Zastraszeni - Dulewicz Joanna - ebook
NOWOŚĆ

Zastraszeni ebook

Dulewicz Joanna

4,2

190 osób interesuje się tą książką

Opis

Makabryczne morderstwa, które dzieli trzydzieści lat, a łączy niemal wszystko...

Niedługo po awansie w szeregach policji Patryk Wroński ma poprowadzić wyjątkowo trudną sprawę. W województwie świętokrzyskim na przestrzeni kilku miesięcy zostają odnalezione kolejne fragmenty ludzkiego ciała. Trop prowadzi do byłego ormowca, którego trzydzieści lat wcześniej podejrzewano o dokonanie podobnej zbrodni. Ofiarą był wówczas brat inspektor Leny Chmiel – przełożonej Wrońskiego.

Eryka Olbracht, szefowa prywatnego szpitala, od dłuższego czasu dostaje niepokojące wiadomości od swojego męża, który ukrywa się przed policją. Kiedy ten doprowadza do porwania jej matki, kobieta podejmuje ryzykowną grę, w której stawką są nie tylko olbrzymie pieniądze, ale i ludzkie życie.

Jak się okazuje, jedna i druga sprawa ściśle się ze sobą łączą, jednak w zupełnie inny sposób, niż mogłoby się wydawać. Obydwie stanowią przy tym zaledwie przedsionek brudnego i bezwzględnego świata, w którym człowiek jest wyłącznie towarem.

Kontynuacja doskonale przyjętej powieści kryminalnej Zakłamani polecanej przez plejadę autorów polskiego kryminału: Martę Guzowską, Magdę Stachulę i Roberta Małeckiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 476

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Joanna Dulewicz, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Karolina Borowiec-Pieniak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Fotografia autorki: Daniel Gołębiowski

Fotografia na okładce: Malivan_Iuliia / Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-22-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Kruk krukowi oka nie wykole,

ale lubi, gdy to ktoś inny robi.

Maryla Wolska

Prolog

Uderzenie było mocne. Przynajmniej jej tak się wydawało. Nie jechała na szczęście szybko. Na ciągnącej się tuż pod lasem wąskiej, gruntowej drodze nie było to możliwe. Dodatkowe utrudnienie stanowił brak jakiegokolwiek oświetlenia, a tej nocy nawet księżyc nie chciał wyjrzeć zza gęstych chmur.

Dostrzegła tego człowieka w ostatniej chwili. Nie miała pojęcia, czy cały czas poruszał się wzdłuż pozbawionej pobocza drogi, czy wyłonił się z lasu, czy też może wyszedł jej przed maskę, przemierzywszy wcześniej rozciągające się po prawej stronie pola.

Sylwia Doll wbiła hamulec o ułamek sekundy za późno. Mimo zapiętego pasa uderzyła głową o kierownicę, słysząc jednocześnie charakterystyczny, głuchy dźwięk. Na moment przymknęła oczy. Po jej ciele przebiegł dreszcz przerażenia.

Z sylwestrowej imprezy urwała się wcześniej. Posprzeczała się z Adamem, jak zwykle o jakąś głupotę, i coś podkusiło ją, żeby właśnie poprzez spektakularne wyjście z zabawy pokazać mu swoją wyższość. Było to niewątpliwie głupie i dziecinne, ale po kilku drinkach miała zaburzoną ocenę sytuacji. Świadczyło o tym choćby to, że mimo wszystko zdecydowała się wracać do domu samochodem. Uznała, że jeśli dotrze do Skarlecina mało uczęszczaną polną drogą, biegnącą cały czas wzdłuż lasu, nic złego jej się nie przytrafi. Teraz uświadomiła sobie, jak bardzo się myliła.

Powoli podniosła powieki. Za przednią szybą panowała ciemność. Dziewczyna jęknęła w duchu. Czym prędzej odpięła pas, odruchowo sięgnęła po komórkę leżącą na siedzeniu pasażera i otworzyła drzwi auta. Na zewnątrz nie słyszała niczego poza dalekim pohukiwaniem sowy i cichym szmerem wiatru w gałęziach drzew.

Powoli wysiadła. Czuła, że mimo mroźnej pogody wzdłuż kręgosłupa spływa jej strużka potu. Przed maską jej nowego mini hatcha leżało coś dużego i ciemnego. Podchodząc, przez chwilę miała jeszcze irracjonalną nadzieję, że to jednak leśne zwierzę, a nie człowiek. Jeden rzut oka wystarczył, by ją rozwiać.

– Boże w niebiosach, miej mnie w opiece – jęknęła. – Żyje pan? – zapytała, przykucając obok leżącego mężczyzny. W świetle samochodowych reflektorów dostrzegła w jego krótko przystrzyżonych włosach krew.

– Proszę pana? – Wyciągnęła dłoń i lekko dotknęła miękkiej, puchowej kurtki, w którą był ubrany. Nie doczekała się żadnej reakcji. Człowiek leżał twarzą do ziemi. Sylwia nie była w stanie stwierdzić, czy oddycha.

Bezradnie rozejrzała się wokoło. Ani żywej duszy, pomyślała, a po chwili uświadomiła sobie, że w tej sytuacji podobne stwierdzenie może być cokolwiek niefortunne. Wzięła kilka głębokich wdechów. Mimo to nie była w stanie nawet odrobinę się uspokoić.

Nie podnosząc się, odblokowała wyświetlacz telefonu. Drżącymi dłońmi zaczęła wybierać numer alarmowy. Nigdy dotąd nie przyszło jej do głowy, że naciśnięcie trzech cyfr może okazać się aż tak trudne. Nim jednak wycelowała palcem w zieloną słuchawkę, leżący przed nią człowiek się poruszył.

– Zostaw to – warknął, podnosząc się tak gwałtownie, że dziewczyna z wrażenia upuściła telefon.

Mężczyzna momentalnie kopnął go pod samochód. Był wysoki i – jak jej się zdawało – dość dobrze zbudowany. Choć to może strach sprawiał, że wydał jej się właśnie taki. Prawą dłonią zaczął masować lewe ramię. Jego twarz była ubrudzona ziemią zmieszaną z krwią. Oczy błyszczały w ciemności.

– Przepraszam – jęknęła Sylwia, wciąż nie mogąc ochłonąć z wrażenia. – Nie widziałam pana. Naprawdę! Nic się panu nie stało? – trajkotała niczym mała, wystraszona dziewczynka.

Próbowała wstać, ale mężczyzna popchnął ją z całej siły. Upadła na plecy.

– Ja nie… – podjęła, ale właściwie nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Świat wokół niej zaczął nagle wirować. Nieznajomy patrzył na nią przez chwilę, po czym kopnął ją w bok tak mocno, że zawyła z bólu. Kolejne kopnięcia sprawiły, że niemal straciła przytomność. Próbowała się odwrócić, ale chwycił ją prawą ręką za włosy i zaczął szarpać tak, jak gdyby w ten właśnie sposób chciał ukarać ją za to, że go potrąciła. Nie była w stanie się bronić, mężczyzna był zbyt silny. Poza tym jej ciało z każdą chwilą stawało się coraz bardziej bezwładne. Czuła, że ogarnia je jakiś dziwny paraliż i że nie jest już w stanie wykonać żadnego ruchu. Wiedziała, że tak właśnie działa strach.

Cały czas pochylając się nad nią, mężczyzna zaczął ją policzkować. Już po kilku uderzeniach Sylwia poczuła w ustach słodki, metaliczny smak własnej krwi. Skupiła się na nim, by odwrócić uwagę od przeszywającego ciało bólu. Nie wiedziała, jak długo to wszystko trwało.

W pewnym momencie nieznajomy przerwał. Niemal zastygł z dłonią wyciągniętą, by zadać kolejny cios. Sylwia zamrugała oczyma. Nie rozumiała, co się stało.

Mężczyzna wyprostował się i rozejrzał wokół siebie. Podążyła za jego wzrokiem, nie dostrzegła jednak nikogo. Jeśli nie liczyć ich dwojga, droga była zupełnie pusta. Ponownie spojrzała na jego twarz. Zauważył to i natychmiast odwrócił głowę. Później wymierzył jej jeszcze niezbyt mocnego kopniaka. Po chwili zaś odwrócił się i ruszył w stronę lasu.

Dziewczyna spróbowała się podnieść. Bolało ją dosłownie wszystko. Twarz zdawała się puchnąć z każdą chwilą. O dziwo jednak udało jej się stanąć na nogach. Z trudem łapała oddech, ale nie wydawało jej się, by miała cokolwiek złamane. A przynajmniej żywiła taką nadzieję.

Nagle mężczyzna zatrzymał się, zawrócił, po czym znów do niej dopadł. Chwycił ją jedną ręką za szeroki kołnierz eleganckiego płaszcza i mocno nią potrząsnął.

