Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
37 osób interesuje się tą książką
Witajcie w Krakowie, stolicy Polanii, jednym z najbardziej magicznych miast Europy. Nad Rynkiem krążą gołębie, które podobno były kiedyś rycerzami, w podziemiach monety strzegą demony, a nad zamkiem czuwa królewska czarownica Sara Sokolska.
Gdy nad miastem zbierają się ciemne chmury, a kolejne bariery ochronne pękają jedna po drugiej, Sara musi zmierzyć się z siłami, o których wolałaby nie pamiętać. Czeka ją targowanie z demonami, odczynianie zapomnianych klątw i podróż na drugą stronę lustra. Czy to jednak wystarczy, aby Sara zdołała ocalić miasto – oraz samą siebie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 276
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rodzicom i dziadkom
Spalić wiedźmę, moja debiutancka książka, powstała około 2013 roku, a wydana po raz pierwszy została na przełomie 2015 i 2016. Tych, którzy zastanawiają się, na ile drugie wydanie różni się od pierwszego, chcę zapewnić, że powstrzymałam impuls napisania tej książki od nowa (choć nie powiem, że mnie to nie kusiło), uznając, że byłoby to niesprawiedliwe wobec osób już posiadających pierwszą wersję. Nie zmieniły się więc wydarzenia ani charakter bohaterów.
Powieść przeszła jednak redakcję (najpierw moją, potem wykonaną przez redaktora), pojawiły się więc pewne zmiany stylistyczne. W kilku miejscach pozwoliłam sobie wyjaśnić niektóre rzeczy, które czytelnicy zgłaszali w przeszłości jako niejasne. Zadbałam także o ujednolicenie nazewnictwa, które pierwotnie tu i ówdzie było niespójne, czasem ze względu na moje niedopatrzenia, czasem z powodu zmian wykonanych na etapie redakcji i korekty.
W nowym wydaniu starałam się nie wprowadzać zmian fabularnych, ale dodałam kilka akapitów, stąd ktoś wracający do tej książki po latach może dopatrzeć się pewnych różnic.
Lekturę cyklu o Sarze można zacząć zarówno od Spalić wiedźmę (według chronologii wydania), jak i od Przeminęło z wiedźmą (według chronologii wydarzeń).
Fabuła Spalić wiedźmę oparta jest na krakowskich legendach, ich treść została jednak zmodyfikowana, by wpasować je w uniwersum Polanii – nie należy więc traktować ich książkowej wersji inaczej niż jako wymysł autorki.
Zaczęło się zupełnie zwyczajnie: mianowicie od morderstwa.
Ciało wyłowiono z rzeki wczesnym rankiem, w niewielkiej miejscowości w pobliżu stolicy Polanii, Krakowa. Nurt musiał nieść je z daleka, bo zdążyło napuchnąć i zsinieć od lodowatej wody, było poobijane, ale nade wszystko nosiło ślady po rozległych poparzeniach. Tym samym wykluczono możliwość samobójstwa, podobnie jak nieszczęśliwego wypadku, choć taką wersję okoliczne władze chętnie uznałyby za obowiązującą.
I może tak w końcu widniałoby w oficjalnych dokumentach, ciało zaś pogrzebano by w bezimiennym grobie, bo uszkodzonej twarzy nie dało się rozpoznać.
Jakimś sposobem nie spłonęły jednak doszczętnie wszystkie włosy dziewczyny, długie i tak jasne, że niemal białe.
Dzięki nim ustalono, że topielica to zaginiona przed kilkoma dniami siostra Tomasza Niepołomica, królewskiego powinowatego, pana majętnego, wpływowego i słynącego ze swej mściwości. Powszechnie wiadomo było, że pan Tomasz siostry nie miłował zbyt gorąco, w towarzystwie nazywając ją latawicą, zaś prywatnie bardziej dosadnie – kurwą. Niemniej ta nosiła nazwisko rodowe (choć co do krwi ojcowskiej w jej żyłach pan Tomasz żywił poważne wątpliwości), zatem jej śmierć winna być pomszczona. Jednakże jedyny przedstawiciel prawa w miasteczku, w którym wyłowiono ciało, zajmował się głównie bójkami w zajeździe, toteż wiele zdziałać nie mógł i sprawa została przekazana w bardziej kompetentne ręce, by w końcu trafić na dwór.
– Znaleziono ciało – burczał Jego Królewska Mość Julian Łukomski z taką miną, jakby zjadł pół kilograma cytryn. – W wodzie. Wcześniej podpalone. Tomasz się wścieka.
– Tomasz wścieka się regularnie, co piątek. Czasem również w środy. Nieważne, czy ma ku temu powody czy nie.
Julian zaklął w sposób zupełnie nieprzystający władcy. Na rozmówczyni nie zrobiło to wrażenia, bowiem król kląć nauczył się od niej.
– Kaśka – kontynuował Julian, ignorując dziewczynę – zmarła przed sześcioma dniami. Wedle medyków utonęła, chociaż wcześniej coś poparzyło jej twarz i klatkę piersiową. Ponoć pojechała do Czarnego Jaru, ale ludzie tam twierdzą, że jej nie widzieli. Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Sanika?
– Nudzę się – zamarudziła Sara Weronika Sokolska. Odwróciła się do króla i oparła dłonie na biodrach. Była kobietą średniego wzrostu, o twarzy szczupłej, niezdrowo wręcz bladej i wielkich oczach, do których wpadały kosmyki czarnej, zbyt długiej grzywki. – Umieram z nudów, a ty mi opowiadasz o Niepołomicównie. Nie lubiłam jej. Nie pojechałam przez to na sabat na Łysej Górze. Myślałam, że chodzi o coś ciekawszego.
Julian zazgrzytał zębami ze złości i zrezygnowany opadł na obite materiałem krzesło, bezcenny zabytek. Ze schludnie zaczesanymi, ciemnobrązowymi włosami, w jedwabnej koszuli, czarnych spodniach i skórzanych, włoskich butach, z drogim zegarkiem na ręku, wyglądał dokładnie na tego, kim był: na typowego arystokratę. Kogoś, kto nie bywa nawet w tych samych miejscach, co Sara. I na pewno nie na kogoś, kto pozwalałby jej podobnym zwracać się do siebie w tak poufały sposób.
Ale pozwalał. Po pierwsze, znał ją od lat, odkąd był małym chłopcem. Po drugie, jako nadworna czarownica cieszyła się pewnymi przywilejami. Nawet jeśli wśród adeptów sztuk magicznych uchodziła za czarownicę niewydarzoną i za plamę na honorze bractwa adeptów magicznej ścieżki.
– Znajdź mordercę, Sanika – zażądał król, nie zważając na utyskiwania Sary Weroniki Sokolskiej, Pierwszej Czarownicy Polanii. – I sądziłem, że nie lubisz sabatów. Koleżanki i koledzy po fachu cię nienawidzą.
Sara uśmiechnęła się chytrze. Julian bardzo nie lubił jej uśmiechów. Rzadko zwiastowały coś dobrego.
– Oczywiście, że mnie nienawidzą. Myślisz, że dlaczego chciałam jechać? Od pięciu lat czekam, aż Joannę na mój widok trafi wreszcie szlag.
Zaczęła krążyć po komnacie. Nie pasowała do pomieszczenia, do modrzewiowego stropu, do renesansowych fresków, starych obrazów i antyków. Dżinsy miała porwane na kolanach. Rękaw koszuli w kratę czymś utytłała, prawdopodobnie czekoladą. Sznurówka prawego glana ciągnęła się za nią po podłodze i Julian czekał tylko, aż Sara się potknie. Gdyby runęła wtedy na łeb, na szyję i rozbiła sobie nos, pewnie nawet przyjąłby to z odrobiną satysfakcji, ale niestety: jej głównym talentem była władza nad powietrzem, a to czyniło upadek mało prawdopodobnym.
– Tomasz domaga się głów. Dokładnie tak to ujął: „daj mi głowę mordercy na srebrnej tacy”. Nie chcę i nie mogę mieć w nim wroga.
– Przywróć karę śmierci poprzez ścięcie – zaproponowała Sara beztrosko. – Albo, jeśli już upieramy się przy humanitaryzmie i prawie do godności nawet największych zwyrodnialców, najpierw otruj delikwenta, a potem utnij mu łeb. Poślij Tomaszowi na tacy, skoro ma ochotę na jakąś głowę. Doceni gest.
Większość poddanych Juliana zadrżałaby na widok gniewnego spojrzenia brązowych oczu władcy. Sara jednak nie przejęła się ani trochę i wróciła na swoje miejsce przy oknie. Król głośno westchnął. Czasem trudno było mu uwierzyć, że czarownica jest od niego starsza. Jeśli oceniać wiek Sary po zachowaniu, uznałby ją raczej za zbuntowaną piętnastolatkę. Po wyglądzie – za dwudziestolatkę. Tymczasem wedle jego rachunków już jakiś czas temu przekroczyła trzydziestkę.
– Twierdzisz, że się nudzisz, więc zajmij się tym – nakazał, czując, że powoli traci cierpliwość. – Nie mogę nie podjąć żadnych działań. A Kaśka…
– Tak, tak, była kiedyś twoją kochanicą – parsknęła Sara lekceważąco. – Zresztą nie tylko twoją. Przewinęła się przez połowę łóżek w tym zamku. To zajęcie dla policji, nie dla mnie.
Julian milczał, przypatrując się czarownicy wymownie. Cisza trwała tak długo, aż w końcu stała się niemal namacalna. Sara wepchnęła ręce w kieszenie, spuściła głowę i westchnęła równie ciężko jak wcześniej król.
– Stracę sabatowe jedzenie. Chcę kolacji. I tortu czekoladowego na deser. W tym Czarnym Jarze na pewno nie będzie tortów czekoladowych. Każ naszykować mi koszyk.
– Koszyk? – zdumiał się Julian. – Na co ci koszyk?
Czcigodna Sara Weronika, Pierwsza Czarownica Polanii, spojrzała na swego króla z politowaniem. Potrząsnęła głową, a ciemne kosmyki na moment przysłoniły jej jasne oczy.
– Myślałeś, że głowę dla Tomasza przyniosę w rękach?
Jego Wysokość Julian Stanisław Łukomski, władca Polanii, chrząknął i zakłopotany uciekł wzrokiem gdzieś w bok. Wolał nie zastanawiać się, czy jego podwładna mówiła poważnie.
*
Wbrew temu, w co chcieliby wierzyć osobnicy bardziej zacofani, miotła nie stanowiła nieodłącznego atrybutu czarownicy. Była niepraktyczna, niewygodna, a w marcu, gdy czapy śniegu wciąż zalegały na chodnikach, a z nieba padał deszcz ze śniegiem, jedynie ktoś kompletnie obłąkany wybrałby ją jako środek transportu. Sara, choć niewielu dałoby temu wiarę, do grona kompletnie obłąkanych się nie zaliczała. Od podróży na patyku w temperaturze bliskiej zeru wolała służbowe auto z ogrzewaniem. Z tego, podobnie jak z innych przywilejów wiążących się z intratnym stanowiskiem, Sara zwykła korzystać bez skrupułów. Była królewską czarownicą: prawą ręką Jego Królewskiej Mości Juliana Łukomskiego, króla Polanii, kraju uważanego za jeden z najbardziej magicznych, a przez to najpotężniejszych w Europie. Oznaczało to mnóstwo obowiązków, które bardzo ją irytowały, ale także sporo benefitów pracowniczych.
