Krew ofiary - Monika Grabowska - ebook
NOWOŚĆ

Krew ofiary ebook

Grabowska Monika

0,0

Opis

 

Dziewczyna, która powinna nie żyć.

Król, który stracił wszystko.

Czy po Krwawej Trójnocy uda im się uda im się ponownie odnaleźć drogę do siebie?

 

Klątwa nie została złamana. Przeciwnie, złowroga magia się rozrosła: niebo spowił karmazyn, rzeki i jeziora zalała krew. Incarceris dręczą Cienie, siejące zniszczenie i śmierć, a kolejne Szczeliny pochłaniają całe osady. Nawet w Edanii – otoczonej Murem, a więc pozornie bezpiecznej – rośnie niepokój. Elfy i ludzie zdają się przeczuwać, że nadchodzi coś nieodwracalnego.

 

Daganowi udało się uciec z niewoli, lecz zdrada ciąży mu na sercu. Król rozdarty jest między obowiązkami wobec poddanych a pragnieniem odnalezienia Ophelii. W końcu musi jednak podjąć decyzję, co pozostanie dla niego ważniejsze: królestwo czy uczucia?

 

Ophelia zaś nie potrafi zrozumieć, dlaczego przeżyła… ani co dzieje się z jej ciałem. Każdy dzień przynosi nowe pytania, a poszukiwanie odpowiedzi okazuje się znacznie trudniejsze, gdy Głos zawzięcie milczy i nie wskazuje drogi. Niezależnie od tego, czy dziewczyna czuje się gotowa, musi zmierzyć się z duchami przeszłości, konsekwencjami własnych wyborów i przygotować na to, co planuje prawdziwy wróg.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 697

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © for the text by Monika Grabowska 2026

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Katarzyna Chybińska, Martyna Góralewska, Martyna Janc

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-575-9 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Słowniczek

Playlista

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dla tych, którym mówiono, że są za bardzo lub za małoJesteście w sam razZawsze byliście

Prolog

Istota przedzierała się przez coś, czego nie sposób nazwać. Nie był to czas ani przestrzeń, ani nawet granice światów, a warstwy czegoś gęstszego i aż nazbyt ludzkiego.

Pierwsza klątwa niby strzała,

zdradą światy rozerwała.

Każda kolejna tkanka ustępowała pod naciskiem, a jednak nie rozrywała się do końca, jedynie stwarzała przejście, wąski przesmyk, prowadzący do zbyt długo wyczekiwanej wolności. Istota nieustannie walczyła, przesączała się głębiej przez niekończące się powłoki. Smakowały jak mięso, jak skóra. Chrzęściły niczym kości. Pękały niby ciało.

Druga klątwa, okrutna i zimna,

żelazne kraty lochu przypominała.

Nie mogła się zatrzymać. Siły opuszczały jej efemeryczną postać, dusza pragnęła ulecieć. A może to właśnie tym pozostawała? Duszą uciekającą z ciała? Zdawało się, że już o tym zapomniała.

O trzeciej klątwie wybrani nie zapomną przez wieki,

w powidoku swej potęgi czekać będą śmierci.

Dalsze warstwy okazały się zarazem cieńsze i oporniejsze. Napierała na nie mocno, rozrywała palcami i zębami. Zmierzała ku temu, czym być zawsze miała. Granice między wnętrzem a zewnętrzem się zacierały, pękały jak jej żyły, przepełnione zbyt silną magią.

Sens czwartej klątwy królowa znała doskonale,

splotła ją sama – zupełnie niespodziewanie.

Dopiero w samym środku – a może na zewnątrz – w miejscu, gdzie splatały się wszystkie smaki i wszystkie bóle, Istota poczuła wolność.

Znów stała się sobą.

Przyjaciółko… – Rozbrzmiał Głos. – Tak długo czekałem.

Rozdział 1

Ophelia

Moje ciało się rozpadało.

Szara, wiotka skóra odpadała płatami, pozostawiając po sobie rozżarzone rany. Całe moje jestestwo zdawało się jednym wielkim, bezkresnym bólem. Narządy wewnętrzne wykręcały się na wszystkie strony świata, wędrowały po trzewiach ścieżką cierpienia, zahaczały o rozpalone kości, pragnące czym prędzej czmychnąć z tego wraku, jakim się stawałam.

Ja także tego pragnęłam, bardziej niż czegokolwiek wcześniej.

Każdemu wdechowi towarzyszył niepokojący świst. Płuca ostrzegały, że nie mogłam mieć pewności, czy to tchnienie nie okaże się ostatnim, jakie dane mi zaczerpnąć. Pokryte zakrzepłą krwią włosy wypadały całymi garściami, wplątywały się w rany i zrywały świeże strupy.

Nie rozumiałam, co się działo. Jedyną pewną rzeczą pozostawał fakt, że powinnam nie żyć. A jednak jakimś cudem, bezdusznym zbiegiem zdarzeń, brutalnym zwrotem akcji, wciąż oddychałam. Uciekałam, stawiając coraz bardziej chwiejne kroki na nieskazitelnie białym śniegu. Nieustannie cierpiałam.

Pomimo rozległych obrażeń oraz krwawiącej dziury w piersi to nie ból fizyczny wydawał się najgorszy. To dusza wyła z rozpaczy, błagała o kres ogarniającej mnie z każdej strony beznadziei.

Zostałam oszukana, wykorzystana i niemal zabita przez własną siostrę – a przynajmniej przez osobę, którą całe życie za nią uważałam. Trudno się kłócić ze słowami Eleanor. Fakt, iż rodzina Altensol mnie przygarnęła, wyjaśniał wszystko, każdą wątpliwość i niepewność. Zbyt ciemne włosy, zbyt jasna cera i nieodpowiednia uroda nagle przestały wydawać się aż tak dziwne. Wszystkie napady złości Thaliena, zawsze skierowane w moją stronę, wszelkie oschłe słowa i chłodna obojętność rodziców niespodziewanie odnalazły dawno zagubiony sens.

Myślenie o tym, że wszystko tak dokładnie przemyślano, okazało się zaskakująco trudne. Każda uwaga, każda reakcja mojej rodziny po zniknięciu Eleanor stanowiły element wystudiowanego planu. Próbowali wmówić mi szaleństwo i bardzo niewiele brakowało, abym w nie uwierzyła.

Prawdę mówiąc, wolałabym oszaleć. Poddać się nurtowi obłędu, pozostawić za sobą wszystko to, co tak bardzo bolało.

Zatrzymałam się i wsparłam o pobliski oszroniony konar, gdy promieniujący ból po raz kolejny rozorał serce. Zmrużonymi oczyma, zbyt wrażliwymi, by zauważenie czegokolwiek więcej niż zamglone krawędzie świata stało się możliwe, rozejrzałam się dookoła. Otaczała mnie jedynie bezkresna biel, poprzetykana czernią bezlistnych drzew, przyglądających mi się w obojętnej ciszy.

Musiałam się pospieszyć. Jeśli pragnęłam żyć, musiałam uciekać.

Ostatnie dni wypełniała bezdenna, czarna otchłań. Od mojego ostatniego spotkania z Eleanor mógł minąć dzień lub tydzień, a może nawet miesiąc. Erentia zniekształcała czas, uniemożliwiała obranie odpowiedniej drogi ucieczki.

Nie rozumiałam, dlaczego ocknęłam się na czarnej nagiej skale tuż przy Jeziorze Matki, otoczona nieruchomymi ciałami, odzianymi w szaty Księżycowego Królestwa. Nie rozumiałam, dlaczego moją skórę pokrywała krew. Krew, która wypełniała także jezioro. Dlaczego nikt nie sprawdził, czy żyłam? Albo raczej – czy na pewno umarłam?

Dlaczego nikt mnie nie dobił?

Pewnie dlatego, że zadano ci śmiertelną ranę– zauważył Głos, lecz słowa zdawały się dobiegać spod odległej powierzchni. Każda kolejna sylaba wybrzmiewała coraz ciszej i ciszej.

Więc dlaczego wciąż żyłam? A może umarłam? Czy tak wygląda śmierć?

Nie potrafiłam także pojąć, dlaczego gdy spoglądałam w górę, nie dostrzegałam błękitu nieba ani blasku gwiazd, mogących wskazać mi kierunek. Zupełnie jakby cały świat pogrążył się w szkarłacie.

Obejrzałam się jeszcze raz za siebie. Pozostawiałam za sobą wyraźne czerwone ślady.

Musiałam uciekać przed Eleanor. Przed Vannevarem. Przed wszystkimi, którzy mieli być mi bliscy. Przed Daganem, o którym nie potrafiłam myśleć. Kuriozalne, albowiem nie potrafiłam również o nim nie myśleć. Mężczyzna wypełniał każdy mój oddech, każdy krok, każdą myśl i każdą ranę.

Ciszę przeszył trzask łamanej gałęzi. Wzrok nie pozwolił mi dostrzec, co stanowiło źródło hałasu. Przyspieszyłam, zebrawszy poły sukni w garście.

Nieważne, że cel mojej wędrówki pozostawał tajemnicą nawet dla mnie.