­ję.

„Co tym ra­zem? Osiem to­re­bek dziu­raw­ca? Szes­na­ście?”, od­pi­su­je na­tych­miast.

„Mo­żesz mi ku­pić pod­pa­ski i wrzu­cić przez bal­kon?”, py­tam bła­gal­nie.

„Zwa­rio­wa­łaś. A nie mogę po­dać ci nor­mal­nie, przez otwar­te drzwi?”

Przez chwi­lę roz­wa­żam kwe­stię po­da­wa­nia so­bie rze­czy przez otwar­te drzwi, po czym pi­szę:

„Nie dzi­siaj. Wy­glądam nie­wy­jścio­wo. A ku­pisz ZA­RAZ?”.

Mi­ko­łaj wy­sy­ła mi gif, na któ­rym ja­kiś ciem­no­skó­ry mło­dzian z wąsi­kiem robi gest zna­ny jako face palm.

Umy­łam się! Na­praw­dę to zro­bi­łam! Przez głu­pią mie­si­ącz­kę uda­ło mi się od­ha­czyć dwie rze­czy z za­pla­no­wa­nych na dzi­siaj! Moje wło­sy pach­ną! Są pu­szy­ste, mi­ęk­kie, ta­kie… dwu­ko­lo­ro­we. Na­sma­ro­wa­łam się na­wet bal­sa­mem, za­ło­ży­łam czy­ste majt­ki, w któ­re upchnęłam spłasz­czo­ną rol­kę pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, a w pa­chy (wci­ąż nie­ogo­lo­ne) wta­rłam an­ty­per­spi­rant. I – uwa­ga! wer­ble – zna­la­złam czy­stą pi­ża­mę. Mogę śmia­ło stwier­dzić, że wy­glądam jak Afro­dy­ta.

– Bra­wo, Po­pław­ska. Jest pro­gres – mru­czę dum­na do od­bi­cia w za­ku­rzo­nym lu­strze.

Co wi­ęcej, je­stem na ta­kiej fali, że cze­ka­jąc na pod­pa­ski, po­sta­na­wiam za­dzwo­nić do mamy. Ja i moja ro­dzi­ciel­ka mamy nie­pi­sa­ną umo­wę do­ty­czącą kon­tak­tów te­le­fo­nicz­nych. We­szła w ży­cie pierw­sze­go stycz­nia tego roku, w bar­dzo kiep­skich oko­licz­no­ściach. Opo­wiem o nich przy oka­zji, z pew­no­ścią nie dzi­siaj. Nie cze­ka­jąc, aż mi się od­wi­dzi, wy­szu­ku­ję mamę w kon­tak­tach i dzwo­nię.

Od­bie­ra po dru­gim sy­gna­le, a ja nie mogę oprzeć się wra­że­niu, że wa­ro­wa­ła z te­le­fo­nem przy uchu, od pó­łto­ra ty­go­dnia ocze­ku­jąc wia­do­mo­ści ode mnie.

– Cze­ść, pta­szy­no – mówi z nutą pre­ten­sji w gło­sie.

– Cze­ść, mamo – od­po­wia­dam i za­my­kam oczy.

Wy­obra­żam ją so­bie. Sie­dzi na ka­na­pie otu­lo­na kra­cia­stym ko­cem, na ko­la­nach ma tacę z kawą i mi­secz­kę cia­ste­czek za­bra­nych z na­szej pie­kar­ni.

– Co do­bre­go pa­ła­szu­jesz? – py­tam.

– Kru­che z ma­li­na­mi. A ty coś dzi­siaj ja­dłaś? Po­trze­ba ci cze­goś? – do­py­tu­je.

– Ki­siel wi­śnio­wy i cur­ry z kur­cza­kiem – kła­mię, ma­jąc na my­śli ze­szło­ty­go­dnio­we cur­ry i wi­śnio­wą ama­re­nę, któ­ra w za­mra­żal­ce zmie­ni­ła kon­sy­sten­cję na kle­istą, gęstą.

– Mar­twię się bar­dzo – wzdy­cha mama. – Chcie­li­by­śmy w ko­ńcu do cie­bie przy­jść. Oli­wia, na Boga, nie wi­dzia­łam cię po­nad dwa mie­si­ące! Dziec­ko ko­cha­ne, prze­cież nie mo­żna tak żyć. Po­win­naś wy­jść do lu­dzi, za­cząć się uśmie­chać. Nie­dłu­go sko­ńczą ci się pie­ni­ądze. Po­my­śla­łaś, co będzie da­lej? Ja i tata ci po­mo­że­my, oczy­wi­ście, ale MU­SISZ pó­jść do pra­cy. Sie­dzisz w tym domu i sie­dzisz, za­mkni­ęta w czte­rech ścia­nach, zdzi­cza­ła, sa­mot­na. Nie mo­żesz tak funk­cjo­no­wać, zro­zum to w ko­ńcu, pta­szy­no. Pro­si­łaś, że­bym nie dzwo­ni­ła pierw­sza, usza­no­wa­łam. Pro­si­łaś, żeby dać ci spo­kój, usza­no­wa­łam. Ro­zu­miem, że jest ci bar­dzo trud­no sa­mej, ale, có­recz­ko… pra­wie pó­łto­ra roku ża­ło­by! Nie sądzisz, że już wy­star­czy? To, że Łu­kasz uma­rł, nie ozna­cza, że i ty masz umrzeć za ży­cia. Masz do­pie­ro trzy­dzieś­ci sie­dem lat. Je­steś mło­da, jesz­cze so­bie uło­żysz ży­cie. Ro­zu­miesz to, pta­szy­no? Bie­rzesz leki? Kie­dy ty ostat­nio by­łaś u psy­chia­try?

– Przed Bo­żym Na­ro­dze­niem – mam­ro­czę, na­gle ro­ze­źlo­na.

A było tak miło przez dwie mi­nu­ty! Za­wsze to się tak ko­ńczy, po pro­stu za­wsze! „Prze­cież nie mo­żna tak żyć. Po­win­naś wy­jść do lu­dzi”. I co jesz­cze? Na­ta­pi­ro­wać wło­sy, za­ło­żyć kiec­kę z ce­ki­na­mi, pó­jść do baru i po­de­rwać so­bie ko­goś? Pó­jść do dwu­gwiazd­ko­wej re­stau­ra­cji, z roz­ma­chem rzu­cić CV na biur­ko bu­fo­no­wa­te­go me­ne­dże­ra i oznaj­mić: „Pro­wa­dzi­łam blog ku­li­nar­ny, w zwi­ąz­ku z tym od dzi­siaj u was pra­cu­ję”? Czy ko­goś te­raz dzi­wi, dla­cze­go za­wsze tak zwle­kam z dzwo­nie­niem do mamy?

– Mu­szę ko­ńczyć. Ode­zwę się – rzu­cam i z fu­rią wci­skam czer­wo­ną słu­chaw­kę.

Je­stem bez­na­dzie­ją cór­ką. Na­wet nie spy­ta­łam, jak się czu­je tata. Po­trze­bu­ję pa­pie­ro­sa.

„Ku­pi­łem ci dwie pacz­ki. Wiel­kie na noc i mniej­sze pach­nące la­wen­dą. Umy­łaś się w ko­ńcu? Roz­mro­zi­łaś lo­dów­kę? Po­móc ci w CZY­MŚ???”, Mi­ko­łaj za­rzu­ca mnie wia­do­mo­ścia­mi na Mes­sen­ge­rze.

„Cho­dź na faj­kę. Od­dam ci kasę”, od­pi­su­ję.

Za­kła­dam na gło­wę po­szew­kę od ja­śka, bo nie wiem, gdzie jest moja czap­ka, a tro­chę wstyd przed Ma­can­kiem, że je­stem taka za­nie­dba­na. Jak­kol­wiek pa­trzeć, to jed­nak fa­cet, wzro­ko­wiec. A ja je­stem prze­ko­na­na, że przez mlecz­ne mro­żo­ne szkło do­sko­na­le wi­dać bia­ło-po­ma­ra­ńczo­we wło­sy.

Owi­jam się na­rzu­tą i wy­cho­dzę.

Plan na dzi­siaj: roz­mro­zić lo­dów­kę, za­dzwo­nić do mamy, zmie­nić po­ściel, po­sprzątać kuch­nię. Umyć się! Łeb umyći umó­wić się na wi­zy­tę u fry­zje­ra. Zna­le­źć czap­kę. Zro­bić coś ze swo­im po­sra­nym ży­ciem.

Wca­le nie mam jesz­cze trzy­dzie­stu sied­miu lat, sko­ńczę do­pie­ro w lip­cu. Nie je­stem aż taka sta­ra. Poza tym Ga­bry­sia jest star­sza ode mnie o czte­ry lata. No i co? I to, że wy­gląda mło­do, nie tak jak ja. Nie­wa­żne. Nie je­stem Ga­bry­sią. O Gabi też opo­wiem przy oka­zji.

Ko­łdra wci­ąż cuch­nie, a ja mam na so­bie czy­stą pi­ża­mę. Moje wło­sy nie mogą, po pro­stu nie mogą za­ab­sor­bo­wać z po­dusz­ki smro­du bez­dom­ne­go. Dość tego!

To jed­nak praw­da, że pra­ca fi­zycz­na za­mie­nia wszyst­kie my­ślo­we roz­ter­ki w jed­ną gład­ką pap­kę. Te­le­wi­zja w su­mie od­gry­wa taką samą rolę. Prze­szłam samą sie­bie. Bo ze mną to jest tak: kil­ka dni czy ty­go­dni we­ge­tu­ję w kom­plet­nej, en­cy­klo­pe­dycz­nej wręcz ka­ta­to­nii, a po­tem na­gle mam zryw i za­su­wam, jak­bym się na­ćpa­ła me­fe­dro­nu.

Gdzieś tam w tle szu­mia­ła Rand­ka głu­chej ze śle­pym, a ja zszar­py­wa­łam ohyd­ne po­włocz­ki z po­ście­li. Kie­dy strze­py­wa­łam je przed zło­że­niem, po ca­łej sy­pial­ni roz­sze­dł się kwa­śny odór potu i bąków, któ­re zdąży­ły chy­ba w nie wsi­ąk­nąć na amen. Po­su­nęłam się na­wet tak da­le­ko, że ko­łdrę i po­dusz­kę wy­nio­słam na bal­kon, żeby się prze­wie­trzy­ły przez noc. Albo kwar­tał na przy­kład. Z sa­lo­nu, z ka­na­py, przy­nio­słam so­bie awa­ryj­ny kom­plet „dla go­ści”, za­ło­ży­łam czy­ściuch­ne i pach­nące po­szew­ki (o dzi­wo, na­praw­dę były pi­ęk­nie upra­so­wa­ne, prze­ło­żo­ne my­dłem ja­śmi­no­wym, tak jak na­uczy­ła mnie mama).

A po­tem roz­ło­ży­łam ra­mio­na, za­mknęłam oczy i opa­dłam na łó­żko.

To była pierw­sza noc od trzech mie­si­ęcy, któ­rą prze­spa­łam na­praw­dę spo­koj­nie.

Trze­ci mar­ca, dzie­wi­ąta, rów­no jak w ryj trza­snął

Plan na dzi­siaj: roz­mro­zić lo­dów­kę, po­sprzątać kuch­nię, umó­wić się na wi­zy­tę u fry­zje­ra, zna­le­źć czap­kę, zro­bić coś ze swo­im po­sra­nym ży­ciem. Wy­kre­ślam fry­zje­ra, nie je­stem go­to­wa na wy­jście z domu. Za­mó­wić w Te­sco far­bę do wło­sów, żel pod prysz­nic, płyn do pra­nia, płyn do płu­ka­nia, olej se­za­mo­wy, cia­bat­ty. I faj­ki, ze dwie pacz­ki.

Ca­łkiem ład­ny po­ra­nek. Zno­wu za­po­mnia­łam o opusz­cze­niu ro­let czy cho­ćby za­su­ni­ęciu za­słon, więc pro­mień sło­ńca dźga mnie w oko. Je­stem ze­stre­so­wa­na, bo nie mam pa­pie­ro­sów. Pi­szę do Mi­ko­ła­ja.

„Prze­rzut fa­jek przez gra­ni­cę?”

„Ko­bie­to, daj spać, jest so­bo­ta! Ile?”

„Ze czte­ry?”, py­tam z na­dzie­ją.

„Prze­rzu­cam. Idę da­lej spać. Nie pisz do wie­czo­ra. Bez od­bio­ru”.

Na­praw­dę bar­dzo lu­bię Mi­ko­ła­ja.

Go­dzi­nę pó­źniej. Sto­ję na bal­ko­nie w po­szew­ce na gło­wie, owi­ni­ęta na­rzu­tą, kie­dy dzwo­ni do­mo­fon. Nie po­pusz­czam ze stra­chu, bo wiem, że to ku­rier z Te­sco. Jego też lu­bię. Od­kąd pierw­szy raz przy­wió­zł mi za­ku­py przed syl­we­strem, a ja mu nie otwo­rzy­łam i do­pie­ro SMS od nie­go upew­nił mnie, że to on, a nie NIE WIA­DO­MO KTO, umó­wi­li­śmy się na sy­gnał dźwi­ęko­wy. Em­pa­tycz­ny chłop. Może też ma w ro­dzi­nie in­tro­wer­ty­ka z fo­bią spo­łecz­ną? I skłon­no­ścią do pro­kra­sty­na­cji, do­daj­my. I de­pre­syj­ne­go świ­ra z ubyt­ka­mi pa­mi­ęci? Albo ko­goś, kto ma to wszyst­ko ra­zem i jest do­kład­nie taki jak ja?

Raz, raz, dwa, trzy. Raz.

– Dzień do­bry, pani Oli­wio, za­mó­wie­nie – mówi ku­rier do do­mo­fo­nu.

– Dzi­ęku­ję, pa­nie Piotr­ku. Pro­szę za­pu­kać trzy razy, otwo­rzę – in­for­mu­ję go, zu­pe­łnie nie­po­trzeb­nie, bo on prze­cież wie.

Sys­tem to sys­tem, nie?

Co my tu mamy? Dwa li­try pły­nu do ko­lo­rów, płyn do płu­ka­nia o za­pa­chu czar­nej or­chi­dei, czte­ry cia­bat­ty i olej se­za­mo­wy, któ­rym lu­bię so­bie taką bułę skro­pić. Co jesz­cze? Dwie pacz­ki we­stów, bar­dzo do­brze. Żel pod prysz­nic o za­pa­chu ber­ga­mot­ki mu­śnie moją skó­rę świe­żo­ścią. I far­ba…

Słod­ka brzo­skwi­nio, dla­cze­go brązo­wa, nie ruda? Jak ja będę wy­glądać taka ciem­na z tymi mo­imi nie­mal bia­ły­mi brwia­mi? A w du­pie z tym! Kto mnie będzie oglądał? Do­bra, sprząta­nie kuch­ni może po­cze­kać. Idę far­bo­wać wło­sy. Ale naj­pierw za­pa­lę.

Uj­dzie. Ni­g­dy nie mia­łam brązo­wych wło­sów. Zresz­tą co­kol­wiek bym na łeb na­ło­ży­ła, i tak będzie wy­gląda­ło o nie­bo le­piej niż ta bia­ło-po­ma­ra­ńczo­wa fla­ga. Nie mu­szę już wy­cho­dzić na bal­kon w po­szew­ce na gło­wie! Poza tym zna­la­złam czap­kę; była w ła­zien­ce, w szu­fla­dzie na grze­bie­nie.

Ósmy mar­ca, siód­ma je­de­na­ście. Uro­dzi­ny Łu­ka­sza

Plan na dzi­siaj: roz­mro­zić lo­dów­kę, po­sprzątać kuch­nię, zro­bić coś ze swo­im po­sra­nym ży­ciem. NIE OGLĄDAĆ ZDJĘĆ! Pó­jść na cmen­tarz. Może przy oka­zji znaj­dę go­ścia od ta­bli­czek.

Sie­dzę na łó­żku z lap­to­pem na ko­la­nach i oglądam zdjęcia.

Spe­cjal­nie NIE po­szłam po pen­dri­ve’a do sa­lo­nu, za­mie­rza­łam tyl­ko wy­jść na bal­kon, żeby za­pa­lić. Za­pa­li­łam, a ja­kże. Moje ręce, któ­re za­częły chy­ba żyć jako od­ręb­ne, nie­słu­cha­jące mnie or­ga­ni­zmy, wy­dłu­ży­ły się na dwa me­try, zła­pa­ły za ga­łki gór­nej szu­fla­dy ko­mo­dy sto­jącej przy ma­la­chi­to­wym na­ro­żni­ku i bez py­ta­nia o zgo­dę wy­ci­ągnęły pen­dri­ve’a. We­pchnęły go za gum­kę gaci, chy­łkiem prze­trans­por­to­wa­ły do sy­pial­ni i we­tknęły w gniaz­do USB.

No to sie­dzę i oglądam. Trosz­kę drżą mi dło­nie, ale – o dzi­wo – nie wy­le­wam ani kro­pli ze szklan­ki po brze­gi wy­pe­łnio­nej ama­re­ną. Świa­do­mo­ść, że mam czy­stą po­ściel, bar­dzo trzy­ma mnie w ry­zach. Nie jem ta­kże cia­bat­ty skro­pio­nej ole­jem se­za­mo­wym, któ­rą przy­nio­słam so­bie z kuch­ni. Z ekra­nu lap­to­pa pa­trzy na mnie Łu­kasz. Wła­ści­wie pa­trzy­my na mnie oby­dwo­je, bo prze­glądam wła­śnie na­szą se­sję ślub­ną.

Dwu­dzie­sty siód­my pa­ździer­ni­ka dwa ty­si­ące dwu­na­ste­go roku. Tego dnia sta­nęli­śmy przed ołta­rzem. To była pi­ęk­na, sło­necz­na, choć zim­na pa­ździer­ni­ko­wa so­bo­ta. Mia­łam na so­bie śnie­żno­bia­łą su­kien­kę i pan­to­fel­ki na pła­skim ob­ca­sie, bo Łu­kasz, choć był obłęd­nie przy­stoj­ny, to wzro­stem nie grze­szył. Kie­dy do­bry Bóg roz­da­wał ta­len­ty, mój mąż usta­wił się w ko­lej­ce po smy­ka­łkę do in­te­re­sów. I zgrab­ne dło­nie o dłu­gich pal­cach. Łu­kasz, jak twier­dził, miał skun­dlo­nych i wie­lo­ra­so­wych pra­przod­ków, co jak­by tłu­ma­czy­ło jego śnia­dą kar­na­cję i ciem­ne, nie­po­wa­żnie jak na fa­ce­ta gęste wło­sy. No­sił je za­wsze bar­dzo krót­kie, zmierz­wio­ne na czub­ku, przez co wy­glądał jak ten ak­tor, Paul Wal­ker. Przy jego ce­rze w ko­lo­rze kawy z mle­kiem cie­ka­wie wy­gląda­ły bar­dzo nie­bie­skie oczy. Nie­win­nie. Wy­glądał dzi­ęki nim na do­bre­go i po­rząd­ne­go czło­wie­ka, ja­kim rze­czy­wi­ście był.

Pa­trzę na nas. Fo­to­graf za­brał do par­ku kra­cia­sty koc i zro­bił nam zdjęcie znie­nac­ka, kie­dy owi­nęli­śmy się nim aż po uszy. Na zdjęciu wi­dać tyl­ko moje od­kry­te pra­we ra­mię, ko­łnie­rzyk bia­łej ko­szu­li Łu­ka­sza, kla­pę gar­ni­tu­ru. I na­sze twa­rze. Wy­szcze­rzo­ne ze szczęścia, za­ró­żo­wio­ne za­rów­no od chło­du, mi­ło­ści, jak i set­ki na­lew­ki z pi­gwy dziab­ni­ętej na spó­łę. Nie dla ku­ra­żu, tyl­ko na roz­grzew­kę. By­li­śmy pi­ja­ni sobą.

Po­trze­bu­ję prze­rwy. Bio­rę po­tężny łyk ama­re­ny i idę na faj­kę.

