Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
W tym mieście narodziło się zło
Monachium, lata trzydzieste ubiegłego wieku. Brutalny ruch nazistowski, dla którego to miasto jest duchową ojczyzną, rośnie w siłę. Zdolny detektyw Sebastian Wolff gardzi rządzącą partią polityczną. Kiedy zostaje zamordowana Angielka z wyższych sfer, Wolff otrzymuje rozkaz podjęcia śledztwa. Detektyw czuje się osaczony. W pracy obserwuje go tajna policja, a w domu syn, zagorzały członek Hitlerjugend. Sprawą osobiście interesuje się sam Hitler. Z czasem Wolff nabiera podejrzeń, że zabójca ma powiązania z najwyższymi szczeblami nazistowskiej hierarchii. Rośnie w nim obawa, że jego zadanie jest niewykonalne...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 450
Dla Ciebie, Max
MONACHIUM, CZERWIEC 1935 ROKU
W dniu, w którym znaleziono zwłoki młodej Angielki, Sebastiana Wolffa zaprzątało coś zgoła innego.
Pierwsze komplikacje pojawiły się w porze obiadu, kiedy siedział w jednej ze swoich ulubionych piwiarni, Tirolkeller, za rogiem komendy policji na starym mieście. Umówił się tam ze swoją dziewczyną Hexie, żeby uczcić trzydzieste piąte urodziny, a potem wybrać się na odludną plażę w lesie na odległym brzegu jeziora Starnberger. Było to cudownie ustronne miejsce, niewymagające kostiumów kąpielowych i przestrzegania zasad przyzwoitości. Seb zerknął na zegarek. Wpół do drugiej, a jej nadal nie ma.
Gdzie też może się podziewać?
Pewnie Hoffmann zatrzymał ją w zakładzie fotograficznym, co nie byłoby niczym zaskakującym. Nadęty, zapijaczony dupek uważał się za lepszego od całej reszty ludzkości. Czego niby dokonał, że miał o sobie takie mniemanie? Lizał tylko tyłek Führera i cały dzień strzelał zdjęcia swoją małą Leicą w nadziei, że któreś wreszcie wyjdzie ostre. W oczach Sebastiana to w ogóle nie była robota dla mężczyzny. Nawet dziecko potrafi chwycić aparat i wcisnąć guzik.
Po drugiej stronie sali kilku młodych mężczyzn w krótkich skórzanych spodenkach zachowywało się nieznośnie. Dręczyli drobnego faceta w okularach i garniturze, wykrzykując, że Żydzi nie są tu mile widziani i powinien wracać do Żydolandu, gdziekolwiek to jest. On się bronił, zapewniając, że wcale nie jest Żydem, ale to tylko podsycało ich pogardę i agresję.
Chłopaki z prowincji wyraźnie wpadły na jeden dzień do miasta. Wieśniacy, którzy wlali w siebie kilka litrów piwa Augustiner i szukali pretekstu do bójki. Ich szydercze wrzaski zagłuszały muzyka grającego na cytrze oraz rozmowy innych klientów.
Seb nie obawiał się wybuchu większej awantury. Rok temu, w tygodniach poprzedzających krwawe wydarzenia w Bad Wiessee i w innych miejscach, spodziewałby się, że rzeczywiście może dojść do rozróby. Ale dziś? Absolutnie nie. Teraz nikt nie odważyłby się wszczynać burdy w Monachium. W hitlerowskiej utopii złotego świtu królował pokój i wszyscy byli szczęśliwi. Nawet Brunatne Koszule odłożyły pałki i kastety.
– Wystawiła pana, detektywie?
Seb odwrócił się i uśmiechnął do kelnerki, której obfity biust wylewał się z dekoltu dirndl. Kobieta trzymała w ramionach dwa rzędy kufli, nie roniąc ani kropli.
– Na to wygląda, Gudrun.
– Głupia gąska z tej Hexie. Ja cię przyjmę w każdej chwili.
– Och, nie należę do twojej ligi.
– Możemy sprawdzić.
Pocałował ją w spocony, nieprzypudrowany policzek.
– Innym razem, Gudrun. Wyjadę Hexie naprzeciw. Jeśli się miniemy, poproś ją, żeby na mnie poczekała. Wrócę za dziesięć minut, zależnie od natężenia ruchu.
– Nie zbliżaj się do Königsplatz, Seb. Znów go przebudowują. Bóg jeden wie, co nawydziwiają tym razem.
– Dzięki.
– I uspokój tych młodzieniaszków, zanim pójdziesz, dobrze?
– Dla ciebie niemal wszystko, słońce.
Czarny kot, rezydent piwiarni, wężowym ruchem otarł się o jego nogi. Seb podał Gudrun pusty kufel, który kobieta jakimś cudem zdołała chwycić wraz z pełnymi, po czym schylił się i pogłaskał zwierzaka, nim ruszył w stronę chłopaków ze wsi. Wszyscy mieli na sobie najlepsze lederhosen, zapewne uszyte z irchy i przez pokolenia przekazywane z ojca na syna. Czy oni je kiedykolwiek piorą? – zastanawiał się inspektor. Setki lat potu, moczu oraz innych wydzielin…
Mężczyźni dostrzegli go i zmierzyli podejrzliwymi spojrzeniami przekrwionych oczu. Wszyscy jak na komendę wypchnęli pierś, strosząc się niczym pięściarze przed walką, ale on tylko się uśmiechnął.
– Uciszcie się, chłopcy – rzucił.
Jeden z nich, największy i najbardziej czupurny, przysunął twarz do twarzy detektywa, ale on nawet nie drgnął.
– Do kogo te słowa, koleś? – warknął zaczepnie wieśniak.
Seb wyjął pistolet służbowy i przycisnął lufę do paskudnego nosa młodego mężczyzny. Łobuz skulił się, jakby już został postrzelony, a ozdobiony gamsbart kapelusz spadł mu z głowy. Policjant uśmiechnął się ponownie, wyjął odznakę i pokazał ją rozrabiakom.
– Jeszcze raz piśniecie, a traficie do przytulnej celi za rogiem przy Ettstrasse.
Młodzieńcy nagle się uspokoili. Ten potężny schylił się i podniósł kapelusz.
Znów było słychać cytrę. Taką moc posiadała odznaka świadcząca o przynależności do policji kryminalnej – Kripo – czy jakikolwiek inny choćby odlegle oficjalny emblemat w trzecim roku panowania Trzeciej Rzeszy. Wielcy gangsterzy rządzili krajem, więc małe płotki straciły rezon. Szkoda, pomyślał Seb, temu największemu i najgłośniejszemu przydałoby się rozkwasić nos, a on nad wyraz chętnie podjąłby się tego zadania. Tymczasem tylko postukał się Waltherem w pierś.
– Bawcie się dobrze, chłopcy. Byle cicho.
Gdy ruszył do drzwi, podbiegł do niego mały człowieczek, którego dręczyli.
– To kłamstwo, co mówili – oznajmił. – Nie jestem Żydem.
Detektyw spojrzał na mężczyznę chłodno. Dla niego był zwykłym szczurem. Bez słowa wyszedł na zewnątrz i odetchnął głęboko. Miał trzydzieści pięć lat i w ten piękny czerwcowy dzień całkiem przyjemnie było czuć, że się żyje.
Rozejrzał się po ulicy i na chwilę zatrzymał wzrok na straganie z owocami i warzywami, od niepamiętnych czasów prowadzonym przez jednonogiego weterana, który właśnie sprzedawał młode ziemniaki paru babciom i przysadzistemu facetowi z Brunatnych Koszul.
Z drugiej strony grupka turystów – Amerykanów, sądząc po kroju ubrań – gapiła się na wysokie, zwieńczone kopułami wieże najsłynniejszej monachijskiej świątyni, Frauenkirche. Amerykanów zawsze dało się rozpoznać. Wszyscy byli dobrze odżywieni i głośni oraz pełni uwielbienia dla nazistowskiego kiczu, więc z zapałem kupowali pocztówki z podobizną Führera. Przyjeżdżali do Bawarii dla „zdrowia i kultury”, jak głosiły reklamy na plakatach biur podróży i w nowojorskich gazetach.
Gudrun miała rację. Rzeczywiście panował duży ruch. Samochody ledwie sunęły, a woźnica na ciągniętej przez cztery zmęczone konie platformie z beczkami piwa, która utknęła w korku, trzaskał biczem w stronę powozów i samochodów, szpetnie przeklinając.
Kabriolet Lancia Augusta – wielka duma i chluba Seba – stał zaparkowany przed karczmą.
Trzy lata temu ta piękność zapewne zostałaby ukradziona lub zniszczona przez którąś z bojówek SA grasujących po mieście, ale w czerwcu zeszłego roku po śmierci ich przywódcy Roehma, straconego w więzieniu Stadelheim po puczu w Wiessee, Brunatne Koszule zostały wykastrowane niczym psy, a ulice znów stały się względnie bezpieczne.
Lancia miała czerwony lakier i Seb kochał ją niemal tak bardzo jak Hexie, choć dziewczyna uważała, że jest odwrotnie. W końcu nigdy nie wyznał jej miłości. Nie chciał, by fräulein nabiła sobie głowę mrzonkami. Zostawił samochód i ruszył żwawym krokiem. Jazda autem mijała się z celem.
Przyczyną zatoru był wielki plan Adolfa, by przerobić Königsplatz na kolejny plac defiladowy i nazistowskie miejsce kultu, jakby oddziały maszerujące po mieście w podkutych metalem buciorach mu nie wystarczały. Już od miesięcy roboty budowlane miały wpływ na całe centrum miasta. Rozkopywano ulice, by wznieść dwa sanktuaria na szczątki męczenników, którzy ponieśli śmierć w puczu roku tysiąc dziewięćset dwudziestego trzeciego.
Policjanci drogowi w białych rękawiczkach wywoływali jeszcze większe zamieszanie, gwałtownie machając rękami i próbując zawrócić wozy i samochody, by skierować je tam, dokąd wcale nie zamierzały jechać.
Seb się tym nie przejmował. To był piękny dzień na przechadzkę, a do pracowni fotograficznej Heinricha Hoffmanna w Schwabing miał niecałe dwa kilometry.
Dotarł do Lenbachplatz, a potem powędrował Barer Strasse na północ, mijając Karolinenplatz, na którym stało mnóstwo maszyn budowlanych i funkcjonariuszy SS. Ulica na zachód, obok Brunatnego Domu i dalej na Königsplatz, była całkowicie odcięta. Panował tu okropny hałas, a w powietrzu wisiał kurz.
Hexie nie było w pracowni fotograficznej. Druga dziewczyna, ta, która zastępowała Evie Braun i której imię wypadło mu z pamięci, powiedziała, że Hexie musiała zanieść paczkę odbitek dla Hoffmanna do Osterii Bavarii. Seb podziękował jej i ruszył wzdłuż Schellingstrasse.
Na chodnikach i wzdłuż ulicy przed restauracją zgromadził się tłum, co mogło oznaczać tylko jedno: rozeszła się wieść, że Adolf jedzie tu na obiad ze swojego ustronia w górach w Obersalzberg.
Ledwie detektyw zdążył o tym pomyśleć, pojawił się orszak przywódcy: trzy wielkie, czarne Mercedesy z otwartymi dachami, wiozące oficerów SS i samego Adolfa, siedzącego na tylnej kanapie środkowego auta w towarzystwie głównego ochroniarza i adiutanta, wysokiego jak żyrafa Wilhelma Brücknera.
Seb zatrzymał się, żeby popatrzeć. Tłum zaczął wiwatować, po czym jak na komendę wzniósł ręce w sztywnym salucie. Dwie młode kobiety, właściwie jeszcze nastolatki, rozdarły bluzki, prezentując swojemu bohaterowi jędrne piersi. Dwóch uśmiechniętych esesmanów natychmiast stanęło przed dziewczętami, dbając o ich przyzwoitość, a także o godność swojego przywódcy.
Jeśli nawet Hitler zauważył ten amatorski striptiz, nie dał tego po sobie poznać, nadal odpowiadał wyznawcom dość leniwą wersją swojego słynnego salutu. Samochody się zatrzymały i oddział ciężko uzbrojonych esesmanów rozepchnął tłum, robiąc przejście.
Otworzyły się drzwi auta i w tej samej chwili znajoma postać Hexie Schuler pojawiła się w wejściu do austerii. Widząc, kto przybył, dziewczyna wcisnęła się w ścianę. Seb pochwycił jej spojrzenie, a ona wykrzywiła twarz, jakby chciała powiedzieć: „W co ja się wpakowałam?”.
Adolf, wysiadłszy z Mercedesa z psem na krótkiej smyczy, poświęcił pół minuty na machanie do zgromadzonych dużą, bladą dłonią, przez co wyglądał jak tresowany lew morski. Potem szybko się odwrócił i schował za drzwiami swojej ulubionej włoskiej restauracji, ciągnąc za sobą pięknego owczarka niemieckiego i mijając Hexie, jakby nie istniała.
Dziewczyna objęła Seba, składając mu życzenia urodzinowe, a wtedy detektyw poczuł, że ktoś go ciągnie za lewe przedramię. Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z nijakim mężczyzną z przerzedzonymi włosami i policzkami poznaczonymi śladami po ospie. Miał koło trzydziestu lat i był ubrany w brudny, szary garnitur, poplamiony zupą krawat i sfatygowaną fedorę. Seb od razu się zorientował, że to ktoś z Bawarskiej Policji Politycznej – oślizgłych gnid znanych w Berlinie i innych częściach Niemiec jako Gestapo. Widywał tego typa okazjonalnie w Prezydium Policji przy Ettstrasse i wiedział, że na pewno nie pracuje w nieupolitycznionym oddziale kryminalnym.
Esesmani nawoływali tłum do rozejścia się, ale ludzie się ociągali, jakby w nadziei, że Adolf w każdej chwili może pojawić się ponownie, by się ukłonić i pomachać na bis. Dziewczęta, które się obnażyły, zapinały właśnie bluzki, flirtując z esesmanami, którzy zasłonili je przed wzrokiem przywódcy. Coś podpowiadało Sebowi, że spotkają się z nimi później, by zawrzeć bliższą znajomość.
– Nienawidzę tego miejsca – wyznała Hexie, ignorując politruka i wskazując głową Osterię Bavarię. – Hoffmannowi towarzyszyła ta okropna Angielka. Wiesz, ta wysoka blondyna z palcami jak białe monachijskie kiełbaski.
– Nazywa się Mitford. Ciągle tam przesiaduje.
Mężczyzna wzmocnił uścisk i Seb odwrócił się, unosząc zaciśniętą pięść, by przefasonować jego paskudną facjatę.
– Tak? – odezwał się poirytowanym tonem. – W czym mogę pomóc?
– Bawarska Policja Polityczna. Nie zasalutował pan Führerowi. Wszyscy to zrobili, a pan nie.
– Proszę wybaczyć, zdekoncentrował mnie widok dziewczęcych cycków.
– Co pan powiedział?
– Słyszał pan, a teraz proszę mnie puścić.
– Budzi pan moją odrazę. Nie wygląda pan na parszywego Żyda, więc kim pan jest? Bolszewikiem?
– Ręce przy sobie, póki grzecznie proszę.
– Ma pan czelność tak mówić do oficera BPP?
– Będę mówił, jak mi się podoba. A teraz niech pan idzie uprzykrzać życie komuś innemu, zanim tu się poleje krew.
– Jak pan śmie?! Jest pan cholernym czerwonym, tak? Niebezpieczny element!
– Jeszcze chwila i sam się pan przekona, jak bardzo.
– Nazwisko! – warknął mężczyzna.
Seb wyciągnął odznakę.
– Wolff. Stoi tu jak byk. Inspektor Sebastian Wolff. Wydział zabójstw, Prezydium Policji, Ettstrasse dwa. I owszem, dla przestępców jestem niebezpieczny. Dla porządnych obywateli – nigdy. Skończyliśmy?
– A, czyli jest pan gliną, tak? Wydawało mi się, że gdzieś już pana widziałem. Cóż, to panu nie pomoże. Zabieram pana do kwatery BPP. – Mężczyzna rzucił niedopałek na ziemię i go rozdeptał.
Hexie stanęła między Sebem a małym gnojkiem.
– To niedorzeczne! – prychnęła. – Wracaj do swojej zapchlonej nory, szczurze.
Seb lepiej by tego nie ujął, niemniej jednak jej słowa nie poprawiły sytuacji. Herr BPP nie mógł się teraz wycofać, ulegając rozwścieczonej kobiecie. To by było upokarzające.
– Pani nazwisko też poproszę.
– Moje nazwisko to nie pański interes. Ale mogę panu zdradzić jedno: pracuję dla najlepszego przyjaciela Führera, Heinricha Hoffmanna, i panowie są w tej chwili razem w restauracji. Jeśli cokolwiek mi się przydarzy, nakarmią panem świnie. Capisce?
Dopiero to naprawdę rozsierdziło herr BPP. I w ten właśnie sposób Sebastian wylądował w obozie koncentracyjnym w Dachau. Dzięki, Hexie, pomyślał, gdy facet wezwał do pomocy oficerów SS, którzy wpakowali inspektora na tylne siedzenie samochodu. Zawsze miałaś niewyparzony język.
Bez procesu, bez adwokata, nawet bez możliwości zadzwonienia do szefa w komendzie policji, do matki czy syna. Wystarczył rozkaz starszego oficera państwowej tajnej policji, że ma zostać przewieziony do Dachau i zamknięty w areszcie w oczekiwaniu na przesłuchanie, by znalazł się w furgonetce zmierzającej na północny zachód od Monachium. Towarzyszyło mu trzech innych więźniów – jednym był profesor politechniki, na którego złożono donos, że kontestuje wyrzucenie z pracy swojego żydowskiego kolegi. Pozostałą dwójką byli ponury komunista i jasnooki świadek Jehowy. Nie oskarżono ich o żadne konkretne przestępstwo, tylko uznano za „niebezpieczny element”.
W obozie zaprowadzono Seba do tak zwanej „odstawki”, gdzie go zarejestrowano, a następnie pozbawiono ubrań i rzeczy osobistych, na które składały się portfel, odznaka i trochę bilonu. Policyjnego Walthera PPK kaliber siedem sześćdziesiąt pięć milimetrów odebrano mu już wcześniej w siedzibie policji w Pałacu Wittelsbachów.
Przez pełne dziesięć minut stał nago, podczas gdy esesmani wchodzili i wychodzili z pokoju, okazjonalnie zerkając na niego z różnym poziomem obojętności. Potem zaprowadzono go do łaźni dla więźniów, gdzie został poddany dezynfekcji i zmuszony do dokładnej kąpieli, zanim wrócił do odstawki. Tam otrzymał niedopasowany zestaw używanych ubrań obozowych, poprzednio należących, jak go poinformowano, do więźnia, który zginął podczas próby ucieczki. Seb założył, że mówią to wszystkim nowo przybyłym, żeby wybić im z głowy zbliżanie się do drutów pod napięciem.
W końcu dostał szczoteczkę do zębów, małą kostkę mydła, cynowy kubek i talerz, a następnie został odprowadzony do jednego z baraków, w którym stały rzędy drewnianych trzypiętrowych niewygodnych prycz. Bez materaca, tylko twarde drewno, siennik i cienki koc – do zniesienia w czerwcu, w zimie pewnie już nie.
Blokowym był wścibski facet o nazwisku Rudolf Höss, podoficer Oddziału Trupiej Czaszki SS z odpowiednim oznaczeniem na czapce. Chętnie się uśmiechał i wyglądał, jakby miał dobry humor. Seb wiedział, że to tylko pozory, ponieważ posiadał istotną dla detektywa umiejętność czytania z twarzy i facet mu się nie podobał. Czuł, że świat byłby lepszym miejscem, gdyby herr Höss był tu więźniem, a nie strażnikiem.
Blokowy zapewnił Seba, że jeśli nie sprawi kłopotów, jego pobyt w obozie przebiegnie stosunkowo bezboleśnie, natomiast jeśli nie będzie wypełniał rozkazów, dbał o porządek i odpowiednio wykonywał pracy lub zacznie kraść jedzenie czy papierosy, narazi się na chłostę. Albo gorzej.
Zerknął w rejestr nowych więźniów, a gdy się zorientował, że Seb ma dziś urodziny i jest policjantem, skarcił go za brak lojalności wobec Führera. Zimnym, wyniosłym tonem oznajmił mu, że splamił honor służb i musi przejść reedukację.
– Przybywasz tu jako wróg państwa, lecz opuścisz to miejsce jako dobry, posłuszny Niemiec, albo nie opuścisz go wcale.
Dodał, że jeśli Wolff będzie się dobrze zachowywał i jego rehabilitacja przebiegnie pomyślnie, odzyska wolność za pół roku.
Seb nawet się nie pofatygował, by odpowiedzieć. Jaki to by miało sens?
– I zapamiętaj – kontynuował Höss. – Nie masz żadnych praw. Jesteś zwykłym gównem i tak będziesz traktowany.
Ponurzy i wyczerpani więźniowie wracali właśnie do baraku po całym dniu pracy. Większość wyglądała, jakby więzienie ich złamało, jakby ich dusze uleciały przez martwe oczy. Żaden nawet nie odezwał się do Seba, co go nie martwiło, ponieważ nie miał nastroju na pogawędki.
Wzięli blaszane talerze i pomaszerowali do kuchni. Dostali na kolację kawałek czarnego chleba z porcją cienkiej, nieprzyprawionej zupy – kapusta, ziemniaki i parę chrząstek. Detektyw nie miał na nią ochoty, ale gdy odsunął miskę, facet siedzący obok z radością ją przejął i pochłonął w kilka sekund.
– Dobre było? – zapytał Seb.
– Nigdy nie jest, ale jutro zjesz. Gwarantuję ci.
– Dlaczego tu wylądowałeś?
– Nikt o to nie pyta. Wszyscy jesteśmy tu z tego samego powodu: pulchnego typa z wąsikiem.
Na wieczornym apelu nie było blokowego Hössa, lecz wiadomość o urodzinach nowego dotarła do jego zastępcy, jeszcze mniej sympatycznego osobnika, który kazał Sebowi wystąpić przed szereg.
– Ten człowiek to najgorszy z najgorszych – poinformował zgromadzonych więźniów. – Jest, czy raczej był, oficerem w Monachijskiej Policji Kryminalnej, ale okazał brak szacunku i lojalności wobec Führera, który zapewnił mu pracę i pożywienie. Dziś są urodziny inspektora Wolffa, więc świętujmy. Niestety nie będzie tortu, ale możemy mu zaproponować wieczorne wyjście, by uczcić ten dzień i godnie powitać go w Dachau.
Wieczorne wyjście. To była jego wersja poczucia humoru. Wieczorne wyjście w Dachau oznaczało stanie na baczność na placu apelowym od zmierzchu do świtu.
Przynajmniej w lecie ciemność nie tylko trwała krócej, ale też było ciepło i nie zanosiło się na deszcz. Noc mijała, a Seb coraz dotkliwiej odczuwał ból ramion i kręgosłupa – znosił jednak gorsze rzeczy na nocnej wachcie w okopach, więc to też zamierzał przetrwać. Głównym problemem był pełny pęcherz. Nim nastał świt, inspektorowi rozpaczliwie chciało się sikać.
Gdy niebo pojaśniało i rozległ się dźwięk pobudki dla więźniów, Seb zaczął mieć nadzieję, że wytrzyma. W końcu słońce musnęło drut kolczasty na szarym betonowym murze po wschodniej stronie pod wieżą strażniczą, a inspektor uznał, że mu się udało. Pokonał tych bydlaków.
Było to drobne zwycięstwo i niestety bardzo krótkotrwałe.
Właśnie sobie gratulował, kiedy nadszedł jego oprawca.
– Dobra robota, więźniu Wolff, nie przewróciłeś się.
– Nie.
– Co powiedziałeś?
– Powiedziałem „nie”, w takim znaczeniu, że się nie przewróciłem.
– A pozwoliłem ci się odezwać? Możesz mówić, tylko gdy dostaniesz polecenie.
– Rozumiem.
– I znów to zrobiłeś. Wyciągnij ramiona prostopadle do torsu.
Seb wykonał polecenie.
– Będziesz tak stał do południa. Jeśli powiesz choćby słowo albo się poruszysz, będziesz stał do północy. A potem chłosta. – Pokazując w uśmiechu żółto-czarne zęby, strażnik smagnął Seba szpicrutą po obu policzkach. Mocno.
Detektyw nie krzyknął, ale przegrał walkę. Stracił kontrolę nad pęcherzem i się zmoczył.
Wszelki opór był daremny. Gdyby zaprotestował, dostałby po prostu cięższą i dłuższą karę, musiałby tak stać przez wiele godzin. Czuł się skrajnie zażenowany. Policzki miał zaczerwienione od szpicruty i wstydu. Nie zsikał się w gacie, od kiedy był małym dzieckiem. Teraz ciepły mocz spływał mu po nogach, a on czuł jego zapach.
Nie miał żadnych fizycznych ran, sińców czy pręg, ale ból i upokorzenie doskwierały mu wystarczająco mocno. Do tego pojawił się nowy problem: pragnienie.
Usta miał wyschnięte, gardło obolałe.
A potem, o jedenastej, blokowy Höss znów się pojawił.
Seb napiął ramiona, trzymając je sztywno w pozycji, i zacisnął usta.
Höss przyglądał mu się przez całą minutę, po czym westchnął.
– No cóż, więźniu Wolff, jesteś wolny. Możesz uznać się za szczęściarza, że ominęła cię powitalna chłosta. – Bez słowa zerknął na ciemną plamę moczu na zgrzebnych bawełnianych spodniach. – Oddaj mydło, szczoteczkę, naczynia i uniform w odstawce i zabierz swoje rzeczy.
Przez chwilę Seb nie reagował, uznając, że to kolejna sztuczka mająca zwalić mu na głowę jeszcze surowszą karę.
– Ruchy, Wolff. Nie mamy całego dnia.
Detektyw powoli opuścił obolałe ramiona. Höss podał mu kartkę papieru z oficjalnym nagłówkiem Dachau. Była to podbita i podpisana przepustka.
– Pokaż ją przy bramie, to cię wypuszczą. Będzie na ciebie czekał samochód. Najwyraźniej masz wysoko postawionych przyjaciół.
Seb mu nie podziękował. Najbardziej na świecie marzył o tym, żeby już nigdy więcej nie widzieć tej tępej, pozbawionej wyrazu gęby. Wrócił do baraku, który opustoszał, ponieważ pozostali więźniowie wyruszyli już do pracy. Zerknął na prostą drewnianą pryczę, na której nie dane mu było spać. Zabrawszy szczoteczkę, mydło i naczynia, przeszedł przez plac apelowy w nadziei, że nigdy już nie ujrzy tego obozu. Ramiona bolały go, jakby cały ranek podnosił ciężary. Nie chciał więcej tego doświadczyć.
Koszmarne miejsce, uznał – zbudowane, by niszczyć, nie by resocjalizować.
Czekał na niego Mercedes bez dachu w typie ulubionym przez wszystkich wyższych rangą nazistów z Monachium. Tylne błotniki zdobiły dwie flagi ze swastykami, a za kierownicą siedział szofer w liberii. Seb doskonale wiedział, do kogo należy limuzyna. Oczywiście do wuja Christiana, młodszego brata jego matki.
Skinął głową kierowcy.
– Dzień dobry – powiedział.
– Heil Hitler – odrzekł mężczyzna.
– A tak, tobie też Heil Hitler. – Odpowiedział salutem, krzywiąc się, gdy zabolały go mięśnie nadwyrężone staniem w nienaturalnej pozycji przez kilka godzin. – Odwieź mnie do domu przy Ainmüllerstrasse, proszę.
– Mam rozkaz zabrać pana do Rezydencji. Kanclerz Weber pragnie pana widzieć.
– Czy to nie może poczekać? Przydałaby mi się kawa i parę godzin snu. – Już mówiąc te słowa, wiedział, że nic nie wskóra.
Kierowca wzruszył ramionami i wcisnął gaz. Zawrócił, po czym pognał z prędkością stu kilometrów na godzinę prosto do centrum Monachium, ignorując policjantów kierujących ruchem, zajeżdżając drogę innym pojazdom na skrzyżowaniach, ledwie o centymetry mijając autobusy i tramwaje. Seb zamknął oczy, uznawszy, że nie chce widzieć własnej śmierci, pędzącej na niego pod postacią dziesięciotonowej ciężarówki.
Gdy dotarli do zatoru w pobliżu starego miasta, szofer po prostu wcisnął klakson i trąbił, aż nieszczęśnicy w innych autach zorientowali się, że to oficjalna nazistowska limuzyna, i zjechali na bok, przepuszczając ją, jakby była karetką pogotowia spieszącą do szpitala. Takie wrażenie wywierał w Trzeciej Rzeszy wielki, czarny Mercedes bez dachu, zwłaszcza udekorowany flagami z hakenkreuzem.
Jednak gdy mijali Feldherrnhalle, kierowca zwolnił, z namaszczeniem unosząc prawe ramię w salucie dla przyjaciół Hitlera, którzy polegli w nieudanym puczu w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim. Seb poszedł w jego ślady, bo nie chciał wracać do Dachau – a złożenia tego obowiązkowego hołdu pilnowała stała straż SS. Każdy, kto by nie uhonorował poległych bohaterów Trzeciej Rzeszy, popadłby w poważne tarapaty. Starsze panie na rowerach chwiały się i gwałtownie skręcały, puszczając kierownicę, by unieść rękę, a część mieszkańców po prostu jeździła okrężną drogą, nie chcąc oddawać czci nazistom.
Kierowca skręcił w lewo i zatrzymał się na Max-Joseph-Platz.
– Dojechaliśmy, inspektorze Wolff – oznajmił, nie odwracając się do pasażera. – Ma pan się stawić przy głównym wejściu, następnie zostanie pan odeskortowany do Czarnej Sali, gdzie poczeka pan na kanclerza Webera. – Zerknął na niewielki zegarek na tablicy rozdzielczej. – Powinien pan tam być niepóźniej niż za pięć minut, więc proszę ruszać.
Kolejne rozkazy. Seb uznał, że koleś byłby szczęśliwszy jako blokowy w obozie koncentracyjnym Dachau niż jako szofer wuja. Miał odpowiedni styl bycia i niewątpliwie uwielbiał swój uniform. Wysiadając z auta, detektyw nie podziękował mu ani nawet się nie pożegnał. Po prostu zostawił tylne drzwi szeroko otwarte, tak by facet musiał ruszyć swoje grube dupsko z wygodnego fotela i je zamknąć.
Rezydencja, nadzwyczaj okazała budowla, była jednym z królewskich pałaców rodu Wittelsbachów, panującego w Bawarii do obalenia monarchii pod koniec wojny światowej. W rozległym labiryncie pokojów – w liczbie stu trzydziestu – oraz na dziesięciu okazałych dziedzińcach można się było łatwo zgubić. Sebowi z pewnością by się to udało, gdyby nie przewodnictwo jednego z sekretarzy wuja.
Gdy dotarł do znajdującej się na piętrze Czarnej Sali – nie naprawdę czarnej, ale nieco mrocznej pod ciężkim sufitem bogato malowanym techniką trompe l’oeil – poprowadzono go po marmurowej posadzce do zabytkowego fotela pod jednym z okien, kazano usiąść i czekać na gospodarza. Słońce grzało Seba w kark, gdy przyglądał się portretom dawno zapomnianych książątek. Powieki powoli zaczynały mu ciążyć.
Po chwil pojawił się kolejny sekretarz.
– Kanclerza Webera coś zatrzymało. Polecił, bym zaproponował panu posiłek.
– Chętnie zjem śniadanie.
– Jest już pora obiadu, proszę pana.
– Zatem obiad i kawę.
– Mam zupę z kołdunami.
– Na pewno będzie wyśmienita. Poproszę też o chleb i ser.
– Oczywiście, proszę pana.
Pięć minut później służący przyniósł tacę z jedzeniem i zastawił mały stolik dla gościa. Zupa była pyszna, a do świeżego chleba podano włoski pleśniowy ser. Seb dostał nawet masło i mały talerzyk pikli. Pochłonął wszystko łapczywie i poczuł się o wiele lepiej. To był najlepszy posiłek, jaki jadł od wielu dni, ale nie zmrużył oka przez całą noc i zrobił się jeszcze bardziej senny. Teraz naprawdę potrzebował odpoczynku, osunął się więc wygodnie w fotelu i zapadł w drzemkę.
Nie wiedział, jak długo spał, ale obudził się, gdy wuj Christian dźgnął go w brzuch skórzaną szpicrutą, którą zawsze przy sobie nosił.
– Pobudka, chłopcze! – Nigdy nie zwracał się do siostrzeńca po imieniu.
– Przepraszam – wymamrotał Seb. – Nie spałem w nocy.
– Cóż, trzeba było się nie pchać do Dachau, głupcze. Próbujesz mnie ośmieszyć? Upokorzyć swoją świętą matkę?
– Dziękuję, że mnie wyciągnąłeś.
– Sam z siebie nie kiwnąłbym palcem. Zrobiłem to dla siostry.
Christian Weber był wielkim, brzydkim mężczyzną i pachniał, jakby wykąpał się w wannie wody kolońskiej. Prawdopodobnie był też najbogatszym i najbardziej skorumpowanym człowiekiem w Monachium. Oraz najbardziej pogardzanym. Za plecami wszyscy nazywali go Knurem.
Zaczynał biednie, od sprzątania końskiego gówna w stajniach wyścigowych, jednak szczęście mu dopisało, ponieważ od samego początku trzymał z Hitlerem. Razem wszczynali burdy, spiskowali i kreślili plany, a ich przyjaźń przetrwała do dziś. W tych czasach ledwie parę osób mogło się śmiać z Führerem, nie wspominając o żartowaniu jego kosztem, a Christian Weber był jedną z nich.
Dzięki kombinacji łapówek, zastraszania i podstępów rządził teraz radą miasta i był właścicielem połowy Monachium, w tym większej części komunikacji miejskiej, ogromnej liczby nieruchomości, łącznie z hotelami i burdelami, torów wyścigowych w Riem, a także dochodowej gałęzi przemysłu turystycznego. Jakimś sposobem udało mu się również zawłaszczyć spory fragment Rezydencji, wystarczająco duży, by pomieścić zwały jego tłuszczu.
Oczywiście nie była to byle która część starego pałacu – wybrał najbogatsze, najbardziej komfortowe i najpiękniej zdobione apartamenty, by co noc sprowadzać wybrane dziewczęta do sypialni Elektora ze ścianami pokrytymi haftowanym jedwabiem i z wielkim, przepięknym, antycznym łożem. Dla Seba było tajemnicą, jakim cudem żadna się nie udusiła pod jego stusześćdziesięciokilowym cielskiem. Współczuł im, choć równocześnie podejrzewał, że Knur dobrze je wynagradza.
A teraz wuj stał przed nim, wylewając się z nowego munduru oberfürhera SS, a jego obfity wąs w pruskim stylu drżał, jakby mężczyzna był kotem, który upolował ptaszka.
– Cóż, nie powinienem był tam trafić – zaprotestował detektyw. – To było idiotyczne nieporozumienie. Jeden koleś z BPP się panoszył. Po prostu nowy rekrut Heydricha chciał się wyżyć na Kripo.
– Masz szczęście, że ten dureń Deuber kieruje Dachau. Miękki jak budyń. Podobno jest tam jak w ośrodku wypoczynkowym. No i dlaczego nie wstąpisz do partii, chłopcze? Dlaczego sam nie przejdziesz do policji politycznej? Przecież masz tam przyjaciół, prawda? Rozmawiałem o tobie z samym Reinhardem Heydrichem i otrzymałem zapewnienie, że możesz składać podanie. On chce zbudować w instytucji nowe poczucie braterstwa, a także intensywnie walczy o wzrost płac.
– To nie dla mnie. Jestem zwykłym detektywem.
– Mógłbyś mi się tam bardzo przydać, a twoje życie stałoby się o wiele łatwiejsze. Znalazłbym ci luksusowe mieszkanie. Może wygodny dom w Bogenhausen? Mógłbyś się ożenić z tą twoją dziewczyną, dać jej dzieci i zagonić do kuchni. To dobre dziewczę, przyszła do mnie, kiedy ten tajniak cię aresztował. Tak się dowiedziałem, że siedzisz w Dachau. Gdyby nie należała do ciebie, sam bym ją sobie wziął. Zatem ożeń się, załóż rodzinę, wstąp do partii, a wuj Christian będzie z ciebie dumny.
Seb nie próbował nawet mu przypominać, że już ma rodzinę: siedemnastoletniego syna.
– Zastanowię się nad tym – odparł. – A teraz jeszcze raz dziękuję, ale naprawdę muszę jechać do domu i przespać się parę godzin.
Jego wyczerpanie było aż nazbyt widoczne. Ziewnął szeroko, a wtedy Weber znienacka wsunął mu do ust jakąś tabletkę i zamknął je tłustą ręką.
– Połknij to, nie będzie ci się chciało spać.
Ponieważ Seb nie mógł wypluć pigułki, posłuchał polecenia.
– Co to było? – zapytał, kiedy przestał się dławić.
– Magiczna tabletka z Ameryki. Możesz po niej całą noc nie spać i się pieprzyć. – Weber potrząsnął swoją świńską głową, a na jego ryjku wykwitł lekki uśmiech. – Muszę wyznać, że zostałeś zwolniony z jeszcze jednego powodu. Gdyby chodziło tylko o mnie, zostawiłbym się pod czułą opieką strażników w Dachau na tydzień, żebyś trochę skruszał. Ale wygląda na to, że jesteś potrzebny przy sprawie morderstwa.
Czyżby zakładał, że ta wiadomość uszczęśliwi Seba?
– Nie jestem jedynym detektywem przy Ettstrasse dwa.
– Najwyraźniej jednak cieszysz się dobrą reputacją, a to ważna sprawa. Sam Adolf się nią interesuje.
– A wie, że trafiłem do Dachau?
– Cóż, nie zamierzam mu o tym wspominać. W każdym razie powinieneś się czuć zaszczycony, że wybrano cię do tego zadania.
Policjant zastanawiał się ledwie przez dwie sekundy, a potem pokręcił głową.
– Nie. Nie chcę tej sprawy. – Nie musiał wypijać gorzkiego wina, by wiedzieć, że kielich jest zatruty. Nawet pobyt w Dachau może być bezpieczniejszy niż praca nad sprawą, w której porażka może wzniecić gniew herr Hitlera. – Na Ettstrasse jest wielu dobrych policjantów. Niech wezmą kogoś innego. – Na przykład jakiegoś członka partii, który po mistrzowsku opanował salut.
– No, no, chłopcze, a ja myślałem, że wy, detektywi, bijecie się o najlepsze sprawy. Sądziłem, że chętnie się sprawdzisz w takim trudnym śledztwie.
– Jeśli sprawą interesuje się Führer, z całą pewnością w grę wejdzie polityka. To może być królicza nora, która prowadzi nie wiadomo dokąd.
Knur wyszczerzył zęby.
– Obawiam się, że decyzja już zapadła. Sprawa jest twoja. Wygląda na to, że masz wysoki współczynnik wykrywalności i, co może nawet ważniejsze, jako jedyny na Ettstrasse dobrze mówisz po angielsku. Nie zawiedź mnie, chłopcze. Musiałem prosić o przysługi, żeby wydostać cię z Dachau.
Pół godziny później Sebastian Wolff znalazł się w gabinecie na pierwszym piętrze Brunatnego Domu przy Brienner Strasse na wschód od Königsplatz. Przez szeroko otwarte okno wpadał ciepły letni wietrzyk, niosąc też niestety nieustający łoskot ciężkich maszyn budowlanych i młotów pneumatycznych rozkopujących całkiem ładne trawniki i chodniki, by zrobić miejsce dla wymarzonego placu defiladowego Adolfa.
Imponująca stuletnia rezydencja została przemianowana na Brunatny Dom, kwaterę główną nazistów, kiedy partia wyrosła ze swojej poprzedniej siedziby. Adolf korzystał tu z biura, gdy akurat nie przebywał w urzędzie kanclerskim w Berlinie ani w swoim górskim zaciszu w Obersalzberg. To stąd kierowano partią i Seb musiał przyznać, że robiono to bardzo skutecznie.
Tabletka, czymkolwiek była, już zaczęła działać, a on czuł się o wiele bardziej rozbudzony i przytomny niż przedtem. Czekało na niego trzech mężczyzn. Dwóch z nich rozpoznał, choć tylko jednego znał osobiście – swojego szefa, zastępcę komendanta policji Thomasa Ruffa.
Seb zawsze lubił Ruffa, choć nie szanował go jako policjanta. Właściwie nigdy nie rozumiał, dlaczego ten człowiek został gliniarzem, ponieważ zupełnie nie nadawał się do tej roboty. Miał nerwicę, a jego stan znacząco się pogorszył po śmierci przełożonego, komendanta Policji Monachijskiej Augusta Schneidhubera – wydarzyło się to rok temu podczas tak zwanej nocy długich noży, kiedy to Hitler i jego odziani na czarno chłopcy z SS pozbyli się dowództwa Brązowych Koszul oraz wszystkich tych, których uznali za nielojalnych. Od tamtej pory Ruff nie sypiał dobrze w nocy. Nie bez powodu – skoro mogli zlikwidować Schneidhubera, mogli też jego. Niestety nerwowość nie była dobrą cechą u wyższego oficera policji.
Drugą postacią, którą Seb rozpoznał, był kolejny bliski kumpel Hitlera – ustosunkowany, wytworny szef biura prasy zagranicznej Ernst Hanfstaengl, powszechnie znany jako Putzi. Jego matka była Amerykanką, dlatego spędził wiele lat w USA, studiował na Harvardzie i nie brakowało mu pieniędzy dzięki dochodom z rodzinnego wydawnictwa artystycznego oraz galerii sztuki.
Był niezwykle wysoki – mierzył prawie dwa metry – zawsze dobrze ubrany i cieszył się reputacją osoby, która potrafi nawijać makaron na uszy i mydlić oczy reporterom z całego świata, by chronić reputację Hitlera, kiedy naziści po cichu lub nie tak bardzo po cichu pozbywali się swoich politycznych wrogów.
Trzeci miał na sobie ciemny garnitur w cienkie prążki i jeszcze zanim otworzył usta, Seb domyślił się, że jest Anglikiem. W tych czasach w Monachium pełno było angielskich obywateli z wyższych sfer, których cechowała pewna wyniosłość, cholernie irytująca dla nazistów. Wątpił, by ten człowiek stanowił wyjątek od zasady.
Ruff i Hanfstaengl zasalutowali Sebowi, a on odpowiedział na powitanie. Co prawda nie głosował na Adolfa i jego partię w wyborach dwa lata wcześniej, więc nie czuł potrzeby, by wykonywać salut, ale przez wydarzenia z ostatniej doby doszedł do wniosku, że naprawdę nie warto boksować się o drobiazgi. Czasami w życiu trzeba płynąć z prądem, a on miał większe troski niż to, czy podnosić rękę. To po prostu przyjacielskie powitanie, przekonywał sam siebie. Nieprawdaż?
Przecież ta sytuacja nie potrwa długo. Niemcy lubiły zmieniać rząd, zatem istniała możliwość, że ten nowy reżim wyląduje na śmietniku historii nawet wcześniej niż później. A wtedy wszyscy przestaną mówić Heil Hitler i wrócą do Guten Tag oraz Grüss Gott. Bóg z pewnością wygra ze zwykłym śmiertelnikiem.
Szef policji Ruff przedstawił dwóch pozostałych mężczyzn.
– To herr Hanfstaengl, inspektorze. Jest szefem biura prasy zagranicznej w Berlinie i przyleciał dziś do nas na to ważne spotkanie.
Seb z szacunkiem skłonił głowę i uścisnął rękę Ernsta. Oczywiście słyszał o Hanfstaenglu, jednej z najjaśniejszych gwiazd na firmamencie narodowego socjalizmu. Jednak niedawno dotarły do niego plotki, że Hanfstaengl wypadł z łask Hitlera, a jego pozycja, tak jak i życie, zawisła na włosku. Nie było to nic konkretnego, tylko pogłoski sugerujące, że choć publicznie aprobuje morderstwa w noc długich noży, ponieważ ten drastyczny krok był niezbędny, by rewolucja Hitlera odniosła sukces, to prywatnie wcale nie jest o tym przekonany i pozostaje pod wpływem przyjaciół z Ameryki, którzy są oburzeni tym barbarzyństwem. Co gorsza, wiadomość o jego obiekcjach dotarła do uszu człowieka, który wydał rozkaz przeprowadzenia tej czystki: Adolfa Hitlera. A on nie reagował uprzejmie, gdy ktoś mu się sprzeciwiał lub podważał jego racje.
Zatem Putziego Hanfstaengla prędzej czy później prawdopodobnie czekał ten sam los co szefa SA Ernsta Roehma i inne ofiary. Gdy latasz zbyt blisko słońca, możesz się sparzyć.
Tymczasem dopóki żył i piastował stanowisko, warto było się z nim liczyć.
– A to jest pan Gainer, brytyjski konsul generalny w Monachium – odezwał się Hanfstaengl po angielsku, wskazując tego w prążki: łagodnego, pełnego rezerwy mężczyznę o gładkich, zdrowych rysach i inteligentnych oczach człowieka cywilizowanego. Seb oszacował, że mężczyzna jest po czterdziestce z marginesem pięciu lat w tę lub we w tę.
– Miło mi pana poznać, sir – powiedział również po angielsku.
– Jak się pan ma, panie inspektorze? – odrzekł Gainer, wyciągając do niego rękę. Seb ujął ją na angielski sposób, mocno ścisnął i panowie spojrzeli sobie w oczy. Detektyw wiedział, że takie gesty mają dla Anglików ogromne znaczenie. Słaby uścisk oznaczał brak charakteru, a unikanie kontaktu wzrokowego nieszczerość. Gainer odpowiedział mu lekkim skinieniem głowy, ale minę miał posępną.
– Dobrze, dziękuję – odpowiedział Seb czysto kurtuazyjnie. Anglicy twierdzą, że czują się dobrze, nawet na łożu śmierci.
– Powiedziano mi, że włada pan płynnie językiem angielskim. Tak z ciekawości, gdzie się go pan nauczył, herr Wolff?
– Pracowałem na brytyjskim frachtowcu, sir.
– Doprawdy? A jak do tego doszło, jeśli wolno spytać?
Czy to na pewno był odpowiedni moment na omawianie jego biografii? Lecz Gainer wyraźnie czekał na odpowiedź, zatem Seb nie miał innego wyjścia, jak tylko skoczyć na główkę.
– Cóż, w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim w czasie najwyższej inflacji nie miałem czym nakarmić dziecka, ruszyłem więc z Monachium do Hamburga, a tam znalazłem zatrudnienie na pokładzie „Eastern Star” z Tilbury. Pracowałem na statku przez cztery lata, wysyłając pieniądze i paczki z jedzeniem do matki, która opiekowała się moim synem. Dość szybko przyswoiłem sobie język.
– Brytyjscy marynarze dobrze pana traktowali?
To pytanie zaskoczyło Seba, ale zdołał odpowiedzieć dyplomatycznie.
– Zazwyczaj tak. Oczywiście byli i tacy, którzy początkowo nie chcieli ze mną rozmawiać, gdyż stracili krewnych i przyjaciół na wojnie. Pewnie kilku chętnie wyrzuciłoby mnie za burtę. Ale sądzę, że przekonałem większość do siebie, udowadniając, że jestem takim samym człowiekiem jak oni i że nasz naród też poniósł wielkie straty.
Tak naprawdę dali mu popalić prawie wszyscy poza kapitanem, który był pozbawionym uprzedzeń, dobrodusznym człowiekiem. Reszta załogi miała pretensje, że w ogóle dostał pracę. Nazywali go hunem, szkopem albo szwabem. Nikt nie zwracał się do niego per Wolff, Sebastian czy Seb. Znosił to, bo musiał, żeby Jurgen i matka mieli co włożyć do garnka. W końcu z wielkim oporem go zaakceptowali, ponieważ nie dał się zgnębić, ale też nie reagował na zaczepki. Znaleźli się nawet tacy, którzy niemal z czułością zaczęli nazywać go Wolfie.
– To dobrze. Wie pan, dlaczego tu pana wezwaliśmy?
– Przekazano mi, że zostałem przydzielony do sprawy morderstwa, przy której przyda się moja znajomość języka. Nic więcej jeszcze nie wiem.
– Zatem poproszę, by zastępca komendanta policji wyjaśnił, co się stało. – Gainer skinął głową szefowi Wolffa. – Niech pan bez skrępowania mówi po niemiecku, herr Ruff. Całkiem nieźle rozumiem wasz język.
– Dziękuję. – Ruff odpowiedział skinieniem, a potem jak zwykle nerwowo zwrócił się do Seba: – Mówiąc krótko, inspektorze, sprawa wygląda następująco: wczoraj w Herzogpark, na brzegu rzeki naprzeciwko Ogrodu Angielskiego, znaleziono ciało młodej Angielki. Dziewczyna została zamordowana.
Przez chwilę Seb myślał, że może chodzi o tę przyjaciółkę Hitlera z palcami jak białe kiełbaski, reńską dziewicę pannę Unity Mitford, która wczoraj jadła obiad z Führerem w Osterii Bavarii.
Dziewczyna z całą pewnością narobiła sobie wrogów podczas pobytu w Monachium. Związek Niemieckich Dziewcząt, BDM, gardził nią, bo używała szminki i paliła, a starsi członkowie partii nienawidzili jej, ponieważ miała dostęp do Adolfa, a oni nie.
Jej śmierć bez wątpienia wywołałaby trzęsienie ziemi.
Hanfstaengl podjął opowieść, mówiąc po angielsku z silnym niemieckim akcentem.
– Chodzi o czcigodną pannę Rosie Palmer.
Aha, czyli nie ta Mitford, co za ulga.
– Jej matka jest damą dworu królowej Marii, małżonki króla Jerzego V. Wie pan, kim jest dama dworu, Wolff?
– Nie, sir.
– W brytyjskim pałacu królewskim to ktoś o wiele ważniejszy niż zwykła służąca. To bliska przyjaciółka i towarzyszka królowej małżonki. Zresztą sama jest arystokratką, wdową po wicehrabim. Podobno rodzina królewska jest zdruzgotana tą okropną wiadomością i chciałaby się dowiedzieć, jak do tego doszło. Dla Trzeciej Reszy to katastrofa wizerunkowa, należy zatem bezzwłocznie znaleźć mordercę. Ma pan dzień, maksymalnie dwa. Führer oczekuje regularnych raportów na temat postępów śledztwa.
I tę sprawę uważałem za zatruty kielich? – pomyślał Seb. Przecież to zwykłe samobójstwo. Dlaczego nie poda mi pan arszeniku i nie zabije od razu, herr Hanfstaengl? I choć w duchu jęknął, to zachował kamienną twarz.
– Jak zginęła ta młoda kobieta? – zapytał.
– Zwłoki znajdują się na uniwersyteckim wydziale patologii. Zdaje mi się, że kobieta odniosła rozległe obrażenia, ale nie określono bezpośredniej przyczyny zgonu – wyjaśnił Ruff. – Sugeruję, byś zaczął od wizyty na uniwersytecie, a potem ruszył dalej. Będziesz musiał przesłuchać jej angielskich i niemieckich przyjaciół, by dowiedzieć się, co robiła przed śmiercią. Nie powinno być trudno ich znaleźć. Mieszkała przy Karolinenplatz w domu herr Regensdorfa, który udzieli ci wszelkiej pomocy.
Seb pokiwał głową. Oczywiście słyszał o słynnym Walterze Regensdorfie i niejednokrotnie mijał jego okazałą rezydencję, jak wszyscy w tym mieście.
– Ma pan przeprowadzić śledztwo sprawnie, ale dyskretnie – odezwał się Hanfstaengl. – Führer nie życzy sobie, by wszystkie oddziały policji monachijskiej biegały po mieście, siejąc panikę. W szczególności nie chce, by nasi młodzi angielscy i amerykańscy goście poczuli się niekomfortowo, wystraszyli się lub zostali potraktowani bez należytej uprzejmości. Relacje w naszych gazetach będą bardzo oszczędne, ale nie mamy wpływu na prasę zagraniczną, z którą będę się kontaktował osobiście. Jeśli zaczepi pana reporter zza granicy, niech pan nic nie mówi, tylko odeśle go do mojego biura. Nie poda pan nawet nazwiska ani nie potwierdzi żadnego swojego związku ze śledztwem. Zrozumiano?
– Tak, herr Hanfstaengl.
– Dobrze. Powinien pan wiedzieć, że jestem głęboko wstrząśnięty, iż doszło do tego brutalnego wydarzenia tak blisko mojego domu w Herzogpark. Ktoś z rodziny panny Palmer przyleci jutro po południu do Oberwiesenfeld, możliwe że jej brat, wicehrabia Braybury. Zatrzyma się w hotelu Vier Jahreszeiten. Z pewnością będzie chciał się z panem spotkać, zatem porozmawia pan z nim i będzie go informował na bieżąco. Przedstawię pana, gdy tylko będzie to możliwe. Ach, i nie będzie pan nad tym pracował sam, ale ze względu na znajomość języka i wyższy stopień spodziewamy się, że to pan pokieruje zespołem.
Seb pokiwał głową. Nie miał wyjścia – musiał się zgodzić.
– Mnie też proszę informować – wtrącił Gainer. – Moje drzwi w konsulacie przy Prannerstrasse są dla pana zawsze otwarte, panie inspektorze.
– Dziękuję, sir. Zrobię, co w mojej mocy, by rozwiązać tę sprawę w satysfakcjonujący wszystkich sposób.
Hanfstaengl, potężny mężczyzna o sympatycznym sposobie bycia, pozwolił sobie na lekki uśmiech.
– Zostanę w Monachium, dopóki śledztwo się nie zakończy. Może pan kontaktować się ze mną o dowolnej porze dnia i nocy pod domowym numerem przy Pienzenauerstrasse pięćdziesiąt dwa lub tu, w Brunatnym Domu. To jest mój prywatny gabinet. Jeśli mnie nie będzie, jedna z sekretarek przekaże wiadomość. Proszę raportować regularnie. To sprawa najwyższej wagi. Powinien pan czuć się zaszczycony, że powierzono mu to śledztwo. Wdzięczność Führera za doprowadzenie go do końca będzie bezgraniczna.
– Tak jest, sir.
– Powtórzę raz jeszcze: niech się pan przygotuje na ciekawość prasy zagranicznej. Reporterzy będą bardzo zainteresowani sprawą. Proszę ich trzymać na dystans, ale uprzejmie. Świat musi wiedzieć, że Trzecia Rzesza jest bezpieczną przystanią dla młodzieży zza granicy.
– Oczywiście.
– Pozostaje jeszcze jedna kwestia, niezwykle delikatna, która nie może wyjść poza te cztery ściany – kontynuował Hanfstaengl, zerkając na Anglika. – Führer pragnie utrzymać przyjaźń z Anglią, którą wielce podziwia. Negocjacje dotyczące układu morskiego między naszymi krajami weszły w fazę krytyczną. Herr Hitler głęboko liczy na to, że dzięki układowi między Berlinem i Londynem zrodzi się serdeczna i trwała przyjaźń. Byłoby wielką tragedią dla obu narodów, gdyby ta sprawa w jakikolwiek sposób położyła się cieniem na tych szlachetnych planach.
Seb znów pokiwał głową. Poczuł, jak krople potu wsiąkają w kołnierzyk jego koszuli.
– Chce pan coś dodać, panie Gainer? – zapytał Hanfstaengl.
– Nie, nie, zgadzam się ze wszystkim, co pan powiedział.
Inspektor spojrzał w oczy brytyjskiego konsula, którego lekko uniesione brwi wydawały się przeczyć temu zapewnieniu. Może był mniej zainteresowany aspektem propagandowym morderstwa, a bardziej przejęty ludzkimi emocjami przerażenia i żałoby. Jeśli tak było, Seb absolutnie się z nim zgadzał.
– No dobrze – odezwał się Thomas Ruff. – Natychmiast bierz się do roboty. Twoim asystentem będzie młodszy oficer z policji politycznej, którego nie poznałem, ale zapewniono mnie, że jest bardzo bystry i chętnie pomoże. Udaj się na Ettstrasse, gdzie na ciebie czeka. To sierżant Winter.
Tego było zbyt wiele.
– Czy nie mogę sam dobrać sobie kogoś spośród kolegów z Kripo, człowieka doświadczonego w prowadzeniu dochodzeń?
– Słuszne pytanie, Wolff, ale ta decyzja zapadła na wyższym szczeblu. Na pewno rozumiesz, dlaczego biuro polityczne może mieć pewne wątpliwości co do twojego przydziału.
Bo wsadzili mnie do cholernego obozu koncentracyjnego, pomyślał Seb, i są wściekli, że się wydostałem, a także nie zamierzają mnie spuścić z haczyka. I kto na „wyższym szczeblu” podjął tę decyzję? Biorąc pod uwagę osobiste zaangażowanie Führera w sprawę, w grę wchodziły tylko dwa nazwiska: Heydrich lub Himmler. Obaj sterowali policją polityczną i żadnemu nie można było odmówić.
Gdy wychodził, Ruff wziął go na stronę i dał mu kartkę ze spisanymi faktami dotyczącymi ofiary – miejsce odnalezienia ciała, nazwisko i adres człowieka, który się na nie natknął. Oddał mu też jego Walthera PPK.
– Chłopcy z politycznej nie chcieli go zwrócić, ale się uparłem – wyjaśnił Ruff. – Tak przy okazji, Wolff, weź pod uwagę, że nie wyciągnąłbym cię z obozu bez interwencji twojego wuja. Wisisz mu drinka.
Seb był pewien, że Knura stać na to, by samemu sobie kupować alkohol.
Gdyby istniał jakiś sposób na to, by natychmiast uciec z Monachium i wydostać się z Niemiec, Seb by z niego skorzystał. Ale nie mógł wyjechać, nie mógł zwiać – nie bez matki, którą musiał się opiekować, i bez syna, którego musiał wychować na mężczyznę. Poza tym dokąd mógłby się udać? Z powrotem na morze?
Gdy szedł przez Prezydium Policji, wielki kompleks budynków posiadający nawet własne więzienie, odnosił nieprzyjemne wrażenie, że wszyscy unikają jego wzroku, za to gapią się na niego ze współczuciem, kiedy się odwraca. Może tylko to sobie wyobrażał? Może to efekt uboczny tabletki, którą wcisnął mu do gardła wuj Christian. Pozwoliła mu zachować przytomność podczas spotkania w Brunatnym Domu, ale teraz umysł miał zamglony i czuł, że zaraz zaśnie. Nie wróżyło to dobrze.
Sierżant Hans Winter czekał w gabinecie Seba na drugim piętrze, siedząc za jego biurkiem, jakby był u siebie. Detektyw zamarł: to była ta ospowata gestapowska świnia, która aresztowała go na ulicy pod Osterią Bavarią i wysłała do Dachau. Wówczas łajdak się nie przedstawił. Polityczni nie mieli takiego obowiązku. Wystarczała im odznaka. Dyskrecja i anonimowość były niezwykle istotne dla tajnej policji.
Winter natychmiast zerwał się na równe nogi, strzelił obcasami i wyprężył ramię.
– Heil Hitler.
– Heil Hitler. – Seb zdobył się na zdawkową imitację salutu.
– Wygląda na to, że szczęście panu dopisuje, inspektorze Wolff.
– Doprawdy?
– Tak, jakoś wykręcił się pan z obozu Dachau, a do tego wyznaczono mnie na pańskiego partnera. Los panu wyjątkowo sprzyja, powiedziałbym.
– Nie jest pan moim partnerem, sierżancie Winter. Jestem pańskim przełożonym i ma pan wykonywać moje rozkazy.
Winter wyglądał na kompletnie zaskoczonego, a przez jego pobliźnioną gronostajową twarz przebiegł dziwny skurcz, jakby tajniak próbował przyswoić to, co Seb powiedział. W końcu wyraźnie doszedł do jakiegoś wniosku.
– Ostrożnie, Wolff, jeszcze nie wykaraskałeś się z opałów. BPP sprawuje władzę nad pozostałymi wydziałami policji, a ja będę miał cię na oku.
– Po prostu słuchaj rozkazów, wykonuj swoją pracę, a się dogadamy. Może nawet się czegoś nauczysz, Winter. A na przyszłość będziesz się do mnie zwracał herr Wolff lub inspektor Wolff. – Uśmiechnął się do niechlujnego faceta. – Teraz bierz swój odrażający kapelusz, jedziemy obejrzeć zwłoki. Weźmiemy mój samochód, stoi za rogiem.
Nie dał Winterowi czasu na protest czy narzekanie, po prostu wymaszerował z gabinetu, zbiegł po kamiennych schodach, potem przeszedł przez dziedziniec przed głównym wejściem, przez kutą metalową bramę i skręcił za róg pod piwiarnię, przed którą stała bezpiecznie zaparkowana czerwona Lancia.
– Jakim cudem cię stać na takie auto, Wolff? – zdziwił się Winter.
– Herr Wolff. I nie twoja sprawa, ale jeśli musisz wiedzieć, to rozsądnie gospodaruję pieniędzmi.
Blade ciało dziewczyny, nagie i okrutnie zbezczeszczone, leżało na kamiennej płycie w kostnicy szpitala uniwersyteckiego. Patolog, profesor Lindner, powitał Wolffa skinieniem głowy. Spotykali się już wielokrotnie przy okazji innych śledztw i darzyli wzajemnym szacunkiem, choć bez zbytniej sympatii. Lekarz czasami wydawał się mniej zainteresowany żywymi niż martwymi.
– Nie spieszył się pan, herr Wolff.
– Coś mnie zatrzymało.
– Tak, doszły mnie słuchy. A to co za okaz? – Lindner wskazał podbródkiem towarzyszącego Sebowi tajniaka.
– To sierżant Winter. Wyznaczono mi go do pomocy. – Zaakcentował słowo „pomoc”, jakby jakakolwiek sugestia, że ten człowiek może do czegokolwiek się przydać, była niedorzeczna.
Lindner wwiercił się wzrokiem w oczy policjanta politycznego, jakby zaglądał we wnętrzności trupa.
– Wszystko w porządku, Winter? Nie wyglądasz dobrze.
Seb zerknął na niego. Sierżant dygotał i rzeczywiście sprawiał wrażenie, jakby miał zwymiotować lub zemdleć, albo jedno i drugie naraz.
Nagle się pochylił, przykładając dłoń do ust. Nie zdołał utrzymać w żołądku obiadu, który wyciekł mu przez palce na podłogę.
Patolog się skrzywił.
– Niech pan go stąd wyprowadzi, Wolff.
– Oczywiście. – Detektyw ujął Wintera pod ramię i wyciągnął z laboratorium, a potem usadził na krześle w przyległym pokoju. – Poczekaj tu – polecił.
Sierżant skinął głową. Krew odpłynęła mu z twarzy i wyglądał, jakby znów miał zwymiotować.
– Nigdy nie widziałeś zwłok?
– Nie – odrzekł cicho i znów się nachylił, ale tym razem zdołał utrzymać zawartość żołądka.
– Co robiłeś podczas wojny?
– Nie walczyłem.
– No tak, chyba jesteś trochę za młody. Zostań tu. Niedługo wrócę. – Zaskoczyło go, że oficer tajnej policji jest taki wrażliwy, biorąc pod uwagę upodobanie BPP do grania w futbol głowami ludzi, których uznali za wrogów państwa.
Asystent patologa kończył już sprzątać wymiociny z podłogi.
– Kim jest pański rzygliwy kumpel, Wolff? – zapytał Lindner. – Będzie chyba równie przydatny co łyżwy na Saharze.
– Należy do policji politycznej, zwalono mi go na głowę. Bóg jeden wie, jak taki niepozorny człowieczek dostał awans na sierżanta.
– Może ma dobre układy. – Lindner uniósł brew. – Pan na pewno ma, prawda, inspektorze?
– Czy to miała być obelga, profesorze?
Lindner parsknął śmiechem.
– Tylko obserwacja. W każdym razie dlaczego, jeśli mogę spytać, jeden z gryzoni Himmlera pracuje przy sprawie morderstwa? To należy do was, chłopaków z Kripo, czyż nie?
– Sprawa ma odcień polityczny.
– Serio? Powinienem się martwić?
– Ta dziewczyna – powiedział Seb, wskazując głową zwłoki – była arystokratką powiązaną z brytyjską rodziną królewską, więc nasz ukochany Führer jest żywo zainteresowany śledztwem. Przypuszczam, że Winter ma mieć mnie na oku, a nie wykonywać poważną pracę detektywistyczną.
– W takim razie bierzmy się do roboty. Opowiem panu o zmarłej. Proszę zauważyć, że nie otworzyłem jeszcze klatki piersiowej, ponieważ chciałem przeprowadzić oględziny zewnętrznych obrażeń, zanim je naruszę. Proszę też zauważyć, że gardło zostało rozpłatane jednym cięciem, a biorąc pod uwagę rozbryzg krwi, najprawdopodobniej to właśnie było przyczyną śmierci, choć jest jeszcze co najmniej trzydzieści innych ran, w większości dość płytkich i niezagrażających życiu. Wszystkie wykonano pośmiertnie ostrym nożem. Może skalpelem chirurgicznym.
– Albo nożem rzeźnickim?
– Może.
– Została wykorzystana seksualnie?
– Są otarcia, owszem, ale nie ma nasienia. Co oczywiście nie oznacza, że nie doszło do penetracji.
Seb przyjrzał się ofierze dokładniej. Dziewczyna, dwudziestoletnia, jak mu powiedziano, miała długie, jasne włosy, smukłą sylwetkę i zgrabne, umięśnione nogi. Jej niewielkie piersi sprofanowano nacięciami. Z rany na gardle musiała wypłynąć ogromna ilość krwi, ponieważ ciało było nią zalane, ale Seb zauważył też coś innego. W jaśniejszym odcieniu czerwieni niż ciemna, zakrzepła krew.
– Czy to szminka na jej brzuchu i piersiach?
– Tak sądzę – przyznał Lindner. – Początkowo wzór wydawał mi się przypadkowy, ale potem zacząłem się zastanawiać, czy to nie jest jakieś pismo. Może ktoś coś z tego odczyta, ja niestety nie.
Seb przyjrzał się dokładniej znakom.
– Ja też nie – powiedział w końcu. – Seria poziomych i pionowych linii, gdzieniegdzie łuk lub zawijas. Znaki wyglądają jak dziecinne pismo. Nie, nie dziecinne, raczej jak kreślone w pośpiechu. Albo nawet w przypływie szału. Sądzę, że trzeba sfotografować ciało.
– Już to zrobiłem. Zamówiłem dwa komplety odbitek i jeden zostanie przekazany kurierem na Ettstrasse.
– Dziękuję. A nacięcia? Sądzi pan, że w nich też jest jakiś wzór, jak w znakach wykonanych szminką?
Patolog wzruszył ramionami.
– Kto wie? Może coś się wyjaśni po umyciu ciała. Każę zrobić więcej zdjęć przed sekcją, gdy ofiara będzie czysta.
– Dziękuję, profesorze. Jeszcze jedno pytanie: była dziewicą?
– Nie. Aha, pańscy ludzie mają chyba całkiem ładny perski dywan, w który została zawinięta. Dość drogi, jak mniemam. To jasne, że zamordowano ją gdzie indziej i podrzucono w parku. Była naga i z tego, co wiem, nigdzie w pobliżu nie znaleziono jej ubrań.
– Można określić czas zgonu?
– Szacuję, że wieczorem przedwczoraj, prawdopodobnie tuż przed lub krótko po północy. Ale istnieje spory margines błędu. Nie wiemy, czy ciało trzymano wewnątrz ani czy cały czas było zawinięte. Takie czynniki mogą spowolnić spadek temperatury. Zwłoki znaleziono wczoraj o trzynastej. Zostały całkiem dobrze ukryte, nad wodą na drugim brzegu rzeki. Natknął się na nie wędkarz.
– Mam jego nazwisko.
– Cóż, wiele się pan od niego nie dowie. Pewnie zauważył dywan i wpadł na pomysł, żeby go zabrać i sprzedać. Mocno się wystraszył, gdy się przekonał, jaka jest jego zawartość. I to tyle. Zapewne zidentyfikowano ją kilka godzin później, kiedy ktoś zgłosił zaginięcie na policji.
Skrzypnęły drzwi i mężczyźni się odwrócili. Winter stał, patrząc na nich.
– Wyjdź – rzucił Lindner. – Nie chcę cię tutaj.
– Przepraszam, panie profesorze. To się nie powtórzy.
– Święta racja, bo cię tu nie będzie. To mój wydział i ja decyduję, kto może wejść.
– Muszę obejrzeć zwłoki.
Sierżant postąpił do przodu. Seb wyraźnie widział, że wkłada ogromny wysiłek w panowanie nad swoim systemem trawiennym.
– Nie musisz tego robić, Winter. Mam wszystkie potrzebne informacje. Dowiemy się więcej, kiedy profesor przeprowadzi autopsję.
– Co to za znaki?
– Pogadamy o tym później. Chodź, pozwólmy profesorowi Lindnerowi pracować. Niedługo dostaniemy fotografie i dokładnie się im przyjrzymy.
– Nie. Widziałem już takie znaki. To żydowskie pismo!
– Nie bądź śmieszny…
– Jak ten język się nazywa? Hebrajski?
Lindner wezwał dwóch asystentów.
– Wyprowadźcie stąd tego człowieka, natychmiast!
Kiedy wyszli w ciepły dzień na Ludwigstrasse, Winter się zatrzymał, na próżno próbując wygładzić garnitur pognieciony przez pracowników kostnicy.
– To żydowskie znaki, na pewno – upierał się. – Kiedy je odczytamy, poznamy nazwisko psa, który ją zabił.
– Sprawdzimy ten kierunek, ale na razie zachowajmy otwarty umysł.
– Musimy sprowadzić żydowskiego eksperta, żeby na nią spojrzał. Zamordował ją Żyd podczas któregoś z ich chorych krwawych obrzędów.
Seb uznał, że tajniak naczytał się zbyt wielu antysemickich tyrad w „Der Stürmer”.
– Tak jak powiedziałem, sprawdzimy wszystkie wątki. Ale teraz, sierżancie, idę do domu na kolację i długi sen, którego dzisiejszej nocy zostałem pozbawiony dzięki twoim złośliwym działaniom. Widzimy się na Ettstrasse o ósmej rano, a potem przeprowadzimy oględziny miejsca, w którym znaleziono ciało.
– Powinniśmy tam pójść natychmiast. Nie ma czasu do stracenia.
– Nie, Winter. To śledztwo zostanie przeprowadzone metodycznie i dokładnie, a mamy na to szanse tylko z czystą głową po przywracającym siły śnie. Wiesz równie dobrze jak ja, że w tej sprawie nie możemy sobie pozwolić na błędy czy pochopne wnioski. Jeśli się pomylimy, polecą nasze głowy.
Wsiadł do Lancii i zostawił sierżanta, żeby sam znalazł drogę do domu, czy dokąd tam chciał pójść. Pewnie na spotkanie ze swoimi szefami w Pałacu Wittelsbachów, by donieść o wstrząsająco obraźliwym zachowaniu inspektora Sebastiana Wolffa oraz profesora Lindnera.
Angela Wolff objęła syna i przycisnęła do piersi.
– Sebastianie, Sebastianie, gdzieś ty był?
– Och, wiesz, Mutti, zasiedziałem się i tyle – odpowiedział. – Przespałem się w biurze.
– Mamy teraz w holu telefon, więc dlaczego przynajmniej do mnie nie zadzwoniłeś? Byłeś z tą ladacznicą Hexie, tak?
– Nie, Mutti, nie byłem z Hexie, a ona nie jest ladacznicą.
Matka spojrzała na niego sceptycznie. Jak zwykle była ubrana na czarno. Nigdy nie widział, by nosiła cokolwiek w innym kolorze, od kiedy jej mąż zmarł na gruźlicę w roku tysiąc dziewięćset czwartym. Sebowi nie pozostały po nim żadne wspomnienia, jedynie wyblakła fotografia na półce nad kominkiem w salonie przedstawiająca sztywnego jegomościa ze srogim wąsem. Ale może zdjęcie nie oddawało mu sprawiedliwości, może był całkiem inny.
– Owinęła cię wokół swojego cwanego paluszka. Hexie oznacza wiedźmę. Dlaczego ona nie ma porządnego chrześcijańskiego imienia?
– Ma, Herta. Ale wszyscy nazywają ją Hexie i ona to lubi, więc niech tak zostanie. Nie jest też cwana i nie owinęła mnie wokół palca. A gdzie Jurgen?
Zadając to pytanie, znał już odpowiedź. Jego syn był oczywiście tam, gdzie co wieczór – z hitlerowską młodzieżówką. Miał siedemnaście lat i powinien się przygotowywać na uniwersytet, lecz zamiast tego marnował czas, maszerując po wiejskich drogach podczas szkoleń wojskowych, słuchając teorii rasowych, uczestnicząc w testach sprawności fizycznej, przesiadując przy ognisku i śpiewając uznane pieśni takie jak Miałem towarzysza czy Horst Wessel Lied. Och, a ostatnio jeszcze starając się reedukować krnąbrnych wieśniaków, którzy preferowali tradycyjne bawarskie niebiesko-białe barwy flagi od nowych czarno-czerwonych ze swastyką. Seb słyszał mnóstwo doniesień o tym, że Hitlerjugend niszczy słupy majowe, i równie wiele o rolnikach zrywających swastyki. Prawdę mówiąc, bardziej kibicował broniącym tradycji wieśniakom.
W przeciwieństwie do swojego dobrze wyedukowanego syna Seb był samoukiem. Rozpoczął służbę w policji bawarskiej Schutzpolizei, powszechnie nazywanej Schupo, jako mundurowy o najniższym stopniu. Aby awansować na ubranego po cywilnemu detektywa z tytułem inspektora, musiał się starać, uczyć i zdawać egzaminy, a także wykazać się bystrością.
Chciał dla swojego syna łatwiejszej, szybszej drogi przez życie. Edukacji uniwersyteckiej i może doktoratu. Chłopak był mądry, lecz teraz istniało niebezpieczeństwo, że wszystko zaprzepaści, marnując cenne lata na Hitlerjugend.
Gdyby Seb sądził, że to coś da, przemówiłby mu do rozumu. Niestety próbował już wcześniej przy kilku okazjach, ale cała para poszła w gwizdek. Zupełnie nie potrafił dotrzeć do chłopaka.
– Przygotuję ci kolację – zaproponowała Angela. – Wyglądasz na wyczerpanego. Wczorajszy posiłek się zmarnował.
– Chętnie zjem trochę zupy. – Zawsze przygotowywała garnek zupy z resztek.
– Mam cielęcinę. Zrobię ci sznycel ze szpeclami.
– Naprawdę nie trzeba, Mutti. Muszę się szybko położyć.
– Najpierw zjesz. Mój syn nie pójdzie spać głodny.
– Dziękuję.
Mieszkali w przestronnym, choć dość ciemnym apartamencie przy Ainmüllerstrasse w Schwabing, północnej dzielnicy miasta, czasami uznawanej za enklawę artystów, ale głównie znanej z całkiem rozsądnych czynszów. W mieszkaniu była kuchnia z piecykiem, zlewem, dużym stołem i osobną spiżarnią. W niewielkim salonie stało nowe radio – duże, imponujące urządzenie marki Telefunken – które włączano codziennie na godzinę między szóstą i siódmą wieczorem, ale nigdy na dłużej. Oczekiwano, że każdy, kto przebywa wówczas w domu, usiądzie, by posłuchać najnowszego komunikatu z ministerstwa herr Goebbelsa i wzniosłej muzyki jednego z wielkich niemieckich kompozytorów granej przez jedną z wielkich niemieckich orkiestr. Albo jakiejś niemieckiej pieśni.
W mieszkaniu znajdowały się trzy sypialnie: Jurgena, największa Seba i najcieplejsza, najbardziej przytulna jego matki. Budynek był stary, niemal na pewno osiemnastowieczny. Z całą pewnością nie luksusowy, lecz dość wygodny – chłodny latem i ciepły zimą, tak jak należy. Seb próbował walczyć z upodobaniem Mutti do ciężkich, ciemnych mebli, symbolu statusu, za którym tęskniła podczas biednego dzieciństwa na wsi, ale przegrał. Zatem salon z ogromną mahoniową skrzynią i niewygodnymi drewnianymi krzesłami prezentował się dość przygnębiająco.
Gdy zasiadł do kolacji, do której dostał półlitrowy kufel piwa, otworzyły się drzwi i wszedł Jurgen. Był szczupłym, muskularnym chłopakiem, wyższym o co najmniej sześć centymetrów od ojca, który mierzył metr osiemdziesiąt cztery. Młodzieniec miał jasne, krótko przycięte włosy, wysportowaną sylwetkę i wyglądał niezwykle przystojnie w swoim mundurku: ciemne krótkie spodenki, szare podkolanówki, pas ze sprzączką, koszula z opaską na ramieniu i luźno zawiązanym krawatem oraz najcenniejsza własność: sztylet Hitlerjugend z inskrypcją „Krew i honor”.
Był, co Seb musiał z niechęcią przyznać, idealnym wzorcem aryjskiej męskości. „Smukłego ciała, rączy jak chart, wytrzymały jak skóra i twardy jak stal Kruppa”. Herr Hitler pragnął, by taki był każdy młody Niemiec.
Wszyscy znajomi ich rodziny wiedzieli, że chłopiec odziedziczył urodę, sylwetkę i cerę po matce, Ulrice Brandt, mieszkającej w Berlinie i zajmującej się aktualnie nie wiadomo czym. Jedyną zaletą, jaką młodzieniec mógł mieć po ojcu, był bystry umysł. Przynajmniej tak lubił myśleć Seb.
Chłopak zasalutował energicznie i skłonił z szacunkiem głowę przed babką, która odwzajemniła salut z uśmiechem.
– Dobry wieczór, Jurgenie. Przyszedłeś w samą porę na kolację – odezwał się Seb, ale został zignorowany.
Syn rozmyślnie omijał go wzrokiem. Zajął miejsce naprzeciwko przy stole, podczas gdy babcia wróciła do kuchni, by przygotować dla niego posiłek. Twarz chłopaka była ponura i zacięta.
– Co porabiałeś dziś wieczorem? – zapytał detektyw, jak miał nadzieję, pogodnym i miłym tonem. – Piękna pogoda na marszrutę.
– Nie stać cię na to, by powiedzieć choć jedno dobre słowo o Hitlerjugend, prawda?
– Powiedziałem coś złego?
– Szydzisz z nas.
– Dobry Boże, a skąd ci się to wzięło?
– Sądzisz, że tylko maszerujemy i śpiewamy pieśni. Nie masz o niczym pojęcia, co? Uczą nas żeglować, jeździć na motorze, strzelać, polować, budować szałasy, prowadzić gry wojenne i wiele więcej. A kiedy ty mnie czegoś nauczyłeś?
– Przepraszam. Czego byś chciał się ode mnie nauczyć?
– Cholera, nie o tym chcę rozmawiać. Może ty mi powiesz, co porabiałeś? Gdzie byłeś wczoraj w nocy, ojcze?
– Spałem w biurze.
– Naprawdę? Okłamujesz nawet własnego syna.
W Monachium plotka niosła się lotem błyskawicy. Nie chciał martwić matki wydarzeniami poprzedniej nocy, ale wieści najwyraźniej się rozeszły i Jurgen o wszystkim słyszał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