Śnieg z deszczem padał przez większą część niemal trzygodzinnej podróży, a czarownica w końcu potraktowała zaklęciem wycieraczki nienadążające z usuwaniem nadmiaru wody. Nie było jej śpieszno ani do miasteczka, w którym odnaleziono ciało Katarzyny Niepołomic, ani do zapadłej dziury, gdzie ofiara podobno miała zamiar spędzić weekend na łonie natury. Tak naprawdę czarownicy nie interesowało, kto zabił Kaśkę. Gdyby chciała tworzyć listę podejrzanych, od razu mogłaby zapisać na niej kilkadziesiąt nazwisk: porzuceni partnerzy, kochankowie, którzy dowiadywali się, że byli jednymi z wielu, zdradzane żony i narzeczone. Sprawdzanie ich wszystkich było jednak zadaniem policji. W ogóle cała ta sprawa powinna zostać w ich rękach, może ostatecznie, z uwagi na koligacje rodzinne Kaśki, jednostki specjalnej. Nic nie wskazywało, że śmierć Niepołomicówny miała coś wspólnego z magią, a rozwiązywanie zagadek kryminalnych nie stanowiło odpowiedniego zadania dla czarownicy. Zwłaszcza w przypadku takiej zagadki i takiej czarownicy.
– W wyniku tajnego, demokratycznego głosowania wyłoniono dziś nowego przewodniczącego Kowenu Magicznego. – Z radia popłynął głos spikera. – Poprzednia przewodnicząca, Jennifer Talbott z Wielkiej Brytanii, zmarła przed dwoma miesiącami w wyniku wyczerpania magicznego po tym, jak przez trzy godziny utrzymywała na powierzchni tonący okręt Czarna Orchidea, na którego pokładzie znajdowało się ponad pięćset osób. Wybór padł na Giuseppe di Lello, czarodzieja ze Zjednoczonego Królestwa Włoch. To zaskoczenie dla wielu, ponieważ dotąd jako najbardziej prawdopodobnego kandydata na to stanowisko wskazywano Uwe Holza z Republiki Federacyjnej Niemiec.
„Zawsze byłaś idiotką, Jen”, pomyślała Sara ponuro.
Kolejne informacje, tym razem dotyczące wypowiedzi księcia Nikolasa z Anveburgu, dementującego plotki o przystąpieniu jego kraju do Stowarzyszenia Europejskiego, puściła mimo uszu. Wspominała Jennifer, szczupłą, delikatną kobietę o poważnych oczach i niezłomnym charakterze. Sara nigdy nie pomyślałaby, że jedna z najpotężniejszych europejskich czarodziejek poświęci życie w taki sposób. Głupio i niepotrzebnie. Mogła stamtąd uciec, teleportować się, nawet zabrać ze sobą część pasażerów. Ściągnąć innych magów na pomoc. Statek nie zatonąłby przecież od razu, większość ludzi i tak udałoby się uratować. A jednak Jennifer przedłożyła ich życie nad własne.
Żadna przyzwoitość ani żaden przymus nie mogłyby zmusić Sary do podobnego poświęcenia.
– Pora na wiadomości krajowe. Dziś w Poznaniu odbył się pogrzeb Katarzyny Kamili Niepołomic, siostry Tomasza Niepołomica, posła i właściciela słynnego Białego Pałacu. Okoliczności śmierci Katarzyny nadal nie są znane. Osierociła sześcioletnią córkę…
Zirytowana Sara zaczęła zmieniać stacje, póki – po reklamie nowego modelu latającego dywanu i wywiadu na temat selkie – nie trafiła na muzykę. Nie wiedziała, że Katarzyna miała dziecko. Kaśka, Piękna Kaśka, słynąca z długich, bardzo jasnych włosów, modrych oczu i niezwykłego głosu… Sara zawsze podejrzewała, że panna Niepołomic musiała mieć wśród przodków jakąś syrenę. W końcu przez wieki niejedna z nich znalazła sposób, by zyskać nogi i rozpocząć życie na lądzie, zwykle kierowana tym paskudnym, niszczącym uczuciem: miłością. Zazwyczaj szybko umierały, czy to dosłownie usychając z tęsknoty za morzem, czy zamieniając się w pianę, gdy zdradzono ich uczucia, lecz kilka z nich z pewnością zdążyło wydać na świat potomstwo.
Na drodze przybywało dziur, asfalt znikł kilkanaście kilometrów wcześniej, a samochód coraz częściej podskakiwał na nierównej nawierzchni. Zza zasłony deszczu wyłaniały się pierwsze zabudowania, głównie drewniane, niewielkie domki. Gdyby nie anteny satelitarne przy niektórych z nich, można by niemal uwierzyć, że cały Czarny Jar zatrzymał się w innej epoce. Trudno było wyobrazić sobie Kaśkę w tym otoczeniu. Sara jednak domyślała się powodów, dla których ta mogła przyjechać do tak odosobnionego miejsca: upojny weekend na łonie natury, w ramionach kolejnego kochanka, najprawdopodobniej żonatego i wysoko postawionego. Takie miejsce zapewniało dyskrecję. Policja pewnie próbowała już ustalić, z kim miała się tutaj spotkać. Na razie bezskutecznie, inaczej Julian podzieliłby się z Sarą tą informacją. I prawdopodobnie się nie dowiedzą. Wątpiła, aby kochanek Katarzyny chciał się tym pochwalić, nie mówiąc już o tym, że stałby się pierwszym podejrzanym.
Czarownica zaparkowała na skraju wsi, w pobliżu rzeki. Nie chciało jej się opuszczać ciepłego wnętrza pojazdu. Minęło trochę czasu, nim narzuciła na siebie powycieraną, skórzaną kurtkę i ruszyła nad brzeg Vistuli, niekiedy zwanej też Wisłą.
Stanęła tak blisko, że taflę wody od podeszwy wojskowych butów dzieliły centymetry. Rozłożyła ramiona, przywołując moc, a potem ruszyła wzdłuż brzegu, nasłuchując sygnałów z zewnątrz. Śmierć, zwłaszcza tragiczna, wiążąca się z bólem i strachem, pozostawiała po sobie wyraźne echo. Istniała szansa, że Katarzyna umarła w pobliżu Czarnego Jaru i być może jeszcze uda jej się wyczuć ślady tej chwili.
Sara szła powoli, a nogi grzęzły jej w błocie. W głowie miała jedno słowo: bezsens.
Kaśka mogła dotrzeć do Czarnego Jaru, ale wcale nie musiała. Równie dobra była teoria, że sprawca zabił kobietę gdzieś podczas podróży i wrzucił do wody dużo dalej. Szukanie informacji w ten sposób było pracochłonne i dawało marne efekty, jednak inne możliwości wyglądały równie źle. W teorii mogłaby przepytać mieszkańców, ale podejrzewała, że Kaśka nie afiszowała się ze swoją obecnością. Można by spróbować odnaleźć mężczyznę, z którym Katarzyna spędziła weekend – bo z kimś spędzała go na pewno. Sęk w tym, że na liście podejrzanych mógł znaleźć się każdy osobnik płci męskiej pomiędzy osiemnastym a osiemdziesiątym rokiem życia z dowolnego miejsca, w którym Kaśka przebywała w ciągu ostatnich dziesięciu lat.
Włosy lepiły się czarownicy do policzków i karku, a spodnie i bluza kompletnie przemokły. Nie była pewna, jaką odległość przeszła, ale gdy zerknęła na zegarek, zorientowała się, że minęło już ponad pół godziny, a siły ulatywały z niej wolno i nieustannie; nogi zaczynały słabnąć, wzrok mętniał.
Już miała przerwać, gdy nagle coś wyczuła. Gwałtownie uniosła głowę i przyspieszyła kroku. Ze zdumieniem odkryła, że trop nie prowadzi ku rzece, ale do lasu.
– I wszystko jasne – mruknęła, gdy po przedarciu się przez gęsto rosnące krzaki dotarła do rzeki mniejszej, ale bardziej rwącej niż Vistula. Most, który nad nią przerzucono, był stary; jedna z poręczy odpadła, a deski były spróchniałe i połamane. Sara upewniła się, że utrzymają jej ciężar, i stanęła na środku. Przyglądając się balustradzie, doszła do wniosku, że poręcz wcale nie odpadła ze starości, lecz została ułamana.
Usiadła po turecku na wilgotnych deskach. Pomiędzy nimi ziały dziury dość duże, by włożyć w nie palce, co pozwalało jej patrzeć na wartko płynącą wodę. Czy ta rzeka zdołałaby ponieść ze sobą ciało i zabrać je aż do Vistuli? Czarownica rozważała przez chwilę tę myśl, dochodząc do wniosku, że to mało prawdopodobne, ale nie wykluczone.
Zamknęła oczy i uspokoiła oddech. Bodźce odbierane przez podstawowe zmysły stawały się coraz bardziej przytłumione, aż w końcu nie czuła już nawet kropli deszczu na twarzy, nie docierał do niej zapach lasu, nie słyszała szumu rzeki. W tym stanie sięgnęła ku mrocznej emanacji otaczającej most. Takiej, jaką mogła pozostawić jedynie okrutna śmierć.
Strach. Niemalże paraliżujący strach, ale wciąż pozostawiający miejsce na inne myśli, niepewność, może nadzieję. A później zwierzęce przerażenie, wszechogarniający lęk, przysłaniający wszystko inne. Eksplozja bólu rozprzestrzeniającego się od brzucha na całe ciało i wreszcie… ciemność.
Sara przetoczyła się na bok, wystawiła głowę za krawędź mostu i zwymiotowała wprost do spienionej wody. Z nosa ciekła jej krew. Poświęciła za dużo energii na poszukiwania i dokładne zbadanie reszty emocji, a już samo otarcie się o takie odczucia nie należało do przyjemnych. Zaklęła siarczyście, przewróciła się na plecy i leżała tak przez chwilę, patrząc na zachmurzone niebo. Nie była pewna, jak długo pozostawała odcięta od ciała, ale w tym czasie przestało padać.
W końcu bardzo powoli wstała, chwytając się ocalałej barierki, ale i tak nieomal upadła. Jej dłoń odruchowo powędrowała do brzucha, skąd w wizji rozchodził się ból. Gwałtowny, błyskawicznie ogarniający całe ciało, a więc nie od bicia, ciosu nożem, lecz od zaklęcia…
Albo od ognia.
Zadrżała, chociaż nie z zimna. Jasnozłoty płomień, żar, duszący dym, potem już tylko ból i smród palonego ciała. Nie mogła zobaczyć tego w tej wizji, lecz z własnego doświadczenia wiedziała już, jak wygląda taka śmierć – i po raz pierwszy pożałowała Kaśki. Ale czy na moście na pewno umarła Katarzyna Niepołomic? Sara czytała raport z sekcji zwłok – poparzeniu uległo niespełna pięćdziesiąt procent ciała, przede wszystkim klatka piersiowa i twarz, nie brzuch. Śmierć, którą wyczuła na moście, była raczej szybka, z powodu ognia bądź zaklęcia, nie utopienia – a w płucach Kaśki znaleziono wodę. Ona wpadła do rzeki, nim ogień zdążył się rozprzestrzenić.
– Tort czekoladowy nie był tego wart – wymamrotała sennie Sara, podpierając się o barierkę, by spojrzeć na rwący nurt.
*
Zajęła pusty dom na skraju Czarnego Jaru. Jego poprzedni właściciele pewnie umarli już jakiś czas temu, a spadkobiercy nie mogli dogadać się co do spadku albo byli niezainteresowani zamieszkaniem w zapadłej dziurze, a nie znaleźli nabywców.
Zanim przyniosła do budynku swoją jedyną torbę, metodycznie przeszukała cały dom, od ciemnej piwnicy o wilgotnych, pokrytych grzybem ścianach, aż do zakurzonego strychu. Na oskarżenia o paranoję Sara zwykła odpowiadać, że woli być żywą paranoiczką niż martwym, rozsądnym człowiekiem. Pozornie niewinnie wyglądające konstrukcje, miejsca i osoby potrafiły kryć niejedną nieprzyjemną niespodziankę.
Jak się okazało, i ten dom jedną skrywał, choć z gatunku tych przyjemniejszych – w piwnicy Sara odnalazła zapomniane słoiki konfitur i parę butelek domowego wina. Po otoczeniu domku podstawowym zaklęciem ochronnym wypiła połowę butelki wina porzeczkowego, a następnie wyczerpana podróżą, używaniem magii, i w dodatku podchmielona, padła na wiekowe łóżko.
Obudziła się w paskudnym humorze. Żałowała, że Kaśka nie utopiła się w kałuży na środku miasta. Albo nie złamała karku, spadając ze schodów. Ewentualnie – nie została trafiona cegłą w głowę.
Nie podobał się jej Czarny Jar, ten dom i cała ta sprawa. Irytowało ją skrzypiące łóżko i ubity materac, przeszkadzał brak ogrzewania. Z żalem myślała o sabacie na Łysej Górze, poczęstunku, jakiego z pewnością nie żałowano gościom, tańcach, muzyce i skandalach, bez których nie mogło się obyć, jeśli więcej niż trzy czarownice przybyły w to samo miejsce. Wygrzebany z torby baton wspólnie z dżemem agrestowym, pełniące funkcję śniadania, też raczej nie poprawiły jej nastroju. Uwielbiała słodycze, ale wolałaby zjeść coś konkretniejszego. „Jajecznicę z szynką”, rozmarzyła się, wychodząc na od dawna niemalowany taras, którego deski zaczęły murszeć. „Albo zapiekanki. Pyszne, chrupiące zapiekanki na bagietce, z pieczarkami, podwójną warstwą sera i keczupem…”
Usiadła na zapadniętym stopniu, ponura jak chmura gradowa. Gdyby przebywała na zamku, kucharka zrobiłaby jej tę przeklętą jajecznicę. Do tego kakao i pyszne, maślane rogaliki. Jeśli nie miałaby ochoty siedzieć na królewskim dworze, mogłaby kupić sobie zapiekanki w budce obok bloku, potem zamówić pizzę lub chińszczyznę… Katowała się takimi myślami jakieś dwadzieścia minut, przeżuwając batonika i wpatrując się w zaniedbany ogród. Jeszcze przed paroma laty podwórko musiało być przedmiotem czyjejś troski. Wzdłuż ścieżki prowadzącej do furtki wciąż leżały białe kamienie, choć między nimi powyrastały już źdźbła trawy. Nie zmarniały także krzaki róż, które zaczynały powoli rozkwitać.
Wspomniała inny ogród, z pewnością martwy od lat, w którym dawno, dawno temu sama sadziła zioła i pielęgnowała róże. Przypomniała sobie, że tamten dom miał równie spadzisty, śmieszny dach.
Wzdrygnęła się i odgoniła natrętne wspomnienia. Wiele wody upłynęło w Vistuli, odkąd mieszkała w domku otoczonym roślinami.
„Człowiek szybko przyzwyczaja się do wygód”, uznała, mnąc w ręku opakowanie po batoniku. Dwa dni z dala od cywilizacji i zaczyna wariować. A przecież był czas, gdy unikała miast, sypiała pod gołym niebem i podróżowała wyłącznie piechotą. W jej głowie tkwiły też wspomnienia znacznie starsze: dni, w których ani ona, ani nikt inny nie śnił nawet o elektryczności czy bieżącej wodzie w kranie.
Zła na samą siebie o to, że uległa takim myślom, wstała i wróciła do środka. Przed lustrem, przez które biegło długie pęknięcie, umalowała się, nie szczędząc czarnego tuszu, kredki i fioletowych cieni. Kosmetyki postarzały młodzieńczą twarz Sary, nadając jej drapieżnego wyrazu. Rzadko się malowała, ale tym razem chciała zwrócić na siebie uwagę, odstawać w tej dziurze. Szokowanie, szantaż i groźby karalne – to były jej metody.
Czarownica mimowolnie uśmiechnęła się do swojego odbicia. W przyciemnionym świetle korytarza jej niepomalowane usta zdawały się czerwone jak krew.
Wyszła na zewnątrz, nucąc pod nosem piosenkę. Słońce odbijało się w kałużach pozostałych po wczorajszej ulewie, trawa wciąż była wilgotna, a ziemia grząska. Gdy pogoda się poprawiła, znikły chmury, a temperatura podniosła się do kilku stopni powyżej zera, Czarny Jar wyglądał niemalże ładnie. Większość domków wzniesiono na jedną modłę: były klockowate, parterowe, z oknami w pochyłych, czerwonych dachach, świadczącymi o obecności poddaszy lub strychów. Niektóre jednak starannie pobielono, wymieniono dachy, inne zaś były wyblakłe, straszyły drewnianymi, wiekowymi oknami i zerwanymi dachówkami. W większości ogrodów rosły drzewa, a wytyczone grządki i krzewy świadczyły o tym, że mieszkańcy uprawiają warzywa, owoce i być może kwiaty.
Sara zmarszczyła brwi, podeszła bliżej płotu z drewnianych, nierównych sztachet i przechyliła się, by spojrzeć na drugą stronę. Pierwsze rośliny zaczynały wschodzić, krzaki porzeczki pokryły się drobniutkimi listkami, rozkwitnięcie jabłoni wyciągającej gałęzie ponad płotem było kwestią paru dni.
Za wcześnie.
Za wcześnie, ponieważ do wiosny kalendarzowej zostały dwa dni, zaś do prawdziwej – przynajmniej dwa tygodnie. Za wcześnie, bo jeszcze wczoraj padało, a deszcz mieszał się ze śniegiem. Za wcześnie dla miejscowości położonej tak blisko gór.
Wyjaśnienie tego fenomenu mogło być jedno – stosowano tutaj mikstury magiczne, zaś te nie miewały niskich cen. Nie mógłby sobie na nie pozwolić ktoś mieszkający w niewielkim domku tam, gdzie diabeł mówił dobranoc.
Od tej pory przyglądała się ogródkom uważniej i niemal w każdym widziała to samo: kiełkujące pędy, listki na drzewach. Mgliście pamiętała nawet komary nad rzeką, które nie powinny być aktywne o tej porze roku.
Intrygujące.
Dziarskim krokiem skierowała się do zauważonego wczoraj sklepu – niewielkiego, szarego budynku z wytartym ze starości szyldem „Sklep spożywczo-monopolowy”. Gdy Sara przekroczyła próg, zadzwoniły dzwonki przymocowane do drzwi. Sprzedawczynią była młoda, najwyżej dwudziestoletnia tleniona blondynka. Najwyraźniej jednak w wiosce nie mieszkali sami starsi ludzie. Szare oczy kobiety otworzyły się szerzej, gdy zobaczyła, kto wszedł do sklepu.
Sara wiedziała, co pomyślą o niej tutejsi. Odziana w czerń, w porwanych spodniach, w skórze, z ostrym makijażem, jaki zwróciłby uwagę niektórych nawet w Krakowie, Wilnie, Poznaniu czy Tarenie. Ćpunka. Dziwka. Kryminalistka. Słyszała już takie określenia pod swoim adresem. Ktoś, kogo należy omijać szerokim łukiem, istota z innego świata.
Sklep był zaskakująco dobrze zaopatrzony. Na podłodze walał się piasek i drobiny kurzu, pod sufitem kołysała się tania jarzeniówka, wypełniająca pomieszczenie ostrym, nieprzyjemnym światłem, lecz na półkach nie brakowało towarów. Gorzała, piwo, papierosy, sól, cukier, czyli podstawowe produkty, jakich człowiek spodziewałby się w takim miejscu, sąsiadowały ze słodyczami znanych marek, paczkami chipsów i drogimi winami. Na jednej z półek ustawiono chemię – zarówno proszki, mydła i płyny do mycia naczyń, jak i kosmetyki, perfumy i kremy, niekoniecznie te najtańsze.
Sara wyciągnęła z zamrażalnika swoje ulubione lody w kubeczku, z półki zdjęła chleb i ser.
Rzuciła produkty na ladę. Gdy sprzedawczyni podliczała ceny, czarownica wydobyła z kieszeni zmięte zdjęcie, z którego patrzyła roześmiana dziewczyna, z rozwianymi, bardzo jasnymi włosami. Jedną ręką odgarniała je z twarzy, drugą podtrzymywała poły żółtej sukienki szarpanej przez wiatr.
Sara dostała je od Juliana, nietypowo zakłopotanego i milczącego. Czekał na jakąś złośliwą uwagę, komentarz typowy dla jego nadwornej czarownicy, jednak się nie odezwała. Nawet nie spojrzała na niego ironicznie. Wiedziała, że wręcza jej odbitkę i że oryginał leży w szufladzie pięknego, zabytkowego biurka ustawionego w królewskiej sypialni, oprawiony w prostą, drewnianą ramkę i często wyjmowany. Nie byłaby dobrą Pierwszą Czarownicą Polanii, gdyby nie wiedziała, co jej zwierzchnik chowa w zakamarkach prywatnych apartamentów.
I co robi, gdy myśli, że jest sam.
Ten jeden raz nie kpiła z jego słabości.
– Widziałaś ją? – spytała.
Sprzedawczyni rzuciła Sarze spłoszone spojrzenie. Pokręciła głową, nawet nie patrząc na zdjęcie.
– Wiesz, że kogoś nie widziałaś, jeszcze nie wiedząc, o kogo chodzi? – zdziwiła się nieszczerze czarownica. Uniosła fotografię, podtykając ją dziewczynie pod nos z taką szybkością, że ta cofnęła się odruchowo i omal nie wpadła na szafki z tyłu. – Odpowiadaj, najlepiej pełnym zdaniem. Chyba nie zatrudniliby niemowy do pracy w sklepie?
– Pani jest niegrzeczna – powiedziała sprzedawczyni, a czerwień jej policzków przebiła się przez grubą warstwę pudru. – Niech stąd wyjdzie, weźmie swoje zakupy i idzie!
„Skarbie, ja jeszcze nawet nie zaczęłam być niegrzeczna”, pomyślała Sara z rozbawieniem. Bez pytania zgarnęła z lady reklamówkę, wrzuciła do środka zakupy, w zamian rzucając na blat banknot.
– Patyczek – zażądała, otwierając opakowanie z lodami. – Nie patrz tak na mnie, bo oczy ci wypłyną, dziewczynko. Widziałaś tę kobietę czy nie?
– Nie znam – burknęła dziewczyna, odwracając się do Sary plecami, by wyciągnąć patyczek. – Już milicja pytała. Nie znam jej.
Czarownica chwyciła dłoń sprzedawczyni. Pulchną, szorstką dłoń kogoś, kto przywykł do pracy w ogrodzie, szorowania podłóg i niszczenia skóry detergentami podczas mycia naczyń. Tak inną od rąk Sary, z wierzchu gładkich, o równo obciętych paznokciach, z zaledwie kilkoma drobnymi odciskami we wnętrzu prawej dłoni.
– Nie znasz – powtórzyła Sara, przechylając się przez ladę, by spojrzeć w siwe, wąskie oczy. – A widziałaś?
– Nie! – krzyknęła kobieta, wyrywając się z uścisku. – Poszła stąd!
I Sara poszła, chwyciwszy wcześniej patyczek leżący na ladzie.
Tropy same pchały się w jej ramiona, więc uznała, że przy odrobinie szczęścia będzie z tym nawet mniej pracy niż z ustaleniem, kto rok temu w kwietniu wypalał trawy pod Krakowem, w wyniku czego spłonęło kilkanaście hektarów lasu i parę zabudowań. Skrzywiła się na samo wspomnienie tamtego zadania, które uważała za uwłaczające jej możliwościom. To była robota dla ważniaków z Loży, akurat na miarę ich zdolności.