Po­zna­li­śmy się la­tem dwa ty­si­ące je­de­na­ste­go roku, kie­dy mój młod­szy brat Ol­gierd do­sze­dł do wnio­sku, że pil­nie po­trze­bu­je sa­mo­cho­du. Aku­rat mia­łam ty­dzień urlo­pu. W tam­tym roku me­ne­dże­ro­wa­łam w ca­łkiem faj­nej mek­sy­ka­ńskiej re­stau­ra­cji, jed­no­cze­śnie eks­pe­ry­men­tu­jąc w domu z no­wy­mi prze­pi­sa­mi. Ja i Ol­gierd miesz­ka­li­śmy jesz­cze wte­dy z ro­dzi­ca­mi. To, co nami kie­ro­wa­ło, było czy­stym wy­god­nic­twem. W ka­żdym ra­zie po­je­cha­łam z nim do ko­mi­su, naj­wi­ęk­sze­go w Ło­dzi. Cie­szące­go się re­no­mą i nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nią. Rzecz ja­sna wy­go­oglo­wa­łam so­bie wszyst­ko w ne­cie. Luk Ide­al Cars nie sprze­da­wał sa­mo­cho­dów, lecz ma­rze­nia. Kla­sy­ki, wozy spor­to­we, eks­klu­zyw­ne. Ko­mis nie był spła­chet­kiem pola gdzieś przy dro­dze do­jaz­do­wej do Ło­dzi, z trzęsącą się przy po­dmu­chach wia­tru wia­tą za­miast biu­ra i fia­ta­mi uno roz­sia­ny­mi po wy­je­żdżo­nym bło­cie, o nie! Oczy­wi­ście sprze­da­wa­li ta­kże sa­mo­cho­dy na ka­żdą kie­szeń i te rze­czy­wi­ście sta­ły na wy­ło­żo­nym rów­niut­ką kost­ką dzie­dzi­ńcu, jed­nak dro­gie mo­de­le (a na­li­czy­łam wte­dy szes­na­ście sztuk, w tym trzy po­rshe 911 i dwa for­dy mu­stan­gi) sta­ły w sa­lo­nie wy­sta­wo­wym, nad któ­rym mie­ści­ło się prze­stron­ne biu­ro. Nie po­wiem, by­łam pod wra­że­niem. Tym bar­dziej że po­często­wa­no nas wy­bor­ną kawą. A wte­dy, rzecz ja­sna, zwra­ca­łam uwa­gę na ta­kie niu­an­se.

Od razu wpa­dli­śmy so­bie w oko. Mimo że Ol­gierd nie ku­pił ani eks­klu­zyw­ne­go, ani spor­to­we­go sa­mo­cho­du, a kil­ku­let­nie audi, Łu­kasz po­trak­to­wał go z sza­cun­kiem, jak­by miał do czy­nie­nia co naj­mniej z pre­ze­sem ban­ku. To też mi się spodo­ba­ło. Miał kla­sę i zde­cy­do­wa­nie wie­dział, jak pro­wa­dzić biz­nes.

By­łam wte­dy nie dość, że ogni­ście ruda, to jesz­cze o pra­wie dwa­dzie­ścia kilo lżej­sza. A Łu­kasz, tak się szczęśli­wie zło­ży­ło, wci­ąż był ka­wa­le­rem. To mnie tyl­ko utwier­dzi­ło w prze­ko­na­niu, że nie ma cze­goś ta­kie­go jak przy­pa­dek. Los chciał, że­bym wy­bra­ła się wte­dy z Ol­gier­dem po sa­mo­chód. W ka­żdym ra­zie wy­mie­ni­li­śmy się nu­me­ra­mi te­le­fo­nów, a po­tem za­częli­śmy spo­ty­kać.

Jak wi­dzi­cie, to hi­sto­ria, ja­kich wie­le. Bez fa­jer­wer­ków, za to z pi­ęk­ny­mi emo­cja­mi. Za­ko­cha­li­śmy się w so­bie; dwo­je sa­mot­nych lu­dzi w po­dob­nym wie­ku, o ró­żnych za­in­te­re­so­wa­niach. Przez czte­ry mie­si­ące ja za­bie­ra­łam go do ulu­bio­nych re­stau­ra­cji, a on mnie na prze­ja­żdżki za mia­sto. Je­ździ­li­śmy do War­sza­wy, Wro­cła­wia, Kra­ko­wa. To był do­bry czas, in­ten­syw­ny.

Pierw­szy raz za­pro­si­łam go na ko­la­cję kil­ka dni po Za­dusz­kach i na­praw­dę nie spo­dzie­wa­łam się, że przyj­dzie z pie­rścion­kiem i gleb­nie na ko­la­na przede mną i mo­imi ro­dzi­ca­mi, żeby pro­sić o moją rękę. Mama, któ­ra chy­ba po­go­dzi­ła się z my­ślą, że zo­sta­nę sta­rą pan­ną i będę na jej gar­nusz­ku, do­pó­ki nie wy­zio­nie du­cha, po­pła­ka­ła się jak bóbr. Tata po­dał do ko­la­cji trzy­dzie­sto­let­nią star­kę. Chy­ba cie­szył się jesz­cze bar­dziej niż mama.

– Pa­mi­ętam, co wte­dy ugo­to­wa­łam – mam­ro­czę, do­ty­ka­jąc opusz­ka­mi ekra­nu lap­to­pa.

Za­my­kam na chwi­lę oczy, wy­obra­ża­jąc so­bie szorst­ko­ść za­ro­stu Łu­ka­sza. Lu­bi­łam go z krót­kim kłu­jącym mesz­kiem, pa­so­wał mu bar­dziej niż ta gład­ka pup­cia nie­mow­la­ka, któ­rą miał dla klien­tów. Z za­ro­stem był taki męski! Choć jak dla mnie ogo­lo­ny czy za­ro­śni­ęty i tak skła­dał się ze stu dzie­si­ęciu pro­cent te­sto­ste­ro­nu.

– Po­da­łam pap­par­del­le z bo­ro­wi­ka­mi, kur­cza­kiem i bia­łym wi­nem. Na przy­staw­kę ka­na­pecz­ki z orze­cho­wym twa­ro­żkiem, pest­ka­mi sło­necz­ni­ka, ko­per­kiem i bia­łym pie­przem. Do tego sa­łat­ka z ma­ry­no­wa­nej dyni i gril­lo­wa­ne­go hal­lo­umi z lek­kim mio­do­wym so­sem. Pa­mi­ętasz? Ja pa­mi­ętam, jak co chwi­lę za­my­ka­łeś oczy, na­sy­ca­jąc roz­ko­szą kub­ki sma­ko­we. Pa­mi­ętam, jak ukła­da­łeś usta na kie­lisz­ku z bia­łym pro­sec­co, jak śmia­ły się two­je oczy. Łu­kasz, ja wci­ąż to wszyst­ko pa­mi­ętam! Pa­mi­ętam ka­żde „ko­cham cię”, ka­żdy po­ca­łu­nek, twój od­dech na mo­jej szyi, kie­dy tu­li­łeś się do mnie po ci­ężkim dniu. Pa­mi­ętam, jak sma­ko­wał twój język, jak zli­zy­wa­łam z cie­bie pot, kie­dy się ko­cha­li­śmy. Kie­dy mnie tu przy­wio­złeś, po­ło­ży­łeś na mo­jej dło­ni klu­cze i po­wie­dzia­łeś: „Póki co miesz­ka­nie, nie­dłu­go ku­pię nam dom”. Jak dro­czy­łeś się ze mną i na­zy­wa­łeś „Rudą”. Two­je dło­nie ze stward­nia­ły­mi opusz­ka­mi, wodę ko­lo­ńską, dżin­sy, w któ­rych twój ty­łek wy­glądał jak mi­lion do­lców. To, jak zie­wa­łeś, wy­krzy­wia­jąc szczękę w pra­wo. Jak pa­trzy­łeś na mnie w pó­łm­ro­ku, kie­dy le­że­li­śmy w ci­szy, nie­mal zde­rza­jąc się no­sa­mi. Pa­mi­ętam, jak mó­wi­łeś, że wy­pe­łni­łam pu­ste miej­sce w two­im ży­ciu. Jak po­szli­śmy na san­ki, a ty skręci­łeś kost­kę. A to, jak na­srał na cie­bie go­łąb, kie­dy wy­cho­dzi­li­śmy z ko­ścio­ła po ślu­bie Ol­gier­da i Dag­ma­ry? I jaki by­łeś tym znie­sma­czo­ny, a ja sta­rłam gów­no wi­ązan­ką. Łu­kasz, strasz­nie za tobą tęsk­nię! Nie chce mi się bez cie­bie żyć. Nie mam siły, nie ra­dzę so­bie. Mó­wi­łeś, że cię wy­pe­łniam, a masz po­jęcie, jak ty wy­pe­łnia­łeś mnie? I jak bar­dzo je­stem pu­sta, od­kąd cię za­bra­kło? Masz po­jęcie, jak bar­dzo mnie nie ma bez cie­bie? – wyję.

Łzy wy­le­wa­ją się ze mnie, prze­le­wa­ją nade mną, aż w ko­ńcu tonę w nich za­smar­ka­na. Opa­dam na dno tęsk­no­ty za ży­ciem, któ­re już ni­g­dy do mnie nie wró­ci.

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, ko­cha­nie.

Plan na dzi­siaj: roz­mro­zić lo­dów­kę, po­sprzątać kuch­nię, zro­bić coś ze swo­im po­sra­nym ży­ciem. NIE OGLĄDAĆ ZDJĘĆ! Pó­jść na cmen­tarz. Może przy oka­zji znaj­dę go­ścia od ta­bli­czek. Umrzeć albo cof­nąć czas.

Dzie­si­ąty mar­ca, dzie­wi­ąta trzy

Plan na dzi­siaj: roz­mro­zić lo­dów­kę, po­sprzątać kuch­nię, zro­bić pra­nie, pó­jść na cmen­tarz, po­ga­dać z go­ściem od ta­bli­czek. Po cho­le­rę pi­szę, że mam PÓ­JŚĆ na cmen­tarz, sko­ro i tak nie wyj­dę? Wy­kre­ślę to. Mam jesz­cze bu­tel­kę ama­re­ny i jed­ną cia­bat­tę. Dzi­siaj so­bo­ta.

Mó­wi­ąc szcze­rze, chy­ba umknęła mi ostat­nia doba. Wła­ści­wie dwie. A mo­głam nie oglądać zdjęć! Mo­głam, nie? Naj­wy­ra­źniej nie je­stem na to go­to­wa. Pen­dri­ve’a scho­wa­łam tak, że już ni­g­dy go nie znaj­dę.

Sto­ję na bal­ko­nie w pi­ża­mie, wie­je lek­ki cie­pła­wy wiatr, przy­no­si znad traw­ni­ków za­pach wil­got­nej zie­mi i psich gó­wien. Wci­ągam w nos dym z we­sta, kie­dy sły­szę skrzyp­ni­ęcie drzwi na bal­ko­nie Ma­can­ka. Po chwi­li po­ja­wia się on, we wła­snej oso­bie. Przez mro­żo­ne mlecz­ne szkło wi­dzę za­rys dżin­sów i je­śli mnie wzrok nie myli, to wszyst­ko. Nie ozna­cza to, że na bal­kon wy­szła za­le­d­wie dol­na część ka­dłu­ba Mi­ko­ła­ja, tyl­ko że od pasa w górę jest goły! Bez ko­szul­ki. I boso!

