Annabelle i książę - Dunmore Evie - ebook + książka

Annabelle i książę ebook

Dunmore Evie

4,5

Opis

Tom pierwszy z serii romansów historycznych, zatytułowanej League of Extraordinary Women. Powieść z listy bestsellerów „USA Today”.

Oszałamiająca mieszanka romansu i historii.

Zachwyci i oczaruje!

Rok 1879. Dwudziestopięcioletnia Annabelle jest ubogą córką duchownego. Od śmierci ojca, wątpliwą opiekę roztacza nad nią kuzyn Gilbert. W jego domu pełni rolę służącej. Annabelle może brakować pieniędzy i pozycji, ale na pewno nie wiedzy czy inteligencji – ojciec zaszczepił w niej miłość do kultury i literatury antycznej, a dziewczyna biegle włada starożytną greką, łaciną i francuskim. Dzięki rozległej wiedzy oraz stypendium od National Society for Women’s Suffrage otrzymała miejsce na Uniwersytecie w Oxfordzie, który właśnie otworzył swoje podwoje dla kobiet. To dopiero początek jej nowego życia...

Powieść Evie Dunmore to historia zakazanej miłości między błyskotliwą sufrażystką i jej sztywnym księciem, mężczyzną, który dowodzi, że ogień płonie najgoręcej skryty pod lodem.

Annabelle i książę to idealne połączenie dwóch światów – gorącego romansu i powieści historycznej, popartej skrupulatnymi badaniami. Historia ruchu na rzecz równouprawnienia kobiet w Wielkiej Brytanii jest równie wciągająca jak chemia między Annabelle i Sebastianem. Czytelniczki będą zachwycone obserwując, jak Annabelle, kobieta wyprzedzająca swoja epokę, rzuca na kolana seksownego księcia”.

Renée Rosen, autorka "Park Avenue Summer "

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 360

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (159 ocen)
100
42
14
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
skrobiso

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna ! Dawno nie czytałam tak fajnego, a przy tym mądrego, romansu historycznego 😍
30
Katrusiaa

Nie oderwiesz się od lektury

Jaki jest przepis na idealną letnią lekturę? Uboga dziewczyna, czasy wiktoriańskie, walka o prawa kobiet, tajemniczy, zimny jak lód Książę, zakazana miłość, silne kobiece charaktery w postaci najbliższych przyjaciółek, piękne posiadłości, przejażdżki konne, uniwersytet oksfordzki... Mnie by te motywy kupiły bez reszty, czego chcieć więcej? W przypadku książki "Annabelle i Książę" nie trzeba chcieć niczego więcej! Ta historia kupiła mnie od początku silnym, niezłomnym, kobiecym charakterem tytułowej bohaterki, która ma umysł jak brzytwa i inteligencją oraz wiedzą przewyższa wielu poważanych w towarzystwie mężczyzn. W swojej walce o prawa kobiet nie cofnie się przed niczym, toteż twardo staje na drodze pewnego Księcia, mając nadzieję, że swoimi wpływami poprze dążenia sufrażystek do uzyskania dla kobiet praw wyborczych. Od tego momentu ich ścieżki nieustannie się krzyżują a emocje w nich skrywane rozpoczynają nieznośną kotłowaninę, która ledwo daje się utrzymać w ryzach. Przecież tego...
10
MKWielgosz

Dobrze spędzony czas

Z czasem się rozkręca, dobrze się czyta
10
magdala36

Całkiem niezła

Były to czasy, w których kobiety niewiele w życiu mogły osiągnąć. Annabelle chce się uczyć, a nie być darmową służącą w domu kuzyna. I choć udaje jej się pokonać przeszkody i trafić do Oxfordu, to nikt jej tam nie wita z otwartymi ramionami. Wręcz przeciwnie, panuje przekonanie, że wiedza szkodzi płci pięknej. Na szczęście szybko znajdzie grono podobnych jej sufrażystek walczących dla kobiet o prawo do obecności w życiu publicznym, do kształcenia się, do dysponowania własnymi pieniędzmi. Bycie feministką nie wyklucza zakochania, na drodze bohaterki staje dumny, i oczywiście przystojny, arystokrata. Wbrew temu, co napisano na okładce, nie była to miłość zakazana. W dobie aranżowanych arystokratycznych związków panowało przyzwolenie na pozamałżeńskie relacje. Częsta była wówczas sytuacja, że szlachetnie urodzony i bogaty, mężczyzna miał drugą rodzinę z kobietą, którą kochał. W myśl zasady, że małżeństwo ma służyć interesom rodziny i nie ma w nim miejsca na miłość. Co czeka naszą Kopcius...
00
Brytka

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo przyjemna książka. Szybko czytasz bo nie możesz się oderwac. Epoka przyjemnie robi za tło fabularne, dopowiada ale nie niszczy. Nie umiem określić na ile rzeczywiście oddana do tamtych czasów, ale dla tego romansu idealnie wpasowana. Sceny dobrze opisane, bohaterowie ciekawi i interesujący. Zrozumiałe są ich zachowania i jednak epoka i status społeczny mają znaczenie w wielu elementach fabuły. Nie jest ona infantylna, a bohaterowie też swoje w życiu przeszli, co odkrywamy na kolejnych kartach historii. Bardzo polecam.
00

Popularność




Tytuł oryginału: Bringing Down the Duke

Redakcja: Beata Słama

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lingventa

Fotografie i wektory wykorzystane na okładce:

Vasya Kobelev, Yoko Design, marinat197

Ola-ola, cepera/Shutterstock

© 2019 by Evie Dunmore

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Berkley, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC .

© for the cover design and illustration by Farjana Yasmin

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2023

© for the Polish translation by Ewa Skórska

ISBN 978-83-287-2747-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I 

Warszawa 2023

–fragment–

Dziadkowi,

który nauczył mnie, że mogę porwać się na wszystko, jednak wcale nie muszę wszystkiego znosić.

Rozdział 1

Kent, sierpień 1879 roku

Oczywiście, że nie! Cóż to za niedorzeczny pomysł, Annabelle. – Gilbert miał spojrzenie zająca, który już wie, że psy gończe zaraz go dopadną.

Annabelle spuściła wzrok – wiedziała, że wygląda to skromnie i nieśmiało, i zawsze najlepiej uspokaja wzburzonego kuzyna. Ze wszystkich typów mężczyzn, z którymi nauczyła się postępować, „zadufany w sobie ignorant” stanowił najmniejsze wyzwanie. Tym bardziej jednak ucierpiałaby jej duma, gdyby pozwoliła się pokonać. Gilbert lekką ręką odebrałby Annabelle życiową szansę i spokojnie wrócił do podziwiania świeżo przyszpilonych motyli w gablocie na swoim biurku.

– I co jeszcze? – rzucił. – Przyłączysz się do cyrku? Będziesz kandydowała do parlamentu?

– Rozumiem, że to dość niezwykłe, ale…

– Nie pójdziesz na Oksford! – huknął i uderzył dłonią w biurko.

Biurko należące kiedyś do jej ojca – które w testamencie zapisał Gilbertowi, nie jej – wyglądało majestatycznie i dostojnie, co jednak w najmniejszym stopniu nie pomagało kuzynowi. Pokryty patyną czasu, wsparty na rzeźbionych lwich łapach mebel wzmocniłby autorytet każdego stojącego za nim mężczyzny, lecz nie Gilberta, który stroszył się za nim niczym przerażony kurczak. Z drugiej strony nic dziwnego, że poczuł się zaskoczony – ona czuła się tak samo. Po pięciu długich latach bycia służącą w domu Gilberta nie spodziewała się, że jeszcze kiedyś w ogóle czegoś zapragnie. Z pochyloną głową, stojąc twardo na ziemi, pogodziła się z tym, że granice parafii Chorleywood wytyczają granice jej marzeń. I wtedy właśnie z siłą strzały uderzyła ją w pierś wiadomość, że Uniwersytet Oksfordzki otworzył college dla kobiet.

Próbowała to zignorować, jednak tydzień później z takim trudem utrzymywana samokontrola zniknęła.

Nie, nie chodziło o wygórowane ambicje, po prostu… Skąd wiadomo, kiedy podupadające gospodarstwo Gilberta doprowadzi ją samą na skraj nędzy, kiedy stanie się łatwym łupem jakiegoś lubieżnego panicza? Za dnia bezmyślnie wykonywała swoje obowiązki, dopiero w nocy docierało do niej, że balansuje na krawędzi przepaści, a na dnie czai się jej przyszłość – starość w przytułku. Koszmarne sny przynosiły wizje, w których spadała i spadała bez końca.

Sięgnęła do cieniutkiej koperty w kieszeni fartucha, list informujący o tym, że została przyjęta na Oksford. Odpowiednia edukacja mogłaby przerwać ten upadek.

– Rozmowę uważam za zakończoną – oznajmił Gilbert.

Annabelle zacisnęła pięści. Spokój. Zachowaj spokój.

– Nie chciałam cię zdenerwować. – Szczypta łagodności. – Myślałam, że będziesz zachwycony. – Bezczelne kłamstwo.

Gilbert ściągnął brwi.

– Zachwycony? Ja zachwycony? – Patrzył na nią z troską. – Dobrze się czujesz?

– Biorąc pod uwagę korzyści, jakie przyniosłoby to twojej rodzinie, założyłam, że z radością wykorzystasz tę okazję.

– Korzyści…

– Wybacz mi, kuzynie, nie powinnam marnować twojego cennego czasu. – Wykonała taki ruch, jakby chciała wstać.

– Ależ po co ten pośpiech. – Gilbert machnął ręką. – Siadaj, siadaj…

Podniosła na niego niewinne oczy.

– Wiem, że masz wielkie plany odnośnie do chłopców, w czym na pewno mogłaby pomóc guwernantka z certyfikatem Oksfordu…

– Rzeczywiście mam plany, dość poważne – przyznał – ale już teraz lepiej znasz grekę i łacinę, niż to konieczne, a z pewnością lepiej, niż to właściwe. Powszechnie wiadomo, że zbyt rozległa wiedza wykoleja kobiecy mózg. Gdzie w tym korzyść dla nas?

– Mogłabym się ubiegać o posadę guwernantki albo towarzyszki w majątku.

Ostatni pocisk – jeśli wzmianka o baronie Ashbym, właścicielu posiadłości na wzgórzu i posiadaczu ich parafii, nie poruszy Gilberta, to nie poruszy go nic. Gilbert czcił ziemię, po której baron stąpał.

I rzeczywiście – kuzyn zamarł. Niemal słyszała, jak jego umysł rusza ze zgrzytem niczym stary kuchenny młynek – stary, bo Gilbert nigdy nie miał dość pieniędzy na utrzymanie domu. Nic dziwnego: w przeciwieństwie do coraz liczniejszej rodziny niska pensja za bicie w kościelne dzwony pozostała bez zmian.

– Taak… z tego mógłby być całkiem niezły grosz, pan dobrze płaci…

– W rzeczy samej. Rozumiem jednakże, że nawet pieniądze nie usprawiedliwiają niestosowności.

– W istocie, w istocie, ale nie byłoby to tak zupełnie niestosowne, gdyby miało posłużyć wyższym celom…

– Och, nie! – wykrzyknęła. – Nie mogłabym zrobić tego teraz, gdy wytknąłeś mi wszystkie wady mojego planu. A jeśli mój mózg naprawdę się wykolei?

– Nie przesadzajmy – prychnął Gilbert. – Twoja głowa wydaje się dość odporna na książki… Chodzi jednak o to, że nie zdołamy obejść się bez ciebie nawet przez tydzień, musiałbym zatrudnić kogoś do pomocy. – Spojrzał na nią niepokojąco przebiegle. – A jak wiesz, budżet na to nie pozwoli…

Że też musiał akurat teraz odkryć coś takiego jak planowanie finansowe!

Widać było jak na dłoni, że to ona miałaby zrekompensować wszelkie wydatki spowodowane swoim wyjazdem na uczelnię, bo przecież kosztowała go dokładnie… zero. Niestety, niewielkie stypendium ledwie miało wystarczyć na jedzenie i ubranie.

Pochyliła się.

– Ile zapłaciłbyś służącej, kuzynie?

Zdumiony Gilbert otworzył szeroko oczy, lecz szybko się otrząsnął.

– Dwa funty – odrzekł, krzyżując ręce na piersi.

– Dwa funty? – Uniosła brwi.

– Tak. – Na jego twarzy malował się upór. – Beth znowu jest… ee… w odmiennym stanie. Zamierzałem zatrudnić pomoc…

Oczywiście, że nie zamierzał, ale tego nie powiedziała.

– W takim razie będę ci co miesiąc wysyłała te dwa funty.

Ściągnął brwi.

– A niby skąd je weźmiesz?

– To proste. – Jeszcze nie wiem, pomyślała. – Będzie mnóstwo uczniów potrzebujących korepetycji.

– Ach tak…

Chyba go nie przekonała, siebie zresztą też nie. Nawet pokojówki w majątku nie zarabiały dwóch funtów miesięcznie. Jeśli uda jej się wyskrobać choć dwa szylingi, to będzie cud.

Wstała i wyciągnęła do niego rękę.

– Masz moje słowo.

Gilbert patrzył na jej dłoń jak na obce stworzenie.

– Powiedz mi… – zaczął powoli – skąd mam wiedzieć, że cały ten Oksford nie zawróci ci w głowie i że w końcu jednak tu wrócisz?

Poczuła pustkę. Dziwne… Spowodowanie, by Gilbert się zgodził, miało na celu utrzymanie jej miejsca w jego domu – kobieta potrzebuje miejsca, jakiegokolwiek – a jednak coś nie pozwoliło jej składać mu obietnic w tej sprawie.

– A niby dokąd mogłabym pójść?

Gilbert zacisnął wargi.

– Jeśli będziesz zalegała z płatnościami, będę zmuszony poprosić cię o powrót – odpowiedział po dłuższej chwili.

Jej umysł powoli przetwarzał te słowa. Żeby ściągnąć ją z powrotem, najpierw musi ją stąd wypuścić. Zgodził się. Pozwala jej odejść…

– To zrozumiałe – odparła z udawanym spokojem.

Poczuła dotyk jego miękkich palców na swojej stwardniałej od pracy dłoni. Wsparła się o biurko, jedyną stałą rzecz w rozmytym nagle pokoju.

– Oczywiście będziesz potrzebowała przyzwoitki – usłyszała.

Nie mogła stłumić śmiechu, gardłowy dźwięk, jaki wydała, niemal ją zaskoczył.

– Mam dwadzieścia pięć lat!

– Hmm… Przypuszczam, że z takim wykształceniem raczej nie możesz liczyć na zamążpójście.

– W takim razie dobrze się składa, bo nie chcę wyjść za mąż.

– Tak, tak… – Wiedziała, że Gilbert nie pochwala dobrowolnego staropanieństwa, uważając je za coś nienaturalnego, jednak wszelkie obawy wyrażane na temat jej cnoty były najwyżej ukłonem w stronę etykiety. Albo, jak wszyscy w Chorleywood, był podejrzliwy.

Jakby słysząc jej myśli, ściągnął brwi i rzekł:

– Jest jeszcze jedna kwestia, co do której musimy mieć jasność, Annabelle, pełną jasność. – Słowa zawisły między nimi niczym myszołowy gotowe do ataku. Niechże atakują, pod tym względem jej wrażliwość była równie twarda jak dłonie. – Oksford, jak wiadomo, jest miejscem występku i rozwiązłości – ciągnął Gilbert – gniazdem żmij, w którym roi się od pijaków i rozpustników. Gdybyś wplątała się w coś niestosownego, gdyby zaistniał chociaż cień wątpliwości co do twojego prowadzenia się, to – choć zrobię to z bólem – będę musiał odmówić ci miejsca w moim domu. Człowiek z moją pozycją, w służbie Kościoła Anglii, musi trzymać się z dala od skandali.

Bez wątpienia miał na myśli skandal z udziałem mężczyzn, nie miał się jednak czego obawiać. Pozostawała więc kwestia stypendium. Gilbert zakładał chyba, że stypendium przyznał jej uniwersytet, choć tak naprawdę dobroczyńcą stało się Narodowe Stowarzyszenie na rzecz Wyzwolenia Kobiet, które musiała teraz wspierać w dążeniu do uzyskania przez kobiety praw wyborczych. Na swoją obronę mogła powiedzieć tyle, że stowarzyszenie zainteresowało ją z uwagi na niejaką lady Lucie Tedbury i jej ogłoszenia o stypendiach dla kobiet, a nie dlatego że zamierzała udzielać się politycznie. Niestety, można było bezpiecznie założyć, że w kategorii „upadek moralny” „prawa dla kobiet” plasowały się dla Gilberta tuż za „gorszącymi miłostkami”.

– Na szczęście jako wsiowa stara panna nie będę narażona na skandale – zauważyła pogodnie. – Nawet w Oksfordzie.

Gilbert zmrużył oczy, a ona spięła się, gdy tak jej się przyglądał. Czyżby przesadziła? Może i pierwszy powiew młodości miała za sobą, a kopanie ziemniaków na wietrze, w słońcu i w deszczu dodało kilka zmarszczek w kącikach oczu, lecz rano wciąż widziała w lustrze twarz dwudziestokilkuletniej dziewczyny, te same wysokie kości policzkowe i kształtny nos oraz – tu ukłon w stronę jej francuskiego pochodzenia – pełne usta, które zawsze wydawały się lekko wydęte i mogły doprowadzić mężczyznę do szaleństwa. W każdym razie tak jej mówiono.

Uśmiechnęła się do siebie leciutko. Zawsze gdy widziała swoje odbicie, uwagę zwracały oczy, ich zielony blask dawno przyćmiony wiedzą, której nie posiadała żadna debiutantka, wiedzą, która chroniła przed skandalem o wiele skuteczniej niż blednąca uroda.

Annabelle nie zamierzała znów wpaść w tarapaty przez jakiegoś mężczyznę.

Rozdział 2

Westminster, październik

A teraz informacja dla naszych nowych członkiń – oznajmiła lady Lucie. – Istnieją trzy zasady wręczania ulotki dżentelmenowi. Pierwsza: rozpoznaj człowieka wpływowego. Druga: podejdź do niego stanowczo, lecz z uśmiechem. Trzecia: pamiętaj, że potrafią wyczuć, czy się boisz, choć zwykle to oni bardziej boją się was.

– Jak psy – mruknęła Annabelle.

Spoczęło na niej przenikliwe spojrzenie.

– Właśnie tak.

Najwyraźniej lady mogła się pochwalić dobrym słuchem i należało mieć to na uwadze.

Annabelle ścisnęła zmarzniętą dłonią końce szala. Szorstka wełna dawała niewielką ochronę przed chłodną londyńską mgłą snującą się po Parliament Square i żadnej przed ostrymi spojrzeniami przechodniów. Parlament był zamknięty, jednak po Westminsterze wciąż przechadzało się wielu dżentelmenów tworzących prawa, które dotyczyły wszystkich. Na samą myśl, że miałaby podejść do któregoś z nich, Annabelle ściskało w żołądku. Żadna przyzwoita kobieta nie rozmawiałaby z nieznajomym na ulicy, a już na pewno nie machałaby przy tym ulotką, która głosiła: Ustawa o własności kobiet zamężnych czyni z każdej żony niewolnicę!

W tych słowach było sporo prawdy – na skutek tejże ustawy kobieta zamożna w dniu ślubu oddawała cały swój majątek mężowi. I dlatego, pomimo pełnych dezaprobaty spojrzeń rzucanych w stronę ich grupki, Annabelle starała się dzierżyć ulotki dyskretnie. Wysiłek ten został szybko zniweczony, gdy lady Lucie, sekretarka Narodowego Stowarzyszenia na rzecz Wyzwolenia Kobiet, otworzyła usta, by wygłosić swą motywującą przemowę. Była zwodniczo eterycznym stworzeniem, drobna jak porcelanowa laleczka, ze starannie uczesanymi blond włosami i delikatną twarzą w kształcie serca. Za to kiedy musztrowała swe podopieczne, jej głos rozbrzmiewał na placu niczym syrena przeciwmgielna. Co zmusiło te kobiety do przyjścia tutaj? Kuliły się jak owce w czasie burzy, wyraźnie pragnąc znaleźć się gdzieś indziej, i Annabelle mogłaby się założyć o swoją chustę, iż żadnej z nich nie wiązały pęta komitetu stypendialnego.

Rudowłosa dziewczyna stojąca obok wyglądała dość niepozornie, miała okrągłe brązowe oczy i zaróżowiony od zimna nos, lecz dzięki oksfordzkiej poczcie pantoflowej Annabelle wiedziała, kim jest: panna Harriet Greenfield, córka najpotężniejszego brytyjskiego potentata bankowego. Wpływowy Julien Greenfield pewnie nie miał pojęcia, że jego córka działa dla sprawy kobiet. Gilbert z pewnością dostałby apopleksji na wieść o tym, co się tu wyczynia.

Panna Greenfield trzymała ulotki bardzo ostrożnie, jakby bała się, że ją ugryzą.

– Rozpoznać i podejść z uśmiechem – wymamrotała. – Całkiem proste.

Akurat. Z postawionym kołnierzem i nisko nasuniętym kapeluszem każdy mężczyzna przechodzący obok nich wydawał się fortecą.

Dziewczyna podniosła wzrok i ich spojrzenia się spotkały. Najlepiej będzie uśmiechnąć się serdecznie i odwrócić wzrok…

– Panna Archer, prawda? Studentka ze stypendium? – Harriet Greenfield zerkała na nią znad fioletowej etoli.

Oczywiście. Poczta pantoflowa działa w obie strony.

– Nie inaczej – odparła Annabelle, przewidując reakcję: litość czy drwina?

Oczy panny Greenfield płonęły ciekawością.

– Trzeba być okropnie mądrą, żeby dostać takie stypendium…

– Och, dziękuję – powiedziała powoli Annabelle. – Raczej okropnie przeedukowaną.

Panna Greenfield zachichotała jak dziewczynka.

– Harriet Greenfield – przedstawiła się i wyciągnęła dłoń w rękawiczce. – Czy to dla pani pierwsze spotkanie sufrażystek?

Lady Lucie była zbyt zaabsorbowana własną przemową o sprawiedliwości i Johnie Stuarcie Millu, by słyszeć ich rozmowę, mimo to Annabelle zniżyła głos do szeptu.

– Tak, pierwsze.

– Och, to cudownie! Dla mnie też! Mam nadzieję, że to dobry wybór! Kto by się spodziewał, że tak trudno znaleźć własny szlachetny cel, prawda?

Annabelle uniosła brwi.

– Szlachetny… cel?

– Tak! Nie uważa pani, że każdy powinien mieć jakiś szlachetny cel? Chciałam dołączyć do Damskiego Komitetu Reformy Więziennej, ale mama nie pozwoliła, spróbowałam więc w Królewskim Towarzystwie Ogrodniczym, lecz to była pomyłka.

– Przykro mi…

– To proces. – Panna Greenfield była niewzruszona. – Ale wydaje mi się, że prawa kobiet to szczytna sprawa, choć muszę przyznać, że sam pomysł podejścia do dżentelmena i…

– Jakiś problem, panno Greenfield?

Głos huknął jak strzał i obie się wzdrygnęły. A niech to, lady Lucie przeszywała je wzrokiem, drobną piąstkę opierając na biodrze.

Panna Greenfield spuściła głowę.

– N-nie…

– Nie? Miałam wrażenie, że o czymś rozprawiacie?

Panna Greenfield pisnęła cicho – lady Lucie nie brała jeńców, krążyły plotki, że sama jedna wywołała incydent dyplomatyczny z udziałem hiszpańskiego ambasadora i srebrnego widelca…

– Po prostu trochę się obawiamy, ponieważ jesteśmy w tym nowe – odważyła się powiedzieć Annabelle. Lady od razu zgromiła ją wzrokiem.

Do licha, lady Lucie nie należała do kobiet, które maskowałyby swój nastrój słodkim uśmiechem. Tam, gdzie sto kobiet chciało być poczciwym promyczkiem słońca, ona była burzą.

O dziwo, tym razem tylko skinęła głową.

– Nie ma się czego bać – uspokoiła je. – Możecie działać razem.

Panna Greenfield od razu się ożywiła, a Annabelle posłała jej krzepiący uśmiech. Będzie mocno zaskoczona, jeśli w ogóle znajdą jakiegoś wpływowego mężczyznę.

Z udawaną pewnością siebie poprowadziła rudowłosą w stronę ruchliwego postoju dorożek, gdzie powietrze pachniało końmi.

– Rozpoznać, podejść, uśmiech – powtarzała panna Greenfield. – Rozpoznać, podejść… Myśli pani, panno Archer, że dałoby się to zrobić w miarę dyskretnie? Widzi pani, mój ojciec… Nie jestem pewna, czy ma świadomość, że praca dla sprawy jest aż tak… publiczna.

Annabelle przesunęła wzrokiem po placu. Znajdowały się w samym sercu Londynu, w cieniu Big Bena, otoczone ludźmi, z których każdy w taki czy inny sposób miał do czynienia z ojcem panny Greenfield. Jeśli chciało się zachować dyskrecję, należało raczej zostać w Oksfordzie. Tak, na pewno byłoby tam teraz znacznie przyjemniej.

Jakiś dżentelmen zbliżający się do dorożki zwolnił, wytrzeszczył oczy, po czym ominął je szerokim łukiem, krzywiąc się, jakby wdepnął w coś nieprzyjemnego. Innej sufrażystce opodal wiodło się nie lepiej – mężczyźni odprawiali ją machnięciem ręki. I właśnie coś w tym wzgardliwym geście sprawiło, iż w żołądku Annabelle zawrzały długo tłumione emocje, paląc niczym kwas. Aż gotowała się ze złości.

– To nie tak, że mój ojciec jest przeciwny prawom kobiet jako takim… Och! – wykrztusiła panna Greenfield, po czym zastygła, zapatrzona w coś z tyłu. Annabelle się odwróciła.

W pobliżu wejścia do Parlamentu z mgły wyłoniło się trzech mężczyzn. Zmierzali do dorożek szybko i nieuchronnie niczym pociąg z lokomotywą.

Po kręgosłupie Annabelle spłynął dreszczem niepokój.

Mężczyzna po lewej, o potężnej sylwetce rozpierającej wytworne ubranie, wyglądał na bezwzględnego służącego, ten w środku był dżentelmenem, posępną twarz obramowywały pokaźne bokobrody. Za to trzeci… Trzeci był tym, którego szukały: człowiekiem wpływowym.

Nasunięty na czoło kapelusz zasłaniał twarz, dobrze skrojony płaszcz podkreślał wyprostowaną sylwetkę atlety. Poruszał się z tą spokojną, władczą pewnością siebie mówiącą, że mógłby zawładnąć ziemią, po której stąpa. I dobrze o tym wiedział.

Jakby wyczuwając, że ktoś mu się przygląda, podniósł wzrok. Annabelle zamarła.

Jego oczy, lodowo jasne, patrzyły przenikliwie, lśniąc inteligencją, chłodną, przejmującą inteligencją, która docierała do sedna, patroszyła, oceniała i odrzucała.

W jednej chwili Annabelle stała się przezroczysta i krucha niczym szkło.

Oderwała od niego wzrok, a jej serce przyspieszyło. Znała ten typ, całe lata nie cierpiała tego rodzaju mężczyzn, którzy pewność siebie mieli we krwi i uważali, że mogą zadzierać swój arystokratyczny nos. Ludzie kulili się od samego tylko celnie wymierzonego spojrzenia.

I nagle poczuła, że nie, nie będzie się kuliła, że to ważne, by tego nie robić.

Chcą, żeby wysłuchali ich mężczyźni wpływowi? W takim razie właśnie wykonała pierwszy krok: rozpoznała wpływowego dżentelmena.

Krok drugi: podejść stanowczo… Zacisnęła dłoń na ulotkach i stopy same poniosły ją naprzód, wprost na niego.

Zmrużył jasne oczy.

Krok trzeci: uśmiech.

Nagle pchnięcie w ramię odrzuciło ją w bok.

– Proszę się odsunąć!

Sługus. Zapomniała o nim, a teraz potknęła się o własne nogi i na jedną straszną chwilę świat wokół zawirował.

Mocna dłoń chwyciła jej przedramię i podtrzymała.

Annabelle spojrzała w górę i zderzyła się z chłodnym blaskiem.

A niech to. Arystokrata.

Dobry Boże, ten człowiek wychodził daleko poza ramy, nakreślone przez lady Lucie. Nie było w nim ani grama miękkości, ani śladu szczeliny w jego zbroi. Gładko ogolony, z krótko obciętymi blond włosami… Wszystko w nim było mocne i stanowcze: wydatny nos, wyraźnie zarysowane brwi, twarda linia szczęk. Wypolerowany, lśniący i nieprzenikniony jak lodowiec.

O mało nie zemdlała ze strachu.

Stała twarzą w twarz z najrzadszym z typów: mężczyzną, którym nie da się kierować.

Powinna uciekać.

A jednak stała, jakby wrosła w ziemię, i nie mogła przestać się gapić. Te oczy… Zimna głębia, w której migotała powściągana intensywność, trzymała ją, wciągała, pochłaniała… Między nimi przebiegł prąd.

Mężczyzna rozchylił wargi i jego wzrok padł na jej usta. Błysk żaru, który rozpalił mu oczy, pojawił się i zgasł jak błyskawica.

No cóż, jej usta podobały się każdemu mężczyźnie, niezależnie od pozycji, jaką zajmował.

Uniosła rękę z broszurą i podsunęła mu ją pod nos.

– Zmiana ustawy o własności kobiet zamężnych, sir?

Choć wydawało się to niemożliwe, lód w jego oczach stał się jeszcze twardszy.

– Ryzykowna gra, panienko.

Głos miał równie zimny i wyniosły jak wygląd, lecz to, zamiast ostudzić jej krew, tylko ją rozgrzało.

– Z całym szacunkiem, ryzyko bycia popchniętą przez dżentelmena w środku dnia jest zazwyczaj dość niskie – odrzekła. – Byłby pan łaskaw mnie puścić?

Spojrzał na swoją dłoń nadal zaciśniętą na jej ramieniu.

Jego twarz nie wyrażała już teraz żadnych emocji – cofnął rękę.

Gwar na Parliament Square powrócił do Annabelle nienaturalnie głośny, dotyk silnych palców na jej skórze pozostał niczym wspomnienie po oparzeniu.

Mężczyzna już ją minął, patrząc przed siebie, jego towarzysze pospieszyli za nim.

Chciała przełknąć ślinę, lecz miała sucho w ustach. Wargi wciąż mrowiły, jakby przesunął po nich opuszką palca.

Gdy drobna dłoń w rękawiczce dotknęła jej rękawa, Annabelle podskoczyła – w brązowych oczach panny Greenfield malowała się troska… i podziw.

– Czy… wszystko w porządku?

– Tak. – Nie. Policzki jej płonęły, jakby upadła na wilgotny bruk. Drżącą ręką wygładziła spódnicę. – No cóż, wnioskuję, że panowie nie byli zainteresowani – skwitowała z udawaną wesołością.

Kątem oka widziała, jak lodowy lord i jego sługusy wsiadają do dużego powozu. Panna Greenfield przyglądała jej się dyskretnie, pragnąc się pewnie przekonać, czy nowa znajoma nie jest aby niezrównoważona. Nie była, ale nie dało się zaprzeczyć, że działała pod wpływem impulsu. Boże, dopomóż, od tak dawna nie była impulsywna…

– Wie pani, kto to był? – spytała panna Greenfield, a Annabelle pokręciła głową. – To był książę Montgomery.

Książę. Jakżeby inaczej. Pierwszy mężczyzna, którego próbowała przekonać swoją ulotką, okazał się ni mniej, ni więcej, tylko księciem, dobrze chociaż, że nie następcą tronu.

Za nimi zastukały szybko obcasy – to lady Lucie nadciągała do nich z siłą małej fregaty.

– Czy ja dobrze widzę? Czy właśnie próbowałaś przekonać księcia Montgomery’ego? – zapytała.

Annabelle natychmiast się wyprostowała.

– Nie wiedziałam, że został wykluczony z kręgu naszych zainteresowań.

– Nie został. Po prostu żadna z nas nigdy nie próbowała do niego podejść. – Lady pokręciła głową i zmierzyła Annabelle spojrzeniem. – Nie potrafię zdecydować, czy jesteś jedną z najodważniejszych, czy najgłupszych kobiet, jakie ostatnio zwerbowałam.

– Nie wiedziałam, kim on jest – zapewniła Annabelle. – Po prostu wyglądał na człowieka wpływowego.

– No, tu się nie pomyliłaś. To jeden z najbardziej wpływowych ludzi w kraju.

– Czy w takim razie nie należałoby spróbować z nim porozmawiać?

– Przyjrzałaś mu się? To człowiek, który rozwiódł się z żoną po upływie zaledwie roku, zatrzymał jej posag i sprawił, że zniknęła. Możemy zatem bezpiecznie założyć, że opowiadanie mu o sytuacji kobiet jest sprawą przegraną i nie warto marnować na niego naszych ograniczonych zasobów.

– Rozwiódł się? – Mogła pochodzić z małego Chorleywood, lecz nawet ona wiedziała, że arystokraci się nie rozwodzą. Tak czy inaczej, nie zamierzała odpuścić. – Czy opinia księcia nie przekonałaby innych wpływowych mężczyzn?

Lady Lucie prychnęła nieelegancko.

– Gdyby chciał, mógłby wpłynąć na wynik nadchodzących wyborów.

– W takim razie jeśli on będzie przeciwko nam, to raczej nie ma znaczenia, ilu innych dżentelmenów pozyskamy dla naszej sprawy, czy tak?

– To nieistotne. – Lady ściągnęła brwi. – Nasza armia nie jest w stanie przypuścić szturmu na tę fortecę.

– A oblężenie? Albo podstęp, coś jak wielki drewniany koń?

Spojrzały na nią dwie pary zmrużonych oczu.

A niech to, powiedziała to na głos. Ten incydent musiał nią wstrząsnąć bardziej, niż sądziła.

– Hmm, to mi się podoba… – odrzekła lady powoli. – Umieścimy Montgomery’ego w porządku obrad na naszym przyszłotygodniowym spotkaniu. – Uśmiechnęła się półgębkiem i wyciągnęła dłoń. – Mów mi Lucie. I pani również, panno Greenfield. I wybaczcie, ale to chyba lord Chiltern…

Patrzyły, jak zanurzyła się we mgle, a czerwony szalik powiewał za nią niczym proporzec.

Panna Greenfield odwróciła się do Annabelle z poważną miną.

– Uratowała mnie pani. Tylko dzięki pani Lucie nie urwała mi głowy na oczach wszystkich. Proszę, mów mi Hattie.

To było dziwne, taka bezpośredniość najpierw z lady, a teraz z tą dziedziczką. Annabelle westchnęła głęboko. Oto jej nowe życie: studia, zaczepianie książąt, ściskanie dłoni niewyobrażalnie bogatych dziewcząt w fioletowych etolach… Najrozsądniej chyba udawać, że to wszystko jest najzupełniej normalne.

– Bardzo mi miło – odparła. – Przepraszam, że nie działałam bardziej dyskretnie.

Po placu rozlał się wesoły śmiech Hattie, ściągając niemal tyle oburzonych spojrzeń, ile ich broszury.

Tego popołudnia nie udało im się skaptować żadnego wpływowego mężczyzny. Między kolejnymi próbami Annabelle wciąż spoglądała tam, gdzie zniknął powóz z księciem.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz