Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Na sąsiedniej planecie istnieje cywilizacja potężniejsza od ziemskiej. Jej mieszkańcy znają prawa Wszechświata, o których ludzkość zachowała jedynie mgliste wspomnienia.
Ale ten świat ma własną ranę.
Jest nią Reaktor — odizolowany obszar, w którym żyją ludzie celowo odcięci od pełnej wiedzy. Utrzymywani w prostszej rzeczywistości, karmieni fragmentami prawdy, religijnymi obrazami i pojęciami, których nie potrafią jeszcze połączyć w całość.
Mieszkańcom Reaktora trzeba pomóc, zanim napięcie wymknie się spod kontroli. Bo ich los nie jest już sprawą zamkniętego świata — staje się punktem, od którego zależy równowaga wszystkich.
Im głębiej sięgamy w tajemnicę Reaktora, tym trudniej uciec od niepokojącego skojarzenia: czy to tylko obca planeta — czy może echo Ziemi sprzed dwóch tysięcy lat?
„Reaktor w kwarantannie” to fantastyka inna niż wszystkie — odważna, metafizyczna i niepokojąco bliska pytaniom, których zwykle boimy się zadawać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 402
Rok wydania: 2024
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Adam Podkowa
Powieść S-F
© 2024 Adam Podkowa
Projekt okładki: Canva
Wydanie: pierwsze
Miejsce i data wydania: Polska, 1 grudnia 2024 r.
ISBN 978-83-974155-1-5
Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Prolog
Rozdział 1 – Zaporowa kara
Rozdział 2 – Rewolucja mimochodem
Okładka
Strona tytułowa
Spis treści
Początek książki
To wydanie EPUB zostało przygotowane jako publikacja reflowable z logiczną kolejnością czytania, aktywnym spisem treści, semantycznymi nagłówkami oraz tekstową alternatywą dla okładki.
Język publikacji ustawiono na polski. Treść rozdziałów jest tekstowa i może być powiększana przez czytnik. Rozdziały zostały wyjustowane, czyli wyrównane jednocześnie do lewej i prawej.
Publikacja nie zawiera dźwięku, wideo, elementów migających ani interaktywnych mechanizmów wymagających użycia myszy.
Idąc ulicą, człowiek nie zastanawia się nawet, jak nienaturalna w rzeczywistości jest jego postawa. Iść na nogach? Z górnymi kończynami niebiorącymi czynnego udziału w tym przemieszczeniu? Które inne zwierzę robi podobnie?
Ta ewidentna anomalia nas nie dziwi. Mało tego – gdybyśmy dostrzegli kogoś, kto odziany w garnitur idzie po ulicy jak pies na czterech „łapach”, to dopiero zaszokowałoby nas na poważnie, mimo że byłoby to bardziej naturalne dla naszej zwierzęcej natury niż spacer na nogach dwóch.
Ale jak tu z czystym sumieniem powoływać się na naturę, gdy niezgodnie z naturą chodzimy już na dwóch nogach co najmniej od dwustu tysięcy lat?
No właśnie.
Po dwustu tysiącleciach ewolucji nasze definicje tego, co dla nas naturalne, dawno już nie uwzględniają naszej typowo zwierzęcej natury. Brzmi to może trochę przewrotnie, bo po co w ogóle wspominać o czymś, po kilkuset tysiącach lat tak dla nas oczywistym, jak chodzenie na dwóch nogach?
Ano, choćby po to, żeby lepiej zrozumieć coś, co dla nas byłoby nie do przyjęcia, a dla naszych sąsiadów z nieodległych zakątków kosmosu stanowi taką samą historyczną oczywistość, jak dla nas spacer na dwóch nogach.
Podział na osobną rasę panów i oddzielny plebs zrodził się na tej planecie przed przeszło trzema setkami tysiącleci. Z prostej więc kalkulacji matematycznej powinniśmy zrozumieć, że jest dla nich półtora raza bardziej naturalny niż dla nas chodzenie.
Tutaj można być Domonitem i nie odczuwać żadnego dyskomfortu, wiedząc, że pracuje się ciężko w pocie czoła całe życie, w czasie, gdy drugi człowiek, zrodzony jako przedstawiciel Ekstorsów, ma wszystkiego w nadmiarze, a ciężką pracą się nie zhańbi nigdy.
Rozpoznać Ekstorsa nie jest trudno, bo jego ciało otoczone jest delikatną, błękitną poświatą, której Domonit nie posiada. Gdy na ulicy coś Ekstorsowi upada, wielkim honorem i zaszczytem dla przechodzącego obok Domonita jest ową rzecz podnieść i podać „koledze”. Płeć i wiek nie mają przy tym kompletnie żadnego znaczenia.
Fabryki, kopalnie, wytwórnie, przetwórnie i inne zakłady produkcyjne to do niedawna były tam wyłączne domeny Domonitów pozwalające im rozwijać się i zarabiać jednocześnie na utrzymanie swoje i swoich rodzin. Nie we wszystkich okręgach administracyjnych tego świata praca była dostępna, lecz, mimo to, nędza i ubóstwo nie były tu powszechne.
Ekstorsi, co prawda, nie potrzebowali tego wszystkiego, by żyć godnie, z uwagi na potężną przewagę technologiczną, jaką posiadali, ale z czasem ona niestety nie rosła ewolucyjnie, a malała.
Ostatnie kilkaset lat wspólnej egzystencji zmusiło Ekstorsów do coraz częstszego zatrudniania Domonitów do pracy na rzecz wytwarzania swoich luksusowych towarów, gdyż nie mogli ich w tak dużych liczbach wytwarzać w sposób dla Ekstorsów do tej pory naturalny.
Historycznie bowiem oba te narody żyły życiem własnym i oprócz zwyczajowej kurtuazji, jednostronnego szacunku i drugostronnej obojętnej akceptacji, nic innego ich nie łączyło.
Do czasu, gdy obie populacje zaczęły się nadmiernie rozrastać, a przewaga technologiczna Ekstorsów, która stanowiła podstawę ich dobrobytu, przestała za rozrostem ich populacji nadążać.
Wtedy Ekstorsi również zaczęli stawiać fabryki i najmować wśród Domonitów pracowników, którzy, pod ich dyktando, wytwarzali w sposób tradycyjny te wszystkie dobra, których nie można było wydrukować z tak zwanej energii wibracyjnej.
Bo na tym właśnie zbudowana była historyczna przewaga technologiczna Ekstorsów. Energia wibracyjna pozyskiwana była przez nich z reaktora umieszczonego w kosmosie, przy pomocy anten Wielkiej Elektrowni Wibracyjnej… (bez numeru).
Właściwości energii wibracyjnej były wszechpotężne. Można było z niej utworzyć każdy rodzaj materii o dowolnych parametrach w specjalnych przetwórniach energetycznych, których kilkanaście zlokalizowanych było w różnych częściach planety. Początkowo z energii wibracyjnej powstawało wszystko. Od paliw płynnych, poprzez programowalne, zmiennokształtne fotele, czy „drewniane” meble, na materii organicznej dla nowoczesnej transplantologii skończywszy.
Niestety od setek tysięcy lat produkcja była stała i mimo wysiłków tysięcy pokoleń naukowców nie udawało się zmusić reaktora do produkcji większej ilości energii wibracyjnej.
Lecz, zanim przejdziemy do sedna, warto wspomnieć o jeszcze jednej różnicy między nimi a nami. Różnicy fundamentalnej, która umożliwiła nie tylko pokojową koegzystencję tych dwóch narodów obok siebie, ale i dogłębną akceptację swojego miejsca w szyku przez naród skazany odgórnie na los gorszy.
Otóż pojęcie „Boga”, tak jak my je rozumiemy, mając do dyspozycji jedynie fragmentaryczne przekazy sprzed kilku tysiącleci, oni rozumieli zupełnie inaczej, gdyż zamiast chaotycznych pism, poskładanych przez ludzi tworzących pasujący im przekaz, mieli oni na co dzień przedstawiciela wszechświatowej administracji, który zawsze był łącznikiem między wyższą inteligencją a nimi.
Namiestnik, bo tak się go tu tytułuje, był z nimi od zarania dziejów. Był od tak dawna, że nawet najstarsze wzmianki w światowej literaturze i dokumentach historycznych nie sięgają początków jego historii. Przyjmuje się więc, że był on „od zawsze”.
I wszystkie decyzje o podziale na owe dwa narody i o przewadze technologicznej Ekstorsów to wszystko również Jego Wola, którą powszechnie się tu respektuje, nikt jej nie kwestionuje i nigdy w historii jeszcze nie kwestionował.
Nawet wtedy, gdy przy ciągle rosnącym deficycie produkcji w wielkiej Elektrowni Wibracyjnej Ekstorsów obiekt ów otrzymał, z Woli Namiestnika, kolejny człon nazwy: „Nr 1”.
Była to innowacja bardzo dziwna dla zarządzających Narodem dygnitarzy Ekstorsów, bo logika nakazywała przewidywać, że jak coś jest nazywane elektrownią numer jeden, to siłą rzeczy w powietrzu wisi budowa elektrowni numer dwa.
Tylko po co, skoro Jedynka, mimo swoich o wiele większych możliwości, nie jest w stanie wycisnąć z reaktora dodatkowej produkcji? Czy rozlanie tej samej ilości paliwa do dwóch baków spowoduje, że pojazd zajedzie dalej?