– Cze­ść – mówi on.

– Cze­ść – od­po­wia­dam.

– Faj­ne zdjęcie wsta­wi­łaś na pro­fi­lo­we. W ko­ńcu wiem, jak wy­glądasz. Fiu, fiu, li­sicz­ka taka. Ile lat mia­łaś na tej fot­ce? Sie­dem­na­ście? – Ma­ca­nek krztu­si się dy­mem.

A mnie robi się sła­bo, nie­do­brze i go­rąco jed­no­cze­śnie. Zna­cie ten stan, kie­dy ktoś was za coś chwa­li albo co gor­sza gani, a wy nie ma­cie kom­plet­nie, ale to kom­plet­nie fio­le­to­we­go po­jęcia, o co może cho­dzić? Mo­żna to po­rów­nać je­dy­nie do eks­trak­cji zęba, ale w pe­łnym znie­czu­le­niu. Obu­dzo­ny czło­wiek spo­dzie­wa się co naj­wy­żej su­che­go zębo­do­łu, ale nie tego, że sto­ma­to­log po­wie: „Gra­tu­lu­ję, uro­dzi­ła pani pi­ęk­ne­go syna”. I ta re­flek­sja: „Halo, a kie­dy to ja niby by­łam w ci­ąży?”.

– Ja­kie zdjęcie tak kon­kret­nie? – py­tam ochry­ple.

– No na Fa­ce­bo­oku. Da­łem ci na­wet ser­dusz­ko. Idę ogar­nąć sy­pial­nię – in­for­mu­je Ma­ca­nek i wra­ca do miesz­ka­nia.

– A ja zmie­ni­łam po­ściel! – krzy­czę za nim nie wia­do­mo po co.

Nie dość, że nie wiem, gdzie jest pen­dri­ve, to jesz­cze gdzieś po­sia­łam te­le­fon. W tej roz­dzie­ra­jącej ci­szy wy­ra­źnie sły­szę, jak ktoś gme­ra klu­czem w zam­ku. W mo­ich drzwiach! Na­pi­szę do Mi­ko­ła… a gów­no tam! O Boże, Boże, Boże. Ktoś do mnie idzie! Ku mnie! O Boże.

Pa­ni­ka spa­ra­li­żo­wa­ła mnie tak, że za­mknęłam się w ła­zien­ce, drzwi za­sta­wi­łam ko­szem na pra­nie i sztyw­nym ręcz­ni­kiem. Po czym za­częłam roz­glądać się za czy­mś do obro­ny. Odświe­żacz po­wie­trza? Pu­sty. An­ty­per­spi­rant w ae­ro­zo­lu? Pu­sty. Je­śli ktoś jed­nak sfor­su­je prze­szko­dy i ja­ki­mś cu­dem do­sta­nie się do ła­zien­ki, po pro­stu gwa­łtow­nie ochla­pię go wodą z mo­je­go nie­my­te­go od bar­dzo daw­na ki­bla. Może przez ten czas roz­wi­nęła się w nim śmier­cio­no­śna flo­ra bak­te­ryj­na? Mam taką na­dzie­ję. Zu­pe­łnie za­po­mnia­łam, że drzwi ła­zien­ko­we otwie­ra­ją się na ze­wnątrz, więc za­sta­wia­nie ich ko­szem na pra­nie było śred­nio do­brym po­my­słem.

A te­raz Ga­bry­sia stoi i gapi się na mnie klęczącą przy musz­li klo­ze­to­wej, z ręką za­mo­czo­ną po ło­kieć w te­jże. Ja rów­nież ga­pię się na nią z kom­plet­nym, bez­gra­nicz­nym nie­zro­zu­mie­niem.

– Sie­ma, sta­ra – mówi i wca­le nie wy­da­je się zdzi­wio­na tym, co ro­bię.

(A co ja ro­bię? Je­stem przy­go­to­wa­na do sa­mo­obro­ny, rzecz ja­sna).

– Gabi… – wzdy­cham sła­bym gło­sem.

– Przy­wi­ta­my się do­pie­ro, jak umy­jesz rękę. Wiem, że za­po­mnia­łaś, że by­ły­śmy na dzi­siaj umó­wio­ne. Dzwo­ni­łam. Wy­sła­łam SMS z przy­po­mnie­niem i na­wet na­pi­sa­łam ci na Mes­sen­ge­rze. Nie od­pi­sa­łaś. Nie, buba, nie dzi­wię się. W ka­żdym ra­zie je­stem, zwar­ta i go­to­wa do pra­cy. Za­czy­na­my od kuch­ni czy ła­zien­ki? Iga jest ze mną.

– Ale jak ty się tu do­sta­łaś? – py­tam zba­ra­nia­ła.

– Da­łaś mi klucz po śmier… po po­grze… no, w ka­żdym ra­zie da­łaś mi kom­plet klu­czy Łu­ka­sza. Pa­mi­ętasz? Wi­dzę, że nie. To nic. Cho­dź, zro­bię kawę i ogar­nie­my ten baj­zel. – Uśmie­cha się i do­da­je: – Mo­żesz już wy­jąć rękę z ki­bla.

Wy­ci­ągam, bo ja­koś tak fak­tycz­nie głu­pio. Szo­ru­ję ją cy­try­no­wym mlecz­kiem do czysz­cze­nia wan­ny i do­pie­ro idę się przy­wi­tać.

Gabi stoi na środ­ku kuch­ni, a jej pi­ęk­ny, ary­sto­kra­tycz­nie za­dar­ty nos za­ty­ka się sa­mo­ist­nie, kie­dy do na­szych noz­drzy wdzie­ra się smród gni­jące­go kur­cza­ka z ro­ba­lem. Przez chwi­lę jest zdez­o­rien­to­wa­na, nie­zde­cy­do­wa­na i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie prze­ra­żo­na ogro­mem znisz­czeń, do któ­rych do­pro­wa­dzi­łam swo­im nie­chluj­stwem. A do nie­chluj­stwa do­pro­wa­dzi­ła mnie nie­le­czo­na od pra­wie czte­rech mie­si­ęcy de­pre­sja, ale mniej­sza z tym.

Ale mu­szę o tym wspo­mnieć, by­ście mie­li ja­ki­kol­wiek ob­raz sy­tu­acji. Ga­bry­sia, mimo że w stycz­niu sko­ńczy­ła czter­dzie­ści je­den lat, ma fi­gu­rę trzy­dzie­sto­lat­ki i jest ab­so­lut­nie prze­pi­ęk­na. Jej cór­ka Iga, że­ńska część du­etu bli­źnia­cze­go, jest jej młod­szym o dwa­dzie­ścia sie­dem (czy sze­ść, czy ja­koś tak…) lat klo­nem. Może wi­dzie­li­ście w ne­cie zdjęcia Cin­dy Craw­ford z cór­ką Kaią? No, to mniej wi­ęcej wie­cie, jak wy­gląda­ją Gabi i Iga. To wy­gląd, któ­re­go ja z moją… z moim wszyst­kim ra­czej nie osi­ągnę.

– No do­oobrze – od­zy­wa się po chwi­li Ga­bry­sia. – Zro­bi­my tak. Po pierw­sze, ręka­wicz­ki. Ja po­pro­szę te dłu­gie. Po dru­gie, buba, ty wska­ku­jesz w ja­kieś ro­bo­cze ciu­chy, bo szko­da pi­ża­my, Iga pod prysz­ni­cem wy­szo­ru­je czaj­nik, a ja pój­dę wy­wa­lić śmie­ci.

Iga, to pi­ęk­ne czter­na­sto­let­nie (a może pi­ęt­na­sto­let­nie?) dziew­czę, przy­tu­la mnie na­gle moc­no, a mnie się robi tak miło, tak cie­pło pod wpły­wem jej ser­decz­no­ści i zwy­kłej-nie­zwy­kłej bli­sko­ści czy­je­goś cia­ła, że obej­mu­ję ją moc­no, w du­chu szczęśli­wa, że zdąży­łam się umyć.

– Cio­cia – mówi Iga. – Kie­dy mamy nie było, prze­czy­ta­łam chy­ba wszyst­kie ar­ty­ku­ły o de­pre­sji, ja­kie zna­la­złam. O ob­ja­wach, o le­cze­niu. O to­wa­rzy­szących do­le­gli­wo­ściach. O tym, jak po­stępo­wać z cho­rym i… no chcia­łam ci po­wie­dzieć, że je­ste­śmy, po­ma­ga­my. Mil­czy­my, kie­dy trze­ba. Kie­dy trze­ba, przy­tu­la­my i RO-ZU-MIE-MY.

(Chcę za­py­tać gdzie była Gabi, kie­dy jej nie było, ale przy­po­mi­na mi się, że ja­koś tak w ubie­głym stu­le­ciu wspo­mi­na­ła mi o Te­ne­ry­fie).

– Dzi­ęku­ję – mó­wię po pro­stu, bo na­głe wzru­sze­nie ści­ska mi gar­dło.

I na­praw­dę bar­dzo się w tej chwi­li cie­szę, że nie śmier­dzę.

Pra­co­wa­łam w ta­kim sku­pie­niu przy ze­skro­by­wa­niu ohyd­nych, cuch­nących śla­dów grzy­ba z mo­ich czar­nych hek­sa­go­nów, że w ogó­le nie usły­sza­łam Ga­bry­si.

– Sta­ra! – huk­nęła. – Mamy pro­blem z lo­dów­ką.

– Mia­łam ją roz­mro­zić. Na­wet po­czy­ni­łam sto­sow­ną no­tat­kę na li­ście rze­czy do zro­bie­nia – przy­zna­łam ze skru­chą.

– Cho­dzi o to, buba, że w dwóch gór­nych szu­fla­dach za­mra­żal­ni­ka masz sam lód.

– Zna­czy ob­lo­dzo­ne jest? Nor­mal­ka, prze­cież to za­mra­ża…

– Nie, że ob­lo­dzo­ne, tyl­ko kloc lodu od dna do góry. Kloc. Zna­la­złam mło­tek, ale nim też nie idzie.

– Zna­la­złaś mło­tek? Gdzie był? – ucie­szy­łam się, bo ca­łkiem nie­daw­no roz­wa­ża­łam po­zba­wie­nie się ży­cia za po­mo­cą młot­ka wła­śnie.

Pla­no­wa­łam po pro­stu wal­nąć się w czo­ło. Tak raz, a do­brze.

– W przed­po­ko­ju, w szaf­ce na buty. – Gabi mach­nęła ręką w lek­ce­wa­żącym ge­ście. – Buba, po­trze­bu­je­my ci­ęższe­go ka­li­bru. Masz może wier­tar­kę? Spró­bu­je­my go skuć, roz­wier­cić.

Czy my w ogó­le mie­li­śmy wier­tar­kę? Łu­kasz ni­g­dy nie lu­bił maj­ster­ko­wać, ja – wia­do­mo. Choć taka wier­tar­ka… czy ktoś kie­dy­kol­wiek pró­bo­wał po­pe­łnić sa­mo­bój­stwo za po­mo­cą wier­tar­ki? Teo­re­tycz­nie by­ło­by to wy­ko­nal­ne, tyle że bar­dzo nie­este­tycz­ne.

– Ma­ca­nek chy­ba ma. W ze­szłym roku re­mon­to­wał – mó­wię za­my­ślo­na. – Ale ja do nie­go nie pój­dę!

– Nie wy­głu­piaj się, to twój sąsiad – za­czy­na Ga­bry­sia i na­tych­miast milk­nie. – No do­brze, ro­zu­miem, buba. Igi też nie pusz­czę, bo nie­let­nia. Do­bra, idę ja.

– Dla­cze­go… Nic… Mi… Nie… Po­wie­dzia­łaś… Że… Miesz­kasz… Obok… Ta­kie­go… Cia­cha? – stęka Ga­bry­sia mi­ędzy jed­nym wier­ce­niem, a dru­gim.

Wiel­ka wier­ta­ra z wiel­kim wier­tłem ko­ja­rzy mi się z ja­kąś śmier­cio­no­śną me­ga­osą ob­da­rzo­ną sztucz­ną in­te­li­gen­cją. W drob­nych dło­niach Gabi pre­zen­tu­je się po­dwój­nie prze­ra­ża­jąco.

Przy­trzy­mu­ję szu­fla­dę od spodu i bar­dzo bolą mnie zęby od tych dziw­nych wi­bra­cji, któ­re opa­no­wu­ją moje cia­ło przy ka­żdym prze­łącze­niu gu­zi­ka wier­ta­ry na po­zy­cję on. Co zresz­tą daje mi tak po freu­dow­sku do my­śle­nia, że za­wsze jest ja­kiś ON, któ­ry w ja­kie­jś NIEJ wy­wo­łu­je wi­bra­cje. Jed­nak z przy­jem­no­ścią ob­ser­wu­ję, jak kloc lodu pęka na kil­ka mniej­szych ka­wa­łków, któ­re mo­żna po­łu­pać młot­kiem na jesz­cze drob­niej­sze i bez pro­ble­mu wrzu­cić do mi­ski.

– Mu­szę od­po­cząć. – Ga­bry­sia od­kła­da na­rzędzie, a Iga na­tych­miast ła­pie za mło­tek.

– Ja­kie tam cia­cho? Chłop jak chłop. Poza tym wi­dzia­łam go tyl­ko na pro­fi­lo­wym na Fa­ce­bo­oku, a tam ani oczu, ani wło­sów, nic. Tyl­ko ta bro­da pa­skud­na i lu­strzan­ki. Gdzie ci cia­cho? – py­tam gra­ma­tycz­nie.

– Oczy, sta­ra, to on ma piw­ne – mówi Gabi i ocie­ra czo­ło wierz­chem dło­ni. – A wło­sy lśni­ące bar­dziej od mo­ich. Jak z re­kla­my szam­po­nu. Ciem­ny sza­tyn. I gdy­by tak ogo­lić mu bro­dę… ej, wiesz, kogo by mi przy­po­mi­nał? Tego, któ­ry grał Ja­no­si­ka! I tego dru­gie­go, któ­ry tak ci się po­do­bał w Grze o tron.

– Ja­son Mo­moa grał Ja­no­si­ka w Grze o tron – od­po­wia­dam na­tych­miast. – Tyle że Ja­no­sik Mo­moa wy­gląda bez bro­dy nie­ko­rzyst­nie. Ja­son, zna­czy Ja­son Mo­moa.

– Ale ten twój Ma­ca­nek ma bro­dę. W domu ma czy­sto, wręcz tak ste­ryl­nie, rze­kła­bym. Mi­ni­ma­lizm, dużo sza­ro­ści. Jak mu po­wie­dzia­łam, że od cie­bie przy­cho­dzę wier­tar­kę po­ży­czyć, to tyl­ko zbla­dł i spy­tał, czy nic ci nie jest. Uwa­żam, że to słod­kie. A mieć ta­kie­go sąsia­da, to jak zna­le­źć gar ze zło­tem na ko­ńcu tęczy.

– Te­le­fon – mó­wię na­gle, bo na­praw­dę mu­szę wie­dzieć, ja­kie cho­ler­ne zdjęcie wrzu­ci­łam na fej­sa, że aż Ja­son Ma­ca­nek-Pe­re­pecz­ko dał mu ser­dusz­ko.

Je­stem pe­łna złych prze­czuć.

Po chwi­li ci­szę po­po­łud­nia roz­ry­wa grzmot wier­tar­ki. Tak so­bie my­ślę, zgi­nęła­bym bez Gabi. To je­dy­na oso­ba, z któ­rą wi­du­ję się bez schi­zo­wa­nia i ubie­ra­nia mo­ich pa­ra­noi w wy­du­ma­ne teo­rie.

Zna­la­złam! Ra­zem z pen­dri­ve’em! Wsu­nęłam go mi­ędzy dże­my na środ­ko­wą pó­łkę w tej, no… yyy… gar­de­ro­bie na sło­iki. No jak to się na­zy­wa? Spi­żar­nia! Ostat­nio wci­ąż umy­ka­ją mi sło­wa. Pa­mi­ęć wy­sącza się ze mnie jak woda z nad­tłu­czo­nej szklan­ki. Tro­chę mnie to mar­twi, tro­chę na­wet prze­ra­ża. To zna­czy ina­czej: pa­mi­ętam do­sko­na­le o rze­czach nie­wa­żnych, nie­po­trzeb­nych, bła­hych, bzdur­nych. Bez pro­ble­mu przy­wo­łu­ję ka­żde wspo­mnie­nie zwi­ąza­ne z Łu­ka­szem (choć sta­ram się nie ro­bić tego zbyt często), za to gu­bię na przy­kład część doby. Albo go­dzi­nę czy dwie z wczo­raj czy przed­wczo­raj. Nie pa­mi­ętam, że zak­tu­ali­zo­wa­łam zdjęcie pro­fi­lo­we na Fa­ce­bo­oku, nie pa­mi­ętam, że gar­de­ro­ba na sło­iki to spi­żar­nia. Nie wiem, co mi jest. W mo­jej ro­dzi­nie, z tego co wiem, ni­g­dy nie było przy­pad­ków al­zhe­ime­ra.

– To prze­ci­ąże­nie or­ga­ni­zmu – mówi Iga, sta­wia­jąc czaj­nik na lśni­ącej, wy­szo­ro­wa­nej do czy­sta ku­chen­ce. – Czy­ta­łam, że dłu­go­tr­wa­ły stres może uszko­dzić pa­mi­ęć. Ale wiesz, cio­cia, spró­buj po­roz­wi­ązy­wać krzy­żów­ki albo za­pa­mi­ętać nu­mer kon­ta ban­ko­we­go. To zna­czy nie wszyst­ko na­raz, po­wo­li. Małe krocz­ki. Cho­dzi o to, żeby nie wy­pa­dać z obie­gu. Co nam jesz­cze zo­sta­ło?

– Eks­pres. – Gabi ma­cha ły­żecz­ką w kie­run­ku mo­je­go kie­dyś uko­cha­ne­go ku­chen­ne­go sprzętu.

– Ki­be­lek. Ale to sama po­sprzątam. I sa­lon. Ale tam wy­star­czy wy­trzeć ku­rze, bo ja w nim wca­le nie by­wam. Zna­czy nie prze­by­wam.

– I cała sy­pial­nia. – Uśmie­cha się ła­god­nie Gabi. – Może zmie­ni­my za­sło­ny? Ale naj­pierw wy­pa­da­ło­by umyć okna. Iguś?

– Umy­ję. Za­mów­my piz­zę, okej?

Robi mi się głu­pio, bo w lo­dów­ce mia­łam tyl­ko ama­re­nę, reszt­ki ple­śnie­jące­go sera i lep­kie­go cur­ry z kur­cza­kiem. I ciut wi­ęcej ama­re­ny. Gabi po­zo­sta­wi­ła to bez ko­men­ta­rza, za co by­łam jej bar­dzo wdzi­ęcz­na. Ma­cham gło­wą, że się zga­dzam, jak naj­bar­dziej, że może być piz­za z kie­łba­są i ki­szo­nym ogór­kiem, wszyst­ko mi jed­no, byle było jej dużo.

– Obie­caj mi, że nie za­pu­ścisz miesz­ka­nia – pro­si Gabi, kie­dy że­gna­my się koło pó­łno­cy. – Na­pisz, je­śli będziesz po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy. Ja­kiej­kol­wiek. Po­skła­daj pra­nie, jak już wy­schnie. Zmiot­kę i szu­fel­kę masz na bal­ko­nie, umy­te, ob­sy­cha­ją. Nie będę dzwo­nić, obie­cu­ję. Na­pi­szę. Przy­pi­ęłam ci do lo­dów­ki kar­tecz­kę, że wpad­nę w przy­szłą so­bo­tę. Może tym ra­zem z Igo­rem. I Gwi­do­na też we­zmę. Tak na chwi­lę cho­ciaż. I za­cznij się nor­mal­nie odży­wiać. W za­mra­żal­ni­ku masz dwa opa­ko­wa­nia la­sa­gne, pie­ro­gi ze szpi­na­kiem, bo wiem, że lu­bisz. Mi­kro­fa­lów­ka czy­sta, spo­koj­nie mo­żesz od­grze­wać. W lo­dów­ce sok wie­lo­wa­rzyw­ny i po­mi­do­ro­wy z chi­li. Pij, wzmoc­nisz się tro­chę.