– Niech ci nie przyjdzie do głowy mówić komukolwiek o tym, co się tu stało – syknął. Sylwia szeroko otworzyła oczy z przerażenia. – Jeśli ktokolwiek się o tym dowie, to przysięgam, że zabiję i ciebie, i twojego kochanego tatuśka. Pojęłaś?

Odruchowo kiwnęła głową. To, co usłyszała po chwili, wprawiło ją w jeszcze większe zdumienie.

– Nie myśl sobie, głupia dziwko, że bycie córunią tutejszego komendanta w czymkolwiek ci pomoże. Jeśli się dowiem, że puściłaś parę z gęby, to urządzę cię tak, że to dzisiejsze wyda ci się słodką pieszczotą – wycharczał jej w twarz, a następnie chwycił ją za włosy i uderzył jej głową o szybę samochodu. Oczy zaszły jej mgłą.

Kiedy ją puścił, Sylwia osunęła się na ziemię. Gdy w końcu odzyskała jasność widzenia, dostrzegła przed sobą eleganckie męskie buty. Jeden z nich po chwili wylądował na jej twarzy, przygwożdżając ją do ziemi. Na szczęście był to już ostatni cios, który poczuła.

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

1

Kobieta w ciemnym flauszowym płaszczu szła szybko wzdłuż Silnicy, niewielkiej rzeki przepływającej przez Kielce. Obcasy jej eleganckich, skórzanych kozaków stukały o bruk. Spod kaptura, który przytrzymywała dłonią, co chwilę wysuwały się kosmyki długich, jasnych włosów.

Wieczór był zimny i dżdżysty, a silny wiatr potęgował uczucie chłodu. Kobieta żałowała, że nie pojechała na spotkanie autem. Nie musiałaby teraz, w taką paskudną pogodę, przemierzać pieszo tych kilku kilometrów, które dzieliły gabinet doktora Kordyłowicza od jej mieszkania. Z drugiej strony wiedziała, że i tak nie byłaby w stanie prowadzić. I nie chodziło tylko o wypity alkohol.

Wspomnienia przywoływane podczas sesji terapeutycznych nie należały do przyjemnych. Nieżyjący już ojciec, który skrzywdził ją w dzieciństwie, toksyczna matka, z którą wciąż nie mogła znaleźć wspólnego języka, oraz mąż zaginiony dwa lata wcześniej, a od roku poszukiwany międzynarodowym listem gończym – można by tym wszystkim obdzielić kilka osób. I wciąż nie był to jeszcze koniec listy problemów, z którymi mierzyć musiała się Eryka Olbracht.

Poza tym szefowa jednego z dobrze prosperujących kieleckich prywatnych szpitali wybitnie nie lubiła mówić o sobie. Wiedziała jednak, że bez profesjonalnej pomocy nie poradzi sobie z wyniszczającymi ją wewnętrznie demonami.

Zespół lęku uogólnionego – taką diagnozę postawił jej psychiatra. Nie musiał tego robić. Eryka sama już dawno była w stanie stwierdzić, że cierpi z powodu tego zaburzenia. Uporczywe czarne myśli, ciągłe poczucie zagrożenia i związane z nim utrzymywanie organizmu w stanie permanentnej czujności oraz stałe oczekiwanie najgorszego, a niekiedy wręcz paraliżujący lęk – takie objawy towarzyszyły jej od najmłodszych lat. Sama nie potrafiła ani odkryć ich źródła, ani tym bardziej się z nimi uporać. Stała się jednak mistrzynią w ukrywaniu tego, co działo się w jej wnętrzu. Dlatego większość osób z jej otoczenia postrzegała ją jako energiczną, przedsiębiorczą i w dodatku atrakcyjną kobietę.

Nabrała w płuca zimnego, wilgotnego powietrza i przyspieszyła kroku. Chciała już znaleźć się w swoim mieszkaniu: zdjąć elegancką garsonkę, zmyć makijaż, włożyć szlafrok i kapcie, a później z kubkiem aromatycznej herbaty w jednej, a książką w drugiej dłoni rozsiąść się wygodnie na kanapie i przestać myśleć o tym, co działo się wokół niej: o tych wszystkich głuchych telefonach i anonimowych wiadomościach, które od pewnego czasu otrzymywała.

Rozejrzała się dookoła. W zasięgu jej wzroku nie było żywej duszy. W taką pogodę zapewne wszyscy przyzwoici mieszkańcy osiedla poświęcali się życiu rodzinnemu. Jedynie ona, Eryka, wracała do pustego mieszkania i pustego, roztrzaskanego życia, którego wciąż nie potrafiła naprawić.

Przed sobą widziała już swój apartamentowiec. Rzędy oświetlonych okien układały się w geometryczne wzory. Mimowolnie próbowała nadawać im w myślach nazwy, trochę tak, jak gdyby rozwiązywała swego rodzaju test projekcyjny.

Wiatr wzmagał się z każdą chwilą. Nagie gałęzie rosnących opodal drzew skrzypiały i gięły się tak, jakby lada moment miały zacząć się łamać. Osiedle, za dnia zadbane, wręcz eleganckie, teraz sprawiało upiorne wrażenie.

Mieszkała tu od pół roku. Wygodne trzypokojowe lokum wraz z garażem kupiła na kredyt. Teraz, kiedy wreszcie udało jej się sprzedać dom w rodzinnym Zbijowie, niewielkiej wsi położonej przy północno-wschodniej granicy województwa, łatwiej jej będzie spłacać kolejne raty. Miała jeszcze apartament w Warszawie, ale ten z kolei od lat zajmowała jej matka.

Gdy wreszcie weszła do klatki, odetchnęła z ulgą. Jak zwykle nie czekała na windę. Niespiesznie zaczęła wchodzić po schodach. Mieszkała zaledwie na drugim piętrze i nie należała do osób unikających wysiłku fizycznego.

Dotarłszy na miejsce, sięgnęła do torebki po klucz. Wsunęła go do zamka i natychmiast uświadomiła sobie, że coś jest nie w porządku. Wspomnienia sprzed roku przemknęły przez jej głowę niczym film wyświetlany w przyspieszonym tempie. Uwięzienie w piwnicy własnego domu, szantaż, brutalne pobicie. Do tej pory budziła się w nocy z krzykiem.

Wzięła głęboki wdech, schowała klucz do kieszeni, a później nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły natychmiast.

Przed sobą miała ciemny przedpokój własnego mieszkania. Z salonu sączyła się jednak cienka strużka bladoniebieskiego światła. Mogłoby się wydawać, że to poświata ulicznych latarni wpadająca przez niezasłonięte okna. Tak właśnie można by pomyśleć, gdyby nie to, że drzwi wejściowe nie były zamknięte na klucz.

Ktoś najwyraźniej był w jej mieszkaniu.

Przez chwilę zastanawiała się, co powinna zrobić: szukać pomocy u sąsiadów, zadzwonić po policję, zacząć krzyczeć… Szybko porzuciła wszystkie te pomysły. Przestąpiła próg i weszła do środka.

Drgnęła, gdy drzwi głośno zatrzasnęły się za jej plecami. Niemal w tym samym momencie usłyszała hałas dobiegający z któregoś z pokoi.

Instynktownie się odwróciła, sama nie wiedząc, czy chce sięgnąć do włącznika światła, czy może chwycić za klamkę i wydostać się na korytarz. Zrobiła krok i potknęła się o coś, co leżało na podłodze, a czego na pewno nie było w tym miejscu, gdy rano opuszczała mieszkanie.

Eryka zachwiała się i niechybnie by upadła, gdyby nie to, że ktoś z tyłu chwycił ją i podtrzymał.

Towarzyszące jej napięcie natychmiast zelżało. Uśmiechnęła się pod nosem.

– Niech zgadnę: znów wyłączono u ciebie prąd, mam rację? – zapytała, wyplątując się z ramion Patryka Wrońskiego. Włączyła światło, a później zaczęła rozpinać płaszcz. Stojący przed nią wysoki młody mężczyzna uśmiechnął się ciepło. Był szczupły, a jego twarz, mimo dość ostrych rysów, miała w sobie coś niezwykle sympatycznego.

– Tak się złożyło – odparł, patrząc na nią niewinnie. Później pochylił się i przesunął pod drzwi swoje buty, o które Eryka potknęła się przed chwilą.

Kobieta pokręciła głową z udawaną dezaprobatą. Jakiś czas temu w kamienicy, w której Wroński wynajmował mieszkanie, wymieniano instalację elektryczną. Miał wtedy mnóstwo pilnej pracy. Żeby nie musiał spędzać w komendzie całej doby, Eryka zaproponowała mu, by zabrał laptop i wszystko, czego potrzebuje, i na te dwa lub trzy dni zainstalował się w jej salonie. Obiecała, że w podobnych awaryjnych wypadkach udzieli mu gościny. Dała mu nawet komplet kluczy do swojego mieszkania. Po tym wszystkim, co kiedyś dla niej zrobił, czuła się mu naprawdę zobowiązana. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła. Prawda była jednak nieco inna.

W ciągu ostatniego roku bardzo zbliżyli się do siebie. Za bardzo – jak powtarzała sobie niemal każdego dnia. Eryka była przekonana, że w jej sytuacji powinna raczej robić wszystko, by ich relacja przypadkiem nie przekroczyła granic przyjaźni. Nie czuła się gotowa na nowy związek, wciąż była jeszcze niepoukładana wewnętrznie. Po wszystkim, co ją spotkało, nie potrafiła tak po prostu otworzyć się i zaufać. Bała się też, że myli wdzięczność z czymś więcej. Nie chciałaby skrzywdzić Patryka, a im częściej ze sobą przebywali, tym silniejsze miała wrażenie, że naprawdę bardzo mu na niej zależało. Starała się znaleźć złoty środek i okazywać mu serdeczność, ale jednocześnie nie podsycać nadziei chłopaka. Musiała przyznać, że nie było to dla niej najłatwiejsze. Wiedziała jednak, że zdjęcie czy chociażby uchylenie maski obojętności wiązałoby się z jeszcze większymi trudnościami, z którymi mimo terapii wciąż nie miała siły się mierzyć.

– Ale to już czwarty raz w ciągu dwóch tygodni – zauważyła. – Biorąc pod uwagę, że w tym czasie było Boże Narodzenie i Nowy Rok…

– Skarżysko-Kamienna to nie Kielce – przerwał jej, uśmiechając się szeroko. – Tam takie sytuacje jak brak prądu zdarzają się częściej – dodał niewinnym tonem.

Eryka się roześmiała. Wroński miał w sobie coś, co sprawiało, że naprawdę lubiła przebywać w jego towarzystwie.

– Może po prostu nie płacisz rachunków, co, młody? – zapytała. I nie czekając na odpowiedź, odwiesiła płaszcz, zsunęła kozaki i przeszła do salonu. Tu także włączyła światło, a później usiadła na kanapie. Rzuciła okiem na stół. Stał na nim włączony laptop, obok którego leżały dwie tekturowe teczki, gruby notatnik, długopisy i kilka luźnych kartek.

– Nie zrobiłeś sobie nic do jedzenia? – zawołała.

– Nie, ale w sumie to zgłodniałem, więc może coś przygotuję? – odkrzyknął, jak sądziła, z kuchni. A już po chwili zjawił się, niosąc w dłoni szklankę z herbatą.

– Z kardamonem – mruknęła Eryka, upiwszy łyk aromatycznego naparu. – Tego mi było trzeba. Dzięki.

– Na mnie zawsze możesz liczyć – powiedział Wroński, siadając obok niej.

Natychmiast się odsunęła. Po tym, czego doświadczyła w ubiegłym roku, wciąż czuła niechęć do wszystkiego, co nosiło choćby najdrobniejsze znamiona fizycznej bliskości. To także było przedmiotem jej terapii.

Przez pewien czas obydwoje milczeli. Olbracht zastanawiała się, czy Patryk będzie chciał spędzić tę noc w jej mieszkaniu. Miała nadzieję, że nie. Owszem, nocował u niej już wiele razy, ale zawsze było to dla niej dość krępujące. Czuła się dziwnie, gdy wpadali na siebie w porannym pośpiechu i gdy wieczorem mijali się w drodze do łazienki. Każdorazowo się obawiała, że on liczy na coś więcej, podczas gdy ona…

– Nad czym teraz pracujesz? – zapytała, by przerwać przedłużającą się ciszę. Chłopak odchrząknął, przegładził palcami jasne włosy, założył nogę na nogę. Nie spieszył się z odpowiedzią. Eryka nie zamierzała nalegać. Wiedziała, że nie o wszystko powinna pytać. I właściwie nie wszystko ją interesowało. Poza tym, jak zauważył jej terapeuta, mimo że bardzo tego nie chciała, odczuwała pewną zazdrość o to, że Wroński odnosi kolejne zawodowe sukcesy, a ona wciąż musi borykać się z narastającymi trudnościami. Oczywiście starała się z tym walczyć.

– Właściwie… cały czas wałkuję to samo – powiedział w końcu Patryk. Kobieta zerknęła na niego z ukosa.

– Masz na myśli Mar… Olbrachta? – wycedziła, po czym wstała i podeszła do okna, postawiwszy wcześniej nie do końca opróżnioną szklankę na stole. Przez kilkanaście sekund wpatrywała się w roztaczającą się za szybą czerń.

– Tak, mam na myśli twojego męża – usłyszała za sobą szept Wrońskiego. Podszedł do niej, jak uznała, odrobinę zbyt blisko. Znów nieco się odsunęła. Zrobiła to bardziej odruchowo niż intencjonalnie. Nie potrafiła nad tym zapanować.

– No i co? – zapytała rzeczowo, wciąż jednak patrząc w okno. – Macie wreszcie jakiś trop?

Patryk wziął głęboki wdech.

– Dobra, jak nie chcesz, to nie mów – rzuciła Eryka, odsuwając się jeszcze o krok. – Bądź co bądź ty jesteś policjantem, a ja żoną faceta, którego od miesięcy poszukujesz. Właściwie to nawet zabawne – wycedziła, nie kryjąc ironii.

Wiele razy zastanawiała się, jak długo jeszcze Patryk będzie mógł zajmować się tą sprawą. To znaczy kiedy jego przełożeni odkryją, że ściga Marcina nie tylko ze względu na zawodowe zaangażowanie, i zacznie im to przeszkadzać.

– Eri, daj spokój. – Wroński spróbował ją objąć, ale nie pozwoliła mu na to.

– Prosiłam cię, żebyś tak do mnie nie mówił.

– Wszyscy znajomi tak do ciebie mówią.

– Co nie znaczy, że mi się to podoba. – Wreszcie na niego spojrzała. Wyraz jego twarzy sprawił, że w końcu trochę się rozluźniła. – Przepraszam, po prostu jestem zmęczona – bąknęła.

Patryk uśmiechnął się i chyba chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie zadzwoniła jego komórka. Czym prędzej wydobył ją z kieszeni spodni.

– To komendantka, muszę odebrać – powiedział i przyłożył telefon do ucha. Eryka kiwnęła głową i wyszła z salonu, zabierając ze sobą stojącą do tej pory na stole szklankę. Dopiła resztę herbaty, umyła naczynie w kuchennym zlewie, wytarła i wstawiła do szafki. Później opadła ciężko na taboret. Tak jak się domyślała, nie musiała długo czekać na Wrońskiego. Wiedziała, że jego szefowa raczej wydaje polecenia, niż prowadzi długie rozmowy.

Miała rację. Patryk już po chwili zjawił się w kuchni.

– Będę musiał wyjść. Chmiel chce się spotkać. Mówiła, że to ważne.

Eryka przewróciła oczami. Nie rozumiała, dlaczego Wroński się jej tłumaczył. Czasami odnosiła wrażenie, że wciąż zachowywał się tak, jak przed laty – to znaczy jak wówczas, gdy jako przygotowujący się do matury licealista usprawiedliwiał się przed nią, swoją polonistką, z nieodrobionej pracy domowej albo tym podobnych niedociągnięć. Jednak od tamtego czasu minęło przeszło dziesięć lat, w ciągu których w życiu ich obojga wydarzyło się bardzo wiele.

– Czyli twoja szefowa chce się z tobą spotkać po godzinach – zakpiła, nie potrafiąc powstrzymać się od drobnej złośliwości.

– No wiesz, jaka ona jest. – Patryk usiadł na drugim z taboretów i spojrzał na nią tak, jak gdyby prosił o pozwolenie. Eryka mimo woli się uśmiechnęła.

– Co ja mam do tego? Jeśli chcesz albo musisz, to po prostu idź – powiedziała.

– Postaram się wrócić przed… północą.

Tym razem niemal parsknęła śmiechem. Nie zamierzała jednak komentować tej ostatniej deklaracji.

– No… to idę – powiedział chłopak. Nie ruszył się jednak z miejsca. Przez chwilę po prostu na siebie patrzyli.

– Ale chyba nic się nie stało, prawda? – zapytała Eryka, kiedy przedłużające się milczenie zaczęło jej w końcu ciążyć.

– Ty mi powiedz – rzucił Wroński, prostując plecy. Rysy jego twarzy nagle stężały.

Olbracht uniosła brwi ze zdziwieniem.

– Piłaś – wyjaśnił.

Nie zamierzała zaprzeczać. W ogóle nie zamierzała się tłumaczyć.

– Chodzisz na terapię, a w drodze powrotnej wstępujesz do knajpy na drinka? A może te sesje z doktorem Kordyłowiczem są bardziej prywatne niż…

– Dość! – ucięła, uderzając dłonią o blat stołu. Chciała powiedzieć, że nie życzy sobie, aby wtrącał się w jej sprawy, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.

Znów przez pewien czas milczeli, przyglądając się sobie wzajemnie. Obydwoje zdawali się wiedzieć, co to drugie ma na myśli, ale żadne z nich najwyraźniej nie zamierzało przekraczać dawno ustalonej granicy.

– Po prostu bardzo bym chciał, żeby wszystko się ułożyło – powiedział Wroński, w końcu wstając.

– Ja też – przyznała Eryka. Była to prawda. Nie rozumiała tylko, dlaczego wypowiedzenie jej sprawia tak wielką trudność. – Idź już. O ile wiem, twoja szefowa jest raczej niecierpliwa.

Patryk skwitował uwagę bladym uśmiechem.

Pożegnali się dość chłodno.

Kiedy wreszcie została sama, odpaliła swój laptop i niemal odruchowo zalogowała się do poczty. Znalazła w niej kilka reklam, jedną mało istotną wiadomość od koleżanki z Nasielska i jedną, również niezbyt ważną, od współudziałowca w spółce medycznej, na której czele stała. Z przerażeniem jednak stwierdziła, że to nie wszystko. Znów otrzymała wiadomość od Marcina, swojego męża. I znów było to błaganie o pomoc.

2

– Cześć, Laleczko! – powitał starszy sierżant Adam Trochała swoją przyjaciółkę, która właśnie wbiegła do komisariatu policji w Skarlecinie, niewielkim, spokojnym miasteczku ulokowanym w pobliżu Sieradowickiego Parku Krajobrazowego. Sylwia Doll, filigranowa blondynka o delikatnych rysach twarzy, zmełła przekleństwo i ruszyła w stronę gabinetu komendanta.

– Nie ma go już! – krzyknął za nią funkcjonariusz.

Doll zatrzymała się i odwróciła na pięcie.

– Jak to: nie ma?! – wrzasnęła i wreszcie spojrzała na Trochałę. Zarówno jej głos, jak i wyraz twarzy świadczyły o zdenerwowaniu pomieszanym z rezygnacją.

– Jest już po dwudziestej. Twój ojciec wychodzi stąd zazwyczaj koło szesnastej. Dziś też…

– Nie ma go w domu – przerwała mu. – Dzwonił, że dłużej mu zejdzie, myślałam więc, że wciąż jest tutaj – powiedziała i oparła się plecami o ścianę.

Mężczyzna podszedł bliżej. Lubił ją. Znali się od dawna, właściwie od piaskownicy. Była od niego młodsza zaledwie o dwa lata, mimo to wciąż wyglądała niemal jak nastolatka. Podobało mu się to. Ona mu się podobała.

– No ale próbowałaś się z nim skontaktować…? – zaczął.

Sylwia zgromiła go wzrokiem. Jej okolone długimi, ciemnymi rzęsami oczy przybierały niekiedy taki wyraz, że Trochałę po prostu przechodziły ciarki. Wielokrotnie zastanawiał się, jak to możliwe, że to dziewczę o tak anielskiej urodzie potrafi zachowywać się jak wcielony diabeł. A co więcej, z tej umiejętności korzysta naprawdę bardzo często.

– Pewnie znowu zadekował się u któregoś z tych swoich kumpli od kieliszka – mruknęła. – Szlag by to trafił! – Uderzyła pięścią w lamperię.

Adam przez chwilę rozważał, czy zapytać, o co właściwie chodzi i co to za pilna sprawa, uznał jednak, że nie wypada. Zamiast tego zaproponował, że odprowadzi Sylwię do domu. Był już po służbie, planów na wieczór nie miał, a perspektywa spędzenia choćby kilkunastu minut w towarzystwie młodszej, ładniejszej, a przede wszystkim żeńskiej wersji swojego szefa, podkomisarza Ireneusza Dolla, wydawała mu się niezwykle kusząca. Sylwia nie oponowała, co trochę go zdziwiło. Wiele razy już dała mu odczuć, że jego awanse nie robią na niej absolutnie żadnego wrażenia.

Gdy wyszli na zewnątrz, owionął ich chłód. Niby temperatura była dodatnia, a mimo to wiatr i wilgoć unosząca się w powietrzu sprawiały, że można było naprawdę mocno zmarznąć. Trochała podniósł kołnierz kurtki.

– Pamiętasz sylwestra? – zapytała Sylwia, gdy nieco oddalili się od komisariatu.

Adam uśmiechnął się szeroko.

– Coś mi tam świta – odpowiedział. Wspomnienie przedwczorajszej imprezy, na którą wybrali się razem, było dla niego naprawdę miłe. Niby znów do niczego nie doszło, ale przynajmniej pojawił się promyk nadziei. – Byłem co prawda trochę wstawiony, ale nie mógłbym zapomnieć tego, że wreszcie…

– Nie o to mi chodzi, świrusie! – ucięła i szturchnęła go łokciem w żebra. – Mam na myśli to, co stało się rok temu.

Mężczyzna spojrzał na nią i natychmiast spoważniał. W świetle ulicznej latarni dostrzegł malujący się na jej twarzy strach.

– Chodzi ci o ten… – Zawahał się, nie bardzo bowiem wiedział, jak nazwać zdarzenie. – …wypadek?

Sylwia kiwnęła głową. Nie musiała wyjaśniać niczego więcej. Trochała doskonale pamiętał, co się wówczas stało i jak mocno wstrząsnęło to jego przyjaciółką. Była pokiereszowana nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Długo musiał ją namawiać, by wreszcie opowiedziała o wszystkim komendantowi. Gdy ten w końcu dowiedział się, co tak naprawdę przytrafiło się jego córce, rozpętał istne piekło. Wiele tygodni poszukiwano mężczyzny, którego w sylwestrową noc Sylwia potrąciła na drodze pod lasem, a który pobił ją tak, że dziewczyna wylądowała w szpitalu. Przeczesywano wszystkie pobliskie miejscowości. W prasie i internecie wciąż zamieszczano informacje o tym, co się stało, oraz apele o pomoc w ujęciu sprawcy. Kontaktowano się w tej sprawie chyba ze wszystkim jednostkami policji w województwie. Na próżno. Do tej pory nie udało się ustalić, kim był tamten mężczyzna.

– Widziałam go dzisiaj – powiedziała Sylwia i spojrzała na swojego towarzysza. Trochała przystanął.

– Jesteś pewna? – zapytał bez sensu. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie wspominałaby o tym, gdyby miała jakiekolwiek wątpliwości.

– Wracałam ze sklepu – zaczęła wyjaśniać, ignorując jego pytanie. – Nie tego tu – wskazała głową delikatesy, które znajdowały się po drugiej stronie miejskiego ryneczku – ale tamtego przy stacji benzynowej, wiesz, przy wylotówce na Kielce. Wiedziałam, że ojciec wróci później, więc pomyślałam, że nie muszę się spieszyć z obiadem i zrobię sobie taki dłuższy spacer.

Trochała mimo woli pomyślał, że to naprawdę dziwaczne: jeść obiad, najbardziej suty posiłek w ciągu dnia, dopiero wieczorem. W tej sytuacji nie miało to jednak większego znaczenia.

– Byłam już całkiem niedaleko domu – kontynuowała Sylwia – w tym miejscu, gdzie wyburzono chałupy Łęckich i Kiermaszewskich, teraz jest tam szczere pole. No i on najwyraźniej przeszedł właśnie przez to pole od strony lasu, aż do ulicy.

Umilkła na chwilę. Zaczerpnęła głęboko powietrza, a później powoli ruszyła przed siebie. Adam podążył za nią.

– Wydaje mi się, że on też mnie poznał – podjęła. – A przynajmniej uważnie mi się przyjrzał. Zresztą ja jemu także, dlatego właśnie mam pewność, że to był ten sam człowiek, który mnie wtedy pobił. Tam są te nowe lampy uliczne, a w ich świetle naprawdę dobrze wszystko widać. Wydaje mi się, że go wystraszyłam albo… sama nie wiem. W każdym razie zawrócił i niemal biegiem ruszył znów przez pole.

– A ty?

– A ja też biegiem do domu. Zostawiłam zakupy, trochę ochłonęłam. Potem próbowałam kilka razy dodzwonić się do ojca, nie odbierał, więc przybiegłam na komisariat.

Trochała nie był pewien, co o tym myśleć. Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Nie protestowała. Przeciwnie, mocno do niego przylgnęła.

– No to chyba faktycznie będzie trzeba jak najszybciej skontaktować się z twoim tatą – mruknął. Miał bardzo złe przeczucia.

3

Patryk Wroński wszedł do jednego z droższych lokali znajdujących się przy ulicy Sienkiewicza w Kielcach i zaczął rozglądać się za swoją szefową. Dostrzegł ją już po chwili. Siedziała sama, plecami do wejścia, przy stoliku usytuowanym w pewnym oddaleniu od pozostałych.

– Dobry wieczór! – powiedział, siadając naprzeciw niej. Inspektor Lena Chmiel nieznacznie skinęła głową. Sączyła piwo i bawiła się nieotwartą paczką papierosów. Wyglądała na zmęczoną.

– To co to za pilna sprawa? – zapytał młody policjant. Pracowali ze sobą od roku, zdążył więc przywyknąć do tego, że Chmiel nie waha się wzywać go o rozmaitych porach dnia i nocy. Teraz, gdy mianowano ją komendantką, ich kontakty zostały siłą rzeczy znacznie ograniczone. Musiało zatem wydarzyć się coś naprawdę istotnego.

– Zamów sobie jakiś soczek i pogadajmy – mruknęła kobieta, po czym podniosła szklankę do ust. Patryk uznał, że zanosi się na dłuższą rozmowę. Wstał i podszedł do kontuaru. Wybrał jedno z gorzkich piw rzemieślniczych. Zapłacił kartą, nie słuchając, w jaki sposób barmanka zachwala zalety trunku.

– Zamierzasz nie wracać dziś do tego swojego Skarżyska? Czy jesteś już tak bogaty, że te czterdzieści kilka kilometrów przemierzysz taksówką? – zapytała cierpko komendantka, gdy tylko wrócił do stolika.

Wroński nie lubił tej jej bezpośredniości. Odnosił wrażenie, że Chmiel zdecydowanie zbyt często uzurpuje sobie rolę, którą odgrywać powinna raczej jego matka. Odczucie to potęgował jeszcze fakt, iż szefowa zwykła nazywać go „synkiem”. Z drugiej jednak strony w pewien niezrozumiały dla niego samego sposób rekompensowało mu to chłód, którego doświadczał od zawsze ze strony własnej rodzicielki. Wydawało się, że Julii Wrońskiej nigdy nie interesowało to, co jej syn myśli, czuje czy przeżywa. Patryk dopiero niedawno odkrył przyczynę takiego stanu rzeczy. Z kolei Lena Chmiel niemal z butami wchodziła w jego prywatne sprawy, bez ceregieli wygłaszając sądy na temat jego postępowania.

– Jakoś sobie poradzę – odburknął. Kobieta uśmiechnęła się złośliwie. Natychmiast zrozumiał, o co jej chodziło.

– To co to za sprawa? – ponowił pytanie, chcąc się wreszcie dowiedzieć, po co kazała mu tutaj przyjść. Zignorowała go jednak.

– Pamiętaj, że ona wciąż jest mężatką – powiedziała z miną mentorki. – A poza tym…

– Tak, pamiętam aż nazbyt dobrze – uciął.

– Aleś ty się pyskaty zrobił – prychnęła Chmiel. – Nowy naczelnik wydziału kryminalnego cię tak rozpuścił?

– Prawda, że Tarski nie narzuca aż tak żelaznej dyscypliny jak pani, wtedy gdy zajmowała jego obecne stanowisko, ale żeby od razu rozpuszczał…

Policjantka machnęła ręką, a później spojrzała na zegarek.

– Wpłynęła na ciebie kolejna skarga – powiedziała już bez dodatkowych wstępów.

Wroński westchnął głęboko.

– Co tym razem? – zapytał z rezygnacją w głosie.

Chmiel wzruszyła ramionami.

– Pamiętasz, jak z tymi z narkotykowego prowadziliście w liceach pogadanki dla młodzieży? Jedna z mam opisała, jak to po zakończeniu zacząłeś straszyć jej syna, wręcz mu grozić, za to, że zachciało mu się jarać w kiblu szlugi. Dzieciak podobno strasznie to przeżył.

Patryk niemal parsknął śmiechem.

– Ciekaw jestem, która z tych mam jest taką bajkopisarką.

– Raczej się nie dowiesz. Nie podpisała się.

– No to chyba po sprawie – skwitował chłopak i wreszcie upił ze swojej szklanki. Piwo smakowało całkiem nieźle.

Chmiel zmarszczyła brwi.

– Chyba jednak nie. Bo o ile akurat ta skarga z oczywistych względów zostanie bez rozpoznania, to na poprzednie, nawet te bzdurne, musieliśmy odpowiadać. A jak wiesz, trochę się tego już uzbierało.

Faktycznie, od wielu miesięcy dość regularnie wpływały na niego donosy. Właściwie to ta regularność mogła zaskakiwać. Ich treść była zazwyczaj dość absurdalna i jedynie w niewielkim stopniu nawiązywała do podejmowanych przez niego czynności. Najczęściej były wynikiem rojeń na temat tego, jak według konkretnego obywatela powinien się zachowywać policjant na służbie.

– Pani natomiast wie, że to nie pierwsza niepodpisana oraz że były i takie, które dotyczyły tego, co rzekomo zrobiłem, przebywając na zwolnieniu lekarskim albo kiedy byłem na szkoleniu. A te, które miały jakikolwiek sens, dotyczyły właściwie jedynie mojej nieuprzejmości, arogancji i braku kultury osobistej. Sama pani widzi, jak to wygląda.

Chmiel przyjrzała mu się uważnie.

– Ano widzę. I dlatego zastanawiam się, komu tak podpadłeś – powiedziała i zaczęła obracać w dłoniach swoją szklankę.

– Pewnie niejednej osobie. Ale jakoś nie widzę sensu, żeby się nad tym zastanawiać.

– A ja tak. Życie uczy, że z takich bzdur może nieraz wyniknąć całkiem spore gówno.

Znów zerknęła na zegarek, a później wzięła głęboki wdech.

– Wiesz, że pomiędzy Rzepinem a Trzcianką rolnik znalazł w polu ludzką nogę – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

Wroński przytaknął. Kilka miesięcy wcześniej wszystkie lokalne gazety rozpisywały się o tym, co wydarzyło się w okolicach tych niewielkich miejscowości położonych w pobliżu Sieradowickiego Parku Krajobrazowego.

– A dwa dni później w lesie kilka kilometrów stamtąd grzybiarze znaleźli dłoń. Szczątki należały do tego samego delikwenta – dodała komendantka.

– No ale to miało miejsce jesienią – zauważył chłopak.

– I twoje szczęście polega na tym, że nie masz obowiązku sprawdzać, jaki bieg nadano tej sprawie. A ja, no cóż, zdecydowanie nie powinnam żyć w takiej niewiedzy. W każdym razie do tej pory nie udało się ustalić, do kogo szczątki należały. Nie odnaleziono też reszty ciała. Jedyne, co wiadomo, to to, że dłoń została odcięta najprawdopodobniej za życia ofiary, noga zaś już po śmierci.

Patryk słyszał także i o tym. Kiwnął więc jedynie głową.

– W zeszłym tygodniu – kontynuowała Chmiel – znaleziono natomiast drugą dłoń. Dziś rano dostałam potwierdzenie, że należała do tego samego człowieka.

Wroński odstawił szklankę, którą właśnie podnosił do ust.

– Chyba nie rozumiem – powiedział, patrząc na szefową ze zdumieniem, myśląc o odstępie czasowym między odnalezieniem kolejnych fragmentów ciała.

– Wyjątkowo ci się nie dziwię – odparła. – Wiadomo, że to był mężczyzna. Można przypuszczać, że został zamordowany, bo raczej nikt nie pozwala, żeby ot tak odrąbano mu rękę. Ale nawet jeśli założymy, że doszło do nieszczęśliwego wypadku, to człowiek stracił życie na początku października. Dziś mamy drugi stycznia. A ta dłoń była, że tak powiem, w dość dobrym stanie.

Nie musiała tego wyłuszczać. Patryk doskonale uświadamiał sobie niecodzienność sytuacji. Nie rozumiał jedynie, jak mogło do niej dojść i przede wszystkim dlaczego.

Chmiel przetarła dłonią czoło.

– Od jutra zajmujesz się tą sprawą – rzuciła.

Wroński jęknął w duchu.

– Wiem, wiem – ciągnęła komendantka – siedzisz teraz nad tymi analizami stanu zagrożenia dla województwa, ale tym może zająć się na przykład ta nowa, która zastępuje Marzenkę, jak jej tam…?

– Iwona. Ale pani inspektor…

– Tak, wiem, że wciąż dłubiesz w sprawie Marcina Olbrachta, skoro jednak niczego nie wydłubałeś… To znaczy, przepraszam, wydłubałeś wiele, chociażby w kwestii tych pornosów, które nielegalnie nagrywał ze swoją flamą. I naprawdę doceniam, jak wiele w tej sprawie zrobiłeś. Podobnie zresztą jak to, że głównie dzięki tobie udało się zatrzymać dwoje jego wspólników uczestniczących w handlu kobietami. Niby byłeś w tamtym czasie na zwolnieniu, ale łepetynka pracowała. Zresztą awans otrzymałeś zasłużenie. Ale jeśli idzie o samego Olbrachta, to wciąż jest nieuchwytny.

– Są pewne tropy – zaoponował Wroński.

– Chyba dinozaurów w starej kopalni gliny koło Stąporkowa – zakpiła. – I w paru innych miejscach w naszym województwie.

– Oficjalnie informowałem naczelnika wydziału o düsseldorfskim wątku sprawy – przypomniał Patryk. Według jego ustaleń Marcin Olbracht, wymknąwszy się w ubiegłym roku policyjnej obławie, przedostał się do Niemiec. Trzeba było jednak obiektywne przyznać, że mąż Eryki był mistrzem w zacieraniu za sobą śladów.

– A on oficjalnie informował mnie. – Chmiel stawała się coraz bardziej poirytowana, co właściwie było dla niej naturalne. – Tyle że nic konkretnego z tego nie wynika.

– Po prostu należy sprawdzić…

– Sprawdzisz wszystko, co trzeba. Dopilnuję tego. Ale teraz bierzesz się do tego rozczłonkowanego ciała.

Patryk wiedział z doświadczenia, że nastąpił moment, w którym – o ile nie chce ściągnąć na siebie gromów – powinien przestać oponować.

– No dobrze – zgodził się niechętnie. – Ale po pierwsze, proszę mi zdradzić, gdzie właściwie znaleziono tę drugą dłoń. A po drugie, dlaczego mówi mi pani o tym wszystkim tutaj – powiódł wzrokiem po sali, w której siedzieli – w tajemnicy przed Tarskim?

– Po pierwsze w Skarlecinie, po drugie w żadnej tajemnicy. Franek jutro rano osobiście poinformuje cię o wszystkich szczegółach – oznajmiła i zaczęła zdzierać folię z paczki papierosów, którą do tej pory się bawiła.

– Czyli mam rozumieć, że tak po prostu chciała się pani napić piwka w moim towarzystwie? – zapytał, przywołując na twarz jeden z tych uśmiechów, które, jak dobrze wiedział, płeć piękna szczególnie lubiła.

Chmiel jednak spojrzała na niego jak na rasowego wariata.

– Zrobiłeś się strasznie bezczelny – powiedziała twardo. – W dzisiejszym świecie to może i nie jest jakaś wyjątkowa wada. Ale ja naprawdę tego nie znoszę. I ty dobrze o tym wiesz, synku! – Wyraźnie zaakcentowała ostatnie słowo. Niespiesznie zdjęła folię, otworzyła paczkę i przesunęła palcem po papierosach. Przez chwilę wpatrywała się w nie. Na jej czole pojawiła się duża, pionowa zmarszczka, która świadczyła o tym, że komendantka usilnie coś rozważa. W końcu podniosła wzrok na rozmówcę.

– W Skarlecinie wydarzyło się coś jeszcze. Coś, czego wagi twój bezpośredni przełożony zdecydowanie nie docenia, a co moim zdaniem może mieć ścisły związek z bieżącą sprawą – powiedziała.

Gdy zaczęła wyjaśniać, o co chodzi, Wroński po raz pierwszy w życiu usłyszał w jej głosie prawdziwy strach.

Rozdział 2

1

Eryka obudziła się jak zwykle tuż przed siódmą. Nim otworzyła oczy, znów pomyślała o tych wszystkich niepokojących sygnałach, które ostatnio otrzymywała.

Zaczęło się mniej więcej pół roku temu. Początkowo były to wyłącznie głuche telefony. Później pojawiły się esemesy i maile bez treści. W końcu – prośby o pomoc. Nie miała wątpliwości, że ich nadawcą był jej mąż. Nie miała też pojęcia, co się z nim działo, jednak to, że w taki czy inny sposób chciał skłonić ją do skontaktowania się z nim, mogło świadczyć, iż naprawdę potrzebował jakiejś pomocy. Podejrzewała nawet, że po tym, jak rok temu wymknął się policyjnej obławie, popadł w kłopoty innego rodzaju. Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka, myślała. Była przekonana, że ktoś, kto trudnił się czymś tak ohydnym jak przemyt i handel kobietami, mógł sam łatwo paść ofiarą rozmaitych przestępstw. Nie zamierzała się nad tym rozwodzić. Jak sugerował jej terapeuta, powinno zależeć jej przede wszystkim na możliwie najszybszym odcięciu się od złych wspomnień i skupieniu na teraźniejszości. Dlatego więc notorycznie lekceważyła wszystkie wiadomości otrzymywane od Marcina. Wierzyła, że ten w końcu da jej spokój. Nie wiedziała też, jak o tym wszystkim powiedzieć Wrońskiemu ani czy w ogóle chce to robić.

Ubierając się, słyszała, że Wroński krząta się w jej kuchni. Gdy tylko tam weszła, natychmiast poczuła przyjemny zapach.

– Cześć! – powiedziała, patrząc nie na niego, ale na patelnię, na której dochodziła jajecznica. – Co my tu mamy? Boczek, cebulka, pieczarki. Czyli zdążyłeś już zrobić zakupy – skonstatowała.

Chłopak uśmiechnął się do niej ciepło.

– Siadaj do stołu. Za chwilę nakładam na talerze.

– Jeśli kupiłeś też bagietki…

– Kupiłem – odparł, zestawiając patelnię z płyty indukcyjnej.

– Czytasz w moich myślach.

Jedli co prawda w pośpiechu, ale mimo to Eryka nie omieszkała zapytać go o wczorajszą rozmowę z inspektor Chmiel. Patryk streścił ją pokrótce, pomijając szczegóły nieprzeznaczone dla jej uszu. Olbracht potrafiła jednak czytać między wierszami.

– I naprawdę nie wiadomo, kim był ten człowiek, którego… – Urwała i spojrzała na swój talerz. Nie tyle straciła apetyt, ile po prostu nie potrafiła skupić się na przyjemności, jaką dawało jedzenie, rozmawiając o tak makabrycznych sprawach.

– Właśnie nie – odpowiedział Patryk, także odsuwając od siebie talerz. – Chmiel powiedziała mi, że policjanci ze Skarlecina sprawdzili rejestry zaginionych, ale możliwości jest zbyt wiele. Jego DNA nie figuruje w bazie. Antropolog, który badał te odcięte kończyny, stwierdził, że należały do mężczyzny w wieku mniej więcej od dwudziestu pięciu do czterdziestu lat. Najprawdopodobniej zajmował się pracą fizyczną, a jego stan zdrowia nie był najlepszy. Nie miał kilku paznokci. Ale poza tym nie wiadomo niczego więcej. Możliwości jest zatem tysiąc.

– A ty masz jakiś pomysł, co z tym zrobić? – zapytała.

Chłopak westchnął głęboko i przeciągnął się, prostując ręce ponad głową.

– Jeszcze nie – odparł. – Ale jadę dziś do tego Skarlecina, pogrzebię w papierach, pogadam z policjantem, który dotychczas prowadził sprawę. Może on ma jakieś spostrzeżenia. Zobaczymy.

– Czyli na razie odpuszczasz Olbrachtowi? – wyrwało jej się. Zauważyła, że Wroński obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

– Nigdy mu nie odpuszczę – zastrzegł poważnie. – Po tym, co ci zrobił, dorwę go, choćby…

Eryka gwałtownie wstała. Nie znosiła podobnych deklaracji. Nie żeby nie chciała, by wreszcie odnaleziono i skazano jej męża. Po prostu podobne obietnice uważała za infantylne.

– Dobra, już – rzuciła. – Robi się późno, zbierajmy się.

Patryk skinął głową i także podniósł się z miejsca.

– To może jeszcze posprzątam, co? – zapytał, patrząc na pozostawiony na stole rozgardiasz.

– Sama to zrobię wieczorem – odparła Olbracht, udając się do przedpokoju. – Nie chcę, żebyś spóźnił się do pracy – dodała. Po chwili zdjęła z wieszaka płaszcz, włożyła go i zaczęła zapinać. Wroński także sięgnął po kurtkę.

– Sorry za wczoraj – odezwał się w pewnym momencie. Eryka uniosła brwi. Nie była pewna, o co mu chodzi. – Chyba jestem trochę zazdrosny o tego twojego terapeutę – wyjaśnił.

– O Kordyłowicza? Niby dlaczego?

Chłopak przygryzł wargę. Widziała, że obawia się powiedzieć prawdę.

– Tak jakoś – bąknął i pochylił się, żeby zasznurować buty.

– Czyli?

– Chodzi o to, że mam problem z tym, że jemu mówisz o sobie więcej niż mnie – wydukał w końcu, nieco się przy tym jąkając.

– Daj spokój – rzuciła Olbracht. Choć musiała w duchu przyznać, że Patryk miał sporo racji. Uważała jednak, że czym innym jest wywnętrzanie się przed psychiatrą, a czym innym opowiadanie o swoich traumach i lękach, czyli o tym, czego tak bardzo się wstydziła, komuś, kto od lat się w niej podkochiwał. Choć zdrowy rozsądek podpowiadał coś innego, to surowy sędzia w jej wnętrzu wciąż szeptał, że byłoby to wysoce nieetyczne. A ona przecież nigdy świadomie nie pozwalała sobie na tego rodzaju zachowania. Nawet kosztem własnego szczęścia.

Dlatego tym bardziej drażniło ją to, że większość jej znajomych, nie wyłączając jej rodzonej matki, była przekonana, że łączy ją z Patrykiem zdecydowanie coś więcej niż przyjaźń. Prawda była jednak taka, że na owo więcej na razie się nie zanosiło. Przynajmniej z jej strony. Pomijając inne kwestie, za bardzo zawiodła się na własnym mężu, rodzicach i przyjaciołach, żeby teraz móc otworzyć się na drugą osobę. Mechanizmy obronne jej psychiki sprawiły, że aby nie pozwolić się więcej zranić, zbudowała wokół siebie gruby mur chroniący jej wewnętrzny świat. Tak gruby, że choćby i chciała, nie potrafiła już stworzyć w nim nawet niewielkiego wyłomu. Nie była pewna, czy kiedykolwiek będzie w stanie to zrobić. Prawdę powiedziawszy, jedyną szansę, by to się zmieniło, upatrywała w terapii. Doktor Kordyłowicz twierdził, że Eryka z czasem będzie w stanie nie tylko zdystansować się do tego, czego doświadczyła ze strony męża, ale i zbudować nowy związek. Na razie jednak nie potrafiła sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji. Dlatego choć schemat relacji z Wrońskim, jaki wypracowała, może nie dawał jej szczęścia, to zapewniał jednak poczucie spokoju i bezpieczeństwa.

– Idziemy – ponagliła go, otwierając drzwi. Patryk sięgnął po leżące na komodzie kluczyki do samochodu i ruszył za nią.

– Wpadnę do ciebie wieczorem, okej? – powiedział, nim się pożegnali. Olbracht spróbowała się uśmiechnąć, uprzejmie, ale niezbyt serdecznie, co jej zdaniem miało najlepiej pasować do roli starszej przyjaciółki.

– Jasne – rzuciła, po czym skierowała się do pozostawionej na parkingu błękitnej kony. Jakiś czas temu zdecydowała się na zakup dokładnie takiego samego modelu. Poprzedni samochód został niemal doszczętnie rozbity.

– Na razie – dodała. Wroński poszedł jednak za nią. Nim wsiadła do auta, zdążył jeszcze cmoknąć ją w policzek.

Ten prosty gest znów przypomniał jej o Marcinie. Do tej pory dokładnie pamiętała, jak dwa lata wcześniej, tuż przed swoim tajemniczym zniknięciem, nim jej życie roztrzaskało się na dziesiątki kawałków, wychodząc z domu, mąż przytulił ją i pocałował w czoło. Tak zwyczajnie i niewinnie. To był jego ostatni miły gest wobec niej. Później udał się na spotkanie ze współudziałowcami Olbe.medu. Wtedy bowiem to on, nie Eryka, stał na czele zarówno spółki medycznej, jak i podlegającego jej teraz Szpitala Świętej Apolonii. Po spotkaniu wsiadł do pociągu relacji Kielce–Warszawa i słuch po nim zaginął. Eryka robiła wszystko, by go odnaleźć. Jednak każdy trop ostatecznie prowadził na manowce.

Wówczas nawet nie przychodziło jej na myśl, że owo zaginięcie było celowym posunięciem jej męża i że właśnie dlatego tak trudno było uzyskać jakiekolwiek informacje o tym, co się z nim dzieje. W końcu jednak Marcin Olbracht uległ głęboko skrywanej przed żoną słabości, a to sprawiło, że popełnił błąd, który skierował na niego uwagę śledczych.

Niemal dokładnie rok temu w maleńkim Zbijowie, pod domem Eryki, odnaleziono zwłoki nieznanej kobiety. Jak się później okazało, była ona Ukrainką, przed śmiercią została zaś brutalnie pobita i wielokrotnie zgwałcona, między innymi przez Marcina. Sprawą zajęła się kielecka policja, a konkretnie rozpoczynający tam wówczas pracę Patryk Wroński. Wtedy to właśnie po niemal dziesięciu latach spotkali się ponownie.

Olbracht nie sądziła wówczas, że sztubackie zauroczenie Patryka jej osobą przetrwało tak długo. Jednak głównie to sprawiło, że młody policjant tak długo i wnikliwie drążył sprawę, aż dowiódł, że wbrew temu, co wówczas podejrzewali śledczy, Eryka nie miała nic wspólnego z przestępczą działalnością swojego męża.

Uruchomiła silnik. W lusterku widziała, jak Wroński wsiada do wysłużonego audi. Później spojrzała na swój telefon, który w pośpiechu rzuciła na siedzenie pasażera. Na noc zwykle go wyciszała, dlatego teraz dopiero roziskrzony wyświetlacz uświadomił jej, że ktoś próbuje się do niej dodzwonić. Numer był zastrzeżony. Kobieta z trudem przełknęła ślinę. Podniosła komórkę i drżącym palcem wycelowała w zieloną słuchawkę.

– Halo – powiedziała niepewnie, przystawiwszy komórkę do ucha. Usłyszała jakieś trzaski, spośród których do jej uszu dotarło tylko jedno, wypowiedziane nieprzyjemnym, gardłowym głosem, nic jej niemówiące słowo:

– Held.

Po chwili połączenie zostało przerwane.

2

Sylwia Doll wracała z Kielc z ciężkim sercem. Nieprzespana noc i stres robiły swoje. Do tego dochodziło jeszcze poczucie winy. Rozsądek podpowiadał jej co prawda, że to ostatnie jest pozbawione podstaw, mimo wszystko czuła się naprawdę fatalnie.

– Nie martw się, dziecko. Musimy być dobrej myśli – powiedziała Krystyna Trochała. Dziewczyna uzmysłowiła sobie, że matka Adama zerka na nią już od dłuższego czasu. Poprawiła się na siedzeniu i spojrzała na kierującą samochodem. Pani Trochałowa prowadziła ostrożnie. Jak zwykle jechała znacznie wolniej, niż nakazywały ograniczenia prędkości.

– Kiedy wczoraj wyszedł ode mnie, nie było jeszcze wcale tak późno. – Sylwia powtarzała to już po raz nie wiadomo który. – Ja naprawdę chciałam go odwieźć, ale mówił, że ma ochotę na spacer. To ledwie dwa kilometry. W Skarlecinie wszyscy Adasia znają… – Urwała, gdyż łzy napłynęły jej do oczu.

– Nie mogłaś przewidzieć, że do tego dojdzie – powiedziała spokojnie kobieta. – Nikt nie mógł.

Dziewczyna wzięła głęboki wdech. Faktycznie, nikt nie mógł przypuszczać, że starszy sierżant Adam Trochała nie dotrze do domu.

Tuż przed północą jego mama zadzwoniła do Sylwii. Przeprosiła, że niepokoi ją o tak późnej porze i że wtrąca się w prywatne sprawy bądź co bądź dorosłego syna i jego przyjaciółki, jednak to, że od kilku godzin nie mogła dodzwonić się do Adama, naprawdę ją zmartwiło. Sylwia czym prędzej zaalarmowała swojego ojca, który zgodnie z jej przewidywaniami rzeczywiście wrócił do domu bardzo późno i w dodatku lekko podchmielony. Podkomisarz postawił na nogi wszystkich dyżurujących w komisariacie. Gdyby nie to, sprawa skończyłaby się zapewne jeszcze tragiczniej.

Adama Trochałę odnaleziono bardzo szybko. Leżał nieprzytomny w przydrożnym rowie niecałe pół kilometra od swojego domu. Był pobity, wręcz skatowany do tego stopnia, że na miejsce wezwano helikopter, który niezwłocznie przetransportował go do szpitala w Kielcach. Sylwia i Krystyna spędziły przy nim wiele godzin.

Jak się okazało, Adam miał połamane żebra, znaczny obrzęk mózgu, pękniętą śledzionę i kilka poważnych wewnętrznych krwotoków, które z trudem udało się zatamować. Poza tym doznał wielu drobniejszych urazów, miał złamany nos i kilka wybitych zębów. Lekarz stwierdził, że gdyby mężczyzna trafił do lecznicy pół godziny później, nie można by go było uratować.

– Staram się być dobrej myśli – powiedziała Sylwia – ale martwię się. I boję.

Starsza z kobiet przygryzła wargę. Na kilka minut w samochodzie zapadło milczenie. W końcu przerwała je Krystyna.

– Nie podejrzewasz, kto mógł to zrobić mojemu synowi? – zapytała. Sylwia dopiero teraz usłyszała w jej głosie rozpacz. Do tej pory matka Adama trzymała się nad wyraz dzielnie. Dziewczyna nie mogła pojąć, skąd czerpie tę siłę.

– Nie – skłamała natychmiast. Tak naprawdę intuicja podpowiadała jej, że za pobiciem stał człowiek, którego potrąciła rok wcześniej na drodze pod lasem. Odgrażał jej się wtedy. Choć uległa namowom Adama i wreszcie opowiedziała policji o napaści, przez wiele miesięcy nie wydarzyło się nic, co mogłoby świadczyć o tym, że tajemniczy mężczyzna spełni swoje groźby. Teraz najwyraźniej to się zmieniło.

Sylwia nie zamierzała jednak mówić Krystynie o tym wszystkim. Jak dotąd opowiedziała o swoich przypuszczeniach jedynie ojcu. Ten oczywiście obiecał, że zrobi wszystko, aby osoba odpowiedzialna za pobicie jego podwładnego została zatrzymana. Dziewczyna nie wątpiła, że tak właśnie się stanie. Mimo wszystko jednak naprawdę się bała.

– On przecież nigdy nie miał tu z nikim żadnych zatargów – mówiła Trochała. – Wszyscy go tu znali i lubili. Nawet kiedy był jeszcze dzielnicowym, nie miał z nikim problemów. Szanowały go nawet te najgorsze męty.

Sylwia pokiwała głową. W tym, co mówiła starsza kobieta, było dużo racji. Adam może i nie bywał duszą towarzystwa, ale nie miał też żadnych nieprzyjaciół. Ani teraz, ani od kiedy pamiętała. Dlatego tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że za pobiciem musiał stać człowiek, na którego przypadkiem natknęła się poprzedniego dnia. Być może ją śledził? Być może widział, że Trochała ją odprowadzał? Mógł przecież podążyć za nim, kiedy tuż przed dwudziestą drugą opuścił jej dom. Adam zapewne szedł do siebie skrótem, przez pole. Często tak robił. Nie on jeden zresztą. Zimą, kiedy niczego tu nie uprawiano, mieszkańcy Skarlecina bardzo często wydeptywali ścieżki pomiędzy skibami zaoranej ziemi. To właśnie na tym polu jesienią rolnik znalazł ludzką nogę.

– Jeszcze trochę, a ludzie będą gadać, że ta ziemia jest przeklęta – odezwała się Krystyna, jak gdyby czytała w myślach towarzyszki. Sylwia spojrzała na nią ze zdziwieniem. – Adam zajmował się sprawą tego rozczłonkowanego ciała – wyjaśniła. – Może to się komuś nie spodobało? Co o tym myślisz?

Dziewczyna musiała przyznać, że nie przyszło jej to do głowy. Teraz jednak zaczęła się nad tym zastanawiać.

– Może – zgodziła się w końcu. – Czy Adaś wspominał pani coś więcej na ten temat?

– Nie. To znaczy przebąkiwał coś, że to trudna sprawa i ma z nią jakieś kłopoty, ale nie mówił o żadnych szczegółach.

To było prawdopodobne. Sylwia wiedziała od ojca, że Trochała wcześniej chciał zrezygnować z prowadzenia tej sprawy. Podobno uważał ją za beznadziejną. Właściwie wszystko było na najlepszej drodze, aby kwity po prostu poszły do archiwum.

I zapewne tak by się stało, gdyby nie fakt, że pod koniec grudnia w lesie, nieopodal domu miejscowego dziwaka, niejakiego Tadeusza Skarleckiego, odnaleziono drugą dłoń – jak się okazało, należała do tego samego człowieka. Wówczas Adam ponownie zabrał się do roboty. I o ile Sylwia wiedziała, bardzo szybko doszedł nawet do pewnych wniosków. Tyle że nie chciał się nimi z nią podzielić. Co więcej, był niezmiernie zdenerwowany, kiedy wczoraj dowiedział się, że sprawę przejmują ci z komendy wojewódzkiej.

Wspominał nawet, że w tym wszystkim niechybnie musi maczać palce ktoś wysoko postawiony. Pół żartem, pół serio mówił także, iż nie zdziwiłby się, gdyby była to sama komendantka; że ta Chmiel – czy jak jej tam – to taka baba, która dosłownie rozszarpuje na kawałki każdego, kto śmie choćby krzywo na nią spojrzeć. Sylwia puszczała te uwagi mimo uszu. Wiedziała, że Adam chciał jej w ten sposób pomóc uwolnić się od złych myśli o mężczyźnie, który pobił ją w sylwestrową noc. Uznała, że teraz ona powinna zrobić wszystko, aby pomóc jemu.

3

Dochodziło południe, kiedy Patryk Wroński dotarł do Skarlecina. Niewielka miejscowość, opisywana przez większość znanych mu osób jako urokliwa i malowniczo położona, zrobiła na nim zdecydowanie złe wrażenie. Być może miało to związek z tym, co wczorajszego wieczoru powiedziała mu inspektor Chmiel. Aczkolwiek zapewne i bez tego nie polubiłby Skarlecina. Małomiasteczkowy klimat wyczuwało się tu na każdym kroku. A tego Wroński szczerze nie znosił.

Jadąc do miasteczka, próbował ostrożnie podpytać swojego kolegę o słynne tragiczne wydarzenie z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku. Jednak towarzyszący mu funkcjonariusz albo niewiele na ten temat wiedział, albo – co bardziej prawdopodobne – był wybitnie nieskory do rozmowy. Siorbał kawę z termosu i co chwila sprawdzał coś w telefonie.

Skarleciński komisariat też nie prezentował się najlepiej. Ulokowany był w starej, zapewne jeszcze przedwojennej kamienicy z czerwonej cegły. W środku, ze względu na to, że okna znajdowały się jedynie na końcach długich korytarzy, panował półmrok. Poza tym hulały przeciągi i śmierdziało kurzem, którego wszędzie było pełno. Jedynie pokój komendanta, podkomisarza Ireneusza Dolla, choć niewielki i minimalistycznie urządzony, zdecydowanie kontrastował z dość mrocznym klimatem tego miejsca.

Sam podkomisarz okazał się uprzejmym, życzliwym, by nie powiedzieć ciepłym człowiekiem. Gdyby chciał, pewnie mógłby już być na emeryturze. Dobiegał zapewne sześćdziesiątki, o czym świadczyły głębokie zmarszczki oraz siwe i dość mocno przerzedzone włosy. Jednak uśmiech nie schodził mu z twarzy. Był przy tym rzeczowy i konkretny. Sprawnie wprowadził Wrońskiego w szczegóły oraz przedstawił wszelkie niezbędne dokumenty.

– A co pan o tym wszystkim sądzi? – zapytał Patryk, kiedy po kilku godzinach pracy zbierał się już do wyjścia.

Doll przeciągnął dłonią po żuchwie. Kilkudniowy zarost zachrzęścił mu pod palcami.

– Czytał pan moje raporty, notatki…

– Ale tak prywatnie – przerwał mu Wroński. Musiał przyznać, że o ile dokumentacja sprawy wyglądała wręcz wzorcowo, o tyle w gruncie rzeczy niewiele z niej wynikało. Trochę go to zastanowiło.

Podkomisarz wstał, zaciągnął w oknie roletę i włączył światło.

– Jak pan zapewne wie – zaczął, nie patrząc na Patryka – już kiedyś miała tu miejsce bardzo podobna sytuacja. To było chyba w…

– Osiemdziesiątym dziewiątym – dokończył Wroński.

– Czyli pan wie.

– Tak, inspektor Chmiel opowiedziała mi o tym zdarzeniu. – Patrykowi zrobiło się gorąco na samo wspomnienie tego, co wówczas spadło na rodzinę jego obecnej szefowej.

– Zatem na pewno mówiła panu także o tym, że wtedy podejrzewano Tadeusza Skarleckiego. Ale to były inne czasy. Ostatecznie nie znaleziono sprawcy. Nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności. Właściwie trudno nawet jednoznacznie stwierdzić, co tak naprawdę się wtedy wydarzyło. Funkcjonariusze, którzy wówczas się tym zajmowali, już dawno nie żyją. Wtedy nie było takich możliwości jak dziś. Poza tym nadchodziły zmiany, nikt tutaj nie był pewien swojej roboty. Ludzie patrzyli na siebie wilkiem. A Skarlecki był ormowcem, więc sam pan rozumie… – Doll wreszcie się odwrócił i spojrzał na Wrońskiego, a później lekko się uśmiechnął. – Chociaż nie, pan jest w takim wieku, że właściwie nie ma pan prawa wiedzieć, jak to wtedy było w naszym kraju. Mam córkę zapewne niewiele od pana młodszą. Ona zupełnie nie czuje tamtych klimatów, nie pojmuje tego wