Na dnie snu. Coma. Tom 1. Część 2. - Mimi Lisette - ebook
NOWOŚĆ

Na dnie snu. Coma. Tom 1. Część 2. ebook

Mimi Lisette

4,2

198 osób interesuje się tą książką

Opis

Na dnie snu kończą się złudzenia i zaczyna prawdziwa walka o przetrwanie.

Helena, próbując ocalić przyjaciół, trafia do mrocznego miejsca. Odurzana narkotykami, powoli traci wolę i zdolność myślenia. Udaje się jej uciec, lecz od tej chwili jest ścigana, a za jej głowę zostaje wyznaczona nagroda.

Ratunek nadchodzi od niespodziewanego sojusznika, ale cena, jaką Helenie przyjdzie za niego zapłacić, jest wysoka. Gdy w Opactwie poznaje całą prawdę o Comie, musi zdecydować, po czyjej stronie stanąć. Wie jednak, że przyłączenie się do walczących o wolność rebeliantów oznacza ponowną zdradę Bad Boysów, wiernych systemowi utrzymującemu kontrolę.


Kiedy kapitan Ice w końcu ją odnajduje, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Ich relacja staje się napięta, a czasu, jaki im pozostał, jest znacznie mniej, niż przypuszczają.

Morfeusz może się wkrótce przebudzić. Pierwszy zamierza wykorzystać ten moment, by przejąć pełną władzę. Jeśli doprowadzi do zniszczenia Bramy, nikt już nie wróci do świata żywych. Helena wie, że nie zdoła ocalić wszystkich. Ale jeśli nic nie zrobi, straci tych, na których zależy jej najbardziej…

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 829

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (5 ocen)
4
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
warszczynska

Nie oderwiesz się od lektury

Obie części Comy są rewelacyjne. „Na dnie snu” to część druga tomu pierwszego, więc jeśli chcesz przeczytać to od początku, a warto. Książka świetnie napisana z dużą ilością humoru. Postacie niepowtarzalne i nietuzinkowe, każdy ma swoje „za uszami”, a sama Helena, no cóż kobieta z krwi i kości, która nie powstrzyma się od komentarza, nawet jeśli może się to dla niej okazać bolesne 😉. Ciekawa koncepcja śpiączki, jako równoległego świata. Dla mnie super. Czekam na tom drugi.
21
Ajra2016

Nie oderwiesz się od lektury

Nie zawodzi
10
AlicjaAmi
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Nie było elementu zaskoczenia,że to tak zabawna historia,tak jak przy pierwszej części.Ponownie bawiłam się świetnie w świecie Comy.Za to dla odmiany oprócz śmiechu,wzruszyłam się i kilka razy,a już zakończenie powaliło mnie z emocji.Tu się tyle rzeczy dzieje,akcja,intrygi,zabawne dialogi i sytuacje,że nie straszna objętość książki.Jeden dzień czytania i znowu czekam niecierpliwie na kolejny tom. Polecam.
11
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Emocjonalna historia,którą przeżywa się od początku do końca 💛Kocham całym sercem♥️Polecam
11



Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Cytat

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Piosenka - Część 1

Piosenka - Część 2

Punkty orientacyjne

Spis treści

Zacznij czytać

kolejność czytania:

1. Słodkich snów, tom 1, część 1

2. Na dnie snu, tom 1, część 2

3. Wkrótce tom 2, część 1

4. Wkrótce tom 2, część 2

Copyright © Mimi Lisette

Copyright © Wydawnictwo Iskra

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Wydanie 1, Wrocław 2026

redakcja merytoryczna: Weronika Ancerowicz

projekt okładki: Agnieszka Zawadka

realizacja procesu wydawniczego: AT ONCE

koordynacja projektu: Teresa Naumiuk

redakcja językowa: Katarzyna Myszkorowska

korekta: Katarzyna Twarduś

skład i łamanie: Tomasz Smołka

przygotowanie ebooka: Tomasz Smagacz

www.wydawnictwoiskra.pl

isbn: 978-83-972633-9-0

SPIS TREŚCI

Rozdział 1. Ptaszek w pieprzonej klatce

Rozdział 2. Spłata długu

Rozdział 3. Opactwo

Rozdział 4. I stała się jasność

Rozdział 5. Telefon do przyjaciela

Rozdział 6. Powrót córki marnotrawnej

Rozdział 7. Bad Boys Whatcha Gonna Do?

Rozdział 8. Wspominki

Rozdział 9. Z pazurem

Rozdział 10. Wstępna selekcja

Rozdział 11. Ognisko

Rozdział 12. Tornado

Rozdział 13. Ice, Ice Baby

Rozdział 14. Potwory z przeszłości

Rozdział 15. Zoombieland

Rozdział 16. Tańczący z wilkami

Rozdział 17. Ostatni raz

Rozdział 18. Kawa na ławę

Rozdział 19. Strategie

Rozdział 20. Narada

Rozdział 21. Szczęśliwe pływaczki

Rozdział 22. Lecimy połową statku

Rozdział 23. Jeśli coś może pójść źle, na pewno pójdzie

Rozdział 24. Osiemnaście małych świnek

Rozdział 25. Plan B

Rozdział 26. Goodbye My Lover

Jesteś w więzieniu. Jeśli chcesz się z niego wydostać, najpierw musisz zrozumieć, że w nim jesteś. Jeśli sądzisz, że jesteś wolny – nie możesz uciec.

G.I. Gurdjieff

Wolność jest pierwszym i największym dobrem człowieka.

Cyceron

ROZDZIAŁ 1

PTASZEK W PIEPRZONEJ KLATCE

Śniłam.

To był sen.

Nie, poprawka, to był koszmar, który przeżywałam raz za razem, gdy umysł choć na chwilę wyłaniał się z rozkosznej nicości. Tę jedną chwilę powtarzałam co noc lub co dzień. Jak jakiś pochrzaniony Dzień świstaka.

Kapitan sprawiał wrażenie człowieka ogarniętego furią. Umazany sadzą, ze sterczącymi we wszystkich kierunkach włosami, w czarnej koszulce noszącej ślady niedawnego wybuchu wyglądał, jakby właśnie stoczył walkę z szalonym piromaniakiem. Stał tak przede mną, a za jego plecami majaczyły osmolone sylwetki Pashy, Coli i Masao. Nie było jednak z nimi Pieti, Kokosa oraz Drzazgi, trójki, z którą wybrałam się na imprezę do Gandzialfa. Powiodłam zamglonym wzrokiem po zebranych chłopakach, w końcu zatrzymując go na czarnoskórym żołnierzu. Spojrzenie Coli wzbudzało we mnie największy niepokój, a wszystko dlatego, że mój były miał mord w oczach. Wydawało mi się, że ze wszystkich sił próbuje nad sobą panować i nie rzucić się na mnie. Jasna cholera!

W oddali płonął ten pieprzony neogotycki budynek, a raczej jego ruiny, nad którymi unosiły się białe kłęby dymu, rozmywając się wysoko w górze, na tle czarnego nieba. Siedziałam na wilgotnej trawie, po skroni ciekła mi strużka krwi, kapiąc na tę przeklętą sukienkę pożyczoną od Drzazgi. Drżałam na całym ciele, choć wcale nie było zimno. To przeszywający wzrok kapitana mroził mnie do szpiku kości. Dodatkowo jego spojrzenie paraliżowało bardziej, niż zrobiłby to śmiercionośny jad skorpiona.

– Było warto? ⁠– spytał głosem wypranym z wszelkich emocji.

Nie odpowiedziałam. Nie byłam w stanie się odezwać. Wiedziałam, że pod tą wykutą jak z kamienia maską obojętności kapitan skrywa potężny gniew, który tylko czeka, by się uwolnić.

– Zginęło troje ludzi i wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze?

Milczałam, zmuszając się do zachowania spokoju, gdy on kontynuował tym swoim zimnym, wyniosłym tonem, za którym nie potrafił ukryć rozgoryczenia.

– Ja jestem za to odpowiedzialny, ponieważ pozwoliłem, by zaryzykowali własnym życiem, byle tylko dowiedzieć się, co kombinujesz. Myślałem, że jesteś inna. Myślałem…

Łzy rzęsiście ciekły po moich policzkach. Oplotłam się rękoma, jakby ten gest miał przynieść jakiekolwiek pocieszenie czy ochronę. Niestety tak się nie stało. Cierpiałam i żadne słowa nie zdołałyby wyrazić, jak cholernie było mi przykro. Boże, wszystkie moje obawy dotyczące powodu nieobecności tych trzech osób właśnie się potwierdziły. Zginęły w wybuchu, a ich krew plamiła moje ręce.

– Oszukałaś nas wszystkich, Saro, czy jak ci tam ⁠– powiedział kapitan, niemal warcząc.

Gdyby nie fakt, że przez moment nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku, już dawno zaczęłabym krzyczeć z bezsilności, która mnie ogarnęła.

– To… to nie tak… ⁠– wydukałam wreszcie, niemal bezgłośnie, ale czy to miało teraz jakiekolwiek znaczenie? Byłam winna śmierci trojga ludzi.

– Jesteś rebeliantką! ⁠– krzyknął z odrazą, a ja zacisnęłam mocniej palce na swoich ramionach, wbijając paznokcie w skórę. ⁠– Ostrzegaliśmy cię, jak kończą zdrajcy. ⁠– Kapitan bez wahania wyciągnął broń i wymierzył prosto w moją pierś, w której serce nieprzytomnie obijało się o żebra. ⁠– Przykro mi, żołnierzu ⁠– rzekł naprawdę szczerze, a przez jego surową do tej pory twarz przemknął cień nieznanego mi dotąd uczucia.

Rozchyliłam usta i otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, widząc, że nie żartuje.

– Żegnaj. ⁠– Wszystko, co chciał powiedzieć, zawarł w tym jednym, krótkim słowie. Strzelił…

Nabrałam głośno powietrza, zaciskając pięści. Ból w skroni był nie do zniesienia. Szarpnęłam się rozpaczliwie, ale coś krępowało moje ruchy. Oblał mnie zimny pot, sprawiając, że ciało pokryło się gęsią skórką. Jakiś bliżej nieokreślony chłodny i twardy przedmiot boleśnie wrzynał się w moje nadgarstki, kiedy chciałam poruszyć rękoma. Zdezorientowana i otępiała spróbowałam unieść ciężkie powieki, lecz wszystko dookoła zlało się w jedną jasną kulę światła. Momentalnie zamknęłam oczy, ale sen nie nadszedł, a rzeczywistość jawiła się zdecydowanie gorzej niż koszmar. Za każdym razem, gdy z kotłowaniny przerażających myśli wyławiałam strzępy świadomości, pojawiało się to jedno trzeźwiące pytanie: „Czy to był na pewno sen?”. Bo jeśli nie i kapitan rzeczywiście strzelił, to może wybudziłam się ze śpiączki i nie byłam już w Comie? A może odebrał mi życie i trafiłam do piekła? Zasłużyłam na nie. Schrzaniłam tę jedną, najważniejszą rzecz. Miałam ocalić siostrę, sprowadzić ją z powrotem do domu z przeklętej Comy. Co poszło nie tak? Przecież trafiłam do świata snów, wstąpiłam w szeregi elitarnej jednostki Bad Boysów, zjednałam sobie przynajmniej połowę tych złych chłopców i odnalazłam informacje o Myszce. Pierwsza próba ucieczki zakończyła się fiaskiem i chociaż kapitan nabrał co do mnie podejrzeń, znalazłam sposób, aby raz na zawsze opuścić swój oddział. Tak, udało mi się zwieść kapitana Ice’a. Nie, poprawka, ten drań kazał mi w to uwierzyć. I kiedy wszystko wskazywało na to, że wreszcie ucieknę, opuszczę wyspę i odnajdę siostrę, wiadomość o jej śmierci spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Czy informacja, którą przekazał mi rebeliant podczas tej nieszczęsnej imprezy u Gandzialfa, mogła być prawdą? Czy ktokolwiek mógł potwierdzić śmierć Sary? Czy trójka Bad Boysów, która mi towarzyszyła, zdołała się ewakuować?

Świadomość opuściła mnie jeszcze szybciej, niż się pojawiła, powracała jednak co jakiś czas falami. W tych krótkich momentach przytomności czułam na skórze czyjś dotyk, ktoś wlewał mi zimny napój do ust, dzięki czemu ogień trawiący moje żyły nieznacznie przygasał, ale ból, który ogarniał ciało, nie odchodził. Gdzie ja jestem? Czy kapitan pociągnął za spust? Czy to zdarzenie w ogóle miało miejsce?

Nie wiem, ile czasu minęło, od kiedy pierwszy raz się ocknęłam, ale teraz coraz wyraźniej odbierałam wszystkie bodźce zewnętrzne. Ból ustępował i powracał, jak długi wdech i jeszcze dłuższy, uwalniający wydech. Tęskniłam do tych momentów, gdy zakończenia nerwowe reagowały intensywnie na każde najdelikatniejsze muśnięcie. Byłam wtedy przekonana, że leżę na czymś niesamowicie miękkim, a śliski materiał otula mnie niczym jedwabisty balsam. Wcześniej zawsze czyjaś zimna dłoń łapała za mój nadgarstek, a później płynna rozkosz rozlewała się po moich żyłach. Powinnam się bać, powinnam zachować ostrożność, ale odczucia i emocje, które mną targały, były zgoła odmienne. Jakby w tamtej chwili liczyła się tylko cielesność. Jeden wielki pieprzony somatyzm. Nawet najmniejszy dotyk wywołany lekkimi zawirowaniami powietrza wiązał się z całą bezbrzeżną falą nieznanych mi dotąd doznań. Ta delikatna pieszczota doprowadzała mnie do ekstazy. A później euforia mijała, a jej miejsce zajmowały koszmar i ból. Nie chciałam wracać do tego świata, do tej rzeczywistości, czymkolwiek była. Co było jawą, a co snem?

– Saro ⁠– rozległ się zatrwożony szept.

O w mordę! Co tu się działo? Moje zmysły nie do końca jeszcze sprawnie funkcjonowały, a w zasadzie to szalały niczym tornado Tri-State. Nie byłam w stanie odróżnić, czy to dzieje się naprawdę, czy ⁠– co wydawało się wielce prawdopodobne ⁠– to tylko wytwór udręczonej psychiki. Po raz kolejny podjęłam próbę otwarcia oczu, ale powieki okazały się zbyt ciężkie. Kto umieścił na nich ołów, do cholery? Gdybym tylko nie była tam, gdzie byłam, czyli w czarnej dupie, podejrzewałabym, że Big Boy zakrył mi twarz swoimi ciężkimi łapskami.

– Saro, jak… ⁠– Kobiecy głos się załamał, jakby dławiony wielką gulą w gardle. ⁠– Cholera, przecież on mówił, że wszystko się udało. Musisz… ⁠– urwała gwałtownie.

Powierzchnia materaca zafalowała i poczułam, że płynę. Szelest prześcieradła wydawał się głośny niczym uderzenia skrzydeł olbrzymiego motyla. Coś zatrzeszczało przeraźliwie, a dźwięk ten przywodził na myśl stare spróchniałe deski, uginające się pod ogromnym ciężarem. Później w pobliżu rozbrzmiały kroki, jakby te deski pękały pod butami monstrualnej postaci. Coś było ze mną nie tak. W jednej chwili zamieniłam się w małą, roztrzęsioną dziewczynkę, która najchętniej schowałaby się pod stołem, byle tylko nikt jej nie skrzywdził. Serce ⁠w mojej piersi pędziło niczym formuła jeden po torze wyścigowym, zmysły wariowały w opętańczym tańcu grozy. W jakim piekle się znalazłam? Szarpnęłam się, a przynajmniej taki miałam zamiar, ale nie potrafiłam zapanować nad własnym ciałem. Wszystko mi się mieszało. Nie mogłam zebrać myśli. Rozkojarzył mnie nawet pieprzony włos, łaskoczący policzek.

– Na dziś skończyłaś ⁠– odezwał się piekielnie zimny głos. Tak zimny, że od samego słuchania pokryłam się gęsią skórką.

– Oczywiście… ⁠– odpowiedziała przestraszona kobieta, którą usłyszałam przed chwilą.

Słodki zapach unoszący się w powietrzu zniknął i wiedziałam, że zostałam sama z obcym mężczyzną o lodowatym głosie. Chciałam wypowiedzieć choćby najprostsze słowo, jednak wszystkie powstawały tylko w mojej głowie i nie potrafiły opuścić ust. Było mi źle, tak cholernie źle.

– Nie wiem, dlaczego szef ma do ciebie taką słabość, ale postanowił darować ci życie.

Nie od razu zrozumiałam, co ten człowiek bredzi. Dopiero po chwili wyrazy ułożyły się w logicznie brzmiące zdania.

– Nie myśl, że będziesz się tutaj wylegiwać do woli. Najpierw cię trochę oswoimy, a później odpracujesz to, co ukradłaś. Rozumiesz, głupia suko?

Oswoić? A to dobre. Próbuj dalej, ale kanapowego pieska do towarzystwa ze mnie nie zrobisz, warczałam w myślach. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jak bardzo trafne okazało się to porównanie.

Facet o wrażliwości niedźwiedzia grizzly chwycił mnie boleśnie za ramiona, jakby chciał zostawić odciski aż do kości. Miałam wrażenie, że jego palce wwiercają się pod skórę, rozdzierają mięśnie i miażdżą wszystko, co napotkają. W następnej sekundzie poczułam ukłucie i żar wlał się w każdą żyłę, jaka mnie wypełniała. Znowu płonęłam, aż ból stał się czystą, niekontrolowaną ekstazą. Byłam w raju.

Musiałam stracić przytomność i znaleźć się w upragnionej nicości, gdzie żadna emocja nie miała do mnie dostępu. Nie wiem, ile trwało, nim ponownie odzyskałam świadomość, a wraz z nią myśli, uczucia, doznania. Kilka minut, godzin, a może dni? Gdy się ocknęłam, usłyszałam znajomy łagodny głos, który zachęcał, bym otworzyła oczy i usiadła na łóżku. Całą siłą pieprzonej woli uniosłam powieki. Ostre światło sprawiało mi niemalże fizyczny ból, ale się nie poddałam, chociaż cierpiało całe moje ciało.

– Bardzo dobrze ⁠– padły słowa pochwały. ⁠– Musisz się ruszać, naćpali cię jak cholera, a jutro zrobią to samo. Testują na tobie jakąś nową mieszankę.

Narkotyki? Po chwili dotarło do mnie, o czym mówiła. Pięknie, to by wszystko tłumaczyło. Starałam się walczyć z ogarniającym otępieniem, skupiając się na dziewczynie siedzącej naprzeciw, jednak jedyne, na czym mogłam się skoncentrować, to głód. Znowu chciałam się poczuć wolna i szczęśliwa, jednak cichy głos, jakiś wewnętrzny moralizator szeptał: „Musisz czuć, musisz pamiętać, co spieprzyłaś”. Dlatego wbrew pragnieniom ciała skupiłam uwagę na właścicielce miękkiego głosu. Nie wiem, jak wyglądała ani jaki miała kolor oczu, choć wpatrywałam się w nie intensywnie. Ja… po prostu tego nie dostrzegałam… Nie potrafiłam ogarnąć się na tyle, by to zauważyć. Mój chaotyczny umysł był jak rozbzyczany rój pszczół, a każdy owad mknął w innym kierunku.

– Wstań. ⁠– Złapała mnie za ramię i pomogła podnieść się z łóżka.

Przynajmniej nie byłam już do niego przykuta. Jak miło. Zważywszy jednak na mój stan, raczej nigdzie bym sama stąd nie uciekła, więc nie dziwota, że ten, który mnie więził, odpuścił sobie kajdanki. Prochy działały lepiej niż więzienne kraty.

Nogi się pode mną ugięły i zawisłam na ramionach nieznajomej, o mało nie nokautując jej czołem. Rewelacja! Najwidoczniej przekonywanie własnego umysłu, że dam radę, było zajęciem bezcelowym, bo ja swoje, a ciało swoje.

– Dasz radę.

O ironio, nawet jeśli nie dopingowałam się sama, ona to robiła.

– Kiedyś ty mi pomogłaś, teraz ja pomogę tobie. ⁠– Tak powiedziała, chyba, co w najmniejszym stopniu mnie nie pocieszyło.

Mijały minuty, może godziny, i z każdą następną chwilą, uciekającą wolno jak przesypujące się ziarenka piasku w klepsydrze, czułam się bardziej obecna. Potrafiłam opisać twarz opiekującej się mną brunetki. W dużych, piwnych oczach migotały jasne punkciki. Zakręcone, długie rzęsy sięgały prawie po łuk brwiowy. Jej zaróżowione policzki nadawały twarzy młodzieńczego wigoru, a usta w kształcie serca stanowiły istny magnes na pocałunki. Pod małym zgrabnym noskiem zauważyłam długi wąs. Wróć! Jaki wąs?! Zacisnęłam powieki i znów je otworzyłam. Żadnego paskudnego wąsiska. Szlag, narkotyki musiały nadal wesoło krążyć w moim krwiobiegu. Na szczęście zdołałam sama dojść do łazienki, wrócić i obejrzeć mały pokoik, w którym wszystko, nawet ramy okienne, zionęło czerwienią.

– Dzie ja jesem? ⁠– wybełkotałam. Była to pierwsza trzeźwa myśl, którą udało mi się głośno wyartykułować.

Usiadłam z powrotem na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i objęłam się ciasno ramionami w nadziei, że odegnam wewnętrzny lęk i zapanuję nad pragnieniem. Cóż, czułam się jak narkoman na głodzie i wszystko wskazywało na to, że tak właśnie było.

– Cholera, Saro, wróciłaś do burdelu Gandzialfa. Pamiętasz, jak uciekłaś stąd ponad miesiąc temu? Co się stało, że cię złapał? Przecież chłopak, którego do mnie przysłałaś, powiedział, że wasz plan się powiódł. Wiesz, Gandzialf naprawdę uwierzył, że cię zabił.

Chwila, nic już nie łapałam. To zabił Sarę czy tylko w to wierzył? Być może Jim ⁠– rebeliant, który na imprezie u Gandzialfa również wziął mnie za Sarę ⁠– miał nieprawdziwe informacje. Jeśli istniał choć cień nadziei, że Mycha żyje, to właśnie tego światełka w tunelu zamierzałam się uparcie trzymać.

– Co teraz zrobisz, laska? ⁠– spytała dziewczyna, siadając obok i zaciskając palce na moich ramionach.

Nie próbowałam nawet wyprowadzać jej z błędu. Chciałam, aby nadal myślała, że jestem Sarą.

– Nie… wiem… ⁠– Słowa z trudem przechodziły mi przez usta. Wciąż miałam wrażenie, że moje ciało nie należy do mnie. Czułam, jak oblewa się zimnym potem, jak zaczyna drżeć i jak gdzieś wewnątrz, głęboko w trzewiach, narasta głód, jakiego nigdy w życiu nie czułam. Intensywne pragnienie, aby znowu zapomnieć, zatracić się w ekstazie i nie myśleć o Myszce, o Bad Boysach, o Comie. ⁠– Uuu… cieknę znowu. ⁠– Spojrzałam w kierunku zamkniętych drzwi.

– Będą cię pilnować ⁠– odparła. ⁠– Ten skurwiel wykorzysta cały swój arsenał, by tym razem nie pozwolić się przechytrzyć. Jak by nie było, laska, upokorzyłaś go.

Rebelianci mieli go wykończyć, a skoro facet żył…

Nie mogłam się skupić, coś mi umykało.

Na korytarzu dało się słyszeć czyjeś kroki. Dziewczyna jak poparzona przeniosła się na drugie łóżko. Dopiero teraz zwróciłam na nie uwagę. A więc trzymano nas we wspólnej celi. Po chwili drzwi zaskrzypiały i do środka wszedł ciemnoskóry mężczyzna, wytatuowany na łysej, kwadratowej czaszce. Hebanowe wzory schodziły pod kołnierz czarnej koszulki, wystawały spod rękawków i docierały do samych palców. Tatuaż wyglądał jak oplatająca go szkaradna roślina. Jeśli pragnął uchodzić za niebezpiecznego świra, to trzeba przyznać, że wizerunek miał opanowany do perfekcji.

– Cindy, masz klientów. ⁠– Gdy facet się odezwał, rozpoznałam w nim właściciela lodowatego głosu.

Cindy obrzuciła mnie spojrzeniem, którego niestety nie umiałam odczytać, po czym narzuciła na siebie jedwabny szlafroczek w panterkę i wyszła, mijając strażnika bez słowa.

Wbiłam wzrok w te ciemne, dzikie, pałające nienawiścią oczy.

– Lepiej się już czujesz ⁠– stwierdził, posyłając mi wilczy uśmiech. ⁠– Wujaszek ma coś dla ciebie.

Na dobrego wujka to on z pewnością nie wyglądał, co najwyżej takiego, który odbył karę więzienia za przemoc na członkach swojej rodziny. Gdy się poruszał, malunki na jego ciele zdawały się ożywać i wić. Nim zdołałam przetworzyć to w myślach, a co dopiero przygotować się do obrony, stał już przede mną. A może to ze mną nadal było coś nie tak i działałam na zwolnionych obrotach? Zarejestrowałam tylko jak gruba, lśniąca igła wbija się w moją rękę, a później wszystkie żyły zapłonęły na chwilę, jakby wpuszczono w nie żrący kwas. Odjechałam. Totalny narkotykowy odlot, który trwał i trwał, i trwał…

Nie pamiętam, ile razy cała sytuacja się powtórzyła, ile czasu spędziłam w tym pokoju, ale za każdym razem, kiedy narkotyki przestawały działać, facet o lodowatym głosie wracał i aplikował mi nową dawkę mojego własnego Matrixa. Świat, do którego przenosiłam się dzięki „kompocikowi” wstrzykiwanemu w żyłę, wydawał się tak surrealistyczny, że zastanawiałam się, czy Cindy istniała naprawdę, czy była tylko wytworem mojego naćpanego mózgu. Czy mówiła prawdę o Myszce, a może to ⁠ja usilnie próbowałam uwierzyć, że ona wciąż żyje? Co się, do licha, działo z Bad Boysami? Tęsknota za nimi stała się wręcz namacalna i tylko ona jedna uparła się, by trwać przy mnie niezmiennie. W tych krótkich chwilach względnej poczytalności, kiedy bez ostrzeżenia przed moimi oczyma pojawiały się roześmiane twarze chłopaków, moją wykrzywiał grymas rozpaczy i zaczynałam płakać. Płakałam jak nigdy dotąd, ponieważ nie potrafiłam zapanować ⁠nad emocjami. Dragi zupełnie odebrały mi zdolność kontroli nad ⁠uczuciami, czyniąc ze mnie ⁠ślimaka, którego pozbawiono skorupy ochronnej. Byłam niemniej przerażona i nieporadna niż niemowlę, oderwane siłą od matczynej piersi.

Otumaniona, nawet nie próbowałam dochodzić upływającego czasu, ponieważ wszystko zdawało się jednym, długim, niekończącym się okresem na granicy bólu i przyjemności. Któregoś dnia, może którejś nocy, w drzwiach naszej czerwonej celi pojawił się chudy, blady facet. Czerń eleganckiego garnituru mocno kontrastowała z jego białą, prawie transparentną skórą. Łysą głowę zdobiły podobne tatuaże jak u ciemnoskórego olbrzyma o arktycznym głosie. Czerwone, małe ślepka mylnie sugerowały, że przed chwilą płakał, ale z doświadczenia wiedziałam, że podobnie prezentowali się Pietia z Kokosem, kiedy palili maryśkę, przypuszczalnie więc „łzawy” wygląd facet zawdzięczał jaraniu trawy.

– Ruszać się! ⁠– warknął, zaciskając wąskie, sine usta.

Boże, jak trup, pomyślałam i chociaż ta myśl nie zmroziła mnie jakoś specjalnie, nie dałam rady wypełnić jego polecenia. Gdyby w tym domu rozpusty ktoś właśnie zechciał się ze mną ostro zabawić, nie miałabym szans, aby wyjść z tego cało, z honorem i bez uszczerbku na zdrowiu zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Wszystko dlatego, że czułam się jak w stanie najwyższego upojenia alkoholowego, dodatkowo dragi rozwadniały rzeczywistość o wiele bardziej niż pół litra czystej, dobrej wódy. Jasna cholera, na takim haju nie byłam jeszcze nigdy w życiu.

Chudy Wampirek, tak go nazwałam, zbliżył się do łóżka, na którym leżałam, i boleśnie złapał mnie za ramię. Najwyraźniej także nie oczekiwał, że pójdę o własnych siłach, bo wsunął dwa palce do ust, a głośny gwizd przywołał kolejnych dwóch facetów odzianych w czarne garniaki. Wystarczyło jedno mocne szarpnięcie i już wlekli mnie w kierunku ciemnego korytarza.

Byłam bosa, co do tego miałam pewność, ponieważ szurałam palcami po zimnych kafelkach. Moje ciało zasłaniała, a raczej więcej odkrywała, kusa koszulka nocna, która ślizgała się po nagiej skórze, pieszcząc ją niczym wprawne ręce kochanka. Czy nałożyłam ją sama, czy potrzebowałam pomocy Cindy albo kogoś innego? Nie znałam odpowiedzi na te pytania, podobnie jak nie miałam pojęcia, którędy dotarłam do wielkiego jasnego salonu.

W jednej chwili dwóch typów wyciągnęło mnie z pokoju, w drugiej już leżałam na czarnej sofie niczym królowa, tyle że nią nie byłam. Co najwyżej mogłam przypominać jedną z tych naćpanych królowych muzyki pop. Ekstremalna przyjemność ⁠– te dwa słowa idealnie oddawały moje samopoczucie.

Ogarnęłam wzrokiem duże pomieszczenie, nie siląc się nawet, by unieść głowę. Poza marmurem, wysokimi kolumnami i leżankami obitymi czerwonym aksamitem główną atrakcję, czy może powinnam raczej powiedzieć „wyposażenie wnętrza”, stanowiły półnagie kobiety. Bynajmniej nie były naćpane, za to prężyły się, jakby właśnie brały udział w castingu, o nie, nie na nową dupę kapitana, lecz do nowej produkcji z kategorii filmów dla dorosłych. Przemknęło mi przez myśl, że zebrano nas tam wszystkie tylko po to, by zrobić wspólne zdjęcie pamiątkowe, i nie wydawało się to aż tak absurdalne. Ale w takim upojeniu nawet lot paralotnią nad kraterem wulkanu albo nurkowanie z rekinami bez klatki nie wydałoby się idiotyczne.

Nagle wszystkie rozmowy ucichły, za to profesjonalne jęki, sapania i mlaśnięcia językiem wypełniły salę. Zdaje się, że właśnie stałam się kawałkiem mięska, które leży sobie za szybką, ładnie wygląda i czeka, aż ktoś się na nie pokusi, a później skonsumuje. Strach. Ta emocja zbudziła we mnie zdolność rozumowania. Ożeż w mordę, jeśli za chwilkę nie wytrzeźwieję, nie wymyślę jak MacGyver jakiegoś planu ucieczki, to kiepsko to widzę. Kiedy do sali weszło dwóch mężczyzn, półnaga prostytutka siedząca tuż obok mnie bez ogródek rozszerzyła nogi, pokazując całemu światu, co też tam czeka na szczęśliwca, który odważy się zaryzykować w najlepszym wypadku zarażenie drożdżakami, a w najgorszym syfilisem. Oby tylko panowie mieli odpowiednie zabezpieczenia. Chryste, o czym ja myślałam? Co mnie interesował czyjś zakażony chorobą weneryczną penis? Skup się, dziewczyno, skup się. Tak, zdecydowanie musiałam wspiąć się na wyżyny swojego geniuszu.

Para czarnych, wyglancowanych bucików zatrzymała się tuż przed sofą, którą zaszczycałam swoją osobą. W obecnej sytuacji mogłam zrazić do siebie potencjalnych klientów tylko w jeden sposób. Otworzyłam paszczę i zaczęłam udawać odruch wymiotny. No bo kto normalny ma ochotę na pannę, która może w trakcie igraszek puścić na niego przysłowiowego pawia? Wstyd się przyznać, ale lepszej linii obrony nie miałam, choć w ubogim repertuarze została mi jeszcze mina „jestem tak szajbnięta, że nie radzę ryzykować”. Byłam beznadziejna.

Obrana taktyka musiała jednak podziałać, bo eleganckie i wypastowane na błysk pantofle zniknęły z mojego pola widzenia. Odetchnęłam z ulgą, ponieważ odniosłam wrażenie, że już po wszystkim i zostanę spokojnie odprowadzona do swojej burdelowej celi, gdzie na pełnym haju postaram się „przemyśleć”, choć to za dużo powiedziane, jak stąd prysnąć w jednym kawałku. Niestety chwilę później pojawili się ci sami goryle, którzy mnie tutaj przywlekli, oznajmiając: „Pan chce cię widzieć”.

Zaprowadzili mnie marmurowymi schodami gdzieś na górę. Oby nie przed oblicze Pana Niebieskiego, na to nie jestem jeszcze gotowa, przemknęło przez mój naćpany umysł. Żywiłam więc głęboką nadzieję, że mieli raczej na myśli Gandzialfa, bo kogóż by innego, skoro wylądowałam w jego burdelu. Po wiele mówiącej ksywce spodziewałam się narkotykowego bossa w opuszczonych szerokich spodniach, futrze i ciemnych szpanerskich okularach, który przywita swoją nową podopieczną słowami: „Jo, mała. Sztachniesz się?”. Jak bardzo się pomyliłam, wiem tylko ja.

Pokonawszy schody, dałam się dosłownie ciągnąć przez długi korytarz. Po prostu odmówiłam jakiejkolwiek współpracy, jeśli tak to można było nazwać, chociaż wytatuowane mięśniaki dwoiły się i troiły, by nieźle mnie nastraszyć. Grozili nawet, że jeśli nadal będę stawiała opór (idioci nie znali piątej zasady dynamiki kapitana, czy co? Na ciało pod wpływem środków odurzających działa siła trzy razy silniejsza niż grawitacja), to wsadzą mi coś w dupę i dopiero zrobię się grzeczna. Generalnie jakiś narkotyk wesoło krążył w mojej krwi i sprawiał, że w dupie to ja miałam wszystko i wszystkich, więc takie groźby to sami sobie mogli wsadzić, bo wrażenia na mnie nie robiły. Przynajmniej do czasu.

Mętnie orientowałam się w tym, jak znalazłam się w ciemnym, typowo męskim pokoju, półleżąc, półsiedząc na wielkiej, czarnej, skórzanej sofie. Powietrze już od progu wypełniał intensywny zapach marihuany. Gandzialf w grafitowym eleganckim garniaku, spod którego wystawała szkarłatna jedwabna koszula, spacerował przede mną w tę i z powrotem. Może była to część jego codziennych ćwiczeń. Tysiąc pięćset kroków dla zachowania dobrej kondycji, a może zwyczajnie ⁠chciał, żebym się na niego gapiła. To jedno byłam w stanie zrobić, ponieważ nie wymagało zbyt intensywnej pracy umysłowej, a jedynie bezmyślnego wlepiania wzroku przed siebie.

Szczerze mówiąc, mój system wczesnego ostrzegania zawiódł na całej linii, kiedy bowiem Gandzialf usiadł tuż obok, na tyle blisko, że dzieliło nas zaledwie kilkanaście centymetrów, nawet nie drgnęłam. Zamiast walnąć wyluzowaną gadkę na dzień dobry, ten sukinsyn uderzył mnie, czego nie przewidziałam w najgorszym scenariuszu. Było to co prawda bardziej ocucające klepnięcie w policzek niż wymierzona kara, ale licho wie, bo po takiej dawce prochów mogłam być nieźle znieczulona.

Pierwszy cios mnie zaskoczył i jednocześnie skręcił żołądek ze strachu. Kiedy ponownie poczułam pieczenie, tym razem na drugim policzku, wbiłam w faceta przed sobą wściekłe spojrzenie. Było ono na tyle trzeźwe, że zdołałam rozpoznać w nim kochasia Drzazgi, który ⁠– gdyby nie moja chęć niesienia pomocy ⁠– pewnie zginąłby podczas tej nieszczęsnej imprezy, przysypany gruzami w trakcie zabawiania się z Rudą. Mogłam olać Drzazgę, wtedy nie wylądowałabym tutaj, ale nie potrafiłabym sobie wybaczyć, że pozwoliłam zginąć koleżance z oddziału. Tak, facet siedzący przede mną z burzą jasnych włosów, mrocznymi oczyma i szerokim, płaskim nosem boksera był Gandzialfem.

– Witaj ponownie, zwierzaczku ⁠– odezwał się ciężkim, zmysłowym głosem, który podziałał lepiej niż sole trzeźwiące. ⁠– Stęskniłaś się za mną?

– Nie ⁠– wymamrotałam, o dziwo nie plącząc sobie przy tym języka.

– Powiedz mi, jak się czułaś, mieszkając z facetem, którego nienawidziłaś? ⁠– Jego palce musnęły moje usta, a w moje nozdrza uderzył ostry, piekący zapach, jakby ktoś wetknął mi do nosa czysty ocet zmieszany z dymem z ogniska. Cofnęłam się odruchowo, oczy zaszły mi łzami, a całe ciało drgnęło w proteście. Przez moment miałam wrażenie, że moje drogi oddechowe się zbuntują, ale po kilku sekundach zawroty głowy zelżały i nagle świat stał się wyraźny.

Co to było? Sole trzeźwiące?

Zogniskowałam wzrok na Gandzialfie.Dobrą chwilę zajęło mi zapanowanie nad sobą i skumanie, o czym mówił. Pieprzone narkotyki potrafią zrobić papkę z najbystrzejszego mózgu, ale sole trzeźwiące rozjaśniły nieco moją głowę. Kiedy więc dotarła do mnie okrutna prawda, zacisnęłam gniewnie usta. Czy ten skurwiel sypiał z moją siostrą? Boże! Mycha pracująca jako wtyka, rozgrzewająca łóżko największego wroga? Zapomniałam dodać, moja strachliwa jak mysz siostra. Stąd właśnie jej przezwisko. Oou, a on myśli, że jestem jego byłą kochanką. Czas podnieść rękawice i trzymać gardę. Wyprostowałam się na tyle, na ile mogłam.

– Należałaś tylko do mnie ⁠– kontynuował monolog. ⁠– Nie pozwoliłem cię dotknąć nikomu innemu. Oszukałaś mnie. ⁠– O ile wcześniej ten głęboki, zmysłowy głos przepełniało pożądanie, teraz wibrował w nim gniew. ⁠– Cały ten czas pracowałaś dla rebeliantów, zbierałaś informacje i planowałaś moją śmierć. Kiedy to odkryłem, byłem wściekły.

Cóż, chyba jeszcze mu nie przeszło, o czym świadczyła jego rozsierdzona mina.

– Teraz zagramy w moją grę i według moich zasad, zwierzaczku. ⁠– Jego twarz nagle stężała, a wzrok niósł obietnicę, niestety niczego dobrego.

– Czego się spo… spo… dziewałeś? Byłam, by… łam twoją dziiiwką! ⁠– Jakaś część mnie właśnie zdała sobie sprawę, przez jakie piekło musiała przejść Mycha, i szczerze znienawidziłam tego sukinsyna.

– Dziwką? ⁠– Złapał mnie boleśnie za ramiona. ⁠– Czy kiedykolwiek dałem ci odczuć, że tym właśnie jesteś?

Trzeba to przerwać, nim Gandzialf połapie się, że więzi nie tę kobietę, nakazałam sobie.

– Chciałeś… zabić, mnie zabić ⁠– warknęłam, ani na chwilę nie spuszczając z niego oczu. Jedyną rzeczą, jaką mógł w nich dostrzec, była żądza mordu.

– Nie, to ty pierwsza chciałaś mnie zabić, ja się tylko broniłem. ⁠– Przyjrzał mi się spod zmrużonych powiek. Na ułamek sekundy przez jego twarz przemknął cień czegoś trudnego do zidentyfikowania. ⁠– Jak, do cholery, udało ci się wydostać z tej płonącej sali? Zostawiłem cię na pewną śmierć.

– Widać… spa… spaprałeś… robotę ⁠– odpyskowałam, wkładając w wypowiedzenie tych słów ogromny wysiłek.

Uświadomiłam sobie, jaką okrutną śmiercią zginęła moja siostra. W tym stanie trudno mi było zapanować nad wzbierającymi łzami. Mimo że walczyłam, by nie uronić ani jednej, przegrałam z kretesem.

– Dlaczego wróciłaś? ⁠– spytał, ocierając mi dłonią mokry policzek, a gest ten pozbawił mnie powietrza na dobre kilka uderzeń serca. ⁠– Chcesz zemsty? ⁠– Jego grube, jasne brwi utworzyły jedną linię, nozdrza zadrgały od wciąganego i wydmuchiwanego wściekle powietrza. ⁠– Przejrzałem cię tym razem, zwierzaczku. ⁠– Choć głos urzekał łagodnością, na ustach zagościł chytry uśmieszek, tak idealnie do niego pasujący. ⁠– Zmieniłaś kolor włosów i mówisz też inaczej niż zawsze, nawet zrobiłaś sobie tatuaż, ale i tak cię rozpoznałem, Saro. ⁠– Wymówił to imię, niemal je pieszcząc. ⁠– Twoja ruda koleżanka popełniła olbrzymi błąd. Gdybyś nie musiała jej ratować, ładunki wybuchowe, które podłożyłaś, z pewnością by mnie wykończyły.

Jasna cholera, nie tylko wiedział o tatuażu, ale także podejrzewał mnie o zamach na własne życie… Ożeż! Co to oznaczało? Skup się, kretynko, skup się.

– Chciałaś, żeby wszyscy uwierzyli, że zginęłaś. Wiedziałaś, że będę miał na oku rebeliantów, więc zrobiłaś sobie tatuaż i wskoczyłaś do jeziora.

Na te słowa otworzyłam szeroko oczy.

– Zdziwiona? ⁠– Emanował taką cholerną pewnością siebie. ⁠– Sprawdziłem wszystko. Wiem, kto cię wyłowił i do jakiego oddziału trafiłaś. Nie mam tylko pojęcia, jak udało ci się wejść do jeziora. ⁠– Uśmiechnął się lodowato, tak że zadrżałam na całym ciele. ⁠– Widzisz, trochę poszperałem i dowiedziałem się nawet tego, że woda z tych bajor nie stanowi dla ciebie zagrożenia. ⁠– Kurwa, przecież te informacje były ściśle tajne. Wiedzieli o tym tylko BB i Trzynastu. Powoli zaczynałam wpadać w panikę, którą podsycał „kompot” krążący w moich żyłach. ⁠– Jedyne, co mnie zastanawia ⁠– ciągnął dalej ⁠– to ten niebieski wykres ze skanera. Farmakologiczna z tatuażem. Niezbyt to przemyślałaś, zwierzaczku. Musisz mi jeszcze opowiedzieć, jak oszukałaś skaner.

– Dlaczego… uhh, uważasz, że, że uhh, popełniłam jakiś błąd? ⁠– spytałam ostrożnie, ignorując niewielki dystans, który nas dzielił, za to z uwagą skanując jego opaloną twarz.

– Łabędzie nie od razu wykluwają się białe, piękne i godne podziwiania, prawda? ⁠– odparł tajemniczo pytaniem na pytanie. Ciężka dłoń musnęła moje nagie ramię. Zadrżałam pod wpływem tego czułego gestu. Wyłapał to momentalnie. ⁠– Po tym, co zrobiłaś, twoje reakcje są jak najbardziej uzasadnione. Założyłaś, że skoro prowadzę interesy z Trzynastoma, nie będę się spodziewał ataku ze strony uzbrojonego oddziału wojskowego. Nie doceniłem cię, zwierzaczku.

– Nie… nazywaj mnie tak! ⁠– No i po pieprzonym opanowaniu.

– Będę potrzebował sporej dawki elizjum, żeby cię oswoić ⁠– skwitował ze stoickim spokojem, nic sobie nie robiąc z moich gróźb.

– Os… oswoić? ⁠– Pokręciłam tylko przecząco głową, czując, że wciąż trudno mi mówić.

– Zobaczymy.

Posłał mi zuchwałe spojrzenie. Jego nos zmarszczył się, nadając groźnego wyglądu ostrej twarzy, oświetlonej słabymi promieniami lampy. Mroczne oczy, okolone gęstymi, prawie białymi rzęsami, zdawały się mnie hipnotyzować. Gandzialf z całą pewnością należał do tego typu mężczyzn, za którymi obejrzałabym się na ulicy. Nie był klasycznie przystojny, ale miał w sobie coś magnetyzującego.

Nabrałam głośno powietrza, odchylając głowę w tył. Niebezpiecznie było siedzieć tak blisko niego, zwłaszcza w stanie upojenia narkotykowego. Na szczęście adrenalina krążąca w mojej krwi zdawała się pokonywać dragi. Myślałam już w miarę logicznie, wsłuchując się w podszepty zdrowego rozsądku, którego nic nie zagłuszało. Cichy głosik w coraz bardziej klarownej głowie podpowiadał mi, że Gandzialf postanowił mnie pokonać, zniżając się do najgorszych podłości. Chciał uzależnić od narkotyku elizjum i zdobyć całkowitą władzę nad otępiałą dziewczyną, która za kolejną działkę prochów gotowa jest zrobić wszystko. Po moim, kurwa, trupie! Ściągnęłam brwi i zaciskając z furią pięści, zerknęłam na niego spode łba.

Gandzialf schował dłoń w kieszeni marynarki, po czym wyjął ją i pomachał mi przed nosem srebrnym świecidełkiem. Musiałam wytężyć wzrok, aby rozpoznać w nim kolczyk Drzazgi, który wcześniej nosiłam w pępku.

– Sprytne zagranie z tym nadajnikiem, ale te matoły z oddziału cię nie znajdą ⁠– powiedział, odkładając kolczyk na szklany stolik.

Że co proszę? Powiodłam za nim tęsknym wzrokiem. Cały czas miałam na sobie nadajnik i kapitan śledził każdy mój ruch? Boże, jaka byłam naiwna, wierząc, że uda mi się go oszukać.

– Żołnierzy nie można tak łatwo zabić. Trzynastu działa według zasad, więc nie pozbędą się ich publicznie, a nie mogą im udowodnić, że chcieli mnie wykończyć. Nawet jeśli by im się to udało, to oficjalnie Trzynastu nie wtrąca się w sprawy Papieża, a to on rządzi Miastem Grzechu. Dlatego moja śmierć przeszłaby bez większego echa. ⁠– Gandzialf przyjrzał mi się uważnie. Cholera, bałam się, że w końcu się zorientuje, że nie jestem Mychą. ⁠– Na szczęście wpadłem na pewien genialny pomysł. ⁠– Rozsiadł się wygodnie na sofie, kładąc rękę na jej oparciu i zakładając nogę na nogę. ⁠– Za kilka dni nadajnik zadziała, a twój oddział ruszy z odsieczą. Nie wiedzą tylko, że zamiast ci pomóc, wytarzają się po uszy w wielkim gównie, a wszyscy, którym jakimś cudem uda się przeżyć, nie wywiną się tak łatwo Trzynastu. Uwierz mi, lepiej zginąć, niż dać im ⁠się ukarać.

– Nie! ⁠– krzyknęłam, nie panując nad emocjami. Czułam się podle. ⁠– Co… co chcesz zrobić?

– Na początek odzyskać moje pieniądze. Od jutra zaczynasz pracę, zwierzaczku. W pierwszej kolejności dam cię tym, którzy lubią krnąbrne kobiety.

– Ty skurwielu! ⁠– Rzuciłam się na niego, ale tylko złapał mnie za ramiona, przyciągnął do siebie i zamknął w niedźwiedzim uścisku. Jego oddech prześlizgiwał się po mojej twarzy i w końcu poczułam go na swoich ustach.

– Jeśli będziesz grzeczna, zabiorę cię do mojego łóżka.

– Pieprz… ⁠– Szarpnęłam się mocno. ⁠– Się.

Zaśmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu.

– To ty się będziesz pieprzyć. Uwierz mi. ⁠– Spojrzał na mnie ponownie, ale po tym chwilowym rozbawieniu nie pozostał żaden ślad. Poczułam ogarniającą falę chłodu, a w gardle wielką gulę.

– To nie… To nie wina żołnierzy ⁠– wykrztusiłam wreszcie z ustami przy jego ustach, ze wzrokiem wbitym w jego oczy. ⁠– Oni nie… ⁠– Tak, z tego wszystkiego bardziej martwiłam się o swój oddział niż o siebie. ⁠– To… ci, no… rebelianci. Odkryli prawdę.

Odsunął mnie od siebie na odległość ramion.

– Jaką prawdę? ⁠– spytał, cedząc każde słowo i mrużąc oczy.

Mayday, mayday, mayday, tu Helena Trojańska. Potrzebna pomoc! Natychmiast!

– Jaką prawdę?! ⁠– Potrząsnął mną silnie, usiłując wyciągnąć pożądane informacje.

Starałam się przypomnieć sobie, co takiego przekazał mi Jim na imprezie.

– Że to coś jest w żarciu! ⁠– wykrzyknęłam po chwili entuzjastycznie, uradowana faktem, że właśnie pokonałam alzheimera i jego wspólnika elizjum albo inne, równie mącące w głowie gówno.

Gandzialf bynajmniej do uradowanych nie należał, wręcz przeciwnie. Twarz pociemniała mu momentalnie, oczy zaiskrzyły w niewyobrażalnym gniewie. Przypominał teraz bestię gotową, by dopaść swoją ofiarę, a mnie właśnie skończyły się race, które mogłabym wystrzelić w powietrze z nadzieją, że ktoś dostrzeże sygnał i przyśle zbawienną misję ratunkową.

– Ty głupia dziwko! ⁠– Jego głos stał się tak szorstki, że niemal fizycznie kaleczył uszy. Wzdrygnęłam się mimowolnie, a on wzmocnił swój uścisk, pozbawiając mnie tchu i omal nie łamiąc żeber. Naprawdę się bałam. – Zdradziłaś rebeliantom najcenniejsze informacje! O tym, że w jedzeniu są narkotyki, wiedziała tylko garstka ludzi. Jeśli to się wyda, zrujnujesz nie tylko mnie, ale całą Comę! ⁠– ryknął, a emocje, które nim targały, sprawiły, że cały się trząsł.

Nie mogłam złapać powietrza, a pustka w płucach powoli zaczęła rozprzestrzeniać się po całym moim ciele. Zrobiło mi się słabo, oczy zaszły mgłą. Czułam, jak z sekundy na sekundę opadam z sił, aż nie byłam już w stanie dłużej walczyć. Odpłynęłam.

ROZDZIAŁ 2

SPŁATA DŁUGU

Nigdy nie wierzyłam w przeznaczenie i wszystkie te brednie o tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a wszyscy ludzie, których spotykamy na swojej drodze, zostali tam postawieni w jakimś konkretnym celu. Wszystko ma swój porządek i wyższy plan, a przypadki są czymś więcej niż tylko ślepym trafem losu.

Wiedziałam już, że przeraźliwe skrzypienie drzwi oznacza tylko jedno. Ból i ogień, który za chwilę rozejdzie się po żyłach euforyczną falą, by niszczyć mnie od środka ⁠– mój własny brązowy cukier na osłodę życia w burdelu.

Kiedy więc usłyszałam znajomy dźwięk, dotarło do mnie, że żyję i za moment nastąpi to, co zwykle. Leżałam napięta jak struna, gotowa przyjąć kolejną dawkę narkotyku, ale zawiodłam się okrutnie. Tuż przy moim uchu zabrzmiał za to ochrypły głos i nie należał on do lodowego wujaszka.

– Zawsze pamiętam tych, którzy uratowali mi życie, a twojej twarzy nigdy nie zapomnę ⁠– odezwał się nieznajomy. ⁠– Nie podam ci narkotyku, ale musisz udawać, że właśnie to przed chwilą zrobiłem. Kumasz? ⁠– Kiedy nie odpowiedziałam, uderzył mnie w twarz. ⁠– Bo inaczej zginiemy oboje. ⁠– Wyszedł.

Przyłożyłam dłoń do piekącego policzka. Pod palcami poczułam kilka łez. Płakałam nie dlatego, że bolało. Właśnie pojawiło się światełko w tunelu, cień nadziei, że nie jestem sama w całym tym syfie i ktoś próbuje mi pomóc. Kto? Gdzieś już słyszałam ten głos, nie umiałam go jednak zidentyfikować i umieścić we właściwym czasie i miejscu.

Bez kolejnej dawki prochów wkrótce zaczęłam odzyskiwać jasność myślenia. Nie ruszyłam się jednak z miejsca w obawie przed dekonspiracją. Ktoś mógłby niespodziewanie wtargnąć do pokoju, zauważyć, że nie jestem naćpana, i postarać się to zmienić. Nie mogłam sobie na to pozwolić, ponieważ wiedziałam doskonale, że to moja jedyna i ostatnia szansa na ucieczkę. Przewróciłam się na prawy bok, wbijając uważny wzrok w okno. Za czerwonymi, zwiewnymi zasłonkami dostrzegłam grube kraty, a na tle szarego nieba ciemny, stromy dach z wysokimi kominami. Świetnie, nawet gdybym jakimś cudem pozbyła się krat, musiałabym posiadać pieprzone skrzydła, żeby stąd odfrunąć. Może jeśli byłabym czysta, mogłabym skorzystać ze swoich umiejętności, niestety gdy spróbowałam coś stworzyć, żaden przedmiot za cholerę nie chciał się zmaterializować. Zajebiście!

Cóż, pozostawała tylko jedna droga ucieczki ⁠– drzwi. Te z kolei stale były zamknięte, a otwierały się z reguły jedynie wówczas, gdy wypuszczano Cindy po jedzenie lub do klientów i z powrotem albo – co gorsza – kiedy nastawała pora podwieczorku, czyli czas na mój „kompocik”.

Nie miałam pewności, czy nieznajomy, który był na tyle uprzejmy, że mnie nie naszprycował, odegra jeszcze jakąś znaczącą rolę w moim życiu, ale założyłam, że jego, jak to określił, „spłata długu” ograniczy się wyłącznie do tego jednego razu. Dlatego nie mogłam sobie pozwolić na czekanie do następnej wizyty goryla z porcją elizjum. Musiałam wykorzystać moment, w którym Cindy opuszczała pokój. Szkopuł w tym, że nie wiedziałam, ilu strażników czaiło się za drzwiami. Jeśli tylko jeden z kluczami, to istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że sobie z nim poradzę. Gorzej, jeśli za progiem pasło się kilku łysych goryli.

Moje knowania i plany spełzły jednak na niczym. Sprawy obrały bowiem bardzo niekorzystny obrót. Po kilku godzinach, które wlekły się niemiłosiernie, wróciła Cindy. Swoim łagodnym, ciepłym głosem nakłoniła mnie, bym jak zwykle, pomimo niezłego znieczulenia psychicznego, przetransportowała swój tyłek pod prysznic. Pamiętałam o przestrodze nieznajomego, więc przyjęłam jej pomoc, nie zdradzając, w jak niewielkim stopniu jest mi ona potrzebna.

– Cindy ⁠– zagadnęłam ją, gdy posadziła mnie na plastikowym krzesełku pod prysznicem. ⁠– Pamiętasz wszystko, co ci mówiłam wcześniej, zanim zniknęłam?

Brunetka spojrzała na mnie z przyjaźnią i współczuciem, które malowały się na jej twarzy równie wyraźnie jak czarny cień na powiekach. Niewątpliwie podejrzewała, że po takich dawkach narkotyków niewiele sobie przypominam. Westchnęła głośno, odkręciła kurki, pozwalając letniej wodzie zmoczyć moje włosy.

– Tak, pamiętam. Opowiadałaś przedziwne historie, laska. Mówiłaś mi, że jest ktoś taki, kto pamięta, że kiedyś Coma była jakimś tam snem, do którego trafiali ludzie. Jedni chcieli w nim zostać na zawsze, a inni wracali do domu. I nikt im tego nie zabraniał. Wystarczyło przejść przez Bramę, żeby się obudzić w normalnym świecie, tyle że wtedy traciło się wszystkie wspomnienia związane z tym miejscem. Ale od jakiegoś czasu wojsko nie pozwala już ludziom wracać do prawdziwego życia. Podobno Gandzialf w swoich fabrykach robi narkotyk, który wymazuje pamięć albo raczej sprawia, że nie można sobie niczego przypomnieć. Mówiłaś, że jak ktoś nie pamięta swojego wcześniejszego życia, to jak ma w ogóle chcieć do niego wrócić.

Przeczesała palcami moje włosy, a mnie zrobiło się absurdalnie przyjemnie.

– Dzięki synom Papieża ten łajdak umieszcza swój narkotyk w artykułach spożywczych i alkoholu, przez co można kontrolować mieszkańców Comy. Rebelianci dowiedzieli się o tym dzięki tobie. Szpiegowałaś dla nich. Gandzialf ci ufał jak nikomu innemu. Minęły może ze trzy miesiące, a już owinęłaś go sobie wokół palca. Nawet ja uwierzyłam w twoje uczucia do niego. ⁠– Zamilkła, przyglądając mi się z trudnymi do zidentyfikowania emocjami malującymi się na drobnej twarzy. ⁠– Zdradziłaś go. Przekazałaś informacje rebeliantom. Mówiłaś, że zrobisz wszystko, aby zniszczyć fabryki Gandzialfa i przekonać mieszkańców obu miast, żeby przyłączyli się do waszej wojny. Twierdziłaś, że niektórych udało wam się namówić, a wielu już wcześniej wywalczyło sobie drogę do Bramy, ale to ciągle niewielki procent całego społeczeństwa. Dlatego chcieliście obalić rządy Trzynastu, Papieża oraz jego sprzymierzeńców. ⁠– Pokręciła z niedowierzaniem głową. ⁠– Mówiłaś też, że już prawie udało się wam odkryć największą tajemnicę Comy, ale kilka dni później Gandzialf zorientował się, kim jesteś. Pamiętasz tę noc, zanim cię wywiózł?

Pokręciłam tylko głową, niezdolna wykrztusić słowa.

– Siedziałaś zamknięta w piwnicy, a ja zaniosłam ci ostatni posiłek. Oznajmiłaś, że nie jesteś głodna i że nigdy w życiu nie czułaś się tak źle. Wiedziałaś, że Gandzialf jest złym człowiekiem i trzeba go wykończyć, ale przyznaj, w jakimś stopniu zbliżyłaś się do niego. ⁠– Skanowała moją twarz, szukając w niej potwierdzenia swoich słów. ⁠– Po tym, co mi powiedziałaś, już wiedziałam, że to, co was łączyło, nie było miłością, ale czymś… Bo ja wiem? Przyjaźnią?

Boże, zupełnie jak ja i Bad Boysi, pomyślałam. Chociaż starałam się za wszelką cenę trzymać swoje uczucia na wodzy, nie udało mi się uniknąć przyjaźni, którą ich obdarzyłam.

– Tylko nie wiem, co się stało później ⁠– ciągnęła dalej Cindy. ⁠– Miałaś plan. Kazałaś mi nie panikować, bo Mickey ponoć nad wszystkim panował. Po tym, jak Gandzialf rozgłosił, że spalił cię żywcem, pojawił się tu Mickey w przebraniu, mówiąc, że jesteś cała i zdrowa. Ponoć zamierzałaś się jeszcze długo ukrywać, więc nie rozumiem, dlaczego wróciłaś i dałaś się złapać. Teraz ten łajdak zrobi z ciebie dziwkę.

– Cindy. ⁠– Odgarnęłam mokre włosy z twarzy. ⁠– Wiem, że trudno ci uwierzyć w to wszystko, co przed chwilą powiedziałaś, prawda? Mam na myśli tę część, która opowiada o narkotykach w jedzeniu i możliwości swobodnego przejścia przez Bramę.

– Masz rację, nie wierzę w to. W to, że istnieje inny świat poza tym i tylko śpię. ⁠– Zaśmiała się nerwowo. ⁠– To przecież niemożliwe.

Wiedziałam, wszystko zdradziła jej twarz.

– Więc dlaczego mi pomogłaś? ⁠– spytałam, odbierając mydło z jej rąk.

– To ty mi pomogłaś. Zapomniałaś? Dzięki tobie nie zostałam dziwką, tylko twojąąą… ⁠– przeciągnęła, szukając odpowiedniego słowa ⁠– służącą. Wstawiłaś się za mną u Gandzialfa, a on wtedy zrobiłby dla ciebie wszystko, także to.

– Rozumiem. ⁠– Kiwnęłam głową.

– Dlaczego dałaś się złapać? Przecież Mickey przeszedł z tobą do Dzielnicy Lenistwa. Tam mieliście być bezpieczni. Dlaczego niczego nie pamiętasz?

– Bo nie jestem Sarą. ⁠– Musiałam to w końcu komuś powiedzieć. ⁠– Sara jest moją siostrą bliźniaczką i wszystko, co ci powiedziała, to szczera prawda. Przybyłam tutaj ze świata, którego nie pamiętasz, a który, zapewniam cię, istnieje, żeby zabrać ją do domu. Jesteś pierwszą osobą, której się do tego przyznałam. Proszę, nie wydaj mnie. ⁠– Z jakiegoś powodu wiedziałam, że nie muszę jej o to prosić dwa razy.

Cindy długo przyglądała mi się badawczo, po czym skinęła głową. Nie miałam pojęcia, czy uwierzyła w tę historię, ale liczył się fakt, że postanowiła nikomu jej nie zdradzać.

– Wydajesz się trzeźwa ⁠– stwierdziła po chwili, widząc, jak zasuwam za sobą czerwoną zasłonkę i sama zaczynam się myć.

– Owszem ⁠– przyznałam ⁠– ale nie czuję się przez to lepiej. Wszystko mnie boli, nawet przeklęte zęby. Marzę o kolejnej działce.

– To niedobrze. Uzależniłaś się i za chwilkę posuniesz się do wszystkiego, żeby tylko zdobyć kolejną.

Nie musiała dodawać: „Tak jak ja”. To było aż nadto oczywiste. Poza tym odniosłam wrażenie, że to tylko część tego, co chciała mi powiedzieć.

– To po pierwsze, a jak brzmi po drugie? ⁠– Namydliłam ciało, próbując rozmasować obolałe mięśnie.

– Pierwszego klienta lepiej przełknąć na haju niż na trzeźwo, a tego masz za jakieś trzydzieści minut.

Zamaszystym ruchem ręki odgarnęłam zasłonkę, ochlapując przy tym duże lustro, Cindy i czarne kafelki na podłodze.

– Jesteś pewna?

– Kazali mi cię przygotować. Przyjdą tu i zabiorą cię do pokoju grzechu.

– To jakiś specjalny pokój? ⁠– spytałam, zakręcając wodę.

Cindy rzuciła mi ręcznik, ale aż tak trzeźwa, żeby go złapać, jeszcze nie byłam. Refleks nadal miałam daleko poniżej normy, więc ręcznik upadł do brodzika i momentalnie nasiąkł wodą. Kiedy schyliłam się po niego, napotkałam przerażone spojrzenie Cindy.

– Bardzo specjalny. Poza tym, jeśli zauważą, że nie jesteś naćpana, znajdziesz się w niezłych tarapatach. Ty i Smith, bo to jego tym razem widziałam, gdy szedł ze strzykawką dla ciebie.

Smith? Ten sam Smith, który grzebał przy samochodzie Melona? O ile mnie pamięć nie myliła, to kiedy wróciłam z wycieczki do Miasta Słońca, tej, którą Cola zorganizował w ramach nagrody za moje zwycięstwo w walce kickbokserskiej, BB oznajmili, że w naszej kwaterze pojawiła się mysz. Tego dnia kapitan przesłuchał nie tylko Smitha ⁠– rzeczoną mysz ⁠– ale też mnie. Uratowałam wtedy „gryzoniowi” oko, ale ⁠nie przypuszczałam, że również życie. Myślałam, że Big Boy nieźle go poturbował. Może nawet zabił. Chwała Bigiemu za oszczędzenie nieszczęśnika. Niestety całe to przesłuchiwanie skończyło się tragicznie; dźgnęłam kapitana nożem prosto w serce, zerwałam z Colą, a rano obudziłam się w jednym łóżku z nimi oboma. Patologia przez wielkie „P”. Przynajmniej wtedy tak myślałam. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Byłam o tym przeświadczona już od dłuższego czasu. Los stawia pewnych ludzi na naszej drodze z konkretnego powodu. Wtedy miałam ocalić Smitha, żeby dziś mógł mi się odwdzięczyć.

– Nie martw się ⁠– zwróciłam się do brunetki. ⁠– Nie zorientują się, że jestem trzeźwa. Gdzie jest ten pokój grzechu? ⁠– spytałam, modląc się w duchu, żeby nie znajdował się wyżej niż na pierwszym piętrze. Z pierwszego mogłabym jeszcze od biedy jakoś wyskoczyć, nie skręcając sobie przy tym karku, tylko co najwyżej nogę.

– Na parterze. Chyba nie zamierzasz…?

Nie dokończyła, porażona moim przepełnionym determinacją spojrzeniem.

– Jasne, że zamierzam, a jeśli mi się uda, to obiecuję, wrócę tu po ciebie.

Cindy skwitowała to słabym uśmiechem, który wyrażał więcej niż tysiąc słów. Może ona nie pokładała we mnie nadziei, ale nie potrzebowałam jej duchowego wsparcia, wystarczyła mi moja wiara we własne siły oraz determinacja przez wielkie „D”, napędzana horrendalną dawką strachu w najczystszej, krystalicznej postaci.

– Jak długo tutaj jestem? ⁠– spytałam. ⁠– Mam wrażenie, że minęła dosłownie chwila.

– Około dwóch tygodni ⁠– odparła.

Dwa tygodnie! Musiałam działać błyskawicznie.

Pół godziny później leżałam na dużym, okrągłym łóżku w pokoju grzechu, odziana tylko w czerwone stringi, pas do pończoch, pończochy i stanik do kompletu. Udawanie kompletnie naćpanej było najprostszą rolą, z jaką przyszło mi się zmierzyć w całym dotychczasowym życiu. Nawet kapitan by się nabrał. Wystarczyło bowiem leżeć bezwładnie, a w drodze do pomieszczenia pomrukiwać od czasu do czasu, gdy strażnicy, ciągnąc mnie przez korytarz, psioczyli, że za dużo ważę. Cóż, z pewnością wszystkiemu winien był mój ciężki charakter. Zapewne stawał kością w gardle łysym mięśniakom bardziej niż zbędne kilogramy. Wyglądali na ucieszonych, gdy wreszcie rzucili mnie na łóżko i pozbyli się balastu.

Po tym, jak wpakowali mnie do pokoju grzechu, wyszli, zatrzaskując za sobą drzwi, a na korytarzu dało się słyszeć ich oddalające się kroki. Korzystając z okazji, postanowiłam zrobić błyskawiczny rekonesans. Do tego jednak musiałam najpierw odgarnąć ręką kilka warstw czarnego, tiulowego baldachimu, który otaczał mnie niczym bezpieczny kokon. Wyjrzałam na zewnątrz i w przytłumionym świetle kilku czerwonych lampek zobaczyłam ściany pokryte tapetą imitującą gołe kamienie, niczym w starych zamczyskach. Niestety nie zdołałam zupełnie zaspokoić swojej ciekawości, ponieważ po chwili tuż pod drzwiami rozbrzmiał stukot obuwia, który jednak wyraźnie nie należał do dwóch goryli. W ostatnim momencie zdążyłam schować się ponownie za czarną zasłoną, zanim drzwi otworzyły się i do środka wszedł nieszczęsny pierwszy klient. Obserwowałam zarys jego sylwetki majaczący za warstwami cienkich materiałów. Facet zaczął naprawdę szybko i zdecydowanie nie potrzebował żadnej gry wstępnej, bo w mgnieniu oka zrzucił z siebie dżinsy oraz czarny T-shirt. Następnie przedarł się pod baldachim i stanął nade mną zupełnie nagi. Nie potrafiłam dojrzeć jego twarzy, ukrytej za jednym z tiulów.

– Kto by przypuszczał? Helena Trojańska w takim miejscu.

Na te słowa poczułam się jak rażona piorunem i miałam tylko nadzieję, że gość nie zauważył, jak spięłam wszystkie mięśnie. Nadal jednak twardo leżałam z półprzymkniętymi oczyma, udając otumanioną, pomimo gwałtownie szalejącego pulsu i głowy pełnej kiełkujących pytań.

– A tak się odgrażałaś, że mnie wykończysz.

Jasna cholera, z moim szczęściem znalazł się w pierwszej pięćdziesiątce osób, którym życzyłam wszystkiego, co najgorsze. Kim on, u licha, był? Widziałam go pierwszy raz w życiu, a z reguły nie złorzeczyłam obcym ludziom, może z wyjątkiem tych, którzy naubliżali mi przez telefon albo bezczelnie zajeżdżali drogę samochodem. W tym przypadku ani jedno, ani drugie nie wchodziło w rachubę. Pan nieznajomy postanowił mnie jednak oświecić i zrobił to w niebywale subtelny sposób, tak że informacja rąbnęła mnie między oczy. Serio zobaczyłam gwiazdki. Niech go drzwi ścisną.

– Ciekawe, co powiesz na to, że pieprzy cię Siódmy?

Siódmy? Takiego obrotu spraw nie byłabym w stanie przewidzieć, nawet korzystając z pomocy kryształowej kuli.

– Skończyłaś tam, gdzie twoje miejsce, dziwko. Chciałaś nas przechytrzyć?

Materac ugiął się pod jego ciężarem, gdy wszedł na łoże i pochylił się nade mną, ale jego twarz nadal pozostawała dla mnie niewidoczna. W co ten facet pogrywał, dlaczego się ukrywał? Od zmiany pozycji ciała momentalnie poczułam ból we wszystkich mięśniach. Świetnie, organizm akurat teraz domagał się kolejnej dawki narkotyku.

– Nie mogłaś pojawić się w Comie z tatuażem. To niemożliwe ⁠– wysyczał tuż do mojego ucha. ⁠– Żaden z żołnierzy nigdy go nie miał, kiedy wyławialiśmy ich z jeziora. Już raz Pierwszy wysłał cię do Miasta Grzechu, zastanawia mnie tylko, skąd wtedy wiedział, że przysporzysz nam kłopotów.

Czyli Trzynastu podzielało pogląd Gandzialfa. Miałam niby udać własną śmierć, by wrócić jako żołnierz. Coś tu nie trzymało się kupy. Pierwszy nie był przecież pieprzonym jasnowidzem, nie mógł zatem przewidzieć konszachtów Mychy z rebeliantami, a już od pierwszej chwili pałał do niej nienawiścią. Wstępne badania kwalifikowały ją do Miasta Słońca, dlaczego więc wysłał ją do Miasta Grzechu? Zdecydowanie coś tu śmierdziało i Pierwszemu musiało chodzić o coś więcej. W tej jednak chwili moje rozmyślania zeszły na dalszy plan. Siódmy właśnie otarł się o moje udo swoim nabrzmiałym penisem, a jego palce zahaczyły o brzeg koronkowych majtek.

– Bosko wyglądasz w tym kompleciku, ale jeszcze lepiej będzie ci bez niego.

– Hej, kolego! Nie tak szybko. ⁠– Próbowałam go zastopować.

Widziałam, jak zamarł, ale nie podniósł głowy, z pewnością nie chcąc dać się rozpoznać.

– Masz rację ⁠– powiedział, a kiedy na mnie spojrzał, miał oczy Coli. ⁠– Czas na grę wstępną ⁠– oznajmił.

Ożeż! Zacisnęłam pięści na śliskim prześcieradle. Cola? Czy to on był Siódmym?

– A może wolisz to? ⁠– spytał, obrzucając mnie szyderczym uśmieszkiem.

Ja cię pieprzę! Teraz pochylał się nade mną kapitan. Sukinsyn Siódmy używał iluzji, żebym nie wiedziała, z kim mam do czynienia. Jego dłoń złapała mnie za pierś i zgniotła ją boleśnie. Jęknęłam, bynajmniej nie z rozkoszy. To, co działo się w mojej głowie, przechodziło ludzkie pojęcie. Tak bardzo chciałam zobaczyć tego gnojka, że nie potrafiłam oderwać wzroku od jego przystojnej twarzy. Moje serce fiknęło właśnie koziołka, a nawet potrójne salto mortale. Gdzieś głęboko w podświadomości wiedziałam, że to nieprawdziwy kapitan, ale ta część mnie, którą opanowały narkotyki, chciała wierzyć, że jest realny. Pełne wargi przywarły do moich, a język siłą wdarł się do ust. Oszołomiona, w pierwszej chwili odwzajemniłam pocałunek, oplatając mężczyznę rękoma i przyciągając do siebie. Niestety Siódmy popełnił dwa podstawowe błędy. Całowałam się już z kapitanem, o czym nie wiedział, i ta jego słaba imitacja wypadła beznadziejnie przy oryginale. Zdecydowanie więcej poczułabym, gdybym przycisnęła wargi do deski klozetowej. Po drugie ten sukinsyn mnie nie docenił, szczególnie teraz, gdy mojego umysłu nic nie rozpraszało.

Jak na zawołanie w mojej ręce zalśnił srebrny nóż. Z początku go nie poczułam, tylko zobaczyłam. Wytężyłam więc umysł, skupiając uwagę na ostrzu, na rękojeści idealnie leżącej w dłoni, i po chwili poczułam ciężar broni. Nie czekałam. Błyskawicznie wbiłam Siódmemu ostrze w plecy.

Gdy tylko z wrzaskiem oderwał ode mnie usta, unosząc się na ramionach, następne ostrze utkwiło w jego piersi. Kolejny krzyk poniósł się po pokoju. Ktokolwiek stał na zewnątrz, musiał myśleć, że facet przeżywa właśnie orgazm swojego życia.

– Ty pieprzona dziwko! ⁠– ryknął.

Gdyby ktoś pytał, to był właśnie ten słynny plan ucieczki à ⁠la MacGyver. Niefortunnie ja również popełniłam gówniany błąd. Mój genialny plan nie założył bowiem jednej istotnej rzeczy. Klientem okazał się żołnierz, czyli człowiek, którego nie można zabić. Mogłabym wbić w niego dziesięć takich noży, a on nadal by oddychał, próbując mnie pieprzyć, taki z niego komandos.

Siódmy błyskawicznie zapanował nad bólem i oszołomieniem i zacisnął palce na mojej szyi, odcinając mi dopływ tlenu.

– Pożałujesz tego!

Wierzgałam nogami i rękoma, na oślep drapiąc go po twarzy i dźgając kolejnymi ostrzami, ale słabłam z sekundy na sekundę. Płuca paliły mnie niemiłosiernie, kręciło mi się w głowie i nie byłam już zdolna do wyobrażenia sobie kolejnego noża, a co dopiero do jego stworzenia. Czułam, jak moje ręce opadają bez sił na prześcieradło, jak charczący oddech staje się coraz cichszy i słabszy. Wtedy rozległ się dźwięk przypominający uderzenie dłonią w poduszkę. Ciało Siódmego opadło bezwładnie, a później ktoś zepchnął je na bok, uwalniając mnie spod truposzczaka.

Otworzywszy oczy, ujrzałam nad sobą zarośniętą twarz mojego wybawcy.

– Smith zawsze spłaca swoje długi. Wyprowadzę cię stąd i będziemy kwita. Kiedy spotkam cię następnym razem, nie ⁠licz na moją pomoc. Będziemy wrogami ⁠– poinformował mnie cherlawy brunet, trzymający w dłoni pistolet z tłumikiem.

Proszę, jaka zimna kalkulacja.

Kiwnęłam głową, niezdolna mówić po bolesnym duszeniu. Dotknąwszy szyi, zyskałam pewność co do jednego, ślady po łapach Siódmego będą ją zdobiły jeszcze przez długi czas. Drżałam na całym ciele. Zamknęłam oczy, chcąc wymazać ostatnie pięć minut ze swojego życia, ale tej makabrycznej sceny nie dało się cofnąć. Krzyk wibrował w moim gardle, szukając ujścia. Nie mogłam pozwolić mu się wydostać, nie teraz. Usiadłam. Dogoniła mnie rzeczywistość. Obejrzałam się przez ramię, żeby zobaczyć prawdziwe oblicze potwora, ale leżał z twarzą wtuloną w czarną poduszkę, a z dziury w głowie sączyła się spieniona krew, powiększając ciemną plamę na materiale.

– Jak…? ⁠– Chciałam wiedzieć, w jaki sposób udało się go zabić. W końcu Kokos powiedział mi kiedyś, że kapitana nie da się wykończyć strzałem w głowę.

– To broń rebeliantów, złotko, mają specjalne kule wypełnione wodą z jezior. Pif paf i taki pocisk rozpada się w głowie, wylewając zabójczy płyn bezpośrednio do wnętrza organizmu. Taka pukawka robi z człowiekiem totalną rozpierduchę. Widzisz, jak krew się spieniła? To od wody – wyjaśnił, wyciągając do mnie rękę. ⁠– Pospiesz się, nie mamy czasu. Na dole czeka ⁠samochód. Musimy tylko przejść korytarz, minąć strażników, opuścić budynek i po prostu spadać stąd jak najszybciej. Nie odzywaj się i resztę zostaw mnie.

Pikuś, co to dla mnie! Skoro to tak ładnie brzmiało, dlaczego Smith cuchnął strachem na kilometr? Nie chciałam znać odpowiedzi, więc skinęłam tylko głową.

Pod drzwiami nie przywitał nas żaden strażnik, bo i nikt nie spodziewał się mojej ucieczki. Szczególnie w stanie takiego upojenia narkotykowego. Od głównego wyjścia dzieliło nas jakieś dwadzieścia pięć metrów, dwóch strażników i szeroki hol, znajdujący się za ich plecami. Dwie pieprzone minuty, po upływie których czekała mnie upragniona wolność. To naprawdę wydawało się łatwe.

– Stań tutaj ⁠– polecił Smith i pchnął mnie w niszę w ścianie. Zerknął na zegarek, ponownie w kierunku drzwi i pociągnął mnie za rękaw.

Szybkim krokiem przecięliśmy hol i znaleźliśmy się dokładnie za plecami wytatuowanych goryli. Wspierałam się teatralnie na ramieniu mojego wybawcy, a w jego dłoni zadzwoniły kluczyki do samochodu.

– O, Smith! Zajarasz? ⁠– zagadnął jeden z ochroniarzy, oglądając się przez ramię.

– Nie tym razem, mam lekką obsuwę ⁠– odparł, popychając mnie do przodu.

– Jasne, do następnego.

Gdy poczułam na twarzy rześki, chłodny wiatr i krople zimnego deszczu, oczy zaszły mi łzami. Nie martwiłam się, czy Smith je zobaczy, ponieważ deszcz skrzętnie je kamuflował.

Dałam się poprowadzić do czarnego SUV-a.

– Wsiadaj ⁠– polecił szeptem.

Ulokowałam się na miejscu pasażera. Smith obszedł samochód, usiadł na fotelu kierowcy, po czym ruszył z piskiem opon, a ja z niewyobrażalną ulgą obejrzałam się za siebie, by w zasadzie po raz pierwszy i ⁠– miałam nadzieję ⁠– ostatni spojrzeć na dużą, mroczną willę, stojącą na szczycie niewielkiego wzniesienia. Wokół niej rozrzucone były mniejsze budynki, a w tle piętrzyła się ściana ponurego lasu.

Smith jechał jak szalony, więc wkrótce dotarliśmy do pierwszych zabudowań. Minęliśmy kilka naprawdę podejrzanych zaułków, po czym zatrzymaliśmy się na rogu dwóch ulic.

– Wysiadaj ⁠– warknął. ⁠– Teraz musisz sobie radzić sama, złotko. Jesteśmy kwita.

Miałam nadzieję, że przynajmniej zawiezie mnie na nabrzeże. Tymczasem brzmiał całkowicie poważnie. Odziana tylko w czerwony, kurewski komplecik miałam się znaleźć w okolicy pełnej gwałcicieli, pedofili i innych szumowin. Po prostu miodzio.

– Pożycz mi chociaż swoją bluzę ⁠– poprosiłam.

Nasze spojrzenia się spotkały.

– Nie mogę. Wiesz, co by się stało, gdyby cię odnaleźli i to w dodatku w moich ciuchach? I tak sporo ryzykuję.

Serio? A jak zamierzał wytłumaczyć się ze śmierci Siódmego?

– Przecież i tak widzieli, jak wsiadam z tobą do samochodu.

– Nie, nie widzieli.

Co? Ale jakim cudem? Stworzył iluzję?

– Spadaj, złotko, albo się rozmyślę. ⁠– Wyciągnął się nad moimi udami, żeby otworzyć drzwi po mojej stronie.

Nie musiał powtarzać dwa razy. Wyskoczyłam na zewnątrz z prędkością światła. Ledwie zatrzasnęłam drzwi, koła samochodu zakręciły się w miejscu, paląc gumę, i po sekundzie auto wystrzeliło do przodu, zostawiając za sobą kłęby pyłu, unoszącego się znad brudnej ulicy. Powiedzenie „z deszczu pod rynnę” wydawało mi się w obecnej sytuacji bardzo na miejscu.

ROZDZIAŁ 3

OPACTWO

Było źle. No dobrze, sprostujmy, było kurewsko źle i do tego tragicznie. Jedyna pocieszająca myśl, która nawiedziła mnie w tej chwili nikłego bądź co bądź triumfu, to ta, że w sumie mogło być jeszcze gorzej, a w związku z tym nie zachodziła konieczność palnięcia sobie w łeb. Jakby na to nie spojrzeć, wciąż żyłam, spieprzyłam z burdelu nietknięta przez żadnego napalonego zboczeńca, a co najważniejsze, cieszyłam się upragnioną wolnością. Z drugiej strony całą tę niepodległość mogłam utracić w mgnieniu oka. Nie oszukujmy się, w tym koronkowym wdzianku wyglądałam na bardzo łatwą i cholernie tanią zdzirę. W takiej okolicy dawało mi to niewielkie szanse na przeżycie, za to całkiem spore na „szczodre wypieprzenie”. W pierwszej kolejności musiałam więc zrobić coś z tym piekielnym czerwonym komplecikiem.

Skupiłam się na tyle, na ile potrafiłam, ale gdy wcześniej człowiek o mało nie stracił zmysłów przez prochy, okazało się to trudniejsze, niż przypuszczałam. W końcu, ignorując potężny ból głowy, wyobraziłam sobie dżinsy, bluzę z kapturem, ciężkie buty i czapeczkę z daszkiem, żeby nie rzucać się w oczy, na wypadek gdyby Gandzialf urządził sobie polowanie na zbiega. I stał się cud, tuż pod moimi stopami zobaczyłam stosik ciuchów. Ubrałam się szybko, chowając się w cieniu rozsypującego się budynku, w zaułku wymarłej uliczki. Co dalej?, zastanawiałam się.

Mogłabym dotrzeć na nabrzeże i spróbować wrócić do Bad Boysów, ale nie miałam żadnej gwarancji, że ktoś mnie do nich zabierze. Bardziej prawdopodobne wydawało się spotkanie tam Gandzialfa i jego bandy łysych, wytatuowanych goryli. Ta opcja odpadała więc w przedbiegach. Mogłabym spróbować wyczarować sobie telefon, ale przy takim bólu głowy prędzej wyszłaby mi z tego słuchawka do prysznica, a poza tym kompletnie nie miałam pojęcia, jak działa w Comie system telekomunikacyjny, i znając moje popieprzone szczęście, dodzwoniłabym się prosto na Alaskę lub – co gorsza – do samego Gandzialfa. Lepiej by było, gdybym poszukała jakiejś życzliwej duszy, która użyczyłaby mi telefonu, za pomocą którego skontaktowałabym się z chłopakami. Plan ten miał niestety dwa słabe punkty. Po pierwsze, prędzej bym w tym mieście spotkała Królewnę Śnieżkę i kaktus wyrósłby na mojej dłoni, niż znalazłabym jakiegoś dobrego samarytanina. Po drugie, nigdy nie dowiedziałabym się, czy Mycha naprawdę zginęła. To przeważyło szalę i zadecydowało o moich dalszych planach. Zdając sobie sprawę z tego, jak kretyńsko brzmiał ten pomysł, postanowiłam jednak dotrzeć do Dzielnicy Lenistwa i odszukać tego całego Mickeya. Jedyny szkopuł polegał na tym, że za cholerę nie wiedziałam, w którą stronę należy się udać ani gdzie w tym mieście znajdę jakąś porządną mapę lub nawigację. Machnęłam jednak na to ręką, w końcu nie takie przeszkody człowiek pokonywał. Zgrabnym, kobiecym ruchem zgarnęłam włosy w kok i upchnęłam pieczołowicie pod czapeczką, następnie zarzuciłam obszerną kapotę i wyszłam zza rogu prosto na ciemną, straszną ulicę.