Słodkich snów. Coma. Tom 1. Część 1 - Mimi Lisette - ebook
BESTSELLER

Słodkich snów. Coma. Tom 1. Część 1 ebook

Mimi Lisette

4,7

102 osoby interesują się tą książką

Opis

Czy śpiączka to koniec? A może dopiero początek?

Helena budzi się w świecie Comy – miejscu zawieszonym między życiem a śmiercią, gdzie śpiący zapominają, kim byli, a wojsko pilnuje, by nie przypomnieli sobie zbyt wiele. Problem polega na tym, że Helena nie jest zwykłą śpiącą, a system oznacza ją jako anomalię. Na domiar złego trafia pod skrzydła nieprzystępnego kapitana Ice’a i jego elitarnego oddziału Bad Boysów.
Helena wydaje się niewinną blondynką z różowymi paznokciami, jednak w rzeczywistości to zdeterminowana dziewczyna, która przybyła do Comy z misją. W przerwach od szpiegowania przyrządza panierowane kurczaki i rzuca tekstami jak granatami. A przy okazji powoli, konsekwentnie i z niezaprzeczalnym wdziękiem doprowadza Ice’a do szaleństwa, wbijając mu przysłowiowe gwoździe do trumny.
Między zdobywaniem sympatii przepełnionych testosteronem żołnierzy a odkrywaniem tajemnic Comy, Helena ma dwa cele: wypełnić swoje zadanie i nie stracić głowy z powodu kapitana… ani dla kapitana.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 905

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (336 ocen)
279
32
14
4
7
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnetaMatysek

Nie oderwiesz się od lektury

Tak dobrej książki dawno nie czytałam. Wow to było swietne i chce wiecej na już. Gratuluje książki, genialna, zabawna, oby wiecej takich 😍
144
Natalkak25

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka na każdym kroku jest tak cudowna i ciekawa, że nie zdążyłam mrugnąć a już przebrnęłam przez te 900stron! Świetna historia o przyjaźni,budowaniu więzi i zaufania. Na głównym planie są relacje kilku bohaterów ,a nie wątek miłosny (co mnie miło zaskoczyło) ,akcja kończy się w takim momencie że ahh… KIEDY BĘDZIE DRUGA CZĘŚĆ ?!
kasiarylko

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam, dawka humoru, miłości, przyjaźni i dużo akcji! Bohaterowie książki stają się bliscy i nigdy o nich nie zapomnisz ❤️
myszsza

Całkiem niezła

No więc tak. Grafomania w wielkim stylu. Pomysł dobry, choć nie świeży. Bohaterka jest: erotomanką, Irytującą tekstami dla 16 latek I dzięki tym tekstom Opanowuje serca i umysły komandosów nie z tej rzeczywistości. Dla wyrobionego czytelnika nie do przyjęcia. Do jakiejś setnej strony czytałam z zaciekawieniem. Potem z rosnącą irytacją, dokończę, ale mi też się nóż w dłoni pojawia.
Tusz_na_papierze

Nie oderwiesz się od lektury

milion / 10 . Oto ideał. Top3 2025 roku. Majstersztyk w pełnej krasie. Idealny humor przeplatany walką, treningami i budowaniem więzi z innymi. Pozamiatane. Naprawdę ciężko znaleźć słowa i jednocześnie nie rozpisywać się jak do elaboratu, żeby w pełni wychwalić tę książkę. Tylko Ice by to ogarnął. Mamy tu motyw śpiączki, wojskowej grupy Bad Boys, gdzie totalnie różni bohaterowie tworzą genialną całość. Jest morze sakrazmu, uszczypliwości, zaufanie wystawiane na próbę i wiele więcej. Nie chcę Wam zdradzić nic więcej z tej książki, bo jej odkrywanie to niesamowita frajda i rozkosz. Powolne odkrywanie kart, elementy wskakujące na swoje miejsce i do tego humor, który idealnie wstrzelił się w mój sprawiają, że ta książka to perełka. Och i jak żyć bez 2 tomu
73

Popularność




Co­py­ri­ght © Mi­mi Li­set­teCo­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Iskra

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­neAll ri­ghts re­se­rved

Wy­da­nie 1, Wro­cław 2025

re­dak­cja me­ry­to­rycz­na: We­ro­ni­ka An­ce­ro­wiczPro­jekt okład­ki: Agniesz­ka Za­wad­ka

Re­ali­za­cja pro­ce­su wy­daw­ni­cze­go: AT ON­CEKo­or­dy­na­cja pro­jek­tu: Ewa An­kiersz­tejnRe­dak­cja języ­ko­wa: Ka­ta­rzy­na Mysz­ko­row­skaKo­rek­ta: Alek­san­dra Ka­li­now­skaSkład i ła­ma­nie: To­masz Smo­łka

Druk iopra­wa: Abe­dik S.A.

www.wy­daw­nic­two­iskra.plISBN: 978-83-972633-6-9

*W snach nie czu­je się bó­lu; czło­wiek za­wsze się bu­dzi, za­nim za­cznie się praw­dzi­we cier­pie­nie.Ste­phen King*

Dla wszyst­kich, któ­rzy po dro­dze zgu­bi­li gdzieś swój uśmiech

No­tat­ka od au­tor­ki

Co­mę na­pi­sa­łam 15 lat te­mu, czy­li w 2010 ro­ku, i to wła­śnie wte­dy to­czy się ak­cja tej hi­sto­rii. Nie zmie­nia­li­śmy cza­su ani nie uno­wo­cze­śnia­li­śmy ele­men­tów świa­ta, dla­te­go nie zdziw­cie się, je­śli na­tra­fi­cie na przed­po­to­po­we sprzęty w sty­lu te­le­fo­nu z klap­ką. To za­bieg ce­lo­wy.

W Co­mie – świe­cie, do któ­re­go tra­fia głów­na bo­ha­ter­ka – wszy­scy mó­wią jed­nym języ­kiem. Ze względów es­te­tycz­nych tek­sty pio­se­nek oraz nie­któ­re pseu­do­ni­my za­pi­sa­no jed­nak po an­giel­sku.

W tre­ści po­ja­wia­ją się licz­ne prze­kle­ństwa, prze­moc wer­bal­na i fi­zycz­na, pod­tek­sty sek­su­al­ne oraz szko­dli­we ste­reo­ty­py, a ca­ło­ść okra­szo­na jest moc­nym, ci­ętym hu­mo­rem. Lek­tu­ra ksi­ążki za­le­ca­na jest wi­ęc oso­bom po­wy­żej osiem­na­ste­go ro­ku ży­cia.

PRO­LOG

Ol­brzy­mie pta­ki o pió­rach jak płyn­ny błękit nie­ba prze­cha­dza­ły się le­ni­wie wzdłuż brze­gu je­zio­ra, któ­re­go wo­dy wy­da­wa­ły się nie­sko­ńcze­nie głębo­kie, jak­by ukry­wa­ły ta­jem­ni­cę wszyst­kich świa­tów. Mężczy­zna sie­dział na cie­płym, piasz­czy­stym brze­gu. Je­go twarz by­ła na­pi­ęta, wzrok wbi­ty w dal – pró­bo­wał zro­zu­mieć, co wła­ści­wie się wy­da­rzy­ło. My­śli kłębi­ły się w je­go gło­wie jak bu­rzo­we chmu­ry, a emo­cje szar­pa­ły nim ni­czym gwa­łtow­ny wiatr sma­ga­jący ko­ro­ny palm ota­cza­jących je­zio­ro.

Przed nim stał czło­wiek o ła­god­nych, sza­rych oczach – spoj­rze­niu, któ­re zda­wa­ło się prze­ni­kać du­szę. Był tam od po­cząt­ku, cze­kał, kie­dy mężczy­zna wy­nu­rzył się z wo­dy, na­gi i bez­bron­ny jak no­wo na­ro­dzo­ne dziec­ko.

– Gdzie ja je­stem? – za­py­tał, za­ci­ska­jąc pi­ęści, je­go głos ocie­kał gnie­wem i bez­rad­no­ścią.

– W kra­inie na­sze­go bo­ga – od­pa­rł spo­koj­nie star­szy czło­wiek w bia­łych sza­tach.

– W ra­ju? – do­py­tał z wa­ha­niem, ale też cie­niem na­dziei i stra­chu w gło­sie.

– Nie. To zu­pe­łnie in­ne miej­sce – stwier­dził prze­wod­nik, z twa­rzą tak spo­koj­ną jak ta­fla je­zio­ra przed bu­rzą. – Nie de­ner­wuj się. To nor­mal­ne, że nie pa­mi­ętasz.

– Nic a nic! – wy­buch­nął. – Kim, do cho­le­ry, je­stem?

– A kim chcia­łbyś być?

Py­ta­nie za­wi­sło w po­wie­trzu, prze­szy­wa­jąc je­go du­szę. Spoj­rzał na swo­je dło­nie, czu­jąc, jak na­ra­sta w nim gniew.

– Uma­rłem? – spy­tał ostro, bar­dziej sie­bie niż prze­wod­ni­ka. – Je­stem pie­przo­nym tru­pem?

– Mo­żesz żyć wiecz­nie – pa­dła od­po­wie­dź.

Oto­cze­nie zda­wa­ło się od­po­wia­dać na ka­żde sło­wo – śpiew pta­ków, za­pach słod­kich kwia­tów, cie­płe pro­mie­nie sło­ńca. To miej­sce by­ło jak raj. Ale coś w nim sprze­ci­wia­ło się tej har­mo­nii. Mi­mo ogro­mu pi­ęk­na, któ­re go ota­cza­ło, nie po­tra­fił zwal­czyć na­ra­sta­jącej w nim zło­ści. Po pierw­sze nie wie­dział, kim jest i gdzie się znaj­du­je, po dru­gie sie­dział na­gi z ja­ki­mś idio­tą w bia­łych szma­tach, któ­ry pra­wił mu o wiecz­nym ży­ciu. Gniew go nie opu­ścił, prze­ciw­nie, zda­wał się od za­wsze być je­go częścią.

– Kim ty je­steś? – za­py­tał, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w oczy nie­zna­jo­me­go.

– Je­stem two­im na­uczy­cie­lem i prze­wod­ni­kiem. Od­po­wiem na wszyst­kie two­je py­ta­nia, po­ka­żę ci to miej­sce. A gdy na­dej­dzie czas, wy­bie­rzesz, czy chcesz zo­stać czy ode­jść. Bra­ma stoi przed to­bą otwo­rem.

Prze­wod­nik był cier­pli­wy. Dni za­mie­nia­ły się w ty­go­dnie, pod­czas któ­rych mężczy­zna chło­nął wie­dzę, jak­by by­ła tle­nem. Py­tał, do­cie­kał, nie­ustan­nie żądał od­po­wie­dzi. Za­miast jed­nak za­spo­ko­ić je­go cie­ka­wo­ść, no­we in­for­ma­cje wy­wo­ły­wa­ły ko­lej­ne py­ta­nia. Prze­wod­nik otwie­rał przed nim drzwi, któ­rych ist­nie­nia in­ni przy­by­sze na­wet nie do­strze­ga­li. Świ­ęte ksi­ęgi, ta­jem­ni­ce, hi­sto­rie – wszyst­ko, czym mó­gł się po­dzie­lić, ofia­ro­wy­wał z po­ko­rą.

Mężczy­zna był jed­nak in­ny, a je­go gor­li­wo­ść pod­szy­ta czy­mś mrocz­nym – nie tyl­ko żądzą wie­dzy, ale ta­kże am­bi­cją. W je­go oczach po­ja­wiał się błysk nie­cier­pli­wo­ści, a nie­kie­dy zło­ści. Ow­szem, cza­sa­mi wy­da­wał się na­zbyt chci­wy, na­zbyt po­ryw­czy, ale je­go gor­li­wo­ść i za­mi­ło­wa­nie do hi­sto­rii ła­go­dzi­ły złe wra­że­nie, dla­te­go prze­wod­nik, choć ostro­żny, na­dal wi­dział w nim po­ten­cjał.

Pa­mi­ęć o utra­co­nym ży­ciu od­zy­ski­wał za­ska­ku­jąco szyb­ko. Wraz z po­wro­tem wspo­mnień na­stał dzień, kie­dy prze­wod­nik po­sta­wił przed nim ostat­nie py­ta­nie:

– Chcesz zo­stać czy wró­cić?

Wy­bór… ka­żdy go miał.

Spoj­rzał na swe­go prze­wod­ni­ka z wy­ra­zem, któ­ry przy­po­mi­nał triumf. Od­po­wie­dź znał od pierw­sze­go dnia, od chwi­li, gdy tyl­ko wy­sze­dł z je­zio­ra. Wspo­mnie­nia po­przed­nie­go ży­cia tyl­ko utwier­dzi­ły go w prze­ko­na­niu, że nie war­to wra­cać. Zresz­tą do ko­go? Do tych kil­ku nie­zno­śnych gąb do wy­kar­mie­nia? Tu­taj po­znał cu­dow­ną ko­bie­tę. Miał swo­je pla­ny względem niej i te­go miej­sca. Był am­bit­ny i pe­łen po­my­słów.

– Zo­sta­nę. Spra­wię, że ten świat sta­nie się lep­szy.

Prze­wod­nik cof­nął się, pierw­szy raz po­czuł ukłu­cie stra­chu.

– Lep­szy? Co masz na my­śli? Nie wol­no ci użyć tej wie­dzy do… – urwał, z nie­do­wie­rza­niem pa­trząc na ostrze, na krew…

Ręce mężczy­zny, któ­re jesz­cze nie­daw­no za­ci­ska­ły się w gnie­wie, te­raz trzy­ma­ły na­rzędzie znisz­cze­nia. W mar­twych oczach prze­wod­ni­ka od­bi­ło się ob­li­cze je­go ucznia: spo­koj­ne, uśmiech­ni­ęte, za­do­wo­lo­ne.

– Je­śli to nie jest raj, to ja go tu­taj stwo­rzę – po­wie­dział, od­rzu­ca­jąc cia­ło prze­wod­ni­ka na pia­sek ni­czym zbęd­ny re­kwi­zyt.

Od­wró­cił się i spoj­rzał na je­zio­ro. Świat, któ­ry się przed nim roz­po­ście­rał, był pi­ęk­ny. Był też je­go. To miej­sce nie zna­ło jesz­cze gnie­wu, wła­dzy ani am­bi­cji. Ale po­zna. Z uko­cha­ną u bo­ku czuł, że to ży­cie będzie lep­sze od po­przed­nie­go, że żad­na si­ła nie zdo­ła go po­wstrzy­mać. Ten świat miał stać się miej­scem, w któ­rym to on roz­da­je kar­ty, gdzie nikt mu się nie sprze­ci­wi.

Roz­dział 1 WY­SPA

Otwo­rzy­łam oczy. By­ło źle. Bar­dzo, bar­dzo źle.

Mio­ta­jąc się i rzu­ca­jąc we wszyst­kich mo­żli­wych kie­run­kach, spa­ni­ko­wa­na pró­bo­wa­łam zro­bić głębo­ki wdech, lecz za­miast ży­cio­daj­ne­go tle­nu do mo­ich ust do­sta­ła się zim­na wo­da. Płu­ca pło­nęły, a w mo­jej gło­wie roz­brzmie­wał ogłu­sza­jący krzyk prze­ra­że­nia.

Du­si­łam się.

Zer­k­nęłam w gó­rę, ku ja­sne­mu świa­tłu i ucie­ka­jącym pęche­rzy­kom po­wie­trza. Zmu­si­łam zdrętwia­łe ko­ńczy­ny do kil­ku roz­pacz­li­wych ru­chów, dzi­ęki któ­rym krztu­sząc się i plu­jąc, wy­nu­rzy­łam się na po­wierzch­nię. Za­mru­ga­łam, by przy­zwy­cza­ić oczy do ośle­pia­jącej ja­sno­ści, jed­nak ostre świa­tło sło­ńca kąsa­ło bez­li­to­śnie, zmu­sza­jąc mnie do zmru­że­nia po­wiek. Ota­rłam ręką mo­krą twarz. Sta­ra­łam się za­cho­wać względ­ny spo­kój, ale za­kłó­cił go huk nie­ocze­ki­wa­nych wy­strza­łów. Gło­śna se­ria wy­rzu­co­na z ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go po­nio­sła się po oko­li­cy.

Mo­je ser­ce przy­spie­szy­ło do ga­lo­pu, in­stynkt prze­jął kon­tro­lę. Za­nur­ko­wa­łam i prze­pły­nęłam ka­wa­łek, ale do­ta­rło do mnie, że je­stem zu­pe­łnie na­ga. Za­je­bi­ście, zwa­żyw­szy, że tlen sko­ńczył się szyb­ciej, niż przy­pusz­cza­łam. Wy­stra­szo­na, wku­rzo­na i z kur­czący­mi się za­so­ba­mi wstrzy­my­wa­ne­go w płu­cach po­wie­trza, wy­su­nęłam gło­wę po­nad po­wierzch­nię wo­dy.

– Hej, ty! Wyj­dź na brzeg!

Wol­no prze­su­nęłam wzro­kiem wzdłuż piasz­czy­stej pla­ży po le­wej aż ku wy­so­kim, su­ro­wym kli­fom po pra­wej stro­nie. Do­strze­głam ko­goś na ska­le, naj­pew­niej mężczy­znę, któ­ry do mnie krzy­czał. Sło­ńce znaj­do­wa­ło się za je­go ple­ca­mi, wi­ęc nie by­łam w sta­nie do­strzec twa­rzy nie­zna­jo­me­go ani tym bar­dziej te­go, co wy­ra­ża­ła.

– Nie mo­gę! – od­krzyk­nęłam. – Je­stem go­ła!

Czy­żby się ze mnie śmiał? Tak. Wy­ra­źnie do­cie­rał do mnie je­go ci­ężki, gro­źny śmiech, któ­ry nió­sł się echem po oko­li­cy. Fa­cet miał do­praw­dy cho­re po­czu­cie hu­mo­ru.

– Mam broń, a ty ze mną dys­ku­tu­jesz?! – wrza­snął, przy­wo­łu­jąc mnie do po­rząd­ku. – Wy­cho­dź na­tych­miast al­bo zo­sta­niesz tam na wiecz­no­ść!

W wol­nym tłu­ma­cze­niu zna­czy­ło to chy­ba ty­le, że je­śli go nie po­słu­cham, wpa­ku­je mi kul­kę w łeb i sta­nę się kar­mą dla ry­bek. Co jak co, ale na to nie mia­łam ocho­ty. Tak sa­mo jak na pa­ra­do­wa­nie przed nim w stro­ju Ewy. Prze­mknęło mi przez my­śl, że mo­gła­bym za­nur­ko­wać głębo­ko i od­pły­nąć gdzieś da­lej, by ukryć się przed je­go wzro­kiem.

– Nie ma mo­wy! – krzyk­nęłam, zde­ter­mi­no­wa­na zro­bić to, co przed chwi­lą przy­szło mi do gło­wy.

– Ko­bie­ty! – wark­nął z wy­ra­źną po­gar­dą w gło­sie.

Pi­ęk­nie, raj­ska pla­ża, a mnie się tra­fił pie­przo­ny szo­wi­ni­sta. Gdzie ja, do cho­le­ry, je­stem? Co się wła­ści­wie sta­ło? Mia­łam to­tal­ny mętlik w gło­wie.

Zmru­ży­łam oczy, by do­kład­niej przyj­rzeć się te­mu miej­scu, i zo­ba­czy­łam, jak nie­zna­jo­my od­kła­da broń, ści­ąga z sie­bie ko­szu­lę, zwi­ja ją w kul­kę i rzu­ca w mo­im kie­run­ku. Mo­że jed­nak będą znie­go lu­dzie.

– Za­łóż to, a pó­źniej wyj­dź z ręko­ma na gło­wie i po­dej­dź do naj­bli­ższe­go drze­wa!

Do­pły­nęłam do bia­łe­go ka­wa­łka ma­te­ria­łu, któ­ry le­ni­wie dry­fo­wał na po­wierzch­ni je­zio­ra, a po­tem nie­zdar­nie, w po­śpie­chu na­rzu­ci­łam go na sie­bie, usi­łu­jąc przy tym nie za­nu­rzyć gło­wy z po­wro­tem w zim­nej to­ni. Do­pie­ro gdy za­pi­ęłam gu­zi­ki, ro­zej­rza­łam się w po­szu­ki­wa­niu brze­gu, na któ­ry nie mu­sia­ła­bym wspi­nać się jak dzi­kie zwie­rzę.

Po chwi­li po­czu­łam dno pod sto­pa­mi. Wy­szłam na brzeg na­ci­ąga­jąc w dół przy­le­pia­jącą się do cia­ła dłu­gą, bia­łą ko­szu­lę, któ­ra i tak nie za­sła­nia­ła mo­ich krągło­ści. Z ręko­ma unie­sio­ny­mi do gó­ry skie­ro­wa­łam się w stro­nę drze­wa.

Nie mia­łam po­jęcia, kim był mężczy­zna, któ­ry do mnie mie­rzył. Wi­dzia­łam tyl­ko je­go pro­fil. Wło­sy skry­wa­ła czap­ka z dasz­kiem, a oczy – ciem­ne oku­la­ry. Podąża­jąc wzro­kiem w dół, na­tra­fi­łam na opa­lo­ną, zro­szo­ną po­tem skó­rę, ide­al­ne ra­mio­na, roz­bu­do­wa­ną klat­kę pier­sio­wą i na­pi­na­jące się mi­ęśnie brzu­cha.

– No­gi sze­ro­ko – roz­ka­zał głębo­kim, bez­na­mi­ęt­nym gło­sem.

Wy­ko­na­łam po­le­ce­nie, rów­no­cze­śnie za­sta­na­wia­jąc się, po co chce mnie prze­szu­ki­wać. Prze­cież nie by­ła­bym w sta­nie ni­cze­go ukryć, zwłasz­cza bro­ni. Nie kie­dy na­gu­sie­ńka to­pi­łam się w je­zio­rze.

– Słu­chaj, nie sądzę…

– Nikt nie py­tał cię o zda­nie – wark­nął, uci­na­jąc wszel­kie pró­by dys­ku­sji, po czym dla lep­sze­go efek­tu do­ść bru­tal­nie pchnął mnie na pień drze­wa.

Opa­rłam się dło­ńmi o szorst­ką ko­rę, ra­tu­jąc się tym sa­mym przed czo­ło­wym zde­rze­niem i zła­ma­niem no­sa. Fa­cet prze­wie­sił so­bie broń przez ra­mię, a je­go cie­płe pal­ce spo­częły na mo­ich ple­cach, prze­śli­zgnęły się w dół, po­wędro­wa­ły do brzu­cha, po czym – ku mo­jej wiel­kiej roz­pa­czy – w gó­rę i za­trzy­ma­ły się pod biu­stem, gdzie je­go dło­nie z pew­no­ścią wy­czu­ły dzi­ko ga­lo­pu­jące ser­ce. Chry­ste, to by­ło upo­ka­rza­jące.

– Je­steś czy­sta – oznaj­mił, jak­by nie wie­dział te­go wcze­śniej.

– Świet­nie, mo­że mi za­tem po­wiesz, gdzie je­ste­śmy i…? – Urwa­łam, bo twar­da lu­fa ka­ra­bi­nu wbi­ła się w mo­je ple­cy, wy­ra­źnie su­ge­ru­jąc, że mam się za­mknąć.

– Idź i nie oglądaj się za sie­bie.

Po­słusz­nie szłam wy­dep­ta­ną ście­żką mi­ędzy gęsto ro­snący­mi wy­so­ki­mi drze­wa­mi, wo­dząc wzro­kiem po gru­bych pniach i roz­ło­ży­stych ko­ro­nach, przez któ­re z upo­rem prze­dzie­ra­ło się kil­ka pro­mie­ni sło­necz­nych. Spoj­rza­łam pod swo­je sto­py. Drga­jące ja­sne punk­ci­ki to tu, to tam oświe­tla­ły le­śną śció­łkę. Wy­gląda­ło na to, że zna­la­złam się w dzi­czy z wiel­kim dzi­ku­sem za ple­ca­mi. Py­ta­nie za mi­lion – w co ja się wpa­ko­wa­łam? Mia­łam je­dy­nie na­dzie­ję, że fa­cet nie zro­bi mi krzyw­dy. Gdy­by chciał mnie za­bić, już pew­nie bym nie ży­ła. To spo­strze­że­nie tyl­ko w nie­znacz­nym stop­niu uko­iło mo­je sko­ła­ta­ne ner­wy, bo wci­ąż czu­łam nie­po­kój. W ko­ńcu nie wie­dzia­łam, gdzie je­stem, jak zna­la­złam się w tym je­zio­rze, do­kąd mnie pro­wa­dzi dzi­kus i czy znaj­dę tam… No wła­śnie. Ko­go? Do­pa­dło mnie ir­ra­cjo­nal­ne prze­czu­cie, że mu­szę coś zro­bić, tyl­ko za­po­mnia­łam co. Puls dziw­nie mi przy­spie­szył, a reszt­ki upra­gnio­ne­go spo­ko­ju ode­szły w nie­pa­mi­ęć, po­dob­nie jak ca­ła resz­ta wspo­mnień. Pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć co­kol­wiek, ale w mo­jej gło­wie by­ła tyl­ko czar­na dziu­ra.

Fa­cet mil­czał, od cza­su do cza­su, po­py­cha­jąc mnie ka­ra­bi­nem, da­jąc mi do zro­zu­mie­nia, że się oci­ągam. Tak trud­no, cho­le­ra, po­jąć, że spa­cer bo­so nie jest przy­jem­ny, zwłasz­cza kie­dy wsto­py co chwi­lę coś się wbi­ja? Dzi­kus i w do­dat­ku bez­dusz­ny.

Po nie­spe­łna pó­łgo­dzin­nym mar­szu wy­szli­śmy z gęstej dżun­gli. Mo­im oczom uka­zał się raj­ski wi­dok. Na nie­wiel­kim wzgó­rzu, ni­czym z baj­ki, roz­ci­ąga­ła się wstęga ma­le­ńkich, bia­łych dom­ków – ta­kich, ja­kie mo­żna zna­le­źć w… Cho­le­ra, wi­dzia­łam już coś ta­kie­go, ale pa­mi­ęć zno­wu mnie za­wio­dła. W od­da­li do­strze­głam kil­ko­ro lu­dzi kręcących się po­mi­ędzy bu­dyn­ka­mi, a bar­dziej na pra­wo, u pod­nó­ża tej gó­ry, znaj­do­wa­ła się gru­pa brzyd­kich, be­to­no­wych klo­ców, wy­ra­źnie od­ci­na­jąca się od resz­ty ni­czym wiel­ki ko­min prze­my­sło­wy na tle tro­pi­kal­ne­go la­su. Bu­dyn­ki te ota­czał so­lid­ny płot z dru­tem kol­cza­stym i da­ła­bym so­bie rękę uci­ąć, że był pod na­pi­ęciem. Na du­żym, piasz­czy­stym pla­cu sta­ły woj­sko­we dżi­py i ci­ęża­rów­ki. Chwi­la… woj­sko­we?

Nie­zna­jo­my po raz ko­lej­ny szturch­nął mnie lu­fą ka­ra­bi­nu, in­for­mu­jąc w tym swo­im pry­mi­tyw­nym języ­ku, że mam się nie ga­pić. Pa­lant.

Do­szli­śmy do bla­sza­nej bud­ki stra­żni­ka, któ­ry ca­łkiem mo­kry od po­tu wy­ło­nił się z te­go roz­grza­ne­go do czer­wo­no­ści pie­kar­ni­ka.

– No, ka­pi­ta­nie, ale ci się tra­fi­ło. – Za­gwiz­dał, tak­su­jąc mnie wzro­kiem i prze­cie­ra­jąc czo­ło ja­kąś brud­ną szma­tą.

– Za­mknij się, Dwi­ght – wark­nął ten za mną i wbił mi ka­ra­bin w ple­cy.

Bo­że, co za nie­sym­pa­tycz­ny typ. Ze­ro kul­tu­ry.

Po­słusz­nie szłam przed sie­bie, ukrad­kiem lu­stru­jąc te­ren. Naj­wy­ra­źniej zna­la­złam się w ja­kie­jś jed­no­st­ce woj­sko­wej, a to nie wie­dzieć cze­mu, wzbu­dza­ło we mnie po­zy­tyw­ne od­czu­cia.

– To już czwar­ty śpioch! – krzyk­nął za na­mi chło­pak z bud­ki.

Śpioch? Oczym on mó­wił? Omnie? Chcia­łam za­py­tać, ale po­my­śla­łam, że roz­sąd­niej będzie, je­śli wstrzy­mam się z za­da­wa­niem py­tań, aż na­tra­fię na ja­kąś bar­dziej przy­ja­zną du­szę.

Kie­ro­wa­li­śmy się do me­ta­lo­wych drzwi, pil­nie strze­żo­nych przez dwóch woj­sko­wych w czar­nych bo­jów­kach, ci­ężkich bu­cio­rach i bia­łych ko­szu­lach. By­li uzbro­je­ni do­słow­nie po zęby. Ka­ra­bi­ny w rękach, pi­sto­le­ty w ka­bu­rach, krót­ko­fa­lów­ki przy pa­sach, a na udach przy­cze­pio­ne no­że. Nie po­wiem, ździeb­ko mnie to prze­ra­zi­ło. Znów za­częłam się za­sta­na­wiać, w ja­kie gów­no się wpa­ko­wa­łam.

Mło­dy chło­pak wbił od­po­wied­ni kod w czar­nej pusz­ce i wro­ta się otwo­rzy­ły. We­szli­śmy do środ­ka, gdzie po­wi­tał mnie chłód dłu­gie­go ko­ry­ta­rza. Je­dy­ne źró­dło świa­tła sta­no­wi­ło kil­ka osło­ni­ętych kra­ta­mi lamp, na­da­jących po­miesz­cze­niu od­cień in­ten­syw­nej czer­wie­ni. Pod­czas spa­ce­ru mo­je oczy z wol­na przy­zwy­cza­ja­ły się do bur­de­lo­we­go pó­łm­ro­ku. Za­nim do­tar­li­śmy do ce­lu, mi­nęli­śmy jesz­cze kil­ku uzbro­jo­nych żo­łnie­rzy i trzy pa­ry pil­nie strze­żo­nych, prze­szklo­nych drzwi. Kil­ku lu­dzi prze­ma­sze­ro­wa­ło przede mną z bro­nią w rękach i ca­łym za­pa­sem gra­na­tów, a jesz­cze in­ni pcha­li wóz­ki z dziw­nym sprzętem, ja­kie­go chy­ba jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łam.

– Wej­dź tam – po­le­cił ka­pi­tan, jak wy­wnio­sko­wa­łam z roz­mo­wy przy stró­żów­ce, po czym pchnął mnie na ci­ężkie, me­ta­lo­we, za­pew­ne cho­ler­nie pan­cer­ne drzwi.

De­li­kat­no­ści i do­brych ma­nier to ten szo­wi­ni­stycz­ny pa­lant miał w so­bie ty­le, co ja po­jęcia o bro­ni. Czy­li wca­le. Zwy­kły gbur i pro­stak, któ­re­mu sło­ma wy­ła­zi­ła z bu­tów.

Lek­ko znie­sma­czo­na we­szłam do po­miesz­cze­nia, w któ­rym oprócz mnie znaj­do­wa­ły się jesz­cze trzy in­ne oso­by. Szko­puł w tym, że by­ły na­gie. Dwie ko­bie­ty i fa­cet z po­tężną erek­cją. O cho­le­ra, nie że­bym mia­ła coś prze­ciw­ko, ale na Bo­ga, oko­licz­no­ści te­mu to­wa­rzy­szące po­win­ny być nie­co in­ne. Tak przy­naj­mniej pod­po­wia­da­ła mi in­tu­icja. Po­cie­sza­jące, że ko­leś też nie wy­glądał, jak­by czuł się w tej sy­tu­acji kom­for­to­wo.

Spró­bo­wa­łam sku­pić się na czy­mś in­nym, dla­te­go ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu. Two­rzy­ły je trzy pu­ste, sza­re ścia­ny oraz czwar­ta, któ­rą na ca­łej sze­ro­ko­ści i wy­so­ko­ści zaj­mo­wa­ło lu­stro. O w du­pę, jak nic we­nec­kie. Spu­ści­łam gło­wę, wbi­ja­jąc wzrok w mo­je brud­ne sto­py. Nie­co stra­ci­łam na pew­no­ści sie­bie. By­łam oszo­ło­mio­na, za­gu­bio­na, lek­ko wy­stra­szo­na i cho­ler­nie wku­rzo­na.

– Hej – szep­nęłam w na­dziei, że za­ga­ję ja­kąś krót­ką roz­mo­wę z ko­bie­tą sto­jącą obok. – Wiesz, gdzie je­ste­śmy i co tu ro­bi­my?

Nie­znacz­nie od­wró­ci­ła gło­wę w mo­ją stro­nę. Trzęsła się jak osi­ka i ogól­nie spra­wia­ła wra­że­nie oso­by prze­ra­żo­nej.

Po chwi­li, któ­ra dla mnie ci­ągnęła się w nie­sko­ńczo­no­ść, drzwi otwo­rzy­ły się z ło­sko­tem i do środ­ka wto­czył się me­ta­lo­wy wó­zek pcha­ny przez przy­sa­dzi­stą ko­bie­tę w bia­łym far­tu­chu. Te­raz zlękłam się na po­wa­żnie. Wi­dok gro­źnie wy­gląda­jące­go sprzętu oraz sro­giej mi­ny cy­ca­tej, po­tężnej blon­dy­ny przy­pra­wił mnie o szyb­sze bi­cie ser­ca. Prze­łk­nęłam gło­śno śli­nę.

– Ty. – Jej głos, gdy zwró­ci­ła się do mężczy­zny, za­grzmiał ni­czym ryk lwa. – Po­dej­dź tu.

Wy­da­wał się nie­co prze­stra­szo­ny. Tęgie ba­bi­sko prze­su­nęło po cie­le fa­ce­ta dziw­ną słu­chaw­ką, któ­rą z ustroj­stwem pe­łnym ko­lo­ro­wych przy­ci­sków łączył gru­by, po­skręca­ny ka­bel. Ma­szy­na le­żąca na sto­li­ku za­pisz­cza­ła i za­częła wy­plu­wać z sie­bie wy­druk.

– Czer­wo­ny – mruk­nęła blon­dy­na bar­dziej do sie­bie.

Ode­rwa­ła kart­kę, coś na niej za­pi­sa­ła, po czym za­bra­ła się za do­kład­ne ogląda­nie swo­je­go obiek­tu. Je­go nie­usta­jąca erek­cja w ogó­le jej nie prze­szka­dza­ła. Nie do­szu­kaw­szy się ni­cze­go po­dej­rza­ne­go, ode­sła­ła fa­ce­ta na miej­sce. Do­kład­nie tę sa­mą pro­ce­du­rę za­sto­so­wa­ła w przy­pad­ku obu ko­biet i tu­taj wy­druk rów­nież wska­zał coś czer­wo­ne­go.

W ko­ńcu przy­szła mo­ja ko­lej. Tym ra­zem wy­druk za­bar­wił się na nie­bie­sko.

– Far­ma­ko­lo­gicz­na – mruk­nęła z lek­ką po­gar­dą w gło­sie. – Roz­bie­raj się.

Na­praw­dę bar­dzo, bar­dzo, ale to bar­dzo nie chcia­łam te­go ro­bić. Mo­że mo­gła­bym tro­chę po­ne­go­cjo­wać?

– Głu­cha je­steś? Mam ci prze­czy­ścić uszy?

Nie wąt­pi­łam, że bab­sko mo­gło­by mi nie tyl­ko prze­czy­ścić uszy, ale ta­kże po­gru­cho­tać wszyst­kie ko­ści, a po­tem prze­pu­ścić reszt­ki przez wy­ży­macz­kę al­bo in­ny wy­my­śl­ny sprzęt.

Roz­pi­ęłam gu­zi­ki i ko­szu­la wy­lądo­wa­ła na zie­mi. Sta­ra­łam się skon­cen­tro­wać na bab­ce, któ­ra przy­gląda­ła się bacz­nie ka­żde­mu pie­przo­ne­mu mi­li­me­tro­wi mo­je­go cia­ła. Na­gle utkwi­ła wzrok pod mo­ją le­wą pier­sią, a jej oczy zro­bi­ły się prze­ogrom­ne. W od­bi­ciu lu­stra do­strze­głam w tym miej­scu ta­tu­aż. Oke­eej. Nie wy­glądał aż tak szka­rad­nie, wła­ści­wie był na­wet ład­ny: coś jak od­wró­co­na cho­in­ka z łzą na gó­rze.

Wiel­ka ba­ba przy­gląda­ła się ry­sun­ko­wi uwa­żnie, a ja sta­łam nie­wzru­szo­na, mo­dląc się, by sko­ńczy­ła jak naj­szyb­ciej. Jesz­cze raz prze­ska­no­wa­ła mnie tą swo­ją słu­chaw­ką, przedłu­ża­jąc w ten spo­sób męki. Ko­lor jed­nak nic a nic się nie zmie­nił. Jak byk – nie­bie­ski. Ko­bie­ta od­chrząk­nęła i spoj­rza­ła wy­mow­nie w kie­run­ku lu­stra. Mhm, coś jest ze mną nie tak. Czy to ta­tu­aż spra­wił, że na­gle za­częto po­strze­gać mnie jak dwu­gło­we cie­lę? W po­śpie­chu za­rzu­ci­łam na sie­bie po­da­ro­wa­ną ko­szu­lę.

Mo­je przy­pusz­cze­nia co do te­go, że jed­nak je­stem dwu­gło­wym cie­la­kiem, po­twier­dzi­ły się kil­ka mi­nut pó­źniej, kie­dy opu­ści­łam sa­lę i za­pro­wa­dzo­no mnie do in­nej. Nie by­ło tu żad­nych lu­ster we­nec­kich, okien, sza­fek czy biu­rek. Tyl­ko ja i tro­je cze­ka­jących na mnie lu­dzi. Sie­dzie­li pro­sto na swo­ich krze­słach ni­czym ban­da wa­żnia­ków z ki­ja­mi w ty­łkach. Dwóch mężczyzn i ko­bie­ta. Ta ostat­nia wy­gląda­ła jak mo­del­ka żyw­cem wy­ci­ągni­ęta z okład­ki żur­na­la. Po­dej­rze­wa­łam, że mo­gła­bym spędzić ty­go­dnie na do­kład­nym lu­stro­wa­niu jej cia­ła, a i tak nie zna­la­zła­bym żad­ne­go, na­wet naj­mniej­sze­go man­ka­men­tu. Pe­łne usta, ko­cie oczy, ma­ły no­sek, bu­rza gęstych blond wło­sów, skó­ra jędr­na jak po li­ftin­gu. Wi­ze­run­ku su­per­bab­ki do­pe­łnia­ły jesz­cze pie­kiel­nie dłu­gie no­gi w krót­kich szor­tach, za­ło­żo­ne jed­na na dru­gą, oraz biust w roz­mia­rze D, a mo­że na­wet E.

Fa­ce­ci? Co tu du­żo mó­wić. Sto pro­cent te­sto­ste­ro­nu. Sze­ro­kie ba­ry, moc­ne szczęki po­ro­śni­ęte twar­dym za­ro­stem, no­sy jak­by lek­ko po­prze­trąca­ne, sil­ne dło­nie o nie­zgrab­nych pal­cach i bli­zny. Mniej­sze lub wi­ęk­sze, ale mie­li ich mnó­stwo, a wi­dzia­łam tyl­ko ich twa­rze oraz przed­ra­mio­na. Resz­tę skry­wa­ły bia­łe ko­szu­le, do­kład­nie ta­kie sa­me jak ta, któ­rą mia­łam na so­bie, oraz woj­sko­we spodnie i bu­ty.

– Wi­ęc ma­my tu przy­pa­dek nie­bie­ski z ta­tu­ażem? – ode­zwał się ten sie­dzący na pra­wo od mo­del­ki. – Ktoś mi po­wie, ja­kim, kur­wa, cu­dem? Czy to w ogó­le mo­żli­we?

Je­go krót­ko ostrzy­żo­ne, ja­sne wło­sy uwy­pu­kla­ły bez­na­dziej­ny kszta­łt kwa­dra­to­wej gło­wy.

– Cóż – stwier­dzi­ła ko­bie­ta to­nem, jak­by oznaj­mia­ła: „Ho­uston, ma­my pro­blem”. – Spraw­dzi­łam, w ca­łej hi­sto­rii Co­my ta­ki przy­pa­dek ni­g­dy nie miał miej­sca.

– Ktoś po­in­for­mo­wał już Trzy­na­stu?

– Jesz­cze nie – od­pa­rła blon­dy­na, na­stęp­nie zwró­ci­ła się do mnie: – Wiesz, gdzie je­steś?

– Nie. Nikt mi nie chciał ni­cze­go wy­ja­śnić. A wi­ęc co to za miej­sce? – za­py­ta­łam bez na­my­słu, lecz zo­sta­łam zi­gno­ro­wa­na.

– Pa­mi­ętasz, jak masz na imię? – in­da­go­wa­ła da­lej.

– Nie pa­mi­ętam – od­pa­rłam, sta­ra­jąc się nie oka­zać zde­ner­wo­wa­nia.

– Co zro­bi­my z tym dziec­kiem? – za­sta­na­wiał się dru­gi fa­cet, ten w dłu­ższych, ciem­nych wło­sach, opa­da­jących na skro­nie.

Zda­je się, że miał pro­ble­my ze wzro­kiem. Mo­że i stra­ci­łam pa­mi­ęć, ale dziec­kiem prze­sta­łam być pa­rę lat te­mu. Mój biust nie był tak im­po­nu­jący jak tej blond la­li, bo pla­sti­kiem mnie nie kar­mio­no, ale ład­nie ry­so­wał się pod ko­szu­lą. By­łam w pe­łni doj­rza­łą ko­bie­tą.

– Kto ją zna­la­zł? – spy­ta­ła ko­bie­ta, zie­wa­jąc.

Na­wet z roz­dzia­wio­ną pasz­czą nie prze­sta­wa­ła ani na chwi­lę być nie­ska­zi­tel­nie pi­ęk­na. To za­czy­na­ło się ro­bić fru­stru­jące.

– Chy­ba Ice ją przy­pro­wa­dził – od­po­wie­dział ten po mo­jej pra­wej.

Mo­del­ce mo­men­tal­nie bły­snęły oczy.

– Niech wi­ęc on się nią zaj­mie. To je­go pro­blem – zde­cy­do­wał ten dru­gi. Po­gme­rał w kie­sze­ni spodni, wy­do­był z niej ko­mór­kę. – Ka­pi­ta­nie Ice! – krzyk­nął do słu­chaw­ki. – Bierz du­pę w tro­ki i przyj­dź tu na­tych­miast… Tak… Ka­sza­na…

Mi­nęła chwi­la i do środ­ka wsze­dł Ice. Był to do­kład­nie ten sam cza­ru­jący fa­cet, któ­re­go ko­szu­lę no­si­łam. Mo­dli­łam się, że­by so­bie o niej nie przy­po­mniał.

– Ge­ne­ra­le Fitz, prze­rwa­łeś mi wła­śnie spo­tka­nie, wi­ęc za­kła­dam, że to coś istot­ne­go.

Po­win­nam się ob­ra­zić czy jak?

– Istot­ne­go? Roz­kaz to roz­kaz, ka­pi­ta­nie. Masz go spe­łniać bez względu na to, co w da­nej chwi­li ro­bisz. Wy­ra­żam się ja­sno?

– Tak jest – od­po­wie­dział Ice nie­dba­le. – Co za ka­sza­nę mia­łeś na my­śli? – do­py­tał, nie do­cze­kaw­szy się wy­ja­śnień.

Mhm, he­loł, to ja, ka­sza­na. Mo­głam pod­sko­czyć i po­ma­chać do nie­go ręką, jed­nak nie wy­da­wa­ło się to naj­by­strzej­szym po­my­słem.

– Tym ra­zem ża­den z two­ich lu­dzi nie wdał się w pi­jac­ką roz­ró­bę – rze­kł Fitz.

– Nie?

Fa­cet był wy­ra­źnie zdzi­wio­ny, a na­wet za­wie­dzio­ny.

– Nie. Cho­dzi o dziew­czy­nę, któ­rą przy­pro­wa­dzi­łeś.

– Co z nią? – Wy­pro­sto­wał się na­gle.

– Kod B1T – ode­zwa­ła się ko­bie­ta.

– Kur­wa, mów po ludz­ku – ofuk­nął ją Ice.

Tu się aku­rat zga­dza­li­śmy.

– Jest far­ma­ko­lo­gicz­na i ma ta­tu­aż – wy­tłu­ma­czy­ła, ro­bi­ąc prze­pra­sza­jącą mi­nę.

Ale co to wła­ści­wie zna­czy?

– Dziw­ne, ow­szem – przy­znał – ale co ja mam z tym wspól­ne­go? – Wsu­nął dło­nie w kie­sze­nie spodni, jak­by chciał przez to ja­sno po­wie­dzieć: „Umy­wam ręce”.

– Ty ją zna­la­złeś, ka­pi­ta­nie, wi­ęc ty się nią zaj­miesz. Tra­fi do two­je­go od­dzia­łu, pod two­je do­wódz­two. – Ko­bie­ta ski­nęła na mnie gło­wą.

Ta gó­ra opa­lo­nych, na­dal na­gich mi­ęśni od­wró­ci­ła się w mo­im kie­run­ku, jak­by pan wku­rzo­ny do­pie­ro te­raz zdał so­bie spra­wę, że w ogó­le tu je­stem. Twarz znie­kszta­łco­na gry­ma­sem gnie­wu wy­da­ła mi się prze­ra­ża­jąca. Je­go ciem­ne oku­la­ry z pew­no­ścią uchro­ni­ły mnie przed mor­der­czym spoj­rze­niem.

– Chy­ba so­bie ja­ja ro­bi­cie. – Na­gle je­go dło­nie za­ci­snęły się w pi­ęści i ude­rzył z mo­cą w ścia­nę, czy­ni­ąc w niej spo­rych roz­mia­rów pęk­ni­ęcie. – Do­wo­dzę gru­pą dziw­ka­rzy, mo­czy­mord, out­si­de­rów, po­pa­pra­ńców i naj­lep­szych żo­łnie­rzy, ja­cy kie­dy­kol­wiek stąpa­li po tej zie­mi, a wy mi chce­cie wpa­ko­wać w to wszyst­ko te­go dzie­cia­ka?!

– Tak – od­po­wie­dział Fitz, uśmie­cha­jąc się prze­bie­gle. – Pra­gnę za­uwa­żyć, że masz w od­dzia­le Drza­zgę.

– Gów­no! Gdy­bym jej ka­zał sprać po mor­dzie któ­re­go­kol­wiek ge­ne­ra­ła, zro­bi­ła­by to bez mru­gni­ęcia okiem!

– Tak. Wi­dać, ta du­pa jest na ka­żde two­je ski­nie­nie – rze­kł alu­zyj­nie. – A ty pro­sisz się o ka­rę dys­cy­pli­nar­ną.

– Ta du­pa jest też cho­ler­nie do­brym żo­łnie­rzem, jed­nym z lep­szych w Co­mie. Nie za­po­mi­naj o tym, ge­ne­ra­le. Po­za tym – Ice wy­ce­lo­wał w nie­go pal­cem – po­trze­bu­je­cie mnie i mo­je­go od­dzia­łu. – Te­raz wska­zał na mnie. – A to… To jest, kur­wa, gwó­źdź do mo­jej trum­ny! Jak nic roz­pier­do­li mi ca­ły ze­spół.

– Wi­ęc two­ja w tym gło­wa, że­by te­go nie zro­bi­ła, sko­ro tak bar­dzo was po­trze­bu­je­my.

Fitz mu­siał cho­ler­nie nie lu­bić Ice’a. Po­dej­rze­wam na­wet dla­cze­go. Po pierw­sze mój przy­szły, jesz­cze nie­do­szły ka­pi­tan do­wo­dził, jak sam twier­dził, naj­lep­szym od­dzia­łem, a po dru­gie był przy­stoj­ny (nie sądzę, by oku­la­ry skry­wa­ły ze­za), do­brze zbu­do­wa­ny i je­śli wzi­ąć pod uwa­gę to, że blond la­la nie od­ry­wa­ła od nie­go swo­ich ma­śla­nych oczu, ko­bie­ty do­słow­nie mu­sia­ły śli­nić się na je­go wi­dok, sa­ma zresz­tą mia­łam ocho­tę wy­trzeć usta.

– A mo­że wąt­pisz w swo­je umie­jęt­no­ści przy­wód­cze, ka­pi­ta­nie, i bo­isz się, że nie po­ra­dzisz so­bie z ta­kim chu­chrem? – pro­wo­ko­wał go da­lej Fitz.

Bo­że, ja ca­ły czas tu sto­ję, pa­no­wie. Czu­łam się go­rzej niż pa­ra śmier­dzących, dziu­ra­wych skar­pe­tek.

– Obyś mi, Fitz, nie wpa­ko­wał do ze­spo­łu He­le­ny Tro­ja­ńskiej, bo oso­bi­ście sko­pię ci du­pę, a pó­źniej rzu­cę ża­rła­czom na po­żar­cie. – Ice zno­wu spoj­rzał na mnie. – Ja pier­do­lę, cze­ka nas woj­na tro­ja­ńska – mruk­nął pod no­sem, jed­nak na ty­le gło­śno, że zdo­ła­łam go usły­szeć.

– Ja wca­le nie chcę być w tej dru­ży­nie – ode­zwa­łam się har­do. Kto by tam chciał słu­żyć zja­ki­miś sek­si­sta­mi ipi­ja­ka­mi?

Mój przy­szły ka­pi­tan w zdu­mie­niu unió­sł brwi tak wy­so­ko, że wy­sta­wa­ły po­nad opraw­ki prze­ciw­sło­necz­nych oku­la­rów. Zda­je się, że na star­cie po­pe­łni­łam coś w ro­dza­ju faux pas.

– Pierw­sza za­sa­da, żo­łnie­rzu! – wy­da­rł się. – Ni­g­dy nie od­zy­waj się bez po­zwo­le­nia! A te­raz jaz­da za mną! – Z fu­rią od­wró­cił się na pi­ęcie i ru­szył w kie­run­ku drzwi.

– Kie­dy ja na­praw­dę nie chcę być w wa­szej dru­ży­nie ani na­wet w woj­sku. – Nie ru­szy­łam się z miej­sca. – Chcę wró­cić do do­mu. – Gdzie­kol­wiek on, do cho­le­ry, jest.

Ka­pi­tan przy­sta­nął w drzwiach i rzu­cił przez ra­mię:

– To jest nas dwo­je, żo­łnie­rzu, ale roz­kaz to roz­kaz.

Szłam krok w krok za nim, ga­pi­ąc się tępo na je­go sze­ro­kie ple­cy. Nie od­zy­waj się bez po­zwo­le­nia, prze­drze­źnia­łam go w du­chu. Roz­kaz to roz­kaz. Oczy­wi­ście, że chcia­łam za­dać mi­lion py­tań. By­łam jesz­cze bar­dziej zdez­o­rien­to­wa­na i oszo­ło­mio­na niż chwi­lę te­mu, choć ad­re­na­li­na bu­zu­jąca w mo­ich ży­łach sku­tecz­nie tłu­mi­ła prze­ra­że­nie. Czy na­praw­dę nie mo­głam tu­taj tra­fić na ja­kąś do­brą du­szę, któ­ra by mi wy­ja­śni­ła, gdzie ja, do cho­le­ry, wy­lądo­wa­łam? To wszyst­ko wy­gląda­ło mi na ja­kąś pie­przo­ną ko­lo­nię kar­ną. Nie do­ść, że pa­trzo­no na mnie jak na dwu­gło­we cie­lę, trak­to­wa­no jak pa­rę dziu­ra­wych skar­pe­tek, to jesz­cze do te­go wszyst­kie­go nie pa­mi­ęta­łam, kim je­stem. Bo­sko! Amo­że to sen? Mo­że to głu­pi, iry­tu­jący sen? Za­raz się obu­dzę! Wy­star­czy, że za­mknę oczy ikie­dy je otwo­rzę, zno­wu będę wszyst­ko pa­mi­ęta­ła. Jak po­my­śla­łam, tak zro­bi­łam, jed­nak gdy tyl­ko po­wie­ki opa­dły, w mo­jej gło­wie po­ja­wił się je­den, nic nie­zna­czący dla mnie ob­raz: sta­re, zie­jące pust­ką miesz­ka­nie i stół na­kry­ty żó­łtym ob­ru­sem. Po­iry­to­wa­na, unio­słam po­wie­ki. Za­mknęłam je po­now­nie. Bez­sku­tecz­nie. Ge­nial­nie!

– Ka­zah, w bu­dyn­ku C za pi­ęć mi­nut – wark­nął do te­le­fo­nu idący przede mną ka­pi­tan.

Zda­je się, że ko­leś w wy­da­wa­niu roz­ka­zów nie miał so­bie rów­nych i był fu­ria­tem ja­kich ma­ło. Naj­wy­ra­źniej nie oba­wiał się wy­le­wu na sku­tek pęk­ni­ęcia ja­kie­jś ży­łki.

Opu­ści­li­śmy du­ży, klo­co­wa­ty bu­dy­nek do­kład­nie tą sa­mą dro­gą, któ­rą szli­śmy go­dzi­nę wcze­śniej. Prze­ci­ęli­śmy du­ży plac po­kry­ty go­rącym jak skur­czy­byk pia­skiem, przez któ­ry po­pa­rzy­łam zmar­z­ni­ęte, bo­se sto­py. Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się przed sy­cze­niem i pod­ska­ki­wa­niem. Na szczęście już po chwi­li we­szli­śmy do ha­li ozna­czo­nej ja­ko C. Ta nie by­ła już tak pil­nie strze­żo­na. Wy­star­czy­ło, że­by ka­pi­tan przy­ło­żył prze­pust­kę do elek­tro­nicz­ne­go czyt­ni­ka, a drzwi sta­nęły otwo­rem.

Wnętrze by­ło sza­ro-ni­ja­kie, oświe­tlo­ne bur­de­lo­wy­mi, czer­wo­ny­mi lam­pa­mi. Po pra­wej stro­nie dłu­gie­go ko­ry­ta­rza ci­ągnął się rząd me­ta­lo­wych drzwi. Na sa­mym ko­ńcu za wy­so­ką la­dą stał pa­ty­ko­wa­ty, ły­sy fa­cet oko­ło czter­dziest­ki. Je­go krza­cza­ste brwi moc­no kon­tra­sto­wa­ły z ły­są gło­wą. Usta mężczy­zny wy­gi­ęły się w za­dzior­nym uśmie­chu, kie­dy nas zo­ba­czył.

– Za­mknij się, Orzeł – uprze­dził go ka­pi­tan. – Gdzie, do ci­ężkiej cho­le­ry, jest Ka­zah?! Zno­wu dup­czy?!

– Yyy… Tu je­stem!

Z pra­wej stro­ny nad­bie­gł chło­pak, mo­że tro­chę młod­szy ode mnie, ale mo­je­go wzro­stu. Miał na so­bie do­brze mi już zna­ną bia­łą ko­szu­lę i czar­ne bo­jów­ki wci­śni­ęte w ci­ężkie bu­cio­ry. Wło­sy wy­go­lo­ne po obu stro­nach gło­wy oraz ster­czący iro­kez wy­smu­kla­ły je­go opa­lo­ną twarz. Oczy Ka­za­ha prze­ska­ki­wa­ły z ka­pi­ta­na na mnie i z po­wro­tem. Uśmie­chał się sze­ro­ko, od­sła­nia­jąc uła­ma­ną gór­ną je­dyn­kę.

– Eee…Wca­le nie dup­czy­łem, Ice – od­pa­rł, grze­bi­ąc przy sprzącz­ce pa­ska – ale oczy­wi­ście, jak naj­bar­dziej mo­głeś tak po­my­śleć. Trze­ba się kie­dyś od­lać, nie? – Po przy­ja­ciel­sku klep­nął ka­pi­ta­na w ra­mię. – Ej, co jest, Ice? Spi­ęty ja­kiś je­steś? Czy­żby Fitz zno­wu na­dep­nął ci na od­cisk?

– Nie twój za­sra­ny in­te­res!

– Ej, wy­ra­źnie po­trze­ba ci do­bre­go bzy­kan­ka. – Do­bre ra­dy za­wsze wce­nie. Cóż, fa­cet fak­tycz­nie wy­glądał na spi­ęte­go.

Ka­pi­tan po­ci­ągnął mnie za ko­szu­lę, o ma­ło nie prze­wra­ca­jąc na zie­mię. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łam, że wła­śnie przed­sta­wia ko­le­dze swo­ją no­wą pan­nę do bzy­ka­nia, czy­li mnie.

– To jest B1T. – Zda­je się, że jed­nak mnie przed­sta­wił.

Bo­sko!

– Yyy… B1 co? – po­wtó­rzył Ka­zah i po­dra­pał się po gło­wie, ro­bi­ąc nie­zbyt in­te­li­gent­ną mi­nę. – Ej, a co to, cho­le­ra, zna­czy?

– Far­ma­ko­lo­gicz­na z ta­tu­ażem – po­wie­dział ka­pi­tan z ta­ką po­gar­dą w gło­sie, że my­śla­łam, że za­pad­nę się pod zie­mię.

– Ooo! – Sądząc po in­te­li­gent­nej re­ak­cji, te­raz i Ka­zah wi­dział we mnie dwu­gło­we cie­lę. – Co mam z nią zro­bić? – spy­tał. – Prze­le­cieć?

Wi­dać chło­pak mu­siał być ja­ki­mś spe­cem w tej dzie­dzi­nie al­bo sek­so­ho­li­kiem.

– Spró­buj ją tknąć, idio­to, a zmie­lę two­je­go fiu­ta na pasz­tet, a pó­źniej sam we­pchnę ci go do gęby!

– Ej, spo­ko, nie iry­tuj się tak, chło­pie. – Unió­sł obie ręce w uspo­ka­ja­jącym ge­ście. – Trze­ba by­ło od ra­zu po­wie­dzieć, że to two­ja no­wa du­pa.

– Dla ja­sno­ści, Ka­zah, to nie jest żad­na mo­ja du­pa! – pie­klił się ka­pi­tan. – Wy­rób jej wszyst­kie prze­pust­ki i skom­ple­tuj ubra­nia. – Zer­k­nął na ze­ga­rek. – O dwu­na­stej trzy­dzie­ści wi­dzi­my się w ho­lu głów­nym kwa­te­ry.

– Yyy… Ona też? – Ka­zah wy­ba­łu­szył oczy.

– Ona też. Je­zu, czy to­bie trze­ba wszyst­ko po­wta­rzać dzie­si­ęć ra­zy?!

Ice od­wró­cił się na pi­ęcie i nie za­szczy­ciw­szy mnie na­wet spoj­rze­niem, ru­szył w głąb ko­ry­ta­rza.

– Ej, to jak ci na imię, dzie­cin­ko? – spy­tał chło­pak z wy­szczer­bio­ną je­dyn­ką.

Prze­sta­łam kon­cen­tro­wać się na umi­ęśnio­nych ple­cach ka­pi­ta­na i utkwi­łam wzrok w tym ma­łym ero­to­ma­nie.

– He­le­na Tro­ja­ńska – od­pa­rłam bez na­my­słu.

– Tra­gicz­nie.

– W rze­czy sa­mej.

Na­stęp­ną go­dzi­nę spędzi­łam, cho­dząc za Ka­za­hem ni­czym sło­ni­ąt­ko za sło­ni­cą. Nor­mal­nie za­sy­pa­ła­bym go set­ką py­tań i żąda­ła od­po­wie­dzi, ale ani na chwi­lę nie prze­stał flir­to­wać z ja­kąś pa­nien­ką, do któ­rej za­dzwo­nił, le­d­wie od­wró­cił się do mnie ple­ca­mi. Sku­pi­łam się za­tem na wy­ra­bia­niu prze­pu­stek i zgar­nia­niu do wiel­kie­go woj­sko­we­go ple­ca­ka wszyst­kich nie­zbęd­nych ciu­chów, z bie­li­zną włącz­nie. Szyb­ko wbi­łam się w majt­ki i krót­kie szor­ty ko­lo­ru kha­ki. Ko­szu­lę so­bie zo­sta­wi­łam, bo cóż, wy­schła i by­ło mi w niej do­brze. Za­ła­do­wa­łam ple­cak po brze­gi i przy­szła ko­lej na pla­sti­ki.

Naj­gor­sze w tym wszyst­kim by­ło to, że wy­gląda­łam kosz­mar­nie, a ko­bie­ta z se­kre­ta­ria­tu o zna­jo­mo brzmi­ącym imie­niu Bar­ba­ra i bu­rzy brązo­wych wło­sów upa­rła się, że ko­niecz­nie trze­ba zro­bić zdjęcie, po­nie­waż prze­pust­ka bez zdjęcia jest nie­wa­żna. Nie mia­łam ma­ki­ja­żu, mo­je wło­sy wy­gląda­ły jak zmo­kła szczo­ta, ale dla niej to by­ło bez zna­cze­nia. Dla mnie by­ła to klęska, zwa­żyw­szy na fakt, że jed­nak będę mu­sia­ła po­ka­zy­wać tę prze­pust­kę od cza­su do cza­su. Już i tak lu­dzie pa­trzy­li na mnie jak na wy­bryk na­tu­ry. Te­raz jesz­cze będą pa­trzeć jak na cho­ler­nie brzyd­ki wy­bryk na­tu­ry. Ozgro­zo!

Na­stęp­ne pi­ęt­na­ście mi­nut prze­sie­dzia­łam w po­cze­kal­ni na me­ta­lo­wym krze­se­łku, ob­ser­wu­jąc, jak Ka­zah po mi­strzow­sku pod­ry­wa pa­nien­kę od pa­rze­nia ka­wy. Cho­ciaż to nie zna­czy, że ja bym po­le­cia­ła na tekst: „Ej, nie wiem, jak ty to ro­bisz, Pa­zur­ku, ale sta­je mi od sa­me­go pa­trze­nia na cie­bie. Chcia­ła­byś się prze­je­chać mo­ją fu­rą?”. Kim trze­ba być, że­by po­le­cieć na coś ta­kie­go? Kim trze­ba być, że­by na dzień do­bry po­często­wać dziew­czy­nę ta­kim tek­stem? Mat­ko, gdzie ja je­stem?

Na szczęście za la­dą po­ja­wi­ła się zno­wu Bar­ba­ra, ukró­ca­jąc w ten spo­sób pod­bo­je Ka­za­ha.

– Pro­szę, to two­je. – Wy­ci­ągnęła do mnie dłoń.

Wsta­łam nie­chęt­nie i ode­bra­łam swo­ją wła­sno­ść. Pod ka­żdą fot­ką, na któ­rej wy­gląda­łam tak, jak się czu­łam, czy­li tra­gicz­nie, wid­nia­ły dwa sło­wa: He­le­na Tro­ja­ńska. No co? Mu­sia­łam po­dać ja­kieś imię, a wła­ści­we­go nie pa­mi­ęta­łam. To wy­mie­nio­ne przez ka­pi­ta­na ja­ko pierw­sze przy­szło mi na my­śl.

Bar­ba­ra przyj­rza­ła mi się ba­daw­czo.

– Ale ci się tra­fił od­dział – wes­tchnęła, a w jej gło­sie wy­czu­łam nut­kę roz­ma­rze­nia. – Nie­jed­na fan­ta­zju­je, by się do nich do­stać, a ty się po­ja­wiasz i od ra­zu lądu­jesz w ze­spo­le naj­sek­sow­niej­szych i naj­lep­szych fa­ce­tów w ca­łej jed­no­st­ce.

Spoj­rza­łam z po­wąt­pie­wa­niem na Ka­za­ha. Ja­ko przed­sta­wi­ciel tych pó­łbo­gów pre­zen­to­wał się tro­chę le­piej niż prze­ci­ęt­nie. Bo­że, czym za­chwy­ca­ła resz­ta te­go mo­tło­chu? Ba, jak mu­sie­li wy­glądać ci, któ­rych uwa­ża­no tu­taj za brzyd­kich?

Bar­ba­ra kur­czo­wo trzy­ma­ła się te­ma­tu.

– Dziew­czy­no, masz szczęście. Je­steś tu­taj za­le­d­wie kil­ka go­dzin, a już zna­la­złaś się w naj­faj­niej­szym od­dzia­le – po­wta­rza­ła się. – Jak te­go do­ko­na­łaś? – Ona na­praw­dę chcia­ła to wie­dzieć. Prze­bi­jał przez nią głód in­for­ma­cji.

– Mia­łam po pro­stu pe­cha – od­pa­rłam szcze­rze.

– Pe­cha? – Ko­bie­ta przyj­rza­ła mi się z nie­do­wie­rza­niem.

Za­pew­ne wzi­ęła mnie za sza­lo­ną. Lu­dzie tu za­bi­ja­li się o to, że­by tyl­ko zna­le­źć się w tej za­ło­dze, a ja gry­ma­si­łam jak trzy­lat­ka. Cóż, po­dej­rze­wa­łam, że oni będą gry­ma­sić tro­chę bar­dziej niż ja, kie­dy mnie zo­ba­czą.

– Ej, ma­my już wszyst­ko – oznaj­mił Ka­zah, opie­ra­jąc łok­cie o wy­so­ką la­dę. – Po­ra po­ka­zać ci hol kwa­te­ry głów­nej Bad Boy­sów. – Uśmiech­nął się ta­jem­ni­czo.

A wi­ęc na­zy­wa­li się Bad Boys. Ma­ło ory­gi­nal­nie, ale za­pew­ne nie bez po­wo­du. Cie­ka­we, jak bar­dzo źli by­li ci chłop­cy?

– Czy to da­le­ko? – spy­ta­łam, kie­dy wy­szli­śmy na ze­wnątrz.

– Eee… Wi­dzisz ten bia­ły dom na sa­mym szczy­cie?

Zwró­ci­łam wzrok do miej­sca, któ­re wska­zy­wał pal­cem. Uj­rza­łam tyl­ko ma­le­ńki punk­cik na wierz­cho­łku ogrom­nej gó­ry. Do­dam, że je­dy­nej w oko­li­cy.

– Mhm – mruk­nęłam, ma­jąc na­dzie­ję, że po­wie, że to nie tam.

– To tam.

Owdu­pę. Za­po­wia­da­ła się mo­zol­na wspi­nacz­ka w pe­łnym sło­ńcu i z ci­ężkim ple­ca­kiem. Bo­sko!

Opu­ści­li­śmy strze­żo­ny te­ren, przy wy­jściu rów­nież po­ka­zu­jąc prze­pust­ki. Chwi­lę szli­śmy piasz­czy­stą dro­gą, po któ­rej obu stro­nach gęsto ro­sły do­rod­ne pal­my. Im bar­dziej od­da­la­li­śmy się od ba­zy, tym częściej po­ja­wia­ły się bia­łe dom­ki, a po chwi­li we­szli­śmy na sze­ro­ką uli­cę ma­low­ni­cze­go mia­stecz­ka. Ślicz­nych, bia­łych dom­ków przy­by­wa­ło. Nie­któ­re oka­za­ły się skle­pi­ka­mi, in­ne ba­ra­mi, a po­zo­sta­łe, jak twier­dził Ka­zah, pe­łni­ły funk­cję kwa­ter głów­nych od­dzia­łów. Do pew­ne­go mo­men­tu dro­ga wy­ło­żo­na by­ła ko­ci­mi łba­mi. Da­lej roz­po­ście­ra­ły się scho­dy pro­wa­dzące chy­ba z ki­lo­metr w gó­rę.

Na mo­je nie­zbyt wpraw­ne oko do­cho­dzi­ło po­łud­nie. Żar lał się z nie­ba. Bu­dyn­ki po­uty­ka­ne gęsto po po mo­jej pra­wej i le­wej stro­nie nie mia­ły szans, by rzu­cić naj­mniej­szy na­wet cień. Umrę tu, po­my­śla­łam.

– Idzie­my pie­szo? – spy­ta­łam non­sza­lanc­ko, nie chcąc wy­jść na mi­ęcza­ka, i chcąc za­su­ge­ro­wać, że o wie­le faj­niej by­ło­by win­dą lub czy­mś in­nym. Mo­że ko­lej­ką gór­ską? He­li­kop­te­rem?

– Ja­sne – od­pa­rł Ka­zah. – Ej, to chy­ba nic ta­kie­go? Zwy­kły spa­ce­rek. Sko­ro do­sta­łaś się do BB, mu­sisz być ki­mś wy­jąt­ko­wym. – Obej­rzał się przez ra­mię, a ja ob­rzu­ci­łam go idio­tycz­nym spoj­rze­niem. – Eee, no wiesz, si­ła, kon­dy­cja, hart du­cha, tech­ni­ki walk wręcz, po­słu­gi­wa­nie się bro­nią, w tym bia­łą, i pa­rę in­nych umie­jęt­no­ści, któ­re przy­da­dzą się przy sie­ka­niu wro­ga – wy­ja­śnił.

Na­praw­dę za­częło mi się zbie­rać na płacz.

– O tak, je­stem wy­jąt­ko­wa jak ja­sna cho­le­ra – skwi­to­wa­łam.

Gdzieś w po­ło­wie dro­gi no­gi od­mó­wi­ły mi po­słu­sze­ństwa. Ko­szu­la zro­bi­ła się z po­wro­tem mo­kra, jak­bym wła­śnie wy­szła z te­go pie­przo­ne­go je­zio­ra. Ka­zah ni­czym ko­zi­ca gór­ska po­ko­ny­wał scho­dy w za­stra­sza­jącym tem­pie, w ogó­le się przy tym nie męcząc. W pew­nym mo­men­cie od­wró­cił gło­wę i sta­nął jak wry­ty. Od ra­zu za­wró­cił, zsze­dł te kil­ka­dzie­si­ąt stop­ni w dół i przyj­rzał mi się ba­daw­czo.

– Ob­raz nędzy i roz­pa­czy – pod­su­mo­wał. – Wy­glądasz jak gów­no w sło­ńcu. Za chwi­lę się roz­pły­niesz.

– Dzi­ęki – od­pa­rłam. – Ty za to świe­żut­ki i pach­nący jak bu­łecz­ki pro­sto z pie­ca, wi­ęc weź mój ple­cak i mi po­móż.

– Ooo, w du­pę Bar­ba­ry. Będą z to­bą sa­me kło­po­ty.

– Też się cie­szę, że je­stem w two­jej dru­ży­nie. – Po­sła­łam mu słod­ko-kwa­śny uśmiech. – Słu­chaj, mo­że mó­głbyś tro­chę zwol­nić, po­ga­da­li­by­śmy. Wy­ja­śni­łbyś mi to i owo – za­pro­po­no­wa­łam.

Zdjął mi ple­cak z ra­mion, za­rzu­cił na swo­je, po czym znie­sma­czo­ny od­wró­cił się ode mnie i ru­szył pod gó­rę, by już po chwi­li zo­sta­wić mnie da­le­ko w ty­le. No i po mi­łej wy­ja­śnia­jącej wszyst­ko po­ga­węd­ce.

Nie wiem, jak te­go do­ko­na­łam, ale ostat­kiem sił do­czła­pa­łam się na sam szczyt. By­łam wy­ko­ńczo­na i z pew­no­ścią od­wod­nio­na, lecz wi­dok roz­po­ście­ra­jący się z gó­ry oka­zał się wart wy­si­łku. W do­le ma­łe dom­ki wy­ra­sta­ły gęsto z zie­mi ni­czym ka­pe­lu­sze pie­cza­rek. Cu­dow­na za­tocz­ka cie­szy­ła oczy chy­ba naj­wi­ęk­sze­go igno­ran­ta. La­zu­ro­we mo­rze za­pra­sza­ło do chłod­nych kąpie­li, a stro­me kli­fy to­czy­ły za­żar­tą wal­kę z na­pie­ra­jący­mi na nie fa­la­mi. Skie­ro­wa­łam wzrok tro­chę da­lej na za­chód. Za gęstwi­ną drzew znaj­do­wał się ko­lej­ny klo­co­wa­ty kom­pleks. Na wscho­dzie na­to­miast doj­rza­łam nie­wiel­ką przy­stań z przy­cu­mo­wa­ny­mi do niej kil­ko­ma mo­to­rów­ka­mi i wi­ęk­szy­mi łaj­ba­mi. Hmm, mo­że nie będzie tu­taj tak źle, pró­bo­wa­łam prze­ko­nać sa­mą sie­bie. Mia­łam tyl­ko na­dzie­ję, że nie będę mu­sia­ła za chwi­lę scho­dzić na dół, bo na przy­kład oka­że się, że cze­goś za­po­mnie­li­śmy. Te­go bym nie prze­ży­ła. Stru­żka po­tu spły­nęła po­mi­ędzy mo­imi pier­sia­mi, a lek­ki wiatr schło­dził roz­grza­ne cia­ło.

– Ej, mo­że­my już ru­szać? Nie mam ca­łe­go dnia, że­by cię nia­ńczyć, ma­ła.

Ka­zah prze­stępo­wał nie­cier­pli­wie z no­gi na no­gę. Mia­łam ocho­tę za­py­tać, co za do­pa­la­cze za­ży­wa, bo chęt­nie skosz­to­wa­ła­bym te­go sa­me­go.

– Ja­sne, idzie­my – po­wie­dzia­łam z mi­ną twar­dziel­ki, ale po raz ko­lej­ny naj­chęt­niej bym się roz­pła­ka­ła.

– Słu­chaj, gdzie my w ogó­le je­ste­śmy? – za­py­ta­łam.

– W Co­mie – od­po­wie­dział.

Aha iwszyst­ko ja­sne.

– A gdzie jest ta ca­ła Co­ma i dla­cze­go nic nie pa­mi­ętam?

– Eee, no Co­ma to jest Co­ma, nie? A nie pa­mi­ętasz, bo śpi­ący tak już ma­ją. Co in­ne­go my. Ty to w ogó­le ewi­dent je­steś. Śpi­ący, któ­ry zo­sta­je żo­łnie­rzem? Pierw­szy raz coś ta­kie­go się wy­da­rzy­ło. To ja już sam nie wiem, czy ty je­steś na pew­no śpi­ącą. Zresz­tą ka­pi­tan wszyst­ko ci wy­ja­śni.

– Aha – przy­tak­nęłam, do­my­śla­jąc się, że cho­dzi­ło mu ra­czej o ewe­ne­ment. „Far­ma­ko­lo­gicz­na”, „śpi­ący”, „co­ma”, te okre­śle­nia dziw­nie har­mo­ni­zo­wa­ły ze so­bą, nie po­tra­fi­łam jed­nak zro­zu­mieć ich sen­su. Mo­że wy­ja­śnie­nia ka­pi­ta­na upo­rząd­ku­ją mętlik w mo­jej gło­wie i do­star­czą mi po­trzeb­nych in­for­ma­cji, abym nie wpa­dła w pa­ni­kę, któ­rej by­łam bli­ska.

Szli­śmy ka­mien­ny­mi pły­ta­mi wzdłuż ży­wo­pło­tu pach­nących hi­bi­sku­sów. W od­da­li ma­ja­czył du­ży, trzy­pi­ętro­wy dom z czer­wo­ną da­chów­ką. Ota­cza­ło go kil­ka do­rod­nych palm, któ­rych li­ście sta­no­wi­ły ide­al­ne pa­ra­so­le bal­ko­no­we, osła­nia­jąc bu­dy­nek przed ostrym sło­ńcem. Na bia­łym prze­ście­ra­dle roz­ci­ągni­ętym tuż nad drzwia­mi od jed­nej ko­lum­ny do dru­giej wid­niał na­pis:

BAR­DZO ŹLI CHŁOP­CY. WEJ­DŹ, JE­ŚLI JE­STEŚ WY­STAR­CZA­JĄCO ZŁY.

Za­częłam się za­sta­na­wiać, co ro­zu­mie­ją pod po­jęciem „wy­star­cza­jąco zły”. Mo­że po­win­nam naj­pierw ko­goś za­bić? A mo­że już to zro­bi­łam i dla­te­go zna­la­złam się w tym miej­scu? Po­wo­li za­czy­na­łam po­dej­rze­wać, że wy­lądo­wa­łam w dzie­wi­ątym kręgu pie­kła.

Wspi­ęłam się po kil­ku stop­niach i ku nie­opi­sa­nej ra­do­ści zna­la­złam się w ogrom­nym, ja­snym, a co naj­wa­żniej­sze, przy­jem­nie chłod­nym ho­lu. Bia­łe ścia­ny tyl­ko po­tęgo­wa­ły to uczu­cie. Przy scho­dach z eg­zo­tycz­ne­go drew­na cze­ka­ły na mnie trzy brązo­we, so­lid­ne skó­rza­ne so­fy. Ajed­nak ktoś się na­de mną zli­to­wał.

Już za­mie­rza­łam się na jed­ną z nich rzu­cić, kie­dy Ka­zah po­sta­wił mój ple­cak na zie­mi, wpa­ko­wał so­bie dwa pal­ce do ust i za­gwiz­dał. Po chwi­li podło­ga się za­trzęsła. Jak nic z gó­ry zbie­gał wła­śnie od­dział sztur­mo­wy. Wiel­kie chło­py o sta­lo­wych mi­ęśniach. By­ło ich czte­rech. Tuż za ni­mi wló­kł się nie­wiel­ki w po­rów­na­niu do nich, wy­ra­źnie za­spa­ny chło­pak o azja­tyc­kich ry­sach, odzia­ny w kwie­ci­stą ko­szul­kę.

– Big Boy, złaź na dół. Mu­sisz to zo­ba­czyć! – wy­da­rł się je­den z ro­słych sztur­mow­ców.

„To” pew­nie mia­ło ozna­czać mnie. Sta­ra­łam się nie spło­nąć ru­mie­ńcem.

– Oby by­ło war­to! – ryk­nął ko­leś z gó­ry.

Po chwi­li u szczy­tu scho­dów po­ja­wił się ol­brzy­mi, wło­cha­ty fa­cet z wło­sa­mi do pa­sa. Miał na so­bie czer­wo­ny za­tłusz­czo­ny be­ret, zwy­cza­jo­wo czar­ne bo­jów­ki i pod­ko­szu­lek z na­pi­sem: „NA CO SIĘ GA­PISZ?”.

Mo­men­tal­nie od­wró­ci­łam wzrok.

– No, no, Ka­zah – za­gwiz­dał. – Za­wsze gu­sto­wa­łeś w młod­szych, ale po co spro­wa­dzi­łeś nam na cha­tę to dziec­ko? Mar­na będzie z niej po­cie­cha – rzu­cił wiel­ko­lud i zła­pał się za tors. – Wo­lę ko­bie­ty o buj­niej­szych kszta­łtach. A je­śli Ice ją tu­taj zo­ba­czy, zro­bi nam pó­łgo­dzin­ny wy­kład o spro­wa­dza­niu pa­nie­nek bez je­go zgo­dy.

Krzyk za­ma­rł mi na ustach. Niech mnie ktoś uszczyp­nie, po­wta­rza­łam w my­ślach jak man­trę.

Ode­zwał się blon­dyn w bok­ser­kach od Ar­ma­nie­go:

– Mnie tam bez ró­żni­cy. Wca­le nie jest ta­ka zła i cyc­ki na­wet ma. Nie jak ta po­przed­nia. – Cmok­nął do mnie w po­wie­trzu. – Daj­cie mi ją na go­dzi­nę, a zro­bię z niej praw­dzi­wą ko­bie­tę. Ice nie mu­si o ni­czym wie­dzieć.– Wy­szcze­rzył się, a pó­źniej wle­pił we mnie głod­ne spoj­rze­nie. – Ktoś chce się za­ło­żyć, co ma pod spodem?

Nie wie­rzę, co za cham. Co ja tu­taj ro­bię? Ma­mu­siu! Któ­rędy do do­mu?

– Ci­sza – wark­nął za­spa­ny chło­pak.

Na­gle z twa­rzy tych spro­śnych sam­ców znik­nęły uśmiesz­ki. Spo­wa­żnie­li, sku­pia­jąc wzrok na czy­mś za mną. Za mo­imi ple­ca­mi roz­brzmia­ły kro­ki, podłu­żny cień zrów­nał się z mo­im na podło­dze, a pó­źniej wy­su­nął jesz­cze do przo­du.

– Mu­si­my po­ga­dać – ode­zwał się zna­jo­my głos.

Ka­pi­tan sta­nął po­mi­ędzy mną a Ka­za­hem. Nie wiem, czym się tak de­ner­wo­wa­łam, ale ser­ce wa­li­ło mi ni­czym młot pneu­ma­tycz­ny. Po­dej­rze­wa­łam, że za chwil­kę przed­sta­wi mnie ca­łej resz­cie, a po pre­zen­ta­cji jak nic wy­buch­nie woj­na tro­ja­ńska. Tfu… Ar­ma­ge­don.

Wy­szcze­ka­ny blon­dyn za­czął się tłu­ma­czyć:

– My jej nie spro­wa­dzi­li­śmy, że­by by­ło ja­sne.

– Ka­zah jak zwy­kle my­śli fiu­tem – po­wie­dział ten drob­ny chło­pak w kwie­ci­stej ko­szul­ce.

– Za­mknąć się wszy­scy! – wy­da­rł się ka­pi­tan.

Dłu­go­wło­sy wiel­ko­lud wy­da­wał się nie­wzru­szo­ny, gdy po­wie­dział:

– Nie mu­sisz się tak wy­dzie­rać, Ice. Wczo­raj­sza li­ba­cja i dzi­siej­szy kac na­praw­dę da­ją nam wy­star­cza­jąco w du­pę. Po­za tym nie je­steś mo­ją ma­mu­sią.

Sły­sza­łam, jak ka­pi­tan na­bie­ra gło­śno po­wie­trza i wy­pusz­cza je ze świ­stem.

– To jest B1T. Far­ma­ko­lo­gicz­na z ta­tu­ażem. – Trze­ba mu od­dać, opa­no­wał się. – Nie mie­li co z nią zro­bić, a po­nie­waż to mnie kop­nął za­szczyt wy­ło­wie­nia jej, wci­snęli ją nam. Przy odro­bi­nie szczęścia znik­nie szyb­ciej, niż zdąży­my się po­za­bi­jać.

Te­go się nie spo­dzie­wa­łam. Za­sa­dy do­bre­go wy­cho­wa­nia na­ka­zu­ją, że­by po­wie­dział coś w sty­lu: „Wi­ta­my w ze­spo­le”. Tym­cza­sem dzi­ęki do­wód­cy oni wszy­scy pa­trzy­li na mnie jak na czar­ne­go ko­ta, któ­ry wła­śnie prze­bie­gł im dro­gę. I co zna­czy „znik­nie”? Zro­bi­łam so­bie men­tal­ną not­kę, aby za­py­tać o to pó­źniej.

– Do­bra, do­bra, Ice. Żar­ty na bok, a te­raz mów, o co cho­dzi. – Wiel­ko­lud skrzy­żo­wał ra­mio­na na pier­si, a je­go ka­mien­na twarz od­pręży­ła się w uśmie­chu.

– Chcia­łbym, że­by to był kiep­ski dow­cip, ale do kur­wy nędzy, nie jest. Pó­źniej za­sta­no­wi­my się, jak po­dzi­ęku­je­my za tę nie­spo­dzian­kę Fit­zo­wi, a te­raz po­wi­taj­my… – Tu na­stąpi­ła chwi­la kon­ster­na­cji. – Jak ci w ogó­le na imię? – spy­tał ka­pi­tan.

No wresz­cie ra­czył na mnie spoj­rzeć, cho­ciaż nie wiem, czy był to po­wód do ra­do­ści. Nie­na­wi­ść prze­bi­ja­ła na­wet przez ciem­ne szkła je­go oku­la­rów. Spo­glądał na mnie z tak twar­dym wy­ra­zem twa­rzy, jak­by roz­wa­żał, czy mo­je imię ma w ogó­le ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie.

Wspa­nia­ło­my­śl­nie wy­ręczył mnie Ka­zah i pal­nął:

– He­le­na Tro­ja­ńska.

– Że jak? – Brwi ka­pi­ta­na po­wędro­wa­ły do gó­ry, a pó­źniej złączy­ły się w jed­ną li­nię.

– Ej, no ta­kie da­ne po­da­ła w biu­rze. – Na do­wód swych słów Ka­zah wy­ci­ągnął z kie­sze­ni ple­ca­ka prze­pust­ki i wręczył je ka­pi­ta­no­wi.

Mo­żli­we, że Ice był fu­ria­tem i bar­dzo, bar­dzo złym chłop­cem, ale na pew­no nie był głup­cem. Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że po­da­jąc ta­kie, a nie in­ne imię oraz na­zwi­sko, zro­bi­łam z nie­go kre­ty­na.

– My­ślisz, że je­steś dow­cip­na, żo­łnie­rzu?

– Tak mi się wy­da­je. Lu­bię swo­je po­czu­cie hu­mo­ru, ka­pi­ta­nie – od­po­wie­dzia­łam har­do.

– Naj­go­rzej, jak się ko­muś coś wy­da­je – skwi­to­wał.

Big Boy, wiel­ko­lud w czer­wo­nym be­re­cie, jak­by do­pie­ro za­ja­rzył.

– Ice, ty mó­wisz po­wa­żnie? To chu­chro, to ma­łe gów­no, ma być w na­szym od­dzia­le? Prze­cież ona nam wszyst­ko spier­do­li.

Pi­ęk­nie. Tyl­ko się nie roz­becz, do­pin­go­wa­łam sie­bie, ale pa­trząc na ich po­wy­krzy­wia­ne w zło­śli­wych gry­ma­sach twa­rze, by­łam z gó­ry ska­za­na na po­tok łez. Je­śli nie te­raz, to pó­źniej.

– Wa­sza w tym gło­wa, że­by ni­cze­go nie spier­do­li­ła – wark­nął ka­pi­tan. – Na­dal obo­wi­ązu­je za­sa­da je­den za wszyst­kich, wszy­scy za jed­ne­go. Je­śli ona nie będzie wy­ra­bia­ła, kar­nia­ki zgra­nia ca­ły ze­spół. Aha – unió­sł pa­lec – wy­pa­tro­szę wam be­be­chy, a uprzed­nio sko­pię du­py, je­śli na ko­niec mie­si­ąca będzie­cie mieć gor­sze wy­ni­ki niż Szer­sze­nie.

Te­raz wszy­scy pa­trzy­li na mnie, a ich spoj­rze­nia mó­wi­ły jed­no: „Sły­sza­łaś, ma­ła? Je­śli osi­ągnie­my kiep­skie wy­ni­ki, to będzie tyl­ko two­ja wi­na, wi­ęc je­śli chcesz, aby wszyst­ko od­by­ło się bez­bo­le­śnie, to le­piej się po­sta­raj”.

– W ogó­le gdzie się po­dzie­wa­ją, do ci­ężkiej cho­le­ry, Co­la i Drza­zga?! – wy­da­rł się ka­pi­tan.

Mnie od ta­kie­go ci­ągłe­go krzy­cze­nia z pew­no­ścią bo­la­ło­by już gar­dło.

– Idę, idę! – Po scho­dach pędził ciem­no­skó­ry chło­pak, owi­ni­ęty w pa­sie ręcz­ni­kiem, z pusz­ką co­li w ręce i z pia­ną we wło­sach. – Prze­pra­szam. By­łem pod prysz­ni­cem – wy­ja­śnił.

Ca­łkiem przy­stoj­na twarz, z któ­rej bi­ły spo­kój i opa­no­wa­nie mi­mo dar­cia ka­pi­ta­na, a te usta…

– Gów­no mnie to ob­cho­dzi! Dla mnie mo­żesz wa­lić jak zgni­łe ja­ja! – stwier­dził „Naj­wa­żniej­szy”.

Chło­pak w kwie­ci­stej ko­szul­ce był in­ne­go zda­nia.

– Bo nie mu­sisz z nim miesz­kać.

Ka­pi­tan spio­ru­no­wał obu wzro­kiem.

– Kie­dy mó­wię dwu­na­sta trzy­dzie­ści, to zna­czy dwu­na­sta trzy­dzie­ści i ani mi­nu­ty pó­źniej. Czy to tak trud­no zro­zu­mieć?!

Co­la upił ostat­ni łyk swo­je­go ulu­bio­ne­go, jak się do­my­śli­łam, na­po­ju, po czym zgnió­tł czer­wo­ną pusz­kę i po­słał ją w kie­run­ku ko­sza na śmie­ci.

– Prze­cież prze­pro­si­łem – po­wie­dział obron­nym to­nem.

Nad­cho­dząca aku­rat tam­tędy dziew­czy­na zro­bi­ła zgrab­ny unik, scho­dząc z tra­jek­to­rii lo­tu.

– Do­bry rzut – po­chwa­li­ła chło­pa­ka i klep­nęła go bez­wstyd­nie w po­śla­dek. – O co bie­ga?

Ka­pi­tan osten­ta­cyj­nie zer­k­nął na ze­ga­rek.

– A ty gdzie się po­dzie­wa­łaś, Drza­zga?

– Go­li­łam się, skar­bie. – Ob­rzu­ci­ła go go­rącym spoj­rze­niem. – Chy­ba nie chcia­łbyś, że­bym się w po­śpie­chu za­ci­ęła tu i ów­dzie? – Ko­kie­te­ryj­nie za­trze­po­ta­ła rzęsa­mi.

– Nie in­te­re­su­je mnie, co ro­bisz z ży­let­ką, do­pó­ki nie pod­ci­nasz so­bie żył, wi­ęc na przy­szło­ść prze­milcz te nic nie­zna­czące in­for­ma­cje – po­le­cił szorst­ko, a Drza­zga zro­bi­ła na­bur­mu­szo­ną mi­nę.

Po­czu­łam się o nie­bo le­piej ze świa­do­mo­ścią, że nie fa­wo­ry­zu­je tej sek­sow­nej kot­ki, wa­lącej do nie­go per skar­bie. Zie­lo­ne oczy sta­no­wi­ły ozdo­bę drob­nej twa­rzy, do któ­rej pa­so­wa­ła ru­da, dy­na­micz­na, krót­ka fry­zur­ka. Oby dłu­go­ść wło­sów by­ła jej wła­snym wy­bo­rem, bo nie chcia­ła­bym ob­ci­nać swo­ich. Przyj­rza­łam się uwa­żnie dziew­czy­nie. Mo­gła mieć oko­ło dwu­dzie­stu sze­ściu lat, po­dob­nie jak resz­ta za­ło­gi. Mia­ła nie­co krzy­wy nos, jak­by źle się zró­sł, i pe­łne, sze­ro­kie usta (mo­że na­wet zbyt sze­ro­kie), a do te­go pi­ęk­ne, wy­spor­to­wa­ne cia­ło. Krót­kie szor­ty ob­na­ża­ły zgrab­ne, ide­al­nie umi­ęśnio­ne no­gi, a czar­ny top na ra­mi­ącz­kach pod­kre­ślał gład­kie, smu­kłe ra­mio­na. Pew­nie po­tra­fi­ła zro­bić trzy­dzie­ści pom­pek na raz.

Big Boy po­spie­szył z wy­ja­śnie­nia­mi:

– Ice przy­pro­wa­dził nam no­we­go człon­ka dru­ży­ny.

– Tę la­lu­nię? – Ru­da wy­ba­łu­szy­ła oczy. – Co ona jest, pier­do­lo­ny ka­mi­ka­ze? – za­kpi­ła, a ca­ła jej po­sta­wa zde­cy­do­wa­nie nie gwa­ran­to­wa­ła nam cu­kier­ko­wej przy­ja­źni. – Nie wie, że zje­my ją żyw­cem? Dzie­cin­ko, wpa­ko­wa­łaś się w nie­złe gów­no.

W od­po­wie­dzi za­ci­ągnęłam się gło­śno po­wie­trzem.

– Ra­cja, coś tu okrop­nie cuch­nie – od­szcze­ka­łam, bo już nie wy­trzy­ma­łam. Nie mo­głam po­zwo­lić, że­by wy­cie­ra­li so­bie mną gęby.

– Wy­star­czy – roz­ka­zał ka­pi­tan. – Nie ma­cie wy­jścia, mu­si­cie się do­ga­dać. Przed­staw­cie się ko­lej­no.

Ja­koś nikt się nie kwa­pił.

– Jaz­da!

Po­dzia­ła­ło. Szko­da, że sta­łam tak bli­sko te­go krzy­ka­cza.

Na pierw­szy plan wy­su­nął się ko­leś z eki­py sztur­mo­wej. Wy­so­ki, bar­czy­sty, wy­szcze­ka­ny blon­dyn. Ten, co to w go­dzi­nę chciał ze mnie zro­bić ko­bie­tę. Gład­ko ogo­lo­na bu­źka, kwa­dra­to­wa szczęka, ma­łe oczka, ale cho­le­ra, ca­łkiem przy­stoj­ny skur­czy­byk.

– Je­stem Me­lon – za­czął, prze­cze­su­jąc ręką wło­sy w ge­ście „Za­pa­mi­ętaj, ma­le­ńka”. – Po­tra­fię opchnąć wszyst­ko. Od grze­bie­nia ły­se­mu po ko­pal­nię ura­nu pa­cy­fi­stom. Skom­bi­nu­ję na szyb­ko rze­czy po­zor­nie nie do zdo­by­cia. Je­śli nie wie­rzysz, mo­że­my się za­ło­żyć.

Chwa­li­pi­ęta, po­my­śla­łam, tyl­ko co to ma do rze­czy? Czy­żbym w krót­kim cza­sie mia­ła za­opa­trzyć się w rze­czy, któ­rych tak na­praw­dę nie po­trze­bo­wa­łam?

– Prze­stań so­bie tak wle­wać. – Dru­gi sztur­mo­wiec po­ci­ągnął go za ra­mię do ty­łu i sam wy­sze­dł na śro­dek. – Pa­sha – przed­sta­wił się opa­lo­ny, ciem­no­wło­sy dry­blas o po­nad gło­wę wy­ższy ode mnie.

Miał pi­ęk­ne czar­ne oczy, w któ­rych mo­gła­bym za­to­nąć. Dwu­dnio­wy za­rost i wy­sta­jące ko­ści po­licz­ko­we. Je­go brwi ukła­da­ły się w dwa ide­al­ne łu­ki, a wło­sy by­ły krót­ko ostrzy­żo­ne, jak na żo­łnie­rza przy­sta­ło.

– Mó­wisz „Pa­sha coś się spie­przy­ło”, a Pa­sha to na­pra­wi. Rzu­cam no­ża­mi do be­stii nie go­rzej niż ka­pi­tan. To jed­na z dwóch rze­czy, w któ­rych je­stem na­praw­dę nie­zły. Mo­gę ci po­ka­zać tę dru­gą. – Su­ge­styw­nie po­ru­szał brwia­mi.

– Nie dzi­ęki – od­pa­rłam. – Dzier­ga­nie ser­we­tek kom­plet­nie mnie nie in­te­re­su­je, ale wie­rzę, że mo­żna so­bie wy­ro­bić przy tym nie­złe bi­cep­sy. – Uśmiech­nęłam się z prze­kąsem, wska­zu­jąc na je­go ra­mio­na.

Wszy­scy ryk­nęli śmie­chem, tyl­ko Pa­shy nie by­ło do śmie­chu. I do­brze, mo­że na­stęp­nym ra­zem nie po­trak­tu­je mnie jak pierw­szą lep­szą la­skę, z któ­rą mo­że się za­ba­wić.

– Coś czu­ję, że ta ma­ła do­star­czy mi przed­niej roz­ryw­ki – wci­ął się nie­bie­sko­oki bru­net.

– Ja pie­przę – rze­kł Pa­sha. – Wy­star­czy jed­na noc, by po­ka­zać ci, kto tu rządzi, ma­ła – rzu­cił do mnie, złow­ro­go szcze­rząc kły.

Na­stęp­nie przy­szła ko­lej na sztur­mow­ca z he­ba­no­wy­mi wło­sa­mi, cze­sa­ny­mi wia­trem, te­go, co li­czył na przed­nią roz­ryw­kę. Miał nie­sa­mo­wi­cie nie­bie­skie oczy, pra­wie tak bar­dzo jak mo­je, ale w ich spoj­rze­niu cza­iło się coś nie­po­ko­jące­go. Je­go nos nie na­le­żał do naj­mniej­szych, usta ra­czej nie grze­szy­ły wiel­ko­ścią, ale kie­dy ze­brać wszyst­ko do ku­py, two­rzy­ło to ca­łkiem in­te­re­su­jącą twarz. Był tym ty­pem fa­ce­ta, któ­re­go zwy­kłam na­zy­wać mrocz­nym.

– Zlu­zuj, dzie­cin­ko. Mó­wią na mnie Pie­tia – ode­zwał się. – Wła­dam mie­czem naj­le­piej z nich wszyst­kich i mo­je ostrze, w od­ró­żnie­niu od no­ża Pa­shy, jest naj­dłu­ższe. – Alu­zyj­nie po­kle­pał się ręką w po­ło­wie uda.

– Wła­śnie wi­dzę. Wa­cek no­gaw­ką ci wy­sta­je. – Z roz­ba­wie­niem ob­ser­wo­wa­łam, jak Pie­tia szyb­ko spo­gląda w dół, a pó­źniej ze zło­ścią na mnie. – Nie wy­sta­je? – za­drwi­łam.

Wiel­ko­lud, zna­czy Big Boy, był do mnie ewi­dent­nie ne­ga­tyw­nie na­sta­wio­ny.

– Ktoś ci po­wi­nien za­ło­żyć ka­ga­niec, Dzi­dzia – wark­nął.

– Ja bym jej za­ło­żył od ra­zu kaj­dan­ki, usta niech ma wol­ne – po­wie­dział ko­lej­ny ze sztur­mow­ców.

Ma­mu­siu, gdzie­kol­wiek je­steś, ra­tuj! Chry­ste, chy­ba mia­łam ja­kąś ro­dzi­nę? Wie­dzia­łam, co to ro­dzi­na, pa­mi­ęta­łam na­praw­dę wie­le rze­czy, z wy­jąt­kiem swo­je­go ży­cia. Zu­pe­łnie jak­by ktoś po­wy­ci­nał w nim no­życz­ka­mi dziu­ry.

– Ko­kos – przed­sta­wił się ama­tor sa­do­ma­so. – Mam naj­lep­sze wy­ni­ki z nich wszyst­kich. Trzy­dzie­ści sie­dem ża­rła­czy w tym mie­si­ącu. Pro­cen­to­wo wy­cho­dzi to do­kład­nie sto pro­cent w ska­li ro­ku. Je­śli chcesz, po­dam ci śred­nią z ostat­nich lat.

Faj­nie, ten przy­naj­mniej nie miał kom­plek­su ptasz­ka. I szcze­rze mó­wi­ąc, nie wy­glądał, jak­by miał ja­ki­kol­wiek kom­pleks. Stał pew­nie na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach, z nie­by­wa­le aro­ganc­kim wy­ra­zem twa­rzy. Ja­sne wło­sy zwi­ązał na kar­ku w kit­kę. Sza­re, by­stre oczy pa­trzy­ły na mnie prze­ni­kli­wie. By­ło w nim coś po­ci­ąga­jące­go. Mo­że ten uśmiech?

Wiel­ko­lud sto­jący obok klep­nął go ol­brzy­mią, wło­cha­tą ręką w ple­cy. Zro­bił to na ty­le moc­no, że aż za­hu­cza­ło w po­wie­trzu.

– Do­bra, do­bra, Ko­kos. Po­cze­kaj do na­stęp­nej ak­cji. Mam tyl­ko dwa ża­rła­cze mniej niż on na swo­im kon­cie. Je­stem Big Boy i za­bi­jam te gnoj­ki go­ły­mi ręko­ma. – Fa­cet scho­wał pi­ęść w swo­jej wiel­kiej ła­pie. – Ma­mu­sia ma­wia­ła, że przy­stoj­na ze mnie be­stia.

Ma­mu­sia mu­sia­ła mieć po­wa­żne pro­ble­my ze wzro­kiem. W ka­żdym ra­zie w to, że Big Boy za­ła­twia ja­kieś tam po­two­ry go­ły­mi ręko­ma, mo­głam aku­rat uwie­rzyć. Ko­leś wy­glądał jak nie­dźwie­dź na ste­ry­dach. Je­go udo mo­gło mieć ob­wód dwu­krot­nie wi­ęk­szy niż ob­wód mo­je­go pa­sa. W tym przy­pad­ku roz­trop­nie po­sta­no­wi­łam nie wy­chy­lać się z ci­ęty­mi ri­po­sta­mi. Po­za tym nie za­ata­ko­wał mnie w swo­jej wy­po­wie­dzi, choć do­sko­na­le ro­zu­mia­łam, że ta pi­ęść by­ła prze­zna­czo­na dla mnie. Zro­bi­łam so­bie men­tal­ną no­tat­kę i do­pi­sa­łam ko­lej­ne py­ta­nie do sta­le po­wi­ęk­sza­jącej się li­sty: „Czy oni tu po­lu­ją na re­ki­ny?”.

Prze­su­nęłam wzro­kiem w bok i utkwi­łam go w czar­no­skó­rym chło­pa­ku.

– Co­la – przed­sta­wił się do­ść ta­jem­ni­czo.

– Okej.

Kiw­nęłam gło­wą, ale już ode­zwał się ten w kwie­ci­stym T-shir­cie:

– Ma­sao, la­lecz­ko. – Za­sa­lu­to­wał.

Tyl­ko nie la­lecz­ko!

– Ma­sao jest mi­strzem sztuk wal­ki. Tyl­ko jed­na oso­ba na tej zie­mi jest w sta­nie po­ko­nać Ma­sao. – Fa­cet mó­wił o so­bie w trze­ciej oso­bie, uro­czo.

Swo­ją dro­gą cie­ka­we, któż jest tym szczęśliw­cem, któ­ry po­tra­fi sko­pać mu ty­łek.

Te­raz przy­szła ko­lej na ru­de­go wam­pa.

– Drza­zga – ode­zwa­ła się gło­sem, któ­ry z re­gu­ły przy­pi­su­je się al­ko­ho­li­kom. Dziew­czy­na wpa­try­wa­ła się w swo­je wy­pie­lęgno­wa­ne dło­nie, kom­plet­nie mnie igno­ru­jąc. – Je­stem naj­lep­szym zwia­dow­cą, ja­kie­go ta ban­da mia­ła. Świet­nie so­bie do tej po­ry ra­dzi­li­śmy bez cie­bie, wi­ęc mo­że wy­świadcz nam przy­słu­gę i wróć tam, skąd przy­by­łaś.

W tym sęk, że nie wie­dzia­łam, skąd przy­by­łam. Mi­mo wszyst­ko za­go­to­wa­ła się we mnie krew. Agdzie so­li­dar­no­ść jaj­ni­ków? Nie mo­głam po­zwo­lić, że­by na dzień do­bry mnie zje­cha­li. Mu­sia­łam im po­ka­zać, że też po­tra­fię być twar­dziel­ką i nic so­bie nie ro­bię z ich cham­skich tek­stów.

– Wie­cie co? Jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łam ty­lu nie­sym­pa­tycz­nych mord na­raz. Mo­że i je­ste­ście naj­lep­si w tym, co ro­bi­cie, ale to chy­ba je­dy­ny po­zy­tyw. Jak do­brze, że po­wie­si­li­ście swo­je zdjęcia. – Ski­nęłam w kie­run­ku ścia­ny z ich fot­ka­mi, dy­plo­ma­mi i od­zna­cze­nia­mi. – Przy­naj­mniej będę mia­ła w co strza­łka­mi rzu­cać. Ka­żde oko pi­ęćdzie­si­ąt punk­tów. Ka­pi­ta­nie? – Od­wró­ci­łam się i na­gle zna­la­złam się bar­dzo bli­sko nie­go.

Zer­k­nęłam w gó­rę i z pew­no­ścią zdra­dził mnie mój ru­mie­niec. Ile lat mó­gł mieć ten fa­cet? Cia­ło z pew­no­ścią na­le­ża­ło do dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­ka, zbli­ża­jące­go się ra­czej do trzy­dziest­ki. Je­go mi­ęśnie zda­wa­ły się wy­ku­te ze sta­li, a on sam spra­wiał wra­że­nie ma­szy­ny do za­bi­ja­nia. W tych swo­ich czar­nych oku­la­rach, w pa­tro­lów­ce i z lek­kim za­ro­stem wy­glądał cho­ler­nie szorst­ko i sek­sow­nie za­ra­zem.

– Oby ci ta bra­wu­ra wy­szła na do­bre, żo­łnie­rzu – po­wie­dział. – Dla ja­sno­ści, nie przy­bie­gaj do mnie z pła­czem, je­śli za­le­zą ci za skó­rę. – Co w wol­nym tłu­ma­cze­niu zna­czy­ło: ra­dź so­bie z ni­mi sa­ma. – Ka­zah – zwró­cił się do chło­pa­ka, wy­ci­ąga­jąc dłoń, w któ­rej trzy­mał klu­cze. – Po­każ jej miesz­ka­nie po San­do­rze.

– Ej, po San­do­rze? – To już nie by­ło obu­rze­nie. To był foch nad fo­chy.

– Ka­pi­ta­nie, ale ja… nie za­mie­rzam… tu… zo­stać… – wy­du­si­łam, ury­wa­jąc za ka­żdym ra­zem, gdy ka­pi­tan sta­wiał ko­lej­ny ener­gicz­ny krok w mo­im kie­run­ku.

Z war­ko­tem wy­ar­ty­ku­ło­wał mi w twarz:

– Od-ma-sze-ro-wać!

Ka­zah za­ci­snął zęby i po­pro­wa­dził mnie do drzwi znaj­du­jących się na le­wo od we­jścia do ho­lu głów­ne­go. Nie mu­sia­łam się od­wra­cać, że­by wie­dzieć, że ca­ła resz­ta po­sy­ła mi w tej chwi­li mor­der­cze spoj­rze­nia. Nie­ma­lże czu­łam, jak wbi­ja­ją mi no­że w ple­cy. Kie­dy tyl­ko we­szłam za Ka­za­hem do miesz­ka­nia, po­spiesz­nie za­mknęłam za so­bą drzwi.

Roz­dział 2 CZAS SIĘ ZA­DO­MO­WIĆ

Pierw­sze, co mnie ude­rzy­ło, to za­pach brud­nych skar­pe­tek i cze­goś trud­ne­go do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia, z pew­no­ścią jed­nak nie­przy­jem­ne­go.

– Eee, daw­no nikt tu nie wcho­dził – wy­ja­śnił Ka­zah. – W za­sa­dzie od ode­jścia San­do­ra.

– Kim on był? – spy­ta­łam, podąża­jąc za chło­pa­kiem przez du­ży sa­lon do otwar­tej kuch­ni.

– Za­rąbi­stym ziom­kiem.

Ty­le mu­sia­ło mi wy­star­czyć. Po raz ko­lej­ny da­no mi do zro­zu­mie­nia, że mam nie wściu­biać no­sa w nie swo­je spra­wy.

– Tu masz klu­cze. Ten ma­ły to od miesz­ka­nia jest, du­ży od drzwi we­jścio­wych. – Ka­zah rzu­cił je na za­ku­rzo­ny blat sto­łu wraz z pli­kiem pa­pie­rów i lnia­nym wor­kiem. – Za­po­znaj się z re­gu­la­mi­nem i ty­mi tam ca­ły­mi da­ny­mi, to się mo­że do­wiesz, gdzie mo­żesz do­stać żar­cie i ta­kie tam.

– Nie mo­żesz mi te­go zwy­czaj­nie po­wie­dzieć?

In­ten­syw­no­ść je­go spoj­rze­nia su­ge­ro­wa­ła, że nie.

– Ro­zu­miem.

– Je­śli nie będziesz wcho­dzi­ła nam w dro­gę i nie będziesz za­wsze ostat­nia, to du­że szan­se, że prze­ży­jesz – po­ra­dził na od­chod­nym.

Za­brzmia­ło jak gro­źba. Wzi­ęłam ją so­bie do ser­ca. Od­pro­wa­dzi­łam wzro­kiem chło­pa­ka do drzwi i do­pie­ro gdy wy­sze­dł, po­zwo­li­łam so­bie na gło­śne wes­tchni­ęcie.

Opa­dłam na za­ku­rzo­ne krze­sło, wzno­sząc przy tym bia­ły pył w po­wie­trze. Ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu. Po pra­wej znaj­do­wał się aneks ku­chen­ny. Rząd bia­łych sza­fek, sta­ra ku­chen­ka ga­zo­wa, na któ­rej sta­ły pod­nisz­czo­ny czaj­nik i błękit­ny gar­nek, otwar­ta mi­kro­fa­la, drew­nia­ny sto­jak na kub­ki. Na­wet dwóch gwiaz­dek bym nie da­ła. To mu­sia­ła być cho­ler­na świ­ąty­nia pa­mi­ęci. Za­je­bi­ście, ko­lej­ny po­wód, dla któ­re­go mo­gli znie­na­wi­dzić mnie jesz­cze bar­dziej.

Po­de­szłam do lo­dów­ki, w któ­rej zna­la­złam trzy pi­wa i wód­kę. Po­trze­bo­wa­łam roz­pacz­li­wie za­spo­ko­ić pra­gnie­nie, ale nie tym. Trza­snęłam wi­ęc drzwia­mi, wy­ła­do­wu­jąc na nich swo­ją na­ra­sta­jącą fru­stra­cję. Mój wzrok po­wędro­wał w stro­nę pó­łki za­wie­szo­nej obok gło­śno ty­ka­jące­go ze­ga­ra. Za­trzy­ma­łam spoj­rze­nie na kil­ku sło­ikach, pacz­ce ty­to­niu, za­pa­łkach i dwóch bi­bu­łkach. Dra­mat. Prze­szu­ka­łam wszyst­kie szaf­ki, ale tam rów­nież nic nie zna­la­złam. Je­dy­nie ja­kieś ta­le­rze, fi­li­żan­ki oraz sta­rą pa­tel­nię, na któ­rej nie ośmie­li­ła­bym się ni­cze­go usma­żyć.

Po le­wej cza­ił się sa­lon. Był na ty­le prze­stron­ny, że mie­ścił stół bi­lar­do­wy usta­wio­ny na pod­wy­ższe­niu pod okna­mi oraz trzy ogrom­ne, mi­ęk­kie i z pew­no­ścią wy­god­ne ka­na­py z wiel­ki­mi, czer­wo­ny­mi po­du­cha­mi. Wszyst­ko w zgra­nym ze­sta­wie z czar­nym sto­li­kiem, dy­wa­nem i ro­le­ta­mi w oknach – do­pra­co­wa­ne do bó­lu. W dwóch kątach sta­ły drew­nia­ne po­piel­nicz­ki w for­mie na­gich ko­biet dźwi­ga­jących mi­sy na gło­wie. Kli­mat jak z ba­ru dla ko­ne­se­rów dy­mu. Na ścia­nie wi­sia­ła pla­zma wiel­ko­ści ekra­nu w ma­łym ki­nie.

Zwie­dzi­łam też ła­zien­kę. Prysz­nic ob­le­pio­ny ka­mie­niem, kil­ka od­pa­da­jących ka­fel­ków w ko­lo­rze „kie­dyś by­łem bia­ły”, umy­wal­ka z rdza­wym za­cie­kiem i lu­stro. To ostat­nie by­ło ni­cze­go so­bie. Po­tra­fi­ło znie­kszta­łcić czło­wie­ko­wi twarz, tak że z tru­dem sie­bie roz­po­zna­wał. Kie­dy prze­su­nęłam się w pra­wo, mój nos ro­bił się nie­pro­por­cjo­nal­nie sze­ro­ki, za to oczy ma­łe i roz­la­złe. Ca­ło­ść zdo­mi­no­wa­ło jed­nak czo­ło. Mia­łam dłu­gie blond wło­sy. Nie był to, co praw­da, mój ko­lor na­tu­ral­ny, ale pa­so­wał do mnie. Usta ani du­że, ani ma­łe. Ta­kie w sam raz, bym po­wie­dzia­ła. Nos wąski i krót­ki. W ko­ńcu do­cho­dzi­my do oczu. Mo­jej ulu­bio­nej części.

Od­bi­cie, któ­re wi­dzia­łam w lu­strze, by­ło zna­jo­me i ob­ce jed­no­cze­śnie. Mia­łam wra­że­nie, że nie pa­trzę na sie­bie, tyl­ko na zu­pe­łnie in­ną oso­bę. Na… Czu­łam, że ta my­śl, roz­wi­ąza­nie pro­stej ła­mi­gów­ki, jest w za­si­ęgu ręki, ale gdzieś mi umy­ka. Nie po­tra­fi­łam so­bie ni­cze­go przy­po­mnieć.

Po po­bie­żnej ana­li­zie mu­sia­łam stwier­dzić, że by­ło to miesz­ka­nie ty­po­wo męskie. Spoj­rza­łam w kie­run­ku bia­łych, roz­su­wa­nych drzwi i wła­śnie tam skie­ro­wa­łam swo­je kro­ki, o ma­ło nie za­bi­ja­jąc się po dro­dze o roz­rzu­co­ne na podło­dze dwa pa­dy do kon­so­li i kil­ka płyt.

Cóż, aż mnie za­mu­ro­wa­ło. Pierw­sza my­śl, któ­ra za­wi­ta­ła w mo­jej gło­wie, to: „Kim był ko­leś, któ­ry tu miesz­kał?”. Bez wąt­pie­nia zna­la­złam się w le­go­wi­sku be­stii. Ol­brzy­mie łó­żko wod­ne zaj­mo­wa­ło nie­mal ca­ły po­kój. To nic, że czar­na na­rzu­ta z pew­no­ścią wy­ma­ga­ła odświe­że­nia, a po­dusz­ki chy­ba już coś za­częło zja­dać, bo pe­łno w nich by­ło dziur. Nie łó­żko jed­nak sta­no­wi­ło o ran­dze te­go po­ko­ju, a su­fit i ścia­ny, któ­re w stu pro­cen­tach, po­mi­ja­jąc dwa okna, zo­sta­ły po­kry­te lu­stra­mi. Gdzie nie spoj­rza­łam, wi­dzia­łam sie­bie. Bo­że, toż to ist­ne gniaz­do roz­pu­sty! Nie wiem, jak dłu­go sta­łam tam z roz­dzia­wio­ną pasz­czą, ale pew­nie tro­chę to trwa­ło.

W ko­ńcu wró­ci­łam do kuch­ni i za­częłam czy­tać czter­na­sto­stro­ni­co­wy re­gu­la­min. Wy­ni­ka­ło z nie­go ja­sno, że je­śli chcę opu­ścić wy­spę, po­trze­bu­ję do te­go prze­pust­ki, a tę wy­dać mi mo­że je­dy­nie ka­pi­tan. Ge­ne­ral­nie do wszyst­kie­go tu­taj nie­zbęd­ne by­ły pla­sti­ko­we kar­ty, co mo­gło sta­no­wić istot­ny pro­blem.

Wy­rzu­ci­łam za­war­to­ść czar­ne­go płó­cien­ne­go wor­ka na blat sto­łu. Wy­sy­pa­ło się z nie­go kil­ka kart i ze­ga­rek. Obej­rza­łam do­kład­nie pla­sti­ki. Nie­bie­ski po­zwa­lał do wo­li ko­rzy­stać z kom­plek­su spor­to­wo-re­kre­acyj­ne­go, w któ­re­go skład wcho­dzi­ły: ba­sen, sau­na, si­łow­nia, dwie sa­le gim­na­stycz­ne, strzel­ni­ca. To aku­rat mi się spodo­ba­ło. Dzi­ęki zie­lo­nej kar­cie mo­głam się na­je­ść do sy­ta za dar­mo, zło­ta zaś umo­żli­wia­ła zro­bie­nie za­ku­pów.

Z te­go, co wy­czy­ta­łam w bro­szur­ce, ka­żdy od­dział skła­dał się z dzie­si­ęciu do pi­ęt­na­stu człon­ków. Ich za­da­niem by­ło trans­por­to­wa­nie S1 do MS lub MG (co­kol­wiek to, u li­cha, ozna­cza­ło) oraz ochro­na B1. W za­mian za to otrzy­my­wa­li oni co­mie­si­ęcz­ny żo­łd. Wła­śnie ta­ki żo­łd znaj­do­wał się na mo­jej kar­cie. Na dzień do­bry zde­po­no­wa­no na niej ty­si­ąc con­tie­nów. Nie mia­łam po­jęcia, czy to du­żo. Czy ku­pię za to wo­dę do pi­cia, czy wy­bu­du­ję ba­sen. Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i wbi­łam wzrok w czar­ny, pla­sti­ko­wy ze­ga­rek. Nie do­łączo­no do nie­go żad­nej in­struk­cji ob­słu­gi. Nic z wy­jąt­kiem nie­wiel­kiej kar­tecz­ki z na­pi­sem: „Za­łóż na­tych­miast i ni­g­dy nie ści­ągaj”. Ta­aa, ja­sne. Nie by­łam aż tak głu­pia. Mo­gło to być coś w ro­dza­ju ob­ro­ży, któ­ra wy­bu­cha, je­śli będę chcia­ła opu­ścić to miej­sce al­bo zde­zer­te­ro­wać. Wci­snęłam brzy­dac­two z po­wro­tem do wo­recz­ka.

Hmm. Żad­nych wska­zó­wek do­ty­czących śpi­ących ani te­go, jak ra­dzić so­bie z utra­tą pa­mi­ęci. Wy­gląda­ło na to, że mu­szę tu zo­stać, pó­ki nie do­wiem się, co się ze mną sta­ło, lub nie od­zy­skam pa­mi­ęci. Co za bez­na­dzie­ja!

Dwa­dzie­ścia mi­nut pó­źniej zde­spe­ro­wa­na, zdo­ło­wa­na, ale jed­no­cze­śnie zde­ter­mi­no­wa­na, czy­li tak zwa­ne po­trój­ne „Z”, scho­dzi­łam ty­mi prze­klęty­mi scho­da­mi z po­wro­tem do mia­stecz­ka. Na ra­mio­nach nio­słam zie­lo­ny woj­sko­wy ple­cak. Do kie­sze­ni we­pchnęłam kar­ty, ze­ga­rek i nie­ko­ńczącą się li­stę za­ku­pów. Po­zy­cję pierw­szą na tej nie­szczęsnej li­ście zaj­mo­wa­ły środ­ki czy­sto­ści. Wszel­kie­go ro­dza­ju pły­ny do czysz­cze­nia ki­bla, ła­zien­ki, kuch­ni, podłóg, plus, rzecz ja­sna, gąb­ki, ścier­ki, mop i coś do­brze od­ka­ża­jące­go. Da­lej pro­szek do pra­nia i płyn do płu­ka­nia. Pod nu­me­rem dru­gim umie­ści­łam pod­sta­wo­we ko­sme­ty­ki i przy­bo­ry dro­ge­ryj­ne, ta­kie jak szczo­tecz­ka i pa­sta do zębów, żel pod prysz­nic, ma­szyn­ki do go­le­nia (ko­niecz­nie!), szam­pon do wło­sów, pod­pa­ski i tam­po­ny.

Czte­ry „cho­le­ry”, pi­ęć „kurw” i dwa po­tkni­ęcia pó­źniej sta­łam u pod­nó­ża wznie­sie­nia. Wmie­sza­łam się w tłum spa­ce­ru­jących sze­ro­ką ulicz­ką. Wi­ęk­szo­ść sta­no­wi­li mężczy­źni w mun­du­rach, rza­dziej ci ubra­ni jak cy­wi­le, za to od­no­to­wa­łam ol­brzy­mi de­fi­cyt jed­no­stek płci pi­ęk­nej. To nie wró­ży­ło nic do­bre­go.

Mi­nęłam dwie re­stau­ra­cje, z któ­rych sączył się ca­łkiem przy­jem­ny za­pach. Skręci­łam w le­wo przy sza­rym, be­to­no­wym biu­row­cu, któ­ry wy­ra­stał tu­taj ni­czym brzyd­ki pryszcz na gład­kiej bu­zi. Na szczęście na ko­ńcu śle­pej ulicz­ki uj­rza­łam upra­gnio­ny su­per­mar­ket. Na nie­wiel­kim pla­cy­ku przed nim sta­ło kil­ka woj­sko­wych sa­mo­cho­dów, za­par­ko­wa­nych rów­no jak od li­nij­ki. Cy­wil­ne­go au­ta jesz­cze tu nie uświad­czy­łam.

Pół go­dzi­ny pó­źniej za­do­wo­lo­na, w o nie­bo lep­szym na­stro­ju, już pra­wie za­po­mniaw­szy o pa­skud­nych fa­ce­tach, pod­je­cha­łam mo­im wóz­kiem do ka­sy. Wy­ło­ży­łam wy­bra­ne przez sie­bie ar­ty­ku­ły na ta­śmę, a chu­dy ka­sjer o bla­dej, wam­pi­rzej ce­rze za­czął wresz­cie prze­ci­ągać je po czyt­ni­ku. W tej chwi­li na­szła mnie pew­na wąt­pli­wo­ść, czy dam ra­dę wró­cić z tym do kwa­te­ry. Po ko­lei upy­cha­łam to­war do ol­brzy­mie­go ple­ca­ka, aż le­d­wie wszyst­ko zmie­ści­łam. Na­stęp­nie po­da­łam chło­pa­ko­wi kar­tę, uśmie­cha­jąc się do nie­go przy­ja­źnie. Wsu­nął ją w ter­mi­nal, a po chwi­li na je­go ob­li­czu za­go­ścił głup­ko­wa­ty gry­mas.

– Kar­tę trze­ba ak­ty­wo­wać i po­dać PIN – oznaj­mił znu­dzo­nym gło­sem, po czym spoj­rzał na mnie lek­ko po­iry­to­wa­ny.

– Yyy… – Du­pa, du­pa, du­pa. Ja­ki, cho­le­ra, PIN?

– Je­steś tu­taj no­wa? – spy­tał ktoś sto­jący w ko­lej­ce za mną.

– Aż tak to wi­dać? – Obej­rza­łam się z drwi­ącym wy­ra­zem twa­rzy.

– Nie­ste­ty.

Uśmiech, i tyl­ko uśmiech, miał po­wa­la­jący. W in­nych oko­licz­no­ściach z pew­no­ścią bym go spła­wi­ła, ale po­nie­waż A) znaj­do­wa­łam się w gów­nia­nej sy­tu­acji, B) nie zna­łam zbyt wie­lu życz­li­wych mi tu­taj lu­dzi, po­sta­no­wi­łam wi­ęc dać mu szan­sę.

– No cóż, je­stem tu­taj no­wa – przy­zna­łam, si­ląc się na uśmiech.

– Zda­je się, że otrzy­ma­łaś ze­ga­rek.

– To pla­sti­ko­we ba­dzie­wie? – Wy­ci­ągnęłam z kie­sze­ni czar­ny wo­re­czek, do któ­re­go wcze­śniej scho­wa­łam ze­ga­rek.

– Wła­śnie. Z re­gu­ły jest tam do­łączo­na ta­ka kar­tecz­ka i ka­żdy, kto zna al­fa­bet i ją prze­czy­ta, na­tych­miast go za­kła­da.

Czy on wła­śnie za­su­ge­ro­wał, że nie umiem czy­tać? Idio­ta!

– Wi­ęc za­łóż go, bo ina­czej nie ak­ty­wu­jesz kar­ty i two­je za­ku­py – ob­rzu­cił mój ple­cak iro­nicz­nym spoj­rze­niem – będą mu­sia­ły zo­stać w skle­pie.