– Dzi­ęku­ję, dziew­czy­ny. – Tulę do sie­bie Gabi i jej cór­kę. Tulę moc­no. – Ko­cham was. Na­praw­dę.

– Wie­my. A my cie­bie – mówi Gabi nad moją gło­wą.

Wy­cho­dzą. Zo­sta­ję sama w czy­stym, lśni­ącym i pach­nącym miesz­ka­niu.

Je­de­na­sty mar­ca, ósma dwa­dzie­ścia je­den, nie­dzie­la

Plan na dzi­siaj: zli­kwi­do­wać pro­fil na Fa­ce­bo­oku, ćwi­czyć pa­mi­ęć. Prze­cież nie mogę wci­ąż na­zy­wać jeża „tym ma­łym igla­stym bor­su­kiem”!

W ko­ńcu mój te­le­fon pik­nął, że ma na­ła­do­wa­ną ba­te­rię. Wczo­raj, przy­znam szcze­rze, nie mia­łam od­wa­gi go włączyć. Pierw­szy raz od trzech mie­si­ęcy nie za­ko­ńczy­łam dnia szklan­ką ama­re­ny, tyl­ko zwy­kłą her­ba­tą. Wszyst­ko tak mi pach­nia­ło! Gabi przy­ta­cha­ła tor­bę z Ikei wy­pcha­ną de­ter­gen­ta­mi i je­dze­niem i te­raz nie dość, że mam czy­ściuch­ną, za­pe­łnio­ną żar­ciem lo­dów­kę, to znad podło­gi uno­si się aro­mat my­dła mar­syl­skie­go. Me­ble wci­ąż roz­ta­cza­ją tro­chę już wiot­ki, ale na­dal do­brze wy­czu­wal­ny za­pach ylang-ylang. Czu­ję się, jak­by ktoś zdjął mi z bar­ków pa­ręna­ście ki­lo­gra­mów oło­wiu. Dłu­go roz­my­śla­łam o tym, co po­wie­dzia­ła mi Iga. O tym, że czy­ta­ła, jak na­le­ży po­stępo­wać z ta­ki­mi de­pre­syj­ny­mi lu­dźmi jak ja.

Przez tę swo­ją de­pre­sję ze wszyst­ki­mi jej bo­nu­sa­mi, ta­ki­mi jak idąca w bar­dzo złym kie­run­ku fo­bia spo­łecz­na i po­wra­ca­jące ata­ki lęku, z jed­nej stro­ny czu­ję się jak kwiat pa­pro­ci czy jaj­ko kur­ki zło­to­piór­ki. Jak wy­jąt­ko­wa, kru­cha, de­li­kat­na rzecz, do któ­rej są przy­pi­sa­ne spe­cjal­ne przy­wi­le­je, któ­rą trze­ba chro­nić i któ­rej bro­nić przed ca­łym złem tego świa­ta. A z dru­giej? Jak po­spo­li­ta, zdro­wo pier­dol­ni­ęta (wy­bacz­cie) baba. Mało tego! Za­baw­ny los już w ło­nie mat­ki uczy­nił ze mnie in­tro­wer­ty­ka. A pó­łto­ra roku temu, no nie­zu­pe­łnie, w ka­żdym ra­zie ja­kiś mie­si­ąc po śmier­ci Łu­ka­sza, kie­dy pierw­szy raz po­szłam do psy­chia­try po nie­mal pi­ęcio­let­niej prze­rwie, pani dok­tor Zuza zro­bi­ła mi test, z któ­re­go wy­ni­ka­ło, że mam „wy­jąt­ko­wo wra­żli­wą oso­bo­wo­ść”.

Ta­kie sku­pi­sko nie­szczęść, ot co.

Pa­trzę i nie wie­rzę! Na­praw­dę wsta­wi­łam pro­fi­lo­we na Fa­ce­bo­oka. Już ni­ko­go z mo­ich osiem­dzie­si­ęciu zna­jo­mych nie stra­szy po­nu­ry anioł z czar­ny­mi skrzy­dła­mi, stra­szy ich za to moja gęba. Choć tak Bo­giem a praw­dą wte­dy wca­le nie wy­gląda­łam tak źle. Mia­łam de­li­kat­ny ma­ki­jaż, tak spryt­ny, że moje sza­re oczy wy­da­wa­ły się zie­lo­ne. Nad nimi pi­ęk­nie wy­re­gu­lo­wa­ne brwi. Gład­ka skó­ra, lek­ko mu­śni­ęta pu­drem, po­licz­ki za­ró­żo­wio­ne od chło­du i łyka pi­gwów­ki, za­dzior­ne usta po­kry­te ce­gla­stą szmin­ką. Rude loki, spły­wa­jące ła­god­nie na ra­mio­na, a na gło­wie ślub­ny wia­nek z ja­skrów i ak­sa­mi­tek.

Na­praw­dę wy­gląda­łam ład­nie. Ślicz­nie wręcz! Pro­mie­nia­łam szczęściem na ty­si­ące ki­lo­me­trów, bo jak­kol­wiek by pa­trzeć, to był naj­lep­szy dzień mo­je­go ży­cia. Ostat­nie go­dzi­ny by­cia pan­ną Ta­bęc­ką, przede mną lata, aż do śmier­ci, jako pani Po­pław­ska.

A pod zdjęciem pra­wie trzy­dzie­ści laj­ków! W tym ser­dusz­ko od Mi­ko­ła­ja. Hmm. W su­mie to miłe. Tylu oso­bom po­do­ba się lep­sza wer­sja mnie!

Uch, trzy wia­do­mo­ści na Mes­sen­ge­rze.

„Oli­wia, za­rąbi­sta fota. W ko­ńcu wiem, jak wy­glądasz”, pi­sze Ma­ca­nek.

„Sta­ra, zgod­nie z obiet­ni­cą je­dzie­my do Cie­bie z Igą. Do zo­ba­cze­nia”, to od Gabi, z wczo­raj.

„Cze­ść. Po­wiedz mi, ja­kim cu­dem Twój brat, któ­ry w fir­mie jest ty­ta­nem in­te­lek­tu i pra­cow­ni­cze­go ogar­ni­ęcia na naj­wy­ższym po­zio­mie, w domu za­mie­nia się w to­tal­ną po­pier­dó­łę? No fuck, na­praw­dę. I przede wszyst­kim: jak się czu­jesz? Kie­dy będę mo­gła do cie­bie wpa­ść? Nie trze­ba ci cze­goś?”, pyta Dag­ma­ra, moja bra­to­wa.

Lu­bię Dag­ma­rę, na­wet bar­dzo. Ale opo­wiem o niej przy oka­zji, okej? Od­pi­su­ję jej w pierw­szej ko­lej­no­ści:

„Gabi i Iga były u mnie, po­nad dwa­na­ście go­dzin do­pro­wa­dza­ły­śmy miesz­ka­nie do po­rząd­ku. Mam czy­sto! Je­stem umy­ta!”, od­po­wia­dam i przez chwi­lę wa­ham się, czy za­pro­po­no­wać jej wi­zy­tę w przy­szłym ty­go­dniu, ale jed­nak pi­szę: „Wpad­nij w so­bo­tę. I pisz, co Ol­gierd od­wa­lił”.

„Skręcił nogę w ko­st­ce. Nie zgad­niesz jak! Upa­rł się, że sam po­ma­lu­je po­kój. Wy­bra­łam far­bę, wła­ści­wie to dwie, taką ja­sną, lek­ko sza­rą i ba­na­no­wą, bo sko­ro nie chce­my znać płci dziec­ka, niech so­bie ten po­kój dla ma­lu­cha będzie uni­wer­sal­ny, nie? Tłu­ma­czy­łam mu jak kro­wie na polu, że to nie jest do­bry po­my­sł, żeby ro­zej­rzał się za kimś od wy­ka­ńcza­nia wnętrz, kto nam to zro­bi pro­fe­sjo­nal­nie i w try miga. Ale znasz Ol­gier­da. No wła­śnie. Żeby jesz­cze spa­dł z dra­bi­ny i skręcił nogę, to na­wet bym zro­zu­mia­ła. Ale nie, on po pro­stu wdep­nął w wia­dro z far­bą. Wdep­nął i prze­chy­lił tak nie­for­tun­nie, że coś mu w ko­st­ce chrup­nęło. I wio­złam dzi­siaj rano tego głąba na po­go­to­wie. Strasz­ny ob­ciach, bo mu­sia­łam mu na ko­py­to za­ło­żyć kil­ka­na­ście wor­ków fo­lio­wych, żeby sa­mo­cho­du nie upa­ćkał. Oli­wia, no po­wiedz mi, jak mo­żna skręcić kost­kę W WIA­DRZE?”

Uśmie­cham się do te­le­fo­nu, bo to ta­kie dla mo­je­go bra­ta ty­po­we!

„To jesz­cze nic. Kie­dy by­li­śmy młod­si, wbił so­bie fin­kę w go­leń. Ot tak ma­chał nią, ma­chał i bum. Ostrze we­szło mu w kość mniej wi­ęcej na cen­ty­metr”, od­pi­su­ję.

„Boże! My­ślisz, że to jest dzie­dzicz­ne? Tak na mar­gi­ne­sie cu­dow­ne pro­fi­lo­we! Jak się czu­jesz?”, po­na­wia py­ta­nie Dag­ma­ra.

„Zno­śnie. Mia­łam kry­zys ósme­go, bo Łu­ka­sza uro­dzi­ny. Wiesz, sko­ńczy­łby trzy­dzie­ści dzie­wi­ęć lat. Ale jest okej, prze­ży­łam”, od­pi­su­ję i py­tam: „A jak Ty się czu­jesz?”.

„Jak ba­wół. To już pra­wie ko­niec szó­ste­go mie­si­ąca, a ja mam dość. I ci­ągle żrę ciast­ka, więc boję się we­jść na wagę. Do­bra, idę, Ol­gierd się drze, że­bym mu kawy przy­nio­sła. Ma gips do ko­la­na, a za­cho­wu­je się tak, jak­by mu nogę w pa­chwi­nie am­pu­to­wa­li. Bu­ziak”.

Dag­ma­ra jest już of­fli­ne, więc od­pi­su­ję Ga­bry­si.

„Bar­dzo DZI­ĘKU­JĘ. Za wczo­raj, za po­moc, w ogó­le za wszyst­ko. Nie wiem, jak ja to prze­ży­ję, zna­czy na­lot ta­kiej gru­py pod we­zwa­niem, ale za­pra­szam. Zna­czy przyj­dźcie wszy­scy, tyl­ko wiesz…”

„Wiem”, od­pi­su­je Gabi. „Jak zo­ba­czę, że masz dość, to zgar­nę ich pod byle pre­tek­stem”.

