Ty wiesz - P.A. Dziennik - ebook

Ty wiesz ebook

P.A. Dziennik

0,0

Opis

Wystarczył jeden gest, jedno spojrzenie, by ktoś zburzył spokój Ady i obnażył to, co od lat próbowała ukryć.On nie pytał o pozwolenie.Pojawił się, gdy jej życie było poskładane z pozorów i jednym dotykiem pokazał, jak cienka jest granica między pożądaniem a strachem.Ale przeszłość nie pozwalała o sobie zapomnieć.Mężczyzna, którego kiedyś, zostawiła za sobą, właśnie się o nią upomniał.A z nim — wszystko, przed czym uciekała.To historia o pragnieniu, które boli.O uległości, która staje się więzieniem.Czy ty wiesz, komu możesz zaufać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MrocznieCzytam

Nie oderwiesz się od lektury

Czekałam na tę premierę, książkę znam z wattpada, zdecydowanie lepiej czytać w tej formie. Kiedy DRUGI TOM?
10



Copyright © Stargard 2025

Patrycja Dziennik

Wydawnictwo Black Dragon

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, reprodukowana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

All rights reserved

Treści przeznaczone wyłącznie dla czytelników pełnoletnich!

redakcja i korekta:

Daria Raczkowiak (@daria.raczkowiak.korekta)

asystentka redakcji:

Patrycja Korabik-Szczepaniak

projekt okładki:

Patrycja Dziennik

oprawa graficzna, skład i łamanie:

Szymon Bolek (Studio Grafpa, www.grafpa.pl)

www.wydawnictwobd.pl

@wydawnictwoblackdragon

@wydawnictwoblackdragon

@patrycja_pisze_autor

ISBN 978-83-978818-2-2

Dla mężczyzn, którzy uczyli mnie emocji – jedni dawali ciepło, inni zostawili blizny. Bez nich nie byłoby tej historii.

Dla tego jednego, z którym idę dalej. Nasza historia nie potrzebuje cudzych definicji – wystarczą nam nasze własne. Bez niego nie odważyłabym się też na tę książkę.

A resztę… czytajcie między wierszami.

Pati

ostrzeżenie dotyczące treści

Książka „Ty wiesz” zawiera opisy przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej, a także motywy handlu ludźmi i wykorzystywania nieletnich. W treści pojawiają się również wątki dotyczące uzależnienia od alkoholu, narkotyków, wulgarnego języka, toksycznych relacji oraz scen erotycznych o charakterze BDSM. Niektóre fragmenty mogą być wyjątkowo drastyczne lub wywoływać silne emocje. Historia nie ma na celu romantyzowania przemocy – to fikcyjna opowieść o jej konsekwencjach. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla czytelników pełnoletnich (18+).

Bo nie każda historia o miłości pachnie różami. Nie każda prawda jest gotowa, by ją powiedzieć… W tej opowieści jest ból, zależność i mrok – jest ciało, które pamięta więcej, niż chce, i dusza, która przestała wierzyć w wolny wybór.

To książka o przetrwaniu.

O tym, że nawet w świecie, w którym handluje się ludźmi, nadzieja potrafi być najbardziej niebezpiecznym towarem.

Świat decyduje, kogo spotkasz w swoim życiu. Serce zadecyduje, kogo zechcesz w nim zostawić. Twoje zachowanie zdecyduje, kto w Twoim życiu pozostanie…

PrologTeraźniejszość

Obecnie

– Jak mnie cisną te szpilki… – Syknęłam w myślach, dociskając piętę o drugi but. Dalej boli… Zero efektu. Wiatr wdzierał się pod sukienkę, smagał włosy, kleił je do błyszczyka. Seksowne? Może. Ale w tej chwili cholernie irytujące. Nie wiem, czemu pomyślałam, że on tego nie zauważy.

– Co się dzieje? – Jego głos zabrzmiał jak pytanie, które miało tylko udawać troskę, a ociekało pretensją. – Sądziłem, że jasno określiłem, jakiego humoru dzisiaj od ciebie oczekuję. – Zatrzymał się. Czekał. Wiedziałam, że liczy na odpowiedź, ale ja nie zamierzałam nic mówić. – Powtórzyć? – dodał spokojnie. Jednego byłam pewna: nie chciałam powtórki z hotelu.

– Nie. – Przełknęłam dumę. – Cisną mnie buty, włosy mi wpadają do buzi, zaraz mnie szlag trafi. Kurwa, jak można po dwóch tygodniach nagle nie umieć chodzić w tych samych butach, pierdolę no…

– Nie, co?

– Nie, Panie.

– Panuj nad sobą. – To nie była prośba.

– Przepraszam.

– Plus jeden – powiedział, chwytając mnie za rękę i ruszając przed siebie.

– Jak plus jeden?! Za co, kur…

– Teraz już plus dwa. – Obrócił się w moją stronę i docisnął mnie do chłodnego murku.

Powietrze było ciężkie, słone, pachniało wilgocią. Ludzie wokół, pochowani w płaszczach i szalikach, mijali nas obojętnie. Tylko my staliśmy tak blisko, jakby świat na chwilę przestał istnieć.

– Za pyskówki. A wcześniej… Wydaje mi się, że o czymś zapomniałaś. – Jego spojrzenie wbijało się we mnie, a w głowie od razu rozbrzmiało: no oczywiście, że tak, tępoto.

– Przepraszam, proszę Pana. – To zdanie zabrzmiało inaczej, niż sądziłam. Zamiast wstydu poczułam ulgę. Jakby coś we mnie puściło. Złość wyparowała razem z bólem stóp i wiatrem, który przed chwilą doprowadzał mnie do szału.

– Wiesz, że jak się wściekam, mam pamięć złotej rybki. Bardzo mokrej, złotej rybki… – wyszeptałam, nachylając się do jego ucha. – Proszę Pana… – dodałam, ściskając telefon nad jego szyją, a drugą ręką zjeżdżając po jego nogawce.

Był wysoki. I bardzo dobrze wyposażony. Nie musiałam długo szukać celu. Wiedziałam, jak na niego działam – bardziej zaskakiwało mnie, że pozwala mi to robić. Sunęłam paznokciami po materiale jego spodni, czując pod nimi twarde napięcie. Zalotny uśmiech sam wpłynął mi na usta. Cofnęłam dłoń i odsunęłam się, na tyle, ile pozwalał murek za moimi plecami.

– Nie zauważyłem, żebym kazał ci przestać.

– Nie zauważyłam polecenia, że mam to zrobić, Panie. – Uwielbiałam testować jego cierpliwość. Choć często nie było to opłacalne.

Przechylił głowę. Uśmiechnął się – zimno, bez emocji. Jego oczy pociemniały, prawie czarne, choć wiedziałam, że z natury miały kolor nieba. Był podniecony. I wściekły.

Zrobił krok w moją stronę, powoli, spokojnie. To było przerażające i cholernie podniecające. Złapał mnie, wciąż delikatnie, jakby badał granice. Oparł czoło o moje, zamknął oczy. Stał tak chwilę, a potem uniósł mnie i posadził na wzniesieniu za nami.

– Kurwa, wiesz, że nie mam bielizny. – Wiedział. W jego oczach błysnęło coś, co przypominało triumf. Zimno wdarło się pod sukienkę, dotknęło skóry i zabrało część podniecenia – jak mewy, które właśnie odleciały gdzieś za nami.

– Ale stopy już cię nie bolą – szepnął do ucha, rozkładając mi uda. – Podnieś sukienkę.

– Żartujesz sobie? Może jeszcze mam wskoczyć do morza? – wyrzuciłam z siebie głośniej, niż chciałam. Para starszych ludzi obejrzała się w naszym kierunku z niedowierzaniem. Posłałam im najniewinniejszy z moich uśmiechów.

– Kochanie, ty potrafisz się tak uśmiechać?

– Nie wkurwiaj mnie, proszę – wysyczałam przez zęby.

– Jesteś urocza, kiedy kipisz ze złości.

Trudno było mi uwierzyć, że naprawdę tu jest. Że mogę go dotknąć, poczuć, powąchać. Znowu był mój.

– Ada, wracamy.

– Dopiero wyszliśmy na spacer! – Byłam w szoku. I zła. Na chuj się stroiłam dwie godziny?

– Spokojnie. Nie zmarnuję tego makijażu. Właściwie… Planuję go poprawić.

– Chyba doprawić. Mam nadzieję, że zdążymy coś zjeść przed powrotem do hotelu.

– Ty zjesz. Moją spermę, skarbie. – Nie dał mi dojść do słowa. Podniósł mnie i przerzucił przez ramię, jakbym nic nie ważyła.

– Widać mi tyłek! – Szarpnęłam się, choć wiedziałam, że to bez sensu. Był silny. Za silny. A świadomość, że ktoś może widzieć moje pośladki, niepokojąco mnie podniecała.

– Czuję, że wcale ci to nie przeszkadza. – Miał rację. Nie teraz, kiedy brak bielizny sprawiał, że uda miałam mokre. Płonęłam. I domyślałam się, co mnie czeka z moim Panem A. Gdybym tylko wiedziała wtedy, dokąd zaprowadzą mnie moje wybory…

Czasem to, co spokojne i dobre, nie wystarcza. Bo serce nie pragnie bezpieczeństwa. Pragnie bić szybciej.

Rozdział 1Pachniesz jak drogeria

Rok wcześniej

Dom był idealny. Aż za bardzo. Drewniany, biały, z wielkimi oknami i tarasem wychodzącym na jezioro, które nawet zimą, nie zamarzało do końca – jak z folderu o „życiu w rytmie lagom”. Czasem wyglądało to jak katalog IKEA, tylko z lepszym światłem. Wokół cisza, która przytłaczała, równo przystrzyżone krzewy i sąsiedzi, którzy pozdrawiali tylko wtedy, gdy musieli. Wszystko takie… spokojne. Sztuczne. I przez to cholernie nudne.

A ja i tak lubiłam te poranki. Te, w których zapach kawy mieszał się z jego perfumami, a świat nie zdążył mnie jeszcze zirytować. Przez chwilę mogłam udawać, że to wszystko jest moje. Że pasuję tu tak samo jak on. Zastanawiałam się, czy Christian nie wynajął statystów, żeby odegrali idealną wioskę. By mnie przekonać, że tak wygląda życie. Że tu się pasuje. Przecież można się TU odnaleźć.

– Kurwa. – Zbierałam kosmetyki w takim popłochu, że mój ukochany Black Opium wysunął mi się spod pachy i poturlał po schodach. Oczywiście nie mógł się po prostu zatrzymać. Każdy stopień brzmiał jak pękające czterysta złotych.

– Zabiję się. Albo strzelę sobie w łeb i skrócę cierpienie!

– Powiesz mi, dlaczego zawsze tak szybko się denerwujesz? – Christian jak zwykle był przykładem spokoju.– Nic się nie stało. Tylko nasz dom teraz pachnie jak drogeria… – skrzywił się. – Ale pocieszę cię: lepsze to niż

– Wiem, że wymyślisz teraz najtrafniejszą przenośnię świata, ale nie mam czasu. – Już kończąc zdanie wiedziałam, że przesadziłam. Ten mój wrodzony takt.

– Przepraszam… Mam tyle do spakowania i jak zawsze robię to na ostatnią chwilę.

– Na szczęście nikt poza tobą by tego nie ogarnął… tak się mówi?

– Tak, kochanie. – Ćwiczył polski całe życie. Miał polskie korzenie, urodził się nawet w Polsce, ale większość życia spędził w Szwecji. To jego zeskandynawienie bywało nieznośne, ale czasem też zabawne.

Lotnisko było ponad sto kilometrów od domu. W Polsce ta odległość byłaby bez znaczenia; tu, przy wysokich mandatach i fotoradarach co dwieście metrów, udręka. Do tego stres, że samolot w ogóle nie wystartuje.

– Jak nie wylecę, to się wścieknę. – Byłem pewien, że doszło do tego już teraz. – Uśmiechnął się delikatnie. Trudno było tego nie odwzajemnić. Był piękny. Blondyn, ostrzyżony krótko po bokach, góra w kontrolowanym nieładzie. Broda, którą uwielbiałam. Wysoki, bardzo wysoki, szczupły. W niepozornej sylwetce skrywał ciało, które zaskakiwało: umięśnione nogi, delikatnie wyrzeźbione plecy i brzuch. Był wysportowany, ale nie nadmiernie napakowany. Lubiłam to. Zbliżył się. Poczułam jego perfumy – ten, którego nazwy nigdy nie pamiętałam, otoczył mnie jak sweter.

– Jakie to ma znaczenie? – Objął mnie w talii, a jego usta zbliżyły się do mojej szyi.

– Słucham? Chyba znowu przeszkadzam ci w jakichś superważnych rozmyślaniach… – Oderwał się, wciąż trzymając mnie blisko. Czułam, jak jego twardy przyjaciel powoli traci mną zainteresowanie. A przynajmniej to zainteresowanie, którego teraz najbardziej potrzebowałam.

– Nie pierdol głupot. Pocałuj mnie.

– Masz czas?

– Na to alltid1.

Szwedzkie wstawki były chyba jego fetyszem; zawsze po nich pojawiały się w jego oczach kurwiki. Coś było ze mną nie tak, bo na seks miałam ochotę non stop. Czytałam o nimfomanii i seksoholizmie, ale nic nie opisywało tego, jak ja się czuję. Uznałam, że po prostu lubię seks. Każdy. W dużych ilościach. Posadził mnie na blat koło zlewu. Delikatnie rozpiął mi marynarkę, zagryzł wargę. W takich momentach byłam pewna, że zaraz rzuci się na mnie jak zwierzę, nie pytając, czego pragnę. Ta myśl mnie podniecała. Mimowolnie zacisnęłam dłonie, wbijając paznokcie w skórę. A potem, gdy atak nie nadchodził, otworzyłam oczy i zobaczyłam ten sam uśmiech. Patrzył na mnie z czułością, jakby podziwiał każdy centymetr.

– Zdejmiesz to ze mnie? – Przekrzywiłam głowę.

– Nie ma takiej potrzeby. Chcę się tobą nacieszyć.

– Możesz to robić bez ciuchów. – Uśmiechnęłam się znacząco, ale na jego twarzy zagościła znienawidzona nostalgia.

– Wiesz, że mogę nie jechać.

– Wiem. Wiem też, jak bardzo chcesz. Dlatego pojedziesz i będziesz się świetnie bawić. To tylko kilka dni. Szalej za nas dwoje.

– Naprawdę nie możesz jechać?

– A ty masz tyle czasu, żeby spakować i mnie, i siebie?

– Kurwa! Która godzina?! – Zeskoczyłam z blatu i w panice zaczęłam szukać telefonu

– Ja pierdolę, mówiłam już, że nie zdążę?

– Tak. Z tysiąc razy.

– Nie denerwuj mnie. – Sama śmiałam się z własnej paniki, a on kręcił głową, patrząc, jak ekspresowo pakuję walizkę.

– Nie wiem, jak wy, kobiety, to robicie – rzucił, kiedy skakałam po walizce, domykając ją. – Gdybym ja tak latał na ostatnią chwilę, wyglądałoby to żałośnie i nieodpowiedzialnie. Ty latasz… a jednak jesteś urocza i słodka.

– Ale ciągle nieodpowiedzialna. Uciekaj, bo ta torba zaraz wybuchnie.

Podróż na lotnisko kiedyś była koszmarem – ograniczenia prędkości na każdym zakręcie. Teraz ją lubiłam. Sama nie wiem, czy przestałam się tym przejmować i skupiłam się na tym, DLACZEGO jadę, czy po prostu cieszyło mnie, CZYM jadę. Kochałam swoje auto. Mini Cooper. Trzysta sześć koni w tak małym nadwoziu robiło wrażenie – głównie na panach, którzy, widząc mój spojler zakładali, że nie wiem, co prowadzę. Ich pierwsza myśl: „pożyczone od faceta”. Druga: „laleczka dostała zabaweczkę”. Po co babie takie auto? No właśnie – po co?