Rzeczywistość okazała się jednak jeszcze bardziej dziwaczna, gdy z Woli Namiestnika Elektrownię Wibracyjną Numer Dwa zbudować mieli dla siebie… Domonici.
Taka niespodziewana promocja tego nieuprzywilejowanego historycznie Narodu była zdumiewająca dla Ekstorsów. Wola Namiestnika pozostawiła im przywilej zarządzania tym nowym tworem. Dyrektorem generalnym Elektrowni Wibracyjnej Numer Dwa mógł być tylko Ekstors, ale już cały kilkuosobowy Zarząd stanowić mieli Domonici.
Domonitom nie wolno było pozyskiwać tej najwartościowszej formy energii wibracyjnej, przeznaczonej historycznie dla Ekstorsów. Przy ograniczonych możliwościach reaktora spowodowałoby to tylko zredukowanie o połowę produkcji Ekstorsów, co wywróciłoby do góry nogami ich świat, i tak ze stulecia na stulecie cierpiący coraz większy deficyt owej energii.
Zresztą konstrukcja ich elektrowni była specjalnie tak wykonana, że sama próba przestrojenia urządzeń, by tę częstotliwość pozyskać, powodowałaby groźny rezonans anten odbiorczych ze stropem budynku. To, w zamyśle inżynierów nadzorujących budowę, zabezpieczało również fizycznie Ekstorsów przed zapędami nieuprzywilejowanych „przyjaciół”.
… o ile było prawdą.
Domonici mieli szukać własnych rozwiązań i pracować nad uzyskaniem własnych częstotliwości zdatnych do przetwarzania na własny użytek.
Po kilkudziesięcioleciach badań taką częstotliwość w końcu znaleźli. Stanowiła ona mniej więcej jedną czwartą produkcji Ekstorsów, a pozyskiwana przez nich energia nie nadawała się ani do produkcji paliw, ani dla potrzeb medycznych.
Postawiono więc na zastąpienie drewna, drukując wszelkie możliwe elementy drewniane, by zredukować rabunkową gospodarkę drewnem i ograniczyć w ten sposób wycinanie zielonych płuc planety.
Ale – jak nietrudno się było domyśleć – i w tym przypadku produkcja była stała, niezależnie od wysiłków kolejnych pokoleń naukowców.
Domonici z biegiem czasu tracili cierpliwość do blokującego wszelkie odważniejsze badania naukowe dyrektora generalnego ich elektrowni. Coraz powszechniejsza stawała się opinia, że Ekstorsi wrzucili im swoistą kotwicę, która ma blokować wszelki możliwy postęp.
A Ekstorsi kompletnie przestali rozumieć sens powstania konkurencyjnej dla nich elektrowni. Doszły do tego obawy, że tysiącletnia stagnacja w ich badaniach zostanie w którymś momencie ośmieszona przez naukowców Domonitów, którzy odkryją coś, co w ogóle postawi znak zapytania dla ich tradycyjnej pozycji w tym świecie.
Kombinacja obaw i frustracji z obu stron zagęszczała z dziesięciolecia na dziesięciolecie atmosferę wzajemnego niezrozumienia, czyli czegoś, co historycznie nigdy w przeszłości nie występowało na tej planecie.
A kością niezgody była właśnie Elektrownia Wibracyjna Numer Dwa, której sens powstania był dla nich wszystkich równie głęboko ukryty.
Profesor Mo spojrzał spode łba na swojego pochlapanego krwią studenta, któremu policjant zdejmował właśnie kajdanki. Był środek nocy. To niestety nie pierwszy przypadek w dziejach uczelni, gdy policja dostarcza dyrektorowi podopiecznego o takiej porze.
To się już kiedyś wydarzyło w trzydziestoletniej historii placówki.
A dokładniej – miało to miejsce raz, kilka miesięcy wcześniej. I był to ten sam student.
Policjant odwiesił kajdanki na zaczep w pasie swojego umundurowania. Zapiął je i skłonił lekko głowę w stronę dyrektora Wyższej Uczelni Energetyki Wibracyjnej Domonitów.
– Dziękuję, panie oficerze – odezwał się dyrektor.
– Taka praca – odpowiedział policjant i opuścił pomieszczenie.
Odgłos zamykanych drzwi był niczym gong rozpoczynający ponurą ciszę, której ramy czasowe były bliżej nieznane dla jej mimowolnych kontemplatorów.
Lon spojrzał przelotnie na dyrektora, lecz, dostrzegłszy jego piżamę w matematyczne wzory, na szybko przykrytą płaszczem, wolał wbić wzrok gdzieś poza przełożonego, by nie wybuchnąć niestosownym śmiechem.
Terapeutyczna cisza trwała i trwała, trochę dziwiąc studenta. Miał ostatnio postawione ultimatum, więc w obecnej sytuacji nie spodziewał się nauk moralnych, a po prostu usunięcia z tego elitarnego grona młodych geniuszy, wyselekcjonowanych w procesie rekrutacji spośród kilkudziesięciu tysięcy kandydatów na jedno studenckie miejsce.
Profesor Mo siedział za swoim biurkiem i bez słowa przyglądał się mu z miną, w której próżno by szukać jakichkolwiek wskazówek co do dalszego przebiegu tego dziwacznego spotkania.
Trwało to do momentu, gdy i stary profesor zorientował się, że formuła ciszy się wyczerpała, a jego podopieczny nie przeprowadza jednak żadnych skomplikowanych operacji na swoim studenckim sumieniu.
– Dużo wypiłeś? – spytał obojętnie.
– Za nasz żołd nie da się dużo wypić – odpowiedział student.
Profesor pokiwał głową z udawanym zrozumieniem i rozparł się wygodnie w swoim dyrektorskim fotelu.
– Obiecałem ci, że cię wywalę na zbity pysk, gdy sytuacja z rozróbą w jakiejś miejskiej spelunie się powtórzy – przypomniał. – I widzę, że nie tylko jesteś na to gotowy, ale wręcz oczekujesz na to z niecierpliwością.
– Profesor raz powiedział, rzecz święta. Z czym tu dyskutować? – powiedział student, udowadniając, że skromny żołd wystarcza jednak, by nieco język splątać.
Mo skrzyżował przedramiona na piersi i… uśmiechnął się lekko, co ewidentnie nie pasowało do obecnej sytuacji.
– Cholera! – zaklął pod nosem. – Mam tu na uczelni najbardziej wypieszczonych geniuszy świata. Potomstwo bogaczy, hodowane w nieustającym procesie wzmożonej nauki. Niektórzy tatusiowie i mamusie od dzieciństwa wtłaczają w mózgi swoich dzieci podprogowe przekazy naukowe. Nawet w czasie ich snu do ich podświadomości leją się ze specjalnych urządzeń książki, księgi, encyklopedie i wszelka inna wiedza naukowa. Od przedszkola zbierają punkty, olimpiady, kursy, indywidualne nauczanie na poziomie… niewyobrażalnym dla takiego reliktu przeszłości jak ja. Czy ty wiesz, ile jest samobójstw na świecie z tego tytułu, że dzieciaki nie nadążają za wymaganiami swoich nawiedzonych starych? Wiesz, że w wieku dwudziestu lat dla kilkuset tysięcy tych geniuszy kończy się świat, bo nasza uczelnia nie jest w stanie ich przyjąć?
– To straszne – burknął Lon bez cienia zainteresowania.
Mo po raz drugi się uśmiechnął.
– I mamy też ciebie – zauważył z przekąsem. – Sierotę, wykupionego z przytułku przez jakiegoś psychopatę, który marzył, żeby wyhodować sobie zawodnika do walk w klatkach. W czasie, gdy niemal każdy nasz przyszły student wtłaczaną miał wiedzę do głowy, ty ten swój łeb miałeś obijany na ringach.
– Chodziłem też do szkoły – zauważył Lon, nie chcąc, żeby to istotne spostrzeżenie uciekło.
– Tak. Do powszechnej – powiedział Mo z udawanym przejęciem. – Przyznam, że spośród setek tysięcy podań, jakie spływają do naszych ośrodków rekrutacyjnych na całym świecie, przedstawiają mi nie te najlepsze, bo to byłoby trudne do wyłapania, a zwykłe ciekawostki, typu na przykład… dziewczyna, która już w wieku lat dziewięciu stworzyła mini przetwornik energetyczny niwelujący mankamenty, jakie posiadał od lat oryginał pracujący w przetwórni energetycznej, czy… Lon, bestia z klatki, niekwestionowany mistrz świata wszech wag… dwudziestoletni zaledwie młokos, który jak dzikie zwierzę rozwala potężnych mężczyzn, największe sławy tego ohydnego pseudo-sportu.
Lon obojętnie wzruszył ramionami.
– To pana profesora oszukano, bo tego w ogóle nie pisałem w swoim podaniu.
– Tak. Nie pisałeś… napisałeś, że zająłeś pierwsze miejsce w… konkursie wiedzy o energetyce wibracyjnej, organizowanym przez burmistrza miasta… o ile pamiętam.
– Przez Zarządcę Okręgu, panie profesorze! – poprawił student, zniesmaczony próbą tak wielkiego zmniejszenia jego największego osiągnięcia w omawianej dziedzinie.
Mo niedbale machnął ręką.
– Zrobiło to na mnie duże wrażenie w zestawieniu z faktem, że większość naszych kandydatów miała po kilka segregatorów osiągnięć naukowych… Dlatego zrobiłem wielkie oczy, jak zobaczyłem twoje nazwisko w gronie wyselekcjonowanych spośród kilkuset tysięcy, zaledwie stu naukowców z najwyższymi wynikami egzaminów wstępnych. Połowę z nich musiałem odrzucić i była to moja subiektywna decyzja. To wybór pięćdziesięciu procent najładniejszych diamentów spośród zbioru niemal identycznych błyskotek. Ciebie… niestety nie odrzuciłem!
Lon pokiwał głową. Znowu nastała dłuższa chwila ciszy. Profesor Mo w końcu podparł się dłońmi o biurko i nachylił w jego stronę.
– Powiedz mi… – poprosił cicho – czy to właśnie był ten moment, w którym popełniłem błąd?
Student zaprzeczył niemo, kręcąc głową. Dopiero po kolejnej dłuższej chwili ciszy wyjaśnił:
– Jakieś trzydzieści lat wcześniej, jak na mój poobijany rozum.
Dłonie profesora odkleiły się od blatu biurka i na powrót spoczął on głęboko w swoim fotelu.
– Trzydzieści lat temu? Jak zakładałem tę elitarną uczelnię? – spytał.
Lon westchnął ciężko.
– Elitarna uczelnia… wypasione małolaty z łbami jak encyklopedie… – zaczął bez owijania w bawełnę – To taka samonapędzająca się machina samozadowolenia z braku jakichkolwiek efektów. Na cholerę komu ta uczelnia, ta cała energetyka wibracyjna? Dostaliśmy to jako jakąś popieprzoną nagrodę pocieszenia… nie wiem.
– Miarkuj się! – oburzył się profesor.
– Od setek tysięcy lat żyjemy w dwóch hermetycznych światach. Elity, Ekstorsi ze swoją wielką elektrownią wibracyjną, gdzie pozyskują energię i ją przerabiają na wszystko. A w drugim żyjemy my, Domonici, plebs, który nie ma tej technologii. Mija… nie wiem… sto tysięcy lat? I nagle plebs dostępuje zaszczytu zbudowania własnej elektrowni wibracyjnej… I stoi ona już od ponad półwieku, produkujemy jakieś nieistotne ochłapy, ale się podniecamy, że największe mózgi szkolimy, że największa elita Domonitów pierdzi po nocach, żeby nadmiar wiedzy, szukając ujścia, łbów im nie porozsadzał… i… co?
– … do czego zmierzasz?
– Skusiła mnie ta… elita plebsu. Najwyżsi z najniższych, co sami stawiają się na piedestale, by pokazać światu swój marazm i bezwład. Spójrzcie wszyscy, jakie my doskonałe! Spośród miliardów wybieramy swoją ścisłą czołówkę, która najsprawniej z nas wszystkich nie robi nic!
Profesor pokręcił głową z uznaniem.
– Twarde słowa – przyznał. – Ale skoro wiesz, jak nie powinno być, to masz też jakiś alternatywny pomysł, jak być powinno?
Lon wzruszył ramionami.
– Jak co być powinno? – spytał. – Pozwolili nam postawić elektrownię wibracyjną. Postawiliśmy. Pozwolili nam czerpać energię z ich reaktora, tylko nie o tej częstotliwości wibracyjnej, na której sami pracują, bo dla nich zabraknie. Czerpiemy więc jakieś niskiej jakości wibracje, które są drastycznie mniej wydajne niż energia wibracyjna Ekstorsów i udajemy, że to kiedyś zaspokoi wszystkie nasze potrzeby, choć ich potrzeb wysokowydajne wibracje już od dawna nie zaspokajają. Czy tylko ja widzę w tym wszystkim jakiś bezsens?
– Czyż nie po to powstała nasza uczelnia, by szukać nowych rozwiązań?
– Nowych… ale jakich? Kilkadziesiąt tysięcy lat temu, gdy istniały jeszcze państwa, które naparzały się regularnie ze sobą i regulowały w ten sposób liczbę światowej populacji, energia wibracyjna Ekstorsów zaspokajała wszystkie ich potrzeby. Dzisiaj kataklizmy naturalne nie nadążają z regulacją naszej populacji. Elity kupują od nas prąd, ciepło i wiele innych rzeczy, na których produkcję nie mogą sobie pozwolić z przerabiania energii wibracyjnej, bo jej im nie starcza. Reaktor ma swoją maksymalną wydolność. Wiesz pan, panie profesor, że córka gubernatora naszego okręgu umiera po ciężkiej chorobie, bo elektrownia wibracyjna Ekstorsów ma dla niej wydrukować z energii wibracyjnej kilka narządów… dopiero na koniec przyszłego roku?
– Taką mają kolejkę?
– Nie! Podejrzewam, że to po znajomości… A pan pyta, skąd przypuszczenie, że my, startując z o wiele liczniejszą populacją i kilkukrotnie mniejszymi możliwościami, zmienimy coś kiedyś fundamentalnie? Toś pan wart tych swoich prymusów, a oni takiego szefa… mnie proszę łaskawie zwolnić z konieczności dalszego oglądania tej farsy!
Mo podniósł się zza swojego biurka, obszedł je i sięgnął po krzesło, które stało obok.
– Siadaj – nakazał.
Student chciał coś powiedzieć, lecz ostatecznie nie wyartykułował żadnego dźwięku, posłusznie siadając na podanym krześle. Czekał.
Profesor Mo pospacerował chwilę wzdłuż swojego biurka i powoli usiadł za nim ponownie.
– Widzisz, Lon – zaczął powoli. – Pewnie jesteś przekonany o swojej wyjątkowej przenikliwości, że tylko ty dostrzegasz pewne rzeczy, których inni nie widzą… Nie powiem. Twój osąd jest z grubsza prawidłowy. Z grubsza… bo brakuje w nim konkretów, których znać nie możesz.
– Na przykład jakich?
– Na przykład takich, jaki jest nieznany nam wszystkim plan Namiestnika, który zakłada, że ni stąd, ni zowąd powstaje nagle druga elektrownia wibracyjna, która ma pracować dla nas, a zarządzana ma być przez nich. Nie ma to przecież sensu z logicznego punktu widzenia.
– Po raz pierwszy się zgadzamy. Zwłaszcza że na dyrektora generalnego wybiera się największego idiotę, jakiego można sobie wyobrazić.
Mo znowu wysłał Lonowi spojrzenie pełne dezaprobaty.
– Nie zapominaj się. Mówisz o czcigodnym Ekstorsie. Sam fakt, że należy do elit, jest wystarczającą przesłanką, by wypowiadać się o nim z należnym szacunkiem.
– Tak – przyznał chłopak. – Szacunek do jego kotwicznych właściwości byłby zrozumiały, gdyby rozmawiało dwóch obiboków spod budki z piwem. A my jesteśmy tą napompowaną elitą, która drepcze od lat w miejscu, będąc ofiarą tej ekstorskiej kotwicy.
– A gdyby dyrektorem takim został jednak ktoś z naszej sfery społecznej? – spytał znienacka Mo. – Myślisz, że coś by to zmieniło?
Student zaśmiał się. Tego typu dywagacje były równie mądre, jak takie o sympozjum naukowym, gdzie prelegentem mieliby zrobić noworodka. Wszystkie zabezpieczenia produkcyjne, cały proces przechwytywania energii wibracyjnej z reaktora oparty był na dyrektorze posiadającym poświatę, jak każdy przedstawiciel elit.
Dodatkowo w poświacie owego dyrektora wtłoczony był zaszyfrowany, elektroniczny klucz, który był konieczny do zatwierdzania każdej ważniejszej decyzji. Nie dałoby się na takim stanowisku posadzić przedstawiciela Domonitów, choćby z przyczyn czysto technicznych.
– W takim przypadku elektrownia zaoszczędziłaby znacznie na personelu. Taki dyrektor mógłby już sam jechać na szmacie i pucować swój gabinet – wyjaśnił Lon obojętnie.
Mo nie odzywał się. Spoglądał nadal na swego studenta wyczekująco.
– A skąd w ogóle taki temat? – spytał student. – Wierzy profesor, że nagle Namiestnik powierzy całkowicie nam tę elektrownię?
Profesor uśmiechnął się tajemniczo.
– Nie wiem, czego chce Namiestnik, ale… pewnie się tego dowiem.
Lon spojrzał na staruszka ze zdumieniem. Rozmawiali o decyzjach Namiestnika.
– Co to znaczy: „pewnie się tego dowiem”? – spytał.
Mo zagłębił się w swój dyrektorski fotel i skrzyżował ręce na swoim brzuchu.
– Dlatego w ogóle rozmawiamy – powiedział. – Gdyby nie nowe perspektywy, które zawisły ostatnio w powietrzu, wywaliłbym cię na zbity pysk. Ale niestety potrzebuję ludzi mocno stąpających po ziemi, którzy potrafią logicznie i jednocześnie nieszablonowo myśleć.
Student zdumiał się jeszcze mocniej.
– „ Lon”, brzmi znacznie krócej – wydusił zaintrygowany. – Tak pan profesor owija w bawełnę, że nawet przy nieszablonowym myśleniu sens pańskich słów wydaje się bezpiecznie ukryty.
Profesor wzruszył ramionami.
– Nie wiem, jakie są zamiary Namiestnika – powiedział. – Ale na pewno dla nas przełomowe, skoro postanowił przyjąć na audiencji Dyrektora Wyższej Szkoły Energetyki Wibracyjnej Domonitów. – powiedział, nie owijając dla odmiany w bawełnę.