„Idę na bal­kon, omio­tę go tro­chę”, chwa­lę się.

Ga­bry­sia wy­sy­ła mi uśmiech­ni­ęte emot­ki prze­ple­cio­ne ser­dusz­ka­mi.

„Pa­li­my? Bo aku­rat idę na bal­kon”, pi­szę do Mi­ko­ła­ja.

Nie od­pi­su­je, pew­nie jesz­cze śpi. Pew­nie nie sam, bio­rąc pod uwa­gę od­gło­sy, któ­re aż za wy­ra­źnie do­la­ty­wa­ły wczo­raj z jego miesz­ka­nia. Pó­źno już było, tak może po dru­giej, kie­dy usły­sza­łam na ko­ry­ta­rzu naj­pierw chi­chot, ewi­dent­nie pi­jac­ki, po­tem brzdęk upa­da­jących klu­czy, na­stęp­nie trza­śni­ęcie drzwi. I ja­kieś dzie­si­ęć mi­nut pó­źniej: „Oooch, ta­aak, ta­aak!”, wy­krzy­cza­ne dziew­częcym gło­sem. Przez chwi­lę łu­dzi­łam się, że Ma­ca­nek może włączył so­bie por­no­la, do­pó­ki ów dziew­częcy głos nie za­wył roz­dzie­ra­jąco: „Weź mnie jak sukę!”. Sie­dzia­łam osłu­pia­ła, będąc aku­stycz­nym świad­kiem łó­żko­wych po­pi­sów Ma­can­ka vel Ja­so­na Pe­re­pecz­ki (po­dob­no, prze­cież do tej pory nie wiem, jak on wy­gląda na żywo). Od­czu­łam też chy­ba coś na kszta­łt obu­rze­nia, choć ostat­nio mam pro­blem z de­fi­nio­wa­niem swo­ich uczuć i emo­cji. Po­tem po­ło­ży­łam so­bie na gło­wie po­dusz­kę i usi­ło­wa­łam za­snąć, ma­jąc na­dzie­ję, że mój sąsiad był sam i JED­NAK oglądał por­no­la o ja­ki­mś nie­win­nym ty­tu­le, na przy­kład Wiel­kie sa­nie Mi­ko­ła­ja czy Roz­pal mnie jak ko­mi­nek. Bo­żo­na­ro­dze­nio­wy film bez dia­lo­gów.

Po­szłam po­za­mia­tać bal­kon, wy­pa­li­łam spo­koj­nie men­to­lo­we­go we­sta, oraz – uwa­ga – za­dzwo­ni­łam do mamy, cho­ciaż wca­le nie mia­łam tego na li­ście rze­czy do zro­bie­nia!

Roz­mo­wa wy­gląda­ła mniej wi­ęcej tak:

– Cze­ść, Oliw­ciu – po­wie­dział tata, za­nim zdąży­łam się ode­zwać. – Mama tłu­cze ko­tle­ty, dać ci ją?

– Cze­ść, tato, nie trze­ba – od­pa­rłam szyb­ko.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał.

W tle usły­sza­łam pstryk­ni­ęcie za­pal­nicz­ki. Chy­ba też wy­sze­dł na bal­kon.

– Dzi­siaj? Na­praw­dę nie­źle – od­pa­rłam.

Opo­wie­dzia­łam mu o wi­zy­cie Gabi, o tym, że wpad­nie do mnie za ty­dzień i to z całą ro­dzi­ną. I że za­pro­si­łam Dag­ma­rę z Ol…. Ku­źwa, prze­cież to wy­pa­da do­kład­nie w tę samą so­bo­tę! Mu­szę ko­niecz­nie ko­goś od­wo­łać, nie dam rady spędzić go­dzi­ny w to­wa­rzy­stwie sze­ściu osób, nie prze­brnę przez to, nie ma bata.

– Oliw­ciu, ja wiem, że masz z mamą tro­chę na pie­ńku – wtrącił tata. – Ale my na­praw­dę się o cie­bie mar­twi­my. Ja ro­zu­miem two­ją nie­chęć do spo­ty­ka­nia się z nami. Z lu­dźmi w ogó­le. Ale nie niszcz się, cór­cia, pro­szę. Po­win­naś re­gu­lar­nie brać leki. Do­brze sy­piasz?

– Do­sko­na­le – skła­ma­łam i zro­bi­ło mi się na tyle głu­pio, że spy­ta­łam bez krzty­ny po­my­ślun­ku: – A może i wy przy­je­dzie­cie w so­bo­tę? Bo, tato, ja… no wiesz. Ko­cham was, ale…

– Mó­wisz po­wa­żnie? I wpu­ścisz nas do domu? – za­py­tał.

Zro­bi­ło mi się przy­kro, że był tym tak wstrząśni­ęty.

Tak oto wrąba­łam się w wi­zy­tę ośmiu osób. Ja, któ­ra od kwar­ta­łu uni­ka­łam ognisk ludz­kich sku­pia­jących wi­ęcej niż dwie czło­wie­cze sztu­ki. Kie­dyś, mimo swo­je­go zry­pa­nia, by­łam za­da­nio­wa. Co mia­ło być zro­bio­ne, ro­bi­łam. A te­raz uni­kam i od­wle­kam w cza­sie, jak tyl­ko mogę. To będzie dla mnie naj­wi­ęk­sze wy­zwa­nie od ze­szło­rocz­ne­go Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Chy­ba zno­wu po­trze­bu­ję pa­pie­ro­sa.

Ale może oni wszy­scy mają ra­cję. Może po­win­nam zno­wu za­cząć brać leki, zro­bić coś z na­pa­da­mi lęku i ka­żdą ze swo­ich fo­bii. Ze swo­im ży­ciem. Co ma być, i tak będzie. Niech się sta­nie.

* * *

Krót­ka opo­wie­ść o tym, dla­cze­go tak ko­cham Ga­bry­się

Będę się stresz­czać, obie­cu­ję. Ga­bry­się po­zna­łam w pod­sta­wów­ce i to na­praw­dę cu­dem. Na­sza osie­dlo­wa szko­ła, w któ­rej roz­po­czy­na­łam przy­go­dę z na­uką, była tak mała, że mo­gła po­mie­ścić rap­tem sze­ść klas, po dwie pierw­sze, dwie dru­gie i dwie trze­cie. Dla­te­go też z na­sta­niem ko­lej­ne­go roku szkol­ne­go ro­dzi­ce by­łych już trze­cio­kla­si­stów (w tym mnie) wy­sła­li swo­je po­cie­chy do mo­lo­cha, któ­ry był kie­dyś ze­spo­łem ja­kiś tam szkół, a któ­ry mógł po­mie­ścić pięć se­tek ba­cho­rów w naj­gor­szej roz­pi­ęto­ści wie­ko­wej. Była za­tem cała masa czwar­to­kla­si­stów i po kil­ka klas od pi­ątej wzwyż, na ósmej ko­ńcząc.

I w ósmej C uczy­ła się wła­śnie Ga­bry­sia. Gdy­bym wte­dy zna­ła okre­śle­nie „wy­gląda jak mi­lion do­lców”, to opi­su­jąc Gabi, wła­śnie jego cały czas bym uży­wa­ła. Do tego była wy­so­ka, co do­dat­ko­wo pod­kre­śla­ły jej obłęd­ne, prze­pi­ęk­ne wło­sy si­ęga­jące ty­łka. Ciem­ny blond z ja­sny­mi na­tu­ral­ny­mi pa­sem­ka­mi, mo­kry sen ka­żdej fry­zjer­ki. Lśni­ły w sło­ńcu jak so­ple lodu, a do tego wiły się na ko­ńcach.

Ga­bry­sia, jak mi się wy­da­wa­ło, strasz­nie za­dzie­ra­ła nosa. Co wca­le nie było praw­dą, o czym prze­ko­na­łam się pó­źniej. W ka­żdym ra­zie w mu­rach szkol­nych spo­tka­ły­śmy się do­pie­ro, kie­dy ja mia­łam je­de­na­ście, a ona pi­ęt­na­ście lat. Chłop­cy też byli wte­dy inni i pre­fe­ro­wa­li ko­ńskie za­lo­ty, nie to, co mło­dzież wy­pra­wia dzi­siaj. Nie­wa­żne.

Otóż Gabi, po­przez swo­ją nie­tu­zin­ko­wą uro­dę, już wte­dy wzbu­dza­jącą sza­cu­nek, o dzi­wo wca­le nie mia­ła u płci brzyd­kiej prze­rąba­ne. Nikt jej nie ci­ągnął za wło­sy, nie pod­sta­wiał nóg, nie szar­pał za ple­cak. Chy­ba jako je­dy­na w szko­le była trak­to­wa­na ła­god­nie. A do tego do­brze się uczy­ła. Mia­ła roz­le­głe pla­ny nie tyl­ko na naj­bli­ższe li­ce­al­ne lata, lecz ta­kże na stu­dia. W ka­żdym ra­zie u chło­pa­ków mia­ła spo­kój. My, nowy na­ry­bek w mo­lo­chu, już nie.

Ni­g­dy nie uwa­ża­łam sie­bie za pi­ęk­no­ść, zresz­tą przy Ga­bry­si chy­ba ka­żda z nas pre­zen­to­wa­ła się jak zmęczo­na ży­ciem po­my­wacz­ka, ale nie po­wiem, w wie­ku lat je­de­na­stu i ja mo­głam po­chwa­lić się wy­jąt­ko­wy­mi wło­sa­mi. Otóż były one bia­łe jak u wie­wiór­ki al­bi­no­sa. To mnie nie­ste­ty wy­ró­żnia­ło. Nie­ste­ty, bo je­den chło­pak z siód­mej kla­sy, nie­ja­ki Ba­dul­ski zwa­ny Ba­dy­lem, wzi­ął mnie na ce­low­nik. Za­pew­ne było mu głu­pio przed ko­le­ga­mi, że wpa­dła mu w oko taka smar­ku­la, bo jego ko­ńskie za­lo­ty z dnia na dzień sta­wa­ły się po pro­stu świ­ńskie. To już nie była tyl­ko kwe­stia pod­wi­ja­nia mi spód­nicz­ki, tak że wszy­scy wi­dzie­li moje majt­ki, czy szar­pa­nia za kit­kę. To były dro­bia­zgi, na­praw­dę. A ja nie umia­łam się bro­nić, więc Ba­dul­ski po­czy­nał so­bie co­raz śmie­lej i śmie­lej. Któ­re­goś dnia zła­pał mnie za pącz­ku­jące pier­si, ot tak, pod­czas dłu­giej prze­rwy. Ko­le­dzy bili mu bra­wo, a ja prze­ry­cza­łam dwa­dzie­ścia mi­nut w ki­blu, bo ni­g­dy wcze­śniej nikt mnie tak nie upo­ko­rzył.

