Zmiana. Tom 1 - Sad Jolanta - ebook
NOWOŚĆ

Zmiana. Tom 1 ebook

Sad Jolanta

4,3

76 osób interesuje się tą książką

Opis

Pierwszy tom bestsellerowej serii Black!

 

Anna

Dziewczyna znikąd, trochę zagubiona w dorosłej rzeczywistości, dostaje szansę na lepsze życie od losu i od mężczyzny, którego nie potrafi wyrzucić z pamięci od czasu ich pierwszego spotkania.

 

Nicolas

Niezbyt arogancki, niezbyt władczy, ale samotny, mimo wielu życzliwych osób wokół siebie. Zdecydował się zaufać swojej intuicji i dziewczynie, która zawładnęła jego rozumem w kilka minut.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 279

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (621 ocen)
350
145
94
24
8
Sortuj według:
legimi_kamila

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo specyficznie napisana książka. Trochę tak jakby wchodziło się do głowy każdemu bohaterowi. Na pewno sięgnę po kolejna cześć :D
00
klabier

Dobrze spędzony czas

Cudowna książka. W dodatku szybko i przyjemnie mi się ją czytało. Polecam!
00

Popularność




Copyright © by Jolanta Sad, 2019Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2021All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowaniaoraz udostępniania publicznie bez zgody Autora orazWydawnictwa pod groźbą odpowiedzialnościkarnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Magdalena Zięba-Stępnik

Zdjęcie na okładce: © by kiuikson/Shutterstock.com

Projekt okładki: Marta Lisowska

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek

Ilustracje wewnątrz książki: © by pngtree.com

Wydanie I – elektroniczne

ISBN 978-83-66754-76-8

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

Podziękowania

1

Nie tak miało się zacząć życie w wymarzonymmiejscu.

Anna wysiadła wprawdzie na dworcu, na którym miała wysiąść, ale nie spodziewała się, że jak tylko usiądzie na ławce, żeby chwilę odsapnąć, to zaraz ktoś pozbawi ją bagażu. Plecak, z niemal całym dobytkiem, jaki miała, rozpłynął się jakkamfora.

Zrozpaczona rozglądała się wokół, ale przecież kto miał coś zauważyć, skoro niemal wszyscy biegali po dworcu, spiesząc się to tu, totam.

Naprzeciwko niej siedział starszy mężczyzna i czytał gazetę. Podeszła do niego na paluszkach, jakby bała się, że gowystraszy.

– Przepraszam – zagadnęłanieśmiało.

Mężczyzna podniósł wzrok, ale wyszczerzone w zakłopotanym uśmiechu zęby młodej damy nie zrobiły na nim wrażenia. Wyglądał nawet narozzłoszczonego.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy nie zwrócił pan przypadkiem uwagi, kto kręcił się obok mojego plecaka? – Nie przestawała sięuśmiechać.

– Czy ja wyglądam na kogoś, kto byłby zainteresowany twoim plecakiem? – zapytał.

– No nie – odparła bardzo powoli. – Ale…

– No właśnie – mruknął i z powrotem zagłębił się wlekturze.

Lekko zdezorientowana stała jeszcze chwilę w miejscu, ale później odwróciła się na pięcie i odeszła. No tak. Nikt nie mówił, że zostanie przywitana w swoim wymarzonym mieściekwiatami.

Ale co teraz? Kompletnie nie znała okolicy. Nawet się nie spodziewała, że tak szybko tuwyląduje.

Miała w planach przyjazd do Alover, ale dopiero wtedy, gdy oszczędności by jej na to pozwoliły. Teraz nie miała nic, bo szef idiota wyrzucił ją z pracy tylko dlatego, że była uprzejma i zaoferowała obcemu człowiekowi kawę na koszt firmy. Nie pomogły późniejsze tłumaczenia, że zapłaci za tę cholerną kawę z własnejkieszeni.

– Nie jesteśmy instytucją charytatywną – mówił wtedy szef. – Teraz każdy może postać na deszczu pół godziny i powiedzieć, że nie ma pieniędzy, żeby tylko dostać darmowąkawę.

Że też nigdy nie mówił tak, kiedy przychodziły jego „przyjaciółki”. Ile to już kaw wypiły na koszt firmy, a później śmiały się z jego naiwności? Nieraz słyszała, jak chichotały między sobą, kiedy tylko wrócił do swojego biura na zapleczu. Ale czego może oczekiwać nieprzyjemny w obyciu czterdziestolatek, który kto wie, może wciąż jest prawiczkiem? Współczuła mu, żałowała go. Niemniej okazał się palantem, zwalniając ją za takąpierdołę.

Teraz stała sama pośrodku wielkiego peronu, owszem, pięknego, ale nieprzyjaznego, i zastanawiała się co dalej. Pieniądze, które miała przy sobie, mogły wystarczyć na kilka dni tylko na to, żeby nie umrzeć z głodu. Ale nie ma mowy o jakimkolwieknoclegu.

Zmęczona chodziła po mieście, próbując chociaż zorientować się w ulicach, miejscach, ludziach. Kiedyś jakiś przejezdny w Cassopolis powiedział jej, że każde miasto ma niepowtarzalny klimat, który tworzą właśnie ludzie. Każde miasto tętni innym rytmem, narzuconym przez mieszkańców. Jak jest tutaj, wAlover?

Idąc bulwarem, nie podziwiała widoków, chociaż zachód słońca był imponujący, i odbijających się w rzece zabudowań po drugiej stronie. Martwiła się. Na dobrą sprawę nie miała dokąd wrócić, bo do tej pory mieszkała w wynajętym od właściciela kawiarni pokoju. Skoro wyrzucił ją z pracy, wyrzucił ją z pokoju. Jednak gdy się nad tym głębiej zastanowiła, to jakoś nie mogła uwierzyć, że chodziło tylko o „kawę na koszt firmy”. Bez przesady, szef nie był aż takim dupkiem. Jednak nie ma co wnikać w decyzję człowieka, na którego łaskę była skazana do tej pory. Teraz znów musiała radzić sobiesama.

Kobietę siedzącą na ławce zobaczyła w ostatniej chwili, zanim potknęła się o jejnogi.

– Ależ mnie pani wystraszyła… – zdążyła wyszeptać, podnoszącgłowę.

Stanęła jak wryta, bo kobieta wyglądała co najmniej niewyjściowo. Była blada, nawet bardzo. Jej bladość podkreślał czarny ubiór i platynowe włosy. Wyciągnęła rękę w stronę kobiety, ale ze strachu po chwili ją cofnęła. Wtedy ta poruszyła się. Anna odskoczyła jak poparzona i poczuła, że serce o mały włos nie wyskoczyło jej z piersi. Kobieta powoli otwierała oczy i jednocześnie zaczęła szybciej oddychać. W pierwszej chwili Anna pomyślała, że pewnie się zdrzemnęła na moment. Może była zmęczona. A możepijana?

– Po… móż… mi – wyszeptała ledwie słyszalnymgłosem.

– Pomóż? – spytała Anna i momentalnie dopadła do kobiety. – Co pani jest? Potrzebuje pani lekarza? O matko, nie mam komórki… – Anna rozglądała się wokoło, ale akurat nie było nikogo wpobliżu.

Noż cholera, zachód słońca, bulwar i żadnej zakochanejpary?!

Kobieta oddychając ciężko, pokazała jej swoją torebkę, i chociaż Anna była zdenerwowana, zrozumiała, o co chodzi. Zajrzała do środka. Było tam mnóstwo babskich gadżetów. Szminka, perfumy, kalendarz, długopis. Taśma klejąca i pędzle malarskie?! Nieważne.

Zobaczyłainhalator.

O to pewniechodziło.

Szybko podała go nieznajomej, a ta mocno się zaciągnęła. W kilka minut oddech wyrównał się i kobieta zaczęła wyglądać o wiele lepiej. Usiadła bardziej wyprostowana, oczy zrobiły się bardziej bystre, ruchy wróciły donormy.

Spojrzała z wdzięcznością naAnnę.

– Już wszystko w porządku? – zapytała Anna. – Może jednak potrzebuje panilekarza?

– Nie, nie. Już jest dobrze. – Wysiliła się na delikatnyuśmiech.

– No, ale jest wieczór i zrobiło się chłodno. Nie może tu pani zostać w takim stanie – mówiła Anna wyraźniezatroskana.

Kobieta uśmiechnęłasię.

– W takim razie zrób coś jeszcze dla mnie, moja droga – westchnęła.

– Oczywiście! – Anna ażpodskoczyła.

