Ciemna strona oświeconych - Adam Podkowa - ebook + audiobook

Ciemna strona oświeconych ebook i audiobook

Adam Podkowa

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Jarek Targosz miał umrzeć.

Siedemnastolatek leżący na oddziale onkologicznym nie miał już sił, nadziei ani przyszłości. A jednak pewnego dnia budzi się nagle — zdrowy, silny i otoczony energią, której nikt nie potrafi wyjaśnić.

Lekarze są bezradni. Media mówią o cudzie. Ludzie zaczynają widzieć w nim znak z nieba.

Ale prawda okazuje się znacznie ciemniejsza.

Wokół Jarka pojawiają się ludzie, którzy wiedzą więcej, niż powinni. Ktoś go obserwuje. Ktoś próbuje go wykorzystać. A przypadkowe zdarzenia zaczynają układać się w niepokojący plan, którego korzenie sięgają środowisk ukrytych za fasadą wiedzy, wpływów i duchowego oświecenia.

Czy cud naprawdę pochodzi od Boga?

Czy człowiek, który wrócił z granicy śmierci, dostał drugie życie — czy został wciągnięty w grę, której zasad jeszcze nie rozumie?

„Ciemna strona oświeconych” to powieść o tajemnicy, wierze, manipulacji i sile, która może ocalić człowieka… albo uczynić z niego narzędzie w cudzych rękach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 287

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 19 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Lektor AI

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka

Adam Podkowa

Ciemna strona oświeconych

Nota wydawnicza

© 2025 Adam Podkowa

Projekt okładki: Microsoft Designer & Canva

Wydanie: pierwsze

Miejsce i data wydania: Polska, 20 stycznia 2025 r.

ISBN: 978-83-974155-3-9

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Spis treści

Rozdział 1 – Ostatnie namaszczenie

Rozdział 2 – Siła telewizji

Rozdział 3 – Jaki był twój plan?

Rozdział 4 – Nowa

Rozdział 5 – Ratunek „szatana”

Rozdział 6 – „Nie mam czasu!”

Rozdział 7 – Trzymajmy się doktryny!

Rozdział 8 – Nieoczekiwane wsparcie

Rozdział 9 – Nabici w butelkę

Rozdział 10 – Pierwsze kroki

Rozdział 11 – Chciałbym cię lepiej poznać

Rozdział 12 – Wycieczka w góry

Rozdział 13 – Wielki Wielicki

Rozdział 14 – Wiola

Rozdział 15 – Sekta psychicznie chorych

Rozdział 16 – Zamach

Rozdział 17 – Kurtyna opada

Rozdział 18 – dalsze plany…

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Spis treści

Początek książki

Deklaracja dostępności wydania EPUB

To wydanie EPUB zostało przygotowane jako dokument reflowable, z logiczną kolejnością czytania, semantycznymi nagłówkami rozdziałów, aktywnym spisem treści oraz alternatywnym opisem okładki.

Publikacja zawiera metadane dostępności, język dokumentu ustawiony na polski oraz strukturę nawigacyjną zgodną z EPUB 3. Dla starszych czytników dodano plik nawigacji NCX.

Publikacja nie zawiera dźwięku, wideo ani elementów migających.

Rozdział 1 – Ostatnie namaszczenie

Rok 2000 – w jednym z wrocławskich szpitali na oddziale onkologicznym…

To była bardzo duża maszyna o nieznanym mu przeznaczeniu. Stojąc tuż przy niej, słyszał jej złowrogi stukot, który zdawał się z dnia na dzień coraz głośniejszy i coraz bardziej przerażający. Nie wolno mu było o tym myśleć. Każda próba skupienia uwagi na czymkolwiek powodowała gwałtowne nasilenie dudnienia.

W czasie krótkich przebłysków świadomości wydawało mu się, że to jakiś nadzwyczaj silny środek znieczulający nie mógł sobie do końca poradzić z jego bólem spowodowanym chorobą. Sama chyba psychika znalazła sposób, żeby oszczędzić mu cierpień, tworząc takie dziwaczne wyobrażenie.

Czasami budził się na moment. Widział wówczas zatroskaną twarz jakiejś kobiety i jej zmęczone, czerwone od płaczu oczy. Najczęściej ten widok był nic nie znaczącym obrazem, bo strach przed konsekwencjami najmniejszego nawet wysiłku umysłowego zdawał się zbyt wielki, by zaryzykować jego podjęcie, ale czasem, na krótki moment, z bólem docierało do niego, że to mama.

Nie pamiętał, dlaczego ona tu jest, ale czuł, że to wszystko już nie potrwa długo. Maszyna była coraz bardziej złowroga i coraz potężniej dudniła. Bał się jej, ale to było lepsze rozwiązanie niż poprzednio, gdy to wszystko pulsowało wewnątrz, w jego głowie.

Czuł, że w końcu nadejdzie ten moment, gdy ciśnienie nieustannie wzrastające wewnątrz maszyny rozerwie ją na strzępy. Wtedy prawdopodobnie okaże się, że nigdy jej tak naprawdę nie było.

Że to jednak była po prostu jego głowa.

Nie bał się śmierci. W porównaniu z tą wegetacją, w dodatku bez prawa do jakiegokolwiek wysiłku umysłowego, nawet nicość byłaby dla niego lepszym rozwiązaniem.

„Ciekawe, jak to będzie, kiedy to w końcu ucichnie?” – zastanowił się przez moment.

Mechanizm zadudnił tak potężnie, jakby rzeczywiście miał się za chwilę rozpaść, a chłopak zastygł w obawie, że tym razem na zbyt wiele sobie pozwolił.

Czy był tu ktoś oprócz niego? Przez moment wydawało mu się, że czuje czyjąś obecność. Otworzył oczy, ale bał się rozejrzeć po pokoju. Sam ruch gałek ocznych nie wywoływał już takiego bólu, jak kiedyś, ale nadal towarzyszyło temu bardzo nieprzyjemne uczucie.

Usiłował sobie przypomnieć, co to za twardy przedmiot tkwi w jego prawej ręce. Czuł go, wiedział, że to coś ważnego, ale nie mógł sobie przypomnieć, co to mogłoby być.

– Jestem, syneczku, jestem – mówiła spokojnym głosem kobieta siedząca przy jego łóżku.

Nie miał pojęcia, jakie to ma znaczenie i kim ona w ogóle jest. Kobieta założyła mu coś na szyję. Wydawało mu się, że to może być jakiś łańcuszek. Na ustach poczuł przyjemną wilgoć. To była woda.

Maszyna znowu mocniej zadudniła, ponownie zazdrośnie przykuwając do siebie sto procent jego uwagi. Tym razem jednak czuł już na pewno, że nie jest sam, że oprócz maszyny i niego jest tam ktoś jeszcze. Nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia, ale czuł się dziwnie bezpiecznie. Może w końcu, po raz pierwszy od dłuższego czasu, będzie mógł z kimś porozmawiać. Bardzo mu tego brakowało.

– Stój spokojnie, muszę cię ustawić – usłyszał spokojny, lecz niezwykle stanowczy głos.

– To już? – spytał, chcąc się odwrócić w stronę nieznajomego.

W tym też momencie poczuł lekkie uderzenie. To było coś, jakby balon z ciepłą wodą pękł i jego zawartość rozlała się wewnątrz jego ciała. Nie było to nieprzyjemne, choć z drugiej strony trochę go przerażało. Wraz z rozlewaniem się tego ciepła, powoli oddalał się złowrogi stukot maszyny.

Wizja rozmyła się. Znowu widział salę szpitalną. Nowoczesne, podłużne świetlówki dawały ostre, białe światło, potęgowane dodatkowo przez srebrne, odblaskowe oprawy, w których świetlówki były osadzone.

Musiał być od bardzo dawna nieprzytomny, bo czuł się, jakby nagle z całkowitej ciemności wyszedł na śnieg w czasie słonecznej, zimowej pogody.

Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mu na myśl, to wspomnienie niewielkiej górki obok bloku, z której zjeżdżał na nartach jako siedmiolatek. Jakie wtedy wszystko wydawało się piękne i świeże…

Znowu poczuł w ręku twardy przedmiot. Tym razem bez trudu przypomniał sobie, co to jest. To był odtwarzacz MP3. Poczuł ten sam niepokój, jak wówczas, gdy mama przyniosła mu do szpitala to coś, na co po prostu nie było jej stać.

– Czy ja umrę? – spytał wtedy drżącym głosem.

Teraz stał z mamą nad strumykiem. Miał może dwa i pół roku. Przypatrywał się płynącemu strumykowi i usiłował wejść do wody, ale mama mocno przytrzymywała go za rękę. Poczuł złość, bo nie sięgał nogą tafli płynącej wody. Rozpłakał się. Mama przeszkadza, nie mógł tam wejść, a tam było fajnie…

– Stój spokojnie – usłyszał ponownie głos nieznajomego.

Świadomość momentalnie wróciła. Stał w jakimś białym korytarzu, na którego końcu świeciło ciepłe, przyjacielskie światło.

– Co? – spytał chłopak. – Już nadszedł ten czas?

– Stój spokojnie i nawet nie patrz w tamtą stronę – powiedział nieznajomy. – Ciągle odtwarzasz niewłaściwą matrycę.

Znowu nastąpiło lekkie uderzenie, lecz tym razem zamiast ciepła rozlewającego się po ciele poczuł trzy ostre wyładowania elektryczne w okolicy czubka głowy. A po chwili pojawiło się uczucie ostrego palenia w klatce piersiowej.

– Za gorąco! – krzyknął przestraszony.

Temperatura bardzo szybko rosła. Za chwilę ciepło w klatce piersiowej straciło całkowicie znaczenie. Nie zdążył się nawet przestraszyć, gdy wrząca lawa wlała mu się przez głowę i momentalnie sparaliżowała całe ciało. Nie był już w stanie nawet krzyknąć.

Znowu coś błysnęło. Jakby jakieś krótkie spięcia…

Przy jego łóżku siedział Grzesiek – kolega z sali szpitalnej. Zobaczył go tylko przez moment, jak chłopak wycierał mu rozpalone gorączką czoło.

Czas biegł gdzieś obok i w sobie tylko znanym porządku. Jarek nie wiedział, czy to, co widział przed chwilą, było przed minutą, przed tygodniem, czy może od tej chwili zdążył minąć miesiąc.

Miał teraz nie więcej niż trzy latka, a radość wprost go roznosiła. Nie mógł wyjść ze swojego łóżeczka, bo przeszkadzała mu drewniana barierka. Mama dała pistolet na strzałki. Jak się tam naciskało, to strzałka leciała do przodu i czasem przyklejała się do szyby w drzwiach pokoju. Dała pistolet, ale coraz mniej chętnie podnosiła wystrzelone strzałki i ładowała pistolet. Twierdziła, że jest już późno i że wszystkie dzieci już śpią. Ale jak on może iść spać, kiedy to taka fajna zabawa?

– Mówiłem, Kaśka, dać mu rano, nie na wieczór – powiedział wujek.

Nie lubił wujka. Wujek mówił źle, a mama zajęła się rozmową z nim i nie podawała już strzałek.

– Może bym i sobie ułożyła życie jakoś inaczej, ale cóż? – pytała wskazując na niego. – Nie wszystko da się przecież cofnąć.

Gwałtownie wróciła świadomość.

– Po co to wszystko? – spytał Jarek, nie mogąc zrozumieć, dlaczego przypomina sobie takie fragmenty ze swojego życia.

Przez wszystkie mięśnie przeszedł mu nieprzyjemny dreszcz. To przypominało chwilowe podłączenie pod wysokie napięcie…

Na środku czoła poczuł przyjemny chłód. To było bardzo dziwne, bo patrzył na to wszystko, wisząc gdzieś w powietrzu przy oknie pokoju. Przy łóżku stał ksiądz i mówił coś melodyjnym głosem, jakby… wiersz… a na krześle siedziała mama, trzymając go za rękę, ale on tego nie czuł.

Przyjrzał się dokładnie chłopcu, który leżał na szpitalnym łóżku, jakby to był ktoś inny. Krótkie włosy, które jeszcze nie zdążyły odrosnąć po nieudanej chemioterapii, strasznie blada cera. Nigdy przedtem nie oglądał się w tak strasznym stanie. Przez myśl przeszło mu, że nie ma już po prostu sensu tam wracać.

Zrobiło mu się nieprzyjemnie. Tak samo jak wtedy, gdy to się rzeczywiście działo kilkanaście lat temu. Siedział na środku pokoju i bawił się czerwonym samochodzikiem.

– Durna ta Kaśka, że aż ludzkie pojęcie przechodzi – mówiła zatroskana ciotka oparta o kredens kuchenny.

– No co zrobisz, Stefka – mamrotał wujek. – Załamała się i tyle.

– Ona ma dziecko! – wrzała ciotka. – O nim powinna pomyśleć? Co z nim będzie, jak jej zabraknie?

Wujek coś syknął, wskazując na niego, ale ciotka tylko machnęła ręką i stwierdziła, że jest jeszcze za mały i nic nie rozumie i że jej taki „bachor” niepotrzebny do pilnowania go „w zastępstwie”.

Śniło mu się tej nocy, że mama gotowała się w garnku pod mostem, w rzece przepływającej obok parku w ich mieście. Bał się tego, bo jakaś czarna chmura zasłaniała słońce. Było szaro i ponuro…

Poczuł przed sobą jakiś trzask, jakby klaśnięcie…

– Stój spokojnie i nie odwracaj się. Teraz oczyszczę twoją matrycę. Cokolwiek złego zrobiłeś sobie lub innym, zostanie z niej wymazane – powiedział znowu głos zza jego pleców.

Znów stał w białym korytarzu. „Jeśli to jest śmierć, to jest to o wiele przyjemniejsze, niż się spodziewałem” – pomyślał.

Czuł, że za chwilę stanie się coś wspaniałego. Coś, czego można doświadczyć tylko po tej drugiej stronie.

Czy to rzeczywiście tak proste? Czy On wybacza wszystko i wszystkim? Czuł ogarniającą go ekscytację. Chciał coś powiedzieć, ale uczucie narastającego wszechogarniającego ciepła przepełniało go, nie pozwalając zebrać myśli. Pod sobą dostrzegł wielką, głęboką przepaść z urzekającym, niebieskim światłem.

Wiedział, co ma zrobić i nie zastanawiał się ani przez chwilę.

Stało się. Skoczył. Przechodzi na drugą stronę, by odbyć najbardziej fascynującą podróż, z której się już nie wraca.

Nagle poczuł mocne uderzenie w plecy i ogromna siła brutalnie wyhamowała jego ruch w stronę niebieskiego światła.

Chwilę później stał z powrotem na krawędzi tej niezwykłej przepaści, która oddalała się powoli, by po chwili całkowicie zniknąć z jego oczu.

– Twój czas jeszcze nie nadszedł! – usłyszał głos zza swoich pleców.

I nagle wszystko dookoła niego stało się nieskazitelnie białe. Zapanował spokój. Spokój dziwny, jakby naelektryzowany. Wszystko, co nie było spokojem, zostało w tej jednej chwili całkowicie wymazane.

Czuł się trochę tak, jakby był w pobliżu jakiegoś potężnego generatora wytwarzającego energię z jednej strony bardzo subtelną i delikatną, a z drugiej tak potężną, że zdolną dosłownie miażdżyć skały. I ta niezwykła energia zdawała się pomału go przenikać i wypełniać.

– Jesteś… Bogiem? – spytał nieśmiało.

Nie był pewny, czy rzeczywiście stoi jeszcze na ziemi, czy wisi już w powietrzu, czy wolno mu się odwrócić i spojrzeć…

– Nie używaj wielkich słów – odezwał się głos. – Twoja przeszłość została rozliczona i nie wpłynie już nigdy więcej na kreację twojego zdrowia. Jesteś wolny.

Chłopak w tym samym momencie poczuł całkowite rozluźnienie. To było tak gwałtowne, jakby ktoś nagle usunął z jego szyi sznur, z którym nieświadomie żył przez większość swojego życia. Zrozumiał, że nie ma żadnych zobowiązań, nic nikomu nie jest winny, cokolwiek w ciągu życia zrobił złego, zostało jednym aktem woli Boga skasowane, jakby nigdy wcześniej nie istniało lub jakby nie miało na tym poziomie kompletnie żadnego znaczenia.

Nic naprawdę złego w ciągu swojego krótkiego, zaledwie siedemnastoletniego życia nie zrobił, ale teraz nagle zrozumiał, że Bóg by mu tak samo wprost i bez żadnych warunków wybaczył, gdyby przyszedł jako największy zbrodniarz.

To było szokująco wspaniałe, że nie można Go w żaden sposób obrazić, że nie ma możliwości, aby czymkolwiek sobie zasłużyć na Jego gniew.

Znowu poczuł jakiś skok napięcia. Jakby ktoś niepostrzeżenie od dłuższego czasu stopniowo podkręcał potencjometr, próbując przyzwyczaić go do coraz większego napięcia.

– Mam z tobą duży problem, Jarku – powiedział głos zza jego pleców. – Łatwo cię zapalić, ale zaraz potem zaczynasz odtwarzać tę samą uszkodzoną matrycę, która tworzy nowotwór. Od kilkunastu dni podsuwam ci obrazy z twojej przeszłości, żebyś zrozumiał, że nie jesteś winny niczemu, o co obwiniał cię umysł kilkulatka, ale ty ciągle obserwujesz to z tamtej wypaczonej perspektywy.

– Byłem błędem moich rodziców – odparł pogodnie chłopak, czując w sercu całkowitą beztroskę.

– Od kilku godzin powinieneś być martwy – usłyszał. – Co byś tym naprawił?

Rozluźnienie nie sprzyjało jakimkolwiek refleksjom. Nie był w nastroju do filozoficznych rozważań.

Nie był też w stanie tego ukryć.

– Jedynie nadmiar energii odbiera ci moc autodestrukcji – zauważył głos. – Więc dostaniesz jej taką ilość, która sparaliżuje twoją zdolność do odtwarzania czegokolwiek.

– … czegokolwiek – powtórzył Jarek bezwiednie, czując jednocześnie całkowity relaks.

– A teraz oddychaj głęboko… Bardzo głęboko.

Chłopak nabrał w płuca powietrze i powoli je wypuścił.

– Dalej! – zachęcał głos spokojnie i stanowczo.

Jeszcze kilka razy chłopak powtórzył tę operację. To było bardzo odświeżające i przyjemne, ale zaczęło ogarniać go przeczucie, że to ma jakieś inne, ukryte znaczenie. Poczuł narastający niepokój związany z bardzo dziwacznym odczuciem, że wdychane powietrze jest jak elektrolit. Jakby to było tylko kumulowanie napięcia, które potem… co? Chciał się odwrócić i spytać wprost, co się dzieje.

Nie zdążył. Ekstremalnie wysokie napięcie uderzyło w niego z taką mocą, że momentalnie stracił orientację, gdzie jest i co się z nim dzieje. Nie wiedział, czy leci z prędkością światła, czy leży na ziemi, a przez jego ciało przepływa prąd elektryczny o niewyobrażalnym natężeniu.

Zaczął krzyczeć, ile sił w płucach, a im mocniej krzyczał, tym mocniej ta nieznana energia paraliżowała mu wszystkie mięśnie. Jak przez zepsutą taśmę filmową widział oślepiające błyski białego światła na przemian z zarysami postaci w białych ubraniach, które wyglądały niczym jacyś strażnicy próbujący go obezwładnić.

– Spokojnie! – usłyszał zdenerwowany głos, który chyba należał do kogoś, kto… kiedyś go leczył.

Wizja urwała się. Wszystko się rozmyło. Było biało. Biel powoli ciemniała, potem przechodziła w szarość i cykl się powtarzał. Złowrogo dudniącej maszyny już nie było, nie było też nikogo, kto mógłby wytłumaczyć mu, co się właściwie stało.

Czy rzeczywiście umarł? Odnosił wrażenie, że leży na wpół przebudzony, że może swobodnie poruszyć palcami rąk i nóg… ale przeraźliwie się tego bał. Bał się, że to się uda, a to przecież już od dawna niemożliwe. Nie w jego stanie.

A jeśli to czyściec, to jak tu jest? Będzie tak leżał? To byłoby bez sensu. Czy ma tu coś zrozumieć? Może coś zrobić? Ale co? Przecież Bóg jednym prostym aktem woli unieważnił wszystkie jego grzechy.

Z ogromną niepewnością spróbował poruszyć palcem ręki. Poczuł plastik… jakiś większy naparstek. Trochę cisnął, ale nie był niczym przywiązany. Bez trudu zsunął go z palca.

W tym momencie do jego uszu dotarł przeszywający pisk. Słyszał go już kiedyś na filmie. Ten dźwięk w szpitalu sygnalizował, że ktoś umarł. Otworzył szeroko oczy i przerażony usiadł na łóżku. Od razu zakręciło mu się w głowie od zbyt raptownie zmienionej pozycji ciała.

Matka na ten widok poderwała się ze swojego krzesła w takim popłochu, że zmiotła biodrem wszystko, co znajdowało się na przyłóżkowej szafce szpitalnej. Odgłos tłuczonego szkła zmieszał się z piskiem aparatury monitorującej jego funkcje życiowe, dodatkowo potęgując zamieszanie.

W drzwiach pokoju niemal natychmiast stanęła pielęgniarka.

– Co się stało? – spytał jej przestraszony chłopak.

– Doktorze! – krzyknęła kobieta przerażona, wpatrując się w niego, jakby zobaczyła ducha.

Rozdział 2 – Siła telewizji

– Ta czarna, wysoka, co była wczoraj po południu… – mówił Grzegorz. – Ta to jest wredna. Ona by nas najchętniej wszystkich wyrzuciła i sama siedziała na oddziale.

Jarek parsknął śmiechem.

– Praca byłaby fajna – powiedział, usiłując naśladować głos pielęgniarki. – Tylko żeby tych pacjentów w ogóle nie było.

Leżeli tak całe popołudnie i wpatrywali się w sufit. Mijał kolejny, szpitalny dzień. W godzinach przedpołudniowych jeszcze się czasami coś działo, ale popołudnia i wieczory były zawsze takie same. Od czasu do czasu chłopcy wymieniali między sobą kilka zdań na luźne tematy, ale w sumie dzieliła ich zbyt duża różnica wieku, by mogli znaleźć wspólny język.

Grzesiek był wesołym jedenastolatkiem przepadającym za grami komputerowymi, których Jarek z kolei nienawidził. Nieraz do Grześka wpadał kolega z sąsiedniej sali i chłopcy potrafili przez kilka godzin opowiadać sobie nawzajem na temat trików i fortelów pomagających przechodzić kolejne etapy jakiejś gierki internetowej, podczas gdy Jarek obserwował świetlówkę i zastanawiał się, dlaczego większość jego rówieśników uważa, że to dziewczyny mają monopol na trajkotanie.

– Dzisiaj wieczorem jest fajny film – przypomniał sobie Grzegorz. – Nie pamiętam tylko tytułu. Już od soboty zapowiadali i wiedziałem, że warto obejrzeć, ale zupełnie mi tytuł wyleciał.

– A z kim?

– Z takim… blondasem.

Jarek kiwnął głową na znak, że przyjął do wiadomości, że wieczorem będzie bliżej nieokreślony film z głównym aktorem blondynem.

Zaraz po lekarskim obchodzie do sali weszła mama. Teraz już przychodziła do szpitala albo do południa, albo pod wieczór, w zależności od tego, na którą zmianę akurat pracowała jej kuzynka, u której zatrzymała się na czas pobytu we Wrocławiu. Nie było już potrzeby siedzieć przy jego łóżku dzień i noc, więc dała sobie w końcu wytłumaczyć, że warto i z kuzynką spędzić trochę czasu.

– Jak się spało? – spytała kobieta wesoło.

Grzegorz kiwnął głową na znak, że dobrze, Jarek tylko westchnął i machnął ręką.

– Mamo, pogadaj z profesorem, przecież to nie ma sensu – poprosił.

– Jareczku, profesor wie lepiej, co robić – upomniała go.

– Jak cię nowotwór nie wykończył, będą chcieli cię zanudzić na śmierć, bo statystyki zepsułeś – ostrzegł Grzegorz.

Jarek parsknął śmiechem.

– Wczoraj mówili o tobie w wiadomościach – powiedziała podekscytowana mama. – Pokazywali profesora, dyrektora, mówili o księdzu Bronisławie…

Sięgnęła do torby po siatkę mandarynek, by umieścić je w przyłóżkowej szafce. Jarek tylko westchnął. Tłumaczenie, że nie jest w stanie pożerać takiej liczby owoców dziennie, było po prostu bezcelowe. Ta część matczynej świadomości była zablokowana na wszelkie argumenty.

– Ale dzisiaj mam dla ciebie coś jeszcze – powiedziała kobieta z triumfującą miną.

– Co masz?

Matka poprzewracała wszystkie zakamarki swojej torebki, by w końcu z dumą wręczyć synowi fotografię. Chłopak przyjrzał się zdjęciu uważnie. To był widok z okna jego pokoju – fragment parkingu, kawałek uliczki dojazdowej, trzepak i oczywiście, w centralnym miejscu, wielki przepełniony śmietnik, który wyróżniał się do tego stopnia, że wydawał się podmiotem całej fotografii.

– No… – wydusił z trudem.

Z mieszanymi uczuciami przyglądał się odbitce. Ujęcie nie należało do najbardziej udanych.

– … z mojego pokoju… – dodał dyplomatycznie.

Na zdjęciu tuż przy śmietniku zauważył podwórkowego kundla, który z charakterystycznie uniesioną nogą załatwiał potrzebę fizjologiczną.

– Fajnie – skwitował.

Mama wyjęła mu zdjęcie z ręki, odsunęła szklankę z sokiem stojącą na szafce i oparła odbitkę o pudełko z landrynkami. Teraz śmietnik patrzył wprost na niego z przyłóżkowej, szpitalnej szafki.

– Tak – wydusił Jarek i uśmiechnął się, by zademonstrować, jak bardzo się cieszy. – Ale co chcesz dać mi do zrozumienia, że jednak nieprędko wrócę do domu.

Kobieta zawiesiła na oparciu drewnianego krzesła swoją torebkę i wstała.

– Spytam – powiedziała, wzruszając ramionami – ale nie będę naciskać, bo profesor wie lepiej, co dla ciebie jest najlepsze.

Jarek opadł ciężko na swoje łóżko i beznamiętnie spojrzał na sufit. Ogarnął go śmiech.

Wszyscy lekarze zachowywali się tak, jakby byli oburzeni tą niezrozumiałą anomalią medyczną, związaną z jego nagłym wyzdrowieniem. Miał wrażenie, że nie tylko nie wiedzą, jak to sobie wytłumaczyć, ale i nie potrafią dopuścić do siebie myśli, że to uzdrowienie ma charakter trwały.

Cały pierwszy dzień po jego nagłym ozdrowieniu matka przesiedziała przy nim z nieustannie wilgotnymi oczami, bo jej przetłumaczyli, że to nagłe nabranie sił to tylko – znany medycynie – ostatni odruch konającego, który w ten sposób żegna się z rodziną.

„Odruch” znany medycynie, przeciągnął się o dzień następny, a potem o kolejny następny.

Medycy wytrzeszczali oczy z niedowierzaniem, a nieśmiała kobieta spoglądała na nich z coraz większymi znakami zapytania w oczach. Oczywiście nie posuwała się do składania reklamacji.

Czekali i obserwowali, kiedy żegnający się pacjent w końcu odejdzie, nadal licząc na to, że nie zrobi tego na własnych nogach.

Chociaż z dnia na dzień ten ostatni wariant zdawał się najmocniej wysuwający się na czoło potencjalnych rozwiązań.

Z czasem sytuacja zaczęła ewidentnie dojrzewać do końcowej konkluzji. To już trwało za długo, a wszelkie możliwe badania wykazywały kuriozalne wskazania, że łóżko szpitalne zajmuje osoba całkowicie zdrowa.

Skoro nagle i niespodziewanie stał się taką sensacją w kręgu medycznym, to wypisanie do domu stanowić przecież powinno tylko naturalną konsekwencję udanego leczenia.

On sam czuł się całkowicie zdrowy. Nadal też czuł tę potężną wibrującą energię wokół siebie.

Gdy profesor Budzyński, w czasie porannego obchodu, spytał go o samopoczucie, bez wahania wyznał, że czuje się jak bolid Formuły Pierwszej jadący powoli wzdłuż osiedlowej drogi. Mężczyzna uśmiechnął się wyrozumiale, nawet nie przypuszczając, że nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady.

Kilka minut po wyjściu mamy do sali wpadł sam profesor. To było trochę niespodziewane, bo zwykle pojawiał się tylko w trakcie porannego obchodu.

– I jeszcze te hieny dzisiaj potrzebne. Jak dziura w moście – warknął, rozglądając się po pomieszczeniu.

Nie bardzo było wiadomo, gdzie poczciwy profesor dostrzegł hieny, więc chłopcy popatrzyli po sobie nieśmiało, nie wiedząc, czy powinni coś odpowiedzieć, czy także rozejrzeć się po pokoju.

– Jarosław Targosz… – huknął doktor, obdarzając Jarka urzędowym spojrzeniem. – Będziesz miał dzisiaj nietypowych gości.

Za plecami doktora pojawiła się salowa, więc mężczyzna zwrócił się bezpośrednio do niej:

– Proszę tu na szafkach trochę im pouprzątać – nakazał. – Książka, coś do picia… Niech nie leży tu wszystko, co pacjent posiada.

– Ja jeste od podłogi – zaprotestowała salowa. – Pacjent sam obok siebie niech robi, jak jest na chodzie!

Profesor spojrzał na kobietę jak na przybysza z kosmosu, machnął ręką i bez słowa wyszedł z sali, pokazując w języku migowym wyobrażony ruch szmatki na dowolnej, płaskiej powierzchni.

– Jakich gości? – wymamrotał Jarek, spoglądając nic nie rozumiejącym wzrokiem na kolegę.

Już po następnych kilku minutach wyjaśniło się, czemu poczciwy profesor niespodziewanie odwiedził swoich pacjentów w środku dnia.

Wizyta ekipy telewizyjnej dla dwóch nastolatków stanowiła dużą atrakcję w czasie szpitalnej, codziennej monotonii.

Ale Jarek zupełnie inaczej wyobrażał sobie pracę takiego zespołu. Spodziewał się jakichś przygotowań, scenariusza, ułożenia pytań i odpowiedzi.

Zamiast tego do sali wpadł bez słowa długowłosy mężczyzna z przenośnym reflektorem i po kilkunastu sekundach w drzwiach pojawiło się oko kamery śledzące wchodzącą dziennikarkę.

To działo się tak szybko, że chłopcy nie zdążyli nawet przygotować się psychicznie na to wydarzenie.

– Cześć, Jarku, jak się czujesz? – rzuciła kobieta bez zbędnych wstępów.

Jarek znał ją wyłącznie z telewizji, więc bezpośredni, przyjacielski ton był dla niego niemałym zaskoczeniem.

Mężczyzna z niewielką kamerą, wspartą przy pomocy specjalnego stelażu o ramię, przesuwał się płynnie wzdłuż szpitalnego łóżka, na którym siedział zaskoczony chłopak. Wyglądało to tak, jakby już nagrywał.

Jarek poczuł się trochę dziwnie.

– Dobrze – wydusił, zmuszając się do sztucznego uśmiechu.

Nic więcej nie przychodziło mu do głowy.

– Tak normalnie, jak każdy w pełni zdrowy człowiek? – spytała dziennikarka.

To wszystko działo się chyba za szybko, bo chłopak poczuł nagły mętlik w głowie. Niby proste pytanie, ale to całe zamieszanie z kamerą i jeszcze ten reflektor skierowany prosto w oczy…

– Czekaj, Sławek – powiedział mężczyzna, który rozstawił oświetlenie.

Podszedł do lampy i skierował ją pod innym kątem na łóżko.

– Dobra – powiedziała kobieta służbowo i tym samym tonem głosu, jak przed momentem, powtórzyła: – Naprawdę nic ci już nie dolega?

Jarek wypuścił z płuc nadmiar przetrzymywanego powietrza i wzruszył ramionami, nie mając nadal pojęcia, co odpowiedzieć.

– To inaczej… – dziennikarka uśmiechnęła się wyrozumiale. – Tak na luzie pogadamy sobie, a potem dopiero coś skręcimy.

– OK – wydusił Jarek. – Nigdy nikt z kamerą mnie jeszcze nie nakręcał…

Dziennikarka zaśmiała się, więc i on wykrzywił usta w coś, w rodzaju uśmiechu, zdając sobie jednak sprawę, że jego mina musi wyglądać teraz trochę głupawo, bo tak też się poczuł.

– Pamiętasz może jakieś sny, odczucia, coś w ogóle z tego okresu, jak byłeś nieprzytomny?

– Nie… Nic takiego niezwykłego się nie działo…

– A pamiętasz tego księdza Bronisława?

– Pamiętam tylko, jak dotykał mojego czoła, to był taki przebłysk…

– Poczułeś jakiś… przebłysk?

– Przebłysk świadomości…

– Właśnie w tym momencie, gdy ksiądz dotyka twojego czoła. A jakbyś opisał ten przebłysk?

Jarek zaśmiał się. Zaczynał rozumieć, do czego dąży dziennikarka. Zaraz powiedzą, że w momencie dotknięcia jego czoła przez księdza, zobaczył przed oczami fajerwerki.

Kobieta wpatrzyła się w swoje notatki, więc postanowił się chwilę zastanowić, jak inteligentniej to wytłumaczyć. Obserwując czujnie dziennikarkę, sięgnął do szafki po szklankę soku.

– To nie było nic niezwykłego – powiedział spokojnie. – Po prostu miałem na myśli, że miał zimny olejek, którym dotknął mojego czoła. Czasem ktoś zwilżał mi usta i wtedy też… to pamiętam. To takie przebłyski świadomości… Po prostu takie rzeczy pamiętam.

Kamerzysta wysunął oko zza kamery i z lekkim zaskoczeniem spojrzał na dziennikarkę.

– Widziałaś to? – spytał.

Kobieta podniosła głowę znad notatek, spojrzała na Jarka i uśmiechnęła się wyrozumiale.

– Jarku, odstaw szklankę – powiedziała. – I dobrze by było, żebyś siedział cały czas w miarę w tej samej pozycji, właśnie tak podparty jak teraz.

– To my to jednak cały czas nagrywamy? – spytał chłopak nieco zbity z tropu.

– Kręć – rzuciła kobieta kamerzyście, który wystawił palec wskazujący, jakby chciał jeszcze coś dodać.

Mężczyzna na moment skopiował niedawną minę Jarka na widok kamery, ale zaraz potem posłusznie schował się za urządzenie, a dziennikarka niedbale machnęła ręką, dając Jarkowi do zrozumienia, że nie musi sobie zawracać głowy ich dziennikarską kuchnią.

– Czyli że samo to dotknięcie twojego czoła przez księdza, nie powodowało jakichś niezwykłych doznań?

– Nie.

– A powiedz mi, jak wyglądał sam moment twojego przebudzenia?

– Zsunął mi się z palca ten czujnik od… takiego monitora i to wszystko zaczęło piszczeć… wtedy się obudziłem.

– Sam się ten czujnik zsunął?

– Chyba tak.

– I tak po prostu się obudziłeś.

– Tak.

– Czując się już jak zdrowy człowiek?

– W zasadzie tak… To było takie… rozespanie… Nie wiem, jak to określić… Tak, jak się rano wstaje…

– Jakbyś twardo przespał całą noc – zgadywała dziennikarka.

– Tak, to można by porównać… właśnie do czegoś takiego.

– A… jakie masz plany na przyszłość?

Chłopak uśmiechnął się z zakłopotaniem. Nie spodziewał się takiego pytania. Chodził do liceum ogólnokształcącego, chyba właśnie dlatego, że jeszcze sam sobie nie za bardzo potrafił udzielić odpowiedzi na takie pytanie.

– Nie wiem… Może… zostanę lekarzem… – wypalił nieoczekiwanie nawet dla samego siebie.

Zaśmiał się w duchu. Z możliwościami finansowymi matki długie i kosztowne studia medyczne były po prostu niemożliwe bez pomocy ojca, który zostawił ich jeszcze przed jego urodzeniem.

– Chcesz dla odmiany stanąć po tej drugiej stronie? – zażartowała dziennikarka z uśmiechem. – To cóż, tego ci właśnie wszyscy życzymy.

Chłopak również się uśmiechnął, kiwając nieśmiało głową w podzięce za życzenia.

Miał świadomość, że będzie musiał szybko wyjaśnić mamie, że żartował, zanim jeszcze to puszczą, żeby się nie przestraszyła, jak usłyszy, że jej syn idzie na studia medyczne przy jej pensji sprzątaczki.

Mieszkali z mamą w Lubaniu, niewielkiej miejscowości położonej mniej więcej w połowie drogi między Jelenią Górą a Zgorzelcem. Było to niegdyś tętniące życiem miasto z przemysłem bawełnianym, wielkim zakładem naprawy taboru kolejowego oraz w bezpośredniej bliskości potężnych kopalni bazaltu, które dawały wiele miejsc pracy i przyciągały bardzo wielu ludzi, bez wahania osiedlających się tam na stałe.

Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przemysł włókienniczy jednak upadł, a państwowe koleje zrezygnowały z zakładu naprawy taboru kolejowego i z potężnego centrum pracy Lubań stał się kolejnym „przemysłowym miastem” bez przemysłu, gdzie głównym problemem stało się zatrudnienie tej wielkiej liczby pozwalnianych pracowników i stworzenie im podstawowych warunków do życia.

Niemiecka granica była zaledwie dwadzieścia kilometrów dalej. To często ratowało sytuację. Co bardziej obrotni mieszkańcy zajmowali się sprowadzaniem z Niemiec zużytego sprzętu gospodarczego i mebli, które znajdowały jeszcze wielu zadowolonych nabywców po polskiej stronie.

Inni po prostu oferowali Niemcom swoje usługi, zajmując się budowlanką lub innymi prostymi pracami. Wśród starszych kobiet, pozwalnianych z przędzalni, pojawiła się moda na zatrudnianie się do opieki nad ludźmi w podeszłym wieku u niemieckiego sąsiada. Za tydzień takiej opieki w miejscu zamieszkania staruszka jego rodzina płaciła równowartość przeciętnej, polskiej, miesięcznej pensji, więc kobiety dobierały się w pary i na zmianę jeździły do takich rodzin, by zarobić jakoś na swoje utrzymanie.

Matka Jarka cieszyła się, bo była w dużo lepszej sytuacji niż większość z tych ludzi. Miała w Lubaniu pracę, o której nie obawiała się powiedzieć, że jest zatrudnieniem stałym.

– Nie ma w dzisiejszych czasach stałej pracy! – śmiał się wujek, pukając się wymownie palcem w czoło, jak o tym rozmawiali.

Ale mama wiedziała swoje. Pracowała w szkole, więc swojej pracy była tak pewna, jak niegdyś jej matka była pewna swojej w przędzalni.

„Studia” – pomyślał Jarek z przekąsem, spoglądając na fotografię śmietnika.

Poza wizytą ekipy filmowej w ich sali aż do wieczora nie działo się już nic niezwykłego. Było to po prostu kolejne monotonne szpitalne popołudnie w oczekiwaniu na upragniony wypis.

Mama niechcący stała się świadkiem rozmowy profesora z dyrektorem szpitala, z której wynikało, że dalszy pobyt Jarka na oddziale staje się dla dyrekcji niewygodny ze względu na szum medialny wokół sprawy.

A było to jeszcze przed wizytą ekipy telewizyjnej, która z całą pewnością pogłębiła jeszcze niechęć dyrektora.

Gdy zbliżał się wieczór, Grzesiek ruszył na świetlicę, by zająć najlepsze miejsce przed telewizorem. Obiecał, że i dla niego zajmie, bez względu na to, czy Jarek będzie miał ochotę na film z blondasem, czy nie.

– Zajmij – zgodził się od niechcenia Jarek, będąc całkowicie przekonanym, że nie ma zamiaru oglądać filmu.

Ta subtelna energia, o której słyszał w swych dziwacznych wizjach w czasie choroby, była nadal wyraźnie wyczuwalna. Był pewien, że to właśnie ona pozwala mu całymi godzinami leżeć bezczynnie bez uczucia znudzenia.

Wiedział, że nie jest to normalne. Leżeć i delektować się powietrzem spokojnie wciąganym do płuc… Czuć jakąś niewytłumaczalną radość, bez odczuwania potrzeby zastanawiania się, chociażby nad przyczynami takiego nastawienia…

Uśmiechnął się sam do siebie i beztrosko wzruszył ramionami. Było mu wygodnie bez zadawania pytań, na które i tak sam nie był w stanie wymyślić odpowiedzi.

W pewnym momencie coś jednak przerwało tę sielankę. Grzegorz wpadł do sali z wypiekami na twarzy, prawie krzycząc w jego stronę:

– Chodź na świetlicę!

– Co się dzieje? – spytał zaskoczony.

– Pokazują cię! – wrzasnął Grzesiek i zniknął z powrotem w szpitalnym korytarzu.

Jarek najszybciej, jak potrafił, sunął nieco przydużymi kapciami po parkiecie. Dopadł drzwi. Świetlica sąsiadowała z ich pokojem, więc wystarczyło się na dobrą sprawę wychylić, by widzieć telewizor.

– A ja nadal nie mam zielonego pojęcia – usłyszał wesoły głos prezentera – czy nasi redakcyjni koledzy chcą nas wkręcić, czy to ciąg dalszy anomalii na oddziale onkologicznym wrocławskiej placówki.

Na pierwszym planie widać było Jarka, opartego na szpitalnym łóżku oraz zbliżenie szklanki soku, która powoli… płynie w powietrzu, by po chwili delikatnie wsunąć się w jego rękę.

– To tak półżartem, półserio – dodał nieco ironicznie dziennikarz prowadzący wiadomości. – Zmieniamy temat: Nowy system operacyjny Windows 2000 nadal poza zasięgiem polskich przedsiębiorców…

– Trochę ciągną – stwierdził Grzegorz z szyderczym uśmiechem. – Dobrze, że ci aureoli nie domalowali, byłoby jeszcze dowcipniej.

Jarek spojrzał na Grześka zdumiony.

– Co ta idiotka pomontowała? – wybuchnął.

– Oni już wczoraj w wiadomościach ciągnęli. Śmiali się, że „cud we Wrocławiu” – wyjaśnił Grzesiek.

Był wyraźnie rozbawiony. Jarek za to aż poczerwieniał ze złości.

– To ten długowłosy od świateł. Stał tam przy ścianie…

– Kombinuj, jak chcesz, ale takich dowcipów jeszcze w naszej telewizji nie puszczali – wtrącił Grzegorz. – Jeszcze trochę, a dewotki będą się do ciebie modlić.

Jarek z ubolewaniem pokręcił głową. Powoli opuszczała go ta obojętność na wszystko. Nie dziwił się, że nikt nie rozumie tego, co się stało na oddziale. Czy był to jednak powód, by robić sobie z tego jaja publicznie?

Rozdział 3 – Jaki był twój plan?

Chłopak zakładał spodnie. Były strasznie pogniecione. Pamiętał swój strach, jak dwa miesiące temu chował je do reklamówki, nie będąc pewnym, czy kiedykolwiek jeszcze będzie mógł je założyć.

Niebieska bluza z kapturem prezentowała się jeszcze mniej okazale. Całe ubranie, odebrane rano ze szpitalnej szatni, wyglądało, jakby je ktoś wyprał i trzymał zwinięte w pralce, dopóki samo nie wyschnie.

Po raz ostatni usiadł na swoim szpitalnym łóżku. Czuł na sobie wzrok Grześka, który niby się cieszył, ale jego pogodny nastrój wyraźnie nie był tak spontaniczny i naturalny jak do tej pory.

Stare, znoszone adidasy były w środku wyschnięte i nieprzyjemnie szorstkie. Z trudem włożył je na nogi.

– Tobie to dobrze – odezwał się w końcu Grzesiek.

Jarek odwrócił się w stronę kolegi.

– Nie pękaj, Mały!

Grzesiek westchnął ciężko.

– Trochę się boję, że… – powiedział cicho – … no wiesz…

Jarek wstał z łóżka, podszedł do kolegi i po przyjacielsku klepnął go w ramię.

– Nie myśl za dużo. To najbardziej szkodzi zdrowiu!

– Nie poddawać się! Tak, jak ty – ożywił się Grzesiek.

Jarek wyciągnął rękę na pożegnanie. Ścisnął jego dłoń tak mocno, żeby aż go zabolało. Grzesiek zacisnął zęby i kiwnął głową na znak, że rozumie.

– Trzymaj się! – powiedział Jarek, po czym chwycił plecak i szybko wyszedł z pokoju.

Odchrząknął i po raz ostatni spojrzał na szpitalne plansze poglądowe, zawieszone w równych, kilkumetrowych odstępach na białych ścianach szpitalnego korytarza. Przez długi czas ich oglądanie stanowiło dla nich jedyną rozrywkę w czasie tej szpitalnej monotonii.

Mama czekała z wypisem na dole przy recepcji, więc trzeba było pokonać dwa piętra, żeby do niej dołączyć.

Po wyjściu z oddziału ruszył w stronę schodów, lecz na piętrze była akurat winda. Młoda, wysoka kobieta o prostych blond włosach spojrzała na niego pytająco i wskazała wymownie palcem w dół.

Chłopak kiwnął głową, więc poczekała, aż i on wsiądzie.

Od urodzenia mieszkał z mamą w czteropiętrowym budynku, gdzie nie było takich urządzeń, więc jazda windą stanowiła dla niego pewien rodzaj atrakcji, do której nawet głupio się przed kimś przyznawać. Udawał, że nie robi to na nim wrażenia, lecz w głębi ducha z niecierpliwością czekał, aż winda ruszy.

– Jak tam? – zagadnęła kobieta.

Uśmiechnął się i wzruszył ramionami. „Co można odpowiedzieć na takie pytanie?” – pomyślał ironicznie.

Winda ruszyła.

– Kontaktował się już ktoś z tobą po tych twoich szpitalnych wyczynach… Jarku – usłyszał rzeczowy, kobiecy głos.

Spojrzał ze zdziwieniem na swoją współpasażerkę.

– Że… co? – wydusił.

– Że… jak ktoś będzie próbował – powiedziała nieznajoma pospiesznie – mów, że jesteś od sędziego Kluczyńskiego.

– O co pani chodzi? – wydusił, spoglądając na kobietę podejrzliwie.

Winda właśnie się zatrzymywała na parterze.

– Tu może chodzić o twoje życie – dodała kobieta i wetknęła mu w rękę jakiś niewielki przedmiot. – Schowaj to. Skontaktuję się z tobą już na miejscu, u ciebie.

Drzwi windy rozsuwały się na boki. Kobieta bez zastanowienia ruszyła, nie czekając na jego reakcję.

Zdumiony, zerknął w dół. W ręce miał niewielki, składany telefon komórkowy. Poczuł lekką irytację i nawet chwilowo zastanawiał się, czy po prostu nie rzucić tym telefonem w plecy oddalającej się kobiety.

Miała na oko jakieś dwadzieścia dwa, trzy lata, była wysoka, dosyć zgrabna, o regularnych rysach twarzy, ale wszystko wskazywało na to, że w jej głowie odbywała się jakaś nierzeczywista tajna misja, nad którą medycy nie potrafili jeszcze zapanować.

Wzruszył beztrosko ramionami i wsunął urządzenie do kieszeni spodni. Telefon przecież nie zginie. Nie pilnują wariatów, to niech jeżdżą po urządzenie, po sto pięćdziesiąt kilometrów.

Nie miał ochoty się nad tym teraz za długo zastanawiać w momencie, gdy wychodzi ze szpitala i za chwilę znowu poczuje wiatr na twarzy. Czyli coś, z czym pożegnał się podświadomie już przed dwoma miesiącami.

Mama czekała przy wyjściu. Natychmiast, kiedy go zobaczyła, załamała ręce.

– Coś ty z psem się szarpał w tej szatni, czy piguły cię tak wyściskały? – spytała, patrząc z przerażeniem na jego ubranie.

– Ten burek z fotografii – zawołał Jarek i z wielką rozkoszą pchnął drzwi wyjściowe, by w końcu znaleźć się po drugiej stronie szpitalnych murów.

Lubań był oddalony około stu pięćdziesięciu kilometrów od Wrocławia, co dla starego, wujkowego poloneza było ekstremalną odległością. Pojazd, który mniej więcej równo z Jarkiem miał osiągnąć pełnoletniość, toczył się powoli i niepewnie po autostradzie, co chwilę szarpany zawirowaniami pędzącego wiatru uderzającymi o jego kanciastą karoserię.

– Lecą na złamanie karku! – pomstował wujek, trzymając kurczowo kierownicę.

– Widocznie wiedzą, że na autostradzie wolno przekroczyć czterdziestkę – huknęła zdegustowana ciotka.

Silnik warczał głośno, co jakiś czas dusząc się, jakby chciał zaczerpnąć świeżego powietrza.

– Wolniej jedziesz, dalej zajedziesz – wyrecytował wujek.

– Patrzcie, jaki to światowiec, obeznany w przysłowiach ludowych – kpiła ciotka. – A inny kierowca to przynajmniej pogada z człowiekiem, spojrzy na niego od czasu do czasu, a ten gały w asfalt i go nie ma.

Wujek zbulwersował się i pokazał wymownie licznik. Nic nie powiedział, bo wymijała ich akurat kawalkada TIR-ów, więc jako odpowiedzialny kierowca starał się zachować maksimum skupienia.

„Tych dwoje nigdy się nie zmieni” – pomyślał Jarek.

Ciotka, siostra mamy, wraz z wujkiem mieszkała w tym samym bloku co i oni, tylko klatkę schodową dalej. Byli bardzo bliską rodziną i większość czasu spędzali razem. Czasem, gdy wieczorem wujostwo nie przychodziło do nich z wizytą, wyraźnie czegoś w domu brakowało. Ich obecność była zdecydowanie bardziej naturalna niż jej brak.

Ciotka była wysoką i szczupłą dystyngowaną damą z fryzurą w stylu lat siedemdziesiątych. Zawsze, aż do przesady, dbała o swój wygląd, a jej zachowanie wskazywało na lekką obsesję na punkcie własnego wizerunku.

W towarzystwie zawsze siedziała nienaturalnie sztywno, skanując otoczenie szybkimi spojrzeniami, chcąc być na bieżąco z sytuacją i natychmiast wiedzieć, kto i od jakiego profilu jej się przygląda.

Jarek śmiał się w duchu, że ciotka, nawet jak śpi, próbuje robić to z gracją, tak żeby wyglądało to ze wszystkich stron należycie.

Wujek z kolei był niski i przeraźliwie chudy. Jego rzadkie i proste włosy wykazywały tendencję do układania się w zwarte fragmenty fryzury i odsłaniania całych połaci łysej głowy, co wyglądało dość zabawnie, jakby ktoś chciał przykryć zbyt dużą powierzchnię przy pomocy za małej plandeki.

Wujkowi można było włączyć telewizor i niczego mu więcej do szczęścia nie było trzeba. Mężczyzna bardzo emocjonalnie przeżywał wszystko to, co pojawiało się na ekranie. Na porządku dziennym były jego głośne okrzyki dopingujące sportowców czy podpowiedzi udzielane detektywom i policjantom rozwiązującym w filmach jakieś sprawy kryminalne. Jeśli główny bohater filmu czegoś, co dla wujka było oczywiste, nie wiedział, zawsze mógł liczyć na jego pomoc.

– Dzisiaj Polska gra! – ożywił się wujek, odwracając znienacka głowę w stronę Jarka.

Ciotka aż zachłysnęła się własną śliną.

– Na ulice patrz, Cabanie ty jeden! – krzyknęła rozpaczliwie.

Chłopak już widział oczyma wyobraźni, jak wujek biega przed telewizorem w czasie wieczornego meczu. Matka oficjalnie zapowiedziała uroczystą kolację powitalną, więc pewnie czeka ich podział na dwa obozy. On z wujkiem będzie oglądać mecz przy suto zastawionym stole, a matka z ciotką będą ich co chwilę upominać, że nie świętują w pełni zgodnie z ich własną definicją świętowania.

Ale będzie to wreszcie w domu, którego miał już nigdy nie zobaczyć.

Blok, w którym mieszkali, składał się z dwóch złączonych, czteropiętrowych budynków, usytuowanych prostopadle do osiedlowej drogi. Długość tego ciągu sięgała blisko stu metrów.

Na końcu blokowca znajdował się niewielki parking na nie więcej niż dziesięć samochodów, co zgodnie z założeniami budowniczych, w zupełności miało sprostać potrzebom blisko osiemdziesięciu rodzin zamieszkujących budynek.

Już w połowie lat osiemdziesiątych trzeba było dobudować dodatkowy parking wzdłuż całej uliczki dojazdowej. Obecnie i to już nie starczało, bo i cały chodnik po drugiej stronie uliczki był również wykorzystywany jako dodatkowy parking.

– Tu masz ośle miejsca, że można by ten twój mecz rozegrać! – wskazała ciotka uczynnie, gdy już przed blok zajechali.

Rzeczywiście, na chodniku było dostatecznie dużo miejsca, żeby zmieścić autokar.

– Nie wiem – wujek pokręcił sceptycznie głową, ale silnik samochodu zaczął wyć na wysokich obrotach, co u wujka oznaczało zawsze początek manewru parkowania.

Pięć minut później Jarek postawił plecak obok biurka w swoim pokoju.

Wzdłuż ściany, na całej jej długości, stał w nim relikt PRL-u w postaci ogromnej meblościanki, wysokiej na prawie dwa metry. Czemu ten mebel jeszcze utrzymywał się w kupie – tego nie wiedział nikt. Drewno było już na tyle wysłużone, że drzwiczki szafek spinało się gumkami, by ich dalsza eksploatacja stanowiła jak najmniejsze zagrożenie dla życia i zdrowia ludzkiego.

W podobnym stanie była wersalka, która nie rozpadła się tylko z powodu wypełnienia jej wnętrza setkami książek, które matce zostały po rodzicach. Nie rozkładano jej od lat w obawie, że mogłoby to być już jej ostatnie rozłożenie, bez możliwości przywrócenia stanu wyjściowego.

Oprócz tych zabytków poprzedniej epoki w pokoju znajdowało się jeszcze duże biurko z plastikowym krzesłem ogrodowym i w miarę nowoczesny, czerwony fotel rozkładany, który miał zastąpić wersalkę, a ostatecznie zupełnie nieoczekiwanie zaczął pełnić rolę biurka, gdyż Jarek przekładał między poręczami fotela szeroką deskę udającą blat i było to wygodniejsze rozwiązanie niż siedzenie na plastikowym krześle przy prawdziwym biurku.

Chłopak padł z rozkoszą na swoje łóżko, które tylko bezradnie skrzypnęło, nie mając możliwości się rozpaść.

Czuł się szczęśliwy. To było dziwne uczucie. Z jednej strony wrócił do swojego dawnego życia, gdzie w ciągu tych dwóch miesięcy niewiele się pewnie zmieniło, z drugiej strony czuł się czysty, jakby właśnie zaczynał wszystko od początku z nową, niezapisaną kartą.

Mama zgodziła się, żeby poszedł do szkoły już od następnego tygodnia. Bardzo mu na tym zależało. Tęsknił za kolegami i za atmosferą szkoły, za przerwami, na których zawsze można było z kimś pogadać, pośmiać się, nieraz wyciąć komuś jakiś numer.

U mamy w dużym pokoju, przy jednej ze ścian, stały dwa stare fotele na wprost telewizora. Pomiędzy fotelami była ława, która do tych foteli pasowała mniej więcej tak jak deska do prasowania, do pełnienia roli ekskluzywnego bufetu.

Niestety przy matczynej pensji nie mieli wielkiego wyboru. Musieli zadowalać się tym, co było.

Czasem trafiały się jakieś ekstra pieniądze, choćby przy rozliczaniu podatku i wtedy, jeśli nie było jakichś długów do spłacenia, można było coś do domu kupić jak na przykład rozkładany fotel do pokoju Jarka.

Przy najbliższej sposobności mama pewnie wymieni ławę, bo ta nie dość, że nie pasowała do foteli, to jeszcze była poważnie nadcięta piłą elektryczną od czasu, gdy wujek zlitował się nad matką i zaoferował się podciąć odrobinę drzwi łazienkowe, które od czasu położenia paneli w przedpokoju lekko o nie ocierały.

Było ciężko, ale wujek bardzo w moc piły wierzył i gdyby mama nie zorientowała się w pewnym momencie, że tną i drzwi i ławę, na której drzwi położono, pewnie mebla nie dałoby się już uratować.

Niełatwo było wyczuć, czy miejsce na wygodnych fotelach w czasie uroczystej kolacji było wyróżnieniem, czy raczej karą, gdyż dla człowieka umoszczonego w takim fotelu blat ławy był na wysokości czoła, co zdecydowanie utrudniało konsumpcję.

Przyjęło się jednak, że jest to miejsce dla gości, więc to właśnie wujek i ciotka zasiedli w fotelach. Jarek usiadł na wprost ławy, na swoim ogrodowym krześle, a mama spoczęła obok niego na kuchennym taborecie wyściełanym poduszką.

Wujek był w siódmym niebie, bo jego fotel „patrzył” na telewizor.

Kolacja się rozpoczęła niemal równocześnie z rozpoczęciem transmisji meczu w telewizji i przewidziany z góry scenariusz wieczoru zaczął się powoli realizować.

– A ten twój światowiec nawet się nie pofatygował do Polski! – huknęła ciotka.

– A pal go czort, Stefka, nawet nie warto nic mówić – matka machnęła ręką obojętnie.

– No jasne. Cwaniaczek. Po co sobie synem głowę zawracać?

– Przysłał pieniądze na tego grającego… diabełka dla Jarka. Nie można powiedzieć, że nie.

– Ty głupia jak zwykle. To do tego tylko ogranicza się prawdziwy ojciec? I to jest w porządku?

– No to co zrobisz? Dobrze, że chociaż finansowo się poczuwa…

– A ty pewnie jak zwykle, to co przysłał, to kupiłaś te… granie, a resztę mu odesłałaś.

– A tak! Nic od niego nie potrzebujemy!

– O synu byś pomyślała. Oj, ty Kaśka, głupia jesteś, jak gęś.

Wujek zerwał się z fotela i z krzykiem zaczął wygrażać sędziemu.

– Ucisz się, jełopie jeden! – huknęła ciotka.

– No już cicho, cicho – wujek sam również się zgromił, jakby nagle zdał sobie sprawę, że jednak nie siedzi na stadionowej trybunie.

– Jakby Jarek miał od czasu do czasu jakiś ciuch lepszy, czy co tam, to nic złego by się przecież nie stało – tłumaczyła ciotka z przejęciem. – On tam w Stanach głodem nie przymiera, więc i wam się coś od niego należy.

– My tu też z głodu nie umieramy – odpowiedziała obojętnie matka, sięgając po kieliszek z winem. – Ja mam dwie ręce i sama potrafię utrzymywać swoją rodzinę.

Wujek ponownie poderwał się z krzykiem.

– No wal! – doradził napastnikowi.

Tym razem to nie pomogło, bo bramkarz drużyny przeciwnej w ostatnim momencie wybił piłkę, zanim ta zdołała wtoczyć się do bramki.

Nagle rozległ się głośny trzask. Obydwie kobiety poderwały się niemal jednocześnie. Przerażony wujek szybko sięgnął do kieszeni, wyjmując niewielką papierową chusteczkę do nosa, którą natychmiast położył na parkiecie, próbując nią wytrzeć około półtora litra wody wyciekłej z rozbitego wazonu.

– Durniu! – wrzasnęła ciotka.

Matka pobiegła do kuchni, słusznie podejrzewając, że szwagrowa chusteczka do nosa nie wypije aż tyle wody.

– No bo postawiła… prawie pod nogami – tłumaczył się bezradnie wujek, pokazując miejsce między stolikiem pod telewizor, a dużą paprotką, gdzie pod ścianą spoczywały rozbite szczątki wazonu.

Z całą pewnością chciał dobić obroniony przez bramkarza strzał.

Jarek przyglądał się mocno zwiędniętemu bukietowi, który wypadł z rozbitego wazonu. Musiał w nim tkwić już co najmniej dwa tygodnie, bo mniej więcej tyle minęło od trzydziestych ósmych urodzin matki. Pewnie był to właśnie bukiet od wujostwa, bo któż inny miałby ją odwiedzić?

Ledwie na powrót zasiedli do uroczystej kolacji, gdy Jarek z całej siły kopnął w blat ławy tak, że szklanki aż podskoczyły.

Kobiety spojrzały po sobie osłupiałe.

– Co wam dzisiaj obu odbiło? – wypaliła matka.

Chłopak wzruszył ramionami. Ogarnął go śmiech.

– I jeszcze się śmieje – skomentowała zdegustowana ciotka.

– Zaraz przyjdę – powiedział Jarek i ciągle mocno rozbawiony, wstał od stołu.

To była komórka, którą wetknęła mu do ręki nieznajoma w szpitalnej windzie. Gdy zaczęła wibrować w jego kieszeni, wydawało mu się, że jakiś gryzoń szarpie go za nogę. Nigdy nie miał przecież telefonu.

„Musiało to wyglądać naprawdę zabawnie” – pomyślał i wyjął telefon z kieszeni. Jego obsługa była dość intuicyjna, więc bez problemu odczytał SMS–ową wiadomość: „Czekam przed blokiem. Wyjdź, jak możesz”.

To go mocno zaniepokoiło. Podszedł do okna i ostrożnie wyjrzał zza firanki. Jakaś starsza kobieta przechodziła akurat obok śmietnika, wzdłuż bloku szły dwie dziewczyny, które znał z widzenia, poza tym nikogo więcej w okolicy nie było.

Znowu poczuł irytację. „Ona może być niebezpieczna” – pomyślał. Fakt, że ta kobieta przyjechała za nim sto pięćdziesiąt kilometrów, zaniepokoił go dość poważnie.

Bez zastanowienia sięgnął po bluzę i wyszedł do przedpokoju.

– Mamo – powiedział przez otwarte drzwi do dużego pokoju – wyjdę na chwilę, bo Stefana widzę na dworze. Pogadam z nim chwilę.

– Tylko się z nim nie włócz! – przestrzegła mama.

Pospiesznie wsunął buty na nogi i wyszedł z mieszkania.

Pomyślał, że rzuci po prostu ten telefon blondynie i zażąda, żeby się od niego odczepiła, bo inaczej wezwie Policję.

Przed blokiem nikogo jednak nie było. Rozejrzał się na prawo i lewo, nieco zbity z tropu. Znowu zawibrował telefon. Spojrzał na wyświetlacz. Tym razem to nie SMS. Nacisną przycisk z zieloną słuchawką.

– Tak.

– Idź w lewo, do końca ulicy, tam się spotkamy – powiedziała krótko nieznajoma i rozłączyła się.

W Jarku aż się zagotowało. Chciał oddzwonić i powiedzieć po prostu, że telefon jest do odebrania w koszu na śmieci, a on wraca do domu.

„Tylko jak się oddzwania?” – spytał sam siebie.

Schował telefon i szybkim krokiem skierował się w stronę wyjazdu na główną drogę ciągnącą się wzdłuż osiedla.

Już po kilku krokach zorientował się, że nieznajoma ze szpitala stoi przy białym transportowym busie. Była ubrana w czarne, obcisłe spodnie podkreślające jej zgrabną sylwetkę i dobrze dopasowaną skórzaną kurtkę, również w czarnym odcieniu.

Udawała, że obserwuje go obojętnym, trochę służbowym wzrokiem, co jeszcze bardziej wzmagało w nim niepokój.

Czego od niego chciała?

Chłopak wyjął telefon z kieszeni i bez zbytecznych wstępów podał nieznajomej.

– Niech pani posłucha… – powiedział szybko.

Nie dokończył, bo rozsuwane boczne drzwi busa gwałtownie się otworzyły, a blondyna kiwnęła obojętnie głową, dając mu do zrozumienia, żeby wsiadał.

Chłopak instynktownie cofnął się dwa kroki.

– Nie bój się – odezwała się kobieta. – Jakbyśmy chcieli cię skrzywdzić, nie jeździlibyśmy za tobą aż tutaj.

Jarek przyjrzał się wnętrzu furgonetki. To jednak nie był samochód dostawczy, tylko jakaś dziwna konstrukcja stylizowana z zewnątrz na zwykły nierzucający się w oczy transporter, a w środku wyglądająca jak wnętrze ekskluzywnej limuzyny.

Na jednej z kanap siedział szykownie ubrany mężczyzna w wieku dwudziestu kilku lat.

– Śmiało – zachęcił go przyjacielskim tonem i wskazał przeciwległą kanapę.

Kobieta pchnęła go niecierpliwie.

Z mieszanymi uczuciami postawił nogę na progu furgonu i wszedł do środka. Niemal natychmiast wsiadła i kobieta, zasuwając za sobą drzwi.

Furgon był bardzo dobrze wyciszony. W środku panowała całkowita cisza i żaden szmer z zewnątrz nie docierał do środka.

To znowu trochę go zaniepokoiło.

Mężczyzna był raczej średniego wzrostu. Ubrany był w drogi garnitur, ale nie wyglądał ani na urzędnika, ani na biznesmena. Bardzo krótko przycięte włosy nie pozwalały na jednoznaczne określenie ich barwy, ale po kolorze zgrabnie przyciętej, niewielkiej bródki Jarek mógł podejrzewać, że jest on blondynem, tak jak i jego koleżanka.

– Jestem Tomasz, a moja współpracowniczka ma na imię Ola – powiedział mężczyzna.

Niewiele to tłumaczyło.

– Świetnie – przyznał Jarek, nie bardzo wiedząc, czy bardziej powinien się bać, czy być ciekawym powodu takiego spotkania.

Szykownie ubrany mężczyzna spojrzał na swoją koleżankę i westchnął, jak ktoś znudzony swoją pracą.

– Po… niemalże zmartwychwstaniu – powiedział – latające szklanki są zapowiedzią czego?… Bo nie złapałem twojego przekazu.

– A… kim pan w o ogóle jest? – spytał Jarek.

Mężczyzna kiwnął ręką niedbale.

– Mów mi po prostu Tomek – powiedział obojętnie – a to jest po prostu Ola.

– Jesteście z Policji?

– Można i tak powiedzieć – przytaknął mężczyzna z zagadkową miną. – W świecie, w którym chcesz namieszać, pełnimy właśnie taką rolę.

Jarek znowu poczuł zmieszanie. Co ten człowiek miał na myśli?

– Czy ja jednak… umarłem? – spytał cicho. – Mówisz o świecie… pozagrobowym?

Mężczyzna spojrzał na niego silnym, przenikliwym wzrokiem.

– Jak już grasz takiego gieroja, to rób tak do końca. Cofnąłeś ostatni etap agonii, potem przed kamerami inny pokaz odstawiłeś… Chyba moje pytanie: „o cholerę ci chodzi?” nie jest czymś dla ciebie niestosownym?

Jarek zaśmiał się nerwowo. Jakby to była lekcja chemii, to by po prostu milczał z głupawym wyrazem twarzy i czekał na wyrok w postaci oceny. Bo teraz mniej więcej miał tyle samo do powiedzenia, co podczas odpytywania na tym znienawidzonym przez siebie przedmiocie.

Ale czuł, że tu to nie przejdzie.

– Proszę pana… – zaczął nieśmiało. – Przepraszam, że wyzdrowiałem tak nagle i bez ostrzeżenia, ale ten fotomontaż ze szklanką… ja naprawdę nie jestem mistrzem Yoda, a ekipa telewizyjna wcale nie prosiła mnie o zgodę, gdy jaja sobie robili…

– Słuchaj… – przerwał mu mężczyzna – To nie najlepsza strategia, żeby z nas sobie żarty urządzać. Mogłeś pomyśleć o tym wcześniej. Teraz to ja cię pytam, jakie są twoje dalsze plany? Jaka jest trzecia odsłona tego spektaklu?

Ton mężczyzny zdradzał już poważne znaki utraty cierpliwości. Jarek momentalnie złapał za klamkę, ale… drzwi były zablokowane.

Tajemniczy Tomasz spojrzał na swoją tajemniczą koleżankę Olę i wzruszył ramionami.

– Kolejny gbur przeświadczony o swojej niezwykłości – wycedził.

Powoli, bez pośpiechu sięgnął ręką do barku zamontowanego na bocznym wsporniku między kanapami. Wyjął z niego dwie niewielkie, czerwone puszki coli.

– Napijesz się? – spytał, trzymając jedną z puszek w otwartej dłoni.

Przybliżył ją do Jarka na wysokość jego oczu.

– Nie – powiedział chłopak.

Mężczyzna zabrał dłoń i rozsiadł się wygodnie na swoim miejscu.

Jarek… zamarł na chwilę. Przed jego oczami nadal… wisiała puszka coli.

Otrząsnął się, nie mogąc uwierzyć, że to się rzeczywiście dzieje. Niczego to jednak nie zmieniło, puszka nadal wisiała w powietrzu, dokładnie tam, gdzie mężczyzna ją zostawił.

Chłopak zaczął oglądać ją ze wszystkich stron. Przeciągnął ręką nad puszką i pod nią. Próbował zdemaskować niewidoczne podpory po jej bokach, ale wszystko wskazywało na to, że puszka utrzymuje się w powietrzu bez żadnych podtrzymujących ją mechanizmów.

Wypuścił powietrze z płuc, czując, że nie bardzo rozumie, co się tu dzieje. Puknął palcem wskazującym w napój. Puszka zakołysała się i popłynęła kilka centymetrów dalej. Chwycił ją w dłoń i poczuł, jakby w tym właśnie momencie pojawił się jej naturalny ciężar.

Tomasz uśmiechnął się nieco służbowo i zachęcił go gestem dłoni, by sprawdził do końca, co znajduje się w jego dłoni. Chłopak pociągnął za blaszkę i rozległ się charakterystyczny odgłos otwierania napoju gazowanego. Powąchał zawartość niepewnie. Pachniała jak cola. Spróbował… To była cola.

– Jak widzisz, nie jesteś taki unikalny, jak ci się wydaje – powiedział Tomasz. – Nie będziesz miał monopolu na to, co odkryłeś.

Jarek, kierowany nagłym impulsem, uśmiechnął się szyderczo, zdjął swój zegarek i położył go na otwartej ręce.

– A może z tym spróbujesz? – spytał ironicznie.

W tym samym momencie bransoleta drgnęła i… zegarek zawisł w powietrzu nad jego otwartą ręką.

– O Boże! – jęknął Jarek, czując, jak wszystkie włosy stają mu dęba.

Zegarek zakołysał się lekko i znieruchomiał w powietrzu, wisząc na wysokości jego oczu.

– No i co dalej? – spytał łamiącym się głosem.

Tomasz odstawił colę na blat barku i spojrzał mu głęboko w oczy. Zegarek powoli „wylądował” na kanapie obok swego właściciela.

– Czy teraz potraktujesz nas poważnie, czy dalej będziesz się zgrywać? – spytał.

Chłopak westchnął ciężko, próbując opanować nadszarpnięte nerwy. Sięgnął po zegarek i powoli zaczął go nakładać na rękę.

– Co tu się do diabła dzieje? Kim wy jesteście? – spytał.

– Kimś, kto dba, aby ludzie za dużo nie wiedzieli – powiedział mężczyzna beztrosko. – To, co odkryłeś, jest wiedzą, którą skrywamy przed światem. Możesz się wykreować na uzdrowiciela, na medium, na iluzjonistę i działać jak wielu innych, ale nie wolno ci bez kontekstu robić takich rzeczy, jakie pokazywałeś przed kamerą.

– Jakich rzeczy? – zaprotestował Jarek.

Mężczyzna spoważniał i wymienił porozumiewawcze spojrzenia ze swoją współpracowniczką.

– Ta rozmowa zmierza w niewłaściwym kierunku – stwierdził złowrogo.

– Ale czego ty, człowieku, ode mnie chcesz? – zdenerwował się Jarek. – Nie umarłem, ale sam… nie cofałem żadnej agonii. Nie umiem też transportować szklanek w powietrzu…

Chłopak zawiesił na moment głos, uzmysławiając sobie, że… to wszystko się jednak naprawdę wydarzyło. A na wprost niego siedzi ktoś, kto z pewnością wie dużo więcej, niż on sam o takich zjawiskach.

– … a przynajmniej… nie robię tego świadomie – dokończył ostrożnie.

Tomasz przypatrywał mu się przez chwilę w milczeniu. Im dłużej, tym bardziej jego konfrontacyjna postawa ustępowała oznakom naturalnego zdziwienia z domieszką humoru.

– To nie był twój wyreżyserowany plan, który za chwilę będzie mieć kolejne odsłony? – spytał, również ostrożnie.

– Jaki? Zwalczę raka i szklankami zacznę żonglować?

Tomasz, bez oznak zrozumienia, spojrzał na swoją koleżankę. Kobieta nie odzywała się.

– Chcesz mi powiedzieć, że… nic nie umiesz? – spytał, przenosząc wzrok z powrotem na Jarka.

Na szczęście po jednym krótkim spojrzeniu chłopaka, sam się zreflektował, że bardziej idiotycznie brzmiącego pytania nie byłby w stanie wymyślić.

Szybko kiwnął na koleżankę w umówiony sposób. Ta otworzyła rozsuwane drzwi furgonu i rozejrzała się na zewnątrz.

– Czysto – powiedziała.

– Przez kilka tygodni będziemy cię bacznie obserwować – powiedział. – Dla twojego bezpieczeństwa. Mogą się tobą zainteresować bardzo dziwni ludzie. W razie czego mów, że jesteś od Kluczyńskiego. To powinno ich powstrzymać.

Jarek kiwnął głową, uspakajając się odrobinę. Nie miał zielonego pojęcia, o co może tych szaleńców spytać i czy w ogóle byłoby to bezpieczne.

– Zmykaj – powiedział. – I nie zapomnij, że cię obserwujemy.

Jarek posłusznie wyskoczył na chodnik i nastawił ręce, by złapać niewielki przedmiot, który leciał właśnie w jego stronę. To była… ładowarka do telefonu.

– Oczywiście ta rozmowa zostaje wyłącznie między nami – dodał Tomasz z mocą, a Ola zamknęła szybko drzwi.

Furgon powoli potoczył się ulicą w stronę miasta.

Rozdział 4 – Nowa

Szkoła Jarka mieściła się w dużym budynku w kształcie kanciastego „U”. Właściwie to mieściły się tam dwie szkoły, gdyż po lewej stronie „U” była podstawówka, a po prawej liceum ogólnokształcące. Szkoły miały osobne wejścia i praktycznie nie stykały się nawet ze sobą, gdyż wspólne niegdyś korytarze były przedzielone murem na każdym piętrze.

Cały gmach zbudowany był z czerwono-szarej cegły. Szerokie, ponad dwumetrowej wysokości okna były u góry zaokrąglone, zgodnie z budowlaną modą czasów, w których obiekt powstawał.

Dookoła szkoły ciągnął się metrowej wysokości, szeroki murek, dobudowany na jakimś kamiennym ogrodzeniu, które istniało tam wcześniej. Na tym właśnie murku, przed wejściem do szkoły, zwykli siadać uczniowie w czasie przerw.

Tak było i tym razem.

Jarek był w towarzystwie swoich dwóch najbliższych kolegów – Stefana Podsiadły i Radka Ćwikły. Stefana i Radosława złośliwi nazywali Flipem i Flapem.

Stefan był bardzo otyłym, jak na swój wiek i nad wyraz poważnym nastolatkiem, który na każdym kroku chciał pokazać swoją dojrzałość i odpowiedzialność, a Radosław, dla odmiany, robił sobie ze wszystkiego żarty i był strasznym chudzielcem, którego wszędzie było pełno.

Jarek zawsze zastanawiał się nad swoją rolą w tej dziwnej trójce. Chyba los dał mu po prostu pełnić zadanie bufora między tymi dwoma, żeby ci się nie pozabijali. Radek Stefana od lat wytrwale zwalczał psychicznie, a Stefan Radka fizycznie, co biorąc pod uwagę różnicę wagi, mogło być kwestią jednego mocniejszego ciosu.

„Jak oni dwa miesiące przeżyli beze mnie?” – zastanawiał się Jarek, odciągając Stefana od Radka na bezpieczną odległość.

– Weź go, Jarek, suchotnika jednego, bo jak go sierpem zahaczę, to mu łeb z płucami w kosmos poleci! – wył Podsiadło, ugodzony do szpiku kości.

Dyszał przy tym, jak rozjuczony byk, a odcień jego okrągłej twarzy przybrał kolor czystej purpury.

– Ale Jarek, sam popatrz, czy to nie jest niepokojący sygnał, jak się komuś kanapki w woreczki nie mieszczą i pół chleba zawija w gazetę… – trajkotał Radosław z poważną miną.

– Jakbyś nie wiedział, jakimi kanapkami Stefan jest zasilany – śmiał się Jarek.

– Ale wcześniej używał tych wielkich worków na mrożonki…

– … no strzelę w łeb i zabiję! – wył Podsiadło.

Pierwsze godziny w szkole były trochę sztywne. Wszyscy patrzyli na niego z dystansem, tak jakby nie byli pewni, czy rzeczywiście jest on w pełni zdrowy. Dopiero w okolicach długiej przerwy ta dziwna sztywność w końcu zaczęła się rozmywać i wszystko powoli zaczęło wracać do normy.

W sumie przez cały okres jego nieobecności nic się w szkole nie zmieniło. W piątek, w ubiegłym tygodniu do ich klasy doszła nowa uczennica, która przeprowadziła się ze swoją rodziną do Lubania gdzieś, aż z jakiejś nadmorskiej mieściny.

W pewnym sensie było ich teraz dwoje „świeżaków” – jak to Radek żartobliwie określał każdą nową osobę.

Stefan odgryzł kęs wielkiej kanapki, spoglądając podejrzliwie na chudego kolegę. Było oczywiste, że jest gotowy do ataku w każdej chwili. Radosław milczał, ale po jego minie można było się zorientować, że komentarz w jego głowie jest już przygotowany.

– Tylko nic nie mów, padlino – ostrzegł Stefan, usiłując zgrabnie powstrzymać pokarm w ustach.

Nie do końca mu się udało, bo niewielki kęs wypadł mu z ust i zatrzymał się na chwilę, na swetrze, wypychanym przez jego duży brzuch. Podsiadło zamarł, ale grawitacja była bezlitosna. Chłopak zdążył nagłym odruchem kopnąć spadający kęs, by ten znalazł się za murkiem, a nie na czystym chodniku.

Niestety, „pocisk” przeleciał centymetry od twarzy matematyczki, która akurat wchodziła do szkoły.

– Podsiadło? – spytała kobieta z ogromnym zdziwieniem.

Wysoka matematyczka, znana powszechnie ze swojej niezwykłej kultury, pokiwała tylko z niedowierzaniem głową i weszła do szkoły.

Stefan, nie wiedząc, co robić, podszedł do przeciwległego murku i zastanawiał się, czy wchodzić tam, by sprzątnąć okruchy.

– Nie jedz z ziemi – przestrzegł Radosław dobrodusznie.

Przerwa dobiegła końca.

Pani Wasilewska, ze swym sposobem bycia, trochę przypominała Jarkowi ciotkę. Tak samo, jak i ona, siedziała sztywno, chociaż u niej, za poczuciem tej królewskiej gracji, szła też kultura osobista, której ciotce wyraźnie brakowało.

Kobieta miała bardzo twarde zasady i staroświeckie przekonania co do zachowania młodzieży. Gdyby to wszystko od niej zależało, szkoła z pewnością wyglądałaby zupełnie inaczej. Panowałaby w niej całkowita cisza, a grzeczni i dobrze wychowani uczniowie, poubierani w jednakowe, schludne, czarno-białe uniformy, przemierzaliby gęsiego, jeden za drugim, szkolne korytarze, dbając o zachowanie zasad ogólnie w Polsce przyjętego ruchu prawostronnego.

Na lekcji matematyki nie wypadało czegoś nie rozumieć, chyba że ktoś nie przejawiał zainteresowania lekcją i myślał w tym czasie o niebieskich migdałach.

To był wtedy jego problem, a pani Wasilewska nie uważała za stosowne zanudzać wszystkich pozostałych powtórnymi wyjaśnieniami czegoś, co musi być przecież oczywiste dla tych, którzy są skupieni na lekcji.