I taką za­sta­ła mnie Gabi. Spy­ta­ła, kto mi to zro­bił, wska­zu­jąc na od­cisk dwóch brud­nych dło­ni na ko­szul­ce, pod któ­rą od­zna­czał się nie­wiel­ki sta­nik.

– No mów, buba, za­raz dzwo­nek na lek­cję – po­na­gli­ła, kie­dy tyl­ko sta­łam w kącie mi­ędzy drzwia­mi i umy­wal­ką i nie mo­głam wy­do­być z sie­bie gło­su.

– Ba­dyl z siód­mej be – wy­du­si­łam ci­cho.

Ga­bry­sia ski­nęła gło­wą, po czym ści­ągnęła przez gło­wę ró­żo­wy swe­te­rek i mi po­da­ła.

– Za­łóż, nikt nic nie za­uwa­ży. Tak w ogó­le je­stem Gabi. Wi­du­ję cię cza­sa­mi na osie­dlu. – Uśmiech­nęła się, mierz­wi­ąc mi wło­sy.

– Oli­wia – bąk­nęłam onie­śmie­lo­na.

– Oli­wia. Ład­nie. Swe­trem się nie przej­muj, od­dasz mi ju­tro. Spa­da­my, ja mam te­raz pol­ski, a ty?

– Pla­sty­kę. I dzi­ęku­ję.

Gabi pstryk­nęła tyl­ko pal­ca­mi w moim kie­run­ku, a go­dzi­nę pó­źniej, kie­dy wy­cho­dzi­łam ze szko­ły, za­uwa­ży­łam na przy­stan­ku Ba­dul­skie­go ze świe­żym si­nia­kiem na po­licz­ku. Po­środ­ku fio­le­to­wej bul­wy miał dość roz­le­głe roz­ci­ęcie. Na­wet na mnie nie spoj­rzał, stał ze zwie­szo­ną gło­wą i ręka­mi w kie­sze­niach. Od tam­te­go dnia omi­jał mnie na ko­ry­ta­rzu sze­ro­kim łu­kiem.

Tego sa­me­go roku ja i Ga­bry­sia zo­sta­ły­śmy naj­lep­szy­mi przy­ja­ció­łka­mi. Ni­g­dy nie prze­szka­dza­ło jej to, że je­stem o czte­ry lata młod­sza. Wpa­da­ły­śmy do pie­kar­ni i mama za­wsze da­wa­ła nam ma­lut­kie cia­stecz­ka ob­sy­pa­ne ma­kiem i prze­ło­żo­ne mar­mo­la­dą. Ża­rły­śmy je to­na­mi. Gabi po­zwo­li­ła mi się cze­sać, więc kie­dy przy­cho­dzi­ła do mnie, plo­tłam jej war­ko­czy­ki albo na­kręca­łam wło­sy na lo­ków­kę mamy. Słu­cha­ły­śmy mu­zy­ki z ma­gne­to­fo­nu i ga­da­ły­śmy o głu­po­tach, tak jak za­zwy­czaj ro­bią to na­sto­lat­ki. Kie­dyś spy­ta­łam, czy mo­gła­bym ją od­wie­dzić w domu, i wte­dy pierw­szy raz Ga­bry­sia do­słow­nie sfla­cza­ła tak, jak­by ze­szło z niej całe po­wie­trze.

– Buba, wiesz… moja mama… to zna­czy z nią się coś dzie­je. Od­kąd zma­rła bab­cia, mama strasz­nie za­mknęła się w so­bie. Tak to chy­ba mogę okre­ślić. Nie cho­dzi do pra­cy, bo jest na zwol­nie­niu, ale ja my­ślę, że ją wy­wa­li­li, bo już za dłu­go to trwa. Cza­sa­mi ugo­tu­je obiad, coś tam wy­pie­rze, wy­pra­su­je, na­wet obej­rzy film w te­le­wi­zji, ale tak to całe dnie leży w po­ko­ju i na­wet za­sło­nek nie od­su­nie.

– Boże. To strasz­ne! – pi­snęłam, bo nie mo­głam so­bie wy­obra­zić, że moja mama mo­gła­by się tak za­cho­wy­wać. – A co two­jej ma­mie jest, tak do­kład­nie?

– Nie wiem. Jest ta­kie sło­wo jak me­lan­cho­lia, znasz?

Po­ki­wa­łam gło­wą, że tak, choć nie do ko­ńca mia­łam po­jęcie, o czym Gabi mówi. Ale by­łam tak prze­jęta do­pusz­cze­niem mnie do jej ro­dzin­nej ta­jem­ni­cy, że nie przy­zna­łam się do in­do­len­cji.

– To tro­chę tak, jak­by cały czas było ci smut­no, wiesz? – wy­ja­śni­ła. – Mama jest bar­dzo ci­cha od śmier­ci bab­ci. To zna­czy pyta, jak było w szko­le, czy mam coś za­da­ne, i cie­szy się, kie­dy mó­wię, że zno­wu do­sta­łam pi­ąt­kę. Z tatą też niby nor­mal­nie gada, ale… Buba, nie ob­raź się, nie chcę za­pra­szać cię do sie­bie, bo…

– My­ślisz, że się za­ra­żę? – prze­rwa­łam jej pod­eks­cy­to­wa­na.

– Nie. Cho­dzi o to, że u mnie w domu ten smu­tek mamy za­czął tak jak­by wsi­ąkać we wszyst­ko. A ty je­steś słod­ką dziew­czyn­ką i po co masz to czuć?

Zro­bi­ło mi się smut­no. Po­wie­dzia­łam wte­dy Gabi, że w ta­kim ra­zie musi przy­cho­dzić do mnie jak naj­częściej, żeby smu­tek w nią nie wsi­ąkł. Uśmiech­nęła się.

Czte­ry lata pó­źniej, kie­dy ja ko­ńczy­łam pod­sta­wów­kę, a Ga­bry­sia zda­ła ma­tu­rę z naj­wy­ższy­mi oce­na­mi, jej mat­ka w ko­ńcu wy­pi­sa­ła się z ży­cia. Pod­ci­ęła so­bie żyły. Po­dej­rze­wam, że od daw­na sta­ła pod ścia­ną i tak dłu­go wa­li­ła gło­wą w mur, że prze­sta­ła co­kol­wiek czuć. Ani smut­ku, ani ra­do­ści, ani wspó­łczu­cia, ani na­dziei. Gnie­wu, żalu, szczęścia, wzru­sze­nia. Nic. Zo­sta­ła tyl­ko pust­ka. I była to je­dy­na rzecz, któ­rej obec­no­ść czu­ła tak wy­ra­źnie. Może to było tym okrusz­kiem ce­gły, któ­ry za któ­ry­mś tam wal­ni­ęciem do­stał się do mó­zgu i ka­zał pod­jąć de­cy­zję o sa­mo­bój­stwie?

Kie­dyś dłu­go i często roz­ma­wia­łam z Gabi na ten te­mat. By­ły­śmy nie­do­świad­czo­ne, ale za wszel­ką cenę chcia­ły­śmy zro­zu­mieć. Kil­ka­set go­dzin roz­mów o tym jed­nym po­twor­nym „dla­cze­go?”. I czy mo­żna było coś zro­bić, żeby ją po­wstrzy­mać.

Gabi tyle lat żyła pod jed­nym da­chem z oso­bą cho­ru­jącą na de­pre­sję, że od pod­szew­ki po­zna­ła wszyst­kie me­cha­ni­zmy. Ma­mie nie umia­ła po­móc, bo nie wie­dzia­ła jak. Dzia­ła­ła in­tu­icyj­nie, bez pod­ręcz­ni­ko­wej wie­dzy, któ­rą ma te­raz. Dla­te­go i mnie po­ma­ga, a ja… nie, nie za­bi­ję się. Cza­sa­mi chcę, bo nie wiem, co mam ze sobą zro­bić. Nie mam pla­nów, nie mam ma­rzeń, bo wszyst­kie moje ma­rze­nia po­cho­wa­łam do trum­ny ra­zem z Łu­ka­szem. Cza­sa­mi i ja sto­ję pod ścia­ną, tyl­ko nie walę w nią gło­wą, bo mi­ędzy moim czo­łem a ce­gła­mi jest mi­ęk­ka ręka Gabi. Nie po­zwa­la mi się za bar­dzo po­ka­le­czyć.

Rok przed śmier­cią mamy Ga­bry­sia zo­sta­ła do­strze­żo­na na uli­cy przez tak zwa­ne­go łow­cę ta­len­tów. To było pi­ęk­ne lato, tuż po za­ko­ńcze­niu roku szkol­ne­go. Piotr­kow­ska pe­łna mło­dzie­ży, któ­ra – upi­ta nie tyl­ko czerw­co­wym sło­ńcem – ob­le­ga­ła wszyst­kie kwiet­ni­ki, ław­ki i bra­my. Tam wy­pa­trzył Ga­bry­się fo­to­graf i dwa mie­si­ące pó­źniej w let­nim nu­me­rze „Dziew­czy­ny” uka­za­ło się jej zdjęcie. I to na okład­ce.

Tak za­częła się trwa­jąca kil­ka­na­ście lat ka­rie­ra. Zda­rza­ło jej się wędro­wać po wy­bie­gu, kie­dy stu­den­ci na­szej łódz­kiej ASP szu­ka­li mo­de­lek pre­zen­tu­jących ich dy­plo­mo­we stro­je, a zdjęcia Gabi zdo­bi­ły pó­źniej nie tyl­ko okład­ki „Dziew­czy­ny”, ale i no­men omen „Oli­vii”, „Przy­ja­ció­łki”, „Ko­bie­ty i ży­cia”, a raz na­wet „Two­je­go Sty­lu”. Gabi re­kla­mo­wa­ła szam­po­ny do wło­sów, pod­pa­ski, raj­sto­py, pa­sty do bu­tów i bie­li­znę. Dzi­ęki temu po­zna­ła Igo­ra Na­bo­żnia­ka, swo­je­go męża.

Ale to już inna hi­sto­ria.