Przed moimi dwudziestymi piątymi urodzinami Christian pewnie głowił się, jak przebić poprzedni prezent: wycieczkę dla mnie i mamy do Grecji, wakacje inspirowane filmem Mamma mia. Ostatnie wspólne dwa tygodnie przed moją przeprowadzką do niego. Nie był fanem rocznic i świąt. Dopiero kiedy zobaczył, jak ważne są dla mnie, delikatnie nagiął zasady. Nie zmienił jednak swojego życiowego albo w pełni, albo wcale. Podobną zasadę postawił już na początku naszego związku…

Dwa lata wcześniej

– Dlaczego wstajesz przede mną? – zapytał kilka dni przed naszą pierwszą, dłuższą rozłąką.

– Chcę wyglądać dobrze dla swojego faceta. Co w tym złego?

– Może lubię cię rozczochraną? – rzucił się przez łóżko, złapał mnie za biodra i wciągnął pod kołdrę.

– Nie wiesz, o czym mówisz! Nie jesteś Shrekiem, a ja nie muszę być Fioną. Mamy komfort mojego luźnego grafiku, gdy przyjeżdżasz, więc mogę spędzać z tobą chwile IDEALNE. W ładnym looku, nie jako zaspana szkarada. Korzystaj, póki mi się chce.

– Nie chcę tak! – Zerwał się na równe nogi i wyszedł. Zatkało mnie. Lubił czasem pobyć sam, ale nigdy się nie obrażał. Pościeliłam łóżko, ogarnęłam się. Minęło czterdzieści minut. Zaczęłam się martwić. Telefon zostawił. Pojawił się późnym popołudniem z największym bukietem róż, jaki kiedykolwiek widziałam.

– Cześć. Musiałem coś ogarnąć.

– I dlatego zniknąłeś na cały dzień? Wiesz, jak się martwiłam, idioto?!

– Skoro się martwiłaś, to chyba lubisz mnie trochę bardziej?

Miał mnie. Unikałam tego słowa. Ostatni związek nauczył mnie, że trzeba liczyć na siebie. I że podstawą zaufania jest kontrola. Z nim było inaczej. Łatwiej. Naturalniej. Nie chciałam tego, a stało się. Zakochiwałam się. Ale czy to już „kocham”?

– Nie martw się, nie planuję ci się oświadczać. Wiem, co byś powiedziała. Szkoda czasu na podawanie ci teraz leków na uspokojenie. – Uśmiechnął się. Dobry znak. – Ale muszę coś powiedzieć. Ja ciebie kocham. Kocham cię i nie chcę widywać tylko umytej, umalowanej i pięknej Ady.

– Mam śmierdzieć? – próbowałam rozładować napięcie.

– Masz śmierdzieć. – Zbliżył się. Od zapachu jego ciała i róż zakręciło mi w głowie. – Masz być poczochrana, rozmazana i w rozciągniętym dresie.

– Zapomnij o dresie. – Zażartowałam, choć wzruszenie już zdusiło mi głos, łzy rozmazywały świeży makijaż. Odstawił kwiaty, objął mnie w talii.

– Spójrz mi w oczy i powiedz, że chcesz mnie widzieć codziennie, nie od święta.

– Christian, ja mam pracę, ty masz pracę, wiesz, jakie to trudne…

– Powiedz, że chcesz tego tak jak ja.

Jezu, jak ja chciałam. Chciałam rzucić się na te jego błyszczące usta. Był tak blisko, że widziałam, jak bardzo się stresuje. Oczy miał czarne z podniecenia. Dopiero teraz zauważyłam, że erekcja w jego spodniach ociera mi się o brzuch. Trudno było się skupić, a co dopiero podejmować ważne decyzje. Co ja pieprzę. Kocham go. To nie jest trudne.

– Ada, albo mamy się w pełni, albo wcale. Ja nie umiem na próbę. A ty mnie codziennie próbujesz. Poległem kiedykolwiek?

Milczałam. Puścił mnie. Łzy popłynęły same. Słyszałam, jak wychodzi z pokoju. Nie podniosłam wzroku. Nie byłam gotowa pokazać, co się ze mną dzieje po tym, co powiedział. Nie było odwrotu. Musiałam wybrać…

Pamiętam ten pierwszy raz, spotkaliśmy się w hotelu, w którym pracowałam. Od razu wiedziałam, że to nie mój typ. Lubiłam eleganckich facetów – owszem – ale brunetów, z niebieskimi oczami. (Oczy chociaż się zgadzały). Ta jego mina: wiecznie wyniosła, obrażona. Gdy odbierał ode mnie faktury, wyglądał, jakby moja obecność była dla niego karą. Nie wiedziałam, czym się zajmuje. Wiedziałam za to, że ma ogromny rabat na pobyty. W końcu zaciekawiło mnie, czemu to ja – jako dyrektorka – mam mu je wręczać osobiście. Za mało informacji na VIP­-a, za dużo specjalnego traktowania jak na „zwykłego” gościa.

Wszystko wyjaśniło się w imprezę sylwestrową w 2018 roku. Zarezerwował całe najwyższe piętro i osobną salę, żeby nie bić się o bufet. Zawsze w towarzystwie pięknych, bardzo szczupłych blondynek. Bal trwał w najlepsze, a on rzadko wstawał od stołu. Znajomi próbowali go rozruszać – bez skutku. Szukałam wzrokiem „tej jedynej”, ale żadna nie spełniała standardu. Do tego większość była już pijana i w objęciach innych Skandynawów. Wyglądał tak, że chciałam podejść i sprawdzić, czy jest prawdziwy. Czarny smoking, satynowe lampasy, pasujące klapy, atłasowa muszka, błyszczące buty. Włosy idealnie ułożone w klimacie #aftersex. Spodnie na tyle obcisłe, że… Boże, czy jemu stoi? Podniosłam wzrok i zorientowałam się, że cały czas mnie obserwował.

Co za wstyd! Uciekłam do najbliższego człowieka z obsługi, udając, że muszę coś natychmiast sprawdzić. Po krótkiej reprymendzie za bałagan na sali, wróciłam wzrokiem na niego. Zniknął. Udało się. Nie narobiłam sobie wstydu. Dałabym sobie rękę uciąć, że mu stał albo – jak mówiła N. – po prostu potrzebowałam „bolca”. Skarciłam się. Kto tak mówi? Po ostatnim padalcu, który zostawił mnie z traumami, nie spieszyło mi się zamieniać wibrator na jakiegoś faceta.

Zimą taras na dachu był zamknięty. Wygodne miejsce dla palących: szybciej wjechać na górę niż iść do palarni w ogrodzie. Nie miałam nic przeciwko. Sama nie paliłam, ale rozumiałam to. To również moje ulubione miejsce. A teraz – niezbędne, by ochłonąć.

– Piękne miejsce. – Podskoczyłam tak, że wypadł mi telefon.

– Ale mnie pan przestraszył! – Zaciągnęłam się jego zapachem. Fuck, jak on pachnie. Ada. Spokój!

– Dobry wieczór. Jak się pan bawi?

– Nie jestem fanem Sylwestra. Nie lubię takich… jak to po polsku… spędów?

– Spędów. Mówi pan świetnie po polsku. Gdyby nie nazwisko, nie domyśliłabym się.

– Nie musi być pani miła. Wiem, jak bardzo kaleczę ojczysty język.

– Jest naprawdę dobrze. – Oparł się o barierkę i patrzył przed siebie. Niezręcznie… Czułam, że nie chce być sam, ale skąd miałam wiedzieć, że to ja mam stać obok? Wyciągnęłam telefon. Brak zasięgu.

– Czeka pani na telefon?

– Mów mi po imieniu. – Schowałam komórkę, czując, że źle robię, zostając tu bez kontaktu z dołem. Coś mnie jednak zatrzymało

– Ada. – Wyciągnęłam dłoń. – Miło mi.

