Braving the Storm - Elliott Rose - ebook
NOWOŚĆ

Braving the Storm ebook

Elliott Rose

4,5

1154 osoby interesują się tą książką

Opis

Nie powinnam się tak czuć. 

Gdy przebywam w towarzystwie rodziny, pragnę zniknąć. Jestem dziewczyną, która ma tylko jedną zaletę – nazwisko. Pozostaję towarem na wymianę, pionkiem szachowym ojca przestawianym z pola na pole a planszą są dwa imperia.

Tak właśnie wyglądało moje życie w Los Angeles, dopóki odkrycie sekretu nie sprawiło, że cały mój świat się zawalił. Uciekłam więc do Crimson Ridge – miejsca, gdzie nie zostanę znaleziona.

Przyjechałam do tego pokrytego śniegiem świata z nadzieją, że zacznę wszystko od nowa. Nie mogłam się bardziej mylić. Te góry skrywają sekrety, a Stôrmand Lane, przybrany brat mojego ojca i były profesjonalny ujeżdżacz byków zaczyna pochłaniać moje myśli.

Taka dziewczyna jak ja nie powinna poznać dotyku wytatuowanych dłoni i czuć motyli w brzuchu, kiedy tylko zauważy przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu. 

Ten mężczyzna to ucieleśnienie każdej mojej fantazji, chociaż wiem, że nie mam prawa ulegać pokusie. 

Długie noce spędzone w maleńkiej chatce nie mogą stać się pretekstem do wkroczenia na zakazane terytorium. A może jednak? 

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 533

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (70 ocen)
48
12
8
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MonikaHHHH

Dobrze spędzony czas

Bardzo spice książka Ogólnie podobała mi się szkoda tylko że autorka bardziej nie rozwinęła fabuły tego najważniejszego wątku myślę że książka by na tym zyskała , na razie pierwszy tom dla mnie najlepszy zobaczymy jak będzie dalej Czekam na kolejne tomy
10
MarzenaZarzycka15

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka. Gorąco polecam.
10
wreader

Nie oderwiesz się od lektury

W swojej kategorii jedna z lepszych książek jakie czytałam. Uhuhu, teraz potrzebuję porządnego uziemienia ❤️‍🔥Buja!
10
Magga59

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna
10
Agalen8

Nie oderwiesz się od lektury

Super
10



Tytuł oryginału: Braving the Storm

Copyright © Elliott Rose 2024

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Grabowska

Korekta: Katarzyna Chybińska, Natalia Szoppa, Aleksandra Płotka

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8470-048-8 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Wprowadzenie

Drodzy czytelnicy, witajcie w Crimson Ridge!

Jeśli wolicie przeczytać niniejszą książkę bez żadnych ostrzeżeń dotyczących zawartości, wiedzcie jedynie, że jest ona dziełem fikcyjnym oraz że pojawia się w niej motyw tabu. To zamknięta, ale stanowiąca część serii powieść z motywem wymuszonej bliskości, opowiadająca o romansie z kowbojem – przybranym wujkiem. Spodziewajcie się szczęśliwego zakończenia.

Jeśli są pewne treści lub trudne tematy, których wolelibyście uniknąć, weźcie pod uwagę, że w tej historii mogą się takowe znaleźć.

Ostrzeżenie

Sprawdź poniższy link:

https://www.elliottroseauthor.com/braving-the-storm-content-and-trigger-warnings/

Na mojej stronie internetowej: elliottroseauthor.com, znajduje się lista poruszonych w książce trudnych tematów. W razie potrzeby – także z wyszczególnionym podziałem na konkretne rozdziały.

Z prośbą o bardziej szczegółowe informacje i wyjaśnienia można napisać na adres: [email protected].

Playlista

AC/DC – Thunderstruck

Montell Fish – Bathroom

Artemas – if u think i’m pretty

Shaboozey & Paul Cauthen – Last Of My Kind

Chris Stapleton – White Horse

Muse – Hysteria

Garbage – Stupid Girl

FLAVIA – Does She Like It Rough?

Queens of the Stone Age – No One Knows

Måneskin – ZITTI E BUONI

Morgan Wallen – Whiskey Glasses

Hozier – Work Song

Kings of Leon – Pickup Truck

Pearl Jam – Black

Led Zeppelin – Whole Lotta Love

Dasha – Austin (Boots Stop Workin’)

Sabrina Carpenter – Good Graces

Chappell Roan – Casual

KALEO – Lonely Cowboy

Beyoncé – ALLIIGATOR TEARS

Imagine Dragons – Thunder

Morgan Wallen – You Proof

Chris Stapleton – Think I’m In Love With You

J.J. Cale – Magnolia

Myles Smith – My Home

Shaboozey – Beverly Hills

Mumford & Sons – The Cave

Tucker Wetmore – Wind Up Missin’ You

Post Malone – What Don’t Belong To Me

Colter Wall – Sleeping on the Blacktop

Dave Matthews Band – Crash Into Me

Taylor Swift – But Daddy I Love Him

Rozdział pierwszy

Storm

Pieprzony śnieg.

Mieszkanie w tej części gór jest naprawdę cudowne, jeśli nienawidzisz ludzi, lecz oznacza znoszenie pogrzebania w grobie z białego puchu i lodu przez – przynajmniej takie mam wrażenie – pół roku.

Opony chrzęszczą. Żwir się rozpryskuje. Z głośników dudni heavy metal. Pick-up pokonuje ostatni zakręt i moim oczom ukazuje się szczyt spadzistego dachu mojego domu.

Zastanawiam się, ile czasu upłynęło, od kiedy ostatnio tu byłem. Jedną ręką trzymam kierownicę, a drugą pocieram kark, próbując sobie przypomnieć.

Nieco za wiele.

Chociaż zanim się tu osiedliłem, częste przenoszenie się z miejsca na miejsce było całym moim życiem. Poza tym nie mam nic przeciwko pomaganiu takim gościom jak Colton Wilder. To chyba jedyna osoba w Crimson Ridge, której nie interesują plotki ani pogłoski. Ale, kurwa, po tygodniach opiekowania się jego ranczem i pomagania jego synowi w przygotowywaniu się do kolejnych zawodów rodeo z chęcią walnę się do własnego łóżka.

Parkuję przed chatą. Drzewa iglaste różnych gatunków stoją dookoła niczym dumni, złowrodzy strażnicy. Trzymają wartę w jedynym miejscu, w którym poczułem, że naprawdę mogę odpocząć. Nawet jeśli w przypadku takiego faceta jak ja nie ma żadnej gwarancji, że zawsze tak będzie.

Dziś wieczorem niebo nad Crimson Ridge jest zachmurzone i tylko częściowo przepuszcza słaby blask gwiazd i księżyca. Tu i ówdzie leżą zaspy śniegu, które nawet w ciemności roztaczają niepokojącą poświatę. Już wiem, że będę musiał dokładnie sprawdzić teren posesji, skoro mnie tutaj nie było i nie mogłem nad nią czuwać w samym środku zimy.

Wszystko to może jednak poczekać do rana.

W tej chwili marzę tylko o pieprzonym gorącym prysznicu i porządnym drinku.

Zgarniam leżącą na siedzeniu po stronie pasażera torbę podręczną, zarzucam pasek na ramię i gramolę się z auta. Robię kilka kroków po szutrowym podjeździe, a następnie pokonuję parę stopni prowadzących na frontową werandę. Wsuwam klucz do zamka, otwieram drzwi i wchodzę do środka. Wita mnie ciepły zapach cedrowego drewna.

Kurwa. Czy w ogóle chce mi się zawracać sobie głowę rozpalaniem w kominku?

Pewnie powinienem to zrobić, zanim wskoczę pod prysznic. Moja staruszka potrzebuje trochę czasu, żeby rozgrzać swoje wiekowe kości, a w tej chwili jest tu lodowato jak w cipce zakonnicy.

Zdejmuję buty, kiedy nagle dobiega mnie jakiś hałas. Włosy na moim karku się unoszą, skóra mnie mrowi. W głębi domu coś się porusza, więc natychmiast się spinam.

Nie coś… Ktoś.

Wyraźne odgłosy przemieszczania się i przesuwania niewątpliwie wydaje człowiek. Nie jakieś zwierzę, któremu udało się dostać do środka w poszukiwaniu schronienia przed końcem zimy.

Delikatnie odkładam torbę, żeby nie zrobić hałasu. Wiem, gdzie znajduje się mój nóż myśliwski – niestety w schowku w samochodzie. Strzelbę natomiast trzymam schowaną w sypialni, ale ta mieści się w głębi korytarza, skąd docierają te odgłosy.

Nie żebym potrzebował którejkolwiek z tych rzeczy, by się obronić przed jakimś pieprzonym idiotą, któremu się ubzdurało, że może się włamać do mojego domu. Nie boję się ludzi. Mam ciało uformowane przez dobrowolne zmaganie się z ważącymi blisko dwa tysiące funtów, wściekłymi jak cholera stworzeniami. Kiedy siadasz na grzbiecie byka chcącego jedynie zrzucić cię i wdeptać w ziemię, twoje spojrzenie na życie diametralnie się zmienia.

Ruchem barków zsuwam kurtkę i uwalniam ręce, po czym rozluźniam ramiona pod koszulą i wyginam palce. Tatuaże i srebrne pierścienie spoglądają na mnie z mroku. Idealnie się składa. Ktokolwiek się tu wdarł, przed ucieczką na dół może sobie zabrać jako prezent odbitkę nakreślonych tuszem wzorów oraz pozostawiony na twarzy odcisk metalowych obrączek.

Pewnie zakradł się tu jakiś durny wieśniak, który poślubił swoją kuzynkę. Wymyślił sobie, że wedrze się na mój teren i odkryje stosy złota, bo przecież właśnie na nich podobno sypiam po zakończeniu kariery profesjonalnego ujeżdżacza. Jakbym był jakimś bogaczem czy coś. Na sto procent nie jest to żaden z okolicznych mieszkańców. Bo chociaż nie przyjaźnię się z każdą jedną osobą mieszkającą na tej górze, to nikt z Peak nie jest na tyle głupi, żeby wyciąć taki numer.

W krótkim korytarzu prowadzącym do sypialni panuje niemal całkowita ciemność, ale od razu się orientuję, gdzie jest intruz. Za uchylonymi drzwiami łazienki, z której wylewa się delikatne światło, porusza się jakiś cień. Zwalniam, kiedy do mnie dociera, że dobiega stamtąd również cicha muzyka.

Muzyka?!

Zastygam w miejscu. Podszedłem bezgłośnie aż tutaj, lecz teraz analizuję w głowie tę sytuację, próbując dopatrzeć się w niej jakiegoś sensu.

Słyszę kobiecy głos i zaciskam powieki. Przeczesując włosy dłonią, odchylam głowę w tył.

Niech to szlag!

Nie byłby to pierwszy przypadek, kiedy pieprzony króliczek rodeo zapuścił się aż tutaj.

Chociaż jestem lekko wkurzony, że ktoś pojawił się niezapowiedziany i nieproszony, mój kutas się napręża. Wizja szybkiego numerka, po którym wykopię pannę i odeślę ją z powrotem do Crimson Ridge, wydaje się cholernie pociągająca. Utknąłem na zimę na zasypanym śniegiem ranczu na szczycie Devil’s Peak, więc jaja mi zamarzły. Dosłownie.

Mroczna, zepsuta część mnie ma ochotę włączyć się w tę grę. Jakaś cipka sądzi, że może wślizgnąć się do mojego domu i się tu rozgościć? Cóż… To moja arena i moje zasady.

Bezgłośnie zbliżam się do uchylonych drzwi, trzymając się cienia. Planuję sprawdzić, kto, do cholery, siedzi w mojej łazience i jaki dokładnie słodki smak cipki znalazł się w dzisiejszym menu.

Spoglądam do środka wygłodniałym wzrokiem i z szybko twardniejącym kutasem. Dziewczyna stoi tyłem do mnie. Pomieszczenie oświetla tylko mała lampka nad lustrem, więc panuje tu półmrok, podobnie zresztą jak w całym domu, który spowijają odcienie czerni i szarości. Nieznajoma nuci do jakiegoś folkowego dziewczyńskiego gówna lecącego z głośników telefonu.

A potem zaczyna się rozbierać.

Jest całkowicie nieświadoma tego, że tu stoję, i… kurwa… to niesamowicie nakręcające.

Nie robi striptizu, żeby podniecić profesjonalnego ujeżdżacza byków. Nie jest jedną z tańczących na rurze lasek wciskających mi w twarz sztuczne cycki. Nie jest króliczkiem rodeo proponującym o trzeciej nad ranem, że padnie na kolana w zapyziałej alejce na tyłach baru, będzie ssać mojego kutasa i pozwoli mi się spuścić na jej twarz.

Nie. Ta seksowna i krągła dziewczyna powoli zdejmuje kolejne części odzieży, robiąc to dla własnej przyjemności. Jakby delektowała się tym tylko ze względu na samą siebie.

Jezu.

Mój kutas błaga, żebym wszedł do środka i się z nią zapoznał. Kimkolwiek jest. Przez całe życie pieprzyłem się bez skrępowania i nigdy nie wracałem do tej samej laski – nawet w czasie tej cholernej żałosnej katastrofy, o której lepiej zapomnieć – ale na pewno nie pamiętam jej.

Jeśli jednak mam być sam ze sobą szczery, i tak nie byłoby takiej możliwości.

Nie pamiętam żadnej z nich.

Nie pamiętam ich twarzy ani imion i z całą pewnością nigdy nie zachowywałem numerów, które ukradkiem wpisywały na moją listę kontaktów, gdy sądziły, że nie patrzę.

Dziewczyna chwyta za krawędź krótkiego swetra i zdejmuje go przez głowę, odsłaniając legginsy z wysokim stanem.

Kurwa.

Nie ma stanika. Tylko bezkres gładkiej, oliwkowej skóry i wyraźnie zarysowane, szerokie biodra. Nad gumką w talii dostrzegam delikatny wałeczek i jego miękkość sprawia, że do ust napływa mi ślina.

Mój ulubiony rodzaj pieprzenia to właśnie taki, kiedy mogę zacisnąć palce, wbić je w sprężyste ciało i w miejscu chwytu zostawić po sobie siniaka… albo nawet pięć.

Długie, ciemne loki sięgające połowy pleców muskają skórę dziewczyny, gdy się porusza. Sunę spojrzeniem w dół, do tyłka, który aż błaga o to, żeby ująć go w dłonie, wymierzyć mu klapsa i napierać na niego przy wbijaniu się od tyłu w cipkę.

Oddycham coraz ciężej, kryjąc się w zacienionym korytarzu i nie przestając pożerać wzrokiem uczty, która sama się dla mnie przygotowuje. Istnieje tylko jeden powód, dla którego ta dziewczyna przebywa w moim domu, a jeśli trafiła tu w poszukiwaniu mojego kutasa, to zamierzam delektować się każdą sekundą zabawy z posiłkiem.

Zdejmuje resztę ubrań. Zsuwa opięte jak druga skóra legginsy razem z majtkami, odsłaniając się przede mną jeszcze bardziej. Nuci piosenkę i wydaje się kompletnie pochłonięta tym, co właśnie robi. Nieświadoma otoczenia.

Jestem już całkowicie twardy i muszę cicho, ostrożnie poprawić się w spodniach. Dziewczyna jest tak kurewsko seksowna, że z końcówki mojego kutasa już sączy się wilgoć. Unosi ręce, a ja nie mogę nie zauważyć małego tatuażu, cienkiej linijki tekstu po zewnętrznej stronie piersi. Jej cycki – widzę to nawet stąd, choć przecież dostrzegam ledwie zarys z boku – są ciężkie i pełne, stworzone do tego, by je torturować.

Pękam, kiedy się pochyla, by do końca zdjąć te grzeszne, dopasowane legginsy, i przez moment widzę od tyłu jej cipkę – miękkie wargi w kolorze brudnego różu.

Dokładnie w chwili, gdy jest już w pełni naga, lecz nadal w połowie pochylona, ruszam do przodu.

Długimi krokami w sekundę pokonuję dzielący nas dystans. Jedną dłonią otaczam jej szyję, żeby przyciągnąć ją do swojego torsu, a drugą sięgam do guzika i rozporka spodni. Kiedy to robię, moje knykcie muskają nagą skórę dolnej części jej pleców i u szczytu pośladków. Może potem naznaczę ten fragment jej ciała swoją spermą.

– Nie jest to właściwy sposób, by błagać o mojego kutasa, skarbie. Niegrzecznie tak wchodzić do czyjegoś domu bez zaproszenia – mówię, przyciskając usta do jej ucha. – Ale masz dziś szczęście. Jestem w nastroju do szczodrości. Więc może po obejrzeniu tego twojego małego przedstawienia nawet pozwolę ci dojść.

Sztywnieje niczym deska. Czuję, jak gorączkowo porusza się jej gardło pod moimi wytatuowanymi palcami. Puls trzepocze z boku szyi. W porównaniu ze mną jest niska – sięga mi ledwie do piersi. Jej głowa idealnie wpasowuje się w mój tors, a mój umysł już teraz szaleje na myśl o otwierających się perspektywach.

– Teraz przechylę cię i oprę na tym blacie, żeby wypieprzyć cię do utraty zmysłów… A potem łaskawie wyniesiesz się z mojej ziemi.

Piszczy, gdy nieco rozluźniam dłoń na jej gardle, zmniejszając nacisk na tchawicę. Unosi ręce i próbuje oderwać moje palce, lecz nie jestem w nastroju na nic, co nie byłoby moją wersją tej gry. Odwracam nas w stronę umywalki, żebyśmy oboje znaleźli się przodem do lustra.

Muszę zdusić jakiś pierwotny odgłos, który mi się wyrywa, kiedy po raz pierwszy widzę tę dziewczynę od przodu.

Kurwa, ma cudowne cycki. Twarde sutki odbijają się w szklanej tafli w delikatnym świetle lampy. Może to dlatego, że utknąłem na zimę w towarzystwie jedynie bydła i koni, ale natychmiast decyduję, że na pewno będzie runda druga. Nie odpuszczę okazji do spuszczenia się na te cuda. Do naznaczenia ich i delektowania się tym, jak mój kutas ślizga się tą miękką dolinką… Potem pozwolę jej odejść.

W końcu jest naga i czeka na mnie w moim domu.

Powinna uważać się za szczęściarę już choćby ze względu na to, że jestem zainteresowany pieprzeniem jej więcej niż raz.

Ustawiam nas dokładnie tak, jak mam na to ochotę. Jedną ręką trzymam ją mocno za szyję, podczas gdy drugą zdejmuję bokserki. Uwalniam obolałego kutasa i energicznie przesuwam po nim dłonią kilka razy, rozsmarowując preejakulat. Niech to szlag, jej cipka już na mnie czeka, a gorąco rozlewające się pomiędzy naszymi ciałami sprawia, że w głowie wiruje mi od niecierpliwego wyczekiwania.

Wyciąga przed siebie ręce, żeby oprzeć się o blat, kiedy zaciskam palce na jej gardle i pochylam ją w przód. W efekcie jej cycki zwieszają się nieco niżej, pełne i miękkie.

Ale to jej oczy…

Jej wielkie niczym u łani oczy wpatrują się we mnie w lustrzanym odbiciu.

Ciemne oczy, które wydają mi się dziwnie znajome. Bardzo znajome.

Byłem przekonany, że nie rozpoznaję tej dziewczyny, lecz teraz gorączkowo przeszukuję umysł, próbując ją gdzieś umiejscowić.

– Co jest, do cholery?! – skrzeczy spanikowana i spięta, gdy w końcu udaje jej się wydobyć z siebie głos. Jedną dłonią opiera się o umywalkę, a drugą próbuje oderwać moje palce od swojej szyi. – Wujek Stôrmand?

Zastygam w bezruchu.

Jezu.

Kurwa. Ja pierdolę!

Z dłonią na sztywnym, cieknącym kutasie gapię się na sutki swojej bratanicy.

Rozdział drugi

Briar

Drżę niczym kruchy liść, który zaraz zostanie porwany przez wiatr. Trzęsącymi się palcami nieporadnie próbuję zawiązać w talii pasek. Ten szlafrok jest zbyt cienki, zbyt krótki i zbyt jedwabny. I zdecydowanie bardziej nadaje się na temperatury panujące w Los Angeles.

Właściwie cała moja pośpiesznie spakowana walizka wypchana jest drogimi ubraniami pasującymi do słonecznego dnia w połowie lat osiemdziesiątych. Ubraniami kupionymi przez niego, ponieważ w takich właśnie powinnam być widywana u jego boku.

Nie dlatego, że rzeczywiście mi się podobały.

Na pewno nie jest to rodzaj garderoby odpowiedniej na górską sztukę przetrwania w zasypanej śniegiem chacie na odludziu. Jestem niemal pewna – a przynajmniej tak wnoszę ze skrobania, które usłyszałam, kiedy po raz pierwszy przestąpiłam próg – że w tych ścianach siedzą szczury.

Szarpię różowy pasek, by się upewnić, że jest porządnie zawiązany, po czym szybko upinam włosy w koczek i przyglądam się sobie uważnie ostatni raz. Oceniam, czy wyglądam choć w połowie na tyle przyzwoicie, żeby wyjść z łazienki.

Potem będę musiała rozgryźć, co tu się właściwie dzieje.

Przez dwadzieścia sześć lat dotychczasowego życia zawsze sądziłam, że najbardziej narażona na napaść we własnym domu byłam w czasie mieszkania w Palisades. A nie pół godziny po przyjeździe na jakieś pieprzone zadupie o nazwie Crimson Ridge. I nie w wykonaniu gigantycznego, wytatuowanego mężczyzny, który niemal zrobił dziurę w ścianie, próbując się ewakuować z tej łazienki tak szybko, jak tylko pozwalają na to ludzkie możliwości.

Mój wujek.

Z technicznego punktu widzenia należałoby chyba powiedzieć, że to przybrany wujek. Przybrany brat mojego ojca. Dorastali razem w tej samej rodzinie zastępczej, ale zerwali ze sobą kontakt. Jednak mimo wszystko… Wujek Stôrmand to ostatnia osoba, jaką spodziewałam się ponownie zobaczyć.

A teraz? Teraz już wiem. Wiem, jak to jest czuć jego ręce na moim nagim ciele. Wstyd zalewa mnie gwałtownie, rozprzestrzenia się lepką falą aż po koniuszki palców u stóp. Ponieważ… nawet nie drgnęłam.

Ani wtedy, gdy mnie chwycił, ani kiedy warknął mi do ucha.

Co gorsza, dopóki wreszcie nie rozpoznałam mężczyzny, którego nie widziałam od ponad dekady, podobało mi się to, co widziałam.

Jezu, pieprzony burdel, w jaki zmieniło się moje życie w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin, musiał się na mnie odbić bardziej, niż sądziłam.

Przez krótką chwilę czułam jedynie ulgę i niecierpliwe wyczekiwanie zderzające się z uzależniającym wyrzutem adrenaliny. Przelotny moment niepoczytalności zacisnął w pięści każdą pozostałą komórkę mojego mózgu, zupełnie tak samo jak męskie dłonie zacisnęły się na moim ciele i przejęły nad nim kontrolę.

To pewne – taki mężczyzna doskonale wie, jak pieprzyć kobietę.

Stąd właśnie ulga. Nawet jeśli to czysto cielesne doświadczenie byłoby dziełem rąk nieznajomego, mogłabym się dowiedzieć, jak to jest dać mojemu ciału to, czego pragnie… Pragnęłam tego od bardzo dawna, ale nigdy nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Ani nawet jakie mogłoby to być uczucie.

O Boże…

Skoro w ogóle dopuszczam, by tego rodzaju szalone myśli zapuściły we mnie korzenie, to zdecydowanie jestem niewyspaną, wyczerpaną psychicznie wariatką.

Stopy niosą mnie ostrożnymi, maleńkimi krokami w stronę miejsca, skąd dobiega powodowany przez wujka hałas. Brzmi to tak, jak gdyby we wnętrzu chaty szalała dzika bestia. Przerażające stworzenie, które wymknęło się z klatki.

Obejmując się ramionami, zaciskam palce na cienkim niczym opłatek szlafroku, zupełnie jakby nadal groziło mi odsłonięcie przed mężczyzną całego ciała.

Oświetlenie tutaj jest delikatne, ciepłe, wyrozumiałe dla moich piekących, zmęczonych oczu. Świeci się tylko para nagich żarówek. Jedna wisi w niewielkim aneksie kuchennym ze zlewem umieszczonym poniżej wąskiego okna. Druga dynda na kablu nad skórzaną kanapą w kształcie litery „L” ustawioną przed kominkiem.

W LA nazwaliby ten styl rustykalnym szykiem.

Tutaj, jak podejrzewam, nie ma w tym nic zamierzonego. To po prostu wnętrze starej, zaniedbanej chaty.

Wujek Stôrmand kuca przed trzaskającym teraz w kominku ogniem i metodycznie dokłada do niego kolejne kawałki drewna. Nie patrzy w moją stronę.

Zastanawiam się, czy często tu przyjeżdża.

Nadal nie rozumiem, dlaczego tu jest.

Ten tydzień przyniósł ze sobą okropny bałagan i jestem zbyt zmęczona po całodziennej podróży. W kończynach mam takie dziwne wrażenie, jakbym zawisła w jakiejś bliżej nieokreślonej przestrzeni. Pod powiekami czuję piasek. Łeb pęka.

Kiedy w końcu udało mi się tu dotrzeć, znaleźć kryjówkę na klucz i wejść do środka, wystarczyło mi jedno spojrzenie na puste, okopcone palenisko, żebym niemal się rozpłakała.

Nie znam się na tym wszystkim. Nie znam się na rozpalaniu ognia ani na śniegu. Nie wiem, jak sobie poradzić bez zasięgu telefonicznego.

Mój plan ucieczki wydawał się uroczy i idealny, dopóki tu nie dotarłam – drżąc w ciemności – i nie zorientowałam się bardzo szybko, że wyszłam naprawdę daleko poza granice własnego komfortu. Tak daleko, że to nawet nie jest śmieszne.

Czy nieco mi ulżyło, że mój wujek tu jest i może mnie uchronić od zatonięcia we własnej niekompetencji? A mówiąc bardziej konkretnie – od zamarznięcia na śmierć?

Być może.

Czy powinnam przestać gapić się na jego tyłek w tych jeansach?

Zdecydowanie.

Ciężko przełykam ślinę i odwracam wzrok. To takie popieprzone.

Dziesięć minut temu ten mężczyzna prawie wziął mnie siłą.

To brat mojego ojca.

Przybrany brat – tylko na tym w tej chwili radośnie fiksuje się mój głupi, pokręcony mózg.

Boże.

Potrzebuję drinka. Lepiej, żeby było tu coś do picia.

– Szafka po prawej stronie zlewu. Szklanki są obok kuchenki – mówi głębokim, ochrypłym głosem, choć praktycznie całą uwagę skupia na ogniu.

Nie jest to ton, do którego przywykłam. Szorstki i burkliwy.

Mężczyzna klęczy na jednym kolanie, kiedy dorzuca kolejne kawałki drewna na rozpałkę do powoli rosnących płomieni. Materiał spodni rozciąga się na jego pośladkach i udach… do których moje spojrzenie ciągle ucieka, bo najwyraźniej mam znacznie bardziej nierówno pod sufitem, niż sądziłam.

Obracając się wokół własnej osi, rozglądam się po otoczeniu. Cały staromodny aneks kuchenny ma może ze cztery stopy szerokości i jest śmiesznie mały w porównaniu z ostentacyjną rozległością lśniącego, białego marmuru, przed którym uciekłam dwa dni temu.

Otwieram nieco wykrzywioną szafkę i odkrywam kilka butelek alkoholu ze sfatygowanymi etykietami.

Whiskey?

Tak, to po whiskey sięgają moje palce, ponieważ jestem w końcu w krainie kowbojów. Następnie zdejmuję szklankę z półki obok kuchenki.

Zastanawiam się, czy powinnam nalać również jemu.

Kurewsko mi zimno. Muszę wygrzebać z walizki więcej ubrań. Muszę naładować telefon. Muszę wymyślić, co, do cholery, zrobić ze swoim życiem.

Mój wujek nie mówi nic więcej. Nie próbuje zacząć rozmowy, przeprosić ani zrobić nic choćby odrobinę normalnego w związku z tym, co się niedawno wydarzyło. Ja sama też nie wiem, co właściwie powinnam powiedzieć.

Miło z jego strony, że rozpalił dla mnie ogień, lecz nie mam zielonego pojęcia, dlaczego w ogóle tu jest.

Ta chata należy – należała – do mojego ojca. Zostawił ją mnie. Przed swoją śmiercią nie rozmawiał z bratem przez dziesięć lat. Ani razu od czasu jej pogrzebu.

– Też chcesz? – pytam.

W skupieniu nalewam sobie jedną miarkę alkoholu, ale potem mówię w myślach „pieprzyć to!” i chlustam więcej. Mam nadzieję, że wypali wspomnienia o tym gnojku, którego za sobą zostawiłam, i znokautuje mnie tak, żebym mogła się przespać.

Wujek nadal się nie odzywa. Z rękami splecionymi na ugiętej w kolanie nodze wpatruje się w płomienie.

Upijam łyk i pozwalam sobie swobodnie błądzić wzrokiem ponad krawędzią szklanki. Tańczące smugi światła w kolorach pomarańczu i złota liżą ogorzałą twarz mężczyzny, odsłaniając grzesznie pociągającą linię tuszu na boku szyi i srebrne kółeczko w skrzydełku nosa. Drgające cienie podkreślają włosy w kolorze brudnego blondu. Niesforne, lekko wijące się kosmyki są dziko potargane, jakby wielokrotnie przeczesywał je palcami.

Ma na sobie grafitową koszulkę z długimi rękawami. Jest nieco podniszczona, znoszona, szorstka. Zupełnie jak ta ponura energia, która go otacza. Materiał ciasno otula szerokie ramiona, a moje myśli biegną w bardzo, bardzo niewłaściwym kierunku, kiedy do mnie dociera, jak wielki jest ten mężczyzna. Podciągnięte rękawy odsłaniają szeroką skórzaną bransoletkę na prawym nadgarstku i dwa grube koncentryczne pierścienie wytatuowane na lewym. Gdy wrzuca do ognia nieco większy kawałek drewna, na jego palcu wskazującym i kciuku miga srebro.

Błysk metalu przyciąga moją uwagę do poznaczonych żyłami, potężnych dłoni, które… kilka minut temu zaciskały się na mojej szyi, pozbawiając mnie zdolności formowania słów. A to, jak rządził moim ciałem, wpływało na mnie w sposób, w jaki zdecydowanie nie powinno było.

Jego ręce są ozdobione wykonanymi tuszem napisami. Z tej odległości nie potrafię ich rozszyfrować, ale widzę, że pasują do tych na gardle. Kiedy uczucie gorąca wywołane pośpiesznie przełkniętą whiskey rozlewa się w moim brzuchu, mieszając z innym doznaniem, którego absolutnie nie powinno tam być, zastanawiam się, jak duża część kryjącej się pod ubraniami skóry tego mężczyzny jest wytatuowana.

Briar Indigo Lane, musisz się wziąć w garść. W tej, kurwa, chwili!

Wujek. Pamiętasz?

To twój wujek.

Jak bardzo muszę być żałosna i spragniona dotyku, skoro widok jakiegokolwiek mężczyzny, zwłaszcza mojego wujka, wzbudza we mnie takie uczucia?

Powstrzymuję dreszcz, od którego szczękają mi zęby. Potrzebuję prywatności, żeby otworzyć walizkę i znaleźć cieplejsze ubrania. Priorytetem są przynajmniej skarpetki. Przestępując z nogi na nogę, upijam – czy raczej szybko przełykam – kolejny haust whiskey.

Jestem jednak hiperświadoma tego, że mój wujek wydaje się wcale nie śpieszyć do wyjścia, a panująca między nami cisza jest tak niezręczna, że sama nie wiem, od czego miałabym zacząć.

Jakaś część mnie ma nadzieję, że skończy rozpalać w kominku, a potem zniknie.

Na pewno tu nie zostanie… Prawda?

Zupełnie niewłaściwa iskra rozbłyskuje gdzieś z tyłu mojej głowy. Głos, który odzywa się w mojej głowie, jest niebezpiecznie kuszący i aż nazbyt chętny, by uwierzyć, że ten mężczyzna mógłby zostać tu ze mną w gęstniejących cieniach nocy.

Nie ufam tej suce ani trochę. To królowa beznadziejnych decyzji.

Pochłaniam kolejny łyk i czuję, jak ciepło pali w mojej piersi, a następnie rozlewa się żyłami. Mężczyzna nagle zaczyna się podnosić. Uważnie obserwuję, jak wstaje i rusza przez pokój. Lodowatoniebieskie oczy spoglądają prosto w moje, gdy przyglądam mu się znad krawędzi szklanki.

Nie zatrzymuje się, nadal idzie w moją stronę. Gniewnie. Groźnie. Każdy krok do przodu jest hipnotyzujący i niebezpieczny, a także sprawia, że moje ciało reaguje w sposób, do którego nie ośmielam się przyznać.

Och, słodki Jezu!

Jestem w stanie jedynie przywrzeć do popękanego blatu, pozwalając mężczyźnie zrobić to, czegokolwiek w tej chwili pragnie.

Kiedy jest tak blisko, zalewa mnie jego zapach: dym, cytrusy i korzenne przyprawy. Moje palce zaciskają się na szklance, którą przyciskam teraz do piersi.

Jestem uwięziona w emanującym z niego strumieniu czerni. Jest w nim coś drapieżnego. Ekscytującego. Dzikiego.

Wytatuowane palce sięgają gdzieś za mnie. Przód jego koszulki ociera się o moje knykcie, a widniejąca na jego szyi wyrazista, mocno nasycona tuszem róża, której detale podkreślają czerń i szarość, znajduje się teraz tak blisko, że widzę zarost poniżej linii jego szczęki.

Potem jednak – równie szybko, jak najechał mój zdrowy rozsądek – mężczyzna prostuje się i cofa. Tym razem ma w dłoni butelkę.

– Sypialnia jest cała twoja – rzuca z pomrukiem.

Pociąga z gwintu. Jego jabłko Adama podskakuje, gdy ciężko przełyka alkohol.

Odwraca się i długimi krokami prędko opuszcza pokój. Wytatuowaną dłonią zgarnia kurtkę, po czym się zatrzymuje, podnosi parę ciężkich wojskowych butów, wychodzi w noc i zatrzaskuje za sobą drzwi.

A ja zostaję… oddychając ciężko i zastanawiając się, o co w tym wszystkim, do cholery, chodziło.

Rozdział trzeci

Briar

Otwieram jedno oko. Mam wrażenie, że zaraz odpadnie mi nos. Jakbym się przeprowadziła na Alaskę, a nie do Montany. W ciągu nocy musiałam trzy razy wstać, żeby włożyć na siebie kolejne warstwy ubrań.

Przypominam w tej chwili ludzką piankę marshmallow. Kołdrę podciągnęłam aż pod brodę i nie mam najmniejszej ochoty wyplątywać się z ciepłego kokonu.

Na myśl, że czeka mnie próba rozgryzienia, jak rozpalić w tym głupim kominku, przepełnia mnie przerażenie. Będę też musiała samodzielnie zjechać z tej góry do Crimson Ridge i nie wpaść po drodze w przepaść ani nie zginąć w wypadku samochodowym.

Wydaje mi się, że jedynym, co sprawiło, że przeżyłam wczorajszy wjazd tutaj, był koktajl gniewu, desperacji i wyczerpania.

Moje malutkie autko z wypożyczalni jest podobno wyposażone w opony zimowe, ale nawet ja wiem, że nie sprawdza się w tak odległych, górskich okolicach. Prowadzenie samochodu zderzak w zderzak po zakorkowanych autostradach i wleczenie się po podmiejskich asfaltach w godzinach szczytu nie przygotowuje cię na szutrowe drogi, lód czy nieustanne przerażenie, że w każdej chwili może ci wyskoczyć przed maskę jakieś dzikie zwierzę.

Przynajmniej na razie jestem jednak bezpiecznie ukryta pośród sosen oraz śniegu. Wyjechałam, nikomu nie powiedziawszy, dokąd się wybieram. W dodatku na szczęście mam kartę kredytową na własne imię i nazwisko, więc nikt nie może jej namierzyć. Może komuś w końcu uda się powiązać treść testamentu z moim zniknięciem, lecz szczerze mówiąc, oni wszyscy chcą mnie z powrotem tylko z jednego powodu.

Pieprzyć ich, skończyłam z robieniem za zwierzątko domowe.

Skończyłam z życiem w kłamstwie i siedzeniem w złotej klatce.

Mogą się gonić. Mogą sobie wziąć te swoje rozgrywki o władzę oraz korporacyjne imperia i je sobie wsadzić.

Nic dziwnego, że mój wujek się odciął i nigdy nie oglądał za siebie.

Może właśnie z tego powodu postanowił już nie spotykać się z moim ojcem po tym, jak się pokłócili i zerwali kontakty. Ja z pewnością nie zamierzam nigdy więcej rozmawiać z kimkolwiek z mojej rodziny, jeśli tylko będzie to możliwe.

Stôrmand Lane ani trochę ich nie przypomina. Jest inny pod tak wieloma względami…

Nie.

Nie, Briar. Musisz skończyć z tym gównem. Twój głupiutki móżdżek naprawdę nie powinien się na niczym fiksować ani dostawać obsesji w tych niezwykłych okolicznościach.

To, co się wczoraj wydarzyło, było z jego strony oczywistym nieporozumieniem kosmicznych rozmiarów. Wszystko, co się stało, co zrobił, było jedynie wypadkiem. Gdy tylko się zorientował, kim jestem, zaczął ode mnie uciekać, i to na złamanie karku. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle się tu pojawił. Jedyne wyjaśnienie, na które wpadam, kiedy leżę rozbudzona w łóżku o trzeciej w nocy, brzmi: może używa tej chaty do schadzek? Może się spodziewał, że w ciemności czeka na niego inna kobieta?

Boże, muszę przestać myśleć o jego rękach na moim ciele. O tym, jak ten ułamek sekundy wypełniony jego szorstką dominacją wystarczył, żeby moje wnętrzności rozpłynęły się z pożądania.

To niewłaściwe. Dogłębnie złe.

Może w tej zabitej dechami dziurze uda mi się znaleźć jakąś uroczą kafejkę, w której da się złapać zasięg telefoniczny albo wi-fi, i zainstaluję sobie jedną z aplikacji randkowych. Nigdy z żadnej nie korzystałam, ale najwyższy czas, żebym się tego nauczyła.

Nie mam złamanego serca. Jestem wkurwiona, a moja cipka zasługuje na trochę uwagi. Minęło bardzo, bardzo wiele czasu, od kiedy zaczęłam mieć za towarzystwo jedynie wibrator.

Co oczywiście wyjaśnia, dlaczego zareagowałam tak a nie inaczej ubiegłej nocy. Nie było żadnego innego powodu.

Zaciskam palce na grubym kocu. Wymiary pokoju ledwo pozwalają pomieścić w nim podwójne łóżko, ale ono w niczym nie przypomina królewskiego łoża, jakie miałam tylko dla siebie w Kalifornii. Gdyby na tym materacu miały się zmieścić dwie osoby, leżałyby praktycznie jedna na drugiej.

Może o to właśnie chodzi.

W szarówce poranka wędruję wzrokiem po pomieszczeniu. Proste, funkcjonalne wyposażenie. Wysoka komoda i szafa, obie z drewna. Lustro na ścianie naprzeciw łóżka to jedyny przedmiot choć zbliżony do dekoracji. W każdym calu klimat chaty z bali.

Nie ma tu nic, co by sugerowało, kto ostatnio korzystał z tego miejsca. Z pewnością nie był to mój ojciec. Erik Lane gustował raczej w atmosferze nabrzeża Malibu i restauracjach z gwiazdką Michelin, w których mógł wymieniać uściski dłoni z zadufanymi w sobie ludźmi. Wątpię, że kiedykolwiek postawił tu stopę, lecz z jakiegoś powodu ta nieruchomość trafiła w ręce naszej rodziny, a ja ją odziedziczyłam. Dobrze przynajmniej, że – jak wynika z testamentu – tata przekazał ją wyłącznie mnie w ramach spadku. To jedyna dobra rzecz, jaką dla mnie zrobił. Dał mi miejsce, do którego mogłam uciec, by się ukryć, gdy cały mój świat nagle implodował.

Boże, nadal widzę tę neonowofioletową bieliznę upchniętą w kieszeni jego garnituru. Ten widok wypalił mi się na siatkówce.

Cierpnie mi skóra.

Okazuje się, że kiedy już wiedziałam, czego szukam, wystarczyło mi kilka minut, by odkryć, jakim zdradzieckim palantem jest Antoine. W dodatku na tyle bezczelnym, że nawet nie próbował ukryć swoich poczynań.

Chciał zostać przyłapany? A może po prostu uważał mnie za żałosną i był przekonany, że albo nigdy się nie dowiem, albo – nawet jeśli mi się uda – nie będę chciała robić zamieszania i się z nim nie skonfrontuję?

Czyżby oczekiwał, że się odwrócę i spojrzę w inną stronę?

Ech… Nie mogę uwierzyć, że skończyłam jako zdradzana dziewczyna.

Co gorsza, pozwoliłam sobie związać się z facetem, który – jak tak teraz o tym myślę – już zawsze będzie ogromnym dupkiem.

Jestem sobą niebywale rozczarowana.

Głośno wypuszczam powietrze z płuc i decyduję się stawić czoła dniu.

Użalanie się nad sobą nie zmieni faktu, że pozwoliłam sobie wejść w relację z gościem nazywającym się Antoine Montgomery III. Czy raczej – jeśli chcemy być bardziej precyzyjni – pozwoliłam swojej beznadziejnej rodzinie wmanewrować mnie w ten związek pod pretekstem koneksji i interesów. Rodzina Montgomerych to ten typ ludzi, z którymi mój ojciec uwielbiał grać w golfa albo o których „przypadkowo” wspominał w rozmowach. Gdzieś w tym wszystkim starałam się samą siebie przekonać, że mogłabym polubić Antoine’a. Jeśli wystarczająco często ci wmawiają, że coś takiego jak miłość czy bratnie dusze nie istnieje, że liczą się tylko biznes i koneksje oraz przekazanie dziedzictwa zbudowanego na wielopokoleniowych imperiach, w końcu ulegasz i zaczynasz w to wierzyć.

Moja siostra jest osobą, która szczególnie uwielbia grać na emocjach innych, rozdrapując ich rany. Przy każdej okazji wbijała mi kolejne ostrza. „To niewielkie poświęcenie po tym, co zrobiłaś”. Mój ojciec z kolei miał przed oczami jedynie dolary medialnego imperium Montgomerych, a rodzina Antoine’a – władzę wynikającą ze współpracy z Lane Enterprises.

Przebiega mnie dreszcz, kiedy myślę o tym, że wytrzymałam trzy lata pod jednym dachem z tym kutasem. Trzy lata udawania idealnej ozdoby uzupełniającej jego życie. W tej chwili nawet wspomnienie jego nazwiska sprawia, że chce mi się rzygać.

Wysuwam stopy spod kołdry. Lodowate powietrze zdecydowanie nie zachęca do wyjścia z łóżka. Mam na sobie dwie pary legginsów włożone w trzy pary skarpet, a mój tors okrywa więcej warstw, niż mogę zliczyć.

Chucham w dłonie i otwieram drzwi sypialni. Uderza we mnie fala ciepła, jakbym właśnie weszła w strumień powietrza z suszarki do włosów. Sypialnia za moimi plecami przypomina teraz restauracyjną chłodnię. Podczas gdy przede mną, po drugiej stronie moich wcześniej zamkniętych drzwi, wnętrze chaty wypełnia przytulne ciepło.

Naczynia podźwiękują w ten charakterystyczny wilgotny sposób, w jaki robią to podczas mycia, a z kuchni dobiega skwierczenie. Kurewsko zdezorientowana ponownie przechodzę cicho korytarzem – o ile można go tak nazwać, skoro to ledwie kilka krótkich kroków – i odkrywam, że w pomieszczeniu znajduje się mój wujek.

– Eee… Cześć? – odzywam się.

Unoszę rękę i szybko przeczesuję włosy palcami, wsuwam za ucho kilka luźnych pasem. Czy śliniłam się przez sen i teraz mam ślady na twarzy? Szybko ocieram kąciki ust rękawem. Próbuję patrzeć gdziekolwiek, byle nie na szerokie barki stojącego przy zlewie mężczyzny.

Ma na sobie flanelową koszulę w kratę w kolorach krwistej czerwieni i grafitu, rękawy podwinął do łokci. Z miejsca, gdzie się zatrzymałam, widzę jedynie zarys mięśni napinających się pod krawędzią wyblakłego materiału.

– Kawa jest tam, jeśli masz ochotę – rzuca mrukliwie, nie odwracając się.

Czy mam ochotę? Mój żołądek burczy, kiedy tylko zapach tego czegoś, co się właśnie gotuje, dociera do mojego nosa. Wydaje się tłuste i pyszne. Mogę mieć jedynie cichą nadzieję, że gdy mój wujek już zje, zostaną jakieś resztki, które będę mogła podkraść.

Mgliście sobie przypominam, że jakoś wczoraj po południu zatrzymałam się w barze na granolę, lecz nie zrobiłam po drodze zakupów. Byłam tak ogarnięta mdłościami i obrzydzeniem do samej siebie, że liczyło się dla mnie jedynie dotarcie do celu podróży gdzieś w górach.

Kiedy chwytam za dzbanek i nalewam desperacko mi potrzebnej kawy do wyszczerbionego kubka czekającego już na blacie, mój mózg zaczyna poprawnie funkcjonować.

Dlaczego on gotuje w mojej chacie?

Dlaczego w ogóle tu jest?

– Dziękuję – mówię i upijam duży łyk.

Gorzka czarna kawa zdecydowanie nie jest tym, czego pragną moje kubki smakowe, ale zawsze to kawa, więc biorąc pod uwagę okoliczności, cieszę się, że przynajmniej jest ciepła.

Mężczyzna kontynuuje opłukiwanie naczyń w zlewie. Stawia je na sfatygowanym, zużytym ociekaczu. Zamiast odpowiedzieć, milczy jak grób.

Ogień trzaska głośno. Wślizguję się na siedzisko przy malutkim drewnianym stole. Ten kącik jest tak niewielki, że zmieszczą się tu góra dwie osoby, lecz za to roztacza się z niego zapierający dech w piersiach widok na lśniący w promieniach porannego słońca świat.

Zupełnie jakbym obudziła się w bajce albo w śniegowej kuli. Niemal spodziewam się Królowej Śniegu podjeżdżającej w ciągniętych przez renifery saniach i proponującej mi turecki przysmak rachatłukum. Sosny – tak wysokie, że przyprawiają o zawrót głowy – mają igły oprószone białym puchem. Wokół chaty leżą śnieżne zaspy. W oddali widzę pnący się do nieba długi grzbiet z czerwonawej skały.

Crimson Ridge1.

– Pięknie tu – stwierdzam głośno, czym zaskakuję samą siebie, i zaciskam palce na kubku. – Mieszkasz gdzieś niedaleko?

Kiedy przenoszę wzrok na wielkiego niczym góra mężczyznę wypełniającego przestrzeń niewielkiego aneksu kuchennego, mój uśmiech blednie. Ramiona ma splecione na piersi, przeszywająco błękitne oczy są wpatrzone we mnie, a jego górna warga wygina się w gniewnym grymasie.

– Czy ty sobie, kurwa, kpisz?

Chyba nieco blednę w reakcji na to warknięcie.

– Słucham?

– Powiedziałem wyraźnie. Czy. Ty. Sobie. Kurwa. Kpisz?

Poprawiam się na siedzisku, rozglądając dookoła. Zastanawiam się, czego on ode mnie oczekuje.

– Przepraszam. Nie chciałam być niegrzeczna ani nic… Jestem tylko ciekawa. Nigdy wcześniej tu nie byłam i nie chcę wyjść na niewdzięczną. Dziękuję, że rozpaliłeś ogień…

Wskazuję w kierunku płomieni i ośmielam się zerknąć w stronę wujka.

– Nie zrobiłem tego dla ciebie, skarbie. – W jego tonie pobrzmiewa drwina.

Spotkałam go jedynie kilka razy. Ciągle podróżował, korzystał z uroków życia gwiazdy rodeo, a mój ojciec nie był szczególnie blisko z przybranym bratem. A potem z jakiegoś powodu, kiedy miałam około szesnastu lat, sytuacja jeszcze się pogorszyła i tata nam powiedział, że nigdy więcej nie będziemy mieli nic wspólnego z wujkiem Stôrmandem.

„Wypowiedz jego imię w tym domu, a cię wydziedziczę”. Do tej pory pamiętam tę jego przerażającą wściekłość. Ślinę cieknącą z kącików ust. Rumieńce barwiące policzki czerwienią. Dla młodej dziewczyny był to straszny widok. Na pewno wystarczający, bym parę razy się zastanawiała, co takiego zrobił mój wujek, że było to tak niewybaczalne.

A teraz jesteśmy tutaj. Razem. Sam na sam w chacie na zboczu góry. A on wygląda, jakby był gotowy skręcić mi kark.

O Boże! Czy powinnam się martwić, że jestem tu z nim sama? Ma skłonności do przemocy? Jest kryminalistą?

Nagle wraca do mnie wspomnienie jego palców na moim gardle, a moje ciało mimowolnie się rozgrzewa.

To takie popieprzone. Takie. Popieprzone.

– Ja po prostu… Nie wiem, dlaczego tu jesteś – mamroczę.

Przesuwam palcem wskazującym po wyszczerbionej krawędzi brązowego kubka. W sumie podoba mi się to, jak ostra krawędź ceramiki wbija się w skórę opuszki. Naczynie jest uszkodzone, lecz jednak wytrzymałe, uparcie wciąż w jednym kawałku wygląda niczym relikt lat osiemdziesiątych.

– Dlaczego ja tu jestem? – powtarza moje pytanie i mrużąc te swoje niemożliwie błękitne oczy, przechyla głowę w bok.

– Tak. To znaczy… Nie wiedziałeś, że przyjadę… Podjęłam decyzję pod wpływem chwili.

Wzruszam ramionami. Im dłużej przygląda mi się groźnym wzrokiem, tym bardziej moje policzki płoną.

– Nie jestem pieprzonym dżentelmenem – odpiera – ale nawet ja wiem, że to niezbyt grzeczne wyrzucać kogoś na zbity pysk u końca mroźnej zimy.

Moje usta się otwierają, a potem zamykają.

– Co?

– Gówno mnie obchodzi, że jesteś moją bratanicą, rodziną czy jeszcze kimś innym, ale nie mam nastroju na ten bajer, jaki mi tu wciskasz… Pozwolę ci więc wypić kawę i coś zjeść, a potem odwiozę cię do Crimson Ridge.

Odwraca się i wykłada zawartość patelni na talerze, po czym agresywnie szarpie za szufladę, a ta otwiera się z głośnym łupnięciem. Sztućce dzwonią, kiedy wujek wyjmuje noże i widelce.

Mnie tymczasem kręci się w głowie.

Instynkt każe mi się ruszyć bez tracenia czasu na myślenie. Podrywam się z miejsca i pokonuję kilka stóp dzielących mnie od aneksu kuchennego, nie oglądając się na nic i nie formułując w głowie planu, jak powinnam odpowiedzieć.

– Słucham? Nigdzie się nie wybieram. Dziękuję ci za pomoc, wujku… – Wzdrygam się wewnętrznie, gdy to słowo wypływa z moich ust, zwłaszcza w kontekście tego, w jak „nierodzinne” sfery wędrowały moje myśli od ostatniej nocy. – Ale będę cię musiała poprosić, żebyś wyszedł.

– Wyszedł? – Wybucha groźnym śmiechem. Jego chłodny dźwięk odbija się echem w niewielkim wnętrzu. – Niezłe z ciebie ziółko. Założę się, że Erik cię do tego namówił. Mam rację?

– Trudno by było, żeby nieżyjący człowiek mnie do czegokolwiek namówił.

Zgrzytam zębami. Zastanawiałam się, czy mój wujek słyszał o śmierci brata. Nie został zaproszony na pogrzeb, a biorąc pod uwagę, jak bezlitośnie mój ojciec odciął go od naszej rodziny, założyłam, że pewnie nie wiedział. Albo że nawet jeśli wiedział, to po prostu go to nie obchodziło.

Jego szerokie ramiona się unoszą, kiedy nimi wzrusza. Co ma znaczyć ten gest? To wyraz współczucia? Przeprosiny? Nie jestem pewna, czy tak naprawdę kochałam ojca, lecz był moim rodzicem, a gdy odchodzi rodzic, zostajesz z całym mnóstwem skomplikowanych emocji.

Nieważne, jak bardzo zranił cię za życia.

Mój wujek się odwraca i wkłada mi talerz w dłoń, po czym przeciska się obok mnie. Kilka plastrów ekstrachrupkiego bekonu. Jajecznica. Pokrojony w trójkąty tost.

Czy chce mi się śmiać? Płakać? Od lat na śniadanie wolno mi było jedynie wypić zielone smoothie.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam chleb.

Tak właśnie wygląda próżne życie w Los Angeles, w blasku imperium Lane Media. Życie pod czujnym okiem miliona obserwatorów i setek migawek aparatów trzaskających na każdym kroku. Odkąd nauczyłam się chodzić, wbijano mi do głowy, że zawsze jest ktoś, kto cię obserwuje.

Dlatego też spędziłam całe dorosłe życie uzbrojona w armię dietetyczek, prywatnych szefów kuchni oraz specjalistów wellness – liderów kryjącej się za piękną fasadą sekty, kłaniających się przed ołtarzem szczupłej sylwetki. Niech żyją najnowsze trendy i oby nie przeszło ci przez usta coś, co aktualnie uznano za „niezdrowe”.

I broń Boże, żebyś była z natury krągła, nieważne, ile godzin spędzasz na siłowni albo jak bardzo unikasz węglowodanów.

Geny mojej mamy okazały się jednak bardzo silne i uwielbiam to w sobie. To inni wydawali się krzywić na widok moich bioder, ud i piersi, jakby mieli przed sobą trudne zadanie rachunkowe do rozwiązania. Tymczasem moja siostra została pobłogosławiona strukturą kostną gazeli, odziedziczoną zapewne po nieznanej rodzinie mojego ojca sprzed jego adopcji. Nie mogłybyśmy się bardziej różnić, nawet gdybyśmy spróbowały.

Dociera do mnie, że mój wujek usiadł przy maleńkim stoliku pod oknem. Jeśli chcę zachować choć resztki nadziei, że to wszystko jakoś się wyjaśni, nie mam innego wyjścia niż do niego dołączyć.

– Zamierzasz mi chociaż odpowiedzieć? – pytam, po czym kładę talerz na blacie i splatam ramiona na piersi.

Dopóki stoję, czuję, że mam w tej rozmowie choć odrobinę kontroli.

Stôrmand Lane jest cholernie imponujący.

Z jednej strony wygląda jak gigant w kąciku śniadaniowym dla karłów, ale z drugiej sprawia wrażenie, jakby idealnie pasował do tego miejsca.

To dezorientujące. Trudne do pojęcia. Wcale mi się nie podoba.

Tak samo jak nie podoba mi się to, że mrowi mnie skóra tuż pod powierzchnią, kiedy znajduję się blisko niego. Gdy tak tu stoję, moje oczy w żadnym wypadku nie powinny nieustannie błądzić po tatuażach pokrywających jego przedramiona i dłonie. Żyły i wyrzeźbione mięśnie odsłonięte przez podwiniętą do łokci koszulę są zbyt kuszące, żeby mogło mi to wyjść na zdrowie.

A jednak moje spojrzenie biegnie do tuszu zdobiącego knykcie prawej dłoni. Litery umieszczone na kolejnych palcach, od małego do kciuka, układają się w słowo: STORM2.

– Moja bratanica chce wiedzieć, dlaczego tu jestem? – mówi z pełnymi ustami.

Znowu ze mnie kpi.

– Tak – odpieram i przenoszę ciężar ciała na jedną nogę.

– To moja chata, skarbie… Mój dom. – Odchyla się na oparcie i wbija we mnie przeszywające spojrzenie zimnych niczym lód oczu. Popija jedzenie łykiem kawy. – Więc prawdziwe pytanie, na które chciałbym usłyszeć od ciebie odpowiedź, czy może raczej usprawiedliwienie, brzmi: dlaczego, do diabła, weszłaś nielegalnie na mój teren?

Rozdział czwarty

Storm

– Weszłam nielegalnie na twój teren? – pyta piskliwie.

Oczy mojej bratanicy otwierają się szeroko, a usta rozchylają się w sposób, który sprawia, że mocno zaciskam szczęki. Nie da się patrzeć na jej wargi i nie myśleć o innych częściach ciała. Zakazanych częściach, które mają taki sam odcień brudnego różu i których nie powinienem był nigdy zobaczyć. Ale teraz już wiem.

Wiem, jak wygląda cipka Briar Lane. Wiem, jak ciężkie i pełne są jej cycki pod tym jej grubym swetrem. Wiem zbyt wiele o dziewczynie siedzącej teraz w moim domu, pijącej moją kawę, spożywającej moje jedzenie i mówiącej do mnie, jakby to miejsce do mnie, kurwa, nie należało.

Plecy napieprzają mnie po tym, jak ubiegłej nocy zaznałem dokładnie zero snu na kanapie. W głowie mi dudni, jakby ktoś walił młotem w kowadło, ponieważ wcześniej osuszyłem butelkę whiskey, siedząc w aucie.

Co, na rany Chrystusa, miałem zrobić?

Zostałem tam, w ukryciu, mając za towarzystwo jedynie własne zdeprawowane myśli, aż uznałem, że dziewczyna poszła do łóżka i mogę bezpiecznie wrócić do środka.

Niech to, kurwa, szlag!

– To ty zakradłeś się w ciemności i rzuciłeś na mnie w łazience – prycha, a na jej policzki wypływa rumieniec.

– Mówi dziewczyna, która włamała się do mojego domu. Masz szczęście, że nie byłem w gorszym nastroju.

Wcale nie myślę o niej nagiej i pochylonej przede mną. Ani trochę.

– Przecież się nie włamałam. Mam klucz.

– Kradzież zapasowego klucza ze skrytki nie oznacza prawa do wejścia do czyjegoś domu.

– O mój Boże! Nie możesz tego mówić poważnie! – Siada, głośno wypuszczając powietrze, i pociera skronie. – To moja chata. Mój majątek… czy jak, do diabła, nazywa się takie miejsce. Czego tu nie rozumiesz?

– Wybacz, ale myślę, że się mylisz – odpowiadam przeciągle. Biorę kolejny duży łyk kawy i odsuwam pusty już talerz, zauważając przy okazji, że Briar nawet nie tknęła jedzenia. – Mieszkam tu od dziesięciu lat.

Podnosi wzrok i spogląda mi prosto w oczy.

– Od dekady? Więc dlaczego…? Dlaczego tata zapisał mi ten majątek w swoim testamencie?

Ściska mnie w żołądku. Kurwa, Erik to taki dupek. Nawet przed śmiercią nie odpuścił okazji, by polać moje życie benzyną i zapalić zapałkę.

Wzruszam ramionami. Staram się zachowywać tak nonszalancko, jak to tylko możliwe.

– Pojęcia nie mam. Ale mogę ci od razu powiedzieć, że się nie wyprowadzę. Mam tu swoje życie. Swój biznes.

Postukuję palcem w drewnianą powierzchnię, przypatrując się Briar. Wygląda, jakby była o włos od załamania.

Nie wiem, czy robi to na pokaz. Widziałem już, jak dziewczyny ze sztuczną opalenizną i jeszcze bardziej sztucznymi cyckami potrafią udawać płacz i wieszać się na tobie, żeby dostać to, czego chcą. Jezu, spotkałem w życiu wystarczająco dużo wyrachowanych suk, żeby potrafić je rozpoznać, gdy przede mną stoją.

W mowie ciała mojej bratanicy nie ma jednak nic udawanego. Wygląda, jakby wystarczyła już tylko jedna zła wiadomość, by rozpłynęła się w kałużę rozpaczy niczym śnieg na zewnątrz, kiedy słońce w końcu zwlecze swój tyłek z łóżka.

– Jedz. – Moje szczęki zaciskają się nerwowo. Próbuję znaleźć w głowie słowa, które nie sprawią, że zabrzmię jak największy dupek na świecie, choć przecież nim właśnie jestem, a ona na pewno już to wie. – Założę się, że zdążyło wystygnąć, ale i tak możesz coś wrzucić do ust, żeby zająć czymś język i przestać się na mnie wydzierać. Nie zamierzam marnować dobrego jedzenia przez fochy nadętej księżniczki z miasta.

To, co powiedziałem, najwyraźniej budzi Briar do życia. Bąka coś pod nosem, lecz przynajmniej zaczyna jeść… czy raczej powoli skubać zawartość talerza niczym jakiś ptaszek. Obserwuję, jak grzecznie kroi eleganckie i piekielnie małe kawałeczki, zanim w końcu ulega głodowi i pochłania śniadanie. Wydaje z siebie odgłosy zadowolenia, które dodatkowo mieszają mi w już i tak popieprzonej głowie.

Podczas gdy bratanica je, ja próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ją widziałem. Wygląda zdecydowanie niebratanicowo, za to bardzo jak kobieta, w którą ochoczo zagłębiłbym się językiem, aż zaczęłaby wykrzykiwać moje imię.

Poprawiam się na siedzisku.

Kurwa.

Dziewczyna jest młoda. Na pewno znacznie młodsza ode mnie. O wiele za młoda, by gapił się na nią czterdziestolatek.

Nienawidzę tego, że mam pieprzone czterdzieści lat. Ale jestem też zaskoczony, że w ogóle dożyłem tego wieku. W moim życiu było wiele dni, kiedy sam siebie przekonywałem, że nie dotrwam nawet do dwudziestki.

Okazuje się, że w świecie zawodowców, sponsorów i współprac reklamowych nikt nie chce mieć do czynienia z ujeżdżaczem byków, któremu towarzyszą pewne plotki.

Odrzucili mnie jak śmiecia, zostawili z niczym.

Jednego dnia wygrywałem klamry mistrzowskie i co pięć sekund ktoś błagał mnie o autograf, następnego natomiast mój telefon przestał dzwonić, a moje nazwisko cichaczem usunięto z list startowych wszystkich turniejów w kraju.

Pieprzyć ich, każdego jednego.

Przeżyłem. Poradziłem sobie sam.

I jaka nagroda przypadła mi za moje wysiłki? Dziewczyna siedząca przy moim stole, śpiąca w moim łóżku i nosząca to samo nazwisko co ja – nawet jeśli nie jesteśmy spokrewnieni – oraz głowa pełna ekstremalnie nieczystych myśli.

Pieprzonych niegrzecznych myśli, nad którymi muszę jakoś, kurwa, zapanować. Nie mogę łazić z ciągłym wzwodem przed własną bratanicą. Czy – co znacznie gorsze – z powodu własnej bratanicy.

Jezu…

Dziewczyna opróżnia talerz do czysta, a potem siedzi przez chwilę i przeżuwa w zamyśleniu.

– Potrzebowałam tego. Dziękuję – mówi cicho, jakby do siebie.

Coś w mojej piersi się rozjarza, gdy słyszę te słowa, ale szybko każę temu czemuś spierdalać.

Bratanica.

To twoja bratanica.

Córka Erika.

Tak, to działa. Już samo wspomnienie imienia mojego brata pozwala mi wszystkie krążące po głowie niewłaściwe myśli zastąpić czystą wściekłością.

– Mogę zaparzyć więcej kawy, zanim odbędziemy tę rozmowę? – pyta, na co potakuję.

– Rób, co chcesz. I tak muszę przynieść jeszcze trochę drewna do kominka.

***

Odrobina czasu spędzonego na zewnątrz, pośród kruszącego się pod stopami lodu i rześkiego powietrza pierwszych wiosennych dni, działa cuda. Moje zamglone myśli się przejaśniają. Rąbię drewno, przygotowując więcej rozpałki, a potem nieśpiesznie przenoszę zapas zarówno do chaty, jak i na przylegającą do niej werandę.

Kończę, po czym wracam do domu i zrzucam buty przy drzwiach. Zastaję Briar stojącą na palcach i nachylającą się nad kuchennym blatem, gdy przeszukuje szafki z zapasami. Problem polega jednak na tym, że w międzyczasie się przebrała. Teraz ma na sobie bladoniebieskie jeansy i wyglądającą na drogą koszulkę w kolorze camelowym, prawdopodobnie z jakiegoś kaszmiru albo innego gówna. I, jasna cholera, ta dziewczyna ma ciało, które powinno się adorować. Krągłe i seksowne, i… Mam w głowie jeszcze wiele bardzo opisowych słów, które zdecydowanie muszę wyskrobać ze swojego mózgu.

Żadne z nich nie wydaje się odpowiednie wobec prostego, surowego faktu, że Briar nie powinna pod żadnym pozorem znajdować się na moim radarze.

Chryste, moja potrzeba zaliczenia jest najwyraźniej potężniejsza, niż sądziłem, skoro nie mogę wytrzymać pięciu minut bez wyobrażania sobie, jak to by było poczuć tyłek tej dziewczyny w swoich dłoniach.

Odkasłuję w pięść, żeby ostrzec Briar, że tu jestem.

Czy mogłaby chociaż przez pięć minut, bardzo proszę, spróbować przestać być tak cholernie kusząca?

Nie uśmiecha się, ale pochyla głowę i nalewa kawę do dwóch kubków, po czym jeden podaje mnie.

– Dzięki – mówię z trudem przez zaciśnięte zęby.

W tym momencie jej palce muskają moje. Biorę od niej kubek, a moje szorstkie dłonie ocierają się o jej i przeskakuje między nami iskra. Mam wrażenie, że mknie z punktu, w którym się dotknęliśmy. Dziewczyna najwyraźniej też to czuje, bo jej brązowe oczy nagle spoglądają prosto w moje.

Marszczy brwi i szybko się odsuwa, pośpiesznie wprowadzając pomiędzy nas dystans. Następnie opiera się o blat i zaciska obie ręce na kubku.

– Więc…? – zaczyna ostrożnie, po czym upija łyk napoju.

Widzę, jak marszczy się jej nos, i muszę ukryć krzywy uśmiech, bo założyłbym się o wszystko, co posiadam, że ta dziewczyna w całym swoim życiu nigdy dobrowolnie nie wypiła czarnej kawy.

– Więc…? – powtarzam niczym echo.

– Jak to rozwiążemy? Rozejrzałam się i jest tu tylko jedna sypialnia. Więc chociaż to miłe z twojej strony, że oddałeś mi, jak zakładam, własne łóżko, to nie mogę oczekiwać, że będziesz tak robił każdej jednej nocy.

– Kanapa jest w porządku.

Nie, wcale nie.

Jest cholernie niewygodna i o wiele dla mnie za mała, ale nie chcę, żeby Briar o tym wiedziała.

– O mój Boże, spałeś na kanapie?! – pyta, przy czym wygląda na przerażoną.

– A gdzie indziej miałbym twoim zdaniem spać, skarbie?

Upijam kolejny łyk, a policzki dziewczyny czerwienieją. Znowu.

Interesujące.

– Pomyślałam, że…

Briar jest nagle bardzo zainteresowana zawartością swojego kubka.

– Kontynuuj… Zamieniam się w słuch. Gdzie według ciebie spał twój wujek?

Wydaje mi się, że już wiem, co sobie pomyślała. I najprawdopodobniej w połowie przypadków miałaby rację. Lecz na pewno nie ostatniej nocy. Nie miałem zamiaru szukać sobie innego łóżka, w którym mógłbym się przespać.

Sam nie mam pojęcia, dlaczego tak bardzo mnie bawi obserwowanie, jak wije się za każdym razem, gdy pada pomiędzy nami słowo „wujek”. Niebezpieczna myśl rozbłyskuje w mojej głowie niczym żarówka neonu. Może jej też podobało się to, co widziała w łazience, zanim się rozpoznaliśmy.

Nie.

Stôrmandzie Lanie! Pójdziesz prosto do piekła! Będziesz płonął przez wieczność za takie myśli!

Ten dupek diabełek siedzący na moim drugim ramieniu od razu się wtrąca i mówi, że tak czy siak tam trafię, więc równie dobrze mogę się jeszcze zabawić.

– Założyłam, że masz mnóstwo innych opcji, jeśli chciałbyś gdzieś zaparkować pick-upa na noc. – Bierze się w garść i zadziornie wysuwa podbródek. – Nie mnie osądzać.

Och, czyli pod tą nieśmiałą powierzchownością w Briar Lane tli się jednak ogień.

Mrużę oczy.

– Cóż… Z radością donoszę, że stał zaparkowany właśnie tutaj przez całą noc.

Co mnie to, kurwa, obchodzi, co ta dziewczyna sądzi o moim życiu? Oskarżano mnie o gorsze rzeczy niż bycie playboyem, którego kutasa każdego wieczoru ujeżdża inny króliczek rodeo.

– W takim razie powinnam sobie znaleźć w mieście jakieś miejsce, w którym mogłabym się zatrzymać do czasu, aż zarezerwuję lot, a potem…

Urywa. Nie umyka mi, jak łamie się jej głos.

1 Crimson Ridge – Karmazynowa Grań (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2Storm (z ang.) – burza.