Czarny Jar budził się do życia. Idąc przez wieś, Sara kilkukrotnie wyczuła na sobie spojrzenia rzucane zza firanek i płotów. Ze zdumieniem stwierdziła, że wcale nie byli to – jak się spodziewała – tylko staruszkowie. Przez dziury w sztachetach przyglądali się jej dwaj mali chłopcy, skryta za firanką, wiotka postać musiała należeć do młodej kobiety, z niewielkiego okna w dachu spoglądał za nią nastolatek.
– Ene due rabe, bocian połknął żabę – wymamrotała początek starej wyliczanki. – Ogniu chcieli oddać wiedźmę, twoją duszę za to wezmę. Raz, dwa, trzy, dziś przegrywasz ty.
Nie wyczuwała magii. Ani odrobiny. A jednak było w Czarnym Jarze coś dziwnego, coś, co wywoływało mrowienie pod skórą, jakby ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem. Może zza którejś z białych firanek spoglądał za nią morderca Kaśki?
Sara oblizała patyczek i starannie wybrała z dna kubełka resztkę lodów malinowych. Wieść o dziwnej dziewczynie szukającej informacji o Kaśce szybko obiegnie wioskę. Gdyby te półgłówki nie ogłosiły zaginięcia, gdyby nie przysłano tutaj policji, może zabójca sam przyszedłby do Sary. Teraz pewnie nikt nie odważy się tknąć kolejnej obcej, dając jednocześnie władzom dowód, że zbrodni dokonano tutaj.
Chyba że naprawdę mocno go sprowokuje.
– W wieży królewna, zamknęła ją wiedźma… – kontynuowała szeptem. Zgniotła kubeczek w ręce, a potem rozluźniła palce i pozwoliła, by porwał go ze sobą wiatr, zbyt nagły i silny, by mógł być dziełem natury. Gdy odezwała się znowu, jej głos uległ zmianie, a przez pokrytą kosmetykami twarz przebiegł skurcz bólu. – Spalić wiedźmę… Spalić wiedźmę…
Ene.
Due.
Rabe.
*
Sara raz spróbowała kupić sobie spokojny sen.
Wielu mieszkańców Krakowa i okolic, zwłaszcza tych biedniejszych, trzymało przy łóżkach siatki wykradające ich sny. Na dłuższą metę prowadziło to do psychicznego wyczerpania, a nawet szaleństwa, ale te piękniejsze lub ciekawsze sny mogli sprzedać za dobrą cenę w punktach skupu, skąd specjalnie przefiltrowane i umieszczone w kolorowych flakonikach trafiały na sklepowe półki.
W grudniu, gdy noce były długie i ciemne, a sińce pod jej oczami coraz wyraźniejsze, Sara kupiła sen w niebieskiej, malutkiej buteleczce i wieczorem wypiła gęsty, błękitny płyn pachnący polnymi kwiatami. Śniła o niebie, równie niebieskim jak szkło, z którego wykonano flakonik, o leniwie kołyszącym się hamaku w ogrodzie. Ktoś, kogo w tym śnie kochała, był tuż obok.
Gdy otworzyła oczy i usiadła na łożu z baldachimem, w jednej z najwspanialszych sypialni zamku władców Polanii, płakała po raz pierwszy i ostatni w tym życiu – drugim, jakie zostało jej ofiarowane. Nigdy więcej nie kupiła snu. Wolała pozostać przy własnych koszmarach, chaotycznych wytworach umysłu, zlepkach wspomnień i dziecinnych strachów.
Drugiej nocy w Czarnym Jarze śniła o ogniu, częstym motywie w jej koszmarach. O Katarzynie ze spaloną twarzą. I dziewczynce zjadającej zatrute jabłko. O grobie. O trumnie z cienkiego, zaklętego lodu. O śniegu i skrzydłach czarnego ptaka, wznoszącego się ku niebu zasnutemu dymem. Za późno. Za późno o życie.
Była trzecia nad ranem, kiedy czarownica obudziła się, ubrała i wyszła na zewnątrz.
„Za późno”, śpiewał wiatr. „Spóźniłaś się, spóźniłaś”.
– Nie szkodzi – wymruczała Sara, idąc w stronę lasu. – Wcale nie chciałam jej ratować. Czarownice się nie spóźniają. To inni przychodzą za wcześnie.
Stojąc na moście, nie wyczuła jednak niczego nowego. Nadal to samo echo pozostałe po cierpieniu i śmierci, które utrzyma się tu jeszcze przez kilkanaście dni. Na darmo zerwała się z łóżka, zwiedziona kolejnym koszmarem.
Zrezygnowana oparła łokcie o barierkę i wpatrzyła się w wodę płynącą ku Vistuli. Oba brzegi rzeki były strome, gęsto porośnięte krzakami, tak że nie dałoby się iść tuż przy nich. Sara, kierując się impulsem, przesadziła poręcz, skacząc wprost do nurtu. Przez chwilę mogłoby się zdawać, że wpadnie do spienionej wody, lecz zawisła parę milimetrów nad jej powierzchnią.
Musiała przedstawiać sobą dziwny widok, gdy szła tak w powietrzu – mogłoby się wydawać, że po wodzie – ubrana w dżinsy i wystającą spod skórzanej kurtki piżamę z Kaczorem Donaldem.
Puls Sary przyspieszył, powietrze zawirowało wokół, a nieposłuszna i kapryśna magia czarownic się budziła. Wiele rzeczy mogło zwiększyć siły czarownicy: silne emocje, szczególne miejsca, nawet pora dnia. Ta noc, blask księżyca wchodzącego w pełnię i to miejsce to robiły. Pijana mocą Sara omal nie przeoczyła głębszego cienia wśród przybrzeżnych krzewów.
Zbliżyła się do tych żałosnych szczątków, które kiedyś były żywą istotą. Płomienie pochłonęły ciało niemal w całości, zostawiając zwęglony kawał mięsa uniemożliwiający identyfikację.
Wzleciała wyżej, zawisła nad rzeką, ponad koronami drzew, ciemna postać na tle zachmurzonego nieba. Zawirowała, wykorzystując ten niespodziewany przypływ energii, poszukując śladów śmierci tym razem na znacznie większym obszarze. I znalazła je, oblepiające umysł jak smoła, gęsta, ciemna i cuchnąca. Zakrztusiła się, nagle odcięta od magii opadła, resztkę mocy wykorzystując, by nie spaść jak ptak strącony z nieba. Wylądowała niezgrabnie, potoczyła się po trawie, obijając biodro i uderzając głową o jakiś kamień. Ledwo to wszystko zarejestrowała, wciąż skupiona na cudzych emocjach, zalewających ją niepowstrzymaną falą. Wszystko zaczęło się mieszać. Ogień. Strach. Śmierć. Spalić wiedźmę. Duszący dym. Nie będę krzyczeć. Niebo jest błękitne i czyste, ptaki tak pięknie śpiewają. Nie będę krzyczeć. Dym wżera się w oczy, wypełnia płuca. Ciemność litościwie zapada i pochłania ją, nim zdążą zrobić to płomienie.
– Sara – szepnęła, zwijając się w kłębek, miotana torsjami. – Sara Weronika Sokolska, Sanika, Pierwsza Czarownica Polanii. Jestem Sara. Nie ja tam umarłam. Nie ja spłonęłam wtedy i teraz.
Próbowała na nowo odbudować swoją tożsamość, oddzielić się od tego wspomnienia i od tego, co pozostało po ludziach spalonych w Czarnym Jarze.
Urodziłam się w Szczecinie. Trzydzieści trzy lata temu. Nazwano mnie Weroniką. Miałam matkę, ojca, starszego brata, a potem młodszą siostrę.
Odeszłam.
To moje drugie życie.
Jestem i zawsze byłam czarownicą. Jestem Sarą.
Jestem sobą.
Żyję.
Mrok owinął się wokół niej jak płaszcz.
*
– Proszę pani? Pani żyje?
– Skąd, umarłam, a wstałam, żeby znaleźć jakiś mózg do zeżarcia… – wymamrotała Sara, odpychając rękę szarpiącą ją za ramię. Wisielcze poczucie humoru wróciło jako pierwsze, jeszcze gdy pozostawała na wpół przytomna, nie do końca świadoma, co właściwie robi w środku lasu, leżąc na trawie mokrej od rosy. – Aaa… Spadłam.
– Pani uderzyła się w głowę – oznajmiła kucająca obok jasnowłosa dziewczyna. Na ładnej, drobniutkiej twarzy malowało się zmartwienie. – Pani powinna iść do szpitala.
Czarownica obmacała potylicę. Faktycznie, włosy z tyłu zlepiła krew, jednak rana zdążyła się już zasklepić.
Skrzywiła się lekko, nie tyle z powodu bólu, ile trochę ze złości na samą siebie. Za bardzo zaryzykowała. Upojona przypływem mocy zapomniała o rozsądku, otworzyła się zupełnie, znosząc wszystkie bariery. Mogła stracić przytomność, wpaść do rzeki i podzielić los Pięknej Kaśki.
– Obca – skomentował ktoś.
Sara uniosła wzrok. Trochę dalej stała kobieta. Nie, nie kobieta, dziewczyna, może jeszcze nastolatka; dopiero po chwili czarownica zorientowała się, że to strój i gruba warstwa makijażu ją postarzały. Miała na sobie krótką spódniczkę, siateczkowe rajstopy, bluzkę z dekoltem i płaszcz, rozpięty pomimo chłodu, zapewne by rzeczony dekolt eksponować.
– Obca – potwierdziła Sara. – I co? Spalicie mnie za to na stosie?
Uważnie obserwowała reakcje dziewcząt. Jasnowłosa wciąż przypatrywała się jej z taką samą troską – typ delikatnej panienki rozczulającej się nad ptaszkami wypadającymi z gniazd. Ta druga, ciemnowłosa, uśmiechnęła się szyderczo, wyciągnęła z kieszeni papierosy. Typ, który ptaszka przydepcze, żeby biedaczek za długo się nie męczył.
– Rzadko ktoś tutaj przyjeżdża – pospieszyła z wyjaśnieniem blondynka. – Ona nie miała nic złego na myśli. Jestem Sylwia. A to Marzena. Pani potrzebuje pomocy?
– Nie – odpowiedziała, choć bolały ją głowa i biodro, była odrętwiała i po prostu czuła się paskudnie, jakby całą noc ostro imprezowała.
– Pani dojdzie sama do wsi? – upewniła się Sylwia.
– Pani dojdzie do wsi – potwierdziła Sara.
Podniosła się i otrzepała spodnie. Marzena obrzuciła ją drwiącym spojrzeniem, dłużej zatrzymała wzrok na piżamie wystającej spod kurtki. Zaciągnęła się papierosem, wypuściła z mocno umalowanych ust smużkę dymu.
„Za późno”, szeptało coś tej nocy. „Za późno o życie”.
O kilka żyć.
Sara nie umiała powiedzieć, jak wiele śladów odnalazła. Sześć? Siedem? Dziesięć? Uderzyły w nią nagle, zmieszały się, nałożyły na siebie, niemożliwe do oddzielenia.
Odwróciła się i odeszła, zostawiając za sobą dwie dziewczyny. Czuła na sobie ich spojrzenia jeszcze długą chwilę; dopiero gdy była pewna, że już jej nie zobaczą pomiędzy drzewami, zaczęła szukać po kieszeniach telefonu. Julian odebrał dopiero po dziewiątym sygnale i czarownica poczuła przypływ złośliwej satysfakcji, że wyrwała króla ze snu.
– Sanika, ty cholero – jęknął władca Polanii zaspanym głosem. – Nie ma jeszcze siódmej.
– Mam gorzej, a sama się tu nie pakowałam – odparła. On spał przynajmniej w wygodnym łóżku. – Niech Wasza Miłość się do czegoś przyda i każe wysłać mi na maila informacje o zaginięciach kobiet z… powiedzmy ostatnich trzech miesięcy. Plus porównanie częstotliwości do tego, co było ze dwa, trzy lata temu. Chcę mieć to na wczoraj.
Usłyszała szelest, później trzask. Pewnie Julian poderwał się z łóżka i zrzucił coś z nocnego stolika. Prawdopodobnie lampkę albo tę fotografię oprawioną w ramkę, wyciągniętą wieczorem z szuflady.
– Sądzisz, że ona… nie była jedyna? – spytał, już całkiem przytomny.
– Nie wtrącaj się, pilnuj, żeby nie spadła mi na głowę milicja, załatw te informacje i grzecznie czekaj na wyniki. I nie wpędź kraju w ruinę pod moją nieobecność.
– Nie znoszę, kiedy mówisz tonem nauczycielki – powiedział Julian. – Mam ci przypomnieć, kto podpisuje zlecenie twojej wypłaty?
– Spędziłam noc w środku lasu na mokrej ziemi, mam paskudną ranę na łbie, siniaka na biodrze, oglądałam spalone ciało, jestem głodna, niewyspana i zmęczona, więc nie drażnij mnie bardziej. Grozić to możesz swoim ministrom. A za to paskudne zadanie oczekuję premii. Cześć.
Jeszcze raz obeszła wieś. O tak wczesnej porze niewielu ludzi kręciło się po ulicach, mogła więc spokojnie rozglądać się wokół obejść. O ile w samej wsi nie wyczuwała niczego szczególnie podejrzanego, o tyle mogłaby przysiąc, że na każdym zamieszkanym domu ciążą jakieś zaklęcia ochronne; niby nic nadzwyczajnego, ale w takich wioskach oznaczało to zwykle, że mieszka w nich jakiś silny czarodziej. A według rejestrów tutaj nikogo takiego nie było.
Opuszczone budynki niszczały powoli. Część z nich wyglądała, jakby doskonale nadawała się jeszcze do zamieszkania. Gdy Sara zajrzała do dwóch z nich przez okna, przekonała się, że faktycznie są puste, ale w środku zostały zarówno meble, jak i wiele codziennych drobiazgów.
Jakby właściciele zniknęli nagle i zaraz mieli wrócić.
Zamyślona wróciła do domu, wykąpała się, przebrała w czyste ciuchy i uruchomiła swojego laptopa. Musiała przyznać, że Julian potrafił działać szybko: informacje zostały wysłane przed kilkoma minutami. Od grudnia zanotowano jedenaście niewyjaśnionych zniknięć, co stanowiło rekord ostatnich lat. W Polanii zaginionych (albo ich ciała) odnajdywano zwykle szybko – było kilku magicznych, specjalizujących się właśnie w odszukiwaniu ludzi i miejsc. Jak szybko ustaliła Sara, kobiet, które przepadły, nie łączyło nic oprócz tego, że osiem z nich zniknęło poza miejscem zamieszkania.
Przyjrzała się uważnie zdjęciom zaginionych, z których jedna zapewne leżała obecnie w nadrzecznych krzakach, podpalona i wrzucona do wody. Nie została zabita w typowym rytuale, bo wokół utrzymałyby się pozostałości magii. Śmierć nie była też raczej dziełem przypadkowego morderstwa. Przynajmniej dwie ofiary, a mieszkańcy wyraźnie coś ukrywali…
Pozostawała jeszcze przynajmniej jedna możliwość. Szkoda, wielka szkoda, że śmierć Kaśki nagłośniono i policja wypytywała tutejszych. Sara podejrzewała, że w takiej sytuacji winni będą woleli się przyczaić i nie ściągać na siebie uwagi.
Drgnęła, gdy czar roztoczony wokół domku dał znać, że ktoś nadchodzi. Chwilę później zasygnalizowało to wściekłe walenie w drzwi. Czarownica uśmiechnęła się i ruszyła do wejścia tanecznym krokiem. Pociągnęła za klamkę, a zwalisty mężczyzna stojący na progu zamarł z ręką uniesioną do kolejnego uderzenia. Niska dziewczyna musiała wysoko zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Miał jakieś dwa metry wzrostu, chyba niewiele mniej w ramionach, a jego twarz wykrzywiła się ze złości.
– W czym mogę pomóc? – zapytała uprzejmie.
– Może się pani stąd wynieść – odparł mężczyzna zaskakująco grzecznym głosem. Opanował się, spojrzał na nią już spokojniej, dzięki czemu przestał przypominać wioskowego głupka. – To dom Antkowiaków. Nie ma pani prawa tutaj przebywać.
– A gdzie są ci Antkowiakowie?
– Nie pani sprawa.
– To pech – rzuciła obojętnie. – Zgubiliście niedawno jakąś miejscową dziewczynę?
Zamrugał skonsternowany.
To chyba znaczy, uznała Sara, że odpowiedź brzmi „nie”. Swoich nie ruszają. Lokalny patriotyzm? A może nie robili tego teraz – tacy Antkowiakowie musieli zniknąć stąd wiele miesięcy temu.
– Zajęła pani tę parcelę bezprawnie – oznajmił tymczasem przybysz, popisując się elokwencją, jakiej nie spodziewała się u kogoś o jego wyglądzie. – Proszę o jej opuszczenie, inaczej zgłosimy sprawę na policję.
Słysząc te słowa, natychmiast się rozpromieniła. Julian, chyba jedyny człowiek, który ją trochę znał, widząc u niej taką minę, spytałby, co takiego knuje.
– Doskonale, dzwońmy! Może od razu wyjaśnią, skąd wzięło się ciało nad rzeką?
Mężczyzna nie zapanował nad mięśniami twarzy, a Sara wciąż promieniała fałszywym entuzjazmem.
Ludzie wiedzieli. Wiedzieli, że samotne kobiety przejeżdżające przez wioskę nigdy jej nie opuszczają, wiedzieli, że nad Czarnym Jarem krąży śmierć. Nieprzyjemne uczucie, prześladujące ją od kiedy tu przyjechała, wywoływała atmosfera strachu.
– Nie masz prawa tutaj być! – krzyknął.
Czarownica uniosła rękę z zamiarem wciągnięcia mężczyzny za kołnierz do budynku. Tak, by przesłuchać go w środku, na własnych zasadach. Zamarła jednak, słysząc dziewczęcy głos.
– Domek, daj spokój! Pani się nie przejmuje, on taki w gorącej wodzie kąpany. Domek, czego na panią krzyczysz?
Przy płocie stała Sylwia. Jej czarnowłosa koleżanka, z papierosem w ręku i znudzeniem w oczach, podparła się o furtkę. „Domek” – zapewne Dominik – obrócił się w ich stronę, a potem, ku zaskoczeniu Sary, z zakłopotaniem przeczesał palcami włosy i wbił wzrok we własne buty.
– Panią przeproś – fuknęła dziewczyna, obie ręce opierając na nierównych sztachetach i przewieszając się przez płot do połowy, aż zaistniało realne ryzyko, że za chwilę wpadnie między krzaki agrestu. – Jak ty się zachowujesz?
– Przepraszam – burknął Domek, obrzucając Sarę nienawistnym spojrzeniem.
W odpowiedzi uśmiechnęła się tak uroczo, jak było to tylko możliwe. Pech, że nawinęły się te panny, pech. Teraz niczego już z Domka nie wyciągnie.
Ten zaś szybkim krokiem przemierzył ogródek i otworzył furtkę, omal nie wyrywając jej z zawiasów. Czarownica patrzyła za nim, gdy szedł drogą, póki nie straciła go z oczu za jednym z domów.
– Pani się nie gniewa. – Sylwia przypomniała o swojej obecności. Też spoglądała za Dominikiem, z wyrazem twarzy, z jakim nastoletnie dziewczęta zwykły śledzić podziwianych chłopców na szkolnych korytarzach. – Domek nie jest zły, jeno obcych tu mało kto lubi. Pani wie, ludzie nieufni.
– Słusznie. Pozory mogą mylić – odparła Sara, drobna, niska kobietka, jedna z najpotężniejszych i najgroźniejszych czarownic Polanii.
– Każdego podejrzewać nie można – roześmiała się Sylwia, pomachała i odeszła. Marzena ruszyła za koleżanką niczym cień, pozostawiając po sobie smużkę dymu z papierosa.
„Każdego podejrzewać nie można”, powtórzyła Sara bezgłośnie, poruszając tylko wargami. Kąciki jej ust powoli opadły. Zrozumienie przyszło nagle. Pewnie pobladłaby, lecz skóra biała jak śnieg nie miała już żadnych kolorów do zatracenia. Ręką sięgnęła do futryny, szukając oparcia. Kobiety podpalane i wrzucane do wody, zbyt wcześnie rozkwitające rośliny, dziwna magia, wisząca w powietrzu, mieszkańcy udający, że nic nie wiedzą. Sny i wspomnienia nienależące do niej.
– Głupcy, przeklęci głupcy – wyszeptała, osuwając się na spękany próg.
Gdzieś spomiędzy gałęzi jabłoni dobiegł ptasi świergot, a powiew wiatru zmierzwił jej włosy. Zwyczajny, pogodny dzień, pierwszy naprawdę ładny od dawna. Wiele złych rzeczy mogło dziać się w takie normalne, piękne dni.
Czy słońce świeciło, kiedy w ofierze złożono Kaśkę?
Myślała o ogniu i o czarownicach, które kiedyś w nim spalano. O demonach i bogach, kryjących się pod różnymi twarzami i różnymi imionami, ale zawsze tak samo krwiożerczych i zawsze tak samo spragnionych mocy, wiary i kolejnych ofiar.
Podniosła się w końcu, bo nie mogła siedzieć tu dalej; musiała iść przekonać się, kto pójdzie szukać ciała, o którym wspomniała chłopakowi. Słabość była stopniowo zastępowana przez gniew. Magia zawibrowała w powietrzu, zerwał się wicher, szarpiąc gałęziami drzew i krzewów.
„Zabiję”, postanowiła Sara, ruszając w stronę lasu. „Nie będzie litości.
Nie dlatego, że zabijali, ale z powodów, dla których to uczynili. Zabiję, bo na niektóre rzeczy nie wolno pozwalać i nie można ich przebaczyć”.
Najpierw szła powoli, ale z każdym krokiem przyspieszała coraz bardziej, aż w końcu gnała przez las z nienaturalną szybkością. Wiatr wirował wokół niej, sprawiając, że niemal frunęła.
Przyjdą po nie, przyjdą zatrzeć ślady, przyjdą szybko, z obawy, że już powiadomiła władze. Powietrze świszczało w uszach, mięśnie protestowały, stopy zaczynały boleć. Biegnij. Biegnij przez las, tracąc dech, biegnij, gdy w ustach czujesz posmak żelaza, biegnij, gdy płuca eksplodują, gdy ogień płonie w nogach. Biegnij, walcz o życie.
– Nie! – krzyknęła, potykając się. Stoczyła się do dołu, pokaleczyła ręce, we włosy zaplątały się igły i liście. – Nie, suko. To nie moje wspomnienie. Nie oszukasz mnie.
Wstała, otrzepała ubranie i ruszyła dalej. Nie uciekała. Goniła. Nie była zwierzyną, lecz łowcą. Dotarła na miejsce, nim zrobił to ktokolwiek inny, wzniosła się na skrzydłach wiatru i usiadła na gałęzi jednego z drzew.
Czekała.
Przyszli po kilkunastu minutach, by przeszukać brzeg. W normalnych okolicznościach być może ta sytuacja by ją rozbawiła, dała podobną przyjemność jak rozmowa ze sklepową czy Domkiem, gdy była świadoma swojej przewagi. Sara Sokolska nigdy nie należała do dobrych ludzi, lubiła czuć się lepsza od innych. Teraz jednak gdzieś w środku niej ziała czarna dziura, pochłaniająca powoli wszystkie emocje.