– Chr… Krystian.

– „Christian” bardziej do ciebie pasuje.

Ujął moją dłoń. Nachylił się, a ja mimowolnie podsunęłam ją do jego ust. Nie pocałował, a musnął ją. Poczułam zimne usta i brodę. Gęstą, idealnie przyciętą. Zarys żuchwy jak u wikinga.

– Podobam ci się, Ado? – Nie puszczał ręki.

– Słucham?

– Od początku imprezy mnie obserwujesz. Bałem się o swoje nieprzyzwoite zachowanie. Potem pomyślałem, że skoro obserwujesz mnie, przygryzając wargę, to albo ci się podobam, albo…

– Albo mam tik. Przepraszam, że poczułeś się…

– Szkoda. – Wciąż trzymał moją dłoń. Spojrzałam na nią z uśmiechem, dając znać, że może już puścić. Obrócił ją i ułożył na drugiej dłoni, oglądając palce. – Nie nosisz obrączki do pracy?

– Obrączki? Nie jestem mężatką.

– A, u was na tym palcu nosi się pierścionek zaręczynowy, tak?

– To tylko ślad i przeszłość.

– Rozumiem. – Puścił moją rękę. Posmutniałam, absurdalne. Dobrze mi było w tym dotyku. Odwrócił się z powrotem do panoramy. – Jesteś stąd?

– Z Trójmiasta? Tak. Urodziłam się w Gdyni.

– Jak to mawiają: mieszkać w Gdyni, pracować w Gdańsku, imprezować w Sopocie?

– Tak. Chociaż patrząc stąd na Stare Miasto, czasem chciałabym widzieć, ten widok, codziennie.

– Wychodzisz kiedyś z tego budynku?

– Kurwa. Impreza. Przepraszam, muszę wracać. – Rzuciłam się do drzwi. Ani drgnęły. – Gdzie karta… – Przeszukałam kieszenie marynarki. Nic. Spojrzałam na niego błagalnie. Podszedł szybkim, a jednak spokojnym krokiem. Przyłożył swoją kartę. Nic.

– Proszę spróbować jeszcze raz.

– Też nic.

– Może ja?

Podał mi kartę. Przeciągałam nią po czytniku jak opętana. Czerwone światełko nawet nie mrugnęło na zielono. Nie zadzwonię. Nie wyjdę. Świetnie. Oddałam kartę i podbiegłam do barierki. Pusto. Jeszcze lepiej. Odwróciłam się. Stał w tym samym miejscu. Ręce w kieszeniach. Rozpięta marynarka. Sutki sterczące od zimna pod koszulą. Co ja pieprzę – utknęłam na dachu, a gapię się na jego klatę. Przeszukałam bar, z którego korzystaliśmy latem. Poza zapasem różowego Moëta nic, co mogłoby pomóc. Poddałam się – i tak ktoś nas znajdzie w przerwie na papierosa. Wyjęłam jedną butelkę. Dokładnie takie stały w lodówkach jego apartamentu.

– Chyba zostało mi ugościć cię najlepiej, jak potrafię, tutaj.

– Teraz czuję się jak gość specjalny. – Nalałam mu. – A ty?

– Ja jestem w pracy.

– Oficjalnie do której?

– Do północy.

– Rozumiem. – Spojrzał na zegarek. Było coś po 23:00. Wypił łyk, spojrzał mi w oczy. Dłużej, niż byłam w stanie znieść. Uciekałam wzrokiem. Poprawiłam włosy spadające na twarz.

– Lubię cię w spiętych włosach.

Skąd on wie, jak wyglądam w spiętych?

– Ty chyba nie cieszysz się z tej sytuacji.

– W normalnych okolicznościach uznałabym, że los zorganizował nam spontaniczną randkę, ale jestem w pracy, więc muszę myśleć o…

– Randce? – Uśmiechnął się i wziął drugi łyk. Przysięgłabym, że się śmiał pijąc. – Gdybym wiedział, że tak można, już dawno zatrzasnąłbym nas na dachu. Ale załóżmy, że to zaplanowałem. Czego brakuje, żeby było idealnie?

– Śniegu. W końcu jest zima.

– Lubisz zimę?

– To moja ulubiona pora roku. Śnieg, święta, wysokie kozaki, płaszcze. Zdecydowanie mój klimat.

– Masz piękne oczy, kiedy mówisz o tym, co lubisz.

Od tego wspominania aż mnie zemdliło. Zadzwoniłam do N., a ona po pierwszym moim szlochu wiedziała już wszystko.

– I co, zjebałaś jak zawsze, cykorze?

– Co? Co ty pieprzysz, Nina?! Jeszcze nic nie powiedziałam, a już oceniasz!

– Biorąc pod uwagę, że twój piękny Szwed miał być do jutra, a jest wieczór i ty zamiast pieprzyć się z nim jak króliki, dzwonisz do mnie zaryczana…

– Dobra, zjebałam. Zadowolona?

– To chyba nie o moje szczęście chodzi, co? – Milczałam i łkałam. – Mogę podjąć decyzję za ciebie. Pewnie będzie mądra, bo nie będzie dotyczyć mojego serca, które – swoją drogą – ma nieźle popieprzony system wartości. Ale to kiedy indziej. Pytanie, czy ty przypadkiem nie potrzebujesz teraz przytakiwania?

– Że co?

– Kochasz go?

– Nie wiem.

– Czyli nie.

– Co ty pieprzysz! Nina, kurwa, nie denerwuj mnie!

– Ha! Mam cię, robalu! Skoro już wiemy, że go kochasz, możemy pogadać o czymś przyjemniejszym? O mnie? I mojej cipce? Ostatni numerek z tym typem z klubu chyba mi coś uszkodził w środku…

Obecnie

Z zamyślenia wyrwał mnie telefon.

– Słucham? – Siedziałam w swoim szarym Mini.

– Ada? Kurwa, stara, mogłabyś czasem sama zadzwonić. Od tego się nie umiera. – Nie było sensu jej przerywać. – By the way!2 Idę do kumpeli od pazurów, wino, make­-up i w miasto. Trzeba ci przypomnieć, co to balet, mała! Nie próbuj odmawiać!

– Czy ja coś mówię?

– No właśnie nic! Nie dzwonisz, nie piszesz, pełna olewka! W dupie z ludźmi, ale mnie? Ada, bez jaj. Ile my się znamy? – Mogła tak w nieskończoność: narzekać, drzeć się i plotkować. – …generalnie: w życiu jej nie poznasz! Ryj po operacjach tak zrobiony, że usta bardziej dupę przypominają. I nie gadaj, że przemawia przeze mnie zazdrość. Trzeba mieć jakąś klasę, skarbie, a ona jej nie ma. Nina uczyła plastyki w liceum. Trafiła tam nieprzypadkowo: plan miała prosty – znaleźć sobie „młode mięso” i za trzy lata przejąć. Życie zweryfikowało plan już po miesiącu; jedyne, co czuła do uczniów to obrzydzenie i irytacja. Za to adoratorów poza pracą jej nie brakowało – ciało mojej przyjaciółki, otwierało niejedne, zatrzaśnięte dla innych drzwi.

– Dobra, za ile lecisz? Bo lecisz, tak? Nawet mnie nie wkurwiaj, że siedzisz w domu.

– Jadę na lotnisko. Powinnam lądować około piętnastej.

– Dobrze, że nie wcześniej. Jestem umówiona.

– Cieszę się, że nie zepsuję ci planów moim przyjazdem.

– Ty mnie nie wkurwiaj. Wiesz, jak tęsknię za twoim pyszczkiem? To chore, żeby za taką paskudą tęsknić.

– Ja ciebie też, wariatko. – Czułam, że zaraz będziemy ryczeć. – Dobra, kończę, bo trujesz, a ja prowadzę.

– Pieprzona alergia… Daj znać, jak wylądujesz, tak?

– Zawsze.

– No. Kocham cię. – Rozłączyła się, zanim zdążyłam coś dodać.

1 Tł. z j. szwedzkiego: zawsze.

2 Tł. z j. ang.: Swoją drogą.

Rozdział 2Żółte tulipany

Wysiadłam z samolotu i od razu poczułam chłód w powietrzu. Ten specyficzny, metaliczny zapach lotniska mieszał się z aromatem kawy z Costa Coffee i świeżych rogali z piekarni. Zawsze lubiłam to miejsce – nowoczesne, a jednak swojskie.

Ruszyłam w stronę toalet. Każdy, kto mnie mijał, mógł pomyśleć, że po prostu idę się odświeżyć po locie. Prawda była inna.

W kabinie otworzyłam walizkę i w kilka minut zamieniłam podróżną wersję siebie w tę właściwą. Rozpuściłam włosy, poprawiłam makijaż, na usta położyłam mocną czerwień, na szyję inne perfumy. Lekkie poprawki – a jednak wystarczyły, by poczuć się znowu sobą. Z dziewczyny w dżinsach i swetrze powstała kobieta, która wie, że może mieć wszystko. Uśmiechnęłam się do lustra. Wreszcie – prawdziwa Ada. Na zewnątrz złapałam taksówkę. Kierowca spojrzał na mnie w lusterku i uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Przepraszam z góry za korki, ale tak to już jest na obwodnicy. – Odwzajemniłam uśmiech, nie wchodząc w rozmowę. Lubiłam korki. To jedyny moment, gdy mogłam nic nie robić, po prostu słuchać muzyki i patrzeć przez okno. Zjechaliśmy do centrum. Poprosiłam, by zatrzymał się przy kwiaciarni. Kupiłam bukiet żółtych tulipanów i butelkę cydru – mama uwielbiała oba. Pod jej domem zadzwoniłam dzwonkiem, trzymając kwiaty za plecami.

– Ada?!

– Niespodzianka, mamo!

– No wreszcie! – Rzuciła się na mnie, tuląc tak mocno, że tulipany prawie wypadły mi z rąk.

– Wariatko! Czemu nic nie powiedziałaś?!

– Właśnie dlatego. – Roześmiałam się, wręczając jej bukiet.

– Gdybym uprzedziła, już byś piekła ciasto i robiła sałatki.

– No i co z tego! – Śmiała się, ustawiając tulipany w wazonie. – Ale mam trochę sernika w lodówce. Zrobimy kawę i będzie.

Zostawiłam buty w przedpokoju, a trzy koty od razu zaczęły ocierać się o moje nogi.

– A Nina? – Mama odwróciła się z czajniczkiem w dłoni.

– Już się widziałyście?

– Nie, ale wie, że przyjechałam. – No tak… papużki nierozłączki. – Uśmiechnęła się ciepło.

– Ale znajdź też chwilę, żeby odwiedzić dziadków, dobrze?

– Jasne, mamo.

– I może wpadniesz do mojej fryzjerki? – Zapaliła się nagle.

– Ada, cudowna kobieta! Pozytywna energia! – Pochyliła się konspiracyjnie – Kładłam jej ostatnio karty i od razu poczułam, że to dobra dusza.

Uśmiechnęłam się. Moja mama potrafiła znaleźć dobro w każdym. Miała w sobie tyle ciepła, że nawet zwykła fryzjerka stawała się dla niej kimś wyjątkowym.

A ja znowu pomyślałam, że zasługuje na coś więcej niż tylko samotne, spokojne życie. Po rozwodzie nie związała się już z nikim – może uznała, że spokój jest bezpieczniejszy niż miłość.

Jej ogród pachniał latem. Nie był idealny jak z katalogu, ale pełen życia, barw i zapachów. W altanie oplecionej różami stał stolik z kawą, sernikiem i dzbankiem wody z cytryną. Usiadłyśmy pod pergolą. Nad nami dojrzewały truskawki – zrywałam po jednej, czując słodycz soku na języku.

– No, opowiadaj. – Mama nalała kawę do filiżanek. – Jak tam w domu? Jak Krystian? Kiedy przyjedziecie razem? Już się za nim stęskniłam.

Bawiłam się truskawką w palcach.

– Wkrótce… niedługo. Dużo pracuje, trudno zgrać terminy.

– Mhm. – Pokiwała głową, ale jej ton był zbyt lekki, żeby uwierzyć w beztroskę. – Wiesz, jak mieszkałaś w Polsce, przyjeżdżał tu co parę tygodni. A teraz? Może raz do roku.

Udawałam, że skupiam się na jedzeniu. Ale to jedno zdanie utkwiło mi w głowie. Miała rację. I choć wiedziałam, że Christian nie robi tego specjalnie, z boku wyglądało źle. To pytanie, którego nie chciałam dziś dotykać, wróciło z całą siłą: czy naprawdę jesteśmy tak blisko, jak myślę?

Mama więcej nie wracała do tematu. Opowiadała o swoich roślinach, klientkach i o tym, jak w tym roku wyjątkowo rozkwitły piwonie. Słuchałam, popijając kawę, ciesząc się jej głosem.

W pewnym momencie zajrzała sąsiadka z garnkiem pomidorowej. Usiadła z nami, nalała po talerzu, a ja przez resztę rozmowy milczałam, obserwując ich śmiech i drobne anegdoty, w których nie miałam już udziału. W końcu wstałam, żeby pojechać do Niny. Mama zapakowała kawałek sernika dla niej, bo przecież go uwielbia. Dała mi buziaka w czoło.

– Mam nadzieję, że jak się nagadacie, to jutro wpadniesz znowu.

– Jasne, mamo. Jak tylko wstaniemy po imprezie, zjemy coś to może uda nam się razem wpaść.

– Super. Baw się, korzystaj… i pamiętaj, że cię bardzo kocham.

– Ja ciebie też. – Poczułam ciepło, które ścisnęło mi gardło.

Nie lubiłam się z nią żegnać. Ale tym razem było inaczej. Wiedziałam, że to tylko kilka dni. A przede mną – wieczór z Niną. A z nią nigdy nie było nudno…

Rozdział 3Noc, która otworzyła drzwi

Sopot i Monte Cassino to nasz stały adres z Niną, gdy potrzebujemy poczuć, że żyjemy. Tam świat wygląda zupełnie inaczej. Za dnia kurort, w nocy – tętniące życiem centrum świata. Deptak pełen pięknych ludzi, alkoholu i pieniędzy. Zwykle zaczynałyśmy od najtańszych szotów, potem klub, taniec do odcięcia i powrót o świcie pociągiem albo taksówką. Zanim byłam z Christianem, zawsze coś przygruchałyśmy w klubie, a niektóre, z tych znajomości, przetrwały noc, czasem i poranek. Pamiętam, jak parę lat temu Nina związała się po jednej z imprez z kolesiem z kawalerskiego… który, jak się okazało… był przyszłym panem młodym! Ale to historia na inną okazję. Wiem jedno – nie powinno się wiązać z nikim poznanym po alkoholu w klubie.

Tego wieczoru czułam się, jakbym nigdy nie wyjechała. Zapachy, język, tempo. Jakby wszystko znowu było moje. Choć nikogo nie znałam, wydawało mi się, że rozpoznaję wszystkich, których mijam.

Przy Krzywym Domku Nina zapiszczała i wpadła w ramiona chłopaka wyglądającego na niewiele starszego od jej uczniów.

– O mój Boże! Młody, co ty tu robisz? – zapiszczała.

– Dzień dobry, pani profesor… znaczy, przepraszam, nie jest pani przecież stara…

– Cii. – Położyła mu palec na ustach i rozejrzała się po jego dłoniach. – Masz coś fajnego dla mnie i mojej przyjaciółki?

– Opaski… welcome drinki… może…

Nina zerknęła na mnie z uśmiechem.

– Ada, bierzemy coś od małolata czy idziemy na szoty?

– Bierzemy.

Dostałyśmy złote opaski do elitarnego klubu Elit. Przed wejściem kolejka wiła się jak wąż. Ochroniarz zmarszczył brwi, widząc nasze wejściówki.

– Skąd to macie? To nie jest z dzisiejszej puli.

– Od znajomego. – Uniosła podbródek Nina.

– Wszystko okej, wpuść nas.

– Muszę zapytać szefa… – mruknął, zerkając gdzieś w głąb lokalu.

Podążyłam za jego spojrzeniem. Na antresoli w loży siedział mężczyzna w perfekcyjnie skrojonym garniturze. Kieliszek w dłoni. Twarz bez emocji. Udawał, że słucha towarzystwa, a jednak widziałam, że patrzy na nas. Chłodno oceniająco.

Po tej krótkiej wymianie spojrzeń, ochroniarz skinął głową i wpuścił nas do środka. Wnętrze klubu było jak inny świat. Czarne ściany, podświetlane bary, ciężkie aksamitne zasłony. W powietrzu gęsty zapach wanilii, alkoholu i skóry. Na ścianach niedyskretne fotografie w klimacie BDSM – skórzane pasy, kajdanki, spojrzenia mówiące więcej niż słowa. Czerwone, przydymione światło. Z głośników płynął powolny, zmysłowy klubowy remiks. Bas uderzał w klatkę piersiową, podbijając ciśnienie.

– Dwa Porn Star Martini3 – rzuciła. Nasz klasyk. Zaraz potem zniknęła na parkiecie. Właściwie nie miałam jej tego za złe – sama rzadko wychodziła, odkąd mnie nie było. Oparłam łokcie o chłodny marmur baru. Powoli dolałam wina musującego do drinka, wypełniając szkło po brzegi, aż zaśmiałam się w duchu z własnej nieporadności. Nachyliłam się, wzięłam łyk.

Spontaniczność, gwar, chęć do życia – tym pachniała mi ojczyzna. Miejsce, w którym teraz mieszkałam przypominało bardziej porządek, ciszę i ogólnie rozumiane bezpieczeństwo. Wiedziałam, dlaczego wyjechałam. A jednak… czy to naprawdę było dla mnie lepsze?

Mój wzrok powędrował ku loży. Mężczyźni siedzieli tam jak władcy. Zegarki wysadzane diamentami. Na stole Dom Pérignon. Drogie whisky. Dym cygar. Obok nich kobiety w czerwieni – perfekcyjne, chłodne, puste spojrzenia. Zrobiło mi się niedobrze. Patrzyłam, jak ćpają, a kelnerki udają, że nic nie widzą.

I wtedy zorientowałam się, że patrzę prosto w oczy faceta, który siedział w środku. Temu z antresoli. Nie odwracał wzroku. Jakby czytał coś z mojej twarzy. Zrobiło mi się gorąco. Poczułam ciepło na policzkach. Gwałtownie odwróciłam się do baru i zamówiłam kolejnego drinka. Serce biło mi jak szalone.

Na szczęście Nina wróciła, śpiewając głośno. Wpadłyśmy w szał tańca. Światła migały w rytm muzyki, a ciało samo poruszało się do dźwięków. Było jak dawniej – my, wzrok facetów wokół i kolejne kieliszki na barze.

W pewnym momencie zauważyłam, że Nina potknęła się, ledwo złapałam ją za rękę, zanim runęła na parkiet. Śmiejąc się, odprowadziłam ją do stolika, ale kiedy usiadła, zobaczyłam w jej oczach coś, czego wcześniej nie było.

– Hej, wszystko okej? – Pochyliłam się do niej, gotowa zamówić wodę i chwilę odsapnąć.

Nina odwróciła wzrok i nagle w jej oczach pojawiły się łzy. Najpierw pojedyncze, potem całkiem spory strumień.

– No weź… przecież zaraz rozmażesz sobie makijaż. – Próbowałam ją rozbawić.

– Cieszę się, że jesteś szczęśliwa – wyszeptała. – Ale to jest kurwa nie fair.

Zamarłam, nie wiedząc, co powiedzieć. – Co jest nie fair?

– Że mnie zostawiłaś. Wyjechałaś. Że zawsze byłyśmy razem, miałyśmy wspólne plany… a ty nagle poznałaś faceta i postanowiłaś rzucić wszystko. Rodzinę, pracę i mnie.

Patrzyłam na nią, nie wiedząc, czy mam się bronić, czy po prostu pozwolić jej mówić.

– Słońce, staram się, jak mogę. Rozmawiamy prawie codziennie, przylatuję, kiedy mnie potrzebujesz, nawet z dnia na dzień. Pamiętasz Włocha? Pojawił się i zniknął tego samego dnia, ja byłam u ciebie następnego. Paliłyśmy katalogi wycieczek do Włoch i piłyśmy hiszpańską cave na znak protestu przeciwko wszystkiemu, co włoskie… A za twoją lasagną naprawdę tęsknię z całego serca!

Nina uśmiechała się przez łzy.

– Wiem… Ale to już nie to samo. Mogę zadzwonić, napisać… Ale nie mogę przyjść do ciebie o trzeciej w nocy, kiedy świat mi się wali! Nie mogę po prostu zapukać do twoich drzwi. To boli Ada. Najbardziej boli jednak fakt, że nie mam prawa mieć o to pretensji, nie mogę przez swój egoizm, trzymać cię przy sobie i powstrzymywać przed ruszeniem na przód.

Zrobiło mi się ciężko na sercu. Bo dopiero w tej chwili dotarło do mnie, że w całym moim zachwycie nad nowym życiem Z Christianem, nigdy nie pomyślałam, jak bardzo ją zraniłam swoim wyjazdem.

– Kochanie… mówię ci, wszystko się ułoży. Będzie lepiej. – Próbowałam ją uspokoić, ale słowa brzmiały pusto nawet w moich uszach. Od razu pożałowałam tego, co powiedziałam, bo Nina nagle wyprostowała się jak struna, a jej łzy zniknęły pod naporem wściekłości.

– Widzisz?! Zawsze to robisz! – Jej głos był ostry jak nóż. – Umniejszasz moje uczucia, żeby było ci lżej! Ty nic nie rozumiesz. Nie wyjechałaś dla miłości. Uciekłaś. Po tamtym gównie znalazłaś sposób, żeby zwiać. Nie pomyślałaś o mnie. Ani o rodzinie. Miałaś gdzieś wszystko i wszystkich. – Zaniemówiłam. – To było cholernie podłe. I wiesz co? – Jej oczy błysnęły, a ton stał się jeszcze zimniejszy. – Nienawidzę cię za to. I nawet żałuję, że dziś u mnie śpisz, bo nie mam ochoty na ciebie patrzeć.

Sięgnęła po swój drink, jakby chciała się napić, ale ruch był zbyt gwałtowny. Szklanka wyślizgnęła się z jej dłoni, uderzyła o blat i roztrzaskała się, oblewając mnie słodkim, lepkim koktajlem. Lodowaty płyn wsiąknął w materiał sukienki, klejąc mi uda. Brak stanika był w tej sytuacji zaskakująco złym pomysłem.

– I świetnie… – prychnęła i odepchnęła mnie ramieniem, po czym ruszyła do wyjścia.

Stałam w miejscu, czując jak głośna muzyka nagle oddala się jak przez wodę. Rozejrzałam się odruchowo, kucnęłam, chcąc zebrać potłuczone szkło i ocenić straty i wtedy… Ktoś stanął przy mnie. Otoczył mnie zapach cygara i czegoś drogiego, trudnego do określenia. Usłyszałam niski, spokojny głos.

– Chyba potrzebujesz pomocy?

Kucałam, próbując zebrać rozlany drink. Lepka, zimna ciecz spływa mi po udach, aż do kolan. Sukienka podciągnęła się za wysoko, ale i tak było mi już wszystko jedno – cała wyglądałam jak po przegranej walce z alkoholem. Chłód koktajlu zrobił swoje. Czułam, jak materiał sukienki przylega do mojego ciała, a sutki odznaczają się pod nim. Za to garnitur leżał na nim jak druga skóra, dłonie wsunięte do kieszeni, zero pośpiechu, zero chęci, by się schylić. Patrzył na mnie, jakbyśmy oboje doskonale wiedzieli, kto tu jest na wygranej pozycji. Boże, czemu on tu podszedł? – przemknęło mi w głowie. Przecież widziałam, co robił wcześniej. Widział też, jak na to reagowałam.

– Nie… dzięki – wymamrotałam, plącząc się w słowach. Chciałam go spławić. Uniósł brew.

– Spróbuj jeszcze raz – powiedział spokojnie, ale w tym spokoju było coś ostrego. – I postaraj się, żeby tym razem zabrzmiało to lepiej.

Poczułam, jak mi ciśnienie podskakuje.

– Och, przepraszam, panie garniturze, że naruszyłam pańską wrażliwą dumę – odparłam sarkastycznie, podnosząc się. Musiałam zadzierać głowę, żeby na niego patrzeć, byłam jak dziecko przed rodzicem. Teraz przynajmniej patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Uśmiechał się. Nie szeroko, raczej kącikiem ust, jak ktoś, kto właśnie usłyszał coś zabawnego, ale nie zamierza się przyznać.

– To nie jest zabawne – syknęłam. Chciałam go uderzyć słowami, tak jak przed chwilą uderzyły mnie te usłyszane od przyjaciółki.

– Nie? – odparł, przechylając lekko głowę. – Ja myślałem, że lubisz prowokować.

– Ja? – prychnęłam. – Ty mnie zaczepiasz, a teraz udajesz zdziwionego.

– Od momentu gdy weszłaś. – Jego ton był niemal leniwy, ale każde słowo trafiało prosto we mnie – robisz wszystko, żeby zwrócić moją uwagę. – Parsknęłam śmiechem, choć brzmiało to bardziej jak nerwowe prychanie. – Widziałem, jak przeszłaś obok kolejki… jak spojrzałaś w górę na lożę. Widziałem, jak piłaś, tańczyłaś. I tę kłótnię przed chwilą. – Zrobił krok bliżej, a ja mimowolnie odsunęłam się o pół, czując jego zapach: ciepły, ciężki. – A teraz widzę, jak stoisz przede mną, cała mokra, roztrzęsiona i gotowa mnie ugryźć, chociaż nie masz pojęcia, w kogo właśnie wbiłabyś zęby.

Zacisnęłam szczękę.

– Może i nie mam pojęcia… ale mogę się domyślać, że jesteś jednym z tych, co sądzą, że cały świat należy do nich.

Uśmiechnął się szerzej, jakby właśnie wygrał jakąś małą rundę.

– Świat nie. – Krótka pauza. – Ale ten klub tak.

Przez sekundę zabrakło mi riposty. Poczułam, jak gdzieś pod powierzchnią wzbiera we mnie irytacja pomieszana z dziwnym… zainteresowaniem.

– Gratulacje. Mam klaskać czy się przestraszyć?

– Nie. – Pochylił się lekko, ale wciąż nie na tyle, żeby zniwelować różnicę w naszej pozycji. – Masz mnie zapamiętać.

Nie czekał, aż odpowiem. Sięgnął za bar po lnianą serwetkę. Bez słowa powiódł nią wzdłuż mojej nogi. Zamarłam.

– Co ty… – zaczęłam, ale od razu urwałam. Patrzył mi prosto w oczy. Nie na moją nogę. Nie na to, co odsłania sukienka. Tylko we mnie.

– Nie jesteś zbyt ostrożna – powiedział cicho, ale bez cienia pobłażania. – A w tym miejscu ostrożność to podstawa.

Czułam, jak serce wyrywa się z piersi.

– Myślisz, że jak powiesz mi to w taki sposób, to ja od razu… – próbowałam odbić piłeczkę, ale znów mi przerwał.

– Nie myślę. – Delikatnie odłożył serwetę, jakby nic się nie stało, i wyprostował się, wciąż patrząc w dół. – Wiem. – Zabrzmiało, jakby mówił o czymś większym niż rozlany drink. – Zresztą… pewnie i tak nie przyjechałaś tu z facetem, prawda?

Zamarłam.

– Słucham?

– Ten twój partner… – powiedział to tak, jakby sprawdzał, jak bardzo zadrży mi powieka. – Grzeczny chłopiec. Dobry w codzienności, ale nie w tym, czego szukasz naprawdę.

Poczułam, jak zimno przestaje być największym dyskomfortem.

– Skąd, do cholery, ty wiesz…

– Wystarczy popatrzeć. Kobieta naprawdę spełniona nie patrzy w taki sposób jak ty na mnie.

– Może patrzyłam z obrzydzeniem. – Obrzydzenie bywa drugą stroną ciekawości.

Wkurwiał mnie. I to bardzo. Ale jeszcze bardziej irytowało mnie to, że wcale nie był daleko od prawdy. Chłód z klimatyzacji nie był przyjemny, rozchodził się po udach i brzuchu jak drobne ukłucia lodu. Na rękach pojawiła się gęsia skórka, a moje piersi wyraźnie odznaczały się pod cienką tkaniną. Widziałam, że to zauważył. Nie odwrócił wzroku, przeciwnie – przesuwał nim powoli po moim ciele. Nawet nie pomyślał, żeby podać mi marynarkę. Właściciel klubu, cholera, najwyraźniej wolał, bym została w tym dyskomforcie.

– To twoja decyzja? – rzucił nagle.

– Co? – Zmarszczyłam brwi.

– Wyjazd. Życie z nim?

Zacisnęłam szczękę.

– Skąd to pytanie? Nie masz pojęcia o moim życiu ani o tym czego chciałam!

Kącik jego ust drgnął w uśmiechu.

– Masz rację. Ale wiem, czego chcesz w tej chwili. I to na pewno nie jest powrót do niego.

Serce zabiło mi szybciej, tym razem nie tylko z irytacji.

– To twoje zdanie. Nie moje życie.

– Może. – Nachylił się lekko, a jego zapach – ciemny, ciężki, z nutą whisky i perfum, otoczył nas jak ciepły płaszcz. – Ale jeśli chcesz, możesz spędzić resztę tego wieczoru ze mną. W mojej loży.

„Tak” stanęło mi na końcu języka i przeraziło bardziej niż jego bezczelność. Przecież jest Christian. Nie powinnam nawet o tym myśleć. A jednak myślałam.

Nie powinnam nawet rozważać tej opcji… a jednak rozważałam.

Im bardziej czułam chłód na mokrej skórze, tym mocniej uświadamiam sobie, że wcale nie chce, by mnie rozgrzał. Bez słowa wyrwałam mu z dłoni ściereczkę, złapałam torebkę i ruszyłam w stronę wyjścia. Nie obejrzałam się. Dopiero przy wyjściu, zerknęłam w jego stronę. Stał dalej w tym samym miejscu. Moja ucieczka była najlepszą odpowiedzią, jaką mógł dostać. Na zewnątrz świeże powietrze uderzyło mnie w twarz. Wciągnęłam je głęboko. Rozglądałam się po deptaku, szukając Niny. Pustka. Znałam ją jednak zbyt dobrze. Nie poszła na pociąg.

– Postój taksówek… albo jedzenie – mruknęłam. – A że jesteś Niną, to wiadomo, że wygrało żarcie.

Skręciłam w przeciwną stronę niż taksówki. Kilka kroków dalej zobaczyłam ją. Siedziała na ławce, trzymając w dłoniach dwie gigantyczne zapiekanki. Kiedy podeszłam, podniosła na mnie zapłakane oczy, a kąciki jej ust drgnęły.

– Jestem taka na ciebie wściekła! – zaczęła, po czym roześmiała się przez łzy. – A i tak zamówiłam dwie zapiekanki. Dobrze, że przyszłaś, bo nie jestem w stanie zjeść obu.

Przejęłam od niej jedną, usiadłam obok. Jadłyśmy w ciszy, patrząc na ludzi, rozświetlone witryny i pary trzymające się za ręce. W pewnym momencie spojrzałyśmy na siebie, potem na zapiekanki. Moja była z szynką, jej – z salami. Wystarczyło jedno porozumiewawcze mrugnięcie, byśmy obie w połowie zamieniły się porcjami. Tak, jakbyśmy znowu miały po osiemnaście lat i dzieliły się wszystkim – nawet ostatnim kawałkiem jedzenia. Kiedy skończyłyśmy, oparłyśmy się o ławkę. Przyciągnęłam ją bliżej.

– Kocham cię, słonko.

– Ja też ciebie kocham, wariatko – odpowiedziała bez wahania. – I cieszę się, że ciągle mnie kochasz… nawet po tym, co powiedziałam.

Cieszyłam się, że mam ją obok, że nic jej nie jest. Nie lubię, kiedy rozstajemy się na imprezach. W głowie wciąż dźwięczało to, co wydarzyło się w klubie. Chciałam o tym opowiedzieć, ale… bałam się. Ta sytuacja otworzyła w mojej głowie drzwi, które kiedyś zaryglowałam na wszystkie spusty. Nina to wyczuje, poruszy temat, a ja nie będę gotowa, żeby go unieść. Nie wiedziałam jeszcze, co dokładnie mam na myśli. Coś w tej nocy, kłótni z nią i tym mężczyźnie oraz w fakcie, że byłam w Polsce, uderzyło mnie jak fala zimnej wody – kazało spojrzeć inaczej na mój związek z Christianem. On był jak miękki koc zimą – otulał, koił i… zabijał we mnie każdy głód, którego on sam, nie potrafił nazwać.

Gdy dotarłyśmy do mieszkania, horyzont barwił się jak płomień, który dopiero uczy się palić. Noc się skończyła. Problemy też. Przynajmniej na razie.

3 Nazwa drinka na bazie wódki i marakui.

Rozdział 4 Zagubiony żakiet

Wstałam z łóżka z ciężką głową i tym nieprzyjemnym smakiem alkoholu w ustach. Leżałam na kanapie w mieszkaniu Niny. Uwielbiałam to miejsce – ogromne okna, z których widać było całe miasto, port, a dalej spokojną linię morza. Widok, którego w domu mi brakowało. Miałam lasy i jeziora, ale to nie to samo. Tutaj była wolność.

Zapach kawy powoli dochodził do pokoju. Wstałam, rozciągnęłam mięśnie i podeszłam do okna. Z dołu dochodziły dźwięki samochodów. Miasto budziło się do życia, a ja miałam wrażenie, że serce przypominało sobie o czymś, co wolałabym zostawić za sobą. Usiadłyśmy przy stole i Nina przeprosiła mnie półgłosem za wczoraj, tłumaczyła to nadmiarem emocji. Twierdziła, że rozumie moje szczęście, nigdy nie chciałaby, żebym odeszła od partnera tylko dlatego, że ona czuje się samotna, tutaj, w Polsce. Kiwałam głową, powtarzając, że oczywiście, nie mam żalu, to nic takiego. Ale w środku coś we mnie drżało.

– Wiesz co… – zaczęłam, odkładając widelec i patrząc w kubek z kawą. – Wczoraj w klubie… spotkałam faceta.

Nina od razu uniosła brwi, jakbym właśnie ogłosiła coś przełomowego.

– No nie gadaj, że kogoś poznałaś! – Wybuchła entuzjastycznie. – Opowiadaj!

Pokręciłam głową szybciej, niż powinnam.

– Nie, nie, nie… nie o to chodzi. – Machnęłam ręką, udając, że to błahostka. – Po prostu jakiś gość mnie wkurwił przy barze. Jeden z tych, co mają za dużo pieniędzy i myślą, że mogą wszystko. No i chyba dlatego byłam taka spięta. Rozumiesz, dlatego wyszło, jak wyszło.

Choć było inaczej, liczyłam, że alkohol rzucił mgłę na jej wspomnienia.

– Aha… – Nina przeciągnęła, ale wyglądała na zaspokojoną tą odpowiedzią. Westchnęła i wzruszyła ramionami. – No to wszystko jasne. Alkohol plus kretyn – klasyka.

Uśmiechnęłam się blado, choć w środku zamknęłam usta, które same chciałyby powiedzieć coś jeszcze. To kłamstwo osiadło we mnie jak zaraza. Nie wiem dlaczego. Może gdyby poznała prawdę, dostrzegłaby coś w moich oczach. Zauważyłaby, że to spotkanie otworzyło drzwi, których ja sama nie chciałam otwierać. A ona, od zawsze miała dar – czytała mnie lepiej, niż ja samą siebie. Wiedziałaby od razu, że ten facet namieszał mi w głowie. Na to nie byłam gotowa.

Wróciło do mnie wspomnienie mojego byłego partnera. Od dawna nie używałam jego imienia – nawet w myślach. Ten rozdział zamknęłam – a jego cień wciąż stał nade mną. Dominujący, agresywny, zawsze gotów mnie kontrolować. Po każdej awanturze przepraszał, obiecywał, że się zmieni. Kupował drogie prezenty, płacił za restauracje, podróże i… wracał do starego schematu. Byłam zobowiązana, by przy nim trwać. Do czasu.

W końcu się obudziłam. Z czasem nabrałam wstrętu do takich mężczyzn. Do ich pewności siebie, do spojrzenia, które mówiło: „wszystko mogę”.

Tamta noc, kiedy ostatecznie odeszłam od Aleksandra… Gdy podjęłam decyzję, że to koniec, nic nie mogło mnie zatrzymać. Był wściekły. Próbował zniszczyć mnie, Ninę, moją mamę – wszystkich, którzy byli blisko. Miał środki, by to zrobić, ale władzy nade mną – już nie. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Bo teraz… jeden nieznajomy w klubie, jego spojrzenie i bezczelność wystarczyła, żeby coś we mnie pękło.

Wtedy przyszła kolejna myśl – ta, która bolała bardziej. Gdyby Christian wiedział, co myślę o tym wszystkim byłby… zniesmaczony. Dostrzegłby we mnie słabość, a ja od lat pielęgnowałam wizerunek niezależnej kobiety. Zawsze we mnie wierzył, powtarzał, że dam radę, że jestem silniejsza, niż sądzę.

A ja? Sama przed sobą czułam się żałośnie pokonana. I było mi głupio. Głupio, że daję się porwać wspomnieniom, których powinnam się dawno pozbyć.

„Ada?” – Głos Niny wyrwał mnie z myśli. Patrzyła na mnie z lekkim rozbawieniem, wiedziała, że właśnie odpłynęłam.

– Hm? – Uniosłam wzrok, odstawiając widelec.

– Zamyśliłaś się. Wszystko w porządku?

– Tak, jasne.

Jadłyśmy dalej, rozmawiając o drobiazgach. Widziałam, że Nina chciała, żebym poczuła się dobrze, i by nie wracać do wczorajszego wieczora. Ja też. Ale w mojej głowie wciąż siedział tamten typ – jego spojrzenie i słowa, które nie powinny mieć dla mnie znaczenia, a miały. Wstałam i wyszłam na balkon. Kubek parzył mnie w dłonie. Spojrzałam na panoramę – piękną i brutalną jednocześnie. Miasto odbijało światło poranka, a we mnie coś znikało. Zawsze myślałam, że wyleczyłam się z bad boyów, zostawiłam za sobą Aleksandra i całą tamtą historię. Związek z Christianem udowodnił mi jedno: potrafię być szczęśliwa z kimś dobrym, stabilnym. A jednak… ten facet w klubie wystarczył, by odkryć, że może wcale nie jestem taka odporna, jak chciałam myśleć.

Nina przeciągnęła się głośno i zniknęła w łazience. Słyszałam szum prysznica i jej fałszowanie radiowej piosenki. Jej energia była zaraźliwa – nawet gdy ja tonęłam we własnej głowie.

Na stoliku w salonie leżał kawałek sernika od mamy, wciąż starannie zapakowany w folię. Podsunęłam go sobie bliżej i pomyślałam, że miała rację: czasem drobiazg potrafi bardziej ucieszyć niż największe prezenty.