Lon patrzył przez chwilę niemo, po czym zaczął intensywnie się zastanawiać, czy mu czegoś do piwa nie dosypano.
– W naszej historii nie było jeszcze przypadku, żeby Namiestnik komunikował się z kimkolwiek innym, spoza Rady Naczelnej – zauważył ostrożnie.
Staruszek nie odezwał się.
Chłopak niemo analizował to, co przed momentem usłyszał. Mo nie wyglądał na wariata, schizofrenika czy staruszka zaatakowanego nagle pierwszymi symptomami demencji starczej. Mimo to… gadał jakieś głupoty. Domonit… na audiencji u samego Namiestnika?
– Zgubiłem się… – wyznał. – Pan… Profesor Mo… ma szykować się do audiencji u…
Profesor spojrzał na niego z ironią w oczach.
– Nie – wyjaśnił. – Moje nazwisko nie padło. Do audiencji ma się szykować nie Dyrektor Generalny Elektrowni Wibracyjnej Numer Dwa, nie Akumulat, nie Technik produkcji, czy Kreator Strumienia z tej elektrowni, a właśnie dyrektor Wyższej Szkoły Energetyki Wibracyjnej Domonitów!
Te słowa były niczym cios, który tej nocy doszedł do Lona bynajmniej nie w czasie bójki w lokalu na mieście, a właśnie tu, w gabinecie staruszka.
To przecież wywracało do góry nogami wszystko to, o czym do tej pory rozmawiali.
Mo podniósł się ze swojego fotela, dając do zrozumienia swojemu rozmówcy, że są to końcowe akordy ich nocnego spotkania.
– Jesteś zbyt inteligentny, żeby z własnej woli zrezygnować z udziału w tym całym energetycznym przedsięwzięciu – powiedział. – I, tak jak i ja zresztą, jeszcze teraz zbyt głupi, żeby znać zamiary Namiestnika wobec naszej sfery społecznej. Ale my te zamiary już niedługo poznamy. Z tobą na pokładzie lub bez.
Student wstał, wyraźnie przejęty słowami profesora.
– Niewolników nie potrzebuję – zakończył Mo obojętnym tonem. – Jutro masz dwie opcje: Jak alkohol i rozróby są dla ciebie ważniejsze, spakuj się i wyjazd, albo o ósmej rano czekasz pod moim gabinetem na najbardziej upierdliwą karę, jaką nawet w najgorszych koszmarach nie jesteś w stanie sobie wyobrazić… Wybór należy do ciebie.
Na tym jego nocna wizyta w gabinecie dyrektora się niespodziewanie zakończyła i pora była wracać do studenckiego koszarowca. Mo i tak zachował się bardzo nietypowo, bo za pierwszym razem w ogóle nie chciał rozmawiać przed wytrzeźwieniem delikwenta.
Lon opuścił pospiesznie budynek dydaktyczny i skierował się do swojego uczelnianego domu pełniącego tę funkcję już od czterech lat. Nie miał rodziny ani nikogo, kto gdzieś za tymi koszarami studenckimi czekałby na jego powrót. Po tragicznej, samobójczej śmierci swego opiekuna prawnego, nie miał już dosłownie nikogo i sam się sobie nieraz dziwił, dlaczego utrata poczucia sensu tego, co aktualnie robi, kieruje go do tak irracjonalnych posunięć.
Zapowiedź audiencji dla przedstawiciela Domonitów to była chyba jeszcze większa sensacja niż niespodziewana decyzja Namiestnika sprzed ponad półwieku powołująca do istnienia elektrownię dla Domonitów. Działy się rzeczy bez precedensu w całej ich historii ewolucji.
Gdyby profesor Mo zrobił to, co obiecał, że zrobi „następnym razem” – siedziałby teraz na przysłowiowych walizkach za szlabanem odgradzającym uczelnie od świata. Czy to naprawdę byłby najlepszy i jedyny pożądany rodzaj życiowego kopa, który miałby rozpocząć kolejny rozdział jego życia?
Tak mu się niestety wydawało zawsze po alkoholu.
Przy stoliku dyżurnego, ustawionym zaraz przy wejściu na piętro korytarza, wzdłuż którego były wejścia do ich dwuosobowych kwater, spał Ksen, chrapiąc tak głośno, że z pobliskiej sali dolatywały zniecierpliwione, zaspane przekleństwa studentów, których ten potworny hałas budził.
Lon delikatnie trącił go łokciem. Zrobiło mu się żal kolegów usiłujących spać w swoich kwaterach. Ksen rozpaczliwie zaciągnął powietrze jak silnik, w którym nagle wszystkie podzespoły się pourywały.
– Jasny gwint!!! – wrzasnął ktoś nerwowo z sąsiedniej sali.
Lon ostrożnie minął kolegę i powoli skierował się do swojego pokoju, który był na szczęście pusty w czasie, gdy Ksen wysypiał się w innym miejscu.
Czas, po którym dyżurny znowu zacznie chrapać, wypełniała, póki co, nocna cisza. Gdzieniegdzie słychać było tylko delikatne skrzypienie sprężyn w ich żelaznych, prostych łóżkach.
Lon chwycił za klamkę i delikatnie ją nacisnął, chcąc po cichu dostać się do pokoju.
Huk spadającego za drzwiami taboretu zastąpił nagle nocną ciszę. Chłopak spiął się cały w sobie. Jeszcze tylko tego mu brakowało, żeby pobudzić wszystkich w środku nocy.
Od strony stolika dyżurnego, przyspieszonym krokiem, zmierzał w jego stronę obudzony hukiem Ksen. Był zaspany, na twarzy miał odciśnięte ślady własnych palców, ale cieszył się, jak dziecko, które zastawiło najbardziej wyrafinowaną pułapkę.
– To mój alarm, żebym nie przegapił twojego powrotu – objaśnił głośnym szeptem, ukazując swoje ucieszone uzębienie.
– Wszystko spadło? – spytał zaciekawiony, sam uchylając mocniej drzwi do ich pokoju.
Wcześniejszy huk jednego spadającego taboretu był niczym w porównaniu z hukiem spadania całego stosu taboretów, jaki najwidoczniej stanowił główny trzon alarmu Ksena. Musiał je zebrać zarówno ze świetlicy, jak i ze wszystkich studenckich kwater. Taborety spadały i spadały, jakby ich liczba nie miała końca.
Z okolicznych sal zaczęli wylatywać zaspani i przerażeni studenci, niewiedzący, czy to budynek się wali, czy inny kataklizm nawiedził znienacka ich strony.
Żarty Ksena często miewały kaliber najcięższy z możliwych.
– Tak. Wszystko spadło! – wyjaśnił Lon, maksymalnie wnerwiony, gdy huk się wreszcie skończył.
Ksen zarechotał tak głupowato, że żaden z obudzonych nawet już nie próbował czegokolwiek mu tłumaczyć.
– Idę spać! – zakomunikował Lon. – Jak przez sen usłyszę twoje chrapanie albo jakikolwiek taboret…
– Nie martw się. Wszystkie są tutaj – objaśnił Ksen z radością.
Matematyczny geniusz, przybyły z drugiej półkuli globu, był tak oderwany od prozy dnia codziennego, że prawdziwą rzeczywistość trzeba by mu chyba tłumaczyć w systemie matematycznego programowania komputerowego, żeby cokolwiek zrozumiał.
Jedyną nietypową pasją, jaką gość miał, była… zwykła motoryzacja, co wśród młodych geniuszy naukowych również nie przysparzało mu za wielu przyjaciół. Lon był chyba jedynym, który z tytułu wspólnego dzielenia pokoju, zmuszony był wysłuchiwać jego motoryzacyjnych zachwytów i odcyfrowywać jego wypaczone pojmowanie uczelnianej rzeczywistości.
– Drzwi! – wymamrotał Lon i padł na swoją pryczę.
Gdy nazajutrz po porannym posiłku – zgodnie z poleceniem dyrektora – znalazł się pod drzwiami jego gabinetu, sekretarka natychmiast poprosiła go do pomieszczenia, zamykając za nim w pośpiechu drzwi. Widać, że był to główny punkt poranka. Przynajmniej dla niej.
Mo siedział za swoim potężnym, dyrektorskim biurkiem i przyglądał mu się bardzo uważnie. Za nim na ścianach wisiały liczne odznaczenia i dyplomy, wśród których najbardziej dostojnym dokumentem była, oprawiona w złotą ramę, licencja na badania naukowe, wydana przez samego Ministra Energetyki Wibracyjnej.
W świetle dziennym ta ściana dodawała jeszcze większego prestiżu sile napędowej Domonitów w dziedzinie energetyki wibracyjnej.
– Czyli co? – spytał. – Wybrałeś jednak karę, zamiast odwrotu?
– Niech pan profesor nie żartuje – przyznał Lon ze wstydem. – Ta informacja o audiencji spowodowała, że wszystko to, co mówiłem, stało się nagle nieaktualne.
– Jeszcze możesz zmienić swoją decyzję – obiecał dyrektor, sięgając do przepastnej szuflady swojego biurka.
Wyjął z niej gruby tom, oprawiony w twardą okładkę z logo Wyższej Szkoły Energetyki Wibracyjnej i bezceremonialnie rzucił na blat.
Grawitacja zrobiła swoje. Dzieło runęło z takim hukiem, jakby spadło z sufitu na podłogę.
– Przepiszesz to – powiedział beztrosko dyrektor.
Lon wsadził sobie palec w oko, chcąc niezdarnie przeczesać włosy dłonią. Alkohol już wprawdzie odparował, ale organizm miał jeszcze wiele pracy, by przywrócić utraconą wcześniej równowagę.
– Profesor raczy żartować… – jęknął.
– To jest praca dyplomowa mojej najlepszej studentki. Zamiast chlać na mieście, po prostu będziesz ją wieczorami przepisywał – powtórzył Dyrektor. – Udowodniłeś, że nie mogę ci ufać, więc potraktuję cię jak gówniarza, dla którego jedynym ratunkiem jest pozbawienie dostępu do zachcianek. Jak skończysz przepisywać, może pozwolę ci obejrzeć ludzi za bramą koszar, ale też w takich godzinach, żebyś do żadnej speluny nie trafił.
– Wtedy będę już za stary, żeby gdziekolwiek wychodzić – zauważył Lon.
Chwycił tomisko i otworzył. „Encyklopedia” kończyła się na stronie trzysta dwudziestej. Z prostej i szybkiej kalkulacji wychodziło, że… nie da się tego wykonać w jakimś rozsądnym i akceptowalnym czasie. Profesor Mo nie przesadził, zapowiadając karę niemożliwą wręcz do wyobrażenia.
– Ja pierdolę… – jęknął student.
– Zachowuj się! – profesor pogroził mu palcem.
– Czyli, żebyśmy byli precyzyjni… – kombinował Lon, przewracając ciężkie tomisko na stronę pierwszą – Mam przepisać pracę dyplomową pana najlepszej studentki… nazywa się Ika… dobrze rozumiem?
– Co można tu źle zrozumieć? – profesor rozłożył bezradnie ręce.
– Ja rozumiem dobrze, tylko żeby pan profesor też tak samo dobrze rozumiał zadanie, jakie sam postawił.
Lon wziął ciężkie tomisko pod pachę i skierował się do wyjścia, pozostawiając przełożonego z grymasem bólu na twarzy.
Profesor jeszcze chwilę dumał, czy tak postawione zadanie nie zawierało jakiegoś niedopowiedzenia, które da furtkę ofierze, ale w końcu machnął ręką i zajął się swoimi codziennymi obowiązkami.
Cała beznadzieja sytuacji stanęła przed Lonem w całej swej okazałości dopiero wieczorem w uczelnianej czytelni. Tam postanowił wykonać wyrok, obawiając się, że próba przepisywania ponad trzystu stronicowego manuskryptu we własnym pokoju pozbawi już to miejsce na zawsze jakichkolwiek cech domowego azylu.
No i gdzie, jak nie tutaj, mógł bez starań własnych natknąć się niespodziewanie na samego autora tego wiekopomnego dzieła?
W pierwszym momencie poczuł zaskoczenie, gdy uświadomił sobie, że to musi być właśnie ona. Stawiałby na każdą inną, ale nie na nią. Dziewczyna przypatrywała mu się chwilę ze zdumioną miną i nieśmiało wystawionym palcem, który zdawał się wskazywać papierowe monstrum.
To był chyba pierwszy przypadek, gdy widział ją bez jej wiecznie dopiętego do twarzy uśmiechu. Kompletnie nie miał zaufania do tak urodziwych dziewcząt z przypiętym niejako, nieodłącznym uśmiechem, zdradzającym – jak powszechnie uważano – całkowity przerost urody nad intelektem.
– Co? – spytał Lon rzeczowo, nie mogąc się doczekać werbalnej części dziewczęcego zdumienia.
– Skąd to masz? – wymamrotała niewysoka, szczupła brunetka.
– Mam ciężką rękę – wyjaśnił. – Jak piszę, to stół się rusza, więc dali mi taki obciążnik.
Palec wskazujący schował się w zaciśniętej dziewczęcej pięści. Ale tłumaczenie chyba nie wyjaśniło jej zbyt wiele, bo zdumienie nie zniknęło z jej twarzy.
Przez chwilę sprawiała wrażenie, że przejdzie nad tym zdarzeniem do porządku dziennego i pójdzie w swoją stronę. Zatrzymała się jednak tak samo szybko jak ruszyła.
– To jest praca… jeszcze nie obroniona – zauważyła. – Nie powinna być w obiegu… kto ci ją dał?
Lon zamknął gwałtownie tomisko, co zmiotło ze stołu siłą podmuchu powietrza jego czystą kartkę.
– Nie wierzę! – wyznał, przymykając teatralnie oczy.
– W co… nie wierzysz? – spytała dziewczyna.
– Jesteś… ładna… zgrabna, śliczna, sympatyczna… A ja myślałem, że jak już przyjdzie mi cię spotkać, zobaczę… typowego książkowego mola w okularach z szyby pancernej… To naprawdę ty napisałaś tę kobyłę?
Dziewczyna nieśmiało rozejrzała się na boki.
– A ty nie zaskoczyłeś mnie ani trochę – wyznała, otrząsając się w końcu ze zdziwienia. – Od razu, jak zobaczyłam swoją pracę przy tobie, odgadłam, że ona tylko stół stabilizuje.
Lon ponownie przymknął oczy. Mijali się na szkolnych korytarzach wiele razy i ten jej nieodłączny uśmiech, w połączeniu z jej urodą, raczej zawsze go odstraszał. W tych kwestiach posługiwał się dość stereotypowym odczuciem, że uroda najczęściej zastępuje mądrość.
– Do tego inteligentna, dowcipna i nawet uroczo złośliwa. – jęknął. – Jak będę wnukom opowiadał, jak pierwszy raz spotkałem ich babcię, w życiu mi nie uwierzą… Siadaj!
Dziewczyna po raz kolejny przeskanowała wzrokiem półpustą czytelnie, ale ciekawość chyba wzięła górę. Usiadła na krześle obok.
– To nawijaj, zanim wnuki zaczną wrzeszczeć – zaproponowała, wbijając wzrok w okładkę swego dzieła.
Lon wzruszył ramionami i zrobił niewinną minę.
– Mam takiego pecha, że co wyjdę gardełko przepłukać, to się jakieś miejscowe cwaniaki rzucają na mnie… tak bez powodu.
– Chcą mieć w swoim lumpowatym portfolio walkę z mistrzem świata – odgadła Ika.
– No… może. Ale dla niektórych nie ma różnicy, czy to ty zaczynasz rozróbę, czy jesteś jej ofiarą… rozumiesz. Tak uważa Mo.
– Lon… czy wtedy w jakiejś pijalni na twój łeb spadło nagle moje dzieło? – spytała Ika, lekko rozbawiona.
– No… może nie do końca tam – zgodził się student i pobladł momentalnie. – Zaraz… walkę z mistrzem świata? To… ty znasz tamtego Lona sprzed studiów?
Środowisko sportów walk było zwykle całkowicie obce geniuszom energetyki wibracyjnej, zamkniętym w swoim hermetycznym świecie nauki.
Dziewczyna zaśmiała się.
– Pewnie, że cię znam. Mój tata był twoim zagorzałym fanem. Co walka siedzieli z moją siostrą przed telewizorem. On obgryzał z nerwów pazury, a ona w tym czasie robiła sobie manicure zębami.
Lon westchnął ciężko. Poczuł się lekko zakłopotany. Nie nawykł do takich uwag z ust prawdziwych postrzeleńców naukowych, dla których ludzie walczący w klatkach byli zazwyczaj tylko reliktami pradawnych czasów niepanującymi jeszcze nad zwierzęcymi instynktami.
– … no i Dyro – dokończył po chwili bezdechu – co widzi we mnie jakiś ukryty potencjał energetyczno-wibracyjny, kazał mi na tę niezasłużoną karę przepisać pracę dyplomową „swojej najlepszej studentki”.
Ika zaśmiała się, jakby usłyszała całkiem niezły dowcip.
– To może ja lufę z akumulatorowego dla ciebie dostanę. Wtedy zażądasz, żeby wskazał ci inną najlepszą studentkę, co nie ma żadnej lufy w indeksie?
Lon pokiwał głową z ubolewaniem.
– Zapomnij o tych wnukach – odgryzł się ze złością.
– No co ty?… Nie skreślaj mnie tak szybko! Albo zaproponuj staremu, że w ramach zemsty za tak potworną karę, napiszesz mu własną pracę o półtorej strony dłuższą od mojej. Może na to pójdzie.
– Musiałbym na głowę upaść. Moja praca będzie nie dłuższa od najkrótszej dopuszczalnej przez regulamin uczelni.
– Takie masz plany? – spytała.
Pośmiała się jeszcze przez chwilę, po czym wstała, obiecując, że nie będzie mu dłużej przeszkadzać, bo są „z dwóch odrębnych światów”.
– Poczekaj… chwilę – wymamrotał Lon niezdecydowanie, ciągnąc ją za rękaw swetra.
Dziewczyna spojrzała na niego już nieco poważniej.
– Lon, czego ty możesz oczekiwać ode mnie, że to ja ją ponownie przepiszę, żebyś mógł szybciej znowu po knajpach biegać?
Chłopak skrzywił się lekko. Odniósł wrażenie, że bardziej ją uraził tą swoją głupią uwagą na temat rozmiarów pracy „normalnego” studenta, niż, jakby rzeczywiście poprosił ją o coś tak absurdalnego, jak przepisanie manuskryptu.
– Siadaj – poprosił, podsuwając jej krzesło ponownie. – Nie obrażaj się zaraz, że nie wszyscy są tak pracowici jak ty.
Ika usiadła, nieco wbrew własnej woli.
– I to wszystko rzeczywiście tylko o ogniwach akumulatorowych? – spytał Lon, wskazując po raz kolejny księgę.
– Nie tylko. Tu jest cały rys historyczny od idei przechowywania energii w ogóle, poprzez odkrycie wibracji i pierwsze próby jej magazynowania, aż po współczesne rozwiązania stosowane w elektrowniach. To bardzo rozległy temat.
Lon zamyślił się na chwilę.
– To istotnie temat rzeka, tylko… Ika… to nie jest już energetyka wibracyjna, tylko historia – powiedział ostrożnie. – Oboje wiemy, że dostaniesz za tę pracę maksymalną możliwą ocenę i wszyscy będą się zachwycali ogromem pracy, jaką w nią włożyłaś, ale… wybacz mi… co tu jest w niej takiego, czego nie znajdziemy w setkach innych publikacji?
Ika przestała się uśmiechać.
– To praca dyplomowa, nie badawcza. Ja nie mam licencji na badania naukowe, jak profesor Mo – zauważyła sucho.
– No dobrze… Ale po co zamiast regulaminowych trzydziestu stron, robisz ich trzysta?
– Bo od oceny twojej pracy zależy kolejność, w jakiej wchodzisz na przydział stanowisk służbowych po ukończeniu szkoły. Ci pierwsi wybierają z pięćdziesięciu różnych opcji, a ci ostatni mają do wyboru tylko badziewie, jakie zostanie.
Lon popatrzył na swoją nową koleżankę i uśmiechnął się.
– A założysz się, że trzydzieści stron wystarczy, żeby załatwić sobie taką przyszłą pracę, że innym gały wyjdą z orbit? – spytał podchwytliwie.
Ika odwzajemniła uśmiech.
– A czym ty chciałbyś zaimponować światu naukowemu na trzydziestu stronach wypracowanka?
Lon wzruszył ramionami. Pytanie na razie pozostawił bez odpowiedzi. Ale obiecał, że wkrótce na nie odpowie.
Ika poszła w swoją stronę, ale jeszcze długo przykuwała do siebie jego myśli. Lon był tak pozytywnie zaskoczony, że ta wiecznie roześmiana, śliczna brunetka, nie jest tylko tępą kokietką z sieczką w głowie, jak większość pannic z takim nieodłącznym uśmiechem, że wywróciło to całkowicie cały jego stereotypowy sposób myślenia w tych kwestiach.
Jako mistrz świata wyjątkowo często miał do czynienia z takimi… „Na pewno nie z takimi” – pomyślał, ze zdumieniem przyznając, że wśród tej elity intelektualnej świata, nie powinien raczej spodziewać się spotkania kolejnej, tak zwanej, słodkiej idiotki.
Czemu to wyjątkowo inteligentne dziewczę tak mu się wcześniej kojarzyło?
Umówili się wstępnie na spotkanie za trzy dni w tym samym miejscu. Wtedy on zaspokoi jej niezdrową ciekawość, jak marne trzydzieści stron „wypracowanka” potrafi przyćmić trzystustronicowy tom historii energetyki wibracyjnej.
Ika wydała mu się szalenie inteligentną młodą kobietą… tylko czy aż na tyle, ile potrzeba, by z jej perspektywy zaryzykować wszystko i zrobić krok w nieznane?
Dziewczyna siedziała, oniemiała i po raz kolejny analizowała wyliczenia, jakie występowały w cyklu startowym uruchamiania ściany akumulatorów w Elektrowni numer dwa.
– Kurwa – wyszeptała i ze strachem spojrzała na Lona.
Po raz dziesiąty nie było sensu tego liczyć. Za każdym razem wychodziło przecież to samo.
– Jak to możliwe, że nikt wcześniej nie wpadł na tak prosty pomysł? – wydusiła oniemiała.
– Ikuś… – zaczął Lon, spoglądając głęboko w jej przestraszone oczy. – Odpowiesz mi w końcu na moje pytanie? Czy to JEST praca badawcza?
Dziewczyna przełknęła głośno ślinę.
– No… jest!… Znaczy: Nie jest!… Sama nie wiem… Na coś takiego chyba nikt o zdrowych zmysłach nie wymagałby licencji na badania naukowe.
– I to właśnie usiłuję z ciebie wydusić. Taka praca nie wymaga licencji, bo nie dotyczy procesu wytwarzania energii wibracyjnej. Nie dotyczy nawet jej przechowywania, bo tu się przecież nic nie zmienia. Zmienia się przecież tylko jedno...
– … Tak. Zamiast wyłączać całą ścianę na cztery godziny każdej doby, rotujemy je po pięć sztuk co godzinę… Resztę załatwia twój algorytm ładowania, który rozkłada obciążenia tak, żeby bez względu na liczbę pracujących akumulatorów, każdy ładowany był tak, jakby funkcjonowała cała ściana.
– Czyli dochodzi każdej doby po cztery godziny produkcji dodatkowo, to jest…
– Wzrost produkcji o dwadzieścia procent – dopowiedziała Ika i jej ciałem wstrząsnął potężny dreszcz. – … dwadzieścia procent… kurwa! Każdego dnia, każdego miesiąca… każdego…
Lon chwycił jej dłonie i spojrzał jej w oczy.
– Ale ty masz łeb, Ika! – stwierdził z wyraźnym podziwem. – Wiedziałem, że dasz radę napisać pracę na trzydzieści jeden stron, a nie na trzysta.
Dziewczyna cofnęła swoje dłonie i spojrzała na niego niemal z przerażeniem.
– O czym ty mówisz? – spytała, jakby ktoś ją właśnie obudził z głębokiego letargu.
– O tym, że twoja nowa praca dyplomowa jest dziesięć razy lżejsza i tysiąc razy przydatniejsza… jak na mój gust.
Ika aż wzdrygnęła się.
– Moja praca dyplomowa?! – niemal wykrzyknęła. – Ten mój tom ci na pewno na łeb nie zleciał w międzyczasie?
Lon uśmiechnął się pojednawczo.
– Ty zapunktujesz na pewno nie gorzej niż tym swoim odważnikiem, a ja nie będę tego przepisywał do późnej starości.
Dziewczyna ze zdumienia otworzyła szeroko usta.
– Zwariowałeś! – zawyrokowała.
Ale Lon nie zwariował. Miał kilka szalonych pomysłów, które wydawały mu się mniej lub bardziej bezwartościowe. Ten z cykliczną rotacją ogniw uważał za jeden z mniej przydatnych, bo co konkretnego zmienia zwiększenie o dwadzieścia procent i tak śladowej produkcji?
W tym dziwacznym świecie samozachwytu Domonitów nad rozwojem energetyki wibracyjnej, to był duży skok naprzód, lecz w praktyce zdroworozsądkowego myślenia Lona, postęp ten był iluzoryczny. Nie była to żadna zmiana systemowa.
Tydzień trwało, zanim kategoryczne „NIE” Iki zabrzmiało nieco łagodniej.
– Ja, Lon, nie potrafię kłamać! Nawet jakbym poszła ci na rękę, nie ma mowy, żebym dyrowi tłumaczyła, że to moja praca!
I to już było to!
W zasadzie o coś takiego chodziło, bo przecież profesor Mo nie byłby na tyle naiwny, żeby uwierzył, że trzystustronicowe dzieło odchudziło się w tydzień o dziewięćdziesiąt procent z samej tylko woli dziewczyny, akurat w tym czasie, gdy on dostał zadanie przepisania tego monstrum.
Wizytę u profesora na pierwszy ogień zostawił jednak sobie. Ika była przeuroczą, bardzo mądrą dziewczyną, ale w tej sprawie lepiej byłoby, żeby on sam osobiście przypomniał dyrektorowi ich umowę. Lub mówiąc wprost – zagrał mu na jego mało precyzyjnym nosie.
Profesor, jak usłyszał od swojej sekretarki, że przyszedł jego ukarany nie tak dawno student, by przedstawić mu dowody na wykonanie zadania, powitał go z ironicznym uśmiechem.
Lon położył mu na biurku cienką broszurkę w foliowej koszulce i równie cienki oryginał broszurki, oprawiony w twardą okładkę z logo wyższej szkoły energetycznej.
Tę ostatnią wziął profesor do ręki i przystawił ją sobie bokiem na wysokość oczu, by natychmiast zauważyć, że treść pracy ustępuje grubością rozmiarom okładki. A precyzyjniej – okładki stanowiły zasadniczą część objętościową tego „dzieła”.
Bez słowa otworzył je na stronie tytułowej, z trudem wyłuskując ją spomiędzy dominujących okładek.
– Praca dyplomowa… Iki… – westchnął.
– Przepisana odręcznie! – zameldował Lon z dumą.
Broszurka uderzyła o biurko profesorskie, już bez efektów hukowych, jakie towarzyszyły zawartości tych okładek sprzed tygodnia.
– Nie powiem, że jesteś dla mnie przewidywalny – odezwał się dyrektor, spoglądając na swojego studenta. – Miałem świadomość, że coś odwalisz, ale… skala robi wrażenie. Nie wiem tylko, czy jakość nadąża za tą skalą.
Lon bez słowa skłonił się i wyszedł, pozostawiając przełożonemu czas na kontrolę jakości. Sam zaś poszedł pobiegać, bo perturbacje ostatniego tygodnia pozbawiły go możliwości szybkiego powrotu do swoich codziennych aktywności. Jako były sportowiec nigdy nie pozbył się nawyków, które towarzyszyły mu od wczesnego dzieciństwa.
Gdy wracał do koszarowca, w ich pokoju przy swoim biurku siedział Ksen, przeliczając jakieś matematyczne łamigłówki. Prawie go nie zauważając, zakomunikował:
– Do Starego!
– Co ty nie powiesz? – zdumiał się Lon, wchodząc do pokoju.
– Pilne! – dodał Ksen.
– Nie tak pilne jak prysznic – zauważył Lon, zdejmując przepoconą koszulkę.
Po szybkiej kąpieli Lon powlókł się do sąsiedniego budynku. Dyrektor stał przy oknie swojej kancelarii i czekał.
– Siadaj – powiedział, gdy chłopak tylko przekroczył próg pomieszczenia.
Lon usiadł.
– Sam to wymyśliłeś? – spytał profesor, wymachując broszurką w foliowej okładce.
– Miałem tylko przepisać – żachnął się student.
Dyrektor spojrzał spode łba na swojego studenta.
– Ja jeszcze pamiętam, co miałeś przepisać – przypomniał.
– No niby tak, ale po przepisaniu przeze mnie prawie trzystu stron, przyszła pani Ika i stwierdziła, że ma zupełnie inny pomysł na swoją pracę dyplomową. Wnerwiłem się, ale polecenie to polecenie. Doskonale profesor pamięta, na co się umawialiśmy.
– A czytałeś to, co przepisałeś?
– To jakieś dyrdymały. Wie profesor, że ja nie wierzę w sens takiej kosmetyki.
Profesor pokiwał głową i zaśmiał się pod nosem.
– Gdybym chciał się przyczepić, to zakwestionowałbym tę teorię, że wymiana po pięć akumulatorów bez zatrzymywania produkcji skutkuje wzrostem wydajności o pełne dwadzieścia procent. W tym czasie ściana nie ładuje przecież aż pięciu wymienianych ogniw – powiedział.
– Z tego, co pamiętam, pani Ika wspominała o tym na stronie osiemnastej, tłumacząc, że zysk jest wypadkową sprawniejszej logistyki i wykluczenia strat powstałych z czasowego wyłączania produkcji. Przy odpowiednim treningu załogi, suma czasu poświęconego wymianie ogniw w tym systemie, nie ma się nijak do wcześniejszej czterogodzinnej przerwy technicznej na wymianę wszystkiego, z unieruchomieniem i ponownym uruchomieniem produkcji. Jeśli pan profesor weźmie pod uwagę tylko to ostatnie, zysk dwudziestoprocentowy może być nawet niedoszacowany w praktyce funkcjonowania ściany.
Mo westchnął ciężko.
– Strasznie dużo szczególików zostało ci w pamięci z tego przepisywania – przyznał. – A zdajesz sobie sprawę, że ta biedna dziewczyna może nie unieść tak dużego ciężaru?
– Pana najlepsza studentka? – zdumiał się chłopak. – To co oni w tych teczkach z dorobkiem mają…
– … Dobra! – przerwał mu dyrektor. – Nie jęcz już o tych nadmuchanych prymusach, bo słuchać się tego nie da.
– To co, panie profesorze? Zadanie wykonane? Zamykamy temat?
Dyrektor odwrócił się od okna i powoli doszedł do swojego biurka. Usiadł powoli, jakby wszystkie te ruchy były tylko przykrywką, by dać mu trochę czasu do namysłu.
– Czy ona zdaje sobie sprawę z tego, że ta praca może spowodować lekkie zawirowania w energetyce?
Lon spojrzał na dyrektora bez zrozumienia.
– Tak. Pani Ika ma pełną świadomość, że dzięki wdrożeniu jej pracy, powstanie półtora biurka więcej każdej doby… i dodatkowo trzy ekstra nogi od krzesła kuchennego.
Profesor pokiwał głową.
– Oboje jesteście studentami. Studenckie życie sprzyja robieniu sobie jaj ze zdarzeń, których konsekwencji nie jesteście w stanie przewidzieć.
– Chce pan powiedzieć, że to będzie pstryczek w nos Ekstorsom, którzy nie pozwolili nam postawić obok siebie dwóch ścian, które byłyby po prostu przełączane między sobą, jak nakazywałaby logika?
– Może to i tak być odebrane.
– Więc będzie to już jawne pogwałcenie Woli Namiestnika, bo ciekawe, jak wytłumaczą sens kolejnej takiej blokady.
– Ich dyrektor generalny na to nie pójdzie!
– I dlatego taka idea powstanie poza elektrownią! – zdenerwował się Lon.
Mo spojrzał na chłopaka z nowym zainteresowaniem i zaśmiał się chytrze. Potem rzucił broszurką, którą nadal trzymał w ręku, o biurko. Przez chwilę znowu zbierał myśli.
– Chyba rzeczywiście coś jest nie tak z naszym systemem nauki, skoro prawdziwego geniusza odkrywa się dopiero, jak coś nawywija – powiedział cicho.
– Zmieniła tylko pracę dyplomową. I zaraz, że … nawywijała – zauważył chłopak obojętnie.
Profesor udał, że tego nie słyszał.
– Mniejsza o te twoje kłapanie… – powiedział ostrożnie. – Okazuje się, że miałem nosa co do ciebie. Masz nie tylko pomysły, ale i talent szulera, czyli coś, bez czego ciężko nam będzie się przebić w świecie zdominowanym przez Ekstorsów. Przydałby mi się w mojej pracy naukowej ktoś taki, jak ty… do bliższej współpracy.
Lon uśmiechnął się. Miał stuprocentową pewność, że jest pierwszym człowiekiem na świecie, który słyszy podobne słowa. Profesor nigdy nie miał osobistych współpracowników.
– Jeśli boi się pan zwiększyć produkcję o głupie dwadzieścia procent, to już widzę potencjał takiej współpracy. Szuka pan kogoś, kto książki będzie za panem nosił, lub raczej: „wnosił”, bo nic innego do nauki wnieść mu pan nie pozwoli.
Po tych słowach dyrektor zaśmiał się tajemniczo i pokiwał głową z uznaniem.
– Naprawdę jesteś zawodnik wagi ciężkiej – zauważył. – No to inaczej: Ja wrzucę w obieg to „odkrycie Iki”, żebyś nie myślał, że mój sceptycyzm wynika z tchórzostwa, a ty pomożesz mi w badaniach naukowych, zanim jeszcze Najwyższy odkryje nam cel, jaki przed nami postawił.
Lon nie odzywał się przez chwilę. Psychicznie nadal czuł się nieprzygotowany na dalszy swój udział w tak mglistym przedsięwzięciu, o którym przez ostatnie lata wyrabiał sobie opinię. Zastanawiał się, co też aż takiego szczególnego Mo zobaczył w tej kosmetycznej modyfikacji produkcji, że aż wyskoczył z taką zaskakującą propozycją.
– Da pan radę pchnąć tę pracę Iki i załatwić jej jakieś ekskluzywne stanowisko w branży? – spytał w końcu spokojnym i rzeczowym głosem. – Takie, żeby nie myślała, że encyklopedia dałaby jej to samo.
Dyrektor spoglądał na niego wzrokiem, który zdawał się wołać o litość. On – największa żyjąca legenda energetyki wibracyjnej na świecie – pertraktuje ze swoim studentem… dopuszczenie go do swoich tajemnic. To się nie mieściło mu w głowie.
– Tylko o to pana proszę – dodał chłopak, łagodząc swój ton. – To wspaniała dziewczyna i chciałbym, żeby coś miała z tej naszej wzajemnej współpracy.
Dyrektor skinął głową. Musiało to wystarczyć za jego odpowiedź.
– Jakieś inne warunki? – zagadnął rzeczowo.
– To prośba, nie warunek – wyjaśnił Lon polubownie. – Oczywiście, że będę dla pana pracował, jeśli osobiście pan profesor uznał, że jestem godny takiego zaszczytu.
Dyrektor westchnął i oparł się ciężko w swoim dyrektorskim fotelu.
– Tak już lepiej – przyznał. – To bardzo dobrze o tobie świadczy, że nie chcesz ugrać nic dla siebie. Coś więcej za tym stoi? Podoba ci się ta dziewczyna?
– Tak… – odparł Lon, po czym natychmiast się poprawił – Nie! Znaczy… nie w takim sensie, w jakim pan zapewne pyta. Ona zasługuje na to, żeby dostać adekwatną zapłatę do swojego ryzyka.
– To jej obiecałeś?
– Nie. Sobie to obiecałem. Nie można przecież tylko brać.
Profesor po raz kolejny zaśmiał się pod nosem.
– Postaram się, żeby nie poczuła się oszukana – obiecał.
I na tym ta rozmowa się zakończyła.
Kolejne dni obfitowały w dość zaskakujące wydarzenia. Praca dyplomowa Iki została, nieoczekiwanie nawet dla samego profesora Mo, wysłana, z polecenia komisji ministerstwa energetyki wibracyjnej nadzorującej pracę uczelni, do analizy merytorycznej w samej elektrowni wibracyjnej. Już ten fakt był czymś nowym w trzydziestoletniej historii Wyższej Szkoły Energetyki Wibracyjnej. Szum medialny, jaki za chwilę wokół tego tematu powstał, był wręcz porażający.
Ika wpadła do pokoju Lona, przez nikogo niezapowiedziana, właśnie w momencie, gdy ten, dysząc ciężko, wykonywał pompki z Ksenem stojącym na jego łopatkach.
Cała konstrukcja zawaliła się natychmiast, jak dziewczyna tylko stanęła w drzwiach.
Dziewczyny mieszkały w innym budynku i takie wizyty nie były tu normą.
– Jasna cholera! – zawył Ksen, waląc łbem w drzwi szafy.
– Lon… Ty słyszałeś, co się dzieje?! – zawołała od progu, nie zwracając najmniejszej uwagi na spustoszenia, jakie czyniła sama jej obecność.
– Co? – spytał Lon zdezorientowany.
– Minister energetyki wypowiadał się osobiście na temat… naszej pracy.
Wspomniany minister był jednym z czworga najważniejszych ludzi na planecie, którzy razem tworzyli Radę Naczelną panującą nad światem. Pojawienie się w jego świadomości przedstawiciela Domonitów innego, niż sam profesor Mo, było sytuacją naprawdę niecodzienną.
– Coś konkretnego powiedział? – dopytywał się Lon, siadając po turecku na podłodze.
Ika odchrząknęła, dopiero teraz zdając sobie sprawę, gdzie się znajduje.
– Mówił… przyjdź do czytelni za dwadzieścia minut, to pogadamy.
I zniknęła tak szybko, jak wcześniej się pojawiła.
Trochę to medialne zamieszanie wyrwało się spod kontroli. Ale nawet Lon nie mógł przewidzieć, że zaproponowana przez niego z pozoru drobna, kosmetyczna zmiana techniczna w elektrowni, zrobi takie kolosalne wrażenie na światowej opinii publicznej.
W czytelni było kilku zaledwie zajętych swoimi pracami studentów. Z jednej strony dobrze, bo można było wybrać sobie stolik z dala od mimowolnej widowni, z drugiej – źle, bo spotęgowana cisza nie sprzyja jakiejkolwiek rozmowie.
Ika siedziała w takim miejscu, że od razu rzucało się w oczy, iż wszelkie tego typu kalkulacje jej nie dotyczyły.
– Ty wierzysz, że minister energetyki chce powierzyć mi stanowisko Akumulata w elektrowni numer dwa? – wypaliła na jego widok. – I to nie jest wcale żaden makabryczny dowcip.
Lon usiadł obok niej. Jeśli to była prawda, było to jawne nabijanie się z odkrycia Domonitów. Usadowienie w zarządzie elektrowni absolwenta szkoły energetycznej było szyderczym wystawieniem języka dla całej rzeszy poważnych naukowców tej branży tylko dlatego, że oni wszyscy byli Domonitami, czyli ludźmi niebędącymi w stanie odkryć w tej branży nic naprawdę wartościowego.
– Walić to, Ika – bąknął obojętnie. – Jeśli się tak stanie, poznasz wspaniałych naukowców. Profesor Gabeler, profesor Noini, szalony Xynemen… będziesz się uczyła od najlepszych.
– Co ty w ogóle opowiadasz? – żachnęła się dziewczyna.
– Normalną drogą mogłabyś tam trafić jako leciwa babcia.
– Przynajmniej miałabym jakiś dorobek naukowy, a nie właziła między największe sławy w bucikach dziecięcych… Co ja mam tam niby robić?
Lon uśmiechnął się.
– Ika… To światowa elita. Będziesz miała apartament z basenem, będziesz zarabiała więcej niż dyrektorzy wielkich przedsiębiorstw…
– Naprawdę to ma aż tak duże znaczenie w życiu? – załkała dziewczyna z wyrzutem.
– Może nie dla wszystkich aż tak duże, ale nie jest to też wada. Z drugiej strony, ludzie z klasą. Nieraz u nas wykładali, więc znasz ich osobiście. Ludzie tego pokroju nie będą ci udowadniać, że są od ciebie lepsi. Nie będą ci rzucać kłód pod nogi. Pomogą ci wdrożyć ten twój wynalazek.
Ika spojrzała na niego bez przekonania.
– I jeszcze ten… debil, dyrektor generalny! – dodała.
– Mo nad tym już pracuje – wyjaśnił Lon.
– Nad czym Mo pracuje?
Lon podrapał się w głowę, zastanawiając się, jak dyplomatycznie powiedzieć to, czego mówić chyba w ogóle nie powinien.
– Nie chcę wymyślać coś, czego nie wiem, ale z jego pokręconych wyjaśnień wynika, że staruszek ma jakiś plan odsunięcia tego gbura od dowodzenia naszą elektrownią. Na ile okaże się on skuteczny? Zobaczymy.
– Pokręcone – przyznała Ika, chowając twarz w swoje dłonie.
– Ale to może być kwestią kilku miesięcy, jak wszystko się wyjaśni – pocieszył Lon. – Tak że... głowa do góry. Masz całe życie, żeby cieszyć się, że jesteś na szczycie w hierarchii tej branży, jaką wybrałaś. Ominie cię cały wyścig szczurów.
– Tak – przyznała Ika, spuszczając głowę.
– Tylko te twoje wnuki… – zażartował Lon. – będą już siadać na kolanach innego dziadka.
Ika uniosła twarz i spojrzała mu w oczy. Nie wyglądała, jakby ten dowcip miał ją rozweselić. Odniósł wrażenie, że w jakiś sposób ją to nawet zabolało. Jej oczy zeszkliły się lekko.
– Ika… – wyszeptał.
– Wiesz, że w tej parszywej hierarchii nawet wiadomości tekstowej nie będę mogła ci nigdy wysłać, bo wydział wewnętrzny odczyta to jako spoufalanie się z potencjalnym szpiegiem?
– Wiem. Ale taką parszywą hierarchię sama wybrałaś pięć lat temu.
Ika usiłowała zacisnąć usta, które zaczęły jej drżeć. Po policzku popłynęła łza.
Kronika Wszechświata Siódmego – wyciąg dla Satanii – światy mieszkalne niezainfekowane:
***
Główny Kreator naszego lokalnego wszechświata – z Pierwszej Rajskiej Klasy Synostwa o statucie Michała ubiegający się o tytuł Władcy Absolutnego w zarządzanym przez siebie Wszechświecie, kontynuuje swą siódmą misję obdarzania.
To już ostatni akt na jego drodze, konieczny do uzyskania aprobaty Kreatora Naczelnego, Najwyższej Inteligencji. Uzyskanie perspektywy najniższych form postrzegania sześciozmysłowego jest domknięciem systemu dostrajania się do Najwyższego, co automatycznie daje przyszłemu Władcy możliwość rozumienia wszelkich klas bytów stworzonych. Tym samym znikają ostatnie granice oddzielające Syna od Ojca Najwyższego.
Społeczność wszechświatowa spoza planet zamieszkałych jest w nieustającym szoku, spowodowanym wyborem, jakiego Michał dokonał. Świat zamieszkały, objęty kwarantanną i bez przedstawiciela wszechświatowej administracji, wydaje się być ostatnim miejscem, które powinno otrzymać tak wielkie wyróżnienie.
Zdążyliśmy się już przez ostatnie kilka miliardów lat przyzwyczaić, że włada nami Stwórca o wyjątkowej wyobraźni i charyzmie, ale takie posunięcie zadziwiło nawet jego najbliższych współpracowników, którzy rekomendowali Mu różne inne miejsca tej misji.
Takiego rozwiązania nikt wcześniej nie brał pod uwagę.
Ograniczenia biologiczne i bariery zmysłowe, które podczas Obdarzania – jak prognozowali specjaliści – uniemożliwią Michałowi kontakt z Jego administracją, okazały się nie być zbyt wielką przeszkodą dla Inteligencji takiego formatu. Po trzydziestu dwóch latach milczenia, Stwórca nawiązał kontakt z administratorem pełniącym jego obowiązki.
***
Kwarantanna zainfekowanych buntem światów fizycznych coraz bardziej zmienia oblicze zamieszkałych nie społeczności. Śmiertelnicy nie posiadają perspektywy bytów pozamaterialnych, a ciągłość ich świadomości obejmuje jedynie od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu ostatnich lat.
Zarządzanie takimi skupiskami świadomości jest skrajnie utrudnione, gdyż po odcięciu od stałego obiegu informacji o wszechświecie, lokalne społeczności wykazują tendencję do modyfikacji dostępnych jeszcze w jej społecznej pamięci faktów i manipulowania nimi zgodnie z ich aktualnymi egoistycznymi potrzebami.
To nowe zjawisko i trwa jego gruntowna analiza.
***
Książę planetarny z Ewatonu (odpowiednik Namiestników ze wschodniej części Satanii) zwrócił się z apelem do pełniącego obowiązki Zarządcy Systemu Satanii o ustalenie konkretnych wytycznych w sprawie realizacji przez Ewaton misji stabilizacyjnej, jaką jego planeta wykonuje wobec objętej całkowitą kwarantanną bliźniaczej planety Notwan.
Jak podkreśla ten lokalny władca – w niektórych sytuacjach jest niemal niemożliwe respektowanie Wolnej Woli śmiertelników zamieszkujących planetę z jednoczesnym ukierunkowywaniem ich w celu udzielenia pomocy „sąsiadom” w całkowitej kwarantannie.
Pod apelem podpisało się kilkuset Książąt i Namiestników z Systemu Satanii, podzielając apel o ujednolicenie wytycznych dla planet wspierających.