– W torebce jest mój blackberry. Wybierz numer do Johna Woo. Ja jeszcze niezbyt dobrze widzę – mówiłacicho.

Anna nie czuła się komfortowo, grzebiąc w jej torebce jeszcze raz, ale w takiej sytuacji musiała wyzbyć się swoichuprzedzeń.

Znalazła telefon. Trzęsącymi się dłońmi przeszukiwała książkętelefoniczną.

Boże, czy ta kobieta zna pół globu ziemskiego?! – pomyślałazaskoczona.

– Pani Black – odezwał się silny, męski głos zaraz po tym, gdy Anna wybrała numer i siępołączyła.

– Dzień dobry – odezwała sięAnna.

– Halo? Kim pani jest? – Ton mężczyzny zmienił siędiametralnie.

– Proszę się na mnie nie denerwować… Ymmm, pani Black – Anna spojrzała na kobietę, która delikatnie się uśmiechnęła i pokiwała głową – źle się poczuła i… i jestem tu z nią teraz. Już czuje siędobrze.

– Gdzie jesteście? – zapytałmężczyzna.

Anna nie miała pojęcia, gdzie są. Rozejrzała się bezradnie, ale nigdzie nie zauważyła tabliczki z nazwą bulwaru. A może jest tylko jeden wmieście?

– Yyy, na bulwarze… – urwała.

Cholera, nie jestem zbyt pomocna – pomyślała.

– Przy Piątej Alei – podpowiedziała kobieta, nadalosłabiona.

Anna spojrzała na nią zwdzięcznością.

– Przy Piątej Alei – powiedziała dosłuchawki.

– Będę za dziesięć minut – odparł John i rozłączyłsię.

Anna wrzuciła blackberry z powrotem do torebkikobiety.

Zastanawiała się, kim jest pani Black, że telefon od niej jest tak ważny i mężczyzna odebrał tak szybko? Wyglądała na kogoś zklasą.

– Na pewno niczego pani nie potrzebuje? – Anna wolała sięupewnić.

– Nie, nie. Zaczekam na Johna. Nie jesteś stąd, prawda? – zapytałakobieta.

– Nie, dopiero dziś przyjechałam z Cassopolis – odparła dziewczyna, powstrzymując się od głośnegowestchnienia.

Przyjechałam i co? I jestem bezdomna. Dosłownie. Nawet nie mam się w co ubrać – westchnęła wduchu.

– Co cię tusprowadza?

Anna zastanowiła się, co właściwie odpowiedzieć. W pewnym sensie została zmuszona do wyjazdu z Cassopolis, ale niekoniecznie musiała przyjechać akurattutaj.

– Chłopak? – Kobieta uśmiechnęłasię.

Anna spojrzała na nią niemal zwyrzutem.

– Nie, nie. – Odchrząknęła.

Podniosła głowę, żeby spojrzeć na rzekę, i wtedy zobaczyła największego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widziała w swoim krótkim życiu, idącego w ichstronę.

– Pani Black – odezwał się takim barytonem, że Anna mogła przysiąc, że zatrzęsła sięziemia.

Mężczyzna spojrzał na Annę beznamiętnymwzrokiem.

– Ta młoda dama bardzo mi pomogła, John – powiedziała Pani Black, wstając z jegopomocą.

Wyciągnęła z torebki jakieś małe, płaskie i podłużne pudełeczko. Otworzyła je i wyjęła ze środka wizytówkę. Za wiele na niej nie było. Słowo „ Atelier” i numertelefonu.

– Zadzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała – dodała, wręczając dziewczyniekarteczkę.

Anna uśmiechnęła się i z lekkim żalem popatrzyła zaodchodzącymi.

Kobieta była nawet miła i Anna przez chwilę czuła się dobrze w tym obcym mieście. Teraz znów została sama. Oparła się na ławce i na moment zamknęła oczy, chociaż przypominając sobie wcześniejsze doświadczenia, nie powinna była tegorobić.

Teraz nie miała już nic, co ktoś mógłby jej ukraść. Mały plecaczek, którego nie zdjęła z ramion od samego wejścia do pociągu dziś rano, trzymała mocno przysobie.

– Przepraszam – usłyszałanagle.

Spojrzała półprzytomna na dwóch policjantów. Po chwili oburzyłasię.

Teraz się pojawili?! Gdzie byli dziesięć minut temu, jak pani Black niemal wyzionęła ducha na tejławce?

– Tu nie wolno spać – dodałpolicjant.

– Ja nie śpię – wymamrotała.

Dwóch oficerów patrzyło na nią tak, jak John Woo przed kilkoma minutami. A może powiedzieć im o wszystkim? Że ktoś ją okradł, że nie ma się gdzie podziać, że nie zna miasta? Są policjantami, powinni jejpomóc.

– Mhm – mruknął jeden z mężczyzn. – Piła pani? Albo brałanarkotyki?

Poczuła, jak zaczyna drżeć jej broda, łzy napływają do oczu. Na twarzach policjantów zaczęła się malować konsternacja. Gdy wybuchła płaczem, spojrzeli bezradnie na siebie, zupełnie nic nierozumiejąc.

2

Dopiero po kilkunastu minutach jazdy radiowozem Anna uspokoiła swój szloch. Domyśliła się, że jadą na posterunek. Wywnioskowała to po tym, jak jeden z policjantów mówił, że przyjęli zgłoszenie i jadą do bazy. A, i że to nic groźnego. Jak szlochająca, młoda dziewczyna mogłaby byćgroźna?

Na komisariacie funkcjonariuszka przyniosła jej herbatę, ktoś inny zapytał, czy nie potrzebuje koca. Bez przesady, nie było aż takzimno.

Bujając się na ławce pod ścianą, Anna mogła się spokojnie rozejrzećdookoła.

Nigdy nie była na posterunku i teraz miała okazję zobaczyć, jak wygląda. Szczerze powiedziawszy, nie było na co patrzeć. Ściany w nieciekawym, łososiowym kolorze, trochę brudne i gdzieniegdzie odrapane. Naprzeciwko wejścia kontuar z lat osiemdziesiątych. Stała za nim, wyglądająca na miłą, policjantka i ciepło uśmiechała się do jednego z policjantów, który przywiózł tuAnnę.

Drugi przyglądał się właśnie Annie, wywołując rumieniec na twarzy dziewczyny. Odwróciła wzrok i właśnie wtedy zobaczyła, jak dwóch innych policjantów prowadzi chłopaka zakutego w kajdanki. Za nimi szła dziewczyna o niebotycznych nogach, w lateksowej spódniczce, ciasno opinającej ponętne biodra. Jej nastoletnia buzia z przesadzonym makijażem wyglądała nienaturalnie, a poza tym kipiała złością, co jeszcze bardziej do niej niepasowało.

Funkcjonariusz, który rozmawiał z policjantką za kontuarem, odwrócił się doAnny.

– Zapraszam ze mną – odezwałsię.

Zaprowadził ją do jednego z pokojów. Jak się domyśliła, to był pokój przesłuchań. Świadczyły o tym lustro weneckie, szary stół i dwa drewnianekrzesła.

Będzie mnie przesłuchiwał?! Ale przecież nie zrobiłam nic złego – pomyślałaprzerażona.

– Spokojnie – powiedział oficer. – Musi mi pani opowiedzieć jeszcze raz, co się wydarzyło po pani przyjeździe doAlover.

Na spokojnie. I tylko to, co się stało po przyjeździe do miasta. Nie przed. Chociaż to też zdążyła im wyszlochać w radiowozie. Opowiedziała jeszcze raz, jak ukradli jej plecak i jak spotkała panią Black i że właśnie dlatego siedziała na tamtej ławce. Niewiele.

– Panno Edwards, nie obiecuję, że znajdziemy pani plecak i rzeczy. To może być dość nierealne – westchnąłpolicjant.

– Rozumiem. Nie spodziewam się cudów, proszę pana – mruknęła.

Czy tak się mówi do policjanta? A może powinna użyć jakiegoś zwrotu grzecznościowego? Na przykład „panie władzo”? Sama niewiedziała.

– A co do pani trudnej sytuacji – dodał. – Niewiele możemy zrobić. Tutaj jest ulotka z numerami telefonów, pod które może pani zadzwonić i zgłosić się po pomoc. – Przesunął w je stronę kawałekpapieru.

Podziękowała uśmiechem. Pewnie towszystko.

– Gdyby jeszcze pani czegoś potrzebowała, proszę przyjść, zadzwonić, napisać e-mail. Jak pani wygodnie. – Wstał i podszedł dodrzwi.

Nacisnął klamkę i przepuścił dziewczynępierwszą.

– Dziękuję za wszystko – odezwała się do niego i odwróciła dowyjścia.

Była zaskoczona, że to już wszystko. Że tak łatwo jej uwierzyli. Nie chciała zostać tu jednak ani chwili dłużej. Może to głupie, bo na pewno byłaby tu bardziej bezpieczna niż na ulicy, ale wolała wyjść stąd jaknajprędzej.

Naparła na ciężkie drzwi i wtedy pojawiła się pomocna dłoń. Podniosła wzrok i zobaczyła drugiego z policjantów, który znalazł ją w parku. Przytrzymał drzwi ramieniem i wyciągnął rękę z jakąśkarteczką.

– Zadzwoń pod ten numer – odezwał się przytłumionym głosem. – Tutaj pomogą ci bardziej, niż gdybyś zadzwoniła pod któryś z tego. – Ruchem głowy wskazał na ulotkę, którą ściskała wdłoni.

Patrzyła na niego chwilę nic nierozumiejącym wzrokiem. Wreszcie wyszła przed posterunek i obejrzała się za siebie. Mężczyzna dalej stał przy szklanych drzwiach i bacznie ją obserwował. Popatrzyła na kartkę, którą jej dał, i uśmiechnęła się dosiebie.

Może Alover nie jest takiezłe.

3

Anna – rok później

– No i jak? – zapytała stojącego obokmężczyznę.

Trzymając w ręku wałek z kapiącą farbą, patrzyła na ścianę pomalowaną słonecznym kolorem i była z siebie cholernie dumna. Nigdy w życiu nie malowała ścian i teraz ta była dla niej najpiękniejszą naświecie.

Kobe podrapał się po głowie, nie chcąc wyrazić swojej prawdziwejopinii.

– Cóż, Anno… – Odchrząknął.

Widząc szeroki uśmiech zadowolenia na twarzy dziewczyny, nie chciał sprawić jejprzykrości.

– Anno, jest do dupy – jęknął. – Masakra. Cokolwiek chcesz kiedyś w życiu robić… błagam… Niech to nie będzie malowanie tak dużychpowierzchni.

Popatrzyła na niego zaciętymwzrokiem.

– Nie musi ci się podobać – prychnęłateatralnie.

Schyliła się, by odłożyć wałek, nie mając pojęcia, że wywołuje falę podniecenia u Kobe. Zamknął na sekundę oczy, żeby nie patrzeć na ten boski widok jej pupy. Co on chciał jej zrobić w tejchwili…

– Kobe, masz dziś wolny wieczór? – zapytała, podnoszącsię.

Niedbały koński ogon opadł na jej ramię, kiedy patrzyła na przyjaciela, oczekując naodpowiedź.

– Nie. Mam patrol – odparł.

– Szkoda.

Była dla niego bezlitosna w tym momencie, bo owszem, lubiła z nim wychodzić, ale nie rozpaczała, kiedy nie mógł jej towarzyszyć. W przeciwieństwie do niego, bo Kobe najchętniej nie opuszczałby jejwcale.

– Pójdę więc sama do La Gorgote – dodała. – Katie też jest dzisiaj zajęta. A Magnus sięucieszy.

Już dawno tam nie była, a odkąd przyjechała do Alover, to jedno z najbardziej przyjaznych miejsc, jakie miała okazję do tej pory odwiedzić. Mało nowoczesny, ale przytulny pub, z miłąobsługą.

To już rok. Czas leci nieubłagalnie i choć nigdy nie była głupią dziewuchą, która płacze przy byle okazji, to przez ostatnie miesiące zdarzało się jej wylać kilka łez wpoduszkę.

Począwszy od tego nieszczęsnego zdarzenia zaraz po wyjściu z pociągu, przez nieuczciwego pracodawcę w pubie, po kolesia, który nie oddał jej kaucji za wynajem pokoju, gdy się wczoraj wyprowadzała. Na samą myśl o tej kłótni przeszły ją ciarki. Śmierdział wódką i papierosami i chyba tylko dlatego, że nie mogła znieść tego smrodu, zrezygnowała z dalszejkłótni.

Poprzednią noc spędziła na materacu w zupełnie pustym pokoju, ale przynajmniej to mieszkanie wynajęła sama. I nie będzie już człowieka śledzącego każdy jej krok po powrocie zpracy.

La Gorgote nie było aż tak bardzo zatłoczone jak inne puby, niemniej zawsze przychodziło tu sporo osób. Przeważnie stali klienci, którzy często byli dobrymi znajomymi właściciela, Magnusa, zajmującego się także podawaniem drinków zza baru. Anna poznała go, kiedy zdecydowała się skorzystać z numeru telefonu, który na komisariacie dał jej Kobe. To właśnie tutaj otrzymała pomocną dłoń i mogła jakoś rozpocząć swoje noweżycie.

– Hej, Magnus! – odezwała się, przechylając przezbar.

– Hej, Malutka! Dawno cię tutaj nie było – odparł, pucującszklankę.

Jakim cudem delikatne ścianki nie pękają pod jego palcami, nie miałapojęcia.

Magnus wyglądał jak Hagrid z Harry’ego Pottera, tylko że był rodowitym Szkotem. Potężna sylwetka górowała nad barem, niemal całkowicie zakrywając butelki z alkoholami, które stały na półkach za jegoplecami.

– Dzisiaj są brzdękały – wymamrotałtubalnie.

Odwróciła się, żeby zobaczyć miejsce, które zawsze zajmuje grupka chłopaków, nazywanych przez Magnusa brzdękałami. Nie tworzyli zespołu, ale umieli grać na kilku instrumentach i dzięki temu, że Magnus udostępnił scenę z wyposażeniem, mogli tutaj się zebrać i czasem wykonać jakiś numer. Tradycją było, że jeśli ktoś chciał zaśpiewać, był milewidziany.

Pomachała im, kiedy jeden z chłopców spojrzał w jej stronę. Byli młodsi od niej, ciągle chodzili doszkoły.

– Magnus, widziałeś się ostatnio z Kobe? – zapytała, ponownie odwracając się do przyjaciela. – Mam wrażenie, że coś jest z nim nietak.

Mężczyzna spojrzał na nią, nie dając po sobie poznać, że wie, co się dzieje z Kobe. Przecież to oczywiste, że jest w niej zakochany po uszy i tak naprawdę tylko Anna tego niewidzi.

– Nie mam pojęcia – odparł mrukliwie, wracając dopracy.

Akurat ktoś podszedł do baru po drinka, ale nie on przykuł uwagędziewczyny.

Anna zauważyła tajemniczego osobnika, siedzącego na barowym stołku przy ścianie na końculady.

Często go tutaj widywała, ale nawet Magnus nie wiedział, kim jest, bo mężczyzna zawsze miał zasłoniętą twarz i zaciągnięty kaptur czarnej bluzy. Nigdy nic nie zamawiał. Tylko siedział i patrzył. Ale póki co był nieszkodliwy, więc Magnus zbytnio się nim nie interesował. Do La Gorgote przychodziło wiele specyficznych osób. Jedni chcieli się dobrze bawić i rozerwać po wyczerpującej pracy, inni nie mieli nic lepszego do roboty. Ci, którzy szukali guza, zostawali szybko wyganiani przez samegowłaściciela.

Annę intrygowała ta tajemnicza postać, jednak ostrożności nigdy za wiele. Nie podchodziła do niego, obawiając się, że może być psychopatą. Kto wie? Nie brakuje świrów na tymświecie.

– Anna, spróbujesz dzisiaj? – zapytał jeden z brzdękał, zaskakując ją swoim nagłym pojawieniem się obokniej.

– Nie wiem. Macie jakieś kandydatury? – Popatrzyła na niego, sięgając po swójsok.

Podstawowa zasada: nie pij alkoholu, jeśli jesteś gdzieś sam. Gdyby przyszli z nią Kobe albo Katie, pewnie wypiłaby jeden lub dwa drinki. Ale musiała bezpiecznie wrócić do swojego nowego mieszkania, więc wolała nie ryzykować i nie doprowadzać do nawet lekkiego szumugłowy.

– Jedna dziewczyna chce z nami wystąpić – odparł.

Zagrają z każdym, kto ma na to ochotę. Nie odmówią nikomu, nawet jeśli wiedzą, że ktoś fałszuje najgorzej na świecie. Po to Magnus udostępnił lokal oraz wyposażenie, żeby ludzie mogli przychodzić i spróbować swoichsił.

– Zastanowię się. Zobaczę, jak pójdzie tej dziewczynie i wtedy zdecyduję, czy się kompromitować. – Zachichotała.

Nie miała dobrego głosu i wiedziała o tym. Ale czasem chciała po prostu dla kogoś zaśpiewać. Samotność dokuczała jej mocno, choć miała wokół siebie dobrych ludzi, którzy chętnie służyli jej pomocą i byli przy niej, gdy tego potrzebowała. Jednak czuła, że to nie wystarcza. Myślała coraz częściej, że byłoby cudownie móc się wreszcie przytulić do swojego mężczyzny i wiedzieć, że jest tylko dlaniej.

Zabawne. Nigdy wcześniej nie myślała o związku tak dojrzale. O spotykaniu się z kimkolwiek myślała, zaczynając szkołęśrednią.

Później skupiła się na nauce i pracy, bo chciała odłożyć trochę gotówki na wymarzonestudia.

Nic z tego wszystkiego niewyszło.

4

Anna patrzyła na dziewczynę siedzącą na barowym stołku, na malutkiej scenie, i nie mogła wyjść z podziwu. Śpiewała tak anielskim głosem, że w całym barze zapadła cisza jak makiem zasiał. Chyba nawet nikt się nie poruszył. Wszyscy wsłuchali się w głos drobnej blondynki, która zamknęła oczy i bardzo wczuła się w rolę. Pewnie w ogóle nie wyszłaby na scenę, gdyby nie wypchnęła jej przyjaciółka o ciemnych włosach, wyraźnie jużwstawiona.

Anna nie mogła się powstrzymać i podeszła dobrunetki.

– Hej, twoja kumpela ma zajebisty głos – wyszeptała Anna, nie chcąc zakłócićwystępu.

Dziewczyna spojrzała na nią zaskoczona, że w ogóle ktoś się do niejodezwał.

Nie potrafiła skupić wzroku na twarzy Anny. Miała już dośćalkoholu.

– No wiem. Świetna jest – wybełkotała z melancholią. – Ale wiesz co? Nie mogę małpy przekonać, że powinna coś z tymzrobić.

Annazachichotała.

– Szkoda, bo jak słychać, ma czym zaimponować – powiedziała.

Wtedy blondynka skończyła ostatni wers piosenki Seleny Gomez, za którą Anna, szczerze mówiąc, nieprzepadała.

Ale akurat wybór piosenki nie miał tutaj najmniejszegoznaczenia.

Blondynka otworzyła oczy i zdumiona tym, jak wszyscy się w nią wpatrują, nie wiedziała, co zrobić. Najwyraźniej miała ochotęuciec.

Dlatego Anna pod wpływem emocji wstała i zaczęła energicznie klaskać, krzycząc przy tym „Brawoooo!”. Wtedy sala też zareagowała, przyłączając się do Anny. Dziewczyna, pąsowa jak róża, zeszła z podestu, chowając twarz w swoje długie, jasnekosmyki.

Po kilku chwilach wszyscy wrócili do picia piwa i gadania o pierdołach albo i nie. Być może niektórzy rozmawiali o wydarzeniach lub uczuciach kluczowych dla ich życia. W takich miejscach z pozoru błahe dyskusje i rozmowy mogą przerodzić się w prawdziwe wywody na różnetematy.

– I co, Anna? Startujesz? – zapytał jeden z brzdękał, podchodząc doniej.

– Żartujesz sobie? – Zaśmiała się Anna serdecznie. – Teraz? Po takimwystępie?

Nie skompromituje się tak. Nie powinna się przejmować, że nie ma takiego talentu jak tamta dziewczyna. Każdy tutaj może robić, co chce i jak chce ze swoim głosem. Krążą legendy o jednym z niegdysiejszych stałych bywalców, który niemiłosiernie się jąkał, także śpiewając. Anna słysząc tę historię, nie mogła się powstrzymać i wtedy po raz pierwszy od dłuższego czasu, rozpłakała się ześmiechu.

Tym razem postanowiła sobie odpuścić. Zresztą chciała już wrócić dodomu.

– Już idziesz? – zapytał Magnus, patrząc na niąpodejrzliwie.

– Tak, tak – odparła. – Wiesz, przeprowadziłam się dzisiaj i trochę mnie tozmęczyło.

– Apraca?

– Nie mogę narzekać. – Uśmiechnęła się. – Chociaż szefowa potrafi dać w kość. – Mrugnęła do niegoporozumiewawczo.

Anna pracowała u kuzynki Magnusa. Kobieta potężna jak Magnus, z tym samym akcentem. Za to jej włosy prezentowały się o wiele lepiej niż jego. Długie, rdzawe i lśniące fale opadały na ramiona i plecy, pogodna twarz, z jaką serwowała swoje wypieki gościom, i szczery uśmiech to jej główneatuty.

– Erin zawsze była okropna – wymamrotał Magnus. – Rzucała we mnieklockami.

Anna próbowała zachować powagę, ale wyobraziła sobie Magnusa, który pewnie jako dziecko również był dość… duży i który był obrzucany klockami przez niewiele mniejszą, rudowłosąErin.

Ostatkiem sił zmusiła się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Nie wiedziała, czy urazi jego uczucia, czynie.

Odchodząc od baru, pomachała jeszcze Magnusowi na pożegnanie. Nie zauważyła, że ktoś, kto bacznie się jej przyglądał cały wieczór, postanowił także opuścićlokal.

***

Chłodny wiatr wplątał się w jej włosy i poczuła sięcudownie.

Z całym szacunkiem dla La Gorgote, ale takie miejsca nie są dla niej odskocznią od codzienności, o jakiej marzyła. Wolała czuć odrobinę wolności. Pochodziła z małego miasteczka i Cassopolis odpowiadało jej w zupełności. Tam mogła codziennie choć przez kilka minut napawać się pięknem natury, patrząc z okna kawiarni na góry piętrzące się za niskimibudynkami.

Tutaj, w Alover, o każdej porze dnia i nocy mogła natknąć się na tłumy. Niemal w każdym miejscu, w jakim była tu do tej pory, zawsze byli ludzie. To nie dla niej i pewnie gdyby nie spotkała Kobe, Katie, Magnusa i Erin, dawno by stąd wyjechała, szukając nie wiadomo czego. Owszem, chciała tutaj przyjechać, ale tylko po to, żeby skończyć wymarzoną szkołę i wrócić na stareśmieci.

***

Szybko przestała myśleć o swoim jestestwie, kiedy przez jej plecy przeszedł dreszcz. To zabawne, ale w mieście, na ulicy wśród innych ludzi, nagle poczuła, że coś jest nie tak i to właśnie za nią ktoś idzie. Tylko i wyłącznie zanią.

Schowała głowę w ramionach i wcisnęła dłonie głębiej w kieszeniepłaszcza.

Jakby chciała sięukryć.

Po chwili obejrzała się za siebie, ale postać dalej szła za nią krok w krok nawet, gdy przyspieszyła. Teraz naprawdę się bała, bo jeszcze nigdy się jej nic takiego nieprzytrafiło.

Nie wiedziała, czy biec, czy może zachować spokój, czy zadzwonić doKobe.

Zadzwonię i co wtedy? Przecież nie teleportuje się, żeby mi pomóc. Cholera… Cholera… – pomyślała, czując, jak robi się jej coraz goręcej, a jednocześnie po plecach przechodząciarki.

Anna zaczynała bardziej panikować. Wtedy ktoś zarzucił rękę na jejramiona.

Podniosła głowę i aż zapiszczała, bo to była postać w kapturze. Ta sama, która zawsze siedzi w La Gorgote. Ale ta osoba miała chustę na twarzy. A ten, kto szedł za nią przed chwilą, nie. Może jest ichdwóch?

Serce nigdy nie waliło jej tak mocno. Chociaż Anna tego nie czuła, bo miała wrażenie, że zatrzymało się w miejscu. I ten ciężar ramienia drugiej zakapturzonej postaci. Anna nie miała pojęcia, co siędzieje.

Mężczyzna po kilku niesamowicie długich chwilach zdjął swoje ramię. Wtedy Anna odwróciła głowę i zobaczyła, że tego, który za nią szedł, niema.

Z powrotem popatrzyła na zakapturzonego, który ciągle stał obok niej. Rozglądał się dookoła. Nie mogła zobaczyć zbyt wiele, bo głowę zasłaniał kaptur. Ale była mu wdzięczna w tej chwili za wyraźne odstraszenie tamtej postaci. Choć on przecież mógł się okazać drugimpsychopatą.

