Bestia z Monachium - Rory Clements - ebook + książka

Bestia z Monachium ebook

Rory Clements

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

W tym mieście narodziło się zło

Monachium, lata trzydzieste ubiegłego wieku. Brutalny ruch nazistowski, dla którego to miasto jest duchową ojczyzną, rośnie w siłę. Zdolny detektyw Sebastian Wolff gardzi rządzącą partią polityczną. Kiedy zostaje zamordowana Angielka z wyższych sfer, Wolff otrzymuje rozkaz podjęcia śledztwa. Detektyw czuje się osaczony. W pracy obserwuje go tajna policja, a w domu syn, zagorzały członek Hitlerjugend. Sprawą osobiście interesuje się sam Hitler. Z czasem Wolff nabiera podejrzeń, że zabójca ma powiązania z najwyższymi szczeblami nazistowskiej hierarchii. Rośnie w nim obawa, że jego zadanie jest niewykonalne...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 450

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Dla Cie­bie, Max

Rozdział 1

MONA­CHIUM, CZER­WIEC 1935 ROKU

W dniu, w któ­rym zna­le­ziono zwłoki mło­dej Angielki, Seba­stiana Wolffa zaprzą­tało coś zgoła innego.

Pierw­sze kom­pli­ka­cje poja­wiły się w porze obiadu, kiedy sie­dział w jed­nej ze swo­ich ulu­bio­nych piwiarni, Tirol­kel­ler, za rogiem komendy poli­cji na sta­rym mie­ście. Umó­wił się tam ze swoją dziew­czyną Hexie, żeby uczcić trzy­dzie­ste piąte uro­dziny, a potem wybrać się na odludną plażę w lesie na odle­głym brzegu jeziora Starn­ber­ger. Było to cudow­nie ustronne miej­sce, nie­wy­ma­ga­jące kostiu­mów kąpie­lo­wych i prze­strze­ga­nia zasad przy­zwo­ito­ści. Seb zer­k­nął na zega­rek. Wpół do dru­giej, a jej na­dal nie ma.

Gdzie też może się podzie­wać?

Pew­nie Hof­f­mann zatrzy­mał ją w zakła­dzie foto­gra­ficz­nym, co nie byłoby niczym zaska­ku­ją­cym. Nadęty, zapi­ja­czony dupek uwa­żał się za lep­szego od całej reszty ludz­ko­ści. Czego niby doko­nał, że miał o sobie takie mnie­ma­nie? Lizał tylko tyłek Führera i cały dzień strze­lał zdję­cia swoją małą Leicą w nadziei, że któ­reś wresz­cie wyj­dzie ostre. W oczach Seba­stiana to w ogóle nie była robota dla męż­czy­zny. Nawet dziecko potrafi chwy­cić apa­rat i wci­snąć guzik.

Po dru­giej stro­nie sali kilku mło­dych męż­czyzn w krót­kich skó­rza­nych spoden­kach zacho­wy­wało się nie­zno­śnie. Drę­czyli drob­nego faceta w oku­la­rach i gar­ni­tu­rze, wykrzy­ku­jąc, że Żydzi nie są tu mile widziani i powi­nien wra­cać do Żydo­landu, gdzie­kol­wiek to jest. On się bro­nił, zapew­nia­jąc, że wcale nie jest Żydem, ale to tylko pod­sy­cało ich pogardę i agre­sję.

Chło­paki z pro­win­cji wyraź­nie wpa­dły na jeden dzień do mia­sta. Wie­śniacy, któ­rzy wlali w sie­bie kilka litrów piwa Augu­sti­ner i szu­kali pre­tek­stu do bójki. Ich szy­der­cze wrza­ski zagłu­szały muzyka gra­ją­cego na cytrze oraz roz­mowy innych klien­tów.

Seb nie oba­wiał się wybu­chu więk­szej awan­tury. Rok temu, w tygo­dniach poprze­dza­ją­cych krwawe wyda­rze­nia w Bad Wies­see i w innych miej­scach, spo­dzie­wałby się, że rze­czy­wi­ście może dojść do roz­róby. Ale dziś? Abso­lut­nie nie. Teraz nikt nie odwa­żyłby się wsz­czy­nać burdy w Mona­chium. W hitle­row­skiej uto­pii zło­tego świtu kró­lo­wał pokój i wszy­scy byli szczę­śliwi. Nawet Bru­natne Koszule odło­żyły pałki i kastety.

– Wysta­wiła pana, detek­ty­wie?

Seb odwró­cił się i uśmiech­nął do kel­nerki, któ­rej obfity biust wyle­wał się z dekoltu dirndl. Kobieta trzy­mała w ramio­nach dwa rzędy kufli, nie roniąc ani kro­pli.

– Na to wygląda, Gudrun.

– Głu­pia gąska z tej Hexie. Ja cię przyjmę w każ­dej chwili.

– Och, nie należę do two­jej ligi.

– Możemy spraw­dzić.

Poca­ło­wał ją w spo­cony, nie­przy­pu­dro­wany poli­czek.

– Innym razem, Gudrun. Wyjadę Hexie naprze­ciw. Jeśli się miniemy, poproś ją, żeby na mnie pocze­kała. Wrócę za dzie­sięć minut, zależ­nie od natę­że­nia ruchu.

– Nie zbli­żaj się do Königsplatz, Seb. Znów go prze­bu­do­wują. Bóg jeden wie, co nawy­dzi­wiają tym razem.

– Dzięki.

– I uspo­kój tych mło­dzie­niasz­ków, zanim pój­dziesz, dobrze?

– Dla cie­bie nie­mal wszystko, słońce.

Czarny kot, rezy­dent piwiarni, wężo­wym ruchem otarł się o jego nogi. Seb podał Gudrun pusty kufel, który kobieta jakimś cudem zdo­łała chwy­cić wraz z peł­nymi, po czym schy­lił się i pogła­skał zwie­rzaka, nim ruszył w stronę chło­pa­ków ze wsi. Wszy­scy mieli na sobie naj­lep­sze leder­ho­sen, zapewne uszyte z irchy i przez poko­le­nia prze­ka­zy­wane z ojca na syna. Czy oni je kie­dy­kol­wiek piorą? – zasta­na­wiał się inspek­tor. Setki lat potu, moczu oraz innych wydzie­lin…

Męż­czyźni dostrze­gli go i zmie­rzyli podejrz­li­wymi spoj­rze­niami prze­krwio­nych oczu. Wszy­scy jak na komendę wypchnęli pierś, stro­sząc się niczym pię­ścia­rze przed walką, ale on tylko się uśmiech­nął.

– Ucisz­cie się, chłopcy – rzu­cił.

Jeden z nich, naj­więk­szy i naj­bar­dziej czu­purny, przy­su­nął twarz do twa­rzy detek­tywa, ale on nawet nie drgnął.

– Do kogo te słowa, koleś? – wark­nął zaczep­nie wie­śniak.

Seb wyjął pisto­let służ­bowy i przy­ci­snął lufę do paskud­nego nosa mło­dego męż­czy­zny. Łobuz sku­lił się, jakby już został postrze­lony, a ozdo­biony gams­bart kape­lusz spadł mu z głowy. Poli­cjant uśmiech­nął się ponow­nie, wyjął odznakę i poka­zał ją roz­ra­bia­kom.

– Jesz­cze raz piśnie­cie, a tra­fi­cie do przy­tul­nej celi za rogiem przy Ett­strasse.

Mło­dzieńcy nagle się uspo­ko­ili. Ten potężny schy­lił się i pod­niósł kape­lusz.

Znów było sły­chać cytrę. Taką moc posia­dała odznaka świad­cząca o przy­na­leż­no­ści do poli­cji kry­mi­nal­nej – Kripo – czy jaki­kol­wiek inny choćby odle­gle ofi­cjalny emble­mat w trze­cim roku pano­wa­nia Trze­ciej Rze­szy. Wielcy gang­ste­rzy rzą­dzili kra­jem, więc małe płotki stra­ciły rezon. Szkoda, pomy­ślał Seb, temu naj­więk­szemu i naj­gło­śniej­szemu przy­da­łoby się roz­kwa­sić nos, a on nad wyraz chęt­nie pod­jąłby się tego zada­nia. Tym­cza­sem tylko postu­kał się Wal­the­rem w pierś.

– Baw­cie się dobrze, chłopcy. Byle cicho.

Gdy ruszył do drzwi, pod­biegł do niego mały czło­wie­czek, któ­rego drę­czyli.

– To kłam­stwo, co mówili – oznaj­mił. – Nie jestem Żydem.

Detek­tyw spoj­rzał na męż­czy­znę chłodno. Dla niego był zwy­kłym szczu­rem. Bez słowa wyszedł na zewnątrz i ode­tchnął głę­boko. Miał trzy­dzie­ści pięć lat i w ten piękny czerw­cowy dzień cał­kiem przy­jem­nie było czuć, że się żyje.

Rozej­rzał się po ulicy i na chwilę zatrzy­mał wzrok na stra­ga­nie z owo­cami i warzy­wami, od nie­pa­mięt­nych cza­sów pro­wa­dzo­nym przez jed­no­no­giego wete­rana, który wła­śnie sprze­da­wał młode ziem­niaki paru bab­ciom i przy­sa­dzi­stemu face­towi z Bru­nat­nych Koszul.

Z dru­giej strony grupka tury­stów – Ame­ry­ka­nów, sądząc po kroju ubrań – gapiła się na wyso­kie, zwień­czone kopu­łami wieże naj­słyn­niej­szej mona­chij­skiej świą­tyni, Frau­en­kir­che. Ame­ry­ka­nów zawsze dało się roz­po­znać. Wszy­scy byli dobrze odży­wieni i gło­śni oraz pełni uwiel­bie­nia dla nazi­stow­skiego kiczu, więc z zapa­łem kupo­wali pocz­tówki z podo­bi­zną Führera. Przy­jeż­dżali do Bawa­rii dla „zdro­wia i kul­tury”, jak gło­siły reklamy na pla­ka­tach biur podróży i w nowo­jor­skich gaze­tach.

Gudrun miała rację. Rze­czy­wi­ście pano­wał duży ruch. Samo­chody led­wie sunęły, a woź­nica na cią­gnię­tej przez cztery zmę­czone konie plat­for­mie z becz­kami piwa, która utknęła w korku, trza­skał biczem w stronę powo­zów i samo­cho­dów, szpet­nie prze­kli­na­jąc.

Kabrio­let Lan­cia Augu­sta – wielka duma i chluba Seba – stał zapar­ko­wany przed karczmą.

Trzy lata temu ta pięk­ność zapewne zosta­łaby ukra­dziona lub znisz­czona przez któ­rąś z bojó­wek SA gra­su­ją­cych po mie­ście, ale w czerwcu zeszłego roku po śmierci ich przy­wódcy Roehma, stra­co­nego w wię­zie­niu Sta­del­heim po puczu w Wies­see, Bru­natne Koszule zostały wyka­stro­wane niczym psy, a ulice znów stały się względ­nie bez­pieczne.

Lan­cia miała czer­wony lakier i Seb kochał ją nie­mal tak bar­dzo jak Hexie, choć dziew­czyna uwa­żała, że jest odwrot­nie. W końcu ni­gdy nie wyznał jej miło­ści. Nie chciał, by fräulein nabiła sobie głowę mrzon­kami. Zosta­wił samo­chód i ruszył żwa­wym kro­kiem. Jazda autem mijała się z celem.

Przy­czyną zatoru był wielki plan Adolfa, by prze­ro­bić Königsplatz na kolejny plac defi­la­dowy i nazi­stow­skie miej­sce kultu, jakby oddziały masze­ru­jące po mie­ście w pod­ku­tych meta­lem bucio­rach mu nie wystar­czały. Już od mie­sięcy roboty budow­lane miały wpływ na całe cen­trum mia­sta. Roz­ko­py­wano ulice, by wznieść dwa sank­tu­aria na szczątki męczen­ni­ków, któ­rzy ponie­śli śmierć w puczu roku tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego trze­ciego.

Poli­cjanci dro­gowi w bia­łych ręka­wicz­kach wywo­ły­wali jesz­cze więk­sze zamie­sza­nie, gwał­tow­nie macha­jąc rękami i pró­bu­jąc zawró­cić wozy i samo­chody, by skie­ro­wać je tam, dokąd wcale nie zamie­rzały jechać.

Seb się tym nie przej­mo­wał. To był piękny dzień na prze­chadzkę, a do pra­cowni foto­gra­ficz­nej Hein­ri­cha Hof­f­manna w Schwa­bing miał nie­całe dwa kilo­me­try.

Dotarł do Len­bach­platz, a potem powę­dro­wał Barer Strasse na pół­noc, mija­jąc Karo­li­nen­platz, na któ­rym stało mnó­stwo maszyn budow­la­nych i funk­cjo­na­riu­szy SS. Ulica na zachód, obok Bru­nat­nego Domu i dalej na Königsplatz, była cał­ko­wi­cie odcięta. Pano­wał tu okropny hałas, a w powie­trzu wisiał kurz.

Hexie nie było w pra­cowni foto­gra­ficz­nej. Druga dziew­czyna, ta, która zastę­po­wała Evie Braun i któ­rej imię wypa­dło mu z pamięci, powie­działa, że Hexie musiała zanieść paczkę odbi­tek dla Hof­f­manna do Oste­rii Bava­rii. Seb podzię­ko­wał jej i ruszył wzdłuż Schel­ling­strasse.

Na chod­ni­kach i wzdłuż ulicy przed restau­ra­cją zgro­ma­dził się tłum, co mogło ozna­czać tylko jedno: roze­szła się wieść, że Adolf jedzie tu na obiad ze swo­jego ustro­nia w górach w Obe­rsal­zberg.

Led­wie detek­tyw zdą­żył o tym pomy­śleć, poja­wił się orszak przy­wódcy: trzy wiel­kie, czarne Mer­ce­desy z otwar­tymi dachami, wio­zące ofi­ce­rów SS i samego Adolfa, sie­dzą­cego na tyl­nej kana­pie środ­ko­wego auta w towa­rzy­stwie głów­nego ochro­nia­rza i adiu­tanta, wyso­kiego jak żyrafa Wil­helma Brücknera.

Seb zatrzy­mał się, żeby popa­trzeć. Tłum zaczął wiwa­to­wać, po czym jak na komendę wzniósł ręce w sztyw­nym salu­cie. Dwie młode kobiety, wła­ści­wie jesz­cze nasto­latki, roz­darły bluzki, pre­zen­tu­jąc swo­jemu boha­te­rowi jędrne piersi. Dwóch uśmiech­nię­tych eses­ma­nów natych­miast sta­nęło przed dziew­czę­tami, dba­jąc o ich przy­zwo­itość, a także o god­ność swo­jego przy­wódcy.

Jeśli nawet Hitler zauwa­żył ten ama­tor­ski strip­tiz, nie dał tego po sobie poznać, na­dal odpo­wia­dał wyznaw­com dość leniwą wer­sją swo­jego słyn­nego salutu. Samo­chody się zatrzy­mały i oddział ciężko uzbro­jo­nych eses­ma­nów roze­pchnął tłum, robiąc przej­ście.

Otwo­rzyły się drzwi auta i w tej samej chwili zna­joma postać Hexie Schu­ler poja­wiła się w wej­ściu do auste­rii. Widząc, kto przy­był, dziew­czyna wci­snęła się w ścianę. Seb pochwy­cił jej spoj­rze­nie, a ona wykrzy­wiła twarz, jakby chciała powie­dzieć: „W co ja się wpa­ko­wa­łam?”.

Adolf, wysiadł­szy z Mer­ce­desa z psem na krót­kiej smy­czy, poświę­cił pół minuty na macha­nie do zgro­ma­dzo­nych dużą, bladą dło­nią, przez co wyglą­dał jak tre­so­wany lew mor­ski. Potem szybko się odwró­cił i scho­wał za drzwiami swo­jej ulu­bio­nej wło­skiej restau­ra­cji, cią­gnąc za sobą pięk­nego owczarka nie­miec­kiego i mija­jąc Hexie, jakby nie ist­niała.

Dziew­czyna objęła Seba, skła­da­jąc mu życze­nia uro­dzi­nowe, a wtedy detek­tyw poczuł, że ktoś go cią­gnie za lewe przed­ra­mię. Odwró­cił się i sta­nął twa­rzą w twarz z nija­kim męż­czy­zną z prze­rze­dzo­nymi wło­sami i policz­kami pozna­czo­nymi śla­dami po ospie. Miał koło trzy­dzie­stu lat i był ubrany w brudny, szary gar­ni­tur, popla­miony zupą kra­wat i sfa­ty­go­waną fedorę. Seb od razu się zorien­to­wał, że to ktoś z Bawar­skiej Poli­cji Poli­tycz­nej – ośli­zgłych gnid zna­nych w Ber­li­nie i innych czę­ściach Nie­miec jako Gestapo. Widy­wał tego typa oka­zjo­nal­nie w Pre­zy­dium Poli­cji przy Ett­strasse i wie­dział, że na pewno nie pra­cuje w nie­upo­li­tycz­nio­nym oddziale kry­mi­nal­nym.

Eses­mani nawo­ły­wali tłum do rozej­ścia się, ale ludzie się ocią­gali, jakby w nadziei, że Adolf w każ­dej chwili może poja­wić się ponow­nie, by się ukło­nić i poma­chać na bis. Dziew­częta, które się obna­żyły, zapi­nały wła­śnie bluzki, flir­tu­jąc z eses­ma­nami, któ­rzy zasło­nili je przed wzro­kiem przy­wódcy. Coś pod­po­wia­dało Sebowi, że spo­tkają się z nimi póź­niej, by zawrzeć bliż­szą zna­jo­mość.

– Nie­na­wi­dzę tego miej­sca – wyznała Hexie, igno­ru­jąc poli­truka i wska­zu­jąc głową Oste­rię Bava­rię. – Hof­f­man­nowi towa­rzy­szyła ta okropna Angielka. Wiesz, ta wysoka blon­dyna z pal­cami jak białe mona­chij­skie kieł­ba­ski.

– Nazywa się Mit­ford. Cią­gle tam prze­sia­duje.

Męż­czy­zna wzmoc­nił uścisk i Seb odwró­cił się, uno­sząc zaci­śniętą pięść, by prze­fa­so­no­wać jego paskudną facjatę.

– Tak? – ode­zwał się poiry­to­wa­nym tonem. – W czym mogę pomóc?

– Bawar­ska Poli­cja Poli­tyczna. Nie zasa­lu­to­wał pan Führerowi. Wszy­scy to zro­bili, a pan nie.

– Pro­szę wyba­czyć, zde­kon­cen­tro­wał mnie widok dziew­czę­cych cyc­ków.

– Co pan powie­dział?

– Sły­szał pan, a teraz pro­szę mnie puścić.

– Budzi pan moją odrazę. Nie wygląda pan na par­szy­wego Żyda, więc kim pan jest? Bol­sze­wi­kiem?

– Ręce przy sobie, póki grzecz­nie pro­szę.

– Ma pan czel­ność tak mówić do ofi­cera BPP?

– Będę mówił, jak mi się podoba. A teraz niech pan idzie uprzy­krzać życie komuś innemu, zanim tu się poleje krew.

– Jak pan śmie?! Jest pan cho­ler­nym czer­wo­nym, tak? Nie­bez­pieczny ele­ment!

– Jesz­cze chwila i sam się pan prze­kona, jak bar­dzo.

– Nazwi­sko! – wark­nął męż­czy­zna.

Seb wycią­gnął odznakę.

– Wolff. Stoi tu jak byk. Inspek­tor Seba­stian Wolff. Wydział zabójstw, Pre­zy­dium Poli­cji, Ett­strasse dwa. I ow­szem, dla prze­stęp­ców jestem nie­bez­pieczny. Dla porząd­nych oby­wa­teli – ni­gdy. Skoń­czy­li­śmy?

– A, czyli jest pan gliną, tak? Wyda­wało mi się, że gdzieś już pana widzia­łem. Cóż, to panu nie pomoże. Zabie­ram pana do kwa­tery BPP. – Męż­czy­zna rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię i go roz­dep­tał.

Hexie sta­nęła mię­dzy Sebem a małym gnoj­kiem.

– To nie­do­rzeczne! – prych­nęła. – Wra­caj do swo­jej zapchlo­nej nory, szczu­rze.

Seb lepiej by tego nie ujął, nie­mniej jed­nak jej słowa nie popra­wiły sytu­acji. Herr BPP nie mógł się teraz wyco­fać, ule­ga­jąc roz­wście­czo­nej kobie­cie. To by było upo­ka­rza­jące.

– Pani nazwi­sko też popro­szę.

– Moje nazwi­sko to nie pań­ski inte­res. Ale mogę panu zdra­dzić jedno: pra­cuję dla naj­lep­szego przy­ja­ciela Führera, Hein­ri­cha Hof­f­manna, i pano­wie są w tej chwili razem w restau­ra­cji. Jeśli cokol­wiek mi się przy­da­rzy, nakar­mią panem świ­nie. Capi­sce?

Dopiero to naprawdę roz­sier­dziło herr BPP. I w ten wła­śnie spo­sób Seba­stian wylą­do­wał w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w Dachau. Dzięki, Hexie, pomy­ślał, gdy facet wezwał do pomocy ofi­ce­rów SS, któ­rzy wpa­ko­wali inspek­tora na tylne sie­dze­nie samo­chodu. Zawsze mia­łaś nie­wy­pa­rzony język.

Rozdział 2

Bez pro­cesu, bez adwo­kata, nawet bez moż­li­wo­ści zadzwo­nie­nia do szefa w komen­dzie poli­cji, do matki czy syna. Wystar­czył roz­kaz star­szego ofi­cera pań­stwo­wej taj­nej poli­cji, że ma zostać prze­wie­ziony do Dachau i zamknięty w aresz­cie w ocze­ki­wa­niu na prze­słu­cha­nie, by zna­lazł się w fur­go­netce zmie­rza­ją­cej na pół­nocny zachód od Mona­chium. Towa­rzy­szyło mu trzech innych więź­niów – jed­nym był pro­fe­sor poli­tech­niki, na któ­rego zło­żono donos, że kon­te­stuje wyrzu­ce­nie z pracy swo­jego żydow­skiego kolegi. Pozo­stałą dwójką byli ponury komu­ni­sta i jasno­oki świa­dek Jehowy. Nie oskar­żono ich o żadne kon­kretne prze­stęp­stwo, tylko uznano za „nie­bez­pieczny ele­ment”.

W obo­zie zapro­wa­dzono Seba do tak zwa­nej „odstawki”, gdzie go zare­je­stro­wano, a następ­nie pozba­wiono ubrań i rze­czy oso­bi­stych, na które skła­dały się port­fel, odznaka i tro­chę bilonu. Poli­cyj­nego Wal­thera PPK kali­ber sie­dem sześć­dzie­siąt pięć mili­me­trów ode­brano mu już wcze­śniej w sie­dzi­bie poli­cji w Pałacu Wit­tels­ba­chów.

Przez pełne dzie­sięć minut stał nago, pod­czas gdy eses­mani wcho­dzili i wycho­dzili z pokoju, oka­zjo­nal­nie zer­ka­jąc na niego z róż­nym pozio­mem obo­jęt­no­ści. Potem zapro­wa­dzono go do łaźni dla więź­niów, gdzie został pod­dany dezyn­fek­cji i zmu­szony do dokład­nej kąpieli, zanim wró­cił do odstawki. Tam otrzy­mał nie­do­pa­so­wany zestaw uży­wa­nych ubrań obo­zo­wych, poprzed­nio nale­żą­cych, jak go poin­for­mo­wano, do więź­nia, który zgi­nął pod­czas próby ucieczki. Seb zało­żył, że mówią to wszyst­kim nowo przy­by­łym, żeby wybić im z głowy zbli­ża­nie się do dru­tów pod napię­ciem.

W końcu dostał szczo­teczkę do zębów, małą kostkę mydła, cynowy kubek i talerz, a następ­nie został odpro­wa­dzony do jed­nego z bara­ków, w któ­rym stały rzędy drew­nia­nych trzy­pię­tro­wych nie­wy­god­nych prycz. Bez mate­raca, tylko twarde drewno, sien­nik i cienki koc – do znie­sie­nia w czerwcu, w zimie pew­nie już nie.

Blo­ko­wym był wścib­ski facet o nazwi­sku Rudolf Höss, pod­ofi­cer Oddziału Tru­piej Czaszki SS z odpo­wied­nim ozna­cze­niem na czapce. Chęt­nie się uśmie­chał i wyglą­dał, jakby miał dobry humor. Seb wie­dział, że to tylko pozory, ponie­waż posia­dał istotną dla detek­tywa umie­jęt­ność czy­ta­nia z twa­rzy i facet mu się nie podo­bał. Czuł, że świat byłby lep­szym miej­scem, gdyby herr Höss był tu więź­niem, a nie straż­ni­kiem.

Blo­kowy zapew­nił Seba, że jeśli nie sprawi kło­po­tów, jego pobyt w obo­zie prze­bie­gnie sto­sun­kowo bez­bo­le­śnie, nato­miast jeśli nie będzie wypeł­niał roz­ka­zów, dbał o porzą­dek i odpo­wied­nio wyko­ny­wał pracy lub zacznie kraść jedze­nie czy papie­rosy, narazi się na chło­stę. Albo gorzej.

Zer­k­nął w rejestr nowych więź­niów, a gdy się zorien­to­wał, że Seb ma dziś uro­dziny i jest poli­cjan­tem, skar­cił go za brak lojal­no­ści wobec Führera. Zim­nym, wynio­słym tonem oznaj­mił mu, że spla­mił honor służb i musi przejść reedu­ka­cję.

– Przy­by­wasz tu jako wróg pań­stwa, lecz opu­ścisz to miej­sce jako dobry, posłuszny Nie­miec, albo nie opu­ścisz go wcale.

Dodał, że jeśli Wolff będzie się dobrze zacho­wy­wał i jego reha­bi­li­ta­cja prze­bie­gnie pomyśl­nie, odzy­ska wol­ność za pół roku.

Seb nawet się nie pofa­ty­go­wał, by odpo­wie­dzieć. Jaki to by miało sens?

– I zapa­mię­taj – kon­ty­nu­ował Höss. – Nie masz żad­nych praw. Jesteś zwy­kłym gów­nem i tak będziesz trak­to­wany.

Ponu­rzy i wyczer­pani więź­nio­wie wra­cali wła­śnie do baraku po całym dniu pracy. Więk­szość wyglą­dała, jakby wię­zie­nie ich zła­mało, jakby ich dusze ule­ciały przez mar­twe oczy. Żaden nawet nie ode­zwał się do Seba, co go nie mar­twiło, ponie­waż nie miał nastroju na poga­wędki.

Wzięli bla­szane tale­rze i poma­sze­ro­wali do kuchni. Dostali na kola­cję kawa­łek czar­nego chleba z por­cją cien­kiej, nie­przy­pra­wio­nej zupy – kapu­sta, ziem­niaki i parę chrzą­stek. Detek­tyw nie miał na nią ochoty, ale gdy odsu­nął miskę, facet sie­dzący obok z rado­ścią ją prze­jął i pochło­nął w kilka sekund.

– Dobre było? – zapy­tał Seb.

– Ni­gdy nie jest, ale jutro zjesz. Gwa­ran­tuję ci.

– Dla­czego tu wylą­do­wa­łeś?

– Nikt o to nie pyta. Wszy­scy jeste­śmy tu z tego samego powodu: pulch­nego typa z wąsi­kiem.

Na wie­czor­nym apelu nie było blo­ko­wego Hössa, lecz wia­do­mość o uro­dzi­nach nowego dotarła do jego zastępcy, jesz­cze mniej sym­pa­tycz­nego osob­nika, który kazał Sebowi wystą­pić przed sze­reg.

– Ten czło­wiek to naj­gor­szy z naj­gor­szych – poin­for­mo­wał zgro­ma­dzo­nych więź­niów. – Jest, czy raczej był, ofi­ce­rem w Mona­chij­skiej Poli­cji Kry­mi­nal­nej, ale oka­zał brak sza­cunku i lojal­no­ści wobec Führera, który zapew­nił mu pracę i poży­wie­nie. Dziś są uro­dziny inspek­tora Wolffa, więc świę­tujmy. Nie­stety nie będzie tortu, ale możemy mu zapro­po­no­wać wie­czorne wyj­ście, by uczcić ten dzień i god­nie powi­tać go w Dachau.

Wie­czorne wyj­ście. To była jego wer­sja poczu­cia humoru. Wie­czorne wyj­ście w Dachau ozna­czało sta­nie na bacz­ność na placu ape­lo­wym od zmierz­chu do świtu.

Przy­naj­mniej w lecie ciem­ność nie tylko trwała kró­cej, ale też było cie­pło i nie zano­siło się na deszcz. Noc mijała, a Seb coraz dotkli­wiej odczu­wał ból ramion i krę­go­słupa – zno­sił jed­nak gor­sze rze­czy na noc­nej wach­cie w oko­pach, więc to też zamie­rzał prze­trwać. Głów­nym pro­ble­mem był pełny pęcherz. Nim nastał świt, inspek­to­rowi roz­pacz­li­wie chciało się sikać.

Gdy niebo poja­śniało i roz­legł się dźwięk pobudki dla więź­niów, Seb zaczął mieć nadzieję, że wytrzyma. W końcu słońce musnęło drut kol­cza­sty na sza­rym beto­no­wym murze po wschod­niej stro­nie pod wieżą straż­ni­czą, a inspek­tor uznał, że mu się udało. Poko­nał tych bydla­ków.

Było to drobne zwy­cię­stwo i nie­stety bar­dzo krót­ko­trwałe.

Wła­śnie sobie gra­tu­lo­wał, kiedy nad­szedł jego oprawca.

– Dobra robota, więź­niu Wolff, nie prze­wró­ci­łeś się.

– Nie.

– Co powie­dzia­łeś?

– Powie­dzia­łem „nie”, w takim zna­cze­niu, że się nie prze­wró­ci­łem.

– A pozwo­li­łem ci się ode­zwać? Możesz mówić, tylko gdy dosta­niesz pole­ce­nie.

– Rozu­miem.

– I znów to zro­bi­łeś. Wycią­gnij ramiona pro­sto­pa­dle do torsu.

Seb wyko­nał pole­ce­nie.

– Będziesz tak stał do połu­dnia. Jeśli powiesz choćby słowo albo się poru­szysz, będziesz stał do pół­nocy. A potem chło­sta. – Poka­zu­jąc w uśmie­chu żółto-czarne zęby, straż­nik sma­gnął Seba szpi­crutą po obu policz­kach. Mocno.

Detek­tyw nie krzyk­nął, ale prze­grał walkę. Stra­cił kon­trolę nad pęche­rzem i się zmo­czył.

Wszelki opór był daremny. Gdyby zapro­te­sto­wał, dostałby po pro­stu cięż­szą i dłuż­szą karę, musiałby tak stać przez wiele godzin. Czuł się skraj­nie zaże­no­wany. Policzki miał zaczer­wie­nione od szpi­cruty i wstydu. Nie zsi­kał się w gacie, od kiedy był małym dziec­kiem. Teraz cie­pły mocz spły­wał mu po nogach, a on czuł jego zapach.

Nie miał żad­nych fizycz­nych ran, siń­ców czy pręg, ale ból i upo­ko­rze­nie doskwie­rały mu wystar­cza­jąco mocno. Do tego poja­wił się nowy pro­blem: pra­gnie­nie.

Usta miał wyschnięte, gar­dło obo­lałe.

A potem, o jede­na­stej, blo­kowy Höss znów się poja­wił.

Seb napiął ramiona, trzy­ma­jąc je sztywno w pozy­cji, i zaci­snął usta.

Höss przy­glą­dał mu się przez całą minutę, po czym wes­tchnął.

– No cóż, więź­niu Wolff, jesteś wolny. Możesz uznać się za szczę­ścia­rza, że omi­nęła cię powi­talna chło­sta. – Bez słowa zer­k­nął na ciemną plamę moczu na zgrzeb­nych baweł­nia­nych spodniach. – Oddaj mydło, szczo­teczkę, naczy­nia i uni­form w odstawce i zabierz swoje rze­czy.

Przez chwilę Seb nie reago­wał, uzna­jąc, że to kolejna sztuczka mająca zwa­lić mu na głowę jesz­cze surow­szą karę.

– Ruchy, Wolff. Nie mamy całego dnia.

Detek­tyw powoli opu­ścił obo­lałe ramiona. Höss podał mu kartkę papieru z ofi­cjal­nym nagłów­kiem Dachau. Była to pod­bita i pod­pi­sana prze­pustka.

– Pokaż ją przy bra­mie, to cię wypusz­czą. Będzie na cie­bie cze­kał samo­chód. Naj­wy­raź­niej masz wysoko posta­wio­nych przy­ja­ciół.

Seb mu nie podzię­ko­wał. Naj­bar­dziej na świe­cie marzył o tym, żeby już ni­gdy wię­cej nie widzieć tej tępej, pozba­wio­nej wyrazu gęby. Wró­cił do baraku, który opu­sto­szał, ponie­waż pozo­stali więź­nio­wie wyru­szyli już do pracy. Zer­k­nął na pro­stą drew­nianą pry­czę, na któ­rej nie dane mu było spać. Zabraw­szy szczo­teczkę, mydło i naczy­nia, prze­szedł przez plac ape­lowy w nadziei, że ni­gdy już nie ujrzy tego obozu. Ramiona bolały go, jakby cały ranek pod­no­sił cię­żary. Nie chciał wię­cej tego doświad­czyć.

Kosz­marne miej­sce, uznał – zbu­do­wane, by nisz­czyć, nie by reso­cja­li­zo­wać.

Cze­kał na niego Mer­ce­des bez dachu w typie ulu­bio­nym przez wszyst­kich wyż­szych rangą nazi­stów z Mona­chium. Tylne błot­niki zdo­biły dwie flagi ze swa­sty­kami, a za kie­row­nicą sie­dział szo­fer w libe­rii. Seb dosko­nale wie­dział, do kogo należy limu­zyna. Oczy­wi­ście do wuja Chri­stiana, młod­szego brata jego matki.

Ski­nął głową kie­rowcy.

– Dzień dobry – powie­dział.

– Heil Hitler – odrzekł męż­czy­zna.

– A tak, tobie też Heil Hitler. – Odpo­wie­dział salu­tem, krzy­wiąc się, gdy zabo­lały go mię­śnie nad­wy­rę­żone sta­niem w nie­na­tu­ral­nej pozy­cji przez kilka godzin. – Odwieź mnie do domu przy Ainmüllerstrasse, pro­szę.

– Mam roz­kaz zabrać pana do Rezy­den­cji. Kanc­lerz Weber pra­gnie pana widzieć.

– Czy to nie może pocze­kać? Przy­da­łaby mi się kawa i parę godzin snu. – Już mówiąc te słowa, wie­dział, że nic nie wskóra.

Kie­rowca wzru­szył ramio­nami i wci­snął gaz. Zawró­cił, po czym pognał z pręd­ko­ścią stu kilo­me­trów na godzinę pro­sto do cen­trum Mona­chium, igno­ru­jąc poli­cjan­tów kie­ru­ją­cych ruchem, zajeż­dża­jąc drogę innym pojaz­dom na skrzy­żo­wa­niach, led­wie o cen­ty­me­try mija­jąc auto­busy i tram­waje. Seb zamknął oczy, uznaw­szy, że nie chce widzieć wła­snej śmierci, pędzą­cej na niego pod posta­cią dzie­się­cio­to­no­wej cię­ża­rówki.

Gdy dotarli do zatoru w pobliżu sta­rego mia­sta, szo­fer po pro­stu wci­snął klak­son i trą­bił, aż nie­szczę­śnicy w innych autach zorien­to­wali się, że to ofi­cjalna nazi­stow­ska limu­zyna, i zje­chali na bok, prze­pusz­cza­jąc ją, jakby była karetką pogo­to­wia spie­szącą do szpi­tala. Takie wra­że­nie wywie­rał w Trze­ciej Rze­szy wielki, czarny Mer­ce­des bez dachu, zwłasz­cza ude­ko­ro­wany fla­gami z haken­kreu­zem.

Jed­nak gdy mijali Fel­dher­rn­halle, kie­rowca zwol­nił, z namasz­cze­niem uno­sząc prawe ramię w salu­cie dla przy­ja­ciół Hitlera, któ­rzy pole­gli w nie­uda­nym puczu w roku tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym trze­cim. Seb poszedł w jego ślady, bo nie chciał wra­cać do Dachau – a zło­że­nia tego obo­wiąz­ko­wego hołdu pil­no­wała stała straż SS. Każdy, kto by nie uho­no­ro­wał pole­głych boha­te­rów Trze­ciej Rze­szy, popadłby w poważne tara­paty. Star­sze panie na rowe­rach chwiały się i gwał­tow­nie skrę­cały, pusz­cza­jąc kie­row­nicę, by unieść rękę, a część miesz­kań­ców po pro­stu jeź­dziła okrężną drogą, nie chcąc odda­wać czci nazi­stom.

Kie­rowca skrę­cił w lewo i zatrzy­mał się na Max-Joseph-Platz.

– Doje­cha­li­śmy, inspek­to­rze Wolff – oznaj­mił, nie odwra­ca­jąc się do pasa­żera. – Ma pan się sta­wić przy głów­nym wej­ściu, następ­nie zosta­nie pan ode­skor­to­wany do Czar­nej Sali, gdzie poczeka pan na kanc­le­rza Webera. – Zer­k­nął na nie­wielki zega­rek na tablicy roz­dziel­czej. – Powi­nien pan tam być nie­póź­niej niż za pięć minut, więc pro­szę ruszać.

Kolejne roz­kazy. Seb uznał, że koleś byłby szczę­śliw­szy jako blo­kowy w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym Dachau niż jako szo­fer wuja. Miał odpo­wiedni styl bycia i nie­wąt­pli­wie uwiel­biał swój uni­form. Wysia­da­jąc z auta, detek­tyw nie podzię­ko­wał mu ani nawet się nie poże­gnał. Po pro­stu zosta­wił tylne drzwi sze­roko otwarte, tak by facet musiał ruszyć swoje grube dup­sko z wygod­nego fotela i je zamknąć.

Rezy­den­cja, nad­zwy­czaj oka­zała budowla, była jed­nym z kró­lew­skich pała­ców rodu Wit­tels­ba­chów, panu­ją­cego w Bawa­rii do oba­le­nia monar­chii pod koniec wojny świa­to­wej. W roz­le­głym labi­ryn­cie poko­jów – w licz­bie stu trzy­dzie­stu – oraz na dzie­się­ciu oka­za­łych dzie­dziń­cach można się było łatwo zgu­bić. Sebowi z pew­no­ścią by się to udało, gdyby nie prze­wod­nic­two jed­nego z sekre­ta­rzy wuja.

Gdy dotarł do znaj­du­ją­cej się na pię­trze Czar­nej Sali – nie naprawdę czar­nej, ale nieco mrocz­nej pod cięż­kim sufi­tem bogato malo­wa­nym tech­niką trompe l’oeil – popro­wa­dzono go po mar­mu­ro­wej posadzce do zabyt­ko­wego fotela pod jed­nym z okien, kazano usiąść i cze­kać na gospo­da­rza. Słońce grzało Seba w kark, gdy przy­glą­dał się por­tre­tom dawno zapo­mnia­nych ksią­żą­tek. Powieki powoli zaczy­nały mu cią­żyć.

Po chwil poja­wił się kolejny sekre­tarz.

– Kanc­le­rza Webera coś zatrzy­mało. Pole­cił, bym zapro­po­no­wał panu posi­łek.

– Chęt­nie zjem śnia­da­nie.

– Jest już pora obiadu, pro­szę pana.

– Zatem obiad i kawę.

– Mam zupę z koł­du­nami.

– Na pewno będzie wyśmie­nita. Popro­szę też o chleb i ser.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pana.

Pięć minut póź­niej słu­żący przy­niósł tacę z jedze­niem i zasta­wił mały sto­lik dla gościa. Zupa była pyszna, a do świe­żego chleba podano wło­ski ple­śniowy ser. Seb dostał nawet masło i mały tale­rzyk pikli. Pochło­nął wszystko łap­czy­wie i poczuł się o wiele lepiej. To był naj­lep­szy posi­łek, jaki jadł od wielu dni, ale nie zmru­żył oka przez całą noc i zro­bił się jesz­cze bar­dziej senny. Teraz naprawdę potrze­bo­wał odpo­czynku, osu­nął się więc wygod­nie w fotelu i zapadł w drzemkę.

Nie wie­dział, jak długo spał, ale obu­dził się, gdy wuj Chri­stian dźgnął go w brzuch skó­rzaną szpi­crutą, którą zawsze przy sobie nosił.

– Pobudka, chłop­cze! – Ni­gdy nie zwra­cał się do sio­strzeńca po imie­niu.

– Prze­pra­szam – wymam­ro­tał Seb. – Nie spa­łem w nocy.

– Cóż, trzeba było się nie pchać do Dachau, głup­cze. Pró­bu­jesz mnie ośmie­szyć? Upo­ko­rzyć swoją świętą matkę?

– Dzię­kuję, że mnie wycią­gną­łeś.

– Sam z sie­bie nie kiw­nął­bym pal­cem. Zro­bi­łem to dla sio­stry.

Chri­stian Weber był wiel­kim, brzyd­kim męż­czy­zną i pach­niał, jakby wyką­pał się w wan­nie wody koloń­skiej. Praw­do­po­dob­nie był też naj­bo­gat­szym i naj­bar­dziej sko­rum­po­wa­nym czło­wie­kiem w Mona­chium. Oraz naj­bar­dziej pogar­dza­nym. Za ple­cami wszy­scy nazy­wali go Knu­rem.

Zaczy­nał bied­nie, od sprzą­ta­nia koń­skiego gówna w staj­niach wyści­go­wych, jed­nak szczę­ście mu dopi­sało, ponie­waż od samego początku trzy­mał z Hitle­rem. Razem wsz­czy­nali burdy, spi­sko­wali i kre­ślili plany, a ich przy­jaźń prze­trwała do dziś. W tych cza­sach led­wie parę osób mogło się śmiać z Führerem, nie wspo­mi­na­jąc o żar­to­wa­niu jego kosz­tem, a Chri­stian Weber był jedną z nich.

Dzięki kom­bi­na­cji łapó­wek, zastra­sza­nia i pod­stę­pów rzą­dził teraz radą mia­sta i był wła­ści­cie­lem połowy Mona­chium, w tym więk­szej czę­ści komu­ni­ka­cji miej­skiej, ogrom­nej liczby nie­ru­cho­mo­ści, łącz­nie z hote­lami i bur­de­lami, torów wyści­go­wych w Riem, a także docho­do­wej gałęzi prze­my­słu tury­stycz­nego. Jakimś spo­so­bem udało mu się rów­nież zawłasz­czyć spory frag­ment Rezy­den­cji, wystar­cza­jąco duży, by pomie­ścić zwały jego tłusz­czu.

Oczy­wi­ście nie była to byle która część sta­rego pałacu – wybrał naj­bo­gat­sze, naj­bar­dziej kom­for­towe i naj­pięk­niej zdo­bione apar­ta­menty, by co noc spro­wa­dzać wybrane dziew­częta do sypialni Elek­tora ze ścia­nami pokry­tymi hafto­wa­nym jedwa­biem i z wiel­kim, prze­pięk­nym, antycz­nym łożem. Dla Seba było tajem­nicą, jakim cudem żadna się nie udu­siła pod jego stu­sześć­dzie­się­cio­ki­lo­wym ciel­skiem. Współ­czuł im, choć rów­no­cze­śnie podej­rze­wał, że Knur dobrze je wyna­gra­dza.

A teraz wuj stał przed nim, wyle­wa­jąc się z nowego mun­duru oberfürhera SS, a jego obfity wąs w pru­skim stylu drżał, jakby męż­czy­zna był kotem, który upo­lo­wał ptaszka.

– Cóż, nie powi­nie­nem był tam tra­fić – zapro­te­sto­wał detek­tyw. – To było idio­tyczne nie­po­ro­zu­mie­nie. Jeden koleś z BPP się pano­szył. Po pro­stu nowy rekrut Hey­dri­cha chciał się wyżyć na Kripo.

– Masz szczę­ście, że ten dureń Deu­ber kie­ruje Dachau. Miękki jak budyń. Podobno jest tam jak w ośrodku wypo­czyn­ko­wym. No i dla­czego nie wstą­pisz do par­tii, chłop­cze? Dla­czego sam nie przej­dziesz do poli­cji poli­tycz­nej? Prze­cież masz tam przy­ja­ciół, prawda? Roz­ma­wia­łem o tobie z samym Rein­har­dem Hey­dri­chem i otrzy­ma­łem zapew­nie­nie, że możesz skła­dać poda­nie. On chce zbu­do­wać w insty­tu­cji nowe poczu­cie bra­ter­stwa, a także inten­syw­nie wal­czy o wzrost płac.

– To nie dla mnie. Jestem zwy­kłym detek­ty­wem.

– Mógł­byś mi się tam bar­dzo przy­dać, a twoje życie sta­łoby się o wiele łatwiej­sze. Zna­la­zł­bym ci luk­su­sowe miesz­ka­nie. Może wygodny dom w Bogen­hau­sen? Mógł­byś się oże­nić z tą twoją dziew­czyną, dać jej dzieci i zago­nić do kuchni. To dobre dziew­czę, przy­szła do mnie, kiedy ten taj­niak cię aresz­to­wał. Tak się dowie­dzia­łem, że sie­dzisz w Dachau. Gdyby nie nale­żała do cie­bie, sam bym ją sobie wziął. Zatem ożeń się, załóż rodzinę, wstąp do par­tii, a wuj Chri­stian będzie z cie­bie dumny.

Seb nie pró­bo­wał nawet mu przy­po­mi­nać, że już ma rodzinę: sie­dem­na­sto­let­niego syna.

– Zasta­no­wię się nad tym – odparł. – A teraz jesz­cze raz dzię­kuję, ale naprawdę muszę jechać do domu i prze­spać się parę godzin.

Jego wyczer­pa­nie było aż nazbyt widoczne. Ziew­nął sze­roko, a wtedy Weber znie­nacka wsu­nął mu do ust jakąś tabletkę i zamknął je tłu­stą ręką.

– Połknij to, nie będzie ci się chciało spać.

Ponie­waż Seb nie mógł wypluć pigułki, posłu­chał pole­ce­nia.

– Co to było? – zapy­tał, kiedy prze­stał się dła­wić.

– Magiczna tabletka z Ame­ryki. Możesz po niej całą noc nie spać i się pie­przyć. – Weber potrzą­snął swoją świń­ską głową, a na jego ryjku wykwitł lekki uśmiech. – Muszę wyznać, że zosta­łeś zwol­niony z jesz­cze jed­nego powodu. Gdyby cho­dziło tylko o mnie, zosta­wił­bym się pod czułą opieką straż­ni­ków w Dachau na tydzień, żebyś tro­chę skru­szał. Ale wygląda na to, że jesteś potrzebny przy spra­wie mor­der­stwa.

Czyżby zakła­dał, że ta wia­do­mość uszczę­śliwi Seba?

– Nie jestem jedy­nym detek­ty­wem przy Ett­strasse dwa.

– Naj­wy­raź­niej jed­nak cie­szysz się dobrą repu­ta­cją, a to ważna sprawa. Sam Adolf się nią inte­re­suje.

– A wie, że tra­fi­łem do Dachau?

– Cóż, nie zamie­rzam mu o tym wspo­mi­nać. W każ­dym razie powi­nie­neś się czuć zaszczy­cony, że wybrano cię do tego zada­nia.

Poli­cjant zasta­na­wiał się led­wie przez dwie sekundy, a potem pokrę­cił głową.

– Nie. Nie chcę tej sprawy. – Nie musiał wypi­jać gorz­kiego wina, by wie­dzieć, że kie­lich jest zatruty. Nawet pobyt w Dachau może być bez­piecz­niej­szy niż praca nad sprawą, w któ­rej porażka może wznie­cić gniew herr Hitlera. – Na Ett­strasse jest wielu dobrych poli­cjan­tów. Niech wezmą kogoś innego. – Na przy­kład jakie­goś członka par­tii, który po mistrzow­sku opa­no­wał salut.

– No, no, chłop­cze, a ja myśla­łem, że wy, detek­tywi, bije­cie się o naj­lep­sze sprawy. Sądzi­łem, że chęt­nie się spraw­dzisz w takim trud­nym śledz­twie.

– Jeśli sprawą inte­re­suje się Führer, z całą pew­no­ścią w grę wej­dzie poli­tyka. To może być kró­li­cza nora, która pro­wa­dzi nie wia­domo dokąd.

Knur wyszcze­rzył zęby.

– Oba­wiam się, że decy­zja już zapa­dła. Sprawa jest twoja. Wygląda na to, że masz wysoki współ­czyn­nik wykry­wal­no­ści i, co może nawet waż­niej­sze, jako jedyny na Ett­strasse dobrze mówisz po angiel­sku. Nie zawiedź mnie, chłop­cze. Musia­łem pro­sić o przy­sługi, żeby wydo­stać cię z Dachau.

Rozdział 3

Pół godziny póź­niej Seba­stian Wolff zna­lazł się w gabi­ne­cie na pierw­szym pię­trze Bru­nat­nego Domu przy Brien­ner Strasse na wschód od Königsplatz. Przez sze­roko otwarte okno wpa­dał cie­pły letni wie­trzyk, nio­sąc też nie­stety nie­usta­jący łoskot cięż­kich maszyn budow­la­nych i mło­tów pneu­ma­tycz­nych roz­ko­pu­ją­cych cał­kiem ładne traw­niki i chod­niki, by zro­bić miej­sce dla wyma­rzo­nego placu defi­la­do­wego Adolfa.

Impo­nu­jąca stu­let­nia rezy­den­cja została prze­mia­no­wana na Bru­natny Dom, kwa­terę główną nazi­stów, kiedy par­tia wyro­sła ze swo­jej poprzed­niej sie­dziby. Adolf korzy­stał tu z biura, gdy aku­rat nie prze­by­wał w urzę­dzie kanc­ler­skim w Ber­li­nie ani w swoim gór­skim zaci­szu w Obe­rsal­zberg. To stąd kie­ro­wano par­tią i Seb musiał przy­znać, że robiono to bar­dzo sku­tecz­nie.

Tabletka, czym­kol­wiek była, już zaczęła dzia­łać, a on czuł się o wiele bar­dziej roz­bu­dzony i przy­tomny niż przed­tem. Cze­kało na niego trzech męż­czyzn. Dwóch z nich roz­po­znał, choć tylko jed­nego znał oso­bi­ście – swo­jego szefa, zastępcę komen­danta poli­cji Tho­masa Ruffa.

Seb zawsze lubił Ruffa, choć nie sza­no­wał go jako poli­cjanta. Wła­ści­wie ni­gdy nie rozu­miał, dla­czego ten czło­wiek został gli­nia­rzem, ponie­waż zupeł­nie nie nada­wał się do tej roboty. Miał ner­wicę, a jego stan zna­cząco się pogor­szył po śmierci prze­ło­żo­nego, komen­danta Poli­cji Mona­chij­skiej Augu­sta Schne­idhu­bera – wyda­rzyło się to rok temu pod­czas tak zwa­nej nocy dłu­gich noży, kiedy to Hitler i jego odziani na czarno chłopcy z SS pozbyli się dowódz­twa Brą­zo­wych Koszul oraz wszyst­kich tych, któ­rych uznali za nie­lo­jal­nych. Od tam­tej pory Ruff nie sypiał dobrze w nocy. Nie bez powodu – skoro mogli zli­kwi­do­wać Schne­idhu­bera, mogli też jego. Nie­stety ner­wo­wość nie była dobrą cechą u wyż­szego ofi­cera poli­cji.

Drugą posta­cią, którą Seb roz­po­znał, był kolejny bli­ski kum­pel Hitlera – usto­sun­ko­wany, wytworny szef biura prasy zagra­nicz­nej Ernst Han­fsta­engl, powszech­nie znany jako Putzi. Jego matka była Ame­ry­kanką, dla­tego spę­dził wiele lat w USA, stu­dio­wał na Harvar­dzie i nie bra­ko­wało mu pie­nię­dzy dzięki docho­dom z rodzin­nego wydaw­nic­twa arty­stycz­nego oraz gale­rii sztuki.

Był nie­zwy­kle wysoki – mie­rzył pra­wie dwa metry – zawsze dobrze ubrany i cie­szył się repu­ta­cją osoby, która potrafi nawi­jać maka­ron na uszy i mydlić oczy repor­te­rom z całego świata, by chro­nić repu­ta­cję Hitlera, kiedy nazi­ści po cichu lub nie tak bar­dzo po cichu pozby­wali się swo­ich poli­tycz­nych wro­gów.

Trzeci miał na sobie ciemny gar­ni­tur w cien­kie prążki i jesz­cze zanim otwo­rzył usta, Seb domy­ślił się, że jest Angli­kiem. W tych cza­sach w Mona­chium pełno było angiel­skich oby­wa­teli z wyż­szych sfer, któ­rych cecho­wała pewna wynio­słość, cho­ler­nie iry­tu­jąca dla nazi­stów. Wąt­pił, by ten czło­wiek sta­no­wił wyją­tek od zasady.

Ruff i Han­fsta­engl zasa­lu­to­wali Sebowi, a on odpo­wie­dział na powi­ta­nie. Co prawda nie gło­so­wał na Adolfa i jego par­tię w wybo­rach dwa lata wcze­śniej, więc nie czuł potrzeby, by wyko­ny­wać salut, ale przez wyda­rze­nia z ostat­niej doby doszedł do wnio­sku, że naprawdę nie warto bok­so­wać się o dro­bia­zgi. Cza­sami w życiu trzeba pły­nąć z prą­dem, a on miał więk­sze tro­ski niż to, czy pod­no­sić rękę. To po pro­stu przy­ja­ciel­skie powi­ta­nie, prze­ko­ny­wał sam sie­bie. Nie­praw­daż?

Prze­cież ta sytu­acja nie potrwa długo. Niemcy lubiły zmie­niać rząd, zatem ist­niała moż­li­wość, że ten nowy reżim wylą­duje na śmiet­niku histo­rii nawet wcze­śniej niż póź­niej. A wtedy wszy­scy prze­staną mówić Heil Hitler i wrócą do Guten Tag oraz Grüss Gott. Bóg z pew­no­ścią wygra ze zwy­kłym śmier­tel­ni­kiem.

Szef poli­cji Ruff przed­sta­wił dwóch pozo­sta­łych męż­czyzn.

– To herr Han­fsta­engl, inspek­to­rze. Jest sze­fem biura prasy zagra­nicz­nej w Ber­li­nie i przy­le­ciał dziś do nas na to ważne spo­tka­nie.

Seb z sza­cun­kiem skło­nił głowę i uści­snął rękę Ern­sta. Oczy­wi­ście sły­szał o Han­fsta­en­glu, jed­nej z naj­ja­śniej­szych gwiazd na fir­ma­men­cie naro­do­wego socja­li­zmu. Jed­nak nie­dawno dotarły do niego plotki, że Han­fsta­engl wypadł z łask Hitlera, a jego pozy­cja, tak jak i życie, zawi­sła na wło­sku. Nie było to nic kon­kret­nego, tylko pogło­ski suge­ru­jące, że choć publicz­nie apro­buje mor­der­stwa w noc dłu­gich noży, ponie­waż ten dra­styczny krok był nie­zbędny, by rewo­lu­cja Hitlera odnio­sła suk­ces, to pry­wat­nie wcale nie jest o tym prze­ko­nany i pozo­staje pod wpły­wem przy­ja­ciół z Ame­ryki, któ­rzy są obu­rzeni tym bar­ba­rzyń­stwem. Co gor­sza, wia­do­mość o jego obiek­cjach dotarła do uszu czło­wieka, który wydał roz­kaz prze­pro­wa­dze­nia tej czystki: Adolfa Hitlera. A on nie reago­wał uprzej­mie, gdy ktoś mu się sprze­ci­wiał lub pod­wa­żał jego racje.

Zatem Put­ziego Han­fsta­en­gla prę­dzej czy póź­niej praw­do­po­dob­nie cze­kał ten sam los co szefa SA Ern­sta Roehma i inne ofiary. Gdy latasz zbyt bli­sko słońca, możesz się spa­rzyć.

Tym­cza­sem dopóki żył i pia­sto­wał sta­no­wi­sko, warto było się z nim liczyć.

– A to jest pan Gainer, bry­tyj­ski kon­sul gene­ralny w Mona­chium – ode­zwał się Han­fsta­engl po angiel­sku, wska­zu­jąc tego w prążki: łagod­nego, peł­nego rezerwy męż­czy­znę o gład­kich, zdro­wych rysach i inte­li­gent­nych oczach czło­wieka cywi­li­zo­wa­nego. Seb osza­co­wał, że męż­czy­zna jest po czter­dzie­stce z mar­gi­ne­sem pię­ciu lat w tę lub we w tę.

– Miło mi pana poznać, sir – powie­dział rów­nież po angiel­sku.

– Jak się pan ma, panie inspek­to­rze? – odrzekł Gainer, wycią­ga­jąc do niego rękę. Seb ujął ją na angiel­ski spo­sób, mocno ści­snął i pano­wie spoj­rzeli sobie w oczy. Detek­tyw wie­dział, że takie gesty mają dla Angli­ków ogromne zna­cze­nie. Słaby uścisk ozna­czał brak cha­rak­teru, a uni­ka­nie kon­taktu wzro­ko­wego nie­szcze­rość. Gainer odpowie­dział mu lek­kim ski­nie­niem głowy, ale minę miał posępną.

– Dobrze, dzię­kuję – odpo­wie­dział Seb czy­sto kur­tu­azyj­nie. Anglicy twier­dzą, że czują się dobrze, nawet na łożu śmierci.

– Powie­dziano mi, że włada pan płyn­nie języ­kiem angiel­skim. Tak z cie­ka­wo­ści, gdzie się go pan nauczył, herr Wolff?

– Pra­co­wa­łem na bry­tyj­skim frach­towcu, sir.

– Doprawdy? A jak do tego doszło, jeśli wolno spy­tać?

Czy to na pewno był odpo­wiedni moment na oma­wia­nie jego bio­gra­fii? Lecz Gainer wyraź­nie cze­kał na odpo­wiedź, zatem Seb nie miał innego wyj­ścia, jak tylko sko­czyć na główkę.

– Cóż, w roku tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym trze­cim w cza­sie naj­wyż­szej infla­cji nie mia­łem czym nakar­mić dziecka, ruszy­łem więc z Mona­chium do Ham­burga, a tam zna­la­złem zatrud­nie­nie na pokła­dzie „Eastern Star” z Til­bury. Pra­co­wa­łem na statku przez cztery lata, wysy­ła­jąc pie­nią­dze i paczki z jedze­niem do matki, która opie­ko­wała się moim synem. Dość szybko przy­swo­iłem sobie język.

– Bry­tyj­scy mary­na­rze dobrze pana trak­to­wali?

To pyta­nie zasko­czyło Seba, ale zdo­łał odpo­wie­dzieć dyplo­ma­tycz­nie.

– Zazwy­czaj tak. Oczy­wi­ście byli i tacy, któ­rzy począt­kowo nie chcieli ze mną roz­ma­wiać, gdyż stra­cili krew­nych i przy­ja­ciół na woj­nie. Pew­nie kilku chęt­nie wyrzu­ci­łoby mnie za burtę. Ale sądzę, że prze­ko­na­łem więk­szość do sie­bie, udo­wad­nia­jąc, że jestem takim samym czło­wie­kiem jak oni i że nasz naród też poniósł wiel­kie straty.

Tak naprawdę dali mu popa­lić pra­wie wszy­scy poza kapi­ta­nem, który był pozba­wio­nym uprze­dzeń, dobro­dusz­nym czło­wie­kiem. Reszta załogi miała pre­ten­sje, że w ogóle dostał pracę. Nazy­wali go hunem, szko­pem albo szwa­bem. Nikt nie zwra­cał się do niego per Wolff, Seba­stian czy Seb. Zno­sił to, bo musiał, żeby Jur­gen i matka mieli co wło­żyć do garnka. W końcu z wiel­kim opo­rem go zaak­cep­to­wali, ponie­waż nie dał się zgnę­bić, ale też nie reago­wał na zaczepki. Zna­leźli się nawet tacy, któ­rzy nie­mal z czu­ło­ścią zaczęli nazy­wać go Wol­fie.

– To dobrze. Wie pan, dla­czego tu pana wezwa­li­śmy?

– Prze­ka­zano mi, że zosta­łem przy­dzie­lony do sprawy mor­der­stwa, przy któ­rej przyda się moja zna­jo­mość języka. Nic wię­cej jesz­cze nie wiem.

– Zatem popro­szę, by zastępca komen­danta poli­cji wyja­śnił, co się stało. – Gainer ski­nął głową sze­fowi Wolffa. – Niech pan bez skrę­po­wa­nia mówi po nie­miecku, herr Ruff. Cał­kiem nie­źle rozu­miem wasz język.

– Dzię­kuję. – Ruff odpo­wie­dział ski­nie­niem, a potem jak zwy­kle ner­wowo zwró­cił się do Seba: – Mówiąc krótko, inspek­to­rze, sprawa wygląda nastę­pu­jąco: wczo­raj w Herzog­park, na brzegu rzeki naprze­ciwko Ogrodu Angiel­skiego, zna­le­ziono ciało mło­dej Angielki. Dziew­czyna została zamor­do­wana.

Przez chwilę Seb myślał, że może cho­dzi o tę przy­ja­ciółkę Hitlera z pal­cami jak białe kieł­ba­ski, reń­ską dzie­wicę pannę Unity Mit­ford, która wczo­raj jadła obiad z Führerem w Oste­rii Bava­rii.

Dziew­czyna z całą pew­no­ścią naro­biła sobie wro­gów pod­czas pobytu w Mona­chium. Zwią­zek Nie­miec­kich Dziew­cząt, BDM, gar­dził nią, bo uży­wała szminki i paliła, a starsi człon­ko­wie par­tii nie­na­wi­dzili jej, ponie­waż miała dostęp do Adolfa, a oni nie.

Jej śmierć bez wąt­pie­nia wywo­ła­łaby trzę­sie­nie ziemi.

Han­fsta­engl pod­jął opo­wieść, mówiąc po angiel­sku z sil­nym nie­miec­kim akcen­tem.

– Cho­dzi o czci­godną pannę Rosie Pal­mer.

Aha, czyli nie ta Mit­ford, co za ulga.

– Jej matka jest damą dworu kró­lo­wej Marii, mał­żonki króla Jerzego V. Wie pan, kim jest dama dworu, Wolff?

– Nie, sir.

– W bry­tyj­skim pałacu kró­lew­skim to ktoś o wiele waż­niej­szy niż zwy­kła słu­żąca. To bli­ska przy­ja­ciółka i towa­rzyszka kró­lo­wej mał­żonki. Zresztą sama jest ary­sto­kratką, wdową po wiceh­ra­bim. Podobno rodzina kró­lew­ska jest zdru­zgo­tana tą okropną wia­do­mo­ścią i chcia­łaby się dowie­dzieć, jak do tego doszło. Dla Trze­ciej Reszy to kata­strofa wize­run­kowa, należy zatem bez­zwłocz­nie zna­leźć mor­dercę. Ma pan dzień, mak­sy­mal­nie dwa. Führer ocze­kuje regu­lar­nych rapor­tów na temat postę­pów śledz­twa.

I tę sprawę uwa­ża­łem za zatruty kie­lich? – pomy­ślał Seb. Prze­cież to zwy­kłe samo­bój­stwo. Dla­czego nie poda mi pan arsze­niku i nie zabije od razu, herr Han­fsta­engl? I choć w duchu jęk­nął, to zacho­wał kamienną twarz.

– Jak zgi­nęła ta młoda kobieta? – zapy­tał.

– Zwłoki znaj­dują się na uni­wer­sy­tec­kim wydziale pato­lo­gii. Zdaje mi się, że kobieta odnio­sła roz­le­głe obra­że­nia, ale nie okre­ślono bez­po­śred­niej przy­czyny zgonu – wyja­śnił Ruff. – Suge­ruję, byś zaczął od wizyty na uni­wer­sy­te­cie, a potem ruszył dalej. Będziesz musiał prze­słu­chać jej angiel­skich i nie­miec­kich przy­ja­ciół, by dowie­dzieć się, co robiła przed śmier­cią. Nie powinno być trudno ich zna­leźć. Miesz­kała przy Karo­li­nen­platz w domu herr Regens­dorfa, który udzieli ci wszel­kiej pomocy.

Seb poki­wał głową. Oczy­wi­ście sły­szał o słyn­nym Wal­te­rze Regens­dor­fie i nie­jed­no­krot­nie mijał jego oka­załą rezy­den­cję, jak wszy­scy w tym mie­ście.

– Ma pan prze­pro­wa­dzić śledz­two spraw­nie, ale dys­kret­nie – ode­zwał się Han­fsta­engl. – Führer nie życzy sobie, by wszyst­kie oddziały poli­cji mona­chij­skiej bie­gały po mie­ście, sie­jąc panikę. W szcze­gól­no­ści nie chce, by nasi mło­dzi angiel­scy i ame­ry­kań­scy goście poczuli się nie­kom­for­towo, wystra­szyli się lub zostali potrak­to­wani bez nale­ży­tej uprzej­mo­ści. Rela­cje w naszych gaze­tach będą bar­dzo oszczędne, ale nie mamy wpływu na prasę zagra­niczną, z którą będę się kon­tak­to­wał oso­bi­ście. Jeśli zaczepi pana repor­ter zza gra­nicy, niech pan nic nie mówi, tylko ode­śle go do mojego biura. Nie poda pan nawet nazwi­ska ani nie potwier­dzi żad­nego swo­jego związku ze śledz­twem. Zro­zu­miano?

– Tak, herr Han­fsta­engl.

– Dobrze. Powi­nien pan wie­dzieć, że jestem głę­boko wstrzą­śnięty, iż doszło do tego bru­tal­nego wyda­rze­nia tak bli­sko mojego domu w Herzog­park. Ktoś z rodziny panny Pal­mer przy­leci jutro po połu­dniu do Obe­rwie­sen­feld, moż­liwe że jej brat, wiceh­ra­bia Bray­bury. Zatrzyma się w hotelu Vier Jah­re­sze­iten. Z pew­no­ścią będzie chciał się z panem spo­tkać, zatem poroz­ma­wia pan z nim i będzie go infor­mo­wał na bie­żąco. Przed­sta­wię pana, gdy tylko będzie to moż­liwe. Ach, i nie będzie pan nad tym pra­co­wał sam, ale ze względu na zna­jo­mość języka i wyż­szy sto­pień spo­dzie­wamy się, że to pan pokie­ruje zespo­łem.

Seb poki­wał głową. Nie miał wyj­ścia – musiał się zgo­dzić.

– Mnie też pro­szę infor­mo­wać – wtrą­cił Gainer. – Moje drzwi w kon­su­la­cie przy Pran­ner­strasse są dla pana zawsze otwarte, panie inspek­to­rze.

– Dzię­kuję, sir. Zro­bię, co w mojej mocy, by roz­wią­zać tę sprawę w satys­fak­cjo­nu­jący wszyst­kich spo­sób.

Han­fsta­engl, potężny męż­czy­zna o sym­pa­tycz­nym spo­so­bie bycia, pozwo­lił sobie na lekki uśmiech.

– Zostanę w Mona­chium, dopóki śledz­two się nie zakoń­czy. Może pan kon­tak­to­wać się ze mną o dowol­nej porze dnia i nocy pod domo­wym nume­rem przy Pien­ze­nau­er­strasse pięć­dzie­siąt dwa lub tu, w Bru­nat­nym Domu. To jest mój pry­watny gabi­net. Jeśli mnie nie będzie, jedna z sekre­ta­rek prze­każe wia­do­mość. Pro­szę rapor­to­wać regu­lar­nie. To sprawa naj­wyż­szej wagi. Powi­nien pan czuć się zaszczy­cony, że powie­rzono mu to śledz­two. Wdzięcz­ność Führera za dopro­wa­dze­nie go do końca będzie bez­gra­niczna.

– Tak jest, sir.

– Powtó­rzę raz jesz­cze: niech się pan przy­go­tuje na cie­ka­wość prasy zagra­nicz­nej. Repor­te­rzy będą bar­dzo zain­te­re­so­wani sprawą. Pro­szę ich trzy­mać na dystans, ale uprzej­mie. Świat musi wie­dzieć, że Trze­cia Rze­sza jest bez­pieczną przy­sta­nią dla mło­dzieży zza gra­nicy.

– Oczy­wi­ście.

– Pozo­staje jesz­cze jedna kwe­stia, nie­zwy­kle deli­katna, która nie może wyjść poza te cztery ściany – kon­ty­nu­ował Han­fsta­engl, zer­ka­jąc na Anglika. – Führer pra­gnie utrzy­mać przy­jaźń z Anglią, którą wielce podzi­wia. Nego­cja­cje doty­czące układu mor­skiego mię­dzy naszymi kra­jami weszły w fazę kry­tyczną. Herr Hitler głę­boko liczy na to, że dzięki ukła­dowi mię­dzy Ber­li­nem i Lon­dy­nem zro­dzi się ser­deczna i trwała przy­jaźń. Byłoby wielką tra­ge­dią dla obu naro­dów, gdyby ta sprawa w jaki­kol­wiek spo­sób poło­żyła się cie­niem na tych szla­chet­nych pla­nach.

Seb znów poki­wał głową. Poczuł, jak kro­ple potu wsią­kają w koł­nie­rzyk jego koszuli.

– Chce pan coś dodać, panie Gainer? – zapy­tał Han­fsta­engl.

– Nie, nie, zga­dzam się ze wszyst­kim, co pan powie­dział.

Inspek­tor spoj­rzał w oczy bry­tyj­skiego kon­sula, któ­rego lekko unie­sione brwi wyda­wały się prze­czyć temu zapew­nie­niu. Może był mniej zain­te­re­so­wany aspek­tem pro­pa­gan­do­wym mor­der­stwa, a bar­dziej prze­jęty ludz­kimi emo­cjami prze­ra­że­nia i żałoby. Jeśli tak było, Seb abso­lut­nie się z nim zga­dzał.

– No dobrze – ode­zwał się Tho­mas Ruff. – Natych­miast bierz się do roboty. Twoim asy­sten­tem będzie młod­szy ofi­cer z poli­cji poli­tycz­nej, któ­rego nie pozna­łem, ale zapew­niono mnie, że jest bar­dzo bystry i chęt­nie pomoże. Udaj się na Ett­strasse, gdzie na cie­bie czeka. To sier­żant Win­ter.

Tego było zbyt wiele.

– Czy nie mogę sam dobrać sobie kogoś spo­śród kole­gów z Kripo, czło­wieka doświad­czo­nego w pro­wa­dze­niu docho­dzeń?

– Słuszne pyta­nie, Wolff, ale ta decy­zja zapa­dła na wyż­szym szcze­blu. Na pewno rozu­miesz, dla­czego biuro poli­tyczne może mieć pewne wąt­pli­wo­ści co do two­jego przy­działu.

Bo wsa­dzili mnie do cho­ler­nego obozu kon­cen­tra­cyj­nego, pomy­ślał Seb, i są wście­kli, że się wydo­sta­łem, a także nie zamie­rzają mnie spu­ścić z haczyka. I kto na „wyż­szym szcze­blu” pod­jął tę decy­zję? Bio­rąc pod uwagę oso­bi­ste zaan­ga­żo­wa­nie Führera w sprawę, w grę wcho­dziły tylko dwa nazwi­ska: Hey­drich lub Him­m­ler. Obaj ste­ro­wali poli­cją poli­tyczną i żad­nemu nie można było odmó­wić.

Gdy wycho­dził, Ruff wziął go na stronę i dał mu kartkę ze spi­sa­nymi fak­tami doty­czą­cymi ofiary – miej­sce odna­le­zie­nia ciała, nazwi­sko i adres czło­wieka, który się na nie natknął. Oddał mu też jego Wal­thera PPK.

– Chłopcy z poli­tycz­nej nie chcieli go zwró­cić, ale się upar­łem – wyja­śnił Ruff. – Tak przy oka­zji, Wolff, weź pod uwagę, że nie wycią­gnął­bym cię z obozu bez inter­wen­cji two­jego wuja. Wisisz mu drinka.

Seb był pewien, że Knura stać na to, by samemu sobie kupo­wać alko­hol.

Rozdział 4

Gdyby ist­niał jakiś spo­sób na to, by natych­miast uciec z Mona­chium i wydo­stać się z Nie­miec, Seb by z niego sko­rzy­stał. Ale nie mógł wyje­chać, nie mógł zwiać – nie bez matki, którą musiał się opie­ko­wać, i bez syna, któ­rego musiał wycho­wać na męż­czy­znę. Poza tym dokąd mógłby się udać? Z powro­tem na morze?

Gdy szedł przez Pre­zy­dium Poli­cji, wielki kom­pleks budyn­ków posia­da­jący nawet wła­sne wię­zie­nie, odno­sił nie­przy­jemne wra­że­nie, że wszy­scy uni­kają jego wzroku, za to gapią się na niego ze współ­czu­ciem, kiedy się odwraca. Może tylko to sobie wyobra­żał? Może to efekt uboczny tabletki, którą wci­snął mu do gar­dła wuj Chri­stian. Pozwo­liła mu zacho­wać przy­tom­ność pod­czas spo­tka­nia w Bru­nat­nym Domu, ale teraz umysł miał zamglony i czuł, że zaraz zaśnie. Nie wró­żyło to dobrze.

Sier­żant Hans Win­ter cze­kał w gabi­ne­cie Seba na dru­gim pię­trze, sie­dząc za jego biur­kiem, jakby był u sie­bie. Detek­tyw zamarł: to była ta ospo­wata gesta­pow­ska świ­nia, która aresz­to­wała go na ulicy pod Oste­rią Bava­rią i wysłała do Dachau. Wów­czas łaj­dak się nie przed­sta­wił. Poli­tyczni nie mieli takiego obo­wiązku. Wystar­czała im odznaka. Dys­kre­cja i ano­ni­mo­wość były nie­zwy­kle istotne dla taj­nej poli­cji.

Win­ter natych­miast zerwał się na równe nogi, strze­lił obca­sami i wyprę­żył ramię.

– Heil Hitler.

– Heil Hitler. – Seb zdo­był się na zdaw­kową imi­ta­cję salutu.

– Wygląda na to, że szczę­ście panu dopi­suje, inspek­to­rze Wolff.

– Doprawdy?

– Tak, jakoś wykrę­cił się pan z obozu Dachau, a do tego wyzna­czono mnie na pań­skiego part­nera. Los panu wyjąt­kowo sprzyja, powie­dział­bym.

– Nie jest pan moim part­ne­rem, sier­żan­cie Win­ter. Jestem pań­skim prze­ło­żo­nym i ma pan wyko­ny­wać moje roz­kazy.

Win­ter wyglą­dał na kom­plet­nie zasko­czo­nego, a przez jego pobliź­nioną gro­no­sta­jową twarz prze­biegł dziwny skurcz, jakby taj­niak pró­bo­wał przy­swoić to, co Seb powie­dział. W końcu wyraź­nie doszedł do jakie­goś wnio­sku.

– Ostroż­nie, Wolff, jesz­cze nie wyka­ra­ska­łeś się z opa­łów. BPP spra­wuje wła­dzę nad pozo­sta­łymi wydzia­łami poli­cji, a ja będę miał cię na oku.

– Po pro­stu słu­chaj roz­ka­zów, wyko­nuj swoją pracę, a się doga­damy. Może nawet się cze­goś nauczysz, Win­ter. A na przy­szłość będziesz się do mnie zwra­cał herr Wolff lub inspek­tor Wolff. – Uśmiech­nął się do nie­chluj­nego faceta. – Teraz bierz swój odra­ża­jący kape­lusz, jedziemy obej­rzeć zwłoki. Weź­miemy mój samo­chód, stoi za rogiem.

Nie dał Win­te­rowi czasu na pro­test czy narze­ka­nie, po pro­stu wyma­sze­ro­wał z gabi­netu, zbiegł po kamien­nych scho­dach, potem prze­szedł przez dzie­dzi­niec przed głów­nym wej­ściem, przez kutą meta­lową bramę i skrę­cił za róg pod piwiar­nię, przed którą stała bez­piecz­nie zapar­ko­wana czer­wona Lan­cia.

– Jakim cudem cię stać na takie auto, Wolff? – zdzi­wił się Win­ter.

– Herr Wolff. I nie twoja sprawa, ale jeśli musisz wie­dzieć, to roz­sąd­nie gospo­da­ruję pie­niędzmi.

Blade ciało dziew­czyny, nagie i okrut­nie zbez­czesz­czone, leżało na kamien­nej pły­cie w kost­nicy szpi­tala uni­wer­sy­tec­kiego. Pato­log, pro­fe­sor Lind­ner, powi­tał Wolffa ski­nie­niem głowy. Spo­ty­kali się już wie­lo­krot­nie przy oka­zji innych śledztw i darzyli wza­jem­nym sza­cun­kiem, choć bez zbyt­niej sym­pa­tii. Lekarz cza­sami wyda­wał się mniej zain­te­re­so­wany żywymi niż mar­twymi.

– Nie spie­szył się pan, herr Wolff.

– Coś mnie zatrzy­mało.

– Tak, doszły mnie słu­chy. A to co za okaz? – Lind­ner wska­zał pod­bród­kiem towa­rzy­szą­cego Sebowi taj­niaka.

– To sier­żant Win­ter. Wyzna­czono mi go do pomocy. – Zaak­cen­to­wał słowo „pomoc”, jakby jaka­kol­wiek suge­stia, że ten czło­wiek może do cze­go­kol­wiek się przy­dać, była nie­do­rzeczna.

Lind­ner wwier­cił się wzro­kiem w oczy poli­cjanta poli­tycz­nego, jakby zaglą­dał we wnętrz­no­ści trupa.

– Wszystko w porządku, Win­ter? Nie wyglą­dasz dobrze.

Seb zer­k­nął na niego. Sier­żant dygo­tał i rze­czy­wi­ście spra­wiał wra­że­nie, jakby miał zwy­mio­to­wać lub zemdleć, albo jedno i dru­gie naraz.

Nagle się pochy­lił, przy­kła­da­jąc dłoń do ust. Nie zdo­łał utrzy­mać w żołądku obiadu, który wyciekł mu przez palce na pod­łogę.

Pato­log się skrzy­wił.

– Niech pan go stąd wypro­wa­dzi, Wolff.

– Oczy­wi­ście. – Detek­tyw ujął Win­tera pod ramię i wycią­gnął z labo­ra­to­rium, a potem usa­dził na krze­śle w przy­le­głym pokoju. – Pocze­kaj tu – pole­cił.

Sier­żant ski­nął głową. Krew odpły­nęła mu z twa­rzy i wyglą­dał, jakby znów miał zwy­mio­to­wać.

– Ni­gdy nie widzia­łeś zwłok?

– Nie – odrzekł cicho i znów się nachy­lił, ale tym razem zdo­łał utrzy­mać zawar­tość żołądka.

– Co robi­łeś pod­czas wojny?

– Nie wal­czy­łem.

– No tak, chyba jesteś tro­chę za młody. Zostań tu. Nie­długo wrócę. – Zasko­czyło go, że ofi­cer taj­nej poli­cji jest taki wraż­liwy, bio­rąc pod uwagę upodo­ba­nie BPP do gra­nia w fut­bol gło­wami ludzi, któ­rych uznali za wro­gów pań­stwa.

Asy­stent pato­loga koń­czył już sprzą­tać wymio­ciny z pod­łogi.

– Kim jest pań­ski rzy­gliwy kum­pel, Wolff? – zapy­tał Lind­ner. – Będzie chyba rów­nie przy­datny co łyżwy na Saha­rze.

– Należy do poli­cji poli­tycz­nej, zwa­lono mi go na głowę. Bóg jeden wie, jak taki nie­po­zorny czło­wie­czek dostał awans na sier­żanta.

– Może ma dobre układy. – Lind­ner uniósł brew. – Pan na pewno ma, prawda, inspek­to­rze?

– Czy to miała być obe­lga, pro­fe­so­rze?

Lind­ner par­sk­nął śmie­chem.

– Tylko obser­wa­cja. W każ­dym razie dla­czego, jeśli mogę spy­tać, jeden z gry­zoni Him­m­lera pra­cuje przy spra­wie mor­der­stwa? To należy do was, chło­pa­ków z Kripo, czyż nie?

– Sprawa ma odcień poli­tyczny.

– Serio? Powi­nie­nem się mar­twić?

– Ta dziew­czyna – powie­dział Seb, wska­zu­jąc głową zwłoki – była ary­sto­kratką powią­zaną z bry­tyj­ską rodziną kró­lew­ską, więc nasz uko­chany Führer jest żywo zain­te­re­so­wany śledz­twem. Przy­pusz­czam, że Win­ter ma mieć mnie na oku, a nie wyko­ny­wać poważną pracę detek­ty­wi­styczną.

– W takim razie bierzmy się do roboty. Opo­wiem panu o zmar­łej. Pro­szę zauwa­żyć, że nie otwo­rzy­łem jesz­cze klatki pier­sio­wej, ponie­waż chcia­łem prze­pro­wa­dzić oglę­dziny zewnętrz­nych obra­żeń, zanim je naru­szę. Pro­szę też zauwa­żyć, że gar­dło zostało roz­pła­tane jed­nym cię­ciem, a bio­rąc pod uwagę roz­bryzg krwi, naj­praw­do­po­dob­niej to wła­śnie było przy­czyną śmierci, choć jest jesz­cze co naj­mniej trzy­dzie­ści innych ran, w więk­szo­ści dość płyt­kich i nie­za­gra­ża­ją­cych życiu. Wszyst­kie wyko­nano pośmiert­nie ostrym nożem. Może skal­pe­lem chi­rur­gicz­nym.

– Albo nożem rzeź­nic­kim?

– Może.

– Została wyko­rzy­stana sek­su­al­nie?

– Są otar­cia, ow­szem, ale nie ma nasie­nia. Co oczy­wi­ście nie ozna­cza, że nie doszło do pene­tra­cji.

Seb przyj­rzał się ofie­rze dokład­niej. Dziew­czyna, dwu­dzie­sto­let­nia, jak mu powie­dziano, miała dłu­gie, jasne włosy, smu­kłą syl­wetkę i zgrabne, umię­śnione nogi. Jej nie­wiel­kie piersi spro­fa­no­wano nacię­ciami. Z rany na gar­dle musiała wypły­nąć ogromna ilość krwi, ponie­waż ciało było nią zalane, ale Seb zauwa­żył też coś innego. W jaśniej­szym odcie­niu czer­wieni niż ciemna, zakrze­pła krew.

– Czy to szminka na jej brzu­chu i pier­siach?

– Tak sądzę – przy­znał Lind­ner. – Począt­kowo wzór wyda­wał mi się przy­pad­kowy, ale potem zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy to nie jest jakieś pismo. Może ktoś coś z tego odczyta, ja nie­stety nie.

Seb przyj­rzał się dokład­niej zna­kom.

– Ja też nie – powie­dział w końcu. – Seria pozio­mych i pio­no­wych linii, gdzie­nie­gdzie łuk lub zawi­jas. Znaki wyglą­dają jak dzie­cinne pismo. Nie, nie dzie­cinne, raczej jak kre­ślone w pośpie­chu. Albo nawet w przy­pły­wie szału. Sądzę, że trzeba sfo­to­gra­fo­wać ciało.

– Już to zro­bi­łem. Zamó­wi­łem dwa kom­plety odbi­tek i jeden zosta­nie prze­ka­zany kurie­rem na Ett­strasse.

– Dzię­kuję. A nacię­cia? Sądzi pan, że w nich też jest jakiś wzór, jak w zna­kach wyko­na­nych szminką?

Pato­log wzru­szył ramio­nami.

– Kto wie? Może coś się wyja­śni po umy­ciu ciała. Każę zro­bić wię­cej zdjęć przed sek­cją, gdy ofiara będzie czy­sta.

– Dzię­kuję, pro­fe­so­rze. Jesz­cze jedno pyta­nie: była dzie­wicą?

– Nie. Aha, pań­scy ludzie mają chyba cał­kiem ładny per­ski dywan, w który została zawi­nięta. Dość drogi, jak mnie­mam. To jasne, że zamor­do­wano ją gdzie indziej i pod­rzu­cono w parku. Była naga i z tego, co wiem, ni­gdzie w pobliżu nie zna­le­ziono jej ubrań.

– Można okre­ślić czas zgonu?

– Sza­cuję, że wie­czo­rem przed­wczo­raj, praw­do­po­dob­nie tuż przed lub krótko po pół­nocy. Ale ist­nieje spory mar­gi­nes błędu. Nie wiemy, czy ciało trzy­mano wewnątrz ani czy cały czas było zawi­nięte. Takie czyn­niki mogą spo­wol­nić spa­dek tem­pe­ra­tury. Zwłoki zna­le­ziono wczo­raj o trzy­na­stej. Zostały cał­kiem dobrze ukryte, nad wodą na dru­gim brzegu rzeki. Natknął się na nie węd­karz.

– Mam jego nazwi­sko.

– Cóż, wiele się pan od niego nie dowie. Pew­nie zauwa­żył dywan i wpadł na pomysł, żeby go zabrać i sprze­dać. Mocno się wystra­szył, gdy się prze­ko­nał, jaka jest jego zawar­tość. I to tyle. Zapewne ziden­ty­fi­ko­wano ją kilka godzin póź­niej, kiedy ktoś zgło­sił zagi­nię­cie na poli­cji.

Skrzyp­nęły drzwi i męż­czyźni się odwró­cili. Win­ter stał, patrząc na nich.

– Wyjdź – rzu­cił Lind­ner. – Nie chcę cię tutaj.

– Prze­pra­szam, panie pro­fe­so­rze. To się nie powtó­rzy.

– Święta racja, bo cię tu nie będzie. To mój wydział i ja decy­duję, kto może wejść.

– Muszę obej­rzeć zwłoki.

Sier­żant postą­pił do przodu. Seb wyraź­nie widział, że wkłada ogromny wysi­łek w pano­wa­nie nad swoim sys­te­mem tra­wien­nym.

– Nie musisz tego robić, Win­ter. Mam wszyst­kie potrzebne infor­ma­cje. Dowiemy się wię­cej, kiedy pro­fe­sor prze­pro­wa­dzi autop­sję.

– Co to za znaki?

– Poga­damy o tym póź­niej. Chodź, pozwólmy pro­fe­so­rowi Lind­ne­rowi pra­co­wać. Nie­długo dosta­niemy foto­gra­fie i dokład­nie się im przyj­rzymy.

– Nie. Widzia­łem już takie znaki. To żydow­skie pismo!

– Nie bądź śmieszny…

– Jak ten język się nazywa? Hebraj­ski?

Lind­ner wezwał dwóch asy­sten­tów.

– Wypro­wadź­cie stąd tego czło­wieka, natych­miast!

Kiedy wyszli w cie­pły dzień na Ludwig­strasse, Win­ter się zatrzy­mał, na próżno pró­bu­jąc wygła­dzić gar­ni­tur pognie­ciony przez pra­cow­ni­ków kost­nicy.

– To żydow­skie znaki, na pewno – upie­rał się. – Kiedy je odczy­tamy, poznamy nazwi­sko psa, który ją zabił.

– Spraw­dzimy ten kie­ru­nek, ale na razie zacho­wajmy otwarty umysł.

– Musimy spro­wa­dzić żydow­skiego eks­perta, żeby na nią spoj­rzał. Zamor­do­wał ją Żyd pod­czas któ­re­goś z ich cho­rych krwa­wych obrzę­dów.

Seb uznał, że taj­niak naczy­tał się zbyt wielu anty­se­mic­kich tyrad w „Der Stürmer”.

– Tak jak powie­dzia­łem, spraw­dzimy wszyst­kie wątki. Ale teraz, sier­żan­cie, idę do domu na kola­cję i długi sen, któ­rego dzi­siej­szej nocy zosta­łem pozba­wiony dzięki twoim zło­śli­wym dzia­ła­niom. Widzimy się na Ett­strasse o ósmej rano, a potem prze­pro­wa­dzimy oglę­dziny miej­sca, w któ­rym zna­le­ziono ciało.

– Powin­ni­śmy tam pójść natych­miast. Nie ma czasu do stra­ce­nia.

– Nie, Win­ter. To śledz­two zosta­nie prze­pro­wa­dzone meto­dycz­nie i dokład­nie, a mamy na to szanse tylko z czy­stą głową po przy­wra­ca­ją­cym siły śnie. Wiesz rów­nie dobrze jak ja, że w tej spra­wie nie możemy sobie pozwo­lić na błędy czy pochopne wnio­ski. Jeśli się pomy­limy, polecą nasze głowy.

Wsiadł do Lan­cii i zosta­wił sier­żanta, żeby sam zna­lazł drogę do domu, czy dokąd tam chciał pójść. Pew­nie na spo­tka­nie ze swo­imi sze­fami w Pałacu Wit­tels­ba­chów, by donieść o wstrzą­sa­jąco obraź­li­wym zacho­wa­niu inspek­tora Seba­stiana Wolffa oraz pro­fe­sora Lind­nera.

Rozdział 5

Angela Wolff objęła syna i przy­ci­snęła do piersi.

– Seba­stia­nie, Seba­stia­nie, gdzieś ty był?

– Och, wiesz, Mutti, zasie­dzia­łem się i tyle – odpo­wie­dział. – Prze­spa­łem się w biu­rze.

– Mamy teraz w holu tele­fon, więc dla­czego przy­naj­mniej do mnie nie zadzwo­ni­łeś? Byłeś z tą ladacz­nicą Hexie, tak?

– Nie, Mutti, nie byłem z Hexie, a ona nie jest ladacz­nicą.

Matka spoj­rzała na niego scep­tycz­nie. Jak zwy­kle była ubrana na czarno. Ni­gdy nie widział, by nosiła cokol­wiek w innym kolo­rze, od kiedy jej mąż zmarł na gruź­licę w roku tysiąc dzie­więć­set czwar­tym. Sebowi nie pozo­stały po nim żadne wspo­mnie­nia, jedy­nie wybla­kła foto­gra­fia na półce nad komin­kiem w salo­nie przed­sta­wia­jąca sztyw­nego jego­mo­ścia ze sro­gim wąsem. Ale może zdję­cie nie odda­wało mu spra­wie­dli­wo­ści, może był cał­kiem inny.

– Owi­nęła cię wokół swo­jego cwa­nego paluszka. Hexie ozna­cza wiedźmę. Dla­czego ona nie ma porząd­nego chrze­ści­jań­skiego imie­nia?

– Ma, Herta. Ale wszy­scy nazy­wają ją Hexie i ona to lubi, więc niech tak zosta­nie. Nie jest też cwana i nie owi­nęła mnie wokół palca. A gdzie Jur­gen?

Zada­jąc to pyta­nie, znał już odpo­wiedź. Jego syn był oczy­wi­ście tam, gdzie co wie­czór – z hitle­row­ską mło­dzie­żówką. Miał sie­dem­na­ście lat i powi­nien się przy­go­to­wy­wać na uni­wer­sy­tet, lecz zamiast tego mar­no­wał czas, masze­ru­jąc po wiej­skich dro­gach pod­czas szko­leń woj­sko­wych, słu­cha­jąc teo­rii raso­wych, uczest­ni­cząc w testach spraw­no­ści fizycz­nej, prze­sia­du­jąc przy ogni­sku i śpie­wa­jąc uznane pie­śni takie jak Mia­łem towa­rzy­sza czy Horst Wessel Lied. Och, a ostat­nio jesz­cze sta­ra­jąc się reedu­ko­wać krnąbr­nych wie­śnia­ków, któ­rzy pre­fe­ro­wali tra­dy­cyjne bawar­skie nie­bie­sko-białe barwy flagi od nowych czarno-czer­wo­nych ze swa­styką. Seb sły­szał mnó­stwo donie­sień o tym, że Hitler­ju­gend nisz­czy słupy majowe, i rów­nie wiele o rol­ni­kach zry­wa­ją­cych swa­styki. Prawdę mówiąc, bar­dziej kibi­co­wał bro­nią­cym tra­dy­cji wie­śnia­kom.

W prze­ci­wień­stwie do swo­jego dobrze wyedu­ko­wa­nego syna Seb był samo­ukiem. Roz­po­czął służbę w poli­cji bawar­skiej Schutz­po­li­zei, powszech­nie nazy­wa­nej Schupo, jako mun­du­rowy o naj­niż­szym stop­niu. Aby awan­so­wać na ubra­nego po cywil­nemu detek­tywa z tytu­łem inspek­tora, musiał się sta­rać, uczyć i zda­wać egza­miny, a także wyka­zać się bystro­ścią.

Chciał dla swo­jego syna łatwiej­szej, szyb­szej drogi przez życie. Edu­ka­cji uni­wer­sy­tec­kiej i może dok­to­ratu. Chło­pak był mądry, lecz teraz ist­niało nie­bez­pie­czeń­stwo, że wszystko zaprze­pa­ści, mar­nu­jąc cenne lata na Hitler­ju­gend.

Gdyby Seb sądził, że to coś da, prze­mó­wiłby mu do rozumu. Nie­stety pró­bo­wał już wcze­śniej przy kilku oka­zjach, ale cała para poszła w gwiz­dek. Zupeł­nie nie potra­fił dotrzeć do chło­paka.

– Przy­go­tuję ci kola­cję – zapro­po­no­wała Angela. – Wyglą­dasz na wyczer­pa­nego. Wczo­raj­szy posi­łek się zmar­no­wał.

– Chęt­nie zjem tro­chę zupy. – Zawsze przy­go­to­wy­wała gar­nek zupy z resz­tek.

– Mam cie­lę­cinę. Zro­bię ci szny­cel ze szpec­lami.

– Naprawdę nie trzeba, Mutti. Muszę się szybko poło­żyć.

– Naj­pierw zjesz. Mój syn nie pój­dzie spać głodny.

– Dzię­kuję.

Miesz­kali w prze­stron­nym, choć dość ciem­nym apar­ta­men­cie przy Ainmüllerstrasse w Schwa­bing, pół­noc­nej dziel­nicy mia­sta, cza­sami uzna­wa­nej za enklawę arty­stów, ale głów­nie zna­nej z cał­kiem roz­sąd­nych czyn­szów. W miesz­ka­niu była kuch­nia z pie­cy­kiem, zle­wem, dużym sto­łem i osobną spi­żar­nią. W nie­wiel­kim salo­nie stało nowe radio – duże, impo­nu­jące urzą­dze­nie marki Tele­fun­ken – które włą­czano codzien­nie na godzinę mię­dzy szó­stą i siódmą wie­czo­rem, ale ni­gdy na dłu­żej. Ocze­ki­wano, że każdy, kto prze­bywa wów­czas w domu, usią­dzie, by posłu­chać naj­now­szego komu­ni­katu z mini­ster­stwa herr Goeb­belsa i wznio­słej muzyki jed­nego z wiel­kich nie­miec­kich kom­po­zy­to­rów gra­nej przez jedną z wiel­kich nie­miec­kich orkiestr. Albo jakiejś nie­miec­kiej pie­śni.

W miesz­ka­niu znaj­do­wały się trzy sypial­nie: Jur­gena, naj­więk­sza Seba i naj­cie­plej­sza, naj­bar­dziej przy­tulna jego matki. Budy­nek był stary, nie­mal na pewno osiem­na­sto­wieczny. Z całą pew­no­ścią nie luk­su­sowy, lecz dość wygodny – chłodny latem i cie­pły zimą, tak jak należy. Seb pró­bo­wał wal­czyć z upodo­ba­niem Mutti do cięż­kich, ciem­nych mebli, sym­bolu sta­tusu, za któ­rym tęsk­niła pod­czas bied­nego dzie­ciń­stwa na wsi, ale prze­grał. Zatem salon z ogromną maho­niową skrzy­nią i nie­wy­god­nymi drew­nia­nymi krze­słami pre­zen­to­wał się dość przy­gnę­bia­jąco.

Gdy zasiadł do kola­cji, do któ­rej dostał pół­li­trowy kufel piwa, otwo­rzyły się drzwi i wszedł Jur­gen. Był szczu­płym, musku­lar­nym chło­pa­kiem, wyż­szym o co naj­mniej sześć cen­ty­me­trów od ojca, który mie­rzył metr osiem­dzie­siąt cztery. Mło­dzie­niec miał jasne, krótko przy­cięte włosy, wyspor­to­waną syl­wetkę i wyglą­dał nie­zwy­kle przy­stoj­nie w swoim mun­durku: ciemne krót­kie spodenki, szare pod­ko­la­nówki, pas ze sprzączką, koszula z opa­ską na ramie­niu i luźno zawią­za­nym kra­wa­tem oraz naj­cen­niej­sza wła­sność: szty­let Hitler­ju­gend z inskryp­cją „Krew i honor”.

Był, co Seb musiał z nie­chę­cią przy­znać, ide­al­nym wzor­cem aryj­skiej męsko­ści. „Smu­kłego ciała, rączy jak chart, wytrzy­mały jak skóra i twardy jak stal Kruppa”. Herr Hitler pra­gnął, by taki był każdy młody Nie­miec.

Wszy­scy zna­jomi ich rodziny wie­dzieli, że chło­piec odzie­dzi­czył urodę, syl­wetkę i cerę po matce, Ulrice Brandt, miesz­ka­ją­cej w Ber­li­nie i zaj­mu­ją­cej się aktu­al­nie nie wia­domo czym. Jedyną zaletą, jaką mło­dzie­niec mógł mieć po ojcu, był bystry umysł. Przy­naj­mniej tak lubił myśleć Seb.

Chło­pak zasa­lu­to­wał ener­gicz­nie i skło­nił z sza­cun­kiem głowę przed babką, która odwza­jem­niła salut z uśmie­chem.

– Dobry wie­czór, Jur­ge­nie. Przy­sze­dłeś w samą porę na kola­cję – ode­zwał się Seb, ale został zigno­ro­wany.

Syn roz­myśl­nie omi­jał go wzro­kiem. Zajął miej­sce naprze­ciwko przy stole, pod­czas gdy bab­cia wró­ciła do kuchni, by przy­go­to­wać dla niego posi­łek. Twarz chło­paka była ponura i zacięta.

– Co pora­bia­łeś dziś wie­czo­rem? – zapy­tał detek­tyw, jak miał nadzieję, pogod­nym i miłym tonem. – Piękna pogoda na mar­szrutę.

– Nie stać cię na to, by powie­dzieć choć jedno dobre słowo o Hitler­ju­gend, prawda?

– Powie­dzia­łem coś złego?

– Szy­dzisz z nas.

– Dobry Boże, a skąd ci się to wzięło?

– Sądzisz, że tylko masze­ru­jemy i śpie­wamy pie­śni. Nie masz o niczym poję­cia, co? Uczą nas żeglo­wać, jeź­dzić na moto­rze, strze­lać, polo­wać, budo­wać sza­łasy, pro­wa­dzić gry wojenne i wiele wię­cej. A kiedy ty mnie cze­goś nauczy­łeś?

– Prze­pra­szam. Czego byś chciał się ode mnie nauczyć?

– Cho­lera, nie o tym chcę roz­ma­wiać. Może ty mi powiesz, co pora­bia­łeś? Gdzie byłeś wczo­raj w nocy, ojcze?

– Spa­łem w biu­rze.

– Naprawdę? Okła­mu­jesz nawet wła­snego syna.

W Mona­chium plotka nio­sła się lotem bły­ska­wicy. Nie chciał mar­twić matki wyda­rze­niami poprzed­niej nocy, ale wie­ści naj­wy­raź­niej się roze­szły i Jur­gen o wszyst­kim sły­szał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki