Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
12 osób interesuje się tą książką
Lata chłodnych relacji z ojcem sprawiły, że Mollie nie oczekuje od niego żadnego wsparcia. Jednak po jego śmierci to właśnie ona dziedziczy ogromne ranczo w Teksasie. To dla niej niespodzianka – tym większa, że jej firma jest na skraju upadku i Mollie pilnie potrzebuje pieniędzy. Ale by otrzymać spadek, musi przez rok pracować na rodzinnym ranczu.
Ten warunek jest szokujący nie tylko dla niej. Cash Rivers, przystojny zarządca rancza Lucky, był dla ojca Mollie jak syn. Garrett obiecał mu nawet, że kiedyś przekaże mu cały majątek. Dlaczego więc Cash dostał w spadku jedynie pudełko starych zdjęć?
Dla Mollie Cash to nadęty burak. Dla Casha Mollie to rozpuszczona królewna, która w życiu nie przepracowała ani jednego dnia. Oboje są przekonani, że im szybciej każde z nich wróci do swojego normalnego życia, tym lepiej. Wystarczy jednak kilka dni spędzonych w siodle, by granica między wrogością a pożądaniem zaczęła się zacierać. Choć dzieli ich niemal wszystko, gdy w grę wchodzi prawdziwe uczucie, gotowi są porzucić najbardziej osobiste plany.
Jessica Peterson - pisze romanse pełne żaru i humoru, a bohaterowie z seksownym akcentem to jej specjalność. W wolnych chwilach razem z mężem Benem odwiedza najlepsze restauracje amerykańskiego Południa. Poza tym miło spędza czas, czytając książki wspólnie z ukochanymi córkami, Gracie i Madeline, lub tuląc się do swojej wielkiej suczki Marthy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 412
Data ważności licencji: 7/8/2030
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Cash
Copyright © 2024 by Peterson Publishing, LLC
Published by the Agreement with The Seymour Agency, USA and Book/lab Literary Agency, Poland
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Copyright © for the translation by Sylwia Chojnacka
Opieka wydawnicza: Julita Gębska
Opieka redakcyjna: Anna Małocha, Dagmara Małysza
Adaptacja makiety na potrzeby wydania: Agnieszka Gontarz
Adiustacja i korekta: d2d.pl
Promocja i marketing: Anna Tarnowska
Projekt okładki: Maria Miłoś
Ilustracja na okładce i ozdobniki w książce:Martyna Szpil-Augusiewicz, @kajuart
ISBN 978-83-8399-585-4
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne, zostały wymyślone przez autorkę.
www.uniesienia.pl
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Dla kowbojki, która drzemie w każdej z nas.
Jeźdź śmiało. Jeźdź często.
Bądź wolna.
Mollie
Pocałuj mnie w tyłek, kowboju
Wrzesień
Znajduję się w miejscu rodem z Dzikiego Zachodu, ale i tak gwałtownie wciskam hamulec, gdy widzę prawdziwego kowboja, który zatrzymuje prawdziwego konia przed prawdziwym kowbojskim barem.
Czy ja właśnie cofnęłam się w czasie?
A może to fatamorgana? Termometr na desce rozdzielczej pokazuje przecież czterdzieści dwa stopnie.
Chmura kurzu, która ciągnęła się za mną od Belton, spowija mojego SUV-a i na moment przysłania mi widok na budynek z nazwą Grzechotnik na szyldzie.
Gdy pył Hill Country w końcu opada, upewniam się: tak, to rzeczywiście koń.
I tak, z siodła zsuwa się facet w dopasowanych dżinsach i kowbojskim kapeluszu. Robi to z taką swobodą, że aż zapiera mi dech w piersi.
W głowie rozbrzmiewają mi słowa mamy: „Hartsville to wygwizdowo, gdzie czas stanął w miejscu”. Nie wiedziałam, że mówiła dosłownie.
Z lekkim ukłuciem sentymentu przyglądam się fasadzie budynku za kowbojem i jego koniem. Dwukondygnacyjny, z cegły, z oknami o nierównych szybach, które migoczą w bladym popołudniowym słońcu. Na wyblakłej zielono-czarnej markizie namalowano białego grzechotnika z rozdwojonym językiem wystającym spomiędzy kłów.
Ostatni raz byłam w tym miasteczku, w tej dziurze zabitej dechami, gdy miałam sześć lat. Czemu miałabym pamiętać akurat ten bar?
– Mollie? Jesteś tam? – odzywa się w telefonie Wheeler.
Żołądek zaciska mi się w supeł. Głos na linii przywołuje mnie z powrotem do wnętrza Range Rovera. Odruchowo wciskam gaz, a potem modlę się w duchu, żeby główna ulica była pusta. Na szczęście nie ma w kogo uderzyć.
No, może oprócz kowboja z koniem, którzy mignęli mi w lusterku wstecznym. Znajduję się niespełna trzysta pięćdziesiąt kilometrów na południowy zachód od Dallas, a czuję się, jakbym wylądowała na innej planecie.
Ustawiam nawiew przy kierownicy na twarz i włączam klimatyzację.
– Przepraszam, już jestem. Właśnie dojechałam do Hartsville i… chyba przeżyłam moment jak z Outlandera. Tylko że w wersji westernowej, z kowbojskim barem i kowbojem.
Z głośnika wylewa się chrapliwy śmiech mojej przyjaciółki i wspólniczki.
– Przywieź Jamiego kowboja do Dallas. Powiedz mu, że życie w mieście jest fajniejsze.
– Nie ma mowy. – Zerkam na GPS, według którego zbliżam się już do celu. – Mama nie żartowała, mówiąc, że tu nie ma kompletnie nic.
– Zgarnij pieniądze i dawaj nogę z tego Dzikiego Zachodu. I zadzwoń, jak skończysz, dobra? Trzymam za ciebie kciuki.
Uśmiecham się, choć żołądek znów daje o sobie znać.
– Dzięki, przyjaciółko. Nie mogę się doczekać wystawki.
– Ja też. Jestem ciekawa, jak to pójdzie.
Jeden z bardziej rozpoznawalnych butików w Dallas wystawi w tym tygodniu stoisko z butami kowbojskimi naszej firmy. Klientki robiące w nim zakupy znają się na modzie i są dziane, więc może sprzedamy więcej niż zwykle. Przydałby się nam zastrzyk gotówki.
Rozłączam się i zwalniam przed ostatnim budynkiem z lewej, gdzie główna droga ciągnie się dalej w stronę pustkowia. Kredowy piach, gdzieniegdzie drzewa, kaktusy i kolczaste krzewy, które kołyszą się w upalnym powietrzu.
Na mosiężnej tabliczce obok drzwi widnieje napis: „Goody Gershwin, adwokat, rok zał. 1993”.
– Dojechałaś do celu – oznajmia GPS.
Wjeżdżam na ukośne miejsce parkingowe obok olbrzymiego, czerwonego jak lukrowane jabłko pick-upa. Wygląda na to, że ten rzęch również pamięta 1993 rok. Okna są opuszczone, więc widać przetartą szarą tapicerkę ławki z przodu i pudełko z napisem „Brooks & Dunn’s Greatest Hits”.
Pudełko kaset magnetofonowych. Bez kitu.
Chyba naprawdę cofnęłam się w czasie.
Gdy tylko wychodzę z auta, żar uderza mnie w twarz jak z liścia. Gorące powietrze unosi się nad asfaltem, parząc moje gołe nogi.
Jednocześnie słońce piecze mnie w czubek głowy i ramiona. Czuję się jak między dwiema płytami grilla.
Przewieszam torbę przez ramię i zastanawiam się, dlaczego ktokolwiek chciałby tu żyć. Co ojciec widział w tym miejscu?
Nie mogę uwierzyć, że naprawdę tu jestem. I że jego naprawdę już nie ma.
Ale wciąż najbardziej nie mogę uwierzyć, że nie zdążyłam naprawić tego, co się między nami zepsuło.
Żal wymieszany z solidną dawką złości przygniata mi pierś jak głaz.
Gdy wchodzę do budynku, nad drzwiami odzywa się najprawdziwszy dzwonek. W biurze jest cudownie chłodno, a znajomy zapach świeżo parzonej kawy odrobinę mnie uspokaja.
Młody mężczyzna w okrągłych okularach uśmiecha się do mnie znad pobliskiego biurka.
– Pani to pewnie Mollie Luck. Witam serdecznie! Jestem Zach, asystent pani Goody. – Okrąża biurko i wyciąga dłoń. – Napije się pani czegoś? Wody? Kawy? Mam nadzieję, że podróż nie dała pani w kość.
Ściskam jego dłoń.
– To tylko trzy godziny. Nienajgorzej. Miło mi pana poznać. Dziękuję, niczego mi nie trzeba.
Jego spojrzenie wędruje na moje metaliczne różowe kowbojki.
– Wow, są boskie.
– Ooo, dzięki. Są z najnowszej kolekcji mojej firmy obuwniczej.
– Ma pani własną firmę z butami? – W drzwiach po lewej stronie pojawia się kobieta o krótkich ciemnych włosach ubrana w jasny lniany garnitur. Ma na szyi krawat bolo z czarnym sznurkiem i srebrną klamrą i raczej nie nosi go dla żartu. – To fantastyczne!
– Produkujemy je tutaj, w Teksasie.
Kobieta uśmiecha się ciepło, a w kącikach jej oczu tworzą się zmarszczki.
– Tym lepiej. Jestem Goody Gershwin. Wreszcie mamy okazję się poznać, Mollie. Twój tata często o tobie opowiadał. Był z ciebie bardzo dumny.
Oczy zaczynają mnie piec, a serce boli. Naprawdę był? Nigdy tego nie okazywał. A już na pewno nigdy mi tego nie powiedział. Ale chcę wierzyć, że chociaż trochę był dumny z moich osiągnięć.
Przyklejam do twarzy uśmiech.
– Mnie również miło.
– Bardzo mi przykro z powodu twojej straty. Cała nasza społeczność ciężko przeżyła śmierć Garretta, ale nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak trudne to musiało być dla waszej rodziny.
Ostry ból przeszywa mi serce i osiada w gardle. Ta „społeczność” chyba była ojcu bliższa niż ja. Chociaż może jednak nie do końca, skoro na pogrzebie trzy miesiące temu w Dallas zjawiliśmy się tylko mama, jej rodzice, Wheeler i ja.
– Doceniam to.
– Cieszymy się, że przyjechałaś. – Goody puszcza moją dłoń. – Formalności powinny pójść gładko. Jako wykonawczyni testamentu twojego ojca przedstawię ci jego majątek, podział aktywów i jego ostatnie życzenia dotyczące…
Goody urywa w pół zdania, gdy za moimi plecami rozlega się brzęk dzwonka. Na jej twarzy pojawia się uśmiech, a zmarszczki przy oczach się pogłębiają.
– Dzień dobry, Cash! Jak zawsze miło cię widzieć.
Cash. Dlaczego to imię brzmi znajomo?
– Dzień dobry.
Coś w tym głosie – może ta chrapliwość, może mocny akcent – sprawia, że odwracam głowę.
Moje serce wykonuje salto. W drzwiach stoi bardzo przystojny mężczyzna, na oko przed trzydziestką, może nieco po. Wysoki – jakieś metr dziewięćdziesiąt – o posturze futbolisty: szerokie barki, umięśnione ramiona, długie nogi o mocnych udach, na których opina się materiał dżinsów. Wranglerów, jeśli miałabym strzelać.
Do piersi przyciska kowbojski kapelusz, jakby właśnie zdjął go z potarganych brązowych włosów, kręcących się na końcach. Na grzbiecie jego dłoni widoczne są żyły. Ma przydługi zarost, trochę dłuższy nad górną wargą – normalnie wąsy mnie nie kręcą, ale u niego… wygląda to wyjątkowo atrakcyjnie. Koszula w biało-niebieskie prążki idealnie pasuje do kobaltowych oczu nieznajomego.
Oczu tak intensywnych, że aż jarzą się na tle mocno opalonej skóry.
Patrzy prosto na mnie. Serce wali mi jak oszalałe. Jedno uderzenie. Drugie.
Od tego śmiałego spojrzenia aż robi mi się słabo. Coś błyska w jego oczach. Czy on… jest zły? Może nawet wkurzony?
I wtedy budzi się we mnie wspomnienie: dwaj chudzi chłopcy o niebieskich oczach na pace pick-upa. Jeden okłada drugiego pięściami po głowie, ciosy się nasilają, aż ktoś siedzący w kabinie wrzeszczy, żeby przestali.
Bracia Rivers.
Mimo że skłonność do rękoczynów najwyraźniej traktowano u nich jako sport rodzinny, to zawsze im zazdrościłam. Jako jedynaczka marzyłam o domu pełnym rodzeństwa, a Riversowie mieli całą gromadkę dzieci. Pamiętam panią Rivers, która siedziała na miejscu pasażera z ręką na ciążowym brzuchu.
Ich rodzina posiadała ranczo sąsiadujące z posiadłością taty. Widywałam ich od czasu do czasu w sklepie rolniczym lub na rodeo w Lubbock, ale nigdy wystarczająco często, żeby się zaprzyjaźnić. Matka uczyła ich w domu, więc rzadko bywali w miasteczku.
Już nie mogę wytrzymać tego spojrzenia, więc spuszczam wzrok na jego buty. Kwadratowe noski, ciemnobrązowa skóra pomarszczona od użytkowania, ale wyraźnie zadbana i lśniąca od świeżej warstwy pasty.
Wraca do mnie to mgliste poczucie, że już je gdzieś widziałam.
Dzięki mojej pracy znam się na kowbojskich butach jak mało kto. To marka Lucchese – pierwszorzędny produkt, ręczna robota, klasyka z wyższej półki cenowej. Takie obuwie przekazuje się z pokolenia na pokolenie.
Tata nosił Lucchese. Nie wiem, skąd ta pewność, ale czuję to w kościach.
– Mollie, pozwól, że przedstawię ci Casha Riversa – odzywa się Goody, gestem wskazując mężczyznę. – Jest zarządcą waszego rodzinnego rancza od… Rany, ile to już będzie?
– Dwanaście lat. – Głos Casha jest napięty. On naprawdę jest wkurzony. Na mnie? Ale o co?
A tak w ogóle to on teraz pracuje u nas? Co z ich rodzinnym ranczem? Jestem kompletnie zdezorientowana.
Chociaż to tłumaczy, dlaczego przyszedł na odczytanie testamentu mojego taty. Jako zarządca pewnie ma przekazać mi szczegóły.
Nie żeby to miało dla mnie znaczenie. Chcę sprzedać ranczo Lucky, gdy tylko je otrzymam. Nie mam zamiaru go prowadzić ani hodować bydła w regionie Hill Country. Zawsze byłam bardziej domatorką, a poza tym całe moje życie jest teraz w Dallas – przyjaciele, mama i firma Bellamy Brooks, którą założyłam z Wheeler. Biznes w końcu się rozkręca, a to, co dostanę w spadku, z pewnością pozwoli nam wejść na wyższy poziom.
– Cash. Wow. Pamiętam cię. – Wyciągam rękę.
Spogląda na nią, zaciskając usta w cienką linię. Po chwili bez słowa podaje mi ogromną i ciepłą dłoń. Mocny chwyt sprawia, że mój puls przyspiesza. Od dotyku tej szorstkiej, suchej, a jednocześnie elektryzująco żywej dłoni.
Mój uścisk jest równie silny. Celowo patrzę Cashowi prosto w oczy.
– Kopę lat – mówi w końcu.
Wyczuwam jego zapach: zwykłe mydło zmieszane z czymś bardziej zmysłowym. Może wodą po goleniu? Cokolwiek to jest, pachnie świeżo, ziołowo i tak apetycznie, że puls przyspiesza mi po raz drugi.
– Miło cię znowu widzieć – udaje mi się powiedzieć.
Czekam, aż odpowie. Nic. Ani słowa. Co to w ogóle za imię – Cash? To jego prawdziwe imię? Jakieś zdrobnienie?
– Skoro jesteśmy już wszyscy – wtrąca Goody, biorąc teczkę i małą zapinaną saszetkę, którą podaje jej Zach – możemy zaczynać. Proszę za mną do sali konferencyjnej.
Kobieta rusza korytarzem. Zerkam na Casha, a on odrobinę uchyla kapelusz wciąż znajdujący się przy jego piersi.
– Panie przodem.
Nie wiem, czy ten facet jest tak małomówny, czy to po prostu buc.
Chcę wrócić do Dallas tak bardzo, że aż mnie skręca. Choć, szczerze mówiąc, brzuch boli mnie zawsze, więc to nic nowego.
Podążam korytarzem za Goody, a za sobą słyszę ciężkie kroki Casha.
Godzina, góra dwie. I dostanę pieniądze, które pozwolą mi spełnić marzenia.
No, przynajmniej jedno z nich.
A może wykorzystanie ojcowskich pieniędzy do rozkręcenia Bellamy Brooks wreszcie sprawi, że przestanę się wściekać na… cóż, wszystko i wszystkich.
Goody siada u szczytu długiego błyszczącego stołu. Zajmuję miejsce po jej prawej, a postawny Cash rozsiada się po lewej. Kapelusz kładzie do góry dnem. Po co? Dla zachowania kształtu czy coś?
Przeciąga zgrubiałymi palcami po włosach, aż koszula napina się na jego masywnym torsie. Odwracam wzrok i udaję, że szukam czegoś w torbie. Wyciągam planer, choć nie mam pojęcia po co. Muszę czymś zająć ręce, bo nagle zaczynam się stresować.
To nie ma sensu. Mama zapewniała, że jestem jedyną spadkobierczynią, jedynym żyjącym dzieckiem taty. Zgodnie z ugodą rozwodową ojciec zobowiązał się przekazać mi cały majątek, skoro nie ożenił się ponownie ani nie miał innych dzieci. Pieniądze były jedynym, co dawał mi przez te wszystkie lata. Gdy potrzebowałam jego obecności, nigdy nie mogłam na niego liczyć, za to na czek – zawsze.
Wmawiam sobie, że stresuję się przez naburmuszonego faceta naprzeciwko. Siedzi rozparty z szeroko rozstawionymi nogami i rękami na podłokietnikach, jakby go to wszystko śmiertelnie nudziło.
Krew mnie zalewa. Ja też nie mam ochoty tu być, palancie.
Nie byłam z tatą blisko, ale wolałabym, żeby żył. Nawet jeśli miałabym się obejść bez jego pieniędzy i rancza. Właściwie szczerze wolałabym, by wciąż tu był, abym mogła… sama nie wiem… spróbować jeszcze raz.
Zadzwonić po raz ostatni i powiedzieć: „Kocham cię, przepraszam, spróbujmy od nowa”.
Zawsze myślałam, że mamy mnóstwo czasu na naprawienie naszej relacji. Po części chciałam, żeby po prostu wiedział, jak bardzo zraniła mnie jego nieobecność w moim codziennym życiu po rozwodzie rodziców, kiedy miałam sześć lat. Dlatego gdy dorosłam, totalnie się od niego odcięłam. Doszłam do wniosku, że muszę osiągnąć pewien poziom sukcesu – stać się prawdziwą dorosłą, która nie żywi urazy – a wtedy wszystko naprostujemy.
A teraz już nigdy nie będę miała szansy i to mnie dobija.
Goody rozkłada na stole kilka kartek i przesuwa je, by utworzyły rzędy po trzy sztuki każdy.
– Na początku chcę tylko powiedzieć, że takie spotkania bywają bardzo emocjonalne. Jeśli ktoś będzie potrzebował przerwy, możemy ją zrobić, w porządku?
Przygotowuję fioletowy długopis.
– Dobrze.
– Tak jest, proszę pani – odpowiada Cash, prostując się. Opiera łokcie na stole.
– No to zaczynajmy – oznajmia Goody, zerkając w dokumenty. – Dla ułatwienia podzielimy majątek Garretta Randalla Lucka na dwie kategorie: finansową i materialną. Ranczo Lucky obejmuje ponad sto trzy tysiące hektarów i piętnaście tysięcy sztuk bydła, a także dwadzieścia dwa budynki, kilka maszyn rolniczych oraz działalność naftową produkującą około tysiąca baryłek dziennie. W chwili podpisania testamentu ranczo zatrudniało pięćdziesiąt osób…
Słyszę szmer dżinsu. Zauważam, że kolano Casha podryguje. On też się denerwuje.
Co on tu w ogóle robi? Liczy, że skapnie mu coś z testamentu taty?
– …a teraz druga kategoria, czyli gotówka i portfel inwestycyjny. Garrett chciał, aby trafiły do funduszu…
Cash unosi głowę i nasze spojrzenia znowu się spotykają. Wreszcie rozpoznaję to, co widzę w tych oczach.
Urazę. Co? Dlaczego? Nie było mnie w tym mieście od dwudziestu lat! Co takiego mogłam mu zrobić?
– …a zatem – Goody nabiera powietrza, a Cash przenosi na nią wzrok – Garrett zmienił testament w kwietniu tego roku. W poprawce zapisał ranczo Lucky i wszystkie jego aktywa jedynej żyjącej spokrewnionej z nim osobie, Mary Elizabeth Luck, zwanej Mollie.
Cash z hukiem uderza dłońmi o stół. Podskakuję.
– Z całym szacunkiem, Goody, ale to nieprawda. Garrett obiecał, że ranczo trafi do mnie.
W głowie mi się kręci. Czuję się, jakby ktoś ścisnął mi płuca.
– Słucham?
– Garrett obiecał mi ranczo. – Cash patrzy mi prosto w oczy. – Powtarzał to wiele razy.
Goody marszczy brwi.
– Niestety nie mamy tego na piśmie.
Wpatruję się w niego oniemiała.
– Zwariowałeś?
– A ty? – odgryza się natychmiast. – Goody, Garrett mówił, że dopisze to do testamentu. Całe Hartsville może to potwierdzić. Patsy i John B., robotnicy z rancza, Sally i Tallulah. I… cóż, wszyscy słyszeli, jak to mówi. Zastanów się. Nikt nie zna rancza Lucky tak jak ja. Moja rodzina mieszka w Hartsville od pokoleń…
– Był moim tatą. – Nieważne, że przez ostatnią dekadę prawie nie rozmawialiśmy. – Jestem jego córką. A co tobie niby daje prawo do jego majątku? Nawet nie wiem, kim jesteś.
Jego niebieskie oczy płoną.
– Wiedziałabyś, gdybyś kiedykolwiek zadzwoniła albo przyjechała na ranczo.
Ja pierdzielę, co za typ!
– Nic o mnie nie wiesz – bronię się drżącym głosem. – I ewidentnie nie masz bladego pojęcia o mojej rodzinie. Ranczo należy do mnie…
– Niech zgadnę. Sprzedasz je.
– To nie twój interes.
– Jeszcze jak mój. Nie pozwolę, żeby nasze miejsce pracy trafiło w ręce jakiegoś twojego bogatego, głupiego znajomka, który nawet nie odróżnia konia od krowy. Nie masz pojęcia, ile pracy w to włożyliśmy…
– Mam to gdzieś. – Zaciskam zęby. – Z ręką na sercu, mam ciebie i twoją pracę w ciemnym poważaniu.
– W głębokim poważaniu.
– Słucham?
Przeszywa mnie spojrzeniem.
– Tak brzmi poprawne wyrażenie.
– Co jest z tobą nie tak?
– Od czego by tu zacząć? – Pochyla się w moją stronę.
– Dobra – wtrąca głośniej Goody. – Zachowajmy spokój, jasne? Garrett nie życzyłby sobie, żebyście się kłócili. Musimy uszanować jego wolę, którą zapisał w testamencie. Tak mówi prawo.
– Będę się odwoływał – oznajmia Cash.
Ściągam usta w ironicznym grymasie.
– Chętnie popatrzę.
Goody odchrząkuje.
– Czy mogę dokończyć?
– Śmiało – burczy Cash, nie odrywając ode mnie wzroku.
– Aktywa finansowe – kontynuuje Goody – czyli gotówka i środki w portfelu inwestycyjnym, które zostały przeniesione do funduszu, również przypadają Mollie.
W latach dziewięćdziesiątych, kiedy na skraju naszej ziemi odkryto ropę, ojciec dorobił się fortuny. Mama dostała część przy rozwodzie i dzięki temu założyła w Dallas biuro nieruchomości. Resztę tata zainwestował w ranczo i giełdę. Biorąc pod uwagę, że amerykański indeks Dow Jones Industrial Average * od tamtej pory wzrósł czterokrotnie… no cóż, to kupa siana.
Cash wydaje z siebie gorzki śmiech.
– Widzisz, miastowa dziewucho? Masz swoje pieniądze. Zostaw nam ranczo.
Biorę z niego przykład i milczę. Nie zamierzam zaszczycić tego durnego komentarza odpowiedzią. Choć zastanawia mnie, kogo ma na myśli, mówiąc „nam”.
– Jednakże – dodaje Goody, kładąc dłoń na stole obok mojej – jest pewien warunek.
Odrywam wzrok od Casha.
– Warunek? W sensie muszę osiągnąć określony wiek, żeby odziedziczyć majątek?
– Coś w tym rodzaju. – Kobieta się waha. – Ten warunek jest… nietypowy. Twój ojciec wymaga, żebyś na pełny rok kalendarzowy zamieszkała na ranczu Lucky i aktywnie uczestniczyła w jego codziennym funkcjonowaniu jako nowa właścicielka. W zamian będziesz co miesiąc otrzymywać z funduszu pokaźne wynagrodzenie.
Wybucham śmiechem.
Odchylam głowę i śmieję się na całe gardło, bo jeśli nie, to boję się, że zwymiotuję.
Goody z pewnością żartuje, prawda? Mój ojciec, spokojny i rzeczowy człowiek, na pewno nigdy nie kazałby mi – córce, którą wysyłał do szkół z internatem i na uczelnie w dużych miastach – mieszkać przez rok na tym zadupiu i prowadzić rancza.
Ale Goody tylko mruga. Bez cienia uśmiechu.
O Boże. Ona mówi poważnie.
– To niemożliwe – wtrąca Cash, zaglądając prawniczce przez ramię w dokumenty. – To nie w stylu Garretta.
Tu się akurat zgadzamy.
Goody przekrzywia głowę.
– Byłam przy tym, kiedy to powiedział w kwietniu. Siedziałam na tym krześle. Tamtego dnia sporządziliśmy nowy testament.
Mrugam, żeby pozbyć się łez, a w żołądku czuję ucisk.
– Ale dlaczego miałabym mieszkać na ranczu? Czy to w ogóle legalne? Jak można mnie do tego zmusić?
Goody wzdycha i rozkłada ręce.
– Tak chciał twój ojciec, Mollie. Przykro mi. Wiem, że nie tego się spodziewałaś.
– A jeśli tego nie zrobię?
Cash parska.
– Zero zdziwienia.
Ciągnę dalej, ignorując go:
– Mam pracę. Prowadzę w Dallas firmę. Mam mieszkanie i… mamę, przyjaciół, wszystko… Nie mogę po prostu…
– Wyjechać? – przerywa mi Cash, unosząc brew. – Mogłabyś to zrobić już teraz. I wyjechaćstąd.
Mrużę powieki.
– A może tak sam się zastosujesz do swoich rad? Ojciec najwyraźniej nic ci nie zostawił…
– Nie do końca – prostuje Goody.
– …więc może po prostu wynieś się stąd w cholerę?
Cash odwraca się do prawniczki.
– Słucham.
– Goody, czy nie możesz mi wypłacić chociaż części pieniędzy? – pytam z desperacją w głosie. – Przynajmniej do czasu, aż prawnicy mamy przejrzą testament.
– Nie mogę, Mollie. – Uśmiecha się z żalem. – Przykro mi. Albo robimy wszystko tak, jak życzył sobie twój ojciec, albo wcale. Mam związane ręce.
Myśli kotłują mi się w głowie. Dociskam palce do czoła i zamykam oczy. Staram się nie panikować. Nic nie rozumiem. Dlaczego na ostatnią chwilę zażyczył sobie, żebym wróciła tu po dwudziestu latach?
Dlaczego uczynił mnie właścicielką rancza Lucky?
Dlaczego mnie to obchodzi?
Dlaczego, do cholery, w ogóle mnie to obchodzi?
Nie wiem. Ale serce mam w strzępach, jakby ktoś przepuścił je przez niszczarkę do papieru.
– Skoro życie na ranczu – Goody odchrząkuje – ewidentnie do ciebie nie przemawia, Mollie, radziłabym jak najszybciej przeprowadzić się do Hartsville. Im szybciej zaczniesz, tym szybciej ruszy zegar, a tym samym prędzej dostaniesz pieniądze i wrócisz do swojego życia w Dallas.
– Ona nie przeżyje tu tygodnia – mamrocze Cash.
– Ty za to nie przeżyjesz kolejnej minuty, jeśli dalej będziesz mnie obrażał. – Otwieram oczy, żeby spiorunować go wzrokiem. – Nie wiem, co mój ojciec w tobie widział, ale nie da się ukryć, że miał beznadziejny gust. Serio, wynoś się.
– Nie ruszę się stąd, dopóki nie zyskam pewności, że ranczo Lucky trafi w odpowiednie ręce.
Goody wstaje.
– Może zróbmy sobie pięć minut przerwy?
Z trzaskiem nakładam zatyczkę na długopis i wrzucam go do torby razem z planerem.
– Dla mnie to koniec. Goody, moi prawnicy skontaktują się z tobą.
– Krzyżyk na drogę. – Słyszę za sobą głos Casha, gdy wypadam z sali konferencyjnej.
– Zaczekaj, Mollie… panno Luck… – Zach wstaje od biurka, ale omijam go pędem i wychodzę na ten koszmarny ukrop.
Dopiero kiedy zamykam się w samochodzie, pozwalam sobie na łzy. Biorę telefon i wybieram numer mamy. Sygnał ledwo przebija się przez szum klimatyzacji.
– Mollie! – Jej znajomy głos odrobinę uspokaja mi tętno. – Jak się masz, kochanie? Jak poszło?
Opieram czoło na kierownicy, ukrywając twarz w ramionach.
– Beznadziejnie – odpowiadam ze szlochem.
* Jeden z najstarszych i najbardziej znanych indeksów giełdowych w USA, obejmujący trzydzieści dużych spółek notowanych na giełdzie nowojorskiej (przyp. red.).
Cash
Rozpętaj piekło
Serce mi wali, gdy patrzę na otwarte drzwi. W brzuchu czuję dojmujący ciężar.
Co tu się, do diabła, wydarzyło? I czemu w powietrzu wciąż unosi się zapach perfum tej miastowej, chociaż już wyszła?
– Mówisz poważnie. – Odwracam się do Goody. – Garrett zostawił ranczo jej…
Goody kiwa głową, składając papierową teczkę.
– Tak wynika z testamentu.
– No to mamy przesrane.
– Jeszcze tego nie wiesz.
– Właśnie że wiem. Gdyby zapisał ranczo mnie… – Głos więźnie mi w gardle. Odwracam wzrok i uderzam pięścią w blat. – Zająłbym się tym wszystkim. Ludźmi. Ziemią. Zwierzętami. A teraz, gdy ona ma tym zarządzać… wszystko pójdzie się pieprzyć.
– Nie wiesz tego. – Goody otwiera małą zapinaną saszetkę, która leży na stole.
– Miała różowe kowbojki, Goody. – Krzywię się. – Błyszczące. Nowiutkie.
– Tak czy inaczej, pozwól, by emocje opadły. Zobaczymy, co się stanie. Musimy uszanować wolę Garretta.
Wstaję i chwytam kapelusz.
– Szanuję Garretta bardziej niż ktokolwiek. Dlatego nie zamierzam puścić tego płazem.
– Zostawił ci coś.
– Co niby?
Goody sięga do saszetki i wyciąga klucz.
– Skrytka. W Lonestar.
Chodzi o Lonestar Bank & Trust Co., jedyny bank z oddziałem w Hartsville.
Patrzę na klucz z obawą. Co Garrett palił, gdy spisywał ten testament?
– Wiesz, co jest w środku? W tej skrytce? – pytam.
Goody kręci głową.
– Powiedział tylko, że to coś, co było mu drogie. Nie chciał ryzykować, że to zgubi, więc zdeponował tę rzecz w banku.
Marszczę brwi zdezorientowany bardziej niż kiedykolwiek. Garrett nie był typem czułym ani wylewnym. A już na pewno nie sentymentalnym. Nie wyobrażam sobie, żeby miał jakieś rodzinne pamiątki, które trzeba chować w sejfie.
Więc może to kasa? Biżuteria? Broń? Ale to wszystko mało prawdopodobne.
Cokolwiek tam jest, na pewno nie to, czego pragnę – nie ranczo.
– Zerknę na to. – Chowam klucz do kieszeni. – Dzięki, Goody. Przekaż Tallulah, że ją pozdrawiam.
Goody uśmiecha się ciepło.
– Brakuje jej ciebie w Grzechotniku, wiesz?
Kiedyś co piątek bywałem w tej znanej spelunie, aż sześć lat temu doszło do wypadku podczas tańca liniowego i wylądowałem na ostrym dyżurze. Wstrząśnienie mózgu uniemożliwiło mi pracę na ranczu na długie tygodnie i pod moją nieobecność wszystko wzięło w łeb. Nie mógłbym sobie pozwolić na coś takiego drugi raz.
Moje kolana i stopy pulsują bólem, gdy idę korytarzem ku wyjściu. Jestem na nogach od trzeciej nad ranem, a o czwartej trzydzieści już tkwiłem w siodle, zaganiając bydło. Jestem tak wykończony, że mógłbym paść na ryj, ale nie mogę sobie na to pozwolić. Zwłaszcza teraz, gdy plany na przyszłość mojej rodziny właśnie szlag trafił.
Zatrzymuję się na widok wypasionego SUV-a zaparkowanego obok mojej furgonetki. Nie stał tu, gdy wpadłem do apteki przed wizytą u Goody. Auto należy do Mollie, bez dwóch zdań. W Hartsville ludzie jeżdżą praktycznymi wozami, nie takimi, które mają opony po pięćset dolców sztuka, a za naprawę trzeba wybulić majątek.
Range Rover błyszczy tak samo idiotycznie jak jego właścicielka.
Obchodzę maskę swojego starego Forda, wciskam kapelusz na głowę i powstrzymuję się, żeby nie przewrócić oczami na dźwięk burczącego silnika SUV-a.
Mollie na pewno ma tę durną klimę bez przerwy odkręconą na maksa. Taka księżniczka jak ona stopiłaby się w tym upale.
Czy tym samym autem pojechała na pogrzeb? Na ten, na który nikt z nas – ludzi naprawdę znających Garretta – nie został zaproszony?
SUV jest biały. Lakier, opony i światła pokrywa kurz, ale widać, że to nowa bryka.
I jest ogromna. Pewnie przystosowana do jazdy po górach albo – w jej przypadku – po parkingach centrów handlowych w bogatych dzielnicach. Musiała kosztować dobrze ponad sto tysięcy.
Jedyna sześciocyfrowa suma, jaką w życiu widziałem, widniała na wyciągu z Lonestar Bank & Trust Co., który otworzyłem po śmierci rodziców. To była kwota kredytu hipotecznego – zaciągnęli go, żeby pokryć straty rancza po tym, jak w 2010 roku runęły ceny wołowiny.
Spłacam to cholerstwo do dziś.
Z drugiej strony spłacanie tej pożyczki pozwala utrzymać ranczo Riversów przy życiu kolejny rok. A możemy ją spłacać z braćmi właśnie dzięki Garrettowi Luckowi.
Nie był święty. Ale był dobrym człowiekiem. Pomógł mi, kiedy wszyscy inni się odwrócili. I zawsze dotrzymywał słowa. Mówienie jednego, a robienie drugiego to nie w jego stylu.
Podobnie powierzenie dorobku życia rozpuszczonej, wyszczekanej laluni z wielkim ego.
A jednak.
Tęsknię za Garrettem. Straszliwie tęsknię. Przez ostatnią dekadę był dla mnie ojcem, którego potrzebowałem. Co ja teraz mam bez niego zrobić?
Na razie mogę się tylko modlić, żeby ten stary rzęch, który tata kupił używany w dziewięćdziesiątym szóstym, przetrwał jeszcze jeden sezon cielenia. Schylam głowę, szukając kluczy w kieszeni, i otwieram drzwi od strony kierowcy. Nie chcę widzieć Mollie, tak samo jak ona nie chce widzieć mnie. Choć, prawdę mówiąc, w biurze Goody nie mogłem oderwać od niej wzroku.
Na wspomnienie jej oczu znów coś kłuje mnie w środku. Takie same jak u Garretta – ciemnobrązowe, głęboko osadzone, pełne emocji.
Zaciskam palce na chromowanej klamce. Dłoń mi ciąży, jakby była z ołowiu. Ten żal po stracie… Muszę się z nim w końcu rozprawić. Zbyt wielu ludzi na mnie liczy, nie mogę się teraz rozsypać.
Wciskam kciuk w przycisk otwierający drzwi i wtedy słyszę cichy jęk.
Odwracam głowę. Przez boczne okno Range Rovera widzę tę miastową pochyloną nad kierownicą. Żołądek znów drga, gdy dostrzegam, jak jej plecy dygoczą w rytm głębokich, spazmatycznych szlochów.
Są tak głośne, że przebijają się przez warkot silnika.
Przez moment robi mi się jej żal. Wiem, jak to jest stracić rodzica. Nie życzę tego nikomu. Nawet jej.
Ale zaraz przypominam sobie, że ona przecież ledwie znała swojego ojca. Pamiętam smutek w oczach Garretta, kiedy o niej mówił. Pamiętam, jak zadzwonili prawnicy i oznajmili, że „odbierają ciało”, by przewieźć je do Dallas. A Garrett nigdy nawet tam nie mieszkał.
Wtedy słyszę głos dobiegający z głośników SUV-a. Mollie rozmawia przez telefon.
– Uciekaj z tej dziury i wracaj do domu – mówi kobieta. – Te pieniądze należą do ciebie, skarbie, i dopilnuję, żebyś je dostała, choćby świat się walił.
– Nie rozumiem – odpowiada Mollie. – Dlaczego kazał mi w ten sposób na nie zapracować?
– Twój ojciec… zawsze był cholernie trudny.
– To mało powiedziane.
Odpalam silnik. Zaciskam dłonie na kierownicy tak mocno, że bieleją mi kostki. Pod koszulą pot cieknie mi po plecach.
Mollie nie rozpacza z powodu straty ojca.
Płacze, bo nie dostała kasy. Dla niej Garrett był tylko bankomatem.
Dla mnie był wszystkim. Ojcem, którego straciłem. Mentorem, którego potrzebowałem. Przyjacielem, który utrzymywał mnie przy zdrowych zmysłach, gdy tonąłem w żałobie.
Śmierć Garretta tak naprawdę może oznaczać utratę wszystkiego – naszego sposobu na życie, ziemi, którą nasza rodzina nazywała domem od pięciu… nie, nawet sześciu pokoleń – kilka lat temu urodziła się moja bratanica Ella.
Straciłem wszystko, a ta rozpuszczona miastowa lalunia wypłakuje oczy, bo musi poczekać rok na swoje miliony, i śmie nazywać człowieka, który uratował mnie i moich braci, „trudnym”.
Mollie jest ładna. Każdy, kto ma oczy, może to potwierdzić. Ale nic mnie tak nie odpycha jak jej nonszalancja. I poczucie, że wszystko jej się należy.
Wrzucam wsteczny i płynnie wyjeżdżam z miejsca parkingowego. Rzucam okiem na Rovera – Mollie podnosi głowę. Nawet przez przyciemniane szyby widzę, że ma twarz spuchniętą od płaczu. Czuję jakiś ucisk w piersi.
Ignoruję go i wciskam gaz. Mollie Luck nie jest moim problemem.
Moim problemem jest to, jak utrzymać rodzinę – całą naszą szóstkę – i jednocześnie uhonorować pamięć Garretta oraz jego pracę.
Moja furgonetka nie ma klimatyzacji, więc całkiem opuszczam szybę. Gorące, wilgotne powietrze smaga mnie po twarzy. Spoglądam w niebo i widzę tylko lekkie smugi chmur. Potrzebujemy deszczu, ale w ogóle się na niego nie zanosi.
Gdyby Garrett wciąż żył, siedzielibyśmy teraz w terenówce. W taki upał nie ma sensu męczyć się w siodle. Pewnie pojechalibyśmy nad zakole rzeki Colorado, które wyznacza zachodnią granicę rancha Lucky. Może obserwowalibyśmy dzikie zwierzęta, może zarzucilibyśmy wędkę w cieniu drzew.
Garrett kochał tę rzekę. Prawie tak samo jak polowania, muzykę country z lat dziewięćdziesiątych i pikantne drinki.
Ale najbardziej kochał swoją córkę, o której często mówił – tę, która nigdy nie przyjeżdżała.
Dlaczego, kurwa, powiedział, że zostawi ranczo mnie, skoro w testamencie napisał co innego? Przecież bez przerwy rozmawialiśmy o przyszłości rancza Lucky. To było jego oczko w głowie. Miał to we krwi tak jak ja. Jego dziadek kupił pierwsze cztery tysiące hektarów na początku dwudziestego wieku. Od tamtej pory ranczo należy do rodziny Lucków.
Garrett wziął mnie pod swoje skrzydła, gdy miałem dziewiętnaście lat, zaraz po śmierci moich rodziców. Rzuciłem wtedy studia, żeby zająć się czwórką młodszych braci i prowadzić nasze rodzinne ranczo. Garrett pomógł mi stanąć na nogi. Nawet jeśli oznaczało to sprzedaż każdego wołu i każdej zapasowej opony od traktora, by spłacić długi po rodzicach. Przysiągłem wtedy, że kiedyś przywrócę ranczo Riversów do dawnej świetności. Ale wtedy chodziło tylko o przetrwanie.
Kiedy nie zostało nam już nic, Garrett zatrudnił mnie i moich braci u siebie. Płacił uczciwie, zapewnił nam dach nad głową i jedzenie. Nie było nas stać na utrzymanie domu na ranczu Riversów, więc możliwość zamieszkania w wygodnym baraku, który Garrett wybudował na swoim terenie, pozwoliła nam wynajmować rodzinny dom i zarobić nieco kasy. Ten facet pomógł mi nauczyć chłopaków obchodzenia się z bydłem. Na jego ranczu – tak dobrze prosperującym i zorganizowanym – wszyscy zdobyliśmy najlepsze doświadczenie, jakie można sobie wymarzyć.
Często się zastanawiałem, dlaczego Garrett był dla nas tak dobry, dla zwykłej bandy osieroconych wieśniaków. Był bogaty. Powodziło mu się w życiu. Nie miał powodu, żeby okazywać nam taką hojność. Ale wydaje mi się, że dzięki nam po prostu nie czuł się samotny. Aubrey, jego żona – matka Mollie – rozwiodła się z nim na długo przed naszą przyjaźnią i zabrała córkę z powrotem do rodzinnego Dallas.
Jednak podobnie jak mój ojciec Garrett w głębi serca był człowiekiem rodzinnym. I to my staliśmy się jego rodziną.
Pracowaliśmy z braćmi ciężko. Kochaliśmy tę ziemię jak własną. Jedliśmy z Garrettem każdy posiłek, delektując się gotowanymi przez Patsy potrawami, jakby to był nasz ostatni dzień życia.
On nas kochał, tak samo jak my jego.
Nigdy jednak nie spodziewałem się, że pewnego dnia powie: „Co ty na to, żebyś przejął wszystko, gdy mnie zabraknie? Nie ma nikogo, kto lepiej nadawałby się do prowadzenia tego rancza od ciebie”.
Czuję gulę w gardle. Zbliżam się właśnie do budynku banku Lonestar, więc zwalniam. Schylam głowę, spoglądając przez szybę pasażera na szklane drzwi. W środku pali się światło, ale na drzwiach wisi kartka. I bez czytania wiem, co jest tam napisane: Harley, kierownik, „załatwia sprawy i wróci rano”.
Czyli innymi słowy: dziś interes szedł kiepsko, więc wypuścił ludzi wcześniej i pojechał sobie na swoim czterokołowcu w okolice Starrush Creek.
Wygląda na to, że skrytkę sprawdzę innym razem.
Pot zalewa mi oczy, gdy wyjeżdżam z miasta. Zwalniam, żeby ominąć dziurę w drodze, i w oddali dostrzegam znajomą sylwetkę, rozmazaną przez żar bijący z asfaltu.
Tylko mój brat wpadłby na to, by w taki upał jechać konno do miasta i z powrotem. I tylko wtedy, gdy miał odebrać wygraną z cotygodniowej gry w pokera.
Ocieram oczy koszulą i wychylam się przez okno.
– Mam nadzieję, że ogołociłeś jakiegoś bogacza do zera!
Wyatt odwraca głowę i szczerzy zęby w uśmiechu.
– Ty jesteś ostatnim bogaczem w tych stronach. Jak to jest być właścicielem rancza Lucky?
Mrużę oczy, zadzierając głowę. Chwila milczenia.
Wyatt marszczy brwi, ciągnąc za wodze.
– Cholera.
– Ano.
– Co się stało?
– Nie mam pojęcia. Może Garrett zapomniał zaktualizować testament? Nie wierzę, że tak by mnie okłamał.
– On nigdy nikogo by nie okłamał.
– Ranczo przechodzi na Mollie Luck. Ona dostanie wszystko: ziemię, firmę, fundusz powierniczy.
Wyatt wytrzeszcza oczy.
– Przecież ona nigdy tu nawet nie była!
– Wiem.
– Sprzeda to.
– Wiem.
Wyatt patrzy w dal na wzgórza, które falują w rozgrzanym powietrzu.
– Cash…
– Coś wykombinuję. Mam parę pomysłów.
Brat rzuca mi sceptyczne spojrzenie.
– Nie masz żadnego.
– Mogę…
– Nie możesz wszystkiego robić sam, Cash. Daj nam pomóc. Wymyślimy coś razem: ty, ja, chłopaki, Patsy i John B. W Vegas jest turniej pokera…
– Wiesz, że nie mogę cię puścić na tyle czasu, kiedy mamy belować siano.
– Ella chodzi już do przedszkola na trzy dni w tygodniu. Sawyer będzie miał więcej czasu.
Ella to trzyletnia córka mojego młodszego brata Sawyera. Jest urocza jak diabli i została oczkiem w głowie całego rancza.
Wypuszczam powietrze. Pot spływa mi po skroniach. W kabinie jest jak w piecu.
– Musi mieszkać na ranczu przez rok. Ta Mollie. Udawać, że jest szefową. To jedyny sposób na to, by dostała kasę. Tak stoi w testamencie Garretta.
Wyatt gapi się na mnie.
– To nie ma żadnego sensu.
– No co ty nie powiesz. Garrett i Mollie prawie nie utrzymywali kontaktu, zgoda, ale powiedziałby mi, gdyby ona kiedykolwiek interesowała się ranczem. Przyjechałaby tu chociaż raz, no nie? A on wyznaczył ją na zarządczynię? – Kręcę głową. – To lekkomyślne.
– Garrett nie był lekkomyślny.
– Właśnie. Mam wrażenie, że chciał nam coś przekazać.
Tak samo jak z tą skrytką. Nie wspominam jednak bratu o kluczu w kieszeni. Nie chcę robić Wyattowi nadziei. Najpierw sam zobaczę, co zostawił nam Garrett, a potem się pomyśli.
– Może – rzuca Wyatt, wzruszając ramionami. – A może po prostu chciał, żeby ranczo zostało w rodzinie.
My jesteśmy jego rodziną. Nie mam co do tego wątpliwości.
Zanim obiecał mi ranczo, nigdy nie liczyłem, że dostanę od niego cokolwiek poza wypłatą. Nigdy nie oczekuję niczego od nikogo. Oczekiwania rodzą nadzieję, a ta kończy się rozczarowaniem.
Może właśnie to mnie najbardziej wkurza w Mollie – że chodzi po świecie, jakby wszystko jej się należało.
Nie zamierzam dla niej pracować.
No ale czy mam wybór? Co zrobię, jeśli naprawdę zamieszka na ranczu? Jestem zarządcą, więc decyduję praktycznie o wszystkim, co się tam dzieje. Nadzoruję pięćdziesięciu pracowników, pilnuję budżetów, napraw, stanu maszyn, cielenia, weterynarzy i wielu hektarów ziemi.
Dbam, żeby wszystko miało ręce i nogi. Ale ostatecznie to właściciel rancza Lucky podpisuje wypłaty moje i moich pracowników.
Mocno zaciskam zęby. Jesteśmy w czarnej dupie, jeśli Mollie przejmie stery. Nie dość, że z jej księżniczkowym nastawieniem współpraca będzie koszmarem, to do tego z pewnością zna się na prowadzeniu rancza jak kret na astronomii.
I nie zapominajmy, że bez wątpienia opchnie komuś ranczo przy pierwszej okazji. A wtedy co z nami? Będziemy zdani na łaskę jakiegoś bufonowatego miliardera z kowbojskim fetyszem?
– Mam osiemset dolców – oznajmia Wyatt, klepiąc się po zużytej skórzanej sakwie. – Nie planowałem ich wpłacać do banku, ale mogę, jeśli to pomoże. Da nam trochę czasu…
– Harley znowu zamknął Lonestar wcześniej. Ale serio, Wyatt, powinieneś bardziej uważać, gdy masz przy sobie tyle gotówki.
Brat spogląda przez ramię na strzelbę przytroczoną do siodła.
– Spokojna głowa.
Broń dostał od Garretta na dwudzieste urodziny. Od tamtej pory prawie się z nią nie rozstaje. Pewnie dlatego niezły z niego snajper. I dobrze, biorąc pod uwagę, że prowadzi nielegalne rozgrywki pokerowe w piwnicy Grzechotnika.
– Czynsz z wynajmu domu powinien pokryć rachunki w tym miesiącu. Zatrzymaj te osiem stów na czarną godzinę, co by nie trafić z deszczu pod rynnę.
Wyatt zadziera głowę, patrząc w niebo.
– Na razie nie zapowiada się na ulewę.
Ten upał mnie zabija. Zwalniam nacisk na hamulcu.
– Udało ci się naprawić oponę w prasie do siana?
– Duke załatał dziurę. Wina gwoździa. I wymienił też olej w traktorze.
– A koszenie…
– Załatwione. Poza tym, gdy wyjeżdżałem, John B i Sally właśnie przyjechali obejrzeć te cztery krowy, o które się martwiliśmy. Sally mówi, że to raczej wirus. Pewnie już kończą badanie.
– Dobra robota. To widzimy się na kolacji.
Wyatt się uśmiecha.
– Patsy robi zapiekankę z mięsem. Widzisz? Nie wszystko jest do kitu.
Prawie wszystko, myślę, wciskając gaz.
Wypłowiały od słońca asfalt lśni w oddali. Ciężko mi się oddycha. Gardło mam ściśnięte, puls dudni w skroniach.
Sięgam do gałki radia i maksymalnie podkręcam głośność. Moje serce trochę się uspokaja, gdy w głośnikach rozbrzmiewają pierwsze nuty My Maria.
Uwielbiam Brooks & Dunn. Przepadłem w chwili, gdy Garrett puścił mi ich pierwszy album Brand New Man.
Na ranczu mam kupę roboty. Muszę pogadać o tych krowach z Johnem B – to skrót od Beauregarda, jego drugiego imienia. Trzeba sprawdzić ogrodzenie, które ludzie mieli naprawić na południowo-wschodnim pastwisku. Zadzwonić do mechanika, żeby umówić przegląd ciężarówek do paszy. Wysłać esemesa do podkuwacza, żeby pamiętał o jutrzejszej wizycie, bo koleś zawsze myli terminy.
Ryder narzekał dziś rano, że boli go gardło. Może złapał anginę od Elly? To cholerstwo ciągle krąży w powietrzu.
Chyba dlatego, że mam tyle na głowie, przegapiam wjazd na ranczo Lucky, ciągnący się między sędziwymi dębami dającymi cień soczyście zielonym krzewom poniżej.
Potrzebuję chwili oddechu. Czasu, żeby pomyśleć. Wciąż czekam, aż minie to napięcie, to poczucie przytłoczenia. Garrett nie żyje od miesięcy. Powinienem już być w stanie przespać więcej niż dwie godziny z rzędu. Ale boję się, że jeśli przestanę działać – przestanę robić wszystko dla wszystkich – znowu stanie się coś złego.
To marnowanie paliwa, ale wiem, że jeśli teraz wrócę do tego syfu, rozsypię się kompletnie. A ostatnie, czego potrzebują moi bracia, to zarządca – i brat – który nie potrafi wykonać swojej pracy.
Muzyka dudni, a ja jeżdżę jeszcze przez dziesięć minut. Po lewej stronie pojawia się polna droga. Ziemia wokół niej jest popękana, wypalona, szarobrązowa, patrzenie na nią aż boli. Nad ścieżką rozciąga się zardzewiały żelazny łuk z napisem „Ranczo Rivers, rok zał. 1904”.
Kiedyś ta ziemia była zadbana. Oczywiście nigdy nie była tak zielona jak ranczo Lucky, ale mało które miejsce może mu dorównać. Garrett traktował opiekę nad ziemią śmiertelnie poważnie. Wspólnie pracowaliśmy z ekologami nad tym, by stworzyć na jego ranczu ostoję bioróżnorodności.
Chciałbym zrobić to samo dla rancza Rivers. Ale taki projekt wymaga czasu. I pieniędzy. Mnóstwa pieniędzy. Które, jak mi się wydawało, dzisiaj dostanę. Ranczo Lucky to bardzo dochodowy interes. Nawet jeśli Mollie odziedziczyłaby finansowe zasoby Garretta, sam biznes przynosi tyle zysków, że starczyłoby mi nadwyżki na odbudowę ojcowizny.
To byłby mądry ruch – połączenie obu rancz pozwoliłoby stworzyć nowe źródła przychodu. Mógłbym zwiększyć liczebność hodowli, rozwinąć wydobycie ropy. Dorzucić jakiś element turystyczny – na przykład przerobić rodzinny dom na pensjonat albo salę weselną. Utworzyć obóz myśliwski, który można by wynajmować lub udostępniać szkołom do projektów przyrodniczych.
To byłoby ogromne przedsięwzięcie, ale warte wysiłku. Przyniosłoby zysk całej społeczności, uczyniło Hartsville miejscem, do którego chcieliby przyjeżdżać myśliwi, weekendowi podróżnicy, pary szukające miejsca na przyjęcie weselne.
Zamiast tego pieniądze trafią do kieszeni Mollie. Mogę sobie tylko wyobrażać, na co je wyda. Na nowego Range Rovera? Na kolejne błyszczące kowbojki, które nie przetrwałyby jednego dnia na prawdziwym ranczu?
Skręcam w drogę i krzywię się, gdy furgonetka podskakuje na wyboju. A to nowość. Po lewej rozciąga się puste pastwisko. Ogrodzenie, dawno pozostawione samo sobie, zapadło się w kilku miejscach.
Wtem uderza mnie wspomnienie: ojciec pomaga mi włożyć robocze rękawice, a potem kuca przy tym płocie. Uczy mnie, jak go naprawić. Jest wczesny poranek, wiosna. Dużo słońca i tak ciepło, że Duke siedzi w foteliku w tylnej kabinie tej samej furgonetki, a okna są opuszczone. Pamiętam, jak nucił coś pod nosem, a tata cierpliwie pomagał mi kopać głęboki dół. Ziemia była jeszcze miękka po ulewach z poprzedniego roku.
Nigdy nie zapomnę, jak byłem dumny, kiedy słupek stanął, a tata poklepał mnie po ramieniu.
– No i to jest porządny płot, synu. Dobra robota.
Duke zaczął marudzić, więc wsiedliśmy do auta i wróciliśmy do domu. Mama podała nam absurdalnie obfity obiad, od którego uginał się stół: burgery z serem pimento, domowe frytki z batatów, zapiekankę z brokułami. Popijaliśmy to wszystko lemoniadą tak słodką, że cukier zgrzytał w zębach.
A na deser – a jakże – teksański placek czekoladowy. Jestem pewien, że z braćmi wciągnęliśmy cały naraz. Ryder miał tyle kremu na twarzy i rękach, że mama musiała go opłukać wężem ogrodowym. Potem podłączyła zraszacz i do wieczora biegaliśmy wokół niego jak dzikusy.
To były dobre czasy.
Najlepsze.
Klatka piersiowa boli mnie jeszcze bardziej, bo wiem, że to wszystko już na dobre przepadło. Tak samo jak Garrett.
Ściszam muzykę i objeżdżam ranczo. Dom wygląda w porządku, ale cała reszta posypała się jak płot. Stodole brakuje dachu – skutek tornada sprzed pięciu lat. System nawadniania padł dawno temu, a pastwiska, które mijam, są wyschnięte na wiór.
Chciałbym znów tworzyć tu wspomnienia. Zachować pamięć o rodzicach i ich ciężkiej pracy. Stworzyć miejsce, w którym moi bracia mogliby czuć się bezpieczni i rozkwitnąć.
Czasem w środku nocy łapię się na tym, że marzę, by samemu założyć tu rodzinę. Wychowywać dzieci razem z braćmi i ich bliskimi. Życie na ranczu nie było łatwe, ale dorastaniu w tym miejscu towarzyszyła jakaś magia.
Przełykam ślinę i wracam na główną drogę. Nie wiem, co zrobię. Ale nie pozwolę, by ta nadęta paniusia z miasta stanęła mi na drodze i odebrała mojej rodzinie to, na co zasługujemy…
Chce wojny? Dostanie wojnę. Wciąż mam w sobie wolę walki.
I to wszystko, co mi zostało.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Rozdział 1
Rozdział 2
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