Odniosła wrażenie, że świat stanął w miejscu. Serce waliło jej niemiłosiernie, choć nie mogła się zdecydować, czy to dlatego, że nie wiedziała, co może się zaraz wydarzyć, czy dlatego, że to zakapturzona postać z La Gorgote była tak bliskoniej.

W końcu mężczyzna odwrócił się i spojrzał naAnnę.

5

I co z tego, że na nią spojrzał, skoro kaptur rzucał taki cień, że kompletnie nic niewidziała?

– Odprowadzę cię do domu – oznajmił takim głosem, że o mało nie upadła, bo w jednej chwili jej kolana stały się miękkie jak zwaty.

Szorstki, silny, prawdziwy męski głos. Trochę przytłumiony przezchustę.

Wydawało jej się, że podobny głos już słyszała. I który pamiętała i kojarzyła z dwukolorowymitęczówkami.

Anna – rok temu

W jeden z najbardziej deszczowych dni tamtej jesieni, do maleńkiej kawiarni w Cassopolis, gdzie pracowała Anna, wszedł najprzystojniejszy i najbardziej intrygujący mężczyzna, jakiego kiedykolwiekwidziała.

Wysoki, szczupły, ale umięśniony, co było dokładnie widać przez zupełnie mokrą koszulę, która oblepiała jego ciało. I mimo że w kawiarni wszystkie stoliki były zajęte, tylko Anna zwróciła uwagę mężczyzny. Czuła, że robi się pąsowa i zaczynają drżeć jej ręce. Całe szczęście stała za ladą i nie niosła tacy w tejchwili.

Gdy podszedł bliżej, mogła przyjrzeć się jego twarzy, co pewnie wyglądało komicznie, bo ze zdziwienia nie potrafiła zamknąć ust. Ale mimo że szok, jakiego doznała, patrząc na niego, spowodował, że nie potrafiła racjonalnie myśleć, to dostrzegła, że twarz mężczyzny nie jestidealna.

Nie uśmiechał się, nie był amantem filmowym o gładkiej buźce, bo miał dziwną, cieniutką bliznę idącą od lewej strony czoła, przez łuk brwiowy, kość policzkową, aż do żuchwy. Ale nigdy, przenigdy, nikt nie wydał się jej takcudowny.

– Chciałbym zadzwonić – odezwał się i Anna poczuła ucisk wbrzuchu.

To taki głos chciałaby słyszeć codziennie, jak mówi, że jest tą jedyną, i szepcze takie słowa, że oddaje mu się cała bez zająknięcia. Jak kretynka wpatrywała się w jego oczy, nie mogąc zdecydować się, które ma piękniejszykolor.

Ktoś stuknął filiżanką i to przywróciło Annę dożywych.

– Nie mamy tutaj automatu – wyjąkała, gryząc się w myślach, że powinna być bardziej opanowana. – Ale mogę pożyczyć panu swojąkomórkę.

Jak szybko palnęła te słowa, tak szybko tego pożałowała. Miała przedpotopowy model telefonu i jej samej było wstyd go używać, a co dopiero pozwolić używać go komuś, zwłaszcza takcudownemu.

Ale było już zapóźno.

Anna, czym się przejmujesz? Przecież chcesz tylko pomóc. To się liczy! – pomyślała.

Widząc oczekiwanie na twarzy mężczyzny, drżącymi dłońmi sięgnęła po telefon leżący pod ladą. Zupełnie niepotrzebnie go tam trzymała, bo i tak nikt do niej niedzwonił.

Bojąc się, że mogłaby zrobić coś naprawdę głupiego, gdyby przypadkowo zetknęli się palcami, położyła aparat na blacie i przesunęła w stronę mężczyzny. Do tej pory ciągle patrzył tylko na Annę, co ją potwornie zbijało z tropu. I w dodatku ta jego mina, kiedy zobaczył komórkędziewczyny.

Nawet sięrozbawił.

Mogę zabrać telefon, jak ci się nie podoba, drogi panie! – zawrzała wmyślach.

Starała się nie podsłuchiwać rozmowy, ale mimo że stukała filiżankami i maszyna do kawy pracowała cały czas, słyszała urywkikonwersacji.

– Nie wiem, co się stało… Nie, jestem cały… Nie mam pojęcia… Będziemy myśleć, jak przyjedziesz. Jestem w Cassopolis… Tak… Nie wiem, ale to chyba jedyna kawiarnia w mieście… Czekam. – Rozłączył się i położył telefon naladzie.

Ciekawiło ją, co się stało, ale mężczyzna nie był zbyt rozmowny, dlatego sobieodpuściła.

– Napiłbym się kawy, ale nie mam przy sobie pieniędzy – dodał.

Jest bezpośredni, nie ma co. Otwarcie żąda tego, czego chce, i wygląda na takiego, który todostaje.

– Ymmm, mogę zaoferować espresso na koszt firmy – wymamrotała, karcąc się w myślach za swoją nieśmiałość względemniego.

Nie była szarą myszką bojącą się odezwać, ale też nigdy przesadnie się nie wyróżniała z tłumu. A teraz nie wiedziała, jak rozmawiać z nieznajomym.

– Bardzo chętnie – odparł.

I znów rozpłynęła się pod spojrzeniem dwukolorowychoczu.

Niesamowite. Jedna tęczówka brązowa, druga szmaragdowa, kocia. Ale smutne miał te oczy. I nie chodziło raczej o to, że teraz coś się wydarzyło. Chyba całe jego życie zobaczyła w tymspojrzeniu.

Zachowuj się, Anna! To nie twoja sprawa – skarciłasię.

Postawiła przed nim kawę i z bólem serca wróciła do swoich obowiązków. Chciała, żeby nagle wszyscy zniknęli i mogła z nim zostać sam na sam. Kiedy chodziła z tacą w jedną i w drugą stronę, kątem oka spoglądała na nieznajomego mężczyznę, ale nawet raz nie odwrócił się, by zobaczyć, co robiAnna.

Żeby zupełnie nie oszaleć na jego punkcie i już bardziej nie pąsowieć, postanowiła ochłonąć nieco na zapleczu. Przemyła twarz chłodną wodą i spojrzała w poszarzałe lustro. Ten mężczyzna, mimo że był najprzystojniejszym, jakiego do tej pory widziała, był tylko kolejnym klientem, który przychodzi i odchodzi. I tyle wtemacie.

Z nową dawką energii i w bojowym nastroju wróciła na salę, zamaszyście otwierając drzwi zapleczai…

I nic, bo mężczyzny nie było. Lekko spanikowana rozejrzała siędokładnie.

– Noż kurwa mać! – zaklęła cicho podnosem.

A następnego dnia już siedziała w pociągu doAlover.

Anna – teraźniejszość

Od tamtego czasu często miała przed oczami obraz mężczyzny, który pojawił się w najmniej spodziewanym momencie w Cassopolis i w jej życiu. Przypominał jej się, kiedy wyobrażała sobie swój ideał faceta. Wiedziała, że nie powinna była tego robić, bo nikt nie jest idealny. Najpiękniejsi i najbardziej zaradni tego świata mieli całe mnóstwo wad. Ale pomarzyćmożna.

Teraz z zamyślenia wytrącił ją przejeżdżający samochód. Spojrzała na zakapturzonego, nadal niewiele widząc. Chce ją odprowadzić do domu. A co jeśli odmówi? A może jednak jestpsychopatą?

– Dobrze – zgodziła się cicho i ruszyła przedsiebie.

Ale po kilku minutach zatrzymała się przed budynkiem, znajdującym się trzy ulice przed ulicą, na której mieszkała odrana.

– To tutaj. – Uśmiechnęłasię.

Nie lubiłakłamać.

Mężczyzna podniósł głowę, żeby przyjrzeć się wysokiemu budynkowi. Później znów popatrzył na Annę. A ona ponownie nie mogła zobaczyć jego oczu. Ale to niemożliwe, żeby on i tamten mężczyzna z kawiarni w Cassopolis to był ten sam człowiek. Co miałby ktoś taki jak tamten, robić w La Gorgote? A poza tym to byłby zbieg okoliczności graniczący zcudem.

– Oj, nieładnie kłamać. Nieładnie, Anno. Wiem, gdzie mieszkasz, i na pewno nie tutaj. – Pokręcił głową i chyba sięuśmiechnął.

Coooooo?! Skąd zna moje imię? I skąd wie, gdzie mieszkam? Czy to możliwe, że jednak jest psychopatą? A może po prostu moim sąsiadem? – zaczynałapanikować.

Nikogo jeszcze nie poznała ze swojego nowegootoczenia.

– Chodźmy – dodał i poszedłprzodem.

Nie mogła zdecydować czy za nim pójść czynie.

Poszła, bo była ciekawa, czy naprawdę wie, gdzie onamieszka.

Po kilkudziesięciu krokach oblał ją zimnypot.

Wiedział. Zatrzymał się pod jej nową kamienicą i odwrócił. Teraz w nikłym świetle latarni mogła dostrzec jego jedno oko. Ciemnobrązowe. Jak gorzkaczekolada.

Dalej intrygowało ją, skąd wie, że mieszka tutaj. Przecież wprowadziła się dopiero rano. Zapytać go? Nie, nie, to nie jest zbyt dobry pomysł. Zdenerwowana sięgnęła do torebki po klucze. A może wyrwie jej te klucze, zaciągnie na górę ipoćwiartuje?

Gdy tak rozważała możliwości, jakimi może pozbawić ją życia, zakapturzony błyskawicznie ściągnął chustę z twarzy i zanim ją pocałował, mogła zobaczyć wyraźnie zarysowaneusta.

Ale jakie to były usta! Gorące jakpiekło.

Bez wątpienia wiedział, co robił. Znał się narzeczy.

Anna zmiękła, brzuch zaczął przyjemnie boleć z podniecenia. Poddała mu się jak nastolatka. Feria uczuć, jaka przewinęła się przez jej ciało, była nie do opisania. Aż jęknęła z zadowolenia. Zawstydziła się, a on uśmiechnął i oderwał odniej.

Tak samo szybko, jak się odsłonił, tak samo szybko zasłonił. Jeszcze zanim otworzyłaoczy.

– Wejdź na górę, póki tu stoję, i zapal światło, żebym był pewny, że jesteś w środku cała i zdrowa – powiedział.

Bała się o cokolwiek zapytać, choć w głowie kotłowało się jej mnóstwo pytań. Chciała na przykład wiedzieć, dlaczego się o nią martwi? Posłusznie jednak wbiła kod, by otworzyć drzwi na klatkę schodową, i gdy była już w środku, obejrzała się zasiebie.

– Dobranoc – odezwała się drżącym z przejęciagłosem.

Skinął tylko głową ipatrzył.

Tak jak nakazał, tak zrobiła. Gdy tylko weszła do swojego mieszkania, zapaliła główne światło. I szybko podbiegła do okna, ale na chodniku nie było jużnikogo.

6

Anna nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Po prostu niemogła!

Po kilkunastu minutach nerwowego chichotu i niemożności ustania w miejscu niemal przyłożyła sobie wtwarz.

Uspokój się, bo zachowujesz się jak gówniara! – skarciłasię.

Jakby nie wiadomo co się wydarzyło. A to był tylko pocałunek. Tylko i aż. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie czuła. Taka fala uczuć, eksplozja nawet! Anna nie była weteranem relacji damsko-męskich i nie mogła mieć zbyt wielkiego porównania w tym aspekcie. Niemniej to, co pokazał jej swoim arcydelikatnym pocałunkiem zakapturzony, to jakaś cholernarewolucja.

Oczywiście nie mogła zasnąć. Przewracała się na łóżku, raz patrząc za okno, raz na kartony ze swoimi rzeczami poustawiane pod ścianą. Nie posiadała ich wiele, ale też nie miała gdzie ichrozpakować.

Rano spojrzała w lustro i aż się zdziwiła, że nie pękło. Wyglądała po prostu fatalnie. Po takich emocjach wieczorem i po całej nieprzespanej nocy, nie mogła jednak spodziewać się niczegoinnego.

Przez kilka następnych wizyt w La Gorgote nie widziała zakapturzonego. Rozglądała się dokładnie za każdym razem, kiedy tam była, ale szukaj wiatru w polu. Kobe i Katie patrzyli na nią jak na obłąkaną, ale za każdym razem gdy pytali, o co chodzi, zbywała ich krótkim: „A nic, nic”.

– A wiecie, że niedługo zima i spadnie śnieg i będą święta. – Twarz Kobe rozjaśniłasię.

Katie spojrzała na niego jak naidiotę.

– Ile ty masz lat? – rzuciła. – Może jeszcze w Świętego Mikołajawierzysz?

Katie. Bezpośrednia. Mówiła bez owijania w bawełnę, twardo stąpała po ziemi i świetnie radziła sobie w życiu. A z drugiej strony była wrażliwą malarką. I piękną kobietą, za którą często oglądali sięmężczyźni.

Anna nieraz myślała, że Katie tworzyłaby z Kobe świetną parę. On jest wysokim, przystojnym, o lekko chłopięcym wyglądzie, ale dojrzałym, policjantem. Ale jakoś chyba się nie przyciągali. Znała ich rok i jeszcze nie zauważyła między nimi żadnejchemii.

Święta. Boże Narodzenie. Dla większości osób na planecie najważniejszy dzień wroku.

Mama pewnie znów tylko zadzwoni, z nie wiadomo którego zakątka świata. Ostatni raz rozmawiały dwa miesiące temu i wtedy Agnes była w Boliwii. Kiedy rok temu Anna oznajmiła, że wyjechała z Cassopolis do Alover, mama nie posiadała się zeszczęścia.

„Wreszcie zrobiłaś krok naprzód! – cieszyła się. – Nie wiem, co cię trzymało tej nudnej mieścinie”. Cała mama. Była trochę zawiedziona, kiedy Anna skończyła szesnaście lat i oznajmiła, że nie ma zamiaru się ruszać z Cassopolis. Mama była z nią do tej pory, chociaż Anna widziała, że Agnes się dusi w ich rodzinnym miasteczku. Mama to bardzo żywiołowa osoba, nie znosiła siedzenia w jednym miejscu. Po tym jak Anna zamieszkała w internacie, mama wyjechała niemal w tej samej chwili i tyle jąwidzieli.

Anna nie miała jej tego za złe. Agnes kochała podróżować i córka chciała oglądać ją szczęśliwą. Ale z drugiej strony mamy nie było, gdy czasem Anna bardzo jej potrzebowała. Jeden telefon czy dwa w tygodniu, niewielezałatwią.

– Ziemia do Anny – usłyszała nagle głos dochodzący niby zoddali.

Wcale nie z oddali. Katie siedząca obok coś do niejmówiła.

– Przepraszam. – Odchrząknęła, patrząc raz na nią, raz naKobe.

– Coś ostatnio często się zawieszasz – dodała Katie, pociągając łyk czystejwhisky.

Tak, piła czystą whisky, chociaż od samego zapachu tego alkoholu Annie robiło sięniedobrze.

Ale trafnie zauważyła, że Anna często jest nieobecna. To przez zakapturzonego. Dlaczego teraz się nie zjawia? Coś mu sięstało?

A może raczej zażartował sobie z niej i teraz ona, jak głupia gęś, myśli o nic nieznaczącym pocałunku dniami i nocami, a on się z niej śmieje. Albo w ogóle o niej zapomniał. Napewno.

– Znowu odpłynęła – westchnęłaKatie.

Kobe patrzył na Annę uważnie. Był ciekaw, co się zdarzyło w jej życiu, że tak się w sobie nagle zamknęła. Może kogoś poznała? To byłaby ostatnia rzecz, jakiej bychciał.

– Wiecie co, ja już muszę iść – oznajmiła nagleAnna.

Wcale nie musiała, alechciała.

– Odprowadzę cię. – Kobe równieżwstał.

– Nie, nie! – zawołała.

Zbyt głośno i żywo zareagowała. Katie i Kobe patrzyli teraz na nią jak nakosmitkę.

– To znaczy nie musisz. Przecież to niedaleko – przebąkiwałazmieszana.

Bujda naresorach.

Kretynko, ty nie umiesz kłamać! – pomyślałasobie.

Chodziło przecież o to, że gdyby pod jej oknem stał zakapturzony i gdyby Kobe ją odprowadził, to mogłoby wywołać niepotrzebnezamieszanie.

Dopiero w domu zdała sobie sprawę, jaką gupotę zrobiła. Po drodze mogło się wiele wydarzyć. Zakapturzonego nie spotkała. Kim on jest i co takiego zrobił z jej głową, że zdecydowała się zaryzykować dla niego własnym bezpieczeństwem? Jak manipuluje jejumysłem?

Nazajutrz w kawiarni jeszcze nie mogła dojść do siebie. Co jeden człowiek jednym gestem potrafił jej zrobić, to jakieśnieporozumienie.

– Anno, muszę z tobą porozmawiać – oznajmiła Erin pod koniecdnia.

Nie wyglądała na zbyt zadowoloną, choć zawsze tryskała dobrym humorem. No i nigdy nie chciała z Anną „porozmawiać”.

Zamknęły drzwi kawiarni, Anna przełożyła znak z „Bardzo otwarte” na „Bardzo zamknięte” i robiąc dokładnie to samo co Erin, wzięła kubek z gorącą czekoladą, po czym podążyła za kobietą do jednego zestolików.

Erin nie zachowywała się tak jak zwykle. Nie uśmiechała się i wyglądała, jakby straciła energię, której miała zawsze naprawdędużo.

– Nie będę owijać w bawełnę, Anno – odezwała się. – Wiesz, że ten lokal nie jest mój i ja go tylko wynajmuję, prawda?

Anna pokiwała głową, czując rosnącenapięcie.

– Otóż, wczoraj zarządca oznajmił mi, że ktoś za ogromną kwotę wykupił całybudynek.

Anna wytrzeszczyłaoczy.

– No, ale przecież ty się starałaś o kredyt, żeby…

– Tak, tak – przerwała jej Erin. – Żeby wykupić całość. Ale ktoś mnie ubiegł. I właśnie musisz być przygotowana, że możesz stracićpracę.

O nie! Tylko nie to! Dopiero co wynajęłam mieszkanie. Co będzie z czynszem? – przyszło jej dogłowy.

Ale jej czynsz jest niczym w porównaniu z tym, co może stracić Erin, jeśli nowy właściciel zdecyduje się na zmianę koncepcji budynku. Może tu zrobić wszystko, bo choć prawdopodobnie nie jest to najbardziej atrakcyjna lokalizacja miasta, to jednak okolica należy do przyjemnych i bezpiecznych, co bez wątpienia podnosi wartość obiektu. Jak wiele zależało od jednego człowieka z mnóstwempieniędzy.

Anna patrzyła teraz na tę silną kobietę siedzącą naprzeciwko. Erin była naprawdę przygnębiona. Prowadziła tę kawiarnię już prawie dziesięć lat. Gdyby teraz ją straciła, razem z nią straciłaby szmat swojego życia, energii, pieniędzy. A przede wszystkim to, cokocha.

Och, Erin – westchnęła wduchu.

7

On

Nie wiadomo, dlaczego akurat tego dnia przypomniała mu się dziecięca piosenka o pajączku, którą często nuciła mu mama, kiedy był małym dzieckiem. Dawno nie słyszał tej dziecięcej rymowanki i nagle znów pojawiła się w snach. Głos, który ją nucił, był ciepły i spokojny. Lubił, gdy mama to śpiewała. Uspokajał się i czując jej obecność, nabierał pewności siebie i przekonania, że wszystko, czego chce, może mu się udać. Trzeba tylko być cholerniewytrwałym.

Mama zawsze powatrzała mu, że jest właśnie takim pajączkiem. Wtedy jeszcze małym, ale dzielnym inieustępliwym.

Teraz, po latach, pajączek nadal dzielnie piął się w górę i mimo że czasem bywał brutalnie ciągnięty w dół, to szybko się podnosił i znów uparcie szedł na sam szczyt. Ale był również samotny, jak ten wpiosence.

Mężczyzna przeczesał swoje kruczoczarne włosy, na jego twarzy zagościł grymas smutku i niezadowolenia; zsunął się z łóżka, mocno stawiając stopy napodłodze.

Miał dzisiaj dość napięty grafik, choć, w porównaniu z niektórymi dniami sytuacja nie przedstawiała się aż tak źle. Jedno spotkanie było i najmniej ważne, bo dotyczyło znikomej inwestycji, a jednocześnie najważniejsze, bo dotyczyło miejsca, z którym związał sięsentymentalnie.

Ot, takikaprys.

Anna

Anna nie mogła patrzeć, jak bardzo Erin jest zdenerwowana. Odkąd dowiedziała się, że ktoś wykupił budynek, była nieswoja i nie miało znaczenia, że od tamtego dnia minął już tydzień. Bała się, że straci kawiarnię, i nawet ulubione lody malinowe, zaserwowane przez Magnusa, nie poprawiły jejhumoru.

Tego wieczoru szła na spotkanie z człowiekiem, który kupił kamienicę. Pozna szczegóły transakcji i dowie się, co dalej stanie się z kawiarnią. Była roztrzęsiona iniespokojna.

– Erin, nie mogę na ciebie patrzeć, jak jesteś w takim stanie – mamrotałaAnna.

– To nie patrz. Zresztą idź już do domu. Dzisiaj i tak muszę zamknąć wcześniej – odparła Erin, wzdychając tak mocno, że mogłaby zdmuchnąć EmpireState.

Zamyślona Anna nawet nie zauważyła, że zrobiło się ciemno. Tak martwiła się o przyjaciółkę, że dzień ulotnił się gdzieś jakkamfora.

Dopiero po wyjściu z kawiarni dostrzegła, że wszędzie świecą się uliczne latarnie. Bardzo późna jesień nadeszła niespodziewanie i zwiastowała szybkie nadejście zimy. Lekki mróz szczypał w nos i uszy i dziewczyna szczelniej owinęła się swoim wełnianym kominem. Witryny sklepowe już od jakiegoś miesiąca zachęcały do świątecznych zakupów, ale apogeum na pewno nastąpi dzień przedWigilią.

Anna spojrzała na komórkę. Dochodziła siedemnasta. Za niecałą godzinę Erin spotyka się z „tym człowiekiem”. Inaczej o nim nie mówiły, bo nie wiedziały, jak się nazywa ani kim jest. Bardzo tajemniczyinwestor.

Jak zwykle będąc przed drzwiami swojej klatki schodowej, Anna rozejrzała się. Wmawiała sobie, że powinna przestać tak robić i porzucić wszelkie nadzieje, że jeszcze kiedyś zakapturzonywróci.

Z cichym westchnieniem powoli wbiła kod i naparła na drzwi, by je otworzyć. I wtedy ktoś ją wepchnął do środka i zanim zdążyło zapalić się światło, została przyparta do ściany pod schodami. Serce zaczęło walić jej jak oszalałe, bo kompletnie nie wiedziała, co się dzieje. Nawet nie mogła zacząć krzyczeć, bo głos uwiązł jej wgardle.

– Tęskniłem – usłyszała nagle i to byłoto.

Ten cyngiel. Toon!

Zakapturzony nieznajomy. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, bo w końcu to na niego czekała. Sama nie wiedziała, jak to się stało, że przy nim zamieniała się w głupią, nierozsądną dziewuchę i zamiast krzyczeć, stawała się w jego obecności miękka jak szmacianalalka.

Zakapturzony przycisnął Annę mocniej do ściany, aż brakło jej tchu. Całował silnie, stanowczo i niecierpliwie, inaczej niż ostatnio. Jakby mu się spieszyło. Poddała mu się od razu, nawet wtedy, gdy rozpiął jej płaszcz i masował jej piersi przez stanik i bluzkę. Palce dotykały skóry na dekolcie, później zsunął ręce na talię i mocno przycisnął dosiebie.

W przypływie energii zsunęła mu kaptur i mogła wpleść palce w jego włosy. A on ciągle całował, ale już spokojniej. Z wyczuciem smakował jej usta, penetrował je językiem. Nagle Anna poczuła na brzuchu coś twardego i gdy zorientowała się, co to jest, oderwała się od nieznajomego. Dobrze, że nie widział w ciemności jej wielkich, jak piłki do tenisa, oczu.

– Widzisz, co ze mną robisz – wyszeptał.

Ten szept… Całe ciało dziewczyny aż wibrowało. I nagle sama przycisnęła się do niego. Zawstydzona swoim zachowaniem zrobiła się czerwona jak burak, ale na szczęście i tego nie zauważył wciemności.

– Gdzie byłeś tyle czasu? – odważyła sięzapytać.

Uśmiechnąłsię.

– Czekałaś na mnie? Toświetnie.

Poczuła, jak dwoma palcami rozpina guzik jej czarnychdżinsów.

– Nie bój się – wyszeptał. – Nie mam zamiaru cię skrzywdzić. Chcę ci wynagrodzić ten czas, kiedy mnie niebyło.

Wsunął dłoń w jej majtki, dotykając najintymniejszej częściciała.

Powinna go odepchnąć i uciekać gdzie pieprz rośnie, ale za bardzo chciała się dowiedzieć, co stanie się dalej. Nie mogła zrozumieć, dlaczego się go nie boi. Przecież powinna, bo w końcu nie ma pojęcia, kim on jest. Może jest obłąkany? Albo nagrywa ją z ukrycia i za kilka chwil nagranie z nią trafi dosieci?

Straciła głowę dla kilkunastu sekund przyjemności. I mimo że jej rozum krzyczał, że to, co robi, jest głupie, nieodpowiedzialne, nie przerwała tego, co wyprawiał z nią tenmężczyzna.

– Och – odetchnęła, zaciskając palce na jego ramieniu. – O tak – dodała, zamykającoczy.

Poczuła coś niesamowitego. Jeszcze nigdy nikt jej tam nie dotykał i zastanowiła się, dlaczego pozwoliła na to właśnie jemu. Nieważne. Ważne, że samym delikatnym dotykiem wywrócił jej świat do góry nogami. Pieścił ją tak spokojnie, że czekała z niecierpliwością nawięcej.

Wtedy zrobiła coś, czego się absolutnie po sobie nie spodziewała. Przycisnęła jego dłoń mocniej do siebie, chcąc, by trochę podkręcił tempo. Nieprotestował.

– Mmmmm – zamruczała, czując, jak serce przyspiesza. – Ocholera!

Oddech stawał się coraz szybszy i szybszy i nawet trochę się zirytowała, kiedy ją pocałował. Chyba go torozbawiło.

Kiedy czuł, że orgazm Anny zbliża się nieubłaganie, objął ją, żeby mogła ze spokojem krzyknąć w jego ramię. Nie planował takiego zakończenia ich spotkania, niemniej bardzo go ucieszył taki obrótsprawy.

Kiedy Anna zdała sobie sprawę z tego, co się właśnie stało, jeszcze w życiu się tak niezawstydziła.

To się stało… na klatceschodowej.

Z kompletnienieznajomym.

Co mi strzeliło do głowy?! – pomyślała wściekła nasiebie.

Jednak było stanowczo za późno na racjonalniemyślenie.

– Ja… – urwała, bo kompletnie nie wiedziała, copowiedzieć.

Pochylił się do niej, by pocałować dziewczynę, ale gdy poczuła, że się do niej zbliża, lekko goodepchnęła.

– Przepraszam. To nie ja. Ja się tak nie zachowuję – mówiła, oddychającszybko.

Wiadomość z ostatniej chwili: właśnie się TAKzachowała.

Odsunęła mężczyznę na bok i po omacku pobiegła na górę, czując, jak łzy kapią jej po policzkach. Nie potrafiła nic więcej zrobić, jak opaść za drzwiami swojego mieszkania na kolana i sięrozpłakać.

Głupia, naiwnadziewucha.

8

Co to miało być?! No co?! Co tam się na dole właśniestało?!

– Kurwa mać! – zaklęła siarczyście, wściekła nasiebie.

Połknęła ostatnie łzy z goryczą i wytarła mokre policzki wierzchemdłoni.

Ale nie mogła powiedzieć, że to jak szybko doprowadził ją do szczytowania i jakim błahym sposobem to zrobił, było nieprzyjemne. Nadal czuła ten dotyk i drżenie swojego ciała. Chciała więcej! To było irracjonalne. Kompletnie. Nie miało ani krztyny sensu. Zupełnie obcy mężczyzna najpierw ratuje ją z opresji, odprowadza pod sam dom, bo dokładnie wie, gdzie ona mieszka, całuje, doprowadza do orgazmu. Super. Wszystko jest w jak najlepszymporządku.

Dzwonek domofonu wyrwał ją z odrętwienia. To on? Czy to może być on? Ale przecież jeszcze przed chwilą był w budynku. Gdyby chciał, mógłby, najzwyczajniej w świecie, wejść za Anną nagórę.

Drżącą dłonią sięgnęła posłuchawkę.

– Tttak? – wyjąkała.

– Mam wino – usłyszała głosKobe.

To Kobe. Prawie odetchnęła zulgą.

Niezakapturzony.

Dobre sampoczucie Kobe szybko się ulotniło, gdy zobaczył, jaki Anna ma humor i że jest całaroztrzęsiona.

– Co się stało, kochanie? – zapytał i troskliwie jąobjął.

Och, Kobe, gdybyś ty wiedział, jak właśnie zachowała się twoja koleżanka – pomyślała.

Zrobiłby z tyłka zakapturzonego jesień średniowiecza. O ile udałoby mu się goznaleźć.

– Erin ma tę ważną rozmowę teraz i trochę się denerwuję… – skłamałagładko.

Nadzwyczajnie gładko. Jaknigdy.

– Wino poprawi ci humor. Zobaczysz. – Odsunął się od niej i poszedł do minikuchni Anny w poszukiwaniukorkociągu.

Najchętniej w ogóle by jej nie puszczał, ale gdyby przytulał Annę choć kilka sekund dłużej, to pewnie zaraz rzuciłby ją na kanapę i nie patrzył na protesty. W końcu dałby upust swoim pragnieniom o przeleceniu Anny za każdym razem, gdy ją widzi. Ile razy miał ochotę zerżnąć ją tak, żeby całkiem opadła z sił i żeby błagała owięcej.

To całkiem kłóciło się z jego wizerunkiem, ale miał to wdupie.

Anna była rozkojarzona cały wieczór i byłby totalnie pozbawiony empatii, gdyby tego nie zauważył. Ale nie pytał o nic. Rozumiał, że denerwuje się rozmową Erin, ale trochę drażnił go fakt, że siedzi obok Anny, przyniósł wino, zamówił kolację i jest traktowany jak powietrze. Zdenerwował się, a kiedy zaczął się zbierać do wyjścia, nawet nie zaprotestowała. Powoli zaczynał się niecierpliwić, bo jakie jeszcze sygnały musi wysyłać, żeby Anna godostrzegła?

Pożegnali się szybko pocałunkiem wpoliczek.

***

Kobe nareszcie poszedł i Anna odetchnęła z ulgą. Lubiła jego towarzystwo, ale nie dziś. Nie po tym, jak pozwoliła potraktować się zakapturzonemu. Chciała zostać sama, żeby poprzeżywać swoje marne jestestwo. Kompletnie rozbita położyła się do łóżka, ale i tak długo nie mogłazasnąć.

***

Kolejnego dnia rano ledwie zdołała wstać. Spała może dwie godziny, resztę nocy spędzając na turlaniu się wpościeli.

Boże, Erin mnie zabije – jęknęła wmyślach.

No tak! Erin! Spotkanie z nabywcą kamienicy. Niemal biegła do pracy, chociaż była cholernie zmęczona. Wpadła do środka z okrzykiem: „Jak poszło?” i momentalnie stanęła jak wryta. Powietrze zostało siłą wypchnięte z jej płuc i Anna czuła, jak robi się jej cholerniegorąco.

Tuż przy ladzie obok Erin stał najprzystojniejszy i najbardziej intrygujący mężczyzna, jakiegowidziała.

Nie! To niemożliwe! Co ON tu robi? ON! Ze wszystkich ludzi na świecie – tylko to miała w tej chwili wgłowie.

Anna do tej pory dobrze pamięta, jak wyglądał stojący przed nią, w przemoczonej koszuli, ukazującej każdy jego mięsień. W zeszłym roku w kawiarni przykuł jej wzrok od razu. Podobnie jak teraz, tylko że wyglądał o wielelepiej.

Dopasowane ciemnoszara marynarka i kamizelka, spodnie, zwisające nisko na biodrach, na jego szczupłej sylwetce leżały idealnie. Na pewno miał garnitur szyty na miarę i to przez kogoś, kto ma niewiarygodny fach w ręku. Spinki przy mankietach, włosy fade tak jak w zeszłym roku, tylko dziś wyglądały jak prosto spod nożyczek barbera. I teoczy.

To zadziwiające, ile potrafiła pamiętać przez ten rok. A czy on pamiętają?

Buahahaha! Jasne, Anno. Twoja zwyczajna twarz jest tak bardzo charakterystyczna, że oczywiście ten przystojniak nie mógł cię zapomnieć – pomyślałarozbawiona.

– Hej, Anno! – Erin przywitała jąpogodnie.

Uśmiechała się. Swobodnie, tak jak zwykle, a może nawet i radośniej. To świetnie, ale Anna chciała, żeby ktoś jej natychmiast wyjaśnił obecność tego mężczyzny w kawiarni. Nie wyglądało, jakby był zwykłymklientem.