Błogosławieństwo Niebios. Tom 4 - Mo Xiang Tong Xiu - ebook
NOWOŚĆ

Błogosławieństwo Niebios. Tom 4 ebook

Mo Xiang Tong Xiu

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Kuźnia budzi się ze snu i świat demonów ogarnia szaleństwo. Hua Cheng jest zmuszony do opuszczenia Miasta Duchów, a Xie Lian nagle musi się zaopiekować nie tylko dziwnym nieśmiertelnym, który nawiedził Kasztanowy Przybytek, ale i tajemniczym nastolatkiem, którego prawdziwa tożsamość szybko przestaje być sekretem.

Xie Lian, na rozkaz Jun Wu, podejmuje śledztwo w sprawie Nieśmiertelnego Haftu i odkrywa, że zło zapuściło korzenie tam, gdzie nikt nie odważył się szukać. Każdy krok odsłania nową tajemnicę, coraz bardziej zacierają się granice między sojusznikiem a wrogiem…

Czy Xie Lian zdoła poznać prawdę, zanim przebudzona moc Kuźni sprowadzi katastrofę? I kto naprawdę stoi po jego stronie – uśmiechnięci sprzymierzeńcy czy skryci wrogowie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 363

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Walindor

Nie oderwiesz się od lektury

⭐️4.5/5
00



Wkładka zdjęciowa

Xie Lian

Imię: Xie Lian

Aliasy: Hua Xie

Przy­domki: Radu­jący Bogów, Kwietny Bóg-Wojow­nik, Kwietny Gene­rał/Gene­rał Hua

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Pawi­lon Xianle w sto­licy Nie­bios

Miej­sce uro­dze­nia: Xianle (następca tronu)

Data uro­dze­nia: 15 lipca

Wzrost: 178 cm

Znaki szcze­gólne: dwie Prze­klęte Obrę­cze

Broń: wstęga Ruoye

Ekwi­pu­nek: słom­kowy kape­lusz, zawie­szony na szyi pier­ścień

Istotne infor­ma­cje: wnie­bo­wstą­pił trzy­krot­nie, dwu­krot­nie zde­gra­do­wany

„Xie Lian gwał­tow­nie odwró­cił głowę, jego wzrok mro­ził krew w żyłach.

– Cisza! Pytasz, kim jestem? Jestem Jego Ksią­żęcą Mością. Wszy­scy na kolana, natych­miast!

Jego roz­kaz roz­brzmiał jak grom z nieba. Nie­któ­rzy fak­tycz­nie pra­wie klęk­nęli, głos towa­rzy­sza przy­wró­cił im jed­nak zdrowy roz­są­dek.

– Co wy robi­cie? Naprawdę będzie­cie klę­kać?

– D-dziwne, ja nie wie­dzia­łem, po pro­stu…

– Moje świą­ty­nie wznie­siono na tych zie­miach, moi wie­rzący pocho­dzą z czte­rech mórz. Jeśli nie zna­cie mojego imie­nia, to tylko dla­tego, że jeste­ście nie­wy­edu­ko­wa­nymi igno­ran­tami! Nie czczę bogów. Ja jestem bogiem!”

Hua Cheng

Imię: Hua Cheng

Przy­domki: Krwawy Deszcz w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu, San­lang

Ran­king: arma­ge­don – władca demo­nów

Gdzie go szu­kać: Dom Gry lub Dom Naj­wyż­szej Ucie­chy w Mie­ście Duchów, czę­sto prze­bywa w Kasz­ta­no­wym Przy­bytku na ziemi

Wzrost: 190 cm

Znaki szcze­gólne: opa­ska na pra­wym oku

Broń: zakrzy­wione ostrze losu Eming

Ekwi­pu­nek: dzwo­neczki przy butach, srebrne kar­wa­sze, wple­ciony w war­kocz czer­wony kora­lik

Istotne infor­ma­cje: jeden z Czte­rech Wiel­kich Gróz

Spe­cjalna umie­jęt­ność: srebrne motyle

„Hua Cheng przy­glą­dał się z boku. Wyglą­dał, jakby oglą­dał przed­sta­wie­nie i dobrze się bawił. Z Shi Qin­gxu­anem nie łączyły go rela­cje ani przy­ja­ciel­skie, ani wro­gie, pocho­dził ze świata demo­nów, nie czuł się więc w obo­wiązku wycią­gać pomocną dłoń. Do tego tak się nudził, że zmie­nił ubra­nia z powro­tem na czer­wone, póź­niej na czarne i wresz­cie na białe. Pra­wie za każ­dym razem, gdy Xie Lian się odwra­cał, Hua Cheng wyglą­dał ina­czej. Miał inną fry­zurę, ozdoby czy buty, był to szel­mow­ski, to ete­ryczny, to surowy, to piękny. Xie Lia­nowi aż się mie­niło w oczach, ale nie mógł się powstrzy­mać i zer­kał raz po raz. Gdy dotarło do niego, że nie powi­nien tak robić, zamru­gał i chwy­cił rękami głowę, aby siłą odwró­cić ją we wła­ści­wym kie­runku”.

Ling Wen

Imię: Ling Wen

Przy­domki: Czci­godna Ling Wen

Aliasy: Mini­stra Jie, Nan­gong Jie

Ran­king: bóg

Gdzie jej szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Istotne infor­ma­cje: jedna z Trzech Tru­cizn

„Czci­godny Jing Wen, gdy tylko się o tym dowie­dział, się­gnął po pędzel i natych­miast zapro­sił do sie­bie młodą Nan­gong Jie. […]

Akt życz­li­wo­ści Jing Wena powi­tano powszech­nym podzi­wem. Wszy­scy bogo­wie-urzęd­nicy zgod­nie twier­dzili, że młoda dziew­czyna miała nie­zwy­kłe szczę­ście, tra­fia­jąc na tak uta­len­to­waną osobę jak Czci­godny Jing Wen. Nie dość, że ucie­kła przed wię­zie­niem, to jesz­cze wspięła się na szczyt niczym feniks, sta­jąc się żywym przy­kła­dem pięk­nej opo­wie­ści.

Nie­stety, rze­czy­wi­stość nie była jed­nak tak piękna.

Cho­ciaż Czci­godny Jing Wen pozor­nie zda­wał się bar­dzo cenić Ling Wen, ani razu nie przy­dzie­lił jej zada­nia god­nego boga-urzęd­nika. Przez dekady była przy­wią­zana do jego pawi­lonu, poda­wała gościom her­batę i wodę, wycie­rała biurka bądź prze­mie­rzała setki kilo­me­trów po to tylko, by ode­brać jakiś doku­ment, albo gnała na zła­ma­nie karku, by dostar­czyć nie­bia­nom pre­zenty z oka­zji świąt. Cza­sami zosta­wała sama w pawi­lo­nie i od rana aż do póź­nej nocy sor­to­wała dłu­gie, stare archiwa”.

Shi Wudu

Imię: Shi Wudu

Przy­domki: Pan Wody, Wodny Despota

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Powią­za­nia rodzinne: młod­szy brat Shi Qin­gxuan, Pani/Pana Wia­tru

Istotne infor­ma­cje: jeden z Trzech Tru­cizn

„Shi Wudu w łopo­czą­cych bia­łych sza­tach, z dłońmi uło­żo­nymi w mudrze walki. Wciąż wzno­sił się ponad falami, ale wyda­wał się odro­binę nie­spo­kojny, nie­sta­bilny. Sza­le­jące praw­dziwe wodne smoki od czasu do czasu pró­bo­wały się zbli­żyć i pochło­nąć go, kilka razy cudem udało mu się tego unik­nąć. Sta­tek znaj­do­wał się kil­ka­dzie­siąt metrów od niego, gdyby Pan Wia­tru na­dal miał swój wachlarz, mógłby uspo­koić fale i wiatr, ale teraz był tylko śmier­tel­ni­kiem, nawet jego głos nie docie­rał daleko, mógł więc jedy­nie się zamar­twiać”.

Pei Ming

Imię: Pei Ming

Przy­domki: Świe­tli­sty Gene­rał

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Istotne infor­ma­cje: jeden z Trzech Tru­cizn, uwo­dzi­ciel, czczony jako bóg od spraw miło­snych

„Nie­bez­pie­czeń­stwo mogło nadejść w każ­dej chwili. Ale nawet w tych warun­kach Pei Ming nie zmie­nił swo­ich przy­zwy­cza­jeń. Ura­to­wał kilka zapła­ka­nych ryba­czek, zamknął je w uści­sku i uspo­ka­jał deli­kat­nym gło­sem, bar­dzo czule i słodko. Kilka dziew­cząt było nie­po­cie­szo­nych z powodu roz­sta­nia. Shi Wudu medy­to­wał już długo, jego wygląd znacz­nie się popra­wił.

– Nie mia­łeś kie­dyś bar­dzo wyso­kich wyma­gań? – Wytrzesz­czył oczy.

Dziew­czyny, cho­ciaż młode, urody były raczej prze­cięt­nej, nie dorów­ny­wały tym, na które zazwy­czaj polo­wał Pei Ming. Jed­nak po przy­tu­la­niu się z nimi aż pro­mie­niał.

– Ura­to­wa­łem chyba sie­dem­dzie­się­ciu, osiem­dzie­się­ciu zaro­śnię­tych, wąsa­tych ryba­ków – odparł z uśmie­chem. – Gdy tylko widzę kobietę, to wydaje mi się, że jest olśnie­wa­jącą pięk­no­ścią, ha, ha, ha”.

Jun Wu

Imię: Jun Wu

Przy­domki: Władca Nie­bios, Pierw­szy Bóg-Wojow­nik Trzech Świa­tów, Cesarz Boski Wojow­nik

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Istotne infor­ma­cje: więk­szą część roku spę­dza na patro­lo­wa­niu gór i mórz

„Nie­zau­wa­żal­nie, po cichu do pokoju ktoś wszedł i sie­dział teraz przy sto­liku ze świeżo zapa­rzoną her­batą, któ­rej zapach uno­sił się w powie­trzu.

Xie Lian poczuł dreszcz spły­wa­jący mu po krę­go­słu­pie.

– Kto tam?! – krzyk­nął, sta­jąc przed Hua Chen­giem.

– Nie bój się. Napij się her­baty, Xianle – ode­zwał się cie­pły głos.

Zarówno syl­wetka postaci, jak i jej głos wska­zy­wały na kogoś mło­dego i wyda­wały się zna­jome. Xie Lian wypu­ścił wstrzy­my­wane powie­trze i odgar­nął nie­sforne włosy za uszy.

– Wasza Cesar­ska Mość – powie­dział z wciąż mocno biją­cym ser­cem. Chwilę póź­niej ścią­gnął pościel, szybko zakry­wa­jąc nią sie­bie i Hua Chenga. – Dla­czego tu jesteś?

Jun Wu nie­spiesz­nie nalał trzy czarki her­baty i wstał.

– Nie wró­ci­łeś, nie mia­łem więc wyboru, musia­łem przyjść i spraw­dzić, co się dzieje – mówił, zbli­ża­jąc się do nich i powoli wyła­nia­jąc się z cie­nia.

Xie Lian zauwa­żył, że do bia­łej szaty przy­pa­sany miał miecz. Zasko­czony szybko zszedł z łóżka.

– Wasza Cesar­ska Mość, pozwól mi naj­pierw wytłu­ma­czyć…”

Shi Qingxuan

Imię: Shi Qin­gxuan

Przy­domki: Pan Wia­tru, Pani Wia­tru

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Powią­za­nia rodzinne: brat Shi Wudu, Pana Wody

Broń/ekwi­pu­nek: wachlarz oraz koń­ski ogon

Istotne infor­ma­cje: hojny, łatwo nawią­zuje przy­jaź­nie

„[Xie Lian] Ruszył na górę. Tam, na samym środku tarasu, ktoś leżał. Shi Qin­gxuan.

Miał zaci­śnięte powieki, na jego ciele nie było obra­żeń ani śla­dów krwi. Ming Yi pomógł mu się pod­nieść i gdy Pan Wia­tru usiadł nie­przy­tomny, z jego piersi coś spa­dło. Pęk­nięty na dwoje wachlarz.

Naprawa magicz­nej broni tej klasy może zająć setki lat, do tego była to pierw­sza broń Pana Wia­tru, a jed­nak została znisz­czona!

– Przed chwilą tu zaglą­da­li­śmy, na pewno nikogo nie było! – zdzi­wił się Xie Lian.

Led­wie wypo­wie­dział te słowa, a zauwa­żył, co jesz­cze było nie tak. Kiedy wcze­śniej przy­szli tutaj z Hua Chen­giem, na ścia­nach wypi­sano stwo­rzone przez lite­ra­tów strofy – jedne pełne wdzięku, inne fry­wolne bądź dostojne – teraz jed­nak wszyst­kie znik­nęły. Została tylko czer­wień ocie­ka­ją­cych krwią zna­ków: »Marny począ­tek, marny koniec!«”.

Ming Yi

Imię: Ming Yi

Przy­domki: Pan Ziemi

Ran­king: bóg

„Oka­zało się, że Pan Ziemi Ming Yi za życia był uta­len­to­wa­nym rze­mieśl­ni­kiem, napra­wiał mosty i drogi, budo­wał domy, przy­no­sił ludziom nie­skoń­czone korzy­ści – wła­śnie dla­tego wstą­pił do Nie­bios i teraz, gdy śmier­tel­nicy roz­po­czy­nali wiel­kie budow­ni­cze przed­się­wzię­cie, przed naru­sze­niem ziemi musieli się pomo­dlić do Ming Yi i popro­sić o powo­dze­nie całego planu. Po wnie­bo­wstą­pie­niu wypra­co­wał sobie magiczną broń – szpa­del. Legendy mówiły, że w Nie­biosach nie było góry, któ­rej nie byłby w sta­nie wyrów­nać, jaskini, któ­rej nie mógłby otwo­rzyć, domu, do któ­rego nie zdo­łałby wejść. Kiedy wyru­szył do Mia­sta Duchów z misją, było to ogrom­nym atu­tem: gdy natknął się na sekretny pokój, mógł po pro­stu się pod niego pod­ko­pać, a potem zamknąć tunel, jakby ni­gdy nic się nie stało. Gdyby wtedy Hua Cheng nie pobił go tak, że pluł krwią i stra­cił część mocy, na pewno mógłby rów­nież w ten spo­sób wydo­stać się z lochu”.

He Xuan

Imię: He Xuan

Przy­domki: Czarna Toń Zata­pia­jąca Statki, Nie­zgłę­biony Demon Czar­nej Toni

Ran­king: arma­ge­don – władca demo­nów

Gdzie go szu­kać: Wid­mowy Dwór Wody Nie­zgłę­bio­nego Demona Czar­nej Toni, Leże Demona Czar­nej Toni, Wyspa Czar­nej Toni na Morzu Połu­dnio­wym

Istotne infor­ma­cje: jeden z Czte­rech Wiel­kich Gróz

„»Poda­nia mówią, że jest on wiel­kim wod­nym demo­nem, który mieszka na rubie­żach. I on, jak Krwawy Deszcz w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu, wyszedł z masa­kry w Kuźni. Zazwy­czaj pozo­sta­wał w ukry­ciu i mało się o nim sły­szało tylko w świe­cie ludzi i Nie­bio­sach, w świe­cie demo­nów i duchów krą­żyła wieść, że (według nie­peł­nych sza­cun­ków) pożarł ponad pięć­set słyn­nych demo­nów z każ­dego zakątka świata, w tym ponad czte­ry­sta wod­nych, o wyso­kim roz­woju ducho­wym. Jego domeną było Leże Demona Czar­nej Toni, tak jak domeną Hua Chenga było Mia­sto Duchów, a wspólną zasadą: gdy prze­kro­czysz tę gra­nicę, nie ma prawa, nie ma Nie­bios. Kiedy wkra­czało się do ich świata, to oni mieli ostat­nie słowo. W świe­cie demo­nów krą­żyło powie­dze­nie: na ziemi kró­luje czer­wień, w wodzie rzą­dzi czerń«. Czer­wień ozna­czała oczy­wi­ście ubie­ra­ją­cego się na czer­wono Krwawy Deszcz w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu, a czerń – Nie­zgłę­bio­nego Demona Czar­nej Toni”.

Chwilowo nieznane

Imię: [chwi­lowo] nie­znane

Przy­domki: Wysłan­nik Uby­wa­ją­cego Księ­życa

Gdzie go szu­kać: Mia­sto Duchów

Istotne infor­ma­cje: Prze­klęta Obręcz na pra­wym nad­garstku, shi­xiong boga-wojow­nika zachodu Quan Yizhena

„Weszli do środka. Na spo­tka­nie wyszedł im ubrany na czarno męż­czy­zna w masce demona, który naj­wy­raź­niej cze­kał już od dłuż­szego czasu. Skło­nił się lekko.

– Wasza Ksią­żęca Mość.

Głos nale­żał do Wysłan­nika Uby­wa­ją­cego Księ­życa. To na jego nad­garstku Xie Lian zoba­czył kie­dyś Prze­klętą Obręcz.

– Panie, jak mam się do cie­bie zwra­cać? – zapy­tał.

– Jestem nikim, panie – odpo­wie­dział zama­sko­wany męż­czy­zna”.

Quan Yizhen

Imię: Quan Yizhen

Przy­domki: Jego Wyso­kość Qiy­ing, bóg-wojow­nik zachodu

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

„Gdy [Xie Lian] zapa­lił lampę, ujrzał leżą­cego na ziemi fio­le­to­wego czło­wieka. Pospie­szył na ratu­nek, poda­jąc mu kilka dużych łyków wody.

– Co to za cho­ler­stwo! – krzyk­nął intruz, led­wie się prze­ck­nął.

Xie Lian udał, że go nie sły­szy.

– Wasza Wyso­kość Qiy­ing, nie­czę­sto się spo­tyka taką bra­wurę. Doprawdy, jak możesz brać do ust przy­pad­kowe rze­czy? – odpo­wie­dział szcze­rze zadzi­wiony.

Intruz bowiem, nasto­la­tek z wyso­kim nosem, głę­bo­kim spoj­rze­niem i głową pełną czar­nych loków, był nikim innym jak bogiem-wojow­ni­kiem zachodu Quan Yizhe­nem, który spio­ru­no­wał Xie Liana wzro­kiem.

– Skąd mia­łem wie­dzieć, że kto­kol­wiek ser­wo­wałby tru­ci­znę we wła­snej świą­tyni?”

Qi Rong

Imię: Qi Rong

Przy­domki: Zie­lony Demon, Nocny Wędro­wiec Zie­lo­nej Latarni, Książę Lustrza­nego Odbi­cia

Ran­king: masa­kra – władca demo­nów

Gdzie go szu­kać: Kasz­ta­nowy Przy­by­tek na ziemi

Powią­za­nia rodzinne: kuzyn Xie Liana, opę­tał ciało ojca Guziego

Istotne infor­ma­cje: jeden z Czte­rech Wiel­kich Gróz

„Qi Rong pędził na prze­dzie tłumu. Był w ciele żyją­cego czło­wieka, które cho­ciaż tłu­miło jego moc, to sta­no­wiło też blo­kadę prze­ciwko ata­kom na jego demo­niczne ciało. Dla­tego wciąż był cały i zdrowy, mógł wyko­rzy­stać oka­zję i uciec. Demo­nice, które trzy­mały Guziego, leżały na ziemi, pła­cząc z bólu, nie były już w sta­nie śpie­wać koły­sa­nek. Oszo­ło­miony Guzi się obu­dził i zoba­czył bie­gną­cego Qi Ronga. Natych­miast wstał i ruszył w pogoń za nim, krzy­cząc:

– Tato! Tato! Pocze­kaj na mnie!

Qi Rong zła­pał go i powie­dział:

– Grzeczne dziecko, zosta­niesz posił­kiem taty, cóż za synow­skie odda­nie! Jutro tata sobie cie­bie ugo­tuje, udusi albo przy­rzą­dzi na parze, sam sobie wybierz, ha, ha, ha!”

Księga trze­cia

Nic nie jest przesądzone

Część druga

Rozdział szósty

Prze­nie­sie­nie dusz

Książę sta­wia czoła nie­śmier­tel­nemu

Shi Qin­gxuan się nie ode­zwał.

– Panie Wia­tru, co z tobą? – spy­tał nie­pew­nie Xie Lian. – Jesteś tu? Co się stało, czemu się nie odzy­wasz?

Gdyby zabrali go roz­ba­wieni uczest­nicy noc­nych Krwa­wych Obcho­dów, nie zamilkłby tak nagle. Czyżby coś mu się stało? Nie było jed­nak sensu się dener­wo­wać, nie wie­dział prze­cież nawet, gdzie w tej chwili znaj­duje się Pan Wia­tru.

Ming Yi wresz­cie wyszedł ze Świą­tyni Wia­tru i Wody. Tłum się ock­nął, zaczęli krzy­czeć jeden przez dru­giego.

– Poja­wił się! Naprawdę się poja­wił!

– Nad­cho­dzi demon!

Po czym się roz­pierz­chli.

– Panie Ziemi! – zawo­łał Xie Lian. – Nie przy­pro­wa­dzi­łeś ze sobą Pana Wia­tru? Kiedy się roz­dzie­li­li­ście?

– Przed chwilą jakiś demon, korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, zaczął ata­ko­wać ludzi w tłu­mie – wyja­śnił Ming Yi.

Naj­wy­raź­niej Pan Ziemi zauwa­żył, że ktoś potrze­buje pomocy, rzu­cił się na ratu­nek i choć poko­nał demona, to zgu­bił przy tym przy­ja­ciela.

– Roz­dzielmy się i poszu­kajmy! Nie mógł odejść daleko – zde­cy­do­wał Xie Lian.

Nagle w Kręgu Ducho­wego Prze­pływu zabrzmiał głos Shi Qin­gxu­ana.

– Ha, ha, ha, ha, ha… – śmiał się w głos.

Cho­ciaż było to co naj­mniej nie­spo­dzie­wane, to wciąż jakiś znak życia.

– Panie Wia­tru! – powie­dział pospiesz­nie Xie Lian. – Co z tobą? Nie odzy­wa­łeś się, myśla­łem, że coś ci się stało.

– Ha, ha, ha, ha, ha, jak­żeby miało mi się coś stać tak łatwo, po pro­stu chcia­łem was nastra­szyć. Tak w ramach żartu, ha, ha, ha, ha, ha. Ming-xiong, ty sukin­synu, nie wycią­gną­łeś mnie, gdy­bym tam umarł, na pewno zmie­nił­bym się w arma­ge­dona i wró­cił po cie­bie, ha, ha, ha, ha, ha.

– Dość już tego „ha, ha”, mów po ludzku! – ode­zwał się Ming Yi.

Xie Lian zdą­żył się już zorien­to­wać, że im bar­dziej Shi Qin­gxuan był zde­ner­wo­wany, pod­eks­cy­to­wany albo prze­stra­szony, tym wię­cej się śmiał, a teraz naj­wy­raź­niej nie potra­fił prze­stać.

– Nie odzy­wa­łeś się? – prze­rwał mu Xie Lian. – Nie zmie­ni­łeś wyrazu twa­rzy? Nie opie­ra­łeś się?

– Nie odzy­wa­łem się, nie zmie­nia­łem wyrazu, nie opie­ra­łem się – odparł Shi Qin­gxuan.

„Nie­do­brze”, pomy­ślał Xie Lian. „Prze­ra­ża­jące”.

– W porządku – powie­dział naj­ła­god­niej­szym tonem, na jaki mógł się zdo­być. – Panie Wia­tru, posłu­chaj mnie, wszystko w porządku. Nie bój się, dalej uda­waj, że niczego nie zauwa­ży­łeś, jeśli masz coś do powie­dze­nia, prze­każ mi to na Kręgu. To coś nie może się zorien­to­wać, że już wiesz, czym jest. Po cichu roz­prosz swoją moc i ufor­muj tar­czę ochronną, w ten spo­sób będziemy pewni, że nie upad­niesz ani nie znaj­dziesz się w pułapce. Jeżeli zaata­kuje cię jakaś broń, zdo­łasz ją wyczuć.

– Och. A potem? – Głos Shi Qin­gxu­ana brzmiał, jakby ten miał się zaraz roz­pła­kać.

– Potem ode­tchnij głę­boko. Tro­chę lepiej?

– Chyba tak. Dzię­kuję, Wasza Wyso­kość.

– A… jeśli otwo­rzysz oczy i popa­trzysz, co cię zła­pało? – spró­bo­wał Xie Lian. Wytrzyma to?

– Chyba umrę – odparł Shi Qin­gxuan.

Wyglą­dało na to, że gdy otwo­rzy oczy, jego strach osią­gnie apo­geum i sta­nie się ide­alną pożywką dla Czci­god­nego Nie­śmier­tel­nych Pustej Mowy. I ten dostojny Pan Wia­tru z pianą na ustach upadłby jak gwiazda z nie­bo­skłonu.

– Zamknij oczy jesz­cze raz. Kiedy wypro­wa­dził cię ze Świą­tyni Wia­tru i Wody, w którą stronę się uda­li­ście? – dopy­ty­wał Xie Lian.

– Nie wiem.

– Nic nie wiesz! – wtrą­cił Ming Yi.

– Kto by zwra­cał uwagę na takie rze­czy?! – roz­gnie­wał się Shi Qin­gxuan. – Poza tym sądzi­łem, że to ty!

Hua Cheng przy­glą­dał się z boku. Wyglą­dał, jakby oglą­dał przed­sta­wie­nie i dobrze się bawił. Z Shi Qin­gxu­anem nie łączyły go rela­cje ani przy­ja­ciel­skie, ani wro­gie, pocho­dził ze świata demo­nów, nie czuł się więc w obo­wiązku wycią­gać pomocną dłoń. Do tego tak się nudził, że zmie­nił ubra­nia z powro­tem na czer­wone, póź­niej na czarne i wresz­cie na białe. Pra­wie za każ­dym razem, gdy Xie Lian się odwra­cał, Hua Cheng wyglą­dał ina­czej. Miał inną fry­zurę, ozdoby czy buty, był to szel­mow­ski, to ete­ryczny, to surowy, to piękny. Xie Lia­nowi aż się mie­niło w oczach, ale nie mógł się powstrzy­mać i zer­kał raz po raz. Gdy dotarło do niego, że nie powi­nien tak robić, zamru­gał i chwy­cił rękami głowę, aby siłą odwró­cić ją we wła­ści­wym kie­runku.

– Nie kłóć­cie się. Panie Wia­tru, ile kro­ków mniej wię­cej zro­bi­łeś?

– Z pięć­dzie­siąt, sześć­dzie­siąt… Na pewno nie wię­cej niż sto, sze­dłem bar­dzo, bar­dzo wolno. Jakim cudem mnie nie zauwa­ży­li­ście?

Mniej niż sto kro­ków? Ming Yi ruszył przed sie­bie i znik­nął na końcu ulicy. Po chwili powró­cił szybko jak bły­ska­wica i zara­por­to­wał:

– Nie ma go!

Nie­do­brze.

– Tysiąc Li w Jed­nym Kroku! – zawo­łał Xie Lian.

Kiedy Czci­godny, korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, wypro­wa­dził Pana Wia­tru ze Świą­tyni Wia­tru i Wody, musiał użyć magii Tysiąca Li w Jed­nym Kroku, by się gdzieś prze­nieść. W prze­ciw­nym razie z łatwo­ścią by go zła­pali. Ale kto wie, dokąd tamci zostali rzu­ceni po uży­ciu tego czaru?

– Wejdę na Krąg i zawia­do­mię Wyż­szą Izbę Nie­bios – rzekł szybko Xie Lian.

– Nie! – zaopo­no­wał natych­miast Shi Qin­gxuan. – Wasza Wyso­kość, zgo­dzi­łeś się utrzy­mać wszystko w tajem­nicy! Mój brat nie­długo podej­mie trze­cie wyzwa­nie Nie­bios, to wielka rzecz, nie możesz, tylko mu teraz zaszko­dzisz!

– Jesz­cze tro­chę, a to cie­bie spo­tka wyzwa­nie! – sko­men­to­wał Ming Yi.

– Jak mówię, że nie, to nie – zde­ner­wo­wał się Shi Qin­gxuan. – Zbyt wiele oczu obser­wuje mojego brata. Ta istota świa­do­mie wypa­try­wała oka­zji, żeby po mnie przyjść, ale nie może dopiąć swego, nie może! Jeśli umrę, a moje ciało zgnije, odkop­cie mnie, dopiero kiedy mój brat podej­mie wyzwa­nie!

– Dobrze. Dobrze! – powie­dział po chwili Ming Yi. Wyda­wało się, że był bli­ski wybuch­nię­cia gnie­wem.

– Panie Wia­tru, czy ta istota cię dokądś pro­wa­dzi?

– Tak. Trzyma mnie za ramię – przy­znał Shi Qin­gxuan.

– Jest w niej coś szcze­gól­nego? Na przy­kład coś jak zapach, rodzaj dotyku?

– Nie, zupeł­nie nic.

– A wokół cie­bie? Czy droga, którą idziesz, jest górzy­sta, czy pła­ska? Nastą­pi­łeś na coś albo coś kop­ną­łeś? – Xie Lian chciał spraw­dzić, czy Pan Wia­tru zdoła oce­nić sytu­ację po wyglą­dzie, a raczej wyczu­ciu oto­cze­nia.

– Droga jest bar­dzo dziwna! – odparł Shi Qin­gxuan. – Miękka i nie­sta­bilna, jak­bym stą­pał po chmu­rach.

„Czyż­byś bał się tak, że zmię­kły ci kolana?”, pomy­ślał Xie Lian.

Pozba­wio­nemu dwóch z pię­ciu zmy­słów Shi Qin­gxu­anowi bar­dzo trudno było dać jakie­kol­wiek wska­zówki. Xie Lian pomy­ślał chwilę, po czym powie­dział:

– Panie Wia­tru, mam spo­sób, który umoż­liwi ci uwol­nie­nie się od tej istoty, ale potrze­buję two­jego pozwo­le­nia.

– Dobrze, zga­dzam się! – Odpo­wiedź padła natych­miast.

Nagle obok Xie Liana poja­wił się Hua Cheng.

– Prze­nie­sie­nie Dusz? – spy­tał.

– Dokład­nie – odparł Xie Lian. – Cho­dzi o Sztukę Prze­nie­sie­nia Dusz.

Sztuka Prze­nie­sie­nia Dusz, jak sama nazwa wska­zuje, polega na zamia­nie dusz. Widzę swo­imi oczami to, co ty widzisz. Zaklę­cie to nie jest uży­wane zbyt czę­sto: po pierw­sze, spala moc w zastra­sza­ją­cym tem­pie, po dru­gie zaś, mało kto ma chęć odda­nia cen­nej kon­troli nad swoim cia­łem.

– Roz­trop­nie, gege – przy­znał w sku­pie­niu Hua Cheng.

– Chcesz się zamie­nić? – spy­tał Shi Qin­gxuan. – Jak sobie z nim pora­dzisz?

– Wszystko jedno, nie boję się go – odparł Xie Lian.

– Zamiana – zarzą­dził Ming Yi.

– Prze­myśl to jesz­cze, gege – zaopo­no­wał Hua Cheng.

– Cze­kaj­cie… Zatrzy­mał się. Chce zaata­ko­wać? – ode­zwał się nagle Shi Qin­gxuan drżą­cym gło­sem.

Nie było czasu do stra­ce­nia.

– Zamiana, teraz! – wykrzyk­nął Xie Lian w Kręgu.

– Dalej, Wasza Wyso­kość. – Shi Qin­gxuan zaci­snął zęby.

– Dobrze!

Xie Lian zaczął wiro­wać wokół wła­snej osi, czuł, jakby został wrzu­cony do wody, wepchnięty do morza, dookoła nagle zro­biło się cicho. Oczy miał zamknięte, w uszach nie wibro­wał mu żaden dźwięk.

Czy­jaś ręka trzy­mała go za ramię. Stali w bez­ru­chu.

Xie Lian gwał­tow­nie otwo­rzył oczy. Jedną ręką wycią­gnął z uszu zatyczki, drugą zaś, przej­mu­jąc kon­trolę nad sytu­acją, zła­pał Czci­god­nego Nie­śmier­tel­nych Pustej Mowy.

– Dzień dobry – ode­zwał się z uśmie­chem.

Shi Qin­gxuan bar­dzo długo zaci­skał powieki, widział więc tylko ciem­ność i gdy Xie Lian otwo­rzył oczy, nie mógł się do niej przy­zwy­czaić, niczego nie był w sta­nie dostrzec. Ręka, która ści­skała ramię Pana Wia­tru, stała się teraz ręką ści­ska­jącą ramię Xie Liana.

– Wasza Wyso­kość! – roz­brzmiał na Kręgu głos Shi Qin­gxu­ana. – Wszystko w porządku?

Wyglą­dało na to, że już się w niego bez­piecz­nie wcie­lił. Xie Lian zamknął Czci­god­nego w żela­znym uści­sku i zaczął wymie­rzać mu kop­niaki.

– Jak naj­bar­dziej! – odkrzyk­nął.

– Wasza Wyso­kość, powiem ci, jak kon­tro­lo­wać moją broń, możesz uży­wać mocy i wszyst­kiego, nie krę­puj się!

– Dobrze! – Xie Lian z sze­le­stem otwo­rzył wachlarz Pana Wia­tru.

– Powiem ci też, jak przy­brać kobiecą postać – dodał Shi Qin­gxuan i zapew­nił: – Moja moc w tej postaci jest więk­sza!

– Nie. Nie trzeba! – uciął Xie Lian.

– Gege, rozej­rzyj się wokół sie­bie – ode­zwał się Hua Cheng głę­bo­kim gło­sem. – Powiedz mi, co to za miej­sce.

– Nie, naj­pierw musimy wie­dzieć, z jaką istotą się zma­gasz – zaopo­no­wał Ming Yi.

Xie Lian stop­niowo przy­zwy­czaił się do ciem­no­ści, zmru­żył oczy i spoj­rzał przed sie­bie.

Cho­ciaż dostrze­gał kon­tury drzew i liści, skryta w cie­niu twarz na­dal zda­wała się nie­wi­doczna, jakby ota­czał ją obłok demo­nicz­nej mgły. Wachlarz Pana Wia­tru był wyjąt­kową magiczną bro­nią, mógł ją roz­pro­szyć, mógł oczy­ścić świat. Xie Lian wysłu­chał for­mułki, powtó­rzył ją w gło­wie, po czym roz­ło­żył wachlarz i nim mach­nął. Zerwał się gwał­towny wiatr, zadrżały liście na gałę­ziach i kona­rach, nawet część mło­dych drze­wek została wyrwana z korze­niami, tak wielka była to moc. Nie­stety, wiatr powiał jed­nak na ukos i omi­nął cel.

Broń roz­po­zna­wała swego pana, a że Xie Lian nie był praw­dzi­wym wła­ści­cie­lem wachla­rza, nie mógł uży­wać go z równą zręcz­no­ścią co Shi Qin­gxuan i nie­zbyt dobrze kon­tro­lo­wał kąt i siłę wia­tru. Zdaw­szy sobie z tego sprawę, zmie­nił tak­tykę. Ze świ­stem zamknął wachlarz, zaczął uży­wać go jak nor­mal­nej broni i okła­dać nim prze­ciw­nika. Z kolej­nym mach­nię­ciem nie­biań­ska aura zmie­niła papie­rowy wachlarz w nie­bez­pieczne sta­lowe ostrze. Z gwiz­dem prze­ciął nim powie­trze, a zimna powłoka aż zami­go­tała. Shi Qin­gxuan chyba zgadł, co się dzieje, bo wrza­snął:

– Wasza Wyso­kość, nie pomy­li­łeś się cza­sem? To jest magiczny arte­fakt, nie możesz uży­wać go jak zwy­kłej broni! Co za mar­no­traw­stwo!

Taka to już przy­pa­dłość bogów-wojow­ni­ków.

– Mało bra­ko­wało, mało bra­ko­wało! – zdo­łał wykrzyk­nąć Xie Lian w ogniu walki. – Bądź spo­kojny, umiem to oce­nić, na pewno go nie znisz­czę!

– Nie szko­dzi, jeśli tak się sta­nie – odparł Shi Qin­gxuan. – Ale z was, bogów-wojow­ni­ków, naprawdę bru­talne istoty!

– Gege! – Głos Hua Chenga był jesz­cze głęb­szy.

Xie Lian zro­zu­miał, o co mu cho­dzi, jed­no­cze­śnie wal­czył i roz­glą­dał się wokół. Widział góry i przej­rzy­ste wody, altany i pawi­lony, krótko mówiąc, ota­czało go takie piękno, że aż wydało się to nudne. Naprawdę nie potra­fił oce­nić, gdzie jest. Czci­godny Nie­śmier­tel­nych Pustej Mowy zauwa­żył jego ruchy i odgadł ich cel.

– Nie jesteś Shi Qin­gxu­anem – ode­zwał się nagle.

Myśli Xie Liana galo­po­wały. „Nie powi­nien się tak szybko zorien­to­wać, że nastą­piło Prze­nie­sie­nie Dusz, jakim cudem tak szybko zauwa­żył, że nie jestem Shi Qin­gxu­anem? Oj, nie­istotne, muszę wal­czyć dalej!”

Wal­czył, jakby nie miał nic do stra­ce­nia.

– Upad­niesz natych­miast! – krzyk­nął Czci­godny, jakby nie mógł już tego znieść. Zaczął prze­kli­nać Xie Liana. Ten jed­nak, jakby nie sły­szał, bił jesz­cze moc­niej. – Upad­niesz! – zawo­łał znów Nie­śmier­telny.

– Zapo­mnij – odparł Xie Lian z uśmie­chem. – Nic, co powiesz, nie zadziała.

– Gege, jeśli nie potra­fisz okre­ślić, gdzie jesteś, użyj wachla­rza Pana Wia­tru. Wywo­łaj hura­gan, który porwie cię w Nie­biosa, wtedy będę wie­dział, gdzie cię szu­kać! – ode­zwał się Hua Cheng.

– Dobrze! – Xie Lian też o tym pomy­ślał. Już miał wyko­nać ruch, kiedy nagle usły­szał śmiech nie­śmier­tel­nego pustej mowy.

– Ktoś tu przyj­dzie? – To pyta­nie wzbu­dziło czuj­ność Xie Liana. – Jeżeli ktoś przyj­dzie cię szu­kać, na wła­sne oczy zoba­czysz jego śmierć! – kon­ty­nu­owała istota.

Xie Lia­nowi nie było już do śmie­chu.

Wstrzy­mał nawet oddech, by po chwili krzyk­nąć:

– Zamknij się!

Wymie­rzył Czci­god­nemu wię­cej niż pięć­dzie­siąt kop­nia­ków, ale ten tylko wes­tchnął. Było to wes­tchnie­nie pełne zado­wo­le­nia, jakby poczuł piękny zapach. A póź­niej znów wybuch­nął lodo­wa­tym śmie­chem.

Nie zda­jąc sobie z tego sprawy, Xie Lian zosta­wił lukę w obro­nie. To zda­nie ugo­dziło go pro­sto w serce, cho­ciaż wie­dział, że klą­twa nie dosię­gnie Hua Chenga, bo ści­śle rzecz bio­rąc, ten był mar­twy od dawna. Xie Lian nie mógł jed­nak nie poczuć ukłu­cia stra­chu.

– Gege? Powie­dział ci coś, prawda? – spy­tał Hua Cheng poiry­to­wa­nym tonem, jakby czy­tał mu w myślach.

– Coś bre­dzi… – zaczął Xie Lian. – Nie! Nic nie mówił!

Ale Hua Cheng zro­zu­miał w lot.

– Życie mu nie­miłe! Jedno słowo, a przy­będę natych­miast.

– Nie trzeba – zatrzy­mał go pospiesz­nie Xie Lian. – Nie musisz się zja­wiać. Abso­lut­nie nie powi­nie­neś!

– Powiedz!

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam – wtrą­cił się Shi Qin­gxuan. – Po kry­jomu zmie­ni­li­ście Krąg, nie zauwa­ży­łeś, Wasza Wyso­kość? Pomy­li­łeś Kręgi!

Xie Lian dopiero wtedy rozu­miał, że odkąd użył Sztuki Prze­nie­sie­nia Dusz, wszystko, co mówił Hua Cheng, tra­fiało tylko i wyłącz­nie do niego. W fer­wo­rze walki jed­nak roz­pro­szył się nieco i nie zwró­cił uwagi na to, że odpo­wia­dał mu bez­po­śred­nio. Teraz ich sekretna komu­ni­ka­cja wyszła na jaw. Nie miał jed­nak czasu zaj­mo­wać się tym pro­ble­mem.

– Nie szko­dzi, pora­dzę sobie z nim! – Powie­dziaw­szy to, znowu zatkał sobie uszy i zaczął ata­ko­wać bar­dziej zacie­kle, całą uwagę sku­pia­jąc na Czci­god­nym. Nie wie­dział, że w Bogu Hua Cheng, usły­szaw­szy jego słowa, pod­niósł dłoń i jed­nym cio­sem wbił Ming Yi w zie­mię na głę­bo­kość trzech chi.

– Zamień­cie się znowu – powie­dział Shi Qin­gxu­ana do prze­by­wa­ją­cego w ciele Xie Liana.

Shi Qin­gxuan już wcze­śniej miał zamiar ponow­nie się zamie­nić, ale widząc, co się dzieje, zakrzyk­nął:

– Co ty wyra­biasz, Krwawy Desz­czu? Wła­śnie się zamie­ni­łem, Jego Wyso­kość mi pomaga, rozu­miał­bym, gdy­byś mnie ude­rzył, ale czemu bijesz Ming-xionga? – Led­wie skoń­czył, a przy­szło mu na myśl, że Hua Cheng nic mu nie zrobi, jak długo będzie prze­by­wał w ciele Xie Liana. Gdyby miał na kogoś pod­nieść rękę, to na Ming Yi, do któ­rego żywił zadaw­nioną urazę.

Xie Lian wal­czył zaja­dle, gdy usły­szał na Kręgu Shi Qin­gxu­ana:

– Wasza Wyso­kość, czy mógł­byś zatkać sobie uszy i uciec tro­chę dalej? Chcę się znowu zamie­nić!

– Dasz radę, Panie Wia­tru? – spy­tał Xie Lian.

– Nie zdo­łam z nim wal­czyć, ale mogę spró­bo­wać mu uciec – zapew­nił go Shi Qin­gxuan.

Xie Lian kop­nął Czci­god­nego, aż tam­ten odle­ciał daleko, po czym puścił się bie­giem.

– Pocze­kaj, nie musisz ucie­kać! – zawo­łał. – Zro­bię tu dla cie­bie krąg ochronny. Panie Wia­tru, czy masz przy sobie jakieś ochronne arte­fakty? Jeśli nie, wystar­czą cenne kosz­tow­no­ści!

– Kosz­tow­no­ści? – spy­tał Shi Qin­gxuan. – Mam, mam. Dotknij szyi, jest tam wisior dłu­go­wiecz­no­ści1, może być?

Xie Lian fak­tycz­nie wyczuł pod pal­cami ciężki złoty łań­cuch: błysz­czący, olśnie­wa­jący, wspa­niały i wytworny.

– Jest – ucie­szył się. – To cenna biżu­te­ria, świet­nie!

– Naprawdę? – odparł Shi Qin­gxuan. – Mam jesz­cze coś! W talii jade­itowy pas, na kciu­kach pier­ście­nie2 z agatu, buty wyszy­wane kora­li­kami, rączka koń­skiego ogona to drzewo san­da­łowe… A, tak! Jesz­cze podobno wło­sie ucho­dzi za bar­dzo cenne, nie wiem, z jakiej mitycz­nej bestii zostało pozy­skane… – Na jed­nym odde­chu wymie­nił sie­dem rze­czy. – Wasza Wyso­kość może spraw­dzić, czy da się użyć cze­go­kol­wiek, co mam na sobie.

Da się. To wszystko dro­go­cenne kosz­tow­no­ści!

Shi Wudu zaiste był godny miana boga dobro­bytu, a Shi Qin­gxuan – jego młod­szego brata!

– Da się – odparł. – Znajdę jakąś izbę, żeby stwo­rzyć krąg. Kiedy znowu się zamie­nimy, zasłoń uszy, nie patrz przed sie­bie, nie wychodź z tej izby, tylko cze­kaj na nas.

– Na Waszej Wyso­ko­ści naprawdę można pole­gać! – Głos Shi Qin­gxu­ana drżał, jakby ten miał się zaraz roz­pła­kać. – Dzię­kuję! Od dzi­siaj jesteś moim dru­gim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Jeżeli będziesz miał jakąś sprawę, na pewno o tobie nie zapo­mnę!

Xie Lian nie wie­dział, co powie­dzieć, rzu­cił więc tylko grzeczne:

– Dzię­kuję!

W miarę jak mówił, a nie­śmier­telny pustej mowy pozo­sta­wał daleko w tyle, dostrzegł w dali pawi­lon, wpadł do środka i wyko­nał gest, po któ­rym wszyst­kie drzwi i okna zatrza­snęły się szczel­nie. Zamknął drzwi na złoty rygiel, po czym ugryzł się w palec i naszki­co­wał tali­zman. Uło­żył kosz­tow­no­ści, oto­czył je krę­giem z krwi i wszyst­kie te czyn­no­ści wyko­nał prak­tycz­nie naraz. W końcu usiadł na środku pomiesz­cze­nia i zamknął oczy.

– Raz, dwa, trzy – powie­dział. – Sztuka Prze­nie­sie­nia Dusz: wra­caj!

Znów poczuł, jakby coś pode­rwało go w górę, po czym rzu­ciło nim o zie­mię. Obró­cił się kilka razy w powie­trzu, a po chwili poczuł pod sto­pami pod­łoże, choć wciąż jesz­cze nie odzy­skał rów­no­wagi, ale nim upadł, pochwy­ciła go mocno para rąk. Otwo­rzył oczy, gdy usły­szał głę­boki głos Hua Chenga:

– Myślę, że powi­nie­neś wyja­śnić, co się stało, gege.

Xie Lian zła­pał go za ramię i się wypro­sto­wał. Już miał coś powie­dzieć, kiedy nagle zauwa­żył, że kogoś bra­kuje.

– Gdzie jest Pan Ziemi?

– Nie wiem – odparł Hua Cheng.

– Nie wiesz?

Zasko­czony odpo­wie­dzią Xie Lian spoj­rzał w bok i zoba­czył dół w kształ­cie ludz­kiej postaci, z któ­rego wła­śnie wydo­by­wał się Ming Yi. Nie ode­zwał się. Mil­czeli wszy­scy przez chwilę, ale ciszę prze­rwał Shi Qin­gxuan:

– Hę?

– Przy­szedł? – Serce Xie Liana zamarło.

Za pomocą kosz­tow­no­ści Shi Qin­gxu­ana usta­no­wił tar­czę ochronną tak silną, że wła­ści­wie nie do poko­na­nia. Nie­śmier­telny pustej mowy nie miał szans wtar­gnąć, nawet jeśli posia­dał wielką moc, kosz­to­wa­łoby go to dużo czasu.

– Nie, nie, nie. Wasza Wyso­kość, ten krąg jest naprawdę solidny, nie­wzru­szony jak góra Tai, daje poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Myślę, że przez trzy dni i trzy noce nic się tu nie dosta­nie. Tyle że… to jest to miej­sce.

– Gdzie? Pozna­jesz je? – zacie­ka­wił się Xie Lian.

– Oczy­wi­ście, że tak. To Taras Nale­wa­nia Wina. Miej­sce, z któ­rego wnie­bo­wstą­pi­łem.

Xie Lian zamarł. „Taras Nale­wa­nia Wina?”, zdzi­wił się w myślach.

– Dokład­nie – potwier­dził Shi Qin­gxuan. – Co kil­ka­na­ście lat tu wra­cam, nie pomy­lił­bym się.

Nic dziw­nego, że Czci­godny od razu się zorien­to­wał, że nie ma do czy­nie­nia z praw­dzi­wym Shi Qin­gxu­anem. Ten roz­po­znałby to miej­sce bez roz­glą­da­nia się.

Gdy tylko Ming Yi wydo­stał się z dziury w ziemi, zaczął ryso­wać krąg, ale ledwo nakre­ślił kilka linii, ude­rzył otwartą dło­nią i wszystko zama­zał. Hua Cheng spoj­rzał na niego lodo­wa­tym wzro­kiem.

– Panie Ziemi, co robisz? – Xie Lian był zasko­czony.

Ming Yi się zatrzy­mał.

– Nie możemy użyć Tysiąca Li w Jed­nym Kroku, musimy iść na pie­chotę – oznaj­mił.

– Jak to nie możemy? – zdzi­wił się Xie Lian.

– Dokład­nie przed chwilą ktoś znisz­czył wszyst­kie miej­sca połą­czeń dla Tysiąca Li w Jed­nym Kroku w oko­licy Tarasu Nale­wa­nia Wina. Nie, nie tylko tam, w całej oko­licy.

Nie­dawno Shi Qin­gxuan został dokład­nie tam prze­nie­siony wła­śnie za pomocą tego zaklę­cia. Wyglą­dało więc na to, że gdy Xie Lian ukrył się w tym pawi­lo­nie, Czci­godny Nie­śmier­tel­nych Pustej Mowy od razu powziął dzia­ła­nia, by ich powstrzy­mać.

– Jeżeli wyru­szymy teraz, kiedy naj­szyb­ciej uda się tam dotrzeć? – spy­tał Xie Lian.

Ming Yi już się odwró­cił i ruszył.

– Za godzinę! – odparł.

– Panie Wia­tru, ruszamy w twoją stronę, dotrzemy w ciągu godziny, cze­kaj na nas. Jeśli ktoś zapuka, pod żad­nym pozo­rem nie otwie­raj – prze­ka­zał Xie Lian na Kręgu.

– Dobrze, dobrze, dobrze. To oczy­wi­ste, nie musisz mi mówić, nie jestem trzy­let­nim dziec­kiem, żeby każ­demu otwie­rać, więc… Pospiesz­cie się!

Wyru­szyli natych­miast. W dro­dze Xie Lian wypró­bo­wał swoje moce i zauwa­żył, że Sztuka Prze­nie­sie­nia Dusz naprawdę zużywa ogromną ilość mocy. Ta, któ­rej uży­czył mu Hua Cheng, już pra­wie znik­nęła.

– Gege, potrze­bu­jesz jesz­cze? – Hua Cheng naj­wy­raź­niej zauwa­żył, co książę robił.

– Nie trzeba. – Xie Lian pokrę­cił głową. – Bar­dzo dzię­kuję ci za ten wcze­śniej­szy dar.

– Nie ma za co. Bierz, ile chcesz – odparł Hua Cheng. Po chwili dodał pół­żar­tem: – A oddasz z odset­kami?

Pro­blem pole­gał na tym, że Xie Lian nie zdo­łałby zwró­cić pożyczki nawet bez odse­tek, zdo­był się więc tylko na wymu­szone:

– Mhm… Tak, oczy­wi­ście.

Droga miała im zająć godzinę, ale że żaden z nich nie był zwy­kłym śmier­tel­ni­kiem, a do tego bar­dzo się spie­szyli, dotarli więc, nim wypa­liły się dwa kadzi­dła. Chaos, jaki wywo­łał Xie Lian za pomocą wachla­rza Pana Wia­tru, na­dal nie ustał i Xie Lian aż się spo­cił ze wstydu. Przez chwilę szu­kał odpo­wied­niego budynku i wska­zał go z roz­ja­śnio­nym wzro­kiem.

– To tu. Pan Wia­tru musi tu być.

Ruszyli w tamtą stronę. Im bli­żej pod­cho­dzili, tym spo­koj­niejsi się czuli, jakby przed nimi lśnił pro­myk nadziei. Kiedy jed­nak rzu­cili okiem na drzwi, serce Xie Liana zamarło.

Były otwarte. Otwie­rały się i zamy­kały, skrzy­piąc na zim­nym, noc­nym wie­trze.

– Jest tu kto? – spy­tał Xie Lian.

Weszli do środka, ale nie zastali tam nikogo. Magiczne arte­fakty leżały nie­na­ru­szone, skoro jed­nak drzwi były otwarte, nie zdało się to na nic.

– Panie Wia­tru? Gdzie jesteś? – krzyk­nął Xie Lian przez Krąg.

W dro­dze, ponie­waż bar­dzo się spie­szyli, a Shi Qin­gxuan zbyt­nio się dener­wo­wał, Xie Lian zapro­po­no­wał mu, żeby usiadł, pome­dy­to­wał i ochło­nął, nie myślał za dużo i się nie nakrę­cał. Shi Qin­gxuan uznał, że ma to sens, i stop­niowo mówił coraz mniej. Nie prze­stał więc odpo­wia­dać nagle i tym samym jego mil­cze­nie nikomu nie wydało się dziwne. Teraz jed­nak Xie Liana zasko­czył brak odpo­wie­dzi.

Jedno z dwojga: Shi Qin­gxuan umyśl­nie nie odpo­wia­dał albo nie mógł odpo­wie­dzieć.

Pan Wia­tru miał przy sobie kil­ka­na­ście rzad­kich i cen­nych magicz­nych arte­fak­tów. Xie Lian wyko­rzy­stał je wszyst­kie do stwo­rze­nia bariery, nic nie byłoby w sta­nie tak po pro­stu się wedrzeć do środka. Jeśli nawet, to, jak oce­nił Shi Qin­gxuan, zaję­łoby to trzy dni i trzy noce. Co wię­cej, nie­moż­liwe, żeby prze­rwa­nie ochrony nie zosta­wiło żad­nych śla­dów, a zarówno drzwi, jak i okna pawi­lonu wyda­wały się nie­tknięte.

Xie Lian pod­szedł do wej­ścia, pod­niósł leżący na pod­ło­dze złoty łań­cuch i obej­rzał go uważ­nie.

– Naprawdę sam otwo­rzył drzwi.

Wie­dział, że posiłki wkrótce dotrą, dla­czego więc miałby chwilę wcze­śniej sam rzu­cać się w obję­cia śmierci? Xie Lian nie mógł tego zro­zu­mieć.

– Może myślał, że to my – powie­dział Ming Yi głę­bo­kim gło­sem.

Na te słowa w gło­wie Xie Liana poja­wił się nie­wy­raźny obraz: trzech ludzi podob­nych do niego, Hua Chenga i Ming Yi, stoi przed budyn­kiem, pukają do drzwi. Roz­ra­do­wany Shi Qin­gxuan pędzi, żeby je otwo­rzyć, a trzech „ludzi” ota­cza go i zbliża się z dziw­nymi uśmie­chami na twa­rzach. Złoty łań­cuch w dłoni Shi Qin­gxuana spada i ląduje u jego stóp, nie zostaje już pod­nie­siony.

– Prze­cież mu mówi­li­śmy – powie­dział po odgo­nie­niu tej wizji – że kiedy przyj­dziemy, zawia­do­mimy go na Kręgu. Wystar­czyło spy­tać, a już by wie­dział, czy ten ktoś za drzwiami jest oszu­stem, jak mógł tak łatwo dać się nabrać? – Nagle zamarł. – Chyba że… – cią­gnął. – Chyba że to ktoś mu znany popro­sił o otwar­cie drzwi.

– Znany? Skąd wiesz? – spy­tał Ming Yi.

– Miał zatkane uszy, nie mógł nic usły­szeć – skwi­to­wał Hua Cheng jed­nym zda­niem.

– Wła­śnie! Dla­tego mówię, że musiał to być ktoś mu znany. Pan Wia­tru zatkał uszy, nie sły­szał więc żad­nych dźwię­ków z zewnątrz! Chyba że je ode­tkał. Ale czy by to zro­bił? Był śmier­tel­nie prze­ra­żony, więc nie. Dla­tego pozo­stał tylko jeden spo­sób, żeby namó­wić go do otwar­cia drzwi.

Sztuka Ducho­wego Prze­pływu!

Xie Lian zro­bił pospiesz­nie kilka kro­ków.

– Co ozna­cza, że kiedy tu szli­śmy, ktoś pota­jem­nie się skon­tak­to­wał z Panem Wia­tru i powie­dział mu coś, co spra­wiło, że ten sam z sie­bie otwo­rzył drzwi. Obcy nie znałby hasła, prze­cież hasło nie­bia­nina z Wyż­szej Izby Nie­bios nie jest poda­wane do wia­do­mo­ści publicz­nej, a już tym bar­dziej nie jest znane duchom i demo­nom, takim jak nie­śmier­telny pustej mowy. Shi Qin­gxuan musiał darzyć tę osobę ogrom­nym zaufa­niem, ina­czej nie otwo­rzyłby drzwi ot tak, bez zasta­no­wie­nia.

– Może on tego czło­wieka nie znał, ale tam­ten bar­dzo dobrze znał jego i dał mu dobry powód do otwar­cia drzwi? – pod­su­nął Hua Cheng.

Xie Lian uważ­nie prze­my­ślał tę moż­li­wość.

– Teo­re­tycz­nie wystar­czy znać hasło, żeby prze­ka­zać wia­do­mość. Jed­nakże, gdyby Pan Wia­tru usły­szał nagle obcy głos, czy nie uznałby tego za dziwne? Jego pierw­szą reak­cją byłoby skon­tak­to­wa­nie się z nami. Chyba że słowa tej osoby zszo­ko­wały Pana Wia­tru… Ale cóż to mogło być?

– Groźba? – pod­po­wie­dział Ming Yi.

– Ale jaka groźba? „Jak nie wyj­dziesz, to powiem two­jemu bratu, że wró­ci­łem, by cię drę­czyć”? Nie­zbyt praw­do­po­dobne. – Od razu odrzu­cił tę moż­li­wość.

Czci­godny Nie­śmier­tel­nych Pustej Mowy nie­ko­niecz­nie znał tro­ski Shi Qin­gxu­ana. A oni mieli przy­być za godzinę, tyle Pan Wia­tru zdo­łałby pocze­kać. Nie należy też zapo­mi­nać, że Czci­godny nie tykał Shi Wudu, drę­czył jedy­nie jego młod­szego brata, a więc tego słab­szego. Być może tak się bał Pana Wody, że nie ośmie­lił się go pro­wo­ko­wać.

– Poszu­kajmy jesz­cze przez godzinę – zapro­po­no­wał Ming Yi.

Xie Lian zro­zu­miał, o co mu cho­dziło, i kiw­nął głową.

– Dobrze, jeżeli nie znaj­dziemy go w ciągu godziny, to nie­za­leż­nie od jego sprze­ci­wów trzeba zawia­do­mić Pana Wody. Roz­dzielmy się! My pój­dziemy w tę stronę, a ty, Panie Ziemi, tam, jeśli możesz.

Ming Yi odwró­cił się na pię­cie i udał na poszu­ki­wa­nia. Xie Lian rów­nież ruszył, jed­no­cze­śnie nie­ustan­nie nawo­łu­jąc Shi Qin­gxu­ana na Kręgu, ale odpo­wia­dała mu mar­twa cisza.

Nie minęło wiele czasu, a zna­leźli poło­żony naj­wy­żej taras. Z całą pew­no­ścią tego wła­śnie miej­sca szu­kali, znaj­do­wało się w samym cen­trum, odna­wiane po wie­lo­kroć, wytworne i ele­ganc­kie. Na ścia­nach wypi­sano strofy wier­szy. Xie Lian pod­niósł głowę i ujrzał tablicę z napi­sem „Taras Nale­wa­nia Wina”.

– Cho­dzi o Mło­dzieńca, Który Nalewa Wino?

– Dokład­nie – potwier­dził Hua Cheng. – Choć powi­nien raczej zostać Mło­dzień­cem, Który Wylewa Wino.

Legendy mówią, że kiedy Pan Wia­tru był czło­wie­kiem, czę­sto pił tutaj wino, upi­jał się i leżał na tara­sie, spę­dzał czas rado­śnie i swo­bod­nie. Pew­nego dnia ujrzał pod tara­sem jakie­goś zbira drę­czą­cego dobrych ludzi. Shi Qin­gxuan wylał wino z czarki wprost na jego głowę i pozba­wił go przy­tom­no­ści. Po czym wnie­bo­wstą­pił.

– I tyle? – spy­tał Xie Lian.

– I tyle – potwier­dził Hua Cheng.

Xie Liana zadzi­wiło, jak pro­sta była histo­ria Mło­dzieńca Nale­wa­ją­cego Wino, ale cza­sem szczę­śliwe zbiegi oko­licz­no­ści wyglą­dają wła­śnie tak. Zresztą lite­raci zawsze lubili takie miej­sca, owiane legendą, z bogatą histo­rią, w nich wła­śnie czuli przy­pływ inspi­ra­cji, brali do ręki pędzel i pisali, opo­wia­da­jąc o swym dąże­niu, by być jak nie­śmier­telni. Xie Lian zro­zu­miał, że to słynne miej­sce. Wie­czo­rem nie było odwie­dza­ją­cych, ale następ­nego dnia prze­chod­nie ku swej zgro­zie zoba­czą zmie­cione z powierzchni ziemi domy i drzewa, będą więc wołać, że Pan Wia­tru się obja­wił.

Wtem Hua Cheng nagle się zatrzy­mał.

– Gege.

– Tak? – Xie Lian odwró­cił się ku niemu.

– Mam pewną sprawę, pójdę zawczasu ją zała­twić.

Xie Lian się zawa­hał, ale nie mógł się nie zgo­dzić.

– I tak przy­sze­dłeś tu dla roz­rywki, jeśli więc masz coś do zro­bie­nia, to idź.

– Mhm. Uwa­żaj na sie­bie, gege. Nie­długo wrócę.

I znik­nął.

Godzinę póź­niej Xie Lian skon­tak­to­wał się z Ming Yi.

– Panie Ziemi, jak u cie­bie? Ja go nie zna­la­złem, zaraz wra­cam.

– Ja też nie! – odparł Ming Yi.

– Powiem o wszyst­kim Panu Wody – zde­cy­do­wał Xie Lian, po czym natych­miast wysłał wia­do­mość. – Ling Wen, jesteś? Możesz zna­leźć Pana Wody? Muszę prze­ka­zać mu nie­cier­piącą zwłoki wia­do­mość, niech spo­tka się z nami na Tara­sie Nale­wa­nia Wina!

Koło jego ucha zabrzmiał czy­sty męski głos, co ozna­czało, że Ling Wen jest teraz w męskiej postaci.

– Wasza Wyso­kość, Pan Wody jest teraz u mnie. Nie lubi opusz­czać Nie­bios, pew­nie nie będzie chciał zstą­pić. Jaka to sprawa? Mogę prze­ka­zać.

Tym­cza­sem Xie Lian dotarł już do głów­nego budynku. Z daleka zoba­czył, że z tarasu zwisa coś, jakby powie­wa­jący nie­ustan­nie na wie­trze kawa­łek bia­łego mate­riału. „Co to tu robi?”, pomy­ślał zdzi­wiony. Zbli­żył się na tyle, by w końcu móc się przyj­rzeć dokład­niej. Czy to nie wierzch­nia szata Pana Wia­tru?

– Wasza Wyso­kość! – Ryk Ming Yi zagrzmiał mu w gło­wie. – Wra­caj do głów­nego budynku! Szybko!

Xie Lian zadrżał, a Ling Wen spy­tała:

– Wasza Wyso­kość?

– Niech tu szybko przyj­dzie! Coś się stało Panu Wia­tru!

Ruszył na górę. Tam, na samym środku tarasu, ktoś leżał. Shi Qin­gxuan.

Miał zaci­śnięte powieki, na jego ciele nie było obra­żeń ani śla­dów krwi. Ming Yi pomógł mu się pod­nieść i gdy Pan Wia­tru usiadł nie­przy­tomny, z jego piersi coś spa­dło. Pęk­nięty na dwoje wachlarz.

Naprawa magicz­nej broni tej klasy może zająć setki lat, do tego była to pierw­sza broń Pana Wia­tru, a jed­nak została znisz­czona!

– Przed chwilą tu zaglą­da­li­śmy, na pewno nikogo nie było! – zdzi­wił się Xie Lian.

Led­wie wypo­wie­dział te słowa, a zauwa­żył, co jesz­cze było nie tak. Kiedy wcze­śniej przy­szli tutaj z Hua Chen­giem, na ścia­nach wypi­sano stwo­rzone przez lite­ra­tów strofy – jedne pełne wdzięku, inne fry­wolne bądź dostojne – teraz jed­nak wszyst­kie znik­nęły. Została tylko czer­wień ocie­ka­ją­cych krwią zna­ków: „Marny począ­tek, marny koniec!”.

Tymi sło­wami nie­śmier­telny pustej mowy prze­klął Shi Qin­gxu­ana w dniu jego naro­dzin!

– Wasza Wyso­kość, a tam­ten gdzie się podział? – spy­tał zdzi­wiony Ming Yi.

„A to pech, że San­lang znik­nął w takim momen­cie. Wła­śnie kiedy coś się stało Panu Wia­tru, naprawdę trudno będzie to wytłu­ma­czyć”, pomy­ślał Xie Lian. Nie dał jed­nak po sobie nic poznać.

– Popro­si­łem go, żeby pomógł mi szu­kać nie­śmier­tel­nego pustej mowy.

– Kiedy poszedł? – spy­tał Ming Yi.

Wcze­śniej.

– Dosłow­nie przed chwilą, nie upły­nęło wiele czasu – odparł Xie Lian z kamienną twa­rzą.

W tym momen­cie roz­legł się grzmot, a na nie­bie poja­wił się złoty powóz zaprzę­żony w osiem koni, prze­ciął war­stwę chmur i pędził w ich kie­runku.

Skoro nie można było użyć Tysiąca Li w Jed­nym Kroku, Shi Wudu wybrał podróż powo­zem – zło­tym, zaprzę­żo­nym w konie z brązu – który robił tak wielki rumor, że wystar­czyło, by przy­uwa­żył go jakiś patrzący w gwiazdy śmier­tel­nik, i nie­małe zamie­sza­nie w świe­cie ludzi muro­wane. Wodny Despota rze­czy­wi­ście niczego się nie bał. Widząc, że się zbliża, Xie Lian popro­sił Ming Yi:

– Panie Ziemi, pro­szę cię o jedno! Nie wspo­mi­naj o Hua Chengu, dobrze? Zapew­niam, że nie ma z tą sprawą nic wspól­nego, nie skrzyw­dziłby Pana Wia­tru. Ale w Wyż­szej Izbie Nie­bios jest wielu nie­bian, któ­rzy lubią sobie dopo­wia­dać, wyol­brzy­miać i zmy­ślać. Nie można uprasz­czać tak skom­pli­ko­wa­nej sprawy i przed­sta­wiać go jako zło­czyńcy, który za tym wszyst­kim stoi.

Ming Yi rzu­cił na niego okiem i zgo­dził się bez waha­nia.

– Dobrze.

Pochy­leni, dalej spraw­dzali stan Shi Qin­gxu­ana. Złoty powóz zadud­nił i wylą­do­wał, zosta­wia­jąc za sobą ślad z chmur uło­żo­nych w pomyślne wróżby. Towa­rzy­szył mu orszak bóstw słu­żeb­nych, a z wnę­trza wyło­niło się troje nie­bian: Shi Wudu, Pei Ming i Ling Wen. Trójka z pierw­szej dzie­siątki z ban­kietu Święta Środka Jesieni. Xie Lian oczy­wi­ście zdą­żył już zapo­mnieć, że sam był na pierw­szym miej­scu.

Shi Wudu, ścią­ga­jąc brwi, uniósł rąbek szaty i wysiadł z powozu, po czym z wachla­rzem w dłoni zaczął wcho­dzić po scho­dach pawi­lonu. Pei Ming i Ling Wen podą­żali za nim. Led­wie ujrzał swo­jego brata, który leżał jak mar­twy, wyraz jego twa­rzy nagle się zmie­nił. Pod­biegł.

– Qin­gxuan? Qin­gxuan? Co się stało?

– Pan Wia­tru spo­tkał nie­śmier­tel­nego pustej mowy – pod­su­mo­wał zwięźle Xie Lian.

– Co ty powie­dzia­łeś? Nie­śmier­telny pustej mowy? – nie dowie­rzał Shi Wudu.

Ale gdy padły te trzy słowa, nie tylko Shi Wudu, lecz także Pei Min­gowi oraz Ling Wen zrze­dły miny. Wyglą­dało na to, że już sły­szeli o tym zmar­twie­niu Pana Wody.

– Znowu ty, Wasza Wyso­kość – ode­zwał się Pei Ming.

– Tak to już jest – odparł Xie Lian. – W Wyż­szej Izbie Nie­bios nie prze­wija się aż tyle osób.

– Za każ­dym razem, kiedy cię widzę, cią­gnie się za tobą pewien ktoś – rzekł Pei Ming. – Tym razem nie może być ina­czej.

– Nie wiem, o kim mówisz, gene­rale Pei – odparł Xie Lian obo­jęt­nie.

Skła­mał w żywe oczy, a Ming Yi dotrzy­mał obiet­nicy i nie pisnął ani słowa. Pei Ming nie ode­zwał się już, tylko gestem wysłał towa­rzy­szą­cych mu nie­bian, by prze­szu­kali oko­licę. Shi Wudu nie był w sta­nie dobu­dzić Shi Qin­gxu­ana. Powiódł wzro­kiem po ścia­nach. Zauwa­żył krwi­sto­czer­wony napis, a jego rysy w jed­nej chwili wykrzy­wiła złość. Aż się trząsł ze wście­kło­ści.

– Kto to napi­sał? – krzy­czał. – Kto?

Prze­rwał mu głos Ling Wen:

– Pan Wia­tru się ock­nął!

Xie Lian pospiesz­nie przy­kuc­nął. Fak­tycz­nie, Shi Qin­gxuan powoli otwie­rał oczy. Shi Wudu odsu­nął od niego pozo­sta­łych.

– Qin­gxuan! Jak się czu­jesz? Coś ci jest? Kto ci to zro­bił?

Wciąż oszo­ło­miony Shi Qin­gxuan stop­niowo odzy­ski­wał przy­tom­ność. Pierw­szą rze­czą, jaką ujrzał, gdy otwo­rzył oczy, była twarz Shi Wudu. I wtedy wyda­rzyło się coś, czego nikt się nie spo­dzie­wał.

Pan Wia­tru ode­pchnął brata, objął głowę rękoma i zaniósł się sza­lo­nym wyciem. Tak go to zasko­czyło, że Pan Wody dopiero po chwili odzy­skał głos.

– Qin­gxuan, to ja, twój brat.

– Wiem, że to ty! – wrza­snął Shi Qin­gxuan.

Skoro roz­po­znał brata, dla­czego tak zare­ago­wał?

Shi Wudu znów wycią­gnął rękę.

– Wszystko w porządku…

– Gówno prawda! – Shi Qin­gxuan ją odtrą­cił. – Jak może być w porządku? Nic już nie mów! Nie wytrzy­mam!

– Qin­gxuan, jak ty się odzy­wasz do brata? – wtrą­cił się Pei Ming.

Zazwy­czaj, gdy Shi Qin­gxuan sły­szał Pei Minga, nie mógł się powstrzy­mać od komen­ta­rza, tym razem jed­nak zupeł­nie go zigno­ro­wał, mam­ro­tał tylko pod nosem jak opę­tany:

– Nie mam ochoty nikogo słu­chać. Ty też się nie odzy­waj. Daj­cie mi się uspo­koić. Idź­cie. Idź­cie stąd natych­miast!

– Co ty bre­dzisz?! – Shi Wudu w końcu nie wytrzy­mał.

– Panie Wia­tru, jeśli coś się stało, powiedz o tym, brat na pewno znaj­dzie roz­wią­za­nie… – ode­zwała się Ling Wen.

– Nie rozu­mie­cie tego, co powie­dzia­łem? – wście­kał się Shi Qin­gxuan. – Wszy­scy spie­przaj­cie! Spie­przaj­cie, no!

Krzy­czał, jakby ogar­nął go szał, aż wresz­cie splu­nął krwią.

– Panie Wia­tru! – krzyk­nął Xie Lian.

Shi Wudu chwy­cił nad­gar­stek brata i po chwili bada­nia pulsu wyraz jego twa­rzy w mgnie­niu oka stał się bar­dziej prze­ra­ża­jący niż u demona, wyglą­dało, jakby sam miał za chwilę plu­nąć krwią.

– Panie Wody, co z nim? – spy­tał Xie Lian.

Wycią­gnął rękę, ale Shi Wudu gwał­tow­nie ją odtrą­cił, mie­rząc go gniew­nym spoj­rze­niem, jakby za żadne skarby nie chciał pozwo­lić Xie Lia­nowi zbli­żyć się do Shi Qin­gxu­ana.

– Jesteś chory i prze­ra­żony – powie­dział do brata. – Zabiorę cię z powro­tem na lecze­nie, na pewno wyzdro­wie­jesz.

– Nie jestem chory – wyce­dził tam­ten, patrząc mu w oczy. – O tym, czy jestem chory, czy nie, ty wiesz naj­le­piej! Nie myśl sobie, że osza­la­łem, jestem jak naj­bar­dziej świa­domy, jesz­cze ni­gdy nie byłem aż tak świa­domy!

Shi Wudu zła­pał go za łokieć i pocią­gnął w stronę powozu.

– Nic nie rozu­miesz, nie mów bzdur.

– Ming-xiong, Ming-xiong, ratuj! Wasza Wyso­kość, ratuj! – Shi Qin­gxuan wydzie­rał się jak opę­tany.

Wycią­gnął ręce i schwy­cił każdą dło­nią jed­nego z nich, a Xie Lian i Ming Yi ujęli je. Shi Wudu pocią­gnął go jed­nak bez­ce­re­mo­nial­nie.

– Idziemy, wszystko w porządku, jestem przy tobie – pró­bo­wał uspo­koić brata.

Shi Qin­gxuan krzy­czał, a Pei Ming i Ling Wen poma­gali Shi Wudu go okieł­znać.

– Twój brat nie chce z tobą iść – powie­dział Ming Yi.

– Sprawa z nie­śmier­tel­nym pustej mowy na­dal nie jest roz­wią­zana – zaczął Xie Lian. – Panie Wody, czy…

– Jaki znowu nie­śmier­telny pustej mowy? – spy­tał surowo Shi Wudu. – Nie mam poję­cia, o czym mówi­cie. On jest chory, zdez­o­rien­to­wany, to wszystko!

– Ale Pan Wia­tru… – zaczął znowu Xie Lian.

– To mój brat, myślisz, że nie chcę dla niego dobrze? – prze­rwał mu Shi Wudu. – Nie ma potrzeby, żeby dwie osoby z zewnątrz wtrą­cały się w nasze rodzinne sprawy! Nie opo­wia­daj­cie o tym nikomu, po pro­stu zaj­mij­cie się sobą!

Cho­ciaż jego słowa były bar­dzo nie­przy­jemne, Xie Lian po namy­śle uznał ich słusz­ność. W końcu Shi Wudu był rodzo­nym bra­tem Shi Qin­gxu­ana, nie skrzyw­dziłby go. Do tego towa­rzy­szyło mu dwoje nie­bian, w takim towa­rzy­stwie Pan Wia­tru był bez­pieczny. Poja­wił się ktoś z rodziny, jak więc osoby z zewnątrz mają dalej inter­we­nio­wać?

Na ziemi leżał pęk­nięty na pół wachlarz Pana Wia­tru, na który nikt wcze­śniej nie zwró­cił uwagi. Ling Wen pod­nio­sła go i zwró­ciła się do Xie Liana i jego towa­rzy­sza:

– Wasza Wyso­kość, Panie Ziemi, nie dziw­cie się, Pana Wody bar­dzo nur­tuje ta sprawa. To kwe­stia rodzinna, a bru­dów rodzin­nych nie należy wyno­sić na zewnątrz. Mam nadzieję, że będzie­cie mil­czeli jak grób. Pew­nego dnia wam to wyna­gro­dzimy.

Po krót­kiej wymia­nie uprzej­mo­ści wsie­dli do powozu. Ten huk­nął i wzniósł się do nieba. Patrząc, jak znika w obło­kach, Xie Lian uświa­do­mił sobie, że cho­ciaż tyle wło­żyli w nią wysiłku, ta sprawa zakoń­czyła się wielce oso­bli­wie.

Kiedy Ming Yi miał już odejść, Xie Lian się ock­nął.

– Panie Ziemi!

Ming Yi się zatrzy­mał i posłał mu głę­bo­kie, zna­czące spoj­rze­nie.

– Bądź spo­kojny, jeśli cho­dzi o Hua Chenga, nic nie powiem.

– Bar­dzo dzię­kuję! – Xie Lian mu się skło­nił.

Ming Yi kiw­nął głową, odwró­cił się i odszedł.

Cho­ciaż Xie Lian bar­dzo mar­twił się o Shi Qin­gxu­ana, zda­wał sobie sprawę, że medycy z Wyż­szej Izby Nie­bios wskó­rają tu wię­cej niż on. Poza tym Shi Wudu na pewno by nie chciał, żeby ktoś z zewnątrz obser­wo­wał sza­leń­stwo jego brata. Nie był to dobry czas na wizyty. Mógł tylko opu­ścić Taras Nale­wa­nia Wina i powoli zebrać się do powrotu.

Szedł kró­cej niż wypa­le­nie jed­nego kadzi­dła, gdy poczuł, że nad drogą uno­szą się opary demo­nicz­nej mgły, i zwol­nił kroku. „Nie­moż­liwe, nawet chwili prze­rwy. Na co ja znów tra­fi­łem?”, pomy­ślał.

Rozdział siódmy

Żarty wpra­wiają w zakło­po­ta­nie i cie­bie, i mnie

Stał na pobo­czu, cze­ka­jąc spo­koj­nie, a po chwili z kłę­bów demo­nicz­nej ener­gii przed nim wydo­był się dziwny dźwięk:

– Hej ho, hej ho!

Na początku drogi zama­ja­czył ogromny cień. Ze wszyst­kich stron ota­czały go mniej­sze kształty. Xie Lian nie do końca wie­dział, co ma przed oczami, ale z pew­no­ścią było to coś wiel­kiego, odru­chowo więc zro­bił krok w tył. Gdy jed­nak po chwili obiekt powoli wyło­nił się z mgły, Xie Lian wyba­łu­szył oczy.

Była to oka­zała lek­tyka.

Nie­zwy­kle wytworna, z tiu­lo­wym bal­da­chi­mem z frędz­lami. Gdyby ktoś sie­dział otu­lony czer­woną zasłoną, byłby przez nią widoczny jedy­nie jak cień ze snu. Nie nie­śli jej ludzie, lecz wyjąt­kowo duże złote szkie­lety, które pędziły, pokrzy­ku­jąc swoje „hej ho”. Nad czaszką każ­dego z nich uno­sił się błędny ognik, który obra­cał się, jakby słu­żył do oświe­tla­nia drogi. Za każ­dym razem, gdy docie­rali w ciem­niej­sze miej­sce, ogniki lśniły jesz­cze jaśniej. Nad­zwy­czaj oso­bliwy, ale też nie­po­ko­jący widok, Xie Lian nie potra­fił jed­nak odwró­cić wzroku. Pomy­ślał, że to jakaś demo­niczna panna pędzi na sekretną schadzkę z kochan­kiem. Pospiesz­nie zszedł głę­biej na pobo­cze, chcąc ustą­pić miej­sca. Szkie­lety jed­nak zatrzy­mały lek­tykę tuż przed nim, a wszyst­kie cztery czaszki jed­no­cze­śnie odwró­ciły się w jego stronę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

长命金锁 (chángmìngsuǒ) – naszyj­nik z wisio­rem, który ma przy­no­sić dzie­ciom szczę­ście, zapew­niać dłu­gie życie i bogac­two (wszyst­kie przy­pisy, o ile nie zazna­czono ina­czej, pocho­dzą od tłu­ma­czek). [wróć]

Zekier – pier­ścień łucz­ni­czy. [wróć]