Wichura zerwała się nagle, szarpiąc ubrania i włosy przybyłych, uderzając w twarze gwałtownym podmuchem, niosąc ze sobą drobinki piasku. Domek szybko zgromadził imponującą kompanię: na poszukiwania przybyło trzynaście osób. Wiatr nasilał się i krążył wokół mężczyzn, tworząc wir, który wreszcie porwał ich w górę, niby papierowe kukiełki. Opadli w dół po dłuższej chwili, na wpół przytomni, z trudem walczący o każdy oddech.
Sara przeszła przez most, na którym uśmiercono jedną z ofiar, i oparła dłoń na ocalałej poręczy. Beznamiętnie przypatrywała się mężczyznom, a przebudzona magia tańczyła wokół.
– Za morderstwa dokonane ze szczególnym okrucieństwem… – zaczęła oficjalnym tonem. – Za odprawianie zakazanych praktyk, za oddawanie czci demonowi, a nade wszystko za składanie ofiar mocom, które przeklęto po trzykroć, prawem nadanym mi jako Pierwszej Czarownicy Polanii, skazuję was na śmierć. Jeśli macie coś na swą obronę, niech zostanie to powiedziane teraz, nim zamilkniecie na wieki.
Mężczyźni zareagowali różnie. Większość niezrozumieniem – nie dotarło do nich znaczenie jej słów. Niektórzy nadal nie doszli do siebie po tym, jak uderzyli o ziemię. Dwaj najmłodsi, mogący mieć jakieś siedemnaście, osiemnaście lat, przypatrywali się jej z nieskrywanym strachem, który powoli zamieniał się w panikę. Po policzkach drobnego chłopaczka, z postury przypominającego Sarę, popłynęły łzy, lecz czarownicy to nie wzruszyło.
– One też płakały – powiedziała do niego niemalże łagodnie. – A wy przynależycie do zimowej panny i winniście pospieszyć na jej wezwanie.
Domek poderwał się z krzykiem, rzucił na czarownicę, a wrzask gniewu zmienił się w okrzyk zdumienia i bólu, gdy wiatr pchnął go z powrotem w tył i rosły mężczyzna uderzył w pień drzewa jak szmaciana lalka.
– Czekam – stwierdziła zimno. – Oto ostatni moment na udzielenie wyjaśnień. Być może niektórzy z was ocalą życie.
– Nie zabiliśmy ich! – wyjęczał jeden z młodszych, chłopak w okularach i kraciastej koszuli. – Nie my!
– Zamknij się! – warknął Domek, z trudem próbując się podnieść. Sara syknęła i ponownie uderzyła mocą w młodzieńca. Domek znów zatrzymał się na drzewie i tym razem osunął się na ziemię nieprzytomny.
– Przyszliście ukryć ciało, którego nie zabrała rzeka – powiedziała, a powietrze wokół mężczyzn zgęstniało, uniemożliwiając im poruszanie się. – Dlaczego, jeśli nie mieliście z tym nic wspólnego? Skoro nie wy zabijaliście, to kto?!
Czarownica skierowała wzrok na tego z mieszkańców wioski, który wyglądał na przestraszonego, lecz nie na tyle, by nie myśleć przytomnie.
– Odpowiedz na moje pytania, a cię nie uśmiercę. Skłam, a zginiesz, odpowiedzi uzyskam od kogoś innego. Reszta ma milczeć – nakazała. – Co demonica obiecała wam w zamian za służbę?
– Nie… nie wiedzieliśmy, że jest demonicą – wykrztusił chłopak. – Najpierw krowy zaczęły zdychać… potem przyszła powódź… a zima była ciężka… potem chorowaliśmy, a ona obiecała, że…
– Idioci – podsumowała Sara bez śladu współczucia. – Zgłosiliście się w ogóle po pomoc? I idę o cholerny zakład, że sama sprowadziła tę chorobę.
Powodzie przed dwoma laty, owszem, były straszliwe i mogły zakończyć się katastrofalnie. Ale Loża Magii zmobilizowała setki czarodziejów i czarownic, pokrywając ich wynagrodzenia z własnych środków – nie tyle z dobroci serca, ile rzucając się na okazję do pokazania, jak ważni dla Polanii są magiczni obywatele. Jeżeli tu nie dotarli, to albo miejscowy włodarz czegoś nie dopatrzył, albo ktoś zadbał, aby się nie pojawili.
Zapewne ta sama osoba, która pragnęła ofiar.
Nastolatek jęknął, spuścił głowę, jego ramiona zaczęły się trząść.
– Jak wiele dziewcząt zginęło? – zapytała.
– Trzynaście.
– Co się stało z mieszkańcami tych porzuconych domów? Od kiedy to się dzieje?
– Sprzeciwili się jej. Przed trzema laty…
Pokiwała powoli głową. Jeśli ci ludzie zginęli tak dawno, nie mogła już wyczuć pozostałości po ich śmierci.
– Kto zabijał?
Przesłuchiwany zamilkł, panicznie rozejrzał się na boki, jakby w poszukiwaniu drogi ucieczki. Sara podeszła bliżej i pochyliła się nad nim. Nie wyglądała zbyt groźnie, pomimo beznamiętnego wyrazu twarzy, lecz chłopak i tak skulił się w sobie.
– Mogę wydobyć z ciebie odpowiedź wraz z twoim życiem – wymruczała. – Poruszyć powietrzem w twoich płucach, rozerwać je od środka, uniemożliwić oddychanie, wyrzucić cię w górę tak wysoko, że zginiesz od upadku… Mogę zrobić naprawdę bardzo wiele rzeczy.
– Ona – powiedział mężczyzna siedzący na trawie na samym końcu rzędu, wyglądający raczej na zrezygnowanego niż przestraszonego. – Ci, którzy się jej sprzeciwili, po prostu zaczęli zasypiać i się nie budzić. A one… Przyprowadzamy je dla niej. Jeśli tego nie zrobimy… weźmie nas.
– Wygodnie w to wierzyć, co? Marena nie ma prawa interweniować osobiście – zaprzeczyła Sara. – Nie skrzywdzi nikogo, jeśli sam jej nie pozwoli.
– Mar… Marena? Nie, to przecież… – zaczął chłopak, z którym rozmawiała wcześniej.
– Tak, wiem, że podała wam inne imię. Ma ich wiele.
– …Sylwia – dokończył cicho.
Czarownica szarpnęła się, jej twarz przybrała dziki wyraz, z ust wydobył się syk. Magia eksplodowała dookoła, któryś z mężczyzn krzyknął, inny upadł, zakrył głowę ramionami. Sara odetchnęła głośno, powoli odzyskując samokontrolę, jej serce szaleńczo tłukące się w piersi zaczęło wybijać właściwy rytm.
– Nie jest nią – wyszeptała, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. Sięgnęła ręką do ciemnych, krótkich kosmyków, szarpnęła je w zdenerwowaniu.
Marena, bogini zapomniana i odrzucona, pozbawiona wyznawców. Za oddawanie jej czci tak długo orzekano natychmiastową karę śmierci, że jej moc przeminęła i mogłoby się zdawać, że znikła i ona sama.
Sara wiedziała, że to nieprawda. Była boginią zimy i miała trwać tak długo, jak długo wiały mroźne wichry, a śnieg opadał na ziemię. Ale czarownica uwierzyła, że tutaj, w tym nowym świecie, Marena była tylko cieniem samej siebie. Kimś, kto trwał dzięki ostatnim myślom bezdomnego, zamarzającego gdzieś w ciemną noc, dzięki rozpaczy nieostrożnych turystów, którzy wyszli zimą w góry i nie doczekali ratunku.
Nikim, z kim należałoby się liczyć.
Pomyliła się.
Marena wciąż miała dość mocy i sprytu, by nawet na początkach XXI wieku znaleźć ludzi takich jak ci tutaj, mieszkających w miejscowości gdzieś na końcu świata, niewykształconych, niewiedzących, gdzie zwrócić się po pomoc. Zwieść ich obietnicami niedopuszczenia przymrozków do wioski i ocalenia przed śmiercią od choroby, magią, która przynosiła powodzenie im i ich domostwom. Nie za darmo, oczywiście.
Mogła jednak dać coś więcej. Wiedzę. Moc.
Dość kuszące, by oddać jej cześć. Dość kuszące, by składać ofiary. Dość kuszące, by zabić. Dość kuszące, by sprzedać duszę.
Sylwia.
– Tak – westchnęła. – Tego się nie spodziewałam. Wstań, chłopcze. Obiecałam ci życie. Dostaniesz je. Idź. I powiadom waszą panią, że czekam. Czekam niecierpliwie. A oni czekają wraz ze mną.
Potoczyła wokół niewidzącym wzrokiem. Ledwo zarejestrowała, że nastolatek uwolniony spod wpływu magii spogląda na nią z niedowierzaniem, potem zaś zrywa się, znika między drzewami.
Czarownica weszła na most, na zmurszałe, wysłużone deski. Już nie wściekła, raczej zmęczona.
– Ktoś z was – powiedziała, odwracając się ku swoim zakładnikom – pewnie ma przy sobie zapałki.
*
Najpierw temperatura obniżyła się, spadając poniżej zera. Szron nadchodził od strony lasu, osiadając na trawie, pochłaniając coraz większe połacie ziemi, by w końcu sięgnąć mostu. Wreszcie z nieba zaczął padać coraz gęściejszy śnieg. Sylwia starannie przygotowywała swoje wielkie wejście – może chcąc zrobić na przeciwniczce wrażenie, może ją wystraszyć. A może żeby się zabawić. Musiała lubić zabawę, skoro usiłowała wcześniej pogrywać z czarownicą. Sara nie wątpiła, że Sylwia przyjdzie – czy to kierowana źle pojętą odwagą, czy pewnością siebie, czy troską o Dominika.
– Ene due rabe – wyszeptała czarownica. Śnieg osiadał jej na włosach i ramionach. – Księcia zamieniła wiedźma w żabę. Bogini wzięła twoją duszę, serce więc ci wyrwać muszę. Raz. Dwa. Trzy.
Stopy Sylwii uderzyły o ziemię. Dziewczyna opadła z nieba jak biały ptak, w zwiewnej sukni o barwie nieróżniącej się od śniegu, ze wstążkami w tym samym kolorze wplecionymi we włosy. Gołąbek naprzeciw kruka. Sara mimowolnie zastanowiła się, czy po rzuceniu wyzwania mała, głupiutka służka Mareny pobiegła prosto do szafy, by wybrać coś efektownego.
– Pani musi umrzeć – poinformowała Sylwia śpiewnie. Stała z szeroko rozłożonymi ramionami, a płatki śniegu wirowały wokół niej.
Sara nie traciła czasu na słowa, nie wykonała żadnego ruchu, lecz śnieg zatańczył i dookoła czarownicy, jakby w lustrzanym odbiciu.
– Jestem kapłanką bogini. Nie wygrasz ze mną. – Sylwia się zaśmiała. – Nie wygrasz ze śmiercią.
Czarownica pomyślała, że przeciwniczka była silna, ale nigdy nie walczyła z kimś, kto mógłby stanowić zagrożenie. Uniosła rękę, ciskając w dziewczynę magiczną energią, w jednym z najprostszych, najmniej finezyjnych ataków – rzadko przynosiło to w pojedynkach dobry skutek… chyba że miałeś bardzo, bardzo dużo magii. A Sara miała.
Sylwia krzyknęła, zgięła się wpół. Nim zdążyła odpowiedzieć atakiem, przebudzony wiatr rzucił nią w tył, sprawił, że uderzyła o ziemię i potoczyła się po oszronionej trawie. Znów wrzasnęła, tym razem z bólu i złości, a jej moc, zimna i nieukształtowana, pomknęła prosto ku czarownicy.
Trafiła Sarę w pierś i przepłynęła przez jej ciało, wypełniając je chłodem. Przemknęła przez czarownicę i choć znacznie wolniej, pofrunęła dalej, ku skrępowanym zaklęciem mężczyznom za mostem, ku nieprzytomnemu Dominikowi. Sara stała dotąd kilkanaście metrów przed nim. Teraz usunęła się, podparła o poręcz mostu i pozwoliła, by wiatr rozwiał śnieg, dając tym samym Sylwii doskonały widok. Tak by mogła obserwować, gdy magia za chwilę uderzy chłopaka.
Kapłanka krzyknęła po raz trzeci, uniosła się jak ptak, pomknęła ponad mostem, wyprzedzając skłębiony strumień mocy, gotowa usunąć Dominika z drogi. I wtedy kolejny czar trafił ją w plecy i powalił na kolana na kilka sekund.
To było dość, by Sylwię dosięgła jej własna moc. Spowolnione zaklęcie uderzyło ją od tyłu.
Temperatura zaczęła wzrastać, śnieg przestał padać, płatki osiadłe na trawie szybko topniały.
Sara podciągnęła się na rękach i usiadła na drewnianej, wypaczonej poręczy. Zwolniła zaklęcie krępujące mężczyzn. Nie od razu zdali sobie sprawę z tego, że nie są już uwięzieni. Dominik wciąż pozostawał nieprzytomny – i jako jedyny związany magią.
Postać w bieli leżała twarzą w trawie, z rozłożonymi rękoma, z malowniczo rozrzuconymi włosami i połami jasnej sukienki. Ptaszek o przetrąconych skrzydłach.
– Wygrałam ze śmiercią dawno temu – mruknęła Sara, wyciągając z kieszeni zapałki. – Raz, dwa, trzy. Dziś przegrywasz ty.
*
Gdy zapadł zmrok, Sara wciąż siedziała na poręczy mostu. Kilka metrów dalej płonął zaimprowizowany stos.
Dziewczyna nadeszła od strony wsi, w króciutkiej, czerwonej spódniczce, kusej bluzeczce i butach na niebotycznie wysokim obcasie. W tym stroju i z krzykliwym makijażem wciąż wyglądała na bywalczynię wiejskich dyskotek, czy też raczej dziwkę. Stanęła tuż obok Sary i wyciągnęła ku niej paczkę papierosów.
– Nie zaniedbałaś niczego – pochwaliła Marzena. – Zatopisz potem to, co zostanie?
– Owszem. Chociaż najpierw ją zdekapituję. Obie wiemy, że skutki wyrwania duszy… można cofnąć. A nie tak łatwo definitywnie uśmiercić awatar bogini, nawet taki niedorobiony – przyznała Sara, sięgając po cieniutkiego papierosa. Zanim zdążyła wygrzebać z kieszeni zapałki, Marzena dmuchnęła, podpalając go. – Dzięki.
Przez chwilę obie paliły w ciszy, a wokół nich unosiły się kłęby dymu. Chmury przysłoniły niebo, słońce zdążyło zniknąć za drzewami, a mrok rozświetlał jedynie stos pogrzebowy i rozżarzone końcówki papierosów.
– Była taka obiecująca – westchnęła Marzena, spoglądając na ciało. Płonęło powoli, a wiatr niósł ze sobą smród palonego mięsa. – Naprawdę sądziłam, że będziesz z nią miała więcej kłopotów.
– Miała za mało własnej mocy. Nie sądziłabym, że wybierzesz kogoś tak… pociesznie słabego.
– Tych silniejszych, niestety, trudniej ukryć przed światem – odparła rozżalona Marzena. – Zaraz ktoś wpada na ich trop, podnosi rwetes, tydzień później ma się na głowie oddział czarodziejów, takie już mamy czasy. A ona zdawała się naprawdę uparta. I tak pięknie bezlitosna na drodze do osiągnięcia tego, czego chciała. Nie spodziewałam się, że pójdzie ci tak łatwo.
– Łatwo manipulować głupcami, którzy kochają – powiedziała Sara, rzucając niedopałek za siebie. – Kto jak kto, ale ty powinnaś o tym wiedzieć najlepiej, Mareno.
Przez twarz dziewczyny przebiegł uśmiech.
– Kiedy się domyśliłaś?
– Chciałabym móc powiedzieć, że wtedy, kiedy Sylwia wymieniła twoje imię. Niestety, połączyłam fakty dopiero, gdy pogoniłyście Dominika. Sposób, w jaki ginęły tamte dziewczyny, imię, dziwny dobrobyt, to, że młodzi stąd nie uciekają, kwitnące rośliny…
Marzena – zwana też Mareną, Morą, Śmiercietką czy najczęściej Marzanną – zachichotała. Kiedy znów spojrzała na Sarę, w głębi czarnych oczu płonęło coś więcej niż odbicie ognia pochłaniającego powoli ciało Sylwii.
– Szybciej, niż oczekiwałam. Znów cię nie doceniłam, mała wiedźmuszko.
– To zawsze był wasz problem – rzuciła Sara obojętnie. – Niedocenianie śmiertelników. Choć przyznaję, nie wpadłam na to, że zrobiłaś sobie z kogoś awatara. Mogę jeszcze jednego?
Marena podsunęła jej paczkę. Czarownica podpaliła kolejny zwitek tytoniu, tym razem używając zapałek, zaciągnęła się i wypuściła z płuc chmurę dymu.
Sylwia płonęła teraz jak ofiary karmiące swą śmiercią Marzannę, umierając tak, jak ona symbolicznie ginęła co roku.
– Wiedziałaś, że ją zabiję – powiedziała zamyślona czarownica, bawiąc się papierosem, nie unosząc go już ku wargom. – Kiedyś próbowałaś skraść mi duszę i twoja moc raz mnie dotknęła, nie mogła zrobić tego po raz drugi. A jednak trzykrotnie posłałaś ją do mnie.
Sylwia dotykała swoją mocą tych, którzy się jej sprzeciwiali, a oni zapadali w sen. Zamarzali, jakby pochłonęła ich zimowa, chłodna noc.
Ale inny awatar Mareny kiedyś – dawno temu, gdy i ona, i Sara nosiły inne imiona – już dotknął czarownicy.
Ona zaś przeżyła. Zamarzła, zapadła w sen i śniła koszmary na granicy śmierci i życia, aż w końcu otworzyła oczy. Sądziła wtedy, że stało się tak dzięki pocałunkowi prawdziwej miłości; teraz wiedziała, że po prostu jej własna magia była dostatecznie zimna, aby zimno bogini nie mogło jej przełamać.
– Och, proszę, nie mów, że ci jej żal. Sama wybrała swój los.
– Uczyniłaś ją swoją kapłanką, nie narzędziem – kontynuowała Sara, jakby nie dosłyszała słów Marzanny. – Obdarowałaś mocą, a ona zapewniła ci nie tylko wiarę, ale i ofiary. Potem ją oszukałaś, jak niegdyś próbowałaś oszukać mnie. Pozwoliłaś mi ją zabić. Dlaczego? Dlaczego tak łatwo oddałaś swojego awatara, Mareno? Dlaczego wybrałaś miejsce tak bliskie mojego miasta? Dlaczego postarałaś się poruszyć wspomnienia?
Marena uniosła rękę i położyła dłoń tuż ponad sercem Sary. Nawet przez warstwę ubrań czarownica czuła chłód promieniujący od jej skóry.
– To tylko jeden przystanek na drodze, wiedźmuszko. Nie chodziło o ciebie, choć miło byłoby przy okazji ci przypomnieć, co mam do zaofiarowania. Jak wiele możesz zyskać. I jak bardzo boisz się śmierci. Zabiłaś Sylwię. Miejsce się zwolniło. Droga stoi otworem.
– Tak łatwo manipulować głupcami, którzy kochają – powtórzyła Sara cicho. – Tak łatwo kupić tych, którzy pragną. Ja jednak nie kocham nikogo pod tym niebem i nikt na tej ziemi nie kocha mnie. Niczego nie pragnę, ani bogactwa, władzy, ani mocy i sławy. Nie masz czym zapłacić za moją wolność.
Szybkim ruchem wyciągnęła rękę i przytknęła zapalonego papierosa do miejsca, w którym powinno znajdować się serce bogini. Nasączony magią, całą magią, jaką tylko mogła przywołać Sara, zapłonął jasnym ogniem. W słowach, w wierze, w liczbach tkwiła moc, a dziś był dwudziesty pierwszy marca i dzieci podpalały kukły, by wrzucać je do rzek. Zabijały Marzannę, by przegonić zimę, by przyzwać wiosnę.
Marena krzyknęła. Czarownica zeskoczyła z poręczy i obiema rękami pchnęła boginię, wrzucając ją do wody. Poparzyła przy tym dłonie i wyzuta z energii padła na kolana. Poświęciła wszystkie siły, by odegnać Marenę, uniemożliwić jej podróż do – jak to ujęła – kolejnego przystanku.
Nie łudziła się, że zniszczyła boginkę na zawsze. Nie zdołałaby nic jej zrobić, gdyby nie konkretna data, gdyby Marena w swej pewności siebie nie zlekceważyła czarownicy. Śmiercietka wróci, wróci wraz z zimą, lecz teraz…
Teraz zaczynała się wiosna.
– Marzanno, Marzanno – wyszeptała, dopełniając rytuału. – Ty zimowa panno. Dziś cię utopimy, bo nie chcemy zimy.
*
Przesyłkę dostarczono wczesnym rankiem, gdy Jego Wielmożność Tomasz Niepołomic wciąż spał. Powiadomiono go o paczce dopiero po obfitym śniadaniu, bowiem całej służbie było wiadomym, że pan Tomasz przed zjedzeniem pierwszego posiłku bywa rozdrażniony i zawracanie mu wtedy głowy może skończyć się ostrą reprymendą.
Ostrej reprymendy jednak służący i tak nie uniknęli, ponieważ przesyłka została nadana przez Sarę Weronikę Sokolską, Pierwszą Czarownicę Polanii, a wysyłki od niej w klasyfikacji pana Tomasza były ważniejsze od posiłków. Na usprawiedliwienie pracowników można powiedzieć, że jak dotąd ważniejsze od jedzenia nie okazały się nawet wieści o śmierci jedynej siostry. Rzeczone wieści o śmierci jedynej siostry nie groziły jednak wybuchem, a „ta Piekielnica” – jak zwykł mawiać o niej pan Tomasz (nie on jeden zresztą) – mogłaby posunąć się do wysłania mu bomby, co z pewnością w jej opinii stanowiłoby doskonały dowcip.
Dość duża, owinięta w szary papier paczka została poddana dokładnym oględzinom, opukana, potraktowana wykrywaczem magii, a wreszcie ostrożnie otworzona przez lokaja. Pan Tomasz podczas tych zabiegów stał tuż przy drzwiach, gotów w każdej chwili rzucić się do ucieczki – czy też raczej oddalić się godnie, aczkolwiek szybko, do spraw niecierpiących zwłoki (albowiem żaden Niepołomic nie miał w zwyczaju uciekać, wszak od czasu, gdy jeden z dalekich przodków Tomasza odmówił umykania przed przeważającymi siłami wroga i bohaterskim kontratakiem uratował królewskie życie, motto rodu brzmiało: „Nie uciekniemy”).
W środku był koszyk. Zwyczajny, wiklinowy. Lokaj powoli uniósł pokrywkę, po czym natychmiast ją opuścił, piszcząc przy tym cienkim głosem, absolutnie niepasującym do żadnego szanującego się lokaja, a na pewno nie do lokaja Tomasza Niepołomica. Cofnął się, z poszarzałą twarzą, wskazując na paczkę, ale z jego ust nie wydobyło się choćby jedno słowo. Zirytowany arystokrata porzucił wreszcie bezpieczne stanowisko, by osobiście sprawdzić, co wzbudziło przerażenie w wiernym słudze.
Nie wrzasnął, ponieważ komuś o jego pozycji wrzeszczeć nie wypadało. Pobladł tylko, co było dopuszczalne i uchodziło nawet w najznamienitszym towarzystwie.
W koszyku leżała głowa. Nie dało się ocenić czyja ani nawet określić płci, włosy i rysy twarzy strawił bowiem ogień. Nim pan Tomasz zatrzasnął wieko, zdążył jeszcze odczytać umieszczoną w środku wiadomość:
Wybacz, ale nie miałam pod ręką srebrnej tacy.
S.W.S.
– Kiedyś przysłała Tomaszowi przypaloną głowę w koszu piknikowym…
Król nie dał po sobie poznać, że usłyszał te słowa. Wciąż udawał uprzejme zainteresowanie przemową wojewody pomorskiego, ale ukradkiem zerknął na prawo, skąd dobiegał głos. Nie był jednak w stanie określić, kto wypowiedział słowa, które czystym przypadkiem przedarły się przez gwar, by dotrzeć do królewskich uszu.
„Kiedyś przysłała Tomaszowi przypaloną głowę w koszu piknikowym”.
– …syreny zanadto się rozzuchwaliły – kontynuował Marcin Kasztelan, gestykulując przy tym tak zawzięcie, że omal nie wepchnął palca w królewskie oko.
Nalana twarz wojewody, nosząca ślady długoletniego pijaństwa, wzbudzała w ceniącym piękno Julianie Łukomskim wstręt. Po raz kolejny zastanowił się ponuro, co takiego sprawiło, że ludność województwa pomorskiego wybrała właśnie Kasztelana na swojego reprezentanta, oraz po jaką cholerę po wojnie pradziadek umyślił sobie podążenie za amerykańskimi wzorcami poprzez częściową demokratyzację królestwa.
– Czy Wasza Wysokość imaginuje sobie, że chcą praw obywatelskich? Praw obywatelskich! Przecież to ryby. A dzieci i ryby głosu nie mają! – kontynuował Marcin.
– Istoty humanoidalne – sprostował łagodnie Julian. – Przypominam, że w myśl ustawy z tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku wszelkie stworzenia humanoidalne zdolne do porozumiewania mają w Polanii zagwarantowaną nietykalność osobistą i wybrane swobody obywatelskie tak długo, jak długo nie złamią prawa…
„Kiedyś przysłała Tomaszowi przypaloną głowę w koszu piknikowym”.
Twarz Marcina poczerwieniała i król z irytacją pomyślał, że ten wygląda, jakby miał dostać ataku apopleksji. „I dobrze”, uznał nagle. „Przyhamowałoby się medyków, trafiłby go szlag i wreszcie byłby święty spokój”.
– Niszczą sieci! – krzyknął z oburzeniem wojewoda. – Nie trzymają się terenów rezerwatu, kilka z nich widziano w pobliżu plaż!
Wąskie usta Juliana wyginały się w wymuszonym uśmiechu, ale z brązowych oczu wyzierała niechęć. Niechęć, której Marcin wyraźnie nie dostrzegał. Powody wyniesienia go zaledwie przed miesiącem na intratne stanowisko tak naprawdę były dla króla jasne. Nienawiść wobec wszelkich nieludzi żywiona przez Kasztelana, była – jak wynikało z ostatniego raportu – podzielana przez ponad dwadzieścia procent społeczeństwa. W województwie pomorskim ten odsetek sięgał trzydziestu siedmiu procent, a dalsze dziesięć procent ludności deklarowało wprawdzie umiarkowaną sympatię wobec magicznej menażerii, zaznaczało jednak przy tym, że zbyt wiele uwagi i pieniędzy poświęca się ich problemom. Doskonały elektorat dla tego odrażającego człowieczka.
– Nie wpłynęły żadne oficjalne skargi na niszczenie mienia, być może więc, jeśli ktoś stracił sieci, łowił w miejscu, w którym nie powinien tego robić. A rezerwat jest domem syren, nie więzieniem. Nie mają zakazu jego opuszczania – spróbował po raz ostatni, nie liczył jednak specjalnie, że do Marcina cokolwiek dotrze.
– Najwyższa pora to zmienić! – oznajmił z przekonaniem wojewoda. – To jedno z ważniejszych zadań, jakie stawiam przed sobą w czasie mojej pierwszej kadencji…
– Pan wybaczy – uciął stanowczo Julian, dochodząc do wniosku, że nie zniesie dłużej zarówno patrzenia na wojewodę, jak i wysłuchiwania jego płomiennych przemów. Porwał szklankę z tacy niesionej przez drobną, ciemnowłosą dziewczynę, której widok natychmiast jeszcze bardziej zwarzył królewski humor. Przypomniał bowiem o innej pannie, z równie ciemnymi włosami, której na sali balowej brakowało, choć wyraźnie ją uprzedzał, że życzy sobie jej obecności – było zaś powszechnie wiadomo, że życzenia i sugestie władcy więcej wspólnego mają z rozkazami.
„Kiedyś przysłała Tomaszowi przypaloną głowę w koszyku”.
– …czytałam w „Fakcie Codziennym”, że mają romans, ale trudno mi w to uwierzyć, przecież zawsze wszystko wybiera w najlepszym guście, a ona… – Kobieta w średnim wieku, o fantazyjnie upiętych, jasnych włosach umilkła, widząc gorączkowe znaki czynione przez rozmówczynię. Obejrzała się i na widok przechodzącego króla na jej policzki wypełzły rumieńce.
Julian obdarzył ją zimnym uśmiechem, nim przemknął dalej. Oczywiście, nie mógł długo cieszyć się spokojem, bo po kilku sekundach przy jego boku zmaterializował się Kacper Czartoryski, wiodąc ze sobą wiotką kobietę w bieli, o ogromnych, niebieskich oczach. Julian lubił Kacpra, należącego do grona jego najstarszych przyjaciół – o ile oczywiście król mógł w ogóle mówić o posiadaniu przyjaciół.
– Królu. – Kacper skłonił głowę, a na jego lisiej, piegowatej twarzy pojawił się chytry uśmiech. Prywatnie zwracał się do władcy po imieniu, przy takich okazjach jak ta szedł jednak na kompromis, zwąc Juliana „królem”, ale nie „Waszą Wysokością”. Brzmiało to bardziej jak pseudonim niż tytuł. – Wspaniałe przyjęcie, doprawdy wspaniałe. Pozwolę sobie osobiście pogratulować i życzyć wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, wcześniej nie było ku temu sposobności. Prezent, oczywiście, spoczywa wraz z innymi.
– Nie wątpię, że wybije się na ich tle – mruknął zgryźliwie Julian, pamiętając doskonale ostatni dar od przyjaciela: dmuchaną lalkę. Oprócz Kacpra jedyną osobą, która mogłaby się poważyć na ofiarowanie królowi czegoś takiego, jednocześnie wiedząc, że nie grożą jej konsekwencje, była Pierwsza Czarownica. Nieobecna Pierwsza Czarownica, Niech Ją Jasny Szlag Trafi. – Nie przedstawisz mnie swojej uroczej towarzyszce?
– Lidia Skibińska, dziekan wydziału magicznego Uniwersytetu Warszawskiego. To prawdziwy zaszczyt móc tutaj być – przedstawiła się kobieta, podając władcy dłoń.
Julian ucałował czubki opalonych palców, jednocześnie rzucając przyjacielowi szybkie spojrzenie, na co Kacper wzruszył lekko ramionami. Lidię Skibińską do tej pory król znał jedynie z opowieści i paru zdjęć w gazetach, którym jednak nie poświęcał tyle uwagi, by od razu ją rozpoznać. Wiedział, że pochodzi z bogatej rodziny o magicznych tradycjach, że jej ojciec zasiadał w Loży Magii Polanii, jednocześnie pełniąc istotną funkcję w Europejskim Konwencie Magii. Wiedział także, że została najmłodszym dziekanem w historii (i tylko po części na skutek nepotyzmu; nawet jej wrogowie przyznawali, że Lidia jest magicznym geniuszem) oraz że ona i jego nadworna czarownica nienawidziły się jak wściekłe psy. Po raz pierwszy pomyślał, że nieobecność Sary Weroniki Sokolskiej na dzisiejszym przyjęciu jest jednak prawdziwym błogosławieństwem. Gdyby te dwie wzięły się za łby, do czego doszłoby niechybnie, zamek zadrżałby w posadach.
– Doprawdy, Kacprze, musimy koniecznie jutro pogawędzić w cztery oczy, chciałbym wiedzieć, jak poznałeś tak niezwykłą damę – stwierdził, a uprzejmy ton nie współgrał ze spojrzeniem. Kacper z pewnością rozszyfrował ukryte przesłanie i domyślił się, że ta wypowiedź w ustach Juliana znaczyła tyle, co „Wytłumaczysz mi, do cholery, dlaczego postanowiłeś zamienić przyjęcie w Armagedon i zrujnować moją salę balową?”.
– Oczywiście, panie – odparł radośnie Czartoryski, a król westchnął w duchu. Choć Kacper dobiegał trzydziestki, czasami wciąż zachowywał się jak psotny chłopiec, znajdując niezwykłą przyjemność w sianiu zamętu.
– Miałam nadzieję, że spotkam tutaj starą przyjaciółkę – wtrąciła Lidia, uśmiechając się przepięknie. – Pierwszą Czarownicę. Nie widziałyśmy się całe dwa lata.
– Sarę, niestety, zatrzymały pilne obowiązki. Ubolewam, że nie może świętować z nami, przekażę, że pytała pani o nią.
– Oczywiście. Zdaję sobie sprawę z tego, że Sara piastuje niezwykle odpowiedzialne stanowisko.
„Ja wiem i ty wiesz, że te pilne obowiązki wiążą się pewnie z włóczeniem po podłych knajpach albo leczeniem kaca”, mówiły oczy Lidii, bardzo niebieskie, bardzo duże i bardzo, bardzo zimne. A może Julianowi tylko tak się zdawało i nic nie kryło się w błękitnych tęczówkach, żadna przygana, żadne niewypowiedziane słowa. Nieoczekiwanie dla samego siebie poczuł jednak wstyd za tę postrzeloną wiedźmę, za krążące wokół niej plotki, za artykuł w „Fakcie Codziennym” o ich domniemanym romansie, za pogłoski, że nie potrafi zapanować nad swą nadworną czarownicą, za opinie, że źle dokonał wyboru, kierując się prywatą, nie kwalifikacjami. Wreszcie za dzisiejsze upokorzenie, jakim była nieobecność Sary, niewypełnienie królewskiego nakazu.
Może faktycznie nie potrafił zapanować nad kimś, kto dla niego pracował. Nawet przed samym sobą nie umiał przyznać, że tutaj nie było żadnego „może”.
– Wręczyła ci już prezent, panie? Słyszałem, że pani Sokolska ma intrygujące zwyczaje, jeśli idzie o podarunki. Ponoć Tomasz dostał od niej odciętą głowę? – kontynuował Kacper.
„Ty przebiegły lisie”, złościł się w duchu Julian. „Poczekaj, aż złapię cię samego, wtedy inaczej będziesz śpiewać”.
Wszystko w Kacprze było lisie i rudawe. Puszyste włosy, oczy w kolorze bursztynu, wąska twarz i charakter, którego główną cechą był spryt, tradycyjnie przypisywany tym zwierzakom. Potrafił każdego wyprowadzić w pole, intrygi miał we krwi, a choć Julian darzył go sympatią, wiedział, że nie wolno mu ufać. Czasem sądził, że Czartoryskiemu brak jeno rudej kity.
– Plotki – odparł chłodno, choć dobrze wiedział, że w tej akurat opowieści nie leżało ziarnko prawdy, lecz cała miarka zboża.
