Życie za życie - Kisielewska Aneta - ebook

Życie za życie ebook

Kisielewska Aneta

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Trzy kobiety. Trzy związki. Jedna decyzja, która połączy ich losy na zawsze.

Diana ma wszystko: sławę, pieniądze i rzesze fanów. Za perfekcyjnym wizerunkiem kryją się jednak bolesne wspomnienia, niespełnione marzenia i strach przed przyszłością. Julia, ambitna dziennikarka, nade wszystko pragnie macierzyństwa i nie ustaje w walce o swoje szczęście. Kaja to młoda dziewczyna z prowincji, która ucieka do dużego miasta, aby rozpocząć nowe, lepsze życie. Zakochuje się w mężczyźnie, któremu jednak daleko do księcia z bajki.

Drogi trzech kobiet krzyżują się w cieniu przemocy, tajemnic i dramatycznych wyborów. Bo są takie marzenia, które mają zbyt wysoką cenę, a próba ich spełnienia może przynieść nieodwracalne konsekwencje.

Życie za życie to nowa powieść Anety Kisielewskiej, autorki świetnie przyjętych przez czytelników Widma przeszłości i Zaginionej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 418

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aneta Kisielewska Życie za życie ISBN Copyright © by Aneta Kisielewska, 2026 All rights reserved Redaktor Monika Stanek Projekt okładki i stron tytułowych Paweł Panczakiewicz Projekt typograficzny i łamanie Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Moim Synom

 

Każde życie zaczyna się od drżenia serca.

Ta książka opowiada o tych, które biły zbyt krótko,

o tych, które nigdy nie zaczęły, i o tych, które biją dziś,

bo ktoś miał odwagę kochać mimo wszystko.

 

W Waszym istnieniu odnajduję sens wszystkich wyborów,

nawet tych najtrudniejszych. To dla Was uczę się,

że miłość bywa walką, bywa ciszą, a czasem jest

po prostu decyzją, która zmienia wszystko.

 

Jesteście moim niezmiennym powodem,

by wracać do światła.

 

Z miłością, która nie zna granic.

Mama

Świat łamie każdego i potem niektórzy są jeszcze mocniejsi

w miejscach złamania.

Ale takich, co nie chcą się złamać, świat zabija.

Zabija w równej mierze najlepszych, najdelikatniejszych

i najdzielniejszych.

Jeżeli nie jesteś żadnym z nich, możesz być pewien,

że zabije cię także, ale bez szczególnego pośpiechu.

 

Ernest Hemingway, Pożegnanie z bronią,

tłum. Bronisław Zieliński

Część 1

1. Diana i Błażej

Dziękuję za ten cudowny wieczór! Byliście wspaniali! Spaliliśmy razem mnóstwo zbędnych kalorii. A już dzisiaj zapraszam na lajwa za tydzień, o tej samej porze. Cieszę się, że cykl Żyj dobrze cieszy się tak ogromną popularnością. To naprawdę budujące. — Diana Dunin puściła zalotnie oczko do internetowej kamery, flirtując z wirtualną publicznością. — Obiecuję, że was nie zawiodę!

Potrząsnęła entuzjastycznie głową. Jej platynowe włosy zdrowo błyszczały, opadały miękko na wilgotne od potu ramiona.

— Zachęcam do umieszczania komentarzy oraz zdjęć waszych postępów w naszym letnim wyzwaniu. Chętnie pooglądam efekty ciężkiej pracy: zgrabne brzuszki i cudownie wyrzeźbione uda. Nie czekajcie! Zostawcie po sobie ślad. Podzielcie się opinią, czy moja praca motywuje was do regularnych ćwiczeń i jak sobie radzicie z ich intensywnością. Jeśli chcecie, następnym razem zwiększymy tempo. — Zatrzepotała wytuszowanymi rzęsami i uśmiechnęła się szeroko, pokazując dwa rzędy śnieżnobiałych zębów. — Zostańmy w kontakcie, mordeczki! — zaszczebiotała. — Śledźcie mojego fanpage’a, Instagram i grupę dyskusyjną na Discordzie. Obiecuję, nie zawiodę! Będzie się działo! Niedługo pojawią się nagrania, w których zdradzę, jak zachować dobrą formę i idealną figurę, której pozazdrości wam nawet królowa polskiego fitnessu Ewa Chodakowska — zakomunikowała, niemal klaszcząc w dłonie z zachwytu.

Promieniała, lśniła, błyszczała niczym rozświetlony neon. Była w swoim żywiole. Występy na żywo przynosiły jej nie tylko ogromną popularność, ale i morze satysfakcji. Skupiła wzrok na małym pulsującym światełku kamerki, zza której patrzyły na nią oczy tysięcy internautów. Pomachała do nich, decydując się jeszcze na kilka ekspresyjnych, głośnych buziaczków, które wysłała w powietrze, potwierdzając, jak bardzo byli dla niej ważni.

Nacisnęła czerwony guzik „off”, wypuściła głośno powietrze i opadła jak długa na mięsisty, jasnoszary dywan. Odwaliła kawał dobrej roboty. Ledwo żyła. Jak dobrze, że ten dzień dobiegał końca. Dała sobie niezły wycisk.

Leżała na plecach, z nogami zgiętymi w kolanach. Serce tłukło jej się w piersi, oddech szalał. Próbowała nad nim zapanować, posiłkując się ćwiczeniami relaksującymi, których nauczył ją trener personalny.

„Wdech i wydech, wdech i wydech”.

Czuła okropne mrowienie, trudny do wytrzymania ból. I pulsowanie każdego mięśnia, każdego skrawka napiętego, obłędnie wyrzeźbionego ciała. To była cena sławy. Cena, którą płaciła za nienaganną sylwetkę. Ciągła praca nad kondycją, wieczne żmudne ćwiczenia. Przeforsowała się. Przeszarżowała.

„Wdech i wydech…” — powtarzała w myślach, walcząc z uporczywą zadyszką.

Po chwili ogarnęło ją przyjemne odprężenie. Wyprostowała nogi i westchnęła. Zależało jej, żeby dzisiejszy lajw wypadł wiarygodnie, stąd ta cała szopka z pokazaniem wszystkich swoich możliwości. Jakiś czas temu zaplanowała, że w trakcie cotygodniowego wystąpienia na żywo zaprezentuje zwykły trening, który naprawdę przynosił świetne efekty. Możliwe, że trochę przesadziła z intensywnością treningu i zwyczajnie się przeforsowała. Uznała jednak, że to idealny moment, by wreszcie uciszyć tych, którzy ciągle ją krytykowali i powtarzali, że wszystko przychodzi jej samo. Ludzie byli zawistni, zazdrościli wszystkiego, a nie zdawali sobie sprawy, iloma hektolitrami potu okupione były jej wysiłki. Żeby uzyskać tak dobrą formę i nieskazitelny wygląd, przelewała fortunę na konto swojego trenera personalnego, ale nie tylko — wymagało to ogromu samozaparcia i systematyczności. Katorżniczej harówki, żelaznej dyscypliny. Ta cała orka naprawdę się opłaciła, bo dzięki niej dotarła na sam szczyt.

Dzisiejszy lajw był tego dowodem. Oglądało go tysiące widzów. Diana zgarnęła niewiarygodną ilość polubień, przez trzy godziny zarobiła ponad pięć tysięcy z wpływających bezustannie donejtów. Na forum wrzało od pozytywnych komentarzy. To ją napędzało do działania. A na zawistnych hejterów, których nie brakowało, nie zamierzała tracić czasu ani energii — mogła je wykorzystać w ciekawszy, pożyteczniejszy sposób. Ci ludzie tylko bruździli, niepotrzebnie burzyli krew, psuli jej dobry humor, obniżali poczucie własnej wartości. Celebrytka coraz częściej puszczała ich kąśliwe uwagi mimo uszu albo usuwała, jeśli były wulgarne lub obraźliwe. Przywykła do nich. Wiedziała, że nie znikną. Nic nie mogła na to poradzić. Ludzie zawsze będą gadać. Znała jednak swoją wartość i wierzyła, że co jej nie zabije, to ją wzmocni. Jak zawsze.

Z ekscytacją w oczach patrzyła na wynik dzisiejszego występu i szybujące w kosmos liczby. Trening na żywo wyszedł genialnie i dobrze się sprzedał. Publiczność była wniebowzięta. W głowie Diany kołatała myśl, że koniecznie musi to powtórzyć, i to jak najszybciej. Widzowie domagali się takiej rozrywki, kochali ją. Ciągle chcieli więcej i więcej.

Skonana wciąż leżała na dywanie, nie miała siły się podnieść. Ręce splotła na piersiach, kontrolowała unoszącą się i opadającą klatkę piersiową.

„Dałam im niezły wycisk” — pomyślała z niesłabnącą satysfakcją.

Miała przeczucie, że od jutra będzie ją naśladowało pół Polski, odwzorowując trening i wrzucając do sieci filmiki z prywatnych sesji. Ludzie to podglądacze i naśladowcy, mają w naturze powielanie i kopiowanie pomysłów innych, szczególnie takich nietuzinkowych osób jak ona. Była gwiazdą. Była na szczycie. Rzeczywistość przeszła jej najśmielsze oczekiwania. Nigdy nie sądziła, że uplasuje się w czołówce najchętniej oglądanych polskich youtuberów, że jej kanał odniesie tak oszałamiający sukces. To był ten moment, jej czas i nie mogła zmarnować ani chwili. Była z siebie taka dumna. Na wszystko zapracowała sama. Nikt niczego jej nigdy nie ułatwił. Zawsze było jej mało, bez skrupułów sięgała po więcej, uważając, że warto mieć marzenia, ale przede wszystkim trzeba do nich dążyć za wszelką cenę.

Teraz odcinała kupony, spijała śmietankę. Młode dziewczyny podziwiały ją, uważały za bóstwo. Wzorowały się na swojej królowej, podobnie się malowały, kupowały identyczne ciuchy. Trzydziestki z zazdrością spoglądały na jej figurę, zdrową cerę, lśniące włosy i zarzekały się, że od przyszłego tygodnia przechodzą na ścisłą dietę, by wyglądać dokładnie jak ona. I żyć jak ona — bo Diana musiała przecież mieć bajkowe życie, usłane różami, bez zmartwień i stresu.

Choć cotygodniowe spotkania, nieprzerwany kontakt z widzami były dla Dunin niesłychanie ważne i nie wyobrażała sobie swojej egzystencji bez obserwującego ją oka kamery, bez wystawiania swego świata na widok publiczny, niekiedy dopadało ją lekkie zmęczenie tą sytuacją. Czuła się wtedy osaczona, wycieńczona niesłabnącą popularnością i życiem w blasku fleszy. To rodziło frustrację, powodowało nagłe spadki nastroju, które również uznawała za cenę, jaką musi płacić, by jak najdłużej utrzymać z takim trudem wypracowaną popularność. Od dawna nie miała żadnej prywatności. Dziennikarze, fani i te hejterskie hieny brutalnie wchodzili z buciorami w jej codzienność, interesowali się wszystkim, co jej dotyczyło, robili sensację z każdej najmniejszej wpadki. Wystarczyło, by krzywo spojrzała w kamerę, a następnego dnia nagłówki portali internetowych krzyczały wyssanymi z palca pikantnymi domysłami: Coś niepokojącego dzieje się u Dunin. Czy to koniec jej małżeńskiej sielanki? Diana zmęczona popularnością! Czy królowa różu zostanie zdetronizowana? Kłopoty w raju! Czy Dunin je pokona?

Prawdą w tym wszystkim było jedno: Diana bywała zmęczona wciąż rosnącą popularnością. Taka dziewczyna jak ona: prosta, zwyczajna wychowanka domu dziecka, której przypadkowo wyszło w życiu, potrzebowała nieco oddechu, odrobiny spokoju, prywatności. Czasem pragnęła tak po prostu wyjść po marchewkę do pobliskiego warzywniaka — nieumalowana, bez swojego różowego, rozpoznawalnego dresu. I żeby następnego dnia nie gadano, że czarne klapki i top z sieciówki nie pasowały do reszty stylizacji. Pieprzyła już ten róż. Rzygała tęczą. Ten kolor był jej trampoliną do popularności, lecz na dłuższą metę stał się przekleństwem. Oprócz spokoju Diana potrzebowała zmian, powiewu świeżości. W głębi duszy marzyła o uwolnieniu się w końcu od ksywki Różowa Landryna, która przywarła do niej niczym stary brud do kuchennego okapu i niespecjalnie dobrze się kojarzyła. Diana tak naprawdę chciała, by traktowano ją poważnie, a nie jak pustą lalkę w ładnym opakowaniu, głupiutką panienkę, która nie ma niczego mądrego do zaproponowania.

Coraz częściej czuła też nieubłagany upływ czasu. Starzała się, to było nieuchronne. Miała trzydzieści cztery lata. W takim tempie mogła żyć jeszcze co najwyżej kilka. Co będzie dalej? Czym się zajmie, kiedy już się widzom znudzi, opatrzy, a jej miejsce zajmą dziesiątki ładniejszych i młodszych kandydatek na partnerkę dla Kena? No bo kto chciałby oglądać starzejącą się, upadającą gwiazdę w błyszczącym, tandetnym dresie, z pokrytą zmarszczkami twarzą?

W jej głowie kłębiło się od pomysłów, gdzie ulokować oszczędności. Nie mogła pozwolić, by się rozpłynęły, rozeszły na hulaszcze życie, drogie stroje i egzotyczne wycieczki. Chciała pokazać, że stać ją na więcej, wciąż się rozwijać, wymyślić równie opłacalną alternatywę dla bycia chodzącą lalką Barbie. Przecież nie mogła liczyć, że do śmierci będzie jedynie celebrytką.

Kusiła ją wizja stworzenia marki modowej. To wydawało jej się najbardziej racjonalne. Miała pewne obawy, ale widziała siebie na czele takiej firmy. Czuła, że powinna wykorzystać sprzyjający wiatr, miłość Polek do różu, który to trend sama zapoczątkowała kilka lat wcześniej. Sportowe stroje na siłownię, spodenki dla biegaczy, krótkie spódniczki dla tenisistek, wygodne dresy do nordic walkingu czy luźne, niekrępujące ruchów spodnie do jogi. A wszystko to oczywiście w jej niepowtarzalnym, słodkim, kobiecym stylu rodem z filmów o lalce Barbie. Cała kolekcja cukierkowa i pastelowa. Róż był jej atrybutem, dzięki niemu stała się rozpoznawalna i popularna, jemu zawdzięczała sukces. Od początku wyróżniała się z tłumu smutno wyglądających sław, odzianych w czarne, nijakie kreacje. Wiedziała, że powinna mądrze to wykorzystać, nawet jeśli tak naprawdę nie znosiła tego pieprzonego koloru i czasem pragnęła zniknąć w tłumie, włożyć zwykłe dżinsy i bluzę i nie przyciągać niczyjej uwagi.

— Od różu się zaczęło i na różu skończy — westchnęła, oczami wyobraźni widząc samą siebie za kilka lat.

Może wtedy skupi się na spokojniejszych zadaniach, już poza ciekawskimi oczami kamer? Będzie projektować, zajmie się nadzorowaniem firmy, jej promocją w sieci. Może wyjdzie jej to na dobre? Tylko czy taka praca będzie równie pasjonująca i satysfakcjonująca jak ta, którą wykonuje teraz?

Myśli tłukły jej się po głowie, ogarniały ją wątpliwości. Brakowało jej odwagi. Nigdy nie miała duszy hazardzistki, bała się postawić wszystko na jedną kartę, włożyć w ten biznes wszystkie oszczędności, skoro nie miała żadnej pewności, że to w ogóle wypali. Na start potrzebny był elegancki lokal w dogodnym punkcie Warszawy, położony tuż obok luksusowych butików znanych projektantów, do których zjeżdżała się na zakupy cała śmietanka towarzyska. To była gwarancja powodzenia, ta grupa kupujących wydawała fortunę na modne ciuchy, którymi później szpanowała na salonach. Robili ich twórcom reklamę, a z czasem niektórzy stawali się nawet twarzami danej marki.

Diana tak naprawdę nic nie wiedziała o prowadzeniu własnej firmy. Potrzebowała utalentowanych współpracowników, którym bez obaw powierzy realizację swoich nowatorskich projektów i nadzór nad produkcją. Ktoś musi pilnować marketingu, promocji, ktoś inny powinien czuwać nad finansami — bez tego nie miała co marzyć o sukcesie i przynoszeniu przez jej przyszły biznes satysfakcjonujących dochodów. Żaden z wymienionych aspektów nie wydawał jej się prosty, tak naprawdę najlepiej sprawdzała się w brylowaniu w internecie, robieniu szumu wokół siebie i przekonywaniu coraz większej rzeszy ludzi do zwracania uwagi na to, co jedzą, i do dbania o swoje ciało. Może rzucała się na zbyt głęboką wodę?

Własna firma to nie to samo, co udzielanie się w fundacji Kobiecym Głosem, której Diana patronowała. Organizacja niosła pomoc kobietom żyjącym w przemocowych związkach. Jej celem było też podnoszenie świadomości Polek; edukowanie, że tkwienie w takich toksycznych układach nie musi być wyrokiem na zawsze. Że każda z nas ma wybór, możemy sprzeciwić się agresji, odejść od kata, rozpocząć nowe, lepsze życie. Praca na rzecz fundacji nie była zbyt skomplikowana. Zwykle robiła przelew, a środki szybko lądowały na koncie instytucji. Wystarczała zaledwie odrobina empatii, poświęcenie chwili, by raz na jakiś czas pojawić się na mityngu i wziąć udział w rozmowie z pokrzywdzonymi. Łatwo jej przychodziły pokrzepiające słowa. Mówiła, że nawet jeśli są na życiowym zakręcie, wszystko jest w ich rękach, a dzięki pracowitości mogą wyjść z podniesionym czołem z każdego życiowego impasu. Zawsze wracała pamięcią do samej siebie sprzed lat, kiedy bez niczyjej pomocy uwiła sobie gniazdko wysoko na szczycie i odniosła sukces, robiąc to, co kocha.

Oddech Diany nieco się uspokoił, serce spowolniło. Podparła się na łokciach i syknęła z bólu. Czekały ją jutro niezłe zakwasy. Zerknęła na zegar ścienny w srebrnej oprawie. Dochodziła pierwsza w nocy. Kiedyś pilnowała, żeby lajwy nie zabierały jej czasu przeznaczonego na sen, ale odkąd zaczęła się unosić na fali wciąż rosnącej popularności, robiła wszystko, by nie utracić atencji obserwatorów, i często pozostawała na wizji do ostatniego wielbiciela. Tak naprawdę, pomimo dopadającego ją niekiedy zmęczenia, kochała takie ekscytujące życie. Aktywne i pełne niespodzianek. Nie sprawdziłaby się w pracy wymagającej siedzenia na tyłku, w której — przykuta przez osiem godzin do biurka — przekładałaby tylko sterty dokumentów. Media to był jej żywioł. Jeszcze długo nie zamierzała dać o sobie zapomnieć. Ale w trakcie tych tłustych lat musi wymyślić siebie od nowa, tak żeby aż do emerytury funkcjonować na wysokich obrotach, do których tak przywykła.

Wstała z głośnym jęknięciem. Niemal usłyszała trzeszczenie zginających się w stawach kości.

— Emerytka — mruknęła pod nosem. — Chyba starość jest bliżej, niż sądziłam.

Zwinęła matę do ćwiczeń i wsunęła ją do szafki. Zamknęła za sobą drzwi domowej siłowni. Po drodze zrzucała z siebie części garderoby: obcisły top i podkreślające jej kształtną pupę legginsy. Cudownie się prezentowała w tym wściekle różowym stroju ufundowanym przez markę Star, którą firmowała swoim nazwiskiem od kilku sezonów. Może już niedługo z dumą będzie nosić własną kolekcję? Jeszcze nie w tym momencie, ale miała na to coraz większą ochotę.

Weszła po spowitych ciemnością schodach na piętro i nacisnęła włącznik światła. Ostry blask jarzeniówki zalał wyłożoną jasnym marmurem łazienkę, podkreślając surowość wnętrza. Diana zsunęła z siebie bieliznę, weszła pod prysznic i przekręciła kurek w kolorze złota. Z deszczownicy trysnęła woda. Po skórze kobiety popłynęły pierwsze odświeżające krople. Zamruczała zadowolona. Musiała się jednak uwijać. Miała przed sobą zaledwie pięć godzin snu, a rano powinna wyglądać na wypoczętą. Następnego dnia czekała ją pobudka punkt szósta. Potem szybka, dietetyczna latte na sojowym mleku, różowa walizeczka do różowego garbusa i fru! szarą niestety, a nie różową drogą do Warszawy, do studia, gdzie znowu wcisną ją w komplet w kolorze fuksji, by kolejny raz odegrała swoją rolę życia — rolę Różowej Landryny.

Z boku mogło się wydawać, że bycie pogodynką to łatwizna, lecz w rzeczywistości wiązało się to z dużą presją, samodyscypliną i ciągłym oswajaniem stresu. Każde wystąpienie poprzedzały długie przygotowania: makijaż pod kamerę, ułożenie włosów, wybór stroju i scenariusz powtarzany aż do znudzenia. Wszystko po to, by punktualnie o dziewiątej z szerokim uśmiechem na twarzy zachwycić widzów swoją świeżością. Do tego dochodziły setki kilometrów dojazdów i stres związany z wiecznym pośpiechem na trasie Kraków–Warszawa. Pewnie łatwiej byłoby osiąść na stałe w stolicy, gdzie otwierały się przed Dianą całkiem nowe perspektywy. Stąd miałaby rzut beretem na projekty w każdej części miasta. Mimo to wciąż się wahała.

Na co dzień mieszkała w Krakowie przy ulicy Brzechwy, w swoim wygodnym domu z basenem, siłownią i prywatną salą ćwiczeń. Irytowało ją życie w wiecznym rozkroku: walizki, hotele, ciągłe dojazdy. Już dawno by się przeniosła do stolicy, gdyby nie Błażej. Ten nie chciał nawet słyszeć o wyprowadzce. Tłumaczył, że mu najzwyczajniej szkoda, bo w urządzenie domu włożyli sporo kasy i ogrom serca. Poza tym pracował kilka kilometrów dalej, a jego szef wymagał, by większość czasu był pod ręką, w biurze. Nie miał możliwości przejścia na pracę zdalną.

Co innego Diana. Ona jednego dnia przebywała w stolicy, by przez dwa kolejne lajwować z Krakowa. Była elastyczna, mogła się dostosować. Więc koniec końców pozostawało jej ciągłe kursowanie pomiędzy Krakowem, gdzie w luksusowych czterech ścianach swojego domu czatowała z fanami, a Warszawą, gdzie nie pozwalała o sobie zapomnieć na salonach, wcielając się w rolę pogodynki prowadzącej wiele gal rozrywkowych, propagatorki dbania o formę i patronki Kobiecego Głosu.

Wszystko zaczęło się ponad osiemnaście lat wcześniej, kiedy Diana wystartowała w lokalnych wyborach Miss Nastolatek. Spełniając swoje dziewczęce marzenia, oczarowała publikę. Była śliczna i autentyczna. Zdobyła tytuł i koronę. Posypały się gratulacje i propozycje współpracy. Każdy chciał ją mieć na okładce. A potem już tylko życie w świetle fleszy i jupiterów. Miała zaledwie osiemnaście lat, kiedy podpisała kontrakt z marką TopLook. Przez prawie siedem lat podróżowała po świecie, spacerowała po najbardziej znanych wybiegach. Zobaczyła Japonię, Stany Zjednoczone, poznała Australię. Jednak kariera modelki zwykle trwa krótko, starsze dziewczyny są zastępowane młodszymi. Zresztą sama Diana miała już dość takiego życia. Chodzenie po wybiegach, męczące wyjazdy i przeciągające się w nieskończoność sesje zdjęciowe zaczęły jej doskwierać niczym za ciasny but. Zapragnęła wreszcie się ustatkować, stworzyć dom, do którego będzie chciała wracać. Kiedy więc dobiegała trzydziestki, z powrotem osiadła w Polsce na stałe.

I wtedy na jej drodze, podczas jednej z sesji zdjęciowych dla magazynu „Woman”, pojawił się Błażej — ambitny informatyk odnoszący sukcesy, z zadatkami na obiecującą karierę w branży IT. Pamiętała, że tamtego dnia gasił pożar na planie. Starał się ze wszystkich sił naprawić jakąś poważną sieciową awarię. Gdy wznowiono sesję, stał jak zahipnotyzowany, w ręce ściskał plastikowy kubek z wodą i wpatrywał się tylko w Dianę.

A potem zaskoczył ją, czekając pod damską garderobą, kiedy z twarzą wolną już od sztucznego makijażu opuszczała studio.

— Wiem, że odmówisz, ale raz kozie śmierć, muszę spróbować — wydusił z siebie skrępowany i spłonął rumieńcem. — Może zjemy razem kolację? — zapytał, a jego oczy błyszczały niczym rozgwieżdżone niebo.

— Chętnie.

I tak się zaczęło. Ona szalona, on zdystansowany. Ona narwana, z milionem pomysłów, on spokojny, wierny swoim ideałom. Co ich połączyło? Może to, że przeciwieństwa zawsze się przyciągają. Ogień i woda. Jedno wzniecało żar, drugie go gasiło. I przez długi czas było im ze sobą po prostu dobrze, bezpiecznie i wygodnie. Żadne nie chciało niczego zmieniać.

*

Smuga księżycowego światła wpadała do sypialni przez szczelinę między ciężkimi, granatowymi zasłonami. Jak to w marcu, na chodnikach wciąż zalegała mokra breja. Wewnątrz było jednak tak przytulnie i bezpiecznie, że nie chciało się wystawiać poza próg nawet stopy.

Diana zsunęła z siebie satynowy szlafrok, który bezszelestnie opadł u jej stóp. Uniosła kołdrę i całkiem naga wsunęła się do małżeńskiego łóżka. Zawsze kończyli spleceni, jakby jedno było przedłużeniem drugiego

Błażej przeciągnął się przez sen i obrócił na wznak. Jego odsłonięty tors rytmicznie unosił się i opadał. Spał głęboko.

Diana przysunęła się bliżej, czuła znajome, przyjemne ciepło promieniujące z jego ciała. Położyła głowę na piersi męża, wsłuchiwała się w miarowe bicie jego serca. Odprężyła się, ogarnęła ją błogość. Miejsce obok niego było przyjemnie wygrzane, jakby tylko czekało na jej przybycie. Zamruczała z zadowoleniem, obejmując go jeszcze mocniej. Wdychała podniecający, męski zapach piżma.

— Skończyłaś już lajwowanie? — zapytał zaspany, otwierając niespodziewanie oczy.

Przekręcił się w jej stronę, objął ramieniem. Widać było, że powoli odpływa z powrotem do krainy snów.

— Taaa… Ale zaraz muszę wstać — westchnęła z niechęcią Diana.

Błażej zamruczał coś niezidentyfikowanego i po chwili oddychał głęboko.

— Męczy mnie ta bieganina. Mam dość takiego koczowniczego życia. Chyba już czas na przeprowadzkę — poskarżyła się.

— Nawet nie żartuj! — fuknął niespodziewanie przytomnie, jakby zaledwie sekundę wcześniej smacznie nie spał. Poruszył się nerwowo i wybudził na dobre. — Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Myślałem, że wspólnie podjęliśmy decyzję — powiedział z wyrzutem.

— No właśnie, rozmawialiśmy — wycedziła Diana, akcentując ostatnie słowo — i nic z tych rozmów nie wynikło.

— To wykluczone. Moja praca, nasze życie są tutaj, w Krakowie! — oburzył się Błażej. Gdyby nie trzymał żony w objęciach, pewnie chwyciłby się za głowę.

— Identyczne moglibyśmy prowadzić w Warszawie. Dom w Krakowie można wynająć albo wracać tu na weekendy, jeżeli tak bardzo ci zależy na nieodcinaniu się od korzeni — podsunęła mu gotowy scenariusz.

Dla niej wszystko było takie proste. Nie rozumiała uporu męża.

— Czy w stolicy nie ma zapotrzebowania na dobrych specjalistów od IT? Nie zatrudniają tam informatyków? — prychnęła zirytowana. Dla takich jak on pracy było na pęczki w każdym mieście. — Ze swoim doświadczeniem szybko znajdziesz lepszą posadę, a przede wszystkim zaczniemy spędzać ze sobą czas, jak przystało na parę — kontynuowała, tym razem nie pozwalając się zbyć.

Musieli w końcu coś postanowić, dojść do porozumienia.

— Błażej, my się ciągle mijamy! No chyba że tak ci wygodniej? — postawiła sprawę na ostrzu noża.

— Nie pleć głupot — skarcił ją. — Wiesz, że jesteś najważniejsza.

— W takim razie musimy zakończyć to moje wieczne kursowanie między dwoma miastami. Chciałabym codziennie zjeść z tobą kolację — upierała się Diana.

Widziała niezadowolenie męża, jego zaciśnięte usta i z sekundy na sekundę jej entuzjazm malał. Spochmurniała podobnie jak on. Plany zaczęły się sypać. Czuła kiełkującą złość. Ale nie dawała za wygraną:

— Przecież dom to nie tylko mury. To ludzie, którzy go tworzą. Nieważne, gdzie będziemy mieszkać, ważne, że będziemy tam razem.

— Diano, nie bądź dzieckiem. — Błażej uśmiechnął się pobłażliwie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Część 1