Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
36 osób interesuje się tą książką
Tyle wiesz o swoich dzieciach, na ile ci pozwolą.
Grupa nastolatków atakuje bezdomnego, a całą sytuację nagrywają smartfonem, po czym wrzucają filmik do internetu. Nie mają pojęcia, jakie konsekwencje przyniesie ta nierozważna decyzja.
Prokurator Antonina Gawrońska, komisarz Marcin Podolski i lekarz medycyny sądowej Sabina Rybakowska próbują ustalić przyczynę śmierci mężczyzny, którego zwłoki znaleziono na wysypisku.
W tym samym czasie dochodzi do tragedii – nastoletnia Daria spada z balkonu i ginie na miejscu. Podczas zdarzenia nie była sama, towarzyszyła jej przyjaciółka Blanka. Śledczy ustalają, że obie dziewczyny należały do internetowej grupy TotalPsycho, której członkowie inicjowali i nagrywali ryzykowne sytuacje, filmiki zaś udostępniali w sieci.
Patrol policji znajduje bezdomnego będącego pod wpływem alkoholu i fentanylu. Mężczyzna twierdzi, że ktoś wbrew jego woli podał mu narkotyk, czy to jednak okaże się prawdą? Czy może w Koszalinie zaczyna dziać się coś, co zmieni oblicze tego miasta?
Co łączy syna prokurator Gawrońskiej z grupą TotalPsycho? Kim są młodzi ludzie, którzy podejmują się ryzykownych wyzwań i jak daleko jeszcze się posuną, by zaistnieć w gronie rówieśników? A przede wszystkim – czy śledczym uda się odpowiedzieć na pytanie, kto tak naprawdę stoi za tajemniczymi wydarzeniami, których przypadkowymi bohaterami niespodziewanie stają się ludzie z marginesu społecznego?
Aleksandra Przytarska zaprasza was do świata, gdzie nic nie jest oczywiste, a sekrety z przeszłości kładą się cieniem na życiu wielu osób.
***
Biogram Autorki
ALEKSANDRA PRZYTARSKA
Urodzona w 1982 roku. Absolwentka pedagogiki resocjalizacyjnej, zawodowo zajmuje się wspieraniem rodzin w kryzysie. Praca jest jej pasją, a szeroka perspektywa towarzyszy jej każdego dnia. Mieszkając w otoczeniu lasów i jezior Borów Tucholskich, cieszy ją bliskość natury. Jak sama o sobie mówi, zachowuje dystans do codziennych problemów, wyciąga wnioski z życiowych sukcesów i porażek, ale najważniejsze są dla niej wierność w relacjach i poglądach oraz wrażliwość na innych. Czuje wdzięczność za to, co ma i z kim może to dzielić.
Autorka obyczajowej dylogii "Zakręt" i "Za zakrętem" oraz kryminału "Deprawacja", napisanych pod pseudonimem Sandra Cicha.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 354
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Challenge
© Copyright by Aleksandra Przytarska, Warszawa 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026
Redakcja: Anna Jeziorska
Korekta: Joanna Wysłowska
Projekt okładki: Eliza Luty
Zdjęcie okładkowe: pexels.com/Inga Seliverstova
Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak
Wszelkie podobieństwa zdarzeń, instytucji i osób są przypadkowe i niezamierzone. Opowieść stanowi literacką fikcję.
Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.
ISBN 978-83-8132-762-6
Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616
Dział handlowy: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I, 2026
Przyjaciel to człowiek, który wieo tobie wszystko i wciąż cię lubi.
ELBERT HUBBARD
Tyle wiesz o swoich dzieciach,na ile ci pozwolą.
Wybierając towarzyszy na życie, nie czyni się tego w pełni świadomie. Naszym losem rządzi przede wszystkim przypadek. Czasem możemy pomóc szczęściu, kierując się intuicją, dokonując mądrych wyborów, jednak to czas weryfikuje, które znajomości przetrwają, a które odejdą w zapomnienie.
Mam szczęście do ludzi. Dzięki moim najbliższym mogę spełniać się w roli córki, siostry, żony, matki, przyjaciółki i zawsze być sobą.
Dedykuję tę książkę wszystkim moim bliskim, ale szczególnie mojemu Mężowi, który trwa u mego boku od ponad dwudziestu lat, zna mnie na wylot i wspiera nawet w tych najbardziej szalonych pomysłach.
Zygiemu nie dopisywało dzisiaj szczęście. Cmoknął z niezadowoleniem, kolejny raz przeliczając monety spoczywające na brudnej dłoni. Udało mu się odprowadzić cztery wózki i w ten sposób zyskał dwie dwuzłotówki, jedną złotówkę i niebieski firmowy żeton Kauflandu. Wsunął ten marny zarobek do kieszeni, a pieniądze zabrzęczały, lądując na jej dnie.
Na portkach w okolicy kolan ledwo majaczyły ślady kantów. Znoszone, niegdyś eleganckie spodnie miały na wysokości uda dwie niewielkie, wypalone papierosem dziury. Czarna, pikowana kurtka, znaleziona w jednym z kontenerów na pobliskim osiedlu, choć była na niego nieco za duża, prezentowała się całkiem dobrze. Spokojnie posłuży mu jeszcze kilka miesięcy.
W powietrzu wyczuwało się nadciągającą zimę. Na tle różowo-fioletowego nieba zachodziło pomarańczowe słońce. Zygi spojrzał w tamtym kierunku, krzywiąc się i lekko mrużąc oczy. Zamyślony potknął się o wystającą z chodnika betonową płytę. Machając niezgrabnie rękami, próbował złapać równowagę i tylko cudem uniknął upadku. Wyprostował się i odchrząknął, dodając sobie animuszu. Zadowolony z faktu, że nie przewrócił się na ubłocony chodnik, głośno zagwizdał. Wtedy dobiegł go głośny, szyderczy śmiech. Odwrócił się nieco zdezorientowany.
– Widzieliście tego menela? – zapytał młody chłopak trójkę stojących obok niego nastolatków.
– Co za złamas! – krzyknął jeden z jego towarzyszy, wskazując na Zygiego palcem. – Szkoda, że się nie wypierdolił!
Cała czwórka roześmiała się drwiąco. Blondyn, najwyższy z całej paczki, zdawał się przewodzić rozemocjonowanej ekipie. Pozostali, głodni akceptacji lidera, ochoczo mu potakiwali. Niski, gruby okularnik z burzą kręconych rudych włosów śmiał się najgorliwiej. Przysadzisty nastolatek uśmiechał się szeroko, ukazując krzywe górne zęby, na których lśnił aparat ortodontyczny. Chłopcom towarzyszyły dwie dziewczyny: zgrabna blondynka i drobna szatynka z różowymi pasmami włosów.
– Byłaby jazda. Ha, ha, ha! – zaśmiał się szczupły blondyn w zielonej kurtce z kapturem.
– Ej! Koleś! Poczekaj! – wykrzyknął grubas.
Zygi zrobił dwa kroki do przodu. Postanowił nie reagować na nawoływania. Nie spodziewał się po tych dzieciakach niczego dobrego. Instynkt mu podpowiadał, że bezpieczniej będzie, jeśli się od nich oddali.
– Chcesz szluga? – zapytał najwyższy z grupy.
Zygi wbrew logice odwrócił się w ich kierunku. Jeszcze chwilę temu nie zamierzał się zatrzymywać, tym bardziej że zachowanie tej grupy wzbudzało w nim niepokój. Jednak niesiony naiwnością i krążącymi we krwi promilami zignorował głos rozsądku. Spojrzał na młokosów, nieznacznie się uśmiechając.
– Co tam? – zapytał od niechcenia i wydął usta.
– Nooo, jak leci? – zagaił uśmiechnięty blondyn, podchodząc bliżej.
Zygi lekko się zachwiał, wsunął ręce do kieszeni spodni i ukazując braki w uzębieniu, uśmiechnął się do chłopaka.
– Jakoś do przodu... – odpowiedział.
– Gdzie się tak spieszyłeś, człowieku? – zapytał drugi z nastolatków, starając się niepostrzeżenie włączyć w telefonie kamerkę.
Chłopak uniósł smartfon na wysokość ramienia, zerkając na ekran. Kiedy włączył flesz, Zygi zorientował się, że zaczął go nagrywać. Bezdomny zmarszczył brwi i spojrzał w aparat z niezadowoleniem.
– Ej, nieładnie tak – wybełkotał zachrypniętym głosem i z dezaprobatą pokręcił głową.
– Nie przesadzaj – odparł rozbawiony blondyn, odwracając się w stronę towarzyszy. – Uśmiechnij się, może zostaniesz celebrytą.
Cała czwórka parsknęła śmiechem, ale Zygiemu nie udzielał się ich entuzjazm. Ponownie zmarszczył brwi i wydął nieco policzki.
– Ej, chłopaki, no tak nie bardzo... Nie zgadzam się...
– Dobra, dobra... Nie marudź – powiedział chłopak w okularach. – Fajkę chcesz?
Zygi przytaknął, a blondyn wyjął z kieszeni kurtki paczkę papierosów.
– Chcesz? – zapytał, wyciągając ku mężczyźnie papierosa wysuniętego z pudełka.
– Ano, nie odmówię... – powiedział powoli Zygi.
– To chodź, weź sobie – mówiąc to, blondyn zerknął na kompanów i puścił do nich oko.
Nastolatkowie konspiracyjnie szturchnęli się łokciami. Jednak nawet gdyby nie silili się na dyskrecję, Zygi nie zauważyłby sygnałów ostrzegawczych. Skuszony nagrodą myślał już tylko o nieobślinionym papierosie, którym za chwilę się zaciągnie...
Zrobił krok do przodu, ale blondyn się cofnął. Kiedy bezdomny postąpił jeszcze o krok, nastolatek znowu nieznacznie się odsunął. Mężczyzna, nieprzerwanie wyciągając rękę w kierunku paczki papierosów, spojrzał na niego zdezorientowany.
– Nie to nie – powiedział, lekko przymykając oczy. Podrapał się po zaczerwienionym nosie i wsunął dłonie do kieszeni spodni.
– Dobra, tylko tak sobie żartujemy – odparł przepraszająco blondyn i głośno się zaśmiał.
Zygi nie miał ochoty bawić się z tymi gówniarzami w „głupiego Jasia”, ale wizja zapalenia świeżutkiego papieroska niezmiernie go kusiła. Zazwyczaj dopalał pety znalezione na ulicy lub w śmietniku. Jednak smak takich obślinionych i zamokniętych nawet nie umywał się do świeżego tytoniu dobrej marki. Już nawet nie pamiętał, kiedy udało mu się takiego wyżebrać, bo na kupno od dawna nie było go stać. Puścić kilkanaście złotych z dymem to mało opłacalny interes. Co innego kupić za to wódeczkę czy winko... Trunkiem przynajmniej napełni żołądek, ogrzeje ciało, a papieros może i dawał chwilową przyjemność, ale nic więcej. Odkąd fajki zdrożały, ludzie wykazywali się mniejszą hojnością niż dawniej.
– Wyluzuj, gościu...
– Chłopaki, no, nie róbcie sobie ze mnie jaj, okej? – zapytał polubownie Zygi, puszczając do dzieciaków oko.
– My? – rzucił okularnik tonem niewiniątka. – Nigdy w życiu. Daj mu tę fajkę – zwrócił się do blondyna.
– Ale tak za darmo? – zapytał wysoki nastolatek.
Zygi spojrzał na niego ponuro.
– No, kolego, ale ja nie mam kasy... – mruknął, wyciągając na zewnątrz puste kieszenie kurtki.
– Wiadomka. Dostaniesz nawet całą paczkę, ale... – Blondyn zaśmiał się złośliwie i zerknął na swoich rówieśników. Ci parsknęli śmiechem, kiedy ich kompan pokazał im pięść i chrząknął porozumiewawczo.
– Ale co? – zapytał skonsternowany Zygi.
Przyjrzał się twarzom nastolatków i nie spodziewając się niczego złego, również zaczął się śmiać. Alkohol krążący w jego żyłach dodawał mu animuszu i mężczyzna przestał odczuwać niepokój.
– Mam zaśpiewać wam piosenkę? – dopytywał.
Blondyn pokręcił przecząco głową.
– Mam stanąć na jednej nodze? – zachrypiał rozbawiony bezdomny.
Chłopak znów zaprzeczył. Zygiemu zabrakło już pomysłów. Jego zmysły, przytępione wypitym wcześniej alkoholem, uśpiły czujność, obraz tracił na ostrości. Czuł zmęczenie i nie miał ochoty na dalsze zabawy z dzieciakami.
– No to już nie wiem... – przyznał zrezygnowany i potarł twarz dłonią.
– Wiesz, koleś, bo ja nigdy nie dałem nikomu po mordzie – odparł blondyn spokojnie, cały czas uśmiechając się półgębkiem do bezdomnego.
Zygi skrzywił się zdziwiony i jakby nieco wytrzeźwiał. Robiło się dziwnie, więc postanowił się oddalić. Zrobił trzy kroki w tył, bacznie obserwując nastolatków.
– Tylko raz – powiedział blondyn, widząc, że mężczyzna się wycofuje. – Cykasz się?
– Muszę już iść, chłopaki. – Zygi, nie chcąc ich rozjuszyć, starał się, by ton jego głosu brzmiał pojednawczo.
Oberwał niejeden raz, ale nie szukał kłopotów. Chciał tylko świętego spokoju, nigdy nie prowokował bójki i teraz też nie zamierzał z nikim się bić. Poza tym podchmielony z góry był na straconej pozycji. Odwrócił się i lekko się zataczając, ruszył przed siebie.
Czwórka nastolatków, zdziwiona jego zachowaniem, nie zamierzała dać za wygraną. Wyciągnęli z kieszeni kilka papierowych banknotów i kilkanaście monet. Przeliczyli zgromadzoną gotówkę. Razem uzbierali czterdzieści pięć złotych. Może niezbyt dużo, ale bezdomnego taka kwota powinna zadowolić.
– Ej! Na fajki nie jesteś łasy, więc mam lepszą propozycję! – krzyknął blondyn. – A nie chciałbyś zarobić?
– No właśnie! Możesz dostać od nas też kasę. Pogardzisz? – dopytywał okularnik.
– Co za frajer... – stwierdziła jedna z dziewczyn.
– Prawie pięć dyszek i paczka fajek. Co ty na to? – Blondyn uparcie przekonywał bezdomnego.
Podążał za nim niespiesznie, a pod ich butami chrzęścił piasek.
Zygi zrobił kilka kolejnych kroków. Rozejrzał się po okolicy – ulica świeciła pustkami. Ponura aura nie zachęcała do spacerów. Jak okiem sięgnąć nie widział żywego ducha. Uśpione uliczne lampy nie rozpraszały nadchodzącego mroku, jedynie ostatnie nieśmiałe promienie słońca rzucały nikłe światło na chodnik i trawnik.
– Poczekaj, człowieku, przecież nie będziemy cię gonić – poprosił ugodowo blondyn.
Zygi zatrzymał się, niechętnie odwrócił i bacznie przyglądając się nastolatkom, czekał na rozwój sytuacji. Podeszli do niego powoli, spokojnie pokonując każdy dzielący ich metr. Stanęli naprzeciwko bezdomnego i bezceremonialnie mierzyli go wzrokiem.
– No to jak? – zapytał rudzielec. – Jeden raz i fanty są twoje.
Zygi zaczął rozważać ich propozycję. Może rzeczywiście dramatyzuje... W końcu to tylko jedno uderzenie. Bez przesady. Morda nie szklanka... Mało to razy za darmo oberwał, a tu dostanie raz, ale w zamian dadzą mu kasę i paczkę markowych fajek. Zapaliłby... W wyobraźni już czuł smak wypełniającego płuca dymu. Pięć dych starczyłoby na dwa dni...
– No dobra – powiedział Zygi do blondyna. – Kasa i fajki za jedno uderzenie. Jedno!
– Dobra, ale najpierw ci przywalę – odparł chłopak.
– Nie. Najpierw zapłata. Inaczej nici z umowy!
Zygi twardo negocjował, bo przecież mogli mu przywalić, a potem zwiać. Skoro traktował to w charakterze zarobku, musiał mieć gwarancję, że dostanie odszkodowanie za poniesione szkody. Zresztą po takim chucherku nie spodziewał się powera w łapie. Zygi nie był masywny, raczej średniej budowy ciała. Nastolatek może i przewyższał go o głowę, ale wydawał się dużo szczuplejszy. Chłopak jedynie go pogłaszcze...
– Blanka, daj mu kasę – zwrócił się nastolatek do koleżanki.
Dziewczyna wyjęła z kieszeni pieniądze i podała bezdomnemu. Zygi przeliczył je dokładnie.
– Brakuje piątaka – stwierdził.
– Tylko tyle mamy – oświadczył blondyn, wyciągając w stronę bezdomnego prawie nietkniętą paczkę papierosów. – Trzymaj.
Zygi schował łupy do tylnej kieszeni spodni. Nie palił się do nadstawiania gęby, ale uważał, że taki zysk za taki koszt mu się opłacał.
– Niech stracę – powiedział od niechcenia. – Ale pamiętaj, w mordę dajesz tylko raz.
– Słowo! Tylko raz! – zapewnił nastolatek, przykładając prawą rękę do piersi.
Zygi się wyprostował. Okularnik ponownie wyjął z kieszeni kurtki telefon i włączył nagrywanie. Lampa oświetliła niewielki skrawek chodnika, na którym stali. Bezdomny spojrzał wprost w obiektyw, światło raziło go w oczy. Podniósł dłoń, chcąc je osłonić, ale nim to zrobił, poczuł silne uderzenie w twarz.
– Auuu! – krzyknął Zygi, łapiąc się za nos, z którego wyciekła ciemna strużka krwi.
Momentalnie pod powiekami zebrały mu się łzy. Ból był większy, niż zakładał. Mężczyzna mimowolnie się skulił. Starał się wyrównać oddech i powoli wciągać powietrze przez nos, jednak czuł narastającą opuchliznę. Wyciągnął z kieszeni spodni starą, brudną, materiałową chusteczkę, chcąc nią zatamować krwawienie, i wtedy oberwał mocno w plecy. Kopniak wymierzony wprost w nerkę okazał się tak silny, że Zygiemu zrobiło się niedobrze. Wstrząsnęły nim torsje. Łapczywie chwytając powietrze, upadł na kolana i zwinął się w kłębek. Nie był w stanie zapanować nad skurczami żołądka, poczuł nieprzyjemne pieczenie w gardle.
– Daria, co ty wyrabiasz? Powaliło cię?! – krzyczała dziewczyna o różowych włosach, odciągając koleżankę od bezdomnego. – Nienormalna jesteś!
– Zamknij się! – odparła nastolatka, po czym wymierzyła cios pięścią i uderzyła mężczyznę w potylicę. – To tylko śmieć, enpecet, przejmujesz się nim? – Zaśmiała się szyderczo.
Zygi starał się osłonić głowę, obejmując ją szczelnie rękami. Po brodzie nieprzerwanie spływała krew, tworząc na chodniku niewielką kałużę. Ponownie zebrało mu się na wymioty. Jego ciałem targnęły torsje. Zalała go fala zimnego potu. Chciał wstać, ale nie miał siły, skupił się jedynie na tym, by ochronić głowę. Czekał, aż oprawcy sobie pójdą, jednak rozochocona nastolatka chodziła wokół niego i trącała go czubkiem buta, cały czas histerycznie się śmiejąc.
– Daria! Zostaw go, mówię! Odwaliło ci? Zostaw go, do cholery! – krzyczała różowowłosa dziewczyna.
Jednak prośby na nic się zdawały, bo Darii spodobała się ta zabawa. Jeszcze dwukrotnie kopnęła Zygiego w tułów. Mężczyzna opadł z sił i osunął się na chodnik, lądując twarzą w wymiocinach.
– Zostaw go już, kretynko! – wrzasnął blondyn, widząc, że mężczyzna się nie rusza. – Porąbało cię, wariatko?!
– Dobra, już go zostawiam... – odparła zasapana nastolatka, pochylając się nad bezdomnym.
– Spieprzajmy stąd, bo będą z tego kłopoty – nakazał spanikowany chłopak, po czym ruszył biegiem w kierunku centrum miasta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
