Zapisane w kartach. Więzi - Karolina Wilczyńska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zapisane w kartach. Więzi ebook i audiobook

Karolina Wilczyńska

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

W domu Wardeckich od dawna nie słychać już śmiechu, a niewypowiedziane słowa unoszą się w powietrzu jak kurz. Kiedy wszystkie plany legły w gruzach, Zosia musi na nowo odnaleźć siebie. Nie ma wsparcia matki, która wciąż patrzy na nią przez pryzmat zawiedzionych ambicji. Rafał stara się być pomostem między matką a córką, choć sam coraz częściej ucieka – w pracę i w samotność, co odbija się na jego zdrowiu.
Emilia nadal pomaga poranionym i zagubionym kobietom – jej dom jest zawsze otwarty. Coraz częściej przychodzi tu Zosia. Rozmowa przy filiżance herbaty przynosi jej spokój i ukojenie. Między sąsiadkami z czasem rodzi się wyjątkowa więź. W salonie Emilii pojawia się też zupełnie nowa osoba, która w końcu zbiera się na odwagę i mówi o swoich uczuciach. Jakie sekrety skrywa?
Karolina Wilczyńska w poruszającej, pełnej emocji opowieści przypomina, że w każdym człowieku drzemie siła, by podnieść się, stanąć na nogi i zawalczyć o własne szczęście.
 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 356

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 49 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Barbara Liberek

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Karolina Wilczyńska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Agnieszka Śliz, Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i strony tytułowe: Anna Slotorsz | artnovo.pl

Fotografie na okładce: © CHAIYAPHON, © Salomi art, © Destina, © Galushchenkova, © Juhku, © schab, © guykantawan | Adobe Stock

Fotografia autorki na skrzydełku: Agnieszka Filipowska | Studio Niebieski Królik

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68692-46-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Fragment

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

32.

33.

34.

35.

36.

37.

38.

39.

40.

41.

42.

43.

44.

45.

46.

47.

48.

49.

50.

51.

52.

53.

54.

55.

56.

57.

58.

59.

60.

61.

62.

63.

64.

65.

66.

67.

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Lipcowe słońce ślizgało się po kuchennym blacie złotą wstęgą, podkreślając drobne zarysowania na lakierowanej powierzchni stołu i wydobywając z kwiatowych wzorów na filiżankach ciepłe, niemal kremowe tony. Okno było uchylone na oścież, wpadało przez nie powietrze pachnące kurzem i nagrzanym asfaltem, a wraz z nim monotonny szmer miasta: daleki odgłos silników samochodów, pojedynczy klakson, kroki kogoś idącego chodnikiem. W ogrodzie za domem pszczoły krążyły nad kwiatową rabatą, gdzieś z boku zaszeleścił żywopłot, w koronach drzew świergotały ptaki.

Rafał siedział przy stole w koszuli z cienkiej bawełny, rozpiętej pod szyją, z podwiniętymi mankietami. Na talerzu przed nim stygła jajecznica. Mężczyzna spoglądał w zamyśleniu na swój kubek – ciężki, baryłkowaty, w kolorze głębokiego granatu – i co jakiś czas odruchowo mieszał łyżeczką w herbacie, choć cukier już dawno się rozpuścił. Czuł w karku napięcie, oczy szczypały go z niewyspania, a w piersi tliło się to ledwo uchwytne, ale uporczywe uczucie, że dzień, który dopiero się zaczął, nie będzie beztroski.

Agnieszka siedziała naprzeciw, wyprostowana, w jasnej bluzce z dyskretnym połyskiem i granatowych spodniach. Włosy miała związane wysoko, tak że eksponowały drobne, perłowe kolczyki. Na jej nosie błyszczały lekkie okulary do czytania, które zsuwała co chwila, gdy przenosiła wzrok z komórki na kalendarz leżący obok talerzyka z chrupkim pieczywem. Ruchy Agnieszki były wyważone, kontrolowane, jakby każde sięgnięcie po długopis i każdy łyk kawy miały swój czas. Tylko usta, zaciśnięte w wąską linię, zdradzały to, czego twarz starała się jeszcze nie ujawniać – podenerwowanie, rosnącą irytację i chłód.

Drzwi w hallu skrzypnęły krótko. Zosia weszła bez pośpiechu, choć trochę niepewnie. Jej oczy, opuchnięte od niewyspania, posłały rodzicom spojrzenie, w którym odbijało się zmęczenie ostatnich miesięcy i to wszystko, co zdarzyło się w ostatnich dniach. Zatrzymała się przy kredensie, jakby badała grunt. Agnieszka spojrzała tylko na sekundę – znacząco, krytycznie i z dezaprobatą – i zaraz wróciła wzrokiem do kalendarza, w którym zaznaczyła coś grubą czarną kreską.

Zosia jak gdyby nigdy nic otworzyła lodówkę. Chłodne powietrze uderzyło w jej rozpaloną twarz. Sięgnęła po wędlinę, plastikowy pojemnik z plasterkami ogórka i słoiczek musztardy. Wyjęła z szafki talerz, wzięła chleb i nóż, wszystko ułożyła starannie, prawie ceremonialnie na blacie i usiadła przy krańcu stołu – nie na swoim zwyczajowym miejscu, lecz dalej od rodziców, bliżej okna, gdzie czuć było podmuch świeżego powietrza.

W kuchni na moment zapanowała gęsta cisza. Agnieszka odłożyła długopis, lecz nadal nie mówiła ani słowa. Upiła łyk kawy i tylko skóra na jej policzku zadrgała, zdradzając, że wewnątrz targają nią emocje. Rafał odchrząknął cicho. Wziął głębszy oddech, bo wiedział, że powinien coś powiedzieć, choć wcale nie miał na to ochoty.

– Zosiu… – zaczął i urwał, zastanawiając się, co właściwie mówić w takiej sytuacji. – Nie powinnaś znikać tak bez słowa. Martwimy się. Twoja mama… – zawiesił wzrok na Agnieszce, która uniosła brew – i ja też.

Dziewczyna spojrzała znad talerza na ojca, jakby mierzyła, ile w jego oczach jest troski, a ile cichej prośby, by nie komplikować bardziej tej trudnej sytuacji. Położyła dłoń na stole, palcami dotknęła chłodnego szkła, jakby szukała w nim oparcia.

– Są ważniejsze rzeczy niż moja nieobecność – powiedziała z tym nowym spokojem, który zyskała w ostatnich godzinach. – Muszę wam coś powiedzieć… Nie dostałam się na medycynę. Ani do Krakowa, ani do Warszawy.

Na dźwięk tych słów Agnieszka drgnęła. Uniosła głowę gwałtownie, spięte włosy poruszyły się niczym pęk traw na wietrze.

– Słucham? – Jej głos był czysty, ostry, chłodny jak szkło. – Co powiedziałaś?

– To, co słyszysz – odparła Zosia, wciąż spokojnie, jakby już sto razy ćwiczyła te słowa i dzięki temu mogła nie okazać emocji. – Ale… – zaczerpnęła tchu i dodała nieco szybciej: – dostałam się do Kielc. Z listy rezerwowej. Wczoraj się o tym dowiedziałam.

Przez sekundę w oczach Agnieszki zamigotało coś, co trudno było nazwać – coś pomiędzy ulgą, że jednak medycyna, a rozczarowaniem, bo nie tam, gdzie trzeba. Wardecka mocniej zacisnęła usta.

– Kielce – powtórzyła, jakby to wymagało dodatkowej analizy. – Kielce? A my… – Urwała, przeciągnąwszy palcem po linijce w kalendarzu, jak gdyby szukała w tym geście ratunku. – Przecież… Przecież to niemożliwe. Plan był inny, Zosiu. Wiesz o tym, prawda?

Dziewczyna oparła łokcie o stół i ukryła na moment twarz w dłoniach. W tym jednym ruchu było wszystko: nieprzespane noce, krążące po głowie scenariusze i to, co wydarzyło się tam, pod drzewem, o czym postanowiła teraz jeszcze nie mówić.

– Przykro mi, że nie spełniłam waszych oczekiwań – powiedziała i w jej głosie zabrzmiała ironiczna nuta, której Agnieszka nie lubiła. – Nie jestem tak idealna, jak chcieliście.

Matka parsknęła krótko i rzuciła:

– Nie bądź bezczelna.

Rafał się pochylił. Dłonie splótł tak mocno, że aż zatrzeszczały stawy.

– Dobrze, dobrze, spokojnie. Nawet jeśli to Kielce, to wciąż medycyna – powiedział z wymuszoną lekkością, która jednak zabrzmiała jak kiepskie pocieszenie. – Mamy tu przecież świetny wydział, doskonałych lekarzy. Najważniejsze, że jesteś na kierunku, który wybrałaś, Zosiu.

– Najważniejsze – sprzeciwiła się zimnym i suchym tonem Agnieszka – było trzymanie się planu. Co ja teraz ludziom powiem? – Odchyliła się na oparciu krzesła, dłoń położyła płasko na kalendarzu, jakby mogła tym gestem i siłą woli zmienić wydarzenia. – Że nasza córka… – zawahała się, wyraźnie starając się utrzymać spokojny ton – zostaje w Kielcach… Bo co? Bo lubi? Bo tak wyszło? Bo nie była dość dobra, żeby dostać się na prestiżową uczelnię? Nie, nie. Trzeba to zrobić z głową. – W jej oczach zapaliły się chłodne iskierki pragmatyzmu, dzięki któremu w życiu tyle razy wygrywała. – Powiemy, że względy zdrowotne – wymyśliła szybko rozwiązanie. – Krótkie leczenie, specjalista na miejscu. Migreny? Albo coś z sercem, ale drobnego… Coś, co każdy zrozumie i nie będzie dalej wypytywał.

Zosia poderwała się jak oparzona. Przez sekundę wyglądała, jakby miała się roześmiać – tym pustym, bezdźwięcznym śmiechem, który przychodzi, gdy ktoś mówi coś zupełnie niedorzecznego. Jednak zaraz opuściła ramiona, jakby uszła z niej energia.

– Mamo… – powiedziała z niedowierzaniem, w którym iskrzył się bunt. – Mam udawać chorobę? Przecież to…

– Nie przerywaj mi – weszła jej natychmiast w słowo Agnieszka. – Nie teraz. Już wystarczająco narozrabiałaś. – Odchrząknęła, zsunęła okulary na koniec nosa i zerknęła na Rafała, jakby szukała poparcia. – Trzeba szybko działać. Ja to ogarnę. A ty – teraz spojrzała na Zosię – idź do pokoju. I prześpij się, bo wyglądasz fatalnie.

Zosia wyprostowała się powoli. Na twarzy miała półuśmiech, który mówił, że przyjęła cios, zabolało, ale nie dała się złamać.

– Bardzo chętnie – powiedziała chłodno.

Krzesło zaskrzypiało, kiedy wstała. Odstawiła talerzyk do zlewu z lekkim stukiem. Przeszła obok matki – zatrzymała się na sekundę, jakby chciała coś dodać, ale ostatecznie wyszła z kuchni w ciszy i bez słowa.

Gdy dźwięk jej kroków umilkł w korytarzu, Agnieszka spuściła głowę, a jej ramiona, dotąd napięte jak struny, opadły.

– Nie za ostro? – zapytał Rafał, lecz bez oskarżenia w głosie. – Agnieszko…

– Proszę cię, tylko jej nie broń. Miała jedno zadanie. Jedno. Uczyć się. I co? – Zacisnęła palce na długopisie tak mocno, że knykcie pobielały. – Wiesz, że mieliśmy plany, Rafał. I postanowiliśmy je zrealizować. Nie po to człowiek haruje jak wół przez lata, żeby potem tłumaczyć się sąsiadom, że nie wyszło. Nie u nas.

Wardecki przejechał dłonią po zaroście. Wstał, podniósł talerz z wystygłą jajecznicą i postawił go obok zlewu. Chciał dotknąć żony, położyć jej dłoń na ramieniu, ale powstrzymał odruch – Agnieszka była zbyt sztywna w tej chwili, odtrąciłaby jego próbę uspokojenia.

– Muszę jechać do pracy – powiedział cicho. – Inaczej spóźnię się na poranne zebranie z zarządem. – Zawahał się przy drzwiach, jakby chciał coś dodać, ale westchnął i rzucił tylko: – Pogadamy wieczorem, na spokojnie. Pa!

Agnieszka skinęła głową. Odwróciła się w stronę okna, wsparła łokciem o stół, a drugą ręką zasłoniła oczy i czoło. Usłyszała szelest marynarki zdejmowanej z wieszaka, potem lekki trzask drzwi wejściowych i pobrzękiwanie kluczy. Została sama z kalendarzem, który nie mógł jej w niczym pomóc, z zimną jajecznicą i ciężarem informacji, które przekazała córka.

Za oknem wiatr poruszył liśćmi orzecha i przyniósł zapach rozgrzanego powietrza. Pszczoła uderzyła w szybę, jakiś ptak wzbił się w powietrze, spłoszony gwałtownym szczekaniem psa.

Agnieszka opuściła w końcu rękę. Sięgnęła po telefon, wpatrywała się chwilę w swoje odbicie w czarnym ekranie. Wreszcie westchnęła głęboko, przeciągle, bo czuła, że staje przed kolejnym wyzwaniem, któremu musi sprostać dla dobra swojej rodziny.

Usłyszała dobiegający z góry odgłos otwieranego okna – domyśliła się, że to Zosia wietrzy swój pokój. Przed oczami stanął jej obraz córki: niedbały ubiór, zmęczone spojrzenie, słowa o tym, że nie spełniła oczekiwań. Agnieszka poczuła chęć przytulenia dziewczyny, ale natychmiast, jakby zawstydzona tym napływem emocji, przymknęła powieki i uciszyła je w sobie.

Sięgnęła po długopis, napisała w kalendarzu drobnymi literami jedno słowo, opatrzone znakiem zapytania: Neurolog?

Gdzieś w ogrodzie zaskrzeczała sójka, ochryple, jak na alarm. Agnieszka się wzdrygnęła. Spojrzała w stronę korytarza, na schody prowadzące na górę, do pokoju córki, i znowu pomyślała o sąsiadach, o tym, co powie ludziom.

W tym czasie Rafał, wyjeżdżając samochodem z garażu, spojrzał we wsteczne lusterko na okno kuchni – białe pasy firanki powiewały lekko jak dłonie, machające mu na pożegnanie. A może wołające go z powrotem? Przełknął ślinę i włączył kierunkowskaz. Tam, w środku, w dużym i pięknym domu, dwie tak bliskie mu kobiety oddychały w zupełnie innym rytmie, który nie chciał brzmieć wspólnie. A on nie wiedział, co z tym zrobić.

Agnieszka wstała od stołu. Oparła dłonie o blat, spojrzała jeszcze raz w kalendarz, po czym zamknęła go zdecydowanym ruchem, odkładając zapiski na później. Zebrała resztę naczyń ze stołu, wstawiła je do zlewu i odkręciła wodę – mieli zmywarkę, ale lubiła czasami sama się tym zająć, zwłaszcza gdy potrzebowała uporządkować myśli. Szum wody uspokajał.

Gdy skończyła, otarła dłonie w ściereczkę, wygładziła ją machinalnie i wyprostowała plecy tak, że poczuła na łopatkach chłód materiału bluzki. Usiadła z powrotem przy stole. Na chwilę podparła brodę dłonią, spojrzała gdzieś daleko, poza ogród, poza ulice.

Tym razem zamiast kalendarza wybrała telefon, uznając go za lepsze miejsce do prywatnych zapisków, których nikt niepowołany nie powinien widzieć. W notatkach zapisała: Wersja zdrowotna – alternatywy. A dalej kilka pomysłów, które pierwsze przyszły jej do głowy. Dłonie miała chłodne. Tylko kciuk drgnął jej nerwowo, jakby chciał wykasować wszystko, zanim zdąży się zamienić w oficjalną opowieść.

Podniosła wzrok znad ekranu. Kuchnia znów wyglądała na gotową scenerię dla zwykłego poranka: czyste filiżanki, promień słońca przemieszczający się po stole. Tylko powietrze było gęstsze, a smak kawy gorzki, nie tylko z powodu braku cukru.

Agnieszka przełknęła łyk napoju w milczeniu i po raz kolejny tego dnia wzięła się do tego, co sama nazywała ogarnianiem. To umiała najlepiej.

Poranek był ciepły i leniwy, powietrze pachniało nagrzaną ziemią i jaśminem, a w ogrodzie Emilii nad krzewami lawendy krążyły motyle. Z okna widać było ogród sąsiadów – zadbany, starannie przystrzyżony, w którym nawet hortensje zdawały się rozwijać w tym samym tempie.

Emilia siedziała przy stole na swoim tarasie z kubkiem zielonej herbaty, w lnianej sukience, której kolor – blady jak mięta w świetle poranka – łagodnie stapiał się z otoczeniem. Na kolanach miała notatnik z zapiskami swoich myśli, ale wzrok błądził zupełnie gdzie indziej. Patrzyła na dom Wardeckich. W jego regularnych kształtach i błyszczących oknach było coś surowego, coś, co przypominało o porządku, ale i o zamknięciu. Czasem, kiedy w nocy paliło się tam tylko jedno światło – w pokoju na piętrze – Emilia miała wrażenie, że w tym domu nikt naprawdę nie mieszka, a ściany trzymają w sobie zbyt wiele niewypowiedzianych słów. Teraz, w świetle dnia, to wszystko wydawało się mniej oczywiste, a jednak coś nie dawało jej spokoju.

Mandala przeciągnęła się na parapecie z leniwym pomrukiem. Jej futro błyszczało jak aksamit, a oczy – zielone i czujne – śledziły Emilię. Zodiak leżał na schodach, gdzie słońce tworzyło ciepłą plamę na deskach. Co chwilę otwierał jedno oko, jakby sprawdzał, czy jego opiekunka nadal tkwi w tym samym miejscu.

Emilia odstawiła filiżankę, gdy firanka w jednym z okien na piętrze w domu sąsiadów poruszyła się lekko. Starsza kobieta miała pewność, że to pokój dziewczyny – tej samej, którą kilka dni temu znalazła nieprzytomną pod drzewem. Tamto wspomnienie wracało do niej jak powidok, miękki, ale niepokojący. Wciąż pamiętała ciężar ciała Zosi, zimno jej dłoni i oddech, który był jak szept powracającego życia. Czasem w środku nocy Emilia się budziła, przekonana, że słyszy jej cichy jęk.

Cały czas dziewczyna wydawała się inna. Owszem, przychodziła, rozmawiały, uśmiechała się nieśmiało – ale w jej oczach wciąż była mgła. Emilia widziała to od razu, choć nie pytała, nie naciskała. Wiedziała, że pewnych ran nie goi się słowami, tylko obecnością.

Na podwórku Wardeckich rozległ się cichy trzask – ktoś zamknął drzwi samochodu. Emilia dostrzegła Rafała w eleganckiej koszuli i marynarce, wychodzącego z domu z teczką w dłoni. Mężczyzna poruszał się szybko, mechanicznie, jak człowiek, który myślami jest już w pracy. Gdy wsiadał do samochodu, jego żona stanęła w drzwiach. Miała na sobie jasny żakiet i okulary przeciwsłoneczne, a w dłoni kubek z kawą. Pożegnanie było krótkie: gest dłonią, wymuszony uśmiech. Emilia dostrzegła, że kobieta jeszcze przez chwilę patrzy za odjeżdżającym mężem, potem wraca do środka i znika w cieniu korytarza.

Zimno między nimi – pomyślała Emilia ze smutkiem, jednak bez osądzania. Wiedziała, jak wygląda dom, w którym ludzie mówią poprawnie, ale nie czule. I nikt nie zna prawdziwych uczuć pozostałych domowników. Sama przez lata mieszkała w takim.

Upiła łyk herbaty. Napar był już letni, ale jego gorycz przywracała skupienie. Z wnętrza jej domu dobiegało cykanie starego zegara – jednostajny, uspokajający rytm. Emilia odchyliła się na krześle i pozwoliła, by wiatr rozwiewał jej włosy. Miała ochotę wstać, podejść bliżej płotu, ale zaraz poczuła, że to nie byłby dobry pomysł, jeszcze nie teraz. Zamiast tego sięgnęła po notatnik. Na marginesie dopisała kilka słów:

Zosia to delikatność, cisza. Ilęk. Potrzeba światła.

I zaraz pod spodem:

Nie wtrącać się, ale być blisko.

Słońce przesunęło się wyżej, rozlewając po ogrodzie złote smugi. Emilia zamknęła oczy i wsłuchała się w to, co działo się po drugiej stronie płotu. Usłyszała stukanie talerzy – pewnie Wardecka sprzątała po śniadaniu. Potem znów zapadła cisza, taka, jaką trudno znaleźć w mieście – nie całkowita, ale przerywana tylko świergotem ptaków i szumem drzew. Emilia poczuła, jak w niej samej ta cisza panująca w pięknym domu odbija się znajomym echem. Od lat miała wrażenie, że jej życie toczy się między dwoma światami – tym, w którym jest sobą i pomaga innym, oraz tym, z którego dawno uciekła. Obserwując młodą dziewczynę, czuła, że przeszłość wraca w nieoczekiwany sposób. Zosia przypominała ją samą sprzed lat – tę, która wstydziła się mówić, która trzymała w sobie więcej, niż potrafiła udźwignąć.

– Co mam z tobą zrobić, dziecko… – wyszeptała do siebie.

Mandala uniosła głowę, jakby chciała odpowiedzieć. Zodiak podszedł bliżej i położył się u stóp opiekunki. Emilia pogłaskała go po grzbiecie, czując miękkość futra pod palcami. W powietrzu unosił się zapach mięty i wilgotnej ziemi; ogród oddychał, pulsował życiem, którego nie dało się zamknąć w porządku, jak robiła to jej sąsiadka.

Po chwili Emilia wstała. Zeszła po schodkach z tarasu, przeszła przez ogród w stronę krzewów aronii. Gałązki uginały się pod ciężarem czarnych jagód. Zerwała kilka, przyjrzała się im – błyszczały w słońcu jak paciorki. Pomyślała, że może jutro przygotuje z nich sok. Potem spojrzała znów w stronę domu Wardeckich.

W oknie na piętrze ujrzała sylwetkę dziewczyny, która odsunęła firankę. Zosia przez chwilę patrzyła wprost na Emilię, jakby chciała przekazać sąsiadce wiele emocji: wdzięczność, sympatię, a może tylko znak, że żyje. Emilia uniosła dłoń prawie niezauważalnie. Dziewczyna odpowiedziała podobnym gestem, a potem zniknęła w głębi pokoju. Emilia stała jeszcze chwilę w miejscu, z ręką w powietrzu. Czuła niepokój, delikatny, ale niedający spokoju.

W tym domu niedobrze się dzieje – pomyślała.

Ale nie wiedziała jeszcze co ani jak bardzo ją samą to dotknie.

Wróciła na taras. Koty podążyły za nią jak cienie. Usiadła znów na krześle, wzięła do ręki talię i rozłożyła na stole trzy karty tarota. Jedna była odwrócona, druga i trzecia proste. Kobieta obserwowała przez chwilę symbole, jakby chciała zapytać los o odpowiedź. Potem westchnęła i zebrała talię.

– Cierpliwość – powiedziała cicho. – Cierpliwość i światło.

Wtedy z oddali dobiegł dźwięk dzwonka telefonu – stłumiony, z wnętrza domu. Emilia wstała, odsunęła krzesło. Koty spojrzały za nią, jakby wiedziały, że za moment zniknie z tarasu. W progu obejrzała się raz jeszcze na dom sąsiadów. W słońcu błyszczały szyby, odbijając błękit nieba. Nic nie wskazywało, że za tym porządkiem kryje się cokolwiek niepokojącego. A jednak coś w jej wnętrzu drżało – jak dźwięk, którego nie słyszy się uszami, tylko sercem.

Emilia zamknęła za sobą drzwi, ale jeszcze długo w jej myślach pozostawało to okno na piętrze i sylwetka dziewczyny, która na moment odsłoniła firankę, by znów zniknąć za nią jak za teatralną kurtyną.

Lipcowy skwar rozpływał się na szybach biurowca jak cienka warstwa płynnej miedzi, ale w sali konferencyjnej zarządu panował chłód dzięki klimatyzacji. Szkło, stal i mleczne oświetlenie tworzyły wnętrze tak perfekcyjne, że niemal sterylne – jakby firma farmaceutyczna chciała, by nawet architektura przypominała o czystości produktów i rygorze badań. Na długim, ciemnym stole połyskiwały karafki z wodą, kostki lodu przesuwały się w nich leniwie przy najmniejszym ruchu, a obok równo ustawionych szklanek leżały drukowane agendy.

Rafał wszedł jako jeden z ostatnich. Trochę za mocno ściskał teczkę – odruchowo, jakby waga spraw do pilnego domknięcia wymagała większej siły. Marynarkę miał rozpiętą, ale krawat idealnie zawiązany. Uśmiechał się z należytą dozą uprzejmości. Gdy usiadł na wskazanym miejscu, dotknął bransolety zegarka, przesunął go o kilka centymetrów. Ten drobny, niezauważalny dla innych gest, pomagał mu znaleźć równowagę. Wardecki odchrząknął cicho i wygodniej rozsiadł się na swoim miejscu – po prawej stronie od prezesa, o fotel dalej niż dyrektor finansowy.

Prezes, mężczyzna po pięćdziesiątce o siwych skroniach i twarzy ze zmarszczkami, które wyrzeźbiły lata podejmowanych decyzji, zamknął teczkę, a skóra miękko pacnęła o błyszczący blat. Uśmiechnął się szerzej niż zwykle.

– Zacznijmy od spraw przyjemnych – powiedział, spoglądając po zebranych. – Rafale, w imieniu zarządu gratuluję. Kontrakt z siecią prywatnych klinik w Małopolsce to duża sprawa. Wynegocjowałeś dobrą marżę, duże zamówienia i opcję przedłużenia, a wszystko na poziomie, który stawia nas w świetnej pozycji na trzeci i czwarty kwartał. Dobra robota!

W sali rozległ się cichy aplauz, krótkie „brawo” wypowiedziane półgłosem przez dyrektorkę HR, inni skinęli głowami.

Asystent prezesa podał dokumenty szefowi, a ten mruknął z zadowoleniem, prostując spinacz:

– I niech liczby przemówią. Prognozowany przychód roczny z tytułu samego kontraktu to… – wymienił kwotę, która i dla Rafała, choć przecież ją znał, zabrzmiała wprost nieprawdopodobnie. – A jeśli dojdą aneksy na zabezpieczenie rezerw, przebijemy nasz najlepszy wynik sprzed pandemii.

Rafał poczuł, jak napięcie w karku lekko ustępuje, ale nadal był spięty.

Dlaczego? – przemknęło mu przez myśl i w odpowiedzi przez ułamek sekundy zobaczył w wyobraźni kuchnię w domu: filiżankę z niedopitą kawą, wzrok Agnieszki, Zosię. Przywołał jej słowa, że nie dostała się do Krakowa ani do Warszawy.

Szybko zamrugał i wrócił do rzeczywistości. Wszyscy najwyraźniej czekali na jego wypowiedź.

– Dziękuję – powiedział. – Należy jednak pamiętać, że to była praca zespołowa: marketing, prawnicy, logistycy… Bez was nie domknęlibyśmy kontraktu w terminie.

– Skromność to dobra cecha – wtrąciła dyrektorka marketingu, energiczna brunetka z czerwonymi paznokciami, które stuknęły teraz o blat jak krople deszczu o dach. – Ale i tak wszyscy wiemy, że to twój upór przełamał rezerwę prezesa sieci. Te jego obietnice, że zobaczymy po wakacjach, zamieniłeś w podpis pod kontraktem przed wakacjami. A to różnica pół roku sprzedaży.

– Upór i dobra wycena – dodał dyrektor finansowy, podnosząc brew z uśmiechem. – A teraz, skoro wszyscy jesteśmy w dobrych humorach, czas na dopełnienie formalności, czyli dodatkową nagrodę. – Przesunął w stronę prezesa cieniutką kopertę.

Prezes zaś podał ją Rafałowi.

– To voucher na wakacje w dowolnym miejscu. Kwota powinna sprawić, że rodzina będzie zadowolona. – Mrugnął z uśmiechem. – Biuro podróży sprawdzone, w końcu wysyłamy z nimi naszych najlepszych kontrahentów.

Koperta była lekka, ale zawierała wielką obietnicę. Rafał podziękował i schował ją do teczki.

Zasłużyłeś – przemknęło mu przez myśl. Ale zaraz po niej pojawiła się druga, zaskakująca: W domu też chciałbym to usłyszeć.

– A teraz wracamy do pracy i zanim znów zanurzymy się w tabelki – prezes złączył dłonie jak do modlitwy i pochylił się lekko do przodu — musimy ustawić progi minimalne na kolejne miesiące. Ten sukces rodzi też nowe oczekiwania. Rynek szpitalny jest ciągle nerwowy, budżety zmienne, decyzje będą się odwlekać przez wakacyjne nieobecności. Potrzebujemy, Rafale, abyś razem ze swoim zespołem utrzymał poziom.

Słowo „musimy” rozeszło się po sali jak niewidoczna fala. Dyrektor prawny przesunął kartkę, dyrektorka marketingu odchrząknęła znacząco, szefowa działu HR coś zanotowała. Rafał uśmiechnął się lekko i uniósł dłoń w uspokajającym geście.

– Mamy rozpisane trzy ścieżki – zaczął. – Pierwsza: nasilenie działań w dwóch województwach, gdzie wytyczne wojewódzkie sprzyjają naszym planom. Druga: renegocjacje z dwoma hurtowniami, które mogą dać nam przestrzeń w marżach bez podwyższania cen. I trzecia: pilotaż nowych produktów, aby zwiększyć zamówienia w ambulatoriach i recepty na nasze produkty w prywatnych gabinetach.

Mówił spokojnie, rzeczowo, słowa układały się w jasne, chłodne zdania, tak jak wykresy na wyświetlanych slajdach. A jednak gdzieś pod tą powierzchnią skupienia pulsowało wspomnienie poranka: Zosia w kuchni, Agnieszka z wymyśloną chorobą, którą chciała ukryć prawdę. Głośno wypuścił powietrze z płuc i wrócił myślami do sali jak nurek wypływający na powierzchnię.

– Brzmi jak dobry plan – skomentował z uznaniem prezes. – I chcemy, żebyś od sierpnia zaczął go realizować. Przejmiesz też nadzór nad pozostałymi zespołami. Menedżerowie cię znają, pomożesz im, podpowiesz co i jak. Dostaniesz też dwóch młodszych menedżerów do wdrożenia. – Urwał na moment, po czym dodał stanowczo: – Liczymy na ciebie.

To ostatnie zdanie niosło w sobie ciężar. Rafał poczuł, jak mimo chłodu klimatyzacji robi mu się gorąco. Ale uśmiechnął się i skinął głową.

– Biorę to – powiedział, świadomy, że w tej firmie zgoda jest tylko potwierdzeniem oczywistości. – Poproszę o jasne wytyczne dotyczące celów i zielone światło na ruchy cenowe w portfelu szpitalnym.

– Dostaniesz – odparł dyrektor finansowy. – Ale budżet się nie rozciągnie jak guma do żucia, pamiętaj. Pilnuj, żeby nie przesadzić z rabatami.

Dyrektor prawny dorzucił swoje:

– I żadnego łamania zasad. Znasz nasze standardy: zero niestandardowych gestów. Papiery muszą się zgadzać.

Teraz przyszła kolej na marketing. Na ekranie wyświetlił się slajd z kolorowymi ilustracjami.

– Zrobimy cichy PR wokół innowacji, które stoją za nowymi produktami. Portal branżowy, wywiad z ordynatorem z autorytetem. Ludzie lubią historie o skuteczności. Zwłaszcza w sierpniu, kiedy brakuje tematów.

Przez chwilę wszyscy przedstawiali swoje propozycje i uwagi: o wysyłkach, o magazynach, o terminach. Szum zdań łączył się z mruczeniem klimatyzacji i szelestem pióra na papierze. Rafał notował, podkreślał, stawiał znaczniki. Zauważył na paznokciu lewej dłoni niewielką smugę atramentu – drobiazg, który jednak paradoksalnie go uspokoił.

Dam radę – pomyślał.

– Ostatnia sprawa. – Prezes uniósł dłoń i natychmiast w sali zapanowała cisza. – Rafał, weź wolne dwa tygodnie po piętnastym. Odpocznij, wyjedź, zbierz siły. Mamy sierpień przed sobą, wszyscy wiemy, jak to wygląda i jaką gimnastykę trzeba będzie uprawiać, żeby zrealizować plany.

– Dziękuję, ale… – zaczął Rafał, bo przecież Agnieszka planowała urlop we wrześniu.

– Bez „ale” – przerwał mu prezes. – Od roku nie miałeś jeszcze urlopu dłuższego niż weekend.

Po piętnastym – powtórzył Rafał w myślach i natychmiast zobaczył Agnieszkę z katalogiem biura podróży i białe plaże Zanzibaru. Poczuł lekki skurcz gdzieś pod mostkiem, krótkie mgnienie dyskomfortu, jak uścisk niewidzialnej dłoni. Potarł kark, wypił łyk wody. Kostka lodu dotknęła wargi – zaskakująco zimna, ale orzeźwiająca.

– To co, panowie i panie – prezes roześmiał się krótko – kończymy. I zaczynamy robotę. Rafał, jeszcze raz: gratulacje. I… witaj w rozgrywce na wyższym poziomie.

Uściski dłoni, powściągliwe uśmiechy, wymiana spojrzeń, które mówią: „Będziemy cię teraz bacznie obserwować”. Rafał stał, ściskał kolejne dłonie, powtarzał podziękowania.

Kiedy wyszedł na korytarz, uderzyło go lipcowe światło – nawet przez szyby i rolety było intensywne, ciężkie, prawie lepkie. Odetchnął głębiej. Pod palcami poczuł chropowatość teczki. Przypomniał sobie o kopercie schowanej w środku.

Premia – słowo było jak kamyk wrzucony do wody, gdy koła rozchodzą się daleko, ale sam kamyk szybko znika z oczu. Pomyślał znowu o Zosi. Rano oznajmił ze spokojem i z najlepszą intencją, że córka będzie studiować medycynę, ale w Kielcach. A jednak wiedział, że w ich rodzinie nie ma przyzwolenia na półśrodki: urlop w lipcu czy medycynę w Kielcach. Agnieszka szuka konkretnych obrazów, nie zadowolą jej rozmazane akwarele.

Przystanął przy oknie i spojrzał na rozedrgane od upału miasto. Na parkingu, jak łuski ryb, błyszczały dachy samochodów. Znowu poczuł ukłucie w piersi – niezbyt mocne, ale niepozwalające się zlekceważyć. Przymknął powieki, policzył do pięciu, otworzył je znowu. Zegar na ścianie przesunął się o kolejną minutę. Kłucie ustało.

Poprawił krawat, schował dłoń do kieszeni spodni i ruszył korytarzem w stronę wind. Była jedenasta dwadzieścia dwie w lipcowe, jasne przedpołudnie. Przed nim – rozpisane ścieżki wzrostu, za nim – sala, w której gratulacje brzmiały jak fanfary i zobowiązania równocześnie. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim, w cieniu, czaiło się pytanie, jakie zadaje sobie człowiek, który wygrywa rundę: czy starczy mu sił na następne starcie?

Wieczór osiadał na domu miękką warstwą lipcowego ciepła, które przez cały dzień grzało mury, a teraz leniwie oddychało wraz z nim, jakby ściany miały własny, spowolniony puls. W salonie Wardeckich paliła się jedna lampa. Mleczny klosz rozlewał światło o barwie rozcieńczonego miodu, wydobywając połysk z drewnianego blatu niskiego stolika i z pikowanego zagłówka kanapy widocznego przez szerokie drzwi z korytarza. Za oknami czerniała ściana ogrodu, tylko na niebie, przy linii drzew, utrzymywał się klarowny pas kobaltu. W kuchni cicho brzęczała zmywarka – jak dalekie morze, którego fale rozbijają się o brzeg.

Agnieszka stawiała na stoliku szklanki z wodą tak precyzyjnie, jakby ustawiała pionki przed ważną partią. Miała na sobie cienką, jasną sukienkę, włosy zebrała w wysoki kok, usta musnęła bezbarwnym błyszczykiem. Każdy jej gest wyrażał panowanie nad sytuacją – od poprawienia fałdy obrusu po delikatne przesunięcie szklanki. Rafał już siedział w fotelu; rozluźnił krawat, podwinął mankiety koszuli. Sprawiał wrażenie zmęczonego, lecz czujnego. Choć telewizor był wyłączony, Wardecki w dłoni obracał pilota – bezpieczny rekwizyt mężczyzny, który wolałby włączyć mecz, ale wiedział, że dziś nie jest na to właściwy czas.

– Porozmawiajmy – powiedziała Agnieszka, zanim jeszcze usiadła. Właściwie nie prosiła, tylko oznajmiała. – Nie chcę odkładać tego do jutra ani słuchać kolejnej wymówki.

Rafał skinął głową. Odłożył pilota, splótł palce. Milczenie żony przeciągnęło się jeszcze ułamek sekundy, więc sam zaczął ostrożnie:

– Zosia… Wydaje mi się, że też ją dotknęło to wszystko. Na pewno przeżywa sytuację. Musimy uważać na słowa. To wrażliwa dziewczyna…

– Wrażliwa? – Agnieszka uniosła brwi. – Wrażliwa to mogła być w podstawówce. Teraz jest dorosła. Dorosła i odpowiedzialna. A przynajmniej powinna być.

Usiadła naprzeciw, wyprostowana, z kolanami złączonymi jak podczas oficjalnego spotkania. Przez sekundę przyglądała się własnemu odbiciu w lśniącej powierzchni stołu, po czym odchrząknęła.

– Trzeba ustalić spójną narrację. Prawda jest taka, że Zosia zostaje w Kielcach. I prawda jest taka, że nie możemy tego zostawić bez komentarza. Ludzie będą pytać. Rodzina, znajomi, sąsiedzi. W pracy. Wszędzie.

– Ludzie zawsze pytają – odparł Rafał. – Taka ich natura. Ale to nie znaczy, że muszą dostać odpowiedź.

– Nie bądź naiwny. – Ucięła. – Odpowiedzi i tak sobie znajdą. Wolę mieć nad tym kontrolę. Mówimy więc, że powodem są względy zdrowotne. Bez szczegółów. Migreny, zaburzenia równowagi… Jeszcze nie zdecydowałam, ale cokolwiek, co jest wiarygodne. Lekarze zalecili, by nie wyjeżdżała przynajmniej przez rok. Koniec tematu.

Rafał spojrzał w okno. Jakiś owad zamigotał przy szybie, a z oddali dobiegł odgłos silnika skutera.

– A co, jeśli ona nie będzie chciała tak mówić? – zapytał. – Może nie zechce udawać? Może powie prawdę?

Agnieszka parsknęła cicho.

– Prawdę? Prawda jest taka, że dostać się na medycynę to trudne zadanie. Ale ona miała na nie cztery lata. Skoro zawiodła, musimy to wyprostować. Wizerunkowo. Dla niej. Dla nas. – Zrobiła krótką pauzę. – I nie zamierzam tłumaczyć każdemu, że jej nie poszło.

– Wyprostować wizerunkowo… – powtórzył mąż. – Agnieszko, to nie kampania produktowa. To nasze dziecko.

– Właśnie dlatego – odparła bez wahania. – Chcę, żeby było chronione. Świat lubi się mścić za najmniejsze błędy. Zanim się obejrzysz, ktoś w pracy rzuci uwagę, ktoś na rodzinnym spotkaniu zapyta, co poszło nie tak. Zacznie się gadanie. Krytyka. I co? Mamy na to pozwolić?

Zacisnęła usta. Na moment lekko zwilżyła je koniuszkiem języka, jakby łagodziła słowa, które wyszły zbyt ostre. Sięgnęła po szklankę, upiła łyk wody.

– Rozumiem twój lęk – powiedział spokojnie Rafał. – Naprawdę. Ale… – szukał odpowiednich słów – …ale jest też coś takiego jak konsekwencja kłamstwa. W domu. Między nami. Między Zosią a nami. Wiesz, jak to się rozrasta. Jedno kłamstwo wymusza kolejne, potem ktoś pyta o terapię, o lekarza, o dokumenty…

– A my mówimy, że to sprawy prywatne – weszła mu w słowo. – I kropka.

– Dla ludzi nie ma kropek – odparł.

Uśmiechnęła się chłodno. Takim uśmiechem ucinało się dywagacje na zebraniu: dobrze, dość metafor, przejdźmy do faktów.

– Konkret jest taki – wyliczyła na palcach – że zaraz mamy wesele u kuzynów. Przyjedzie ciotka z Radomia. W sierpniu wybieramy się do Warszawy do twoich rodziców, a tam każdy zapyta o studia Zosi. Mam opowiadać bajki? Historia o zdrowiu daje nam parasol ochronny. Jedno zdanie i koniec.

Rafał powiódł wzrokiem po salonie, jakby szukał wsparcia w martwych przedmiotach. Na komodzie migało czerwone światełko ładowarki, w misie leżały dojrzałe morele, pachnące aż nazbyt słodko. Pomyślał o rowerze stojącym w garażu, o leśnej drodze, która zaczynała się tuż za miastem. Pomyślał o ciszy.

– A jeśli… – zaczął znowu. – Jeśli spróbujemy inaczej: powiemy, że wybrała Kielce, bo chce być blisko domu? Nie kłamstwo, nie tłumaczenie. Po prostu decyzja.

– Decyzja podyktowana czym? – Agnieszka oparła łokcie o stół, zniżyła głos. – Ona sama nie potrafi tego uargumentować. A jeśli zacznie? Wymyśli jakąś bzdurę, której będziemy się wstydzić. Wolisz to?

Rafał skrzywił się ledwie dostrzegalnie.

– Wiesz – odezwał się po chwili łagodnie – ja bym chciał, żebyśmy dali jej trochę przestrzeni. I czasu. Tydzień, dwa. Żeby sama zrozumiała, jak i co najlepiej mówić. Nie dokładajmy jej teraz ciężaru. Bo inaczej będziemy ją mieć przeciwko sobie, nie przy sobie.

– Przestrzeń… – Agnieszka wyprostowała plecy jeszcze bardziej. – Dobrze. Dostanie czas na nauczenie się tego, że rodzina to wspólny front. Nie wystawiamy się na strzały. Nie zostawiamy żadnej szczeliny dla plotek. Jeśli dziś rano już coś palnęła komukolwiek – dodała, a w jej głosie zabrzmiała ostrożna, ale twarda nuta – to będziemy musieli to jakoś odkręcić. Od teraz obowiązuje jedna wersja: problem ze zdrowiem. I tyle.

Ktoś na górze – może Eliza – przestawił krzesło. Dźwięk przerwał rozmowę, Rafał drgnął.

– Agnieszko – zaczął jeszcze raz – nie chcę się z tobą kłócić. Naprawdę. I wiem, że działasz z troski. Ale pamiętaj: słowa budują albo palą mosty. Nie spalmy Zosi drogi powrotu do nas, jeśli wybierze inaczej.

Żona patrzyła na niego długo. W tym spojrzeniu nie było gniewu, raczej twarde przekonanie. Przesunęła opuszką palca po linii blatu, jakby podkreślała zdanie na niewidzialnym dokumencie.

– Dobrze – powiedziała w końcu, cedząc słowa. – Nie będziemy niczego specjalnie rozgłaszać. Ale jeśli ktokolwiek zapyta mnie bezpośrednio, odpowiem, że Zosia zostaje w Kielcach z powodów zdrowotnych. I oczekuję, że powiesz to samo. Jedna wersja. Wspólny front.

Rafał skinął głową tak wolno, jakby wiele go to kosztowało.

– Dobrze – wyszeptał. – Nie będę się z tobą dzisiaj spierał.

Agnieszka odetchnęła. Sięgnęła po szklankę, przesunęła ją ku środkowi stolika. Wstała.

– Jutro rano ustalę termin wizyty u neurologa. Niech będzie ślad. Zawsze ktoś może spytać – oświadczyła tonem organizatorki, która już układa plan.

Rafał przymknął oczy. Zobaczył przed sobą las, krętą drogę, punkt, w którym zawsze zsiadał z roweru, żeby posłuchać wiatru. Uniósł powieki. Agnieszka już sięgała po telefon. W jej profilu, oświetlonym miodowym światłem lampy, rysowała się determinacja, którą znał od lat i która tyle razy prowadziła ich do życiowych zwycięstw.

– Zrób, jak uważasz – powiedział cicho. – A ja porozmawiam jutro z Zosią. Sam. Bez presji. Chcę, żeby wiedziała, że może do mnie przyjść w każdej chwili. I powiedzieć mi wszystko.

Nawet to, czego ty nie chcesz usłyszeć – dodał już w myślach.

Nie odpowiedziała. Skinęła jedynie głową i zgasiła lampę. Salon na moment zanurzył się w półmroku, z którego wyszli osobno: ona do sypialni z listą spraw do załatwienia w głowie, on do łazienki, aby pod prysznicem zmyć z siebie to lipcowe powietrze, które nagle stało się zbyt gęste, by swobodnie oddychać.

Rafał Wardecki siedział w swoim przeszklonym gabinecie na trzecim piętrze biurowca, wpatrując się w wykresy na monitorze. Linie rosły, opadały, falowały w rytm niestabilnych notowań rynku. Czuł, że od kilku tygodni wszystko wymyka mu się spod kontroli. Targety, raporty, zestawienia mnożyły się jak chwasty po deszczu. Zespół liczył teraz piętnaście osób, ale pracy było jak dla trzydziestu, a po ostatnim zebraniu zarządu jeszcze jej przybyło.

Zegarek wskazywał dopiero dziesiątą rano, a mężczyzna miał wrażenie, że dzień trwa już wieczność. Oparł łokcie o biurko, przetarł twarz dłońmi i westchnął. W żołądku czuł nieprzyjemne pieczenie. Śniadanie zjadł w biegu, stojąc przy blacie kuchennym, a kawa z automatu tylko dolała oliwy do ognia. Serce biło nierówno, jakby co jakiś czas gubiło rytm, ale zignorował to jak zawsze. Przemęczenie – pomyślał, sięgając po szklankę z wodą.

Przez uchylone drzwi słychać było rytmiczne stukanie klawiatur, szelest papierów i nerwowe rozmowy. Otwarte biuro tętniło energią – mieszaniną ambicji i napięcia. Rafał wiedział, że ludzie uważnie go obserwują. Wystarczyło jedno jego słowo, by morale poszło w górę albo runęło jak domek z kart. Musiał być twardy.

Do jego biura weszła Marta, jego zastępczyni – drobna kobieta po trzydziestce, z ciemnym koczkiem i wiecznym napięciem na twarzy.

– Szefie, dział handlowy przesłał nowe dane – powiedziała, kładąc segregator na biurku. – Mamy pięć procent poniżej planu za pierwsze dwa tygodnie lipca. Nowego planu – dodała.

Podniósł na nią wzrok, z którego wyczytała niezadowolenie.

– Ale jak pociśniemy w tym tygodniu, możemy to odrobić – zapewniła szybko.

– „Pociśniemy” to słowo klucz – mruknął Wardecki, otwierając plik na monitorze. – Zwołaj zebranie zespołu za piętnaście minut. Każdy musi wiedzieć, że nie ma miejsca na wymówki.

Marta skinęła głową, ale w jej oczach mignęło coś niepewnego.

– Jasne. Tylko… ludzie są zmęczeni. Mówią, że tempo jest nieludzkie.

Rafał uniósł wzrok znad dokumentów.

– Wszyscy jesteśmy zmęczeni – odparł z pozornym spokojem. – Ale to końcówka miesiąca. Albo teraz, albo nigdy.

Kiedy został sam, zamknął na chwilę oczy. W głowie zabrzmiał mu głos Agnieszki z wczorajszego wieczoru. Był zbyt znużony, by kontynuować tamtą rozmowę, ale wciąż czuł, że nie tak to wszystko powinno wyglądać. Teraz słowa żony powróciły, kłujące jak drzazga.

Nie mam siły na kłótnie – stwierdził w duchu, jakby sam siebie usprawiedliwiał. Miał obowiązki. Pracowników, wyniki, zarząd, który go kontrolował. A teraz zebranie zespołu.

Po piętnastu minutach sala konferencyjna wypełniła się ludźmi. Atmosfera była gęsta, powietrze ciężkie od zapachu kawy i dezodorantów. Rafał stanął na środku, z dłońmi opartymi o blat stołu.

– Słuchajcie – zaczął, przesuwając spojrzeniem po twarzach. – Mamy tydzień na wyrównanie wyników. Wiem, że jest trudno, ale musimy dać z siebie więcej. Wszyscy.

Kilka osób wymieniło spojrzenia. Ktoś westchnął.

– Panie Rafale, my już pracujemy po dziesięć godzin – odezwał się Jarek, młody handlowiec z podkrążonymi oczami. – Ludzie są wykończeni.

Rafał przybrał spokojny ton, choć czuł, jak coś w nim drga.

– Wiem, Jarek. Ale taka jest rzeczywistość. Jeśli nie dowieziemy wyniku, będą cięcia. Wtedy dopiero zrobi się ciężko. I o premiach będziecie mogli zapomnieć.

Na moment w sali zapadła cisza. Wardecki widział w oczach ludzi strach i rezygnację, ale też cień determinacji. Wiedział, że potrafią więcej, że jeśli pokaże im cel – pójdą za nim.

– To tylko tydzień. Potem złapiemy oddech – dodał z wymuszonym uśmiechem.

Kiedy wszyscy rozeszli się do swoich biurek, osunął się na krzesło, przetarł kark. Miał wrażenie, że powietrze w biurze jeszcze bardziej zgęstniało. Gdzieś w głowie dudnił tępy ból, a przed oczami zobaczył mroczki. Złapał się za blat, czekając, aż zawroty głowy miną.

Nie teraz – pomyślał, prostując się z trudem. – Nie mam czasu na słabość.

Telefon zadzwonił. Spojrzał na ekran – Agnieszka. Zawahał się, po czym odrzucił połączenie. Chwilę później przyszła wiadomość: Zosia nie wychodzi zpokoju. Porozmawiamy wieczorem.

Rafał zacisnął zęby. Przez chwilę miał ochotę rzucić telefonem, ale odłożył go na biurko. Wstał, podszedł do okna. Z góry widział parking, ludzi wchodzących i wychodzących z budynku. Każdy dokądś pędził. W odbiciu szyby dostrzegł własną twarz: bladą, z podkrążonymi oczami, starszą, niż chciałby przyznać. Poprawił krawat, choć był dobrze zawiązany.

Jeszcze tylko ten kwartał – powtarzał w myślach jak zaklęcie.

Zza drzwi dobiegł śmiech młodych pracowników, którzy chwilę wcześniej słuchali go z kamiennymi twarzami. Rafał uśmiechnął się krzywo. Może i mieli rację, że świat nie kończy się na tabelkach. Ale dla niego – teraz – kończył się właśnie tam.

Wchodząc do swojego gabinetu, musiał oprzeć się o framugę drzwi, bo poczuł, że coś w środku pulsuje z niepokojącą siłą. Serce znów zabiło nierówno, oddech się spłycił. Wardecki szybko podszedł do biurka, napił się zimnej kawy i odsunął od siebie myśl o chorobie, o odpoczynku, o wszystkim, co mogło go spowolnić.

Przetrwać do końca kwartału – tylko to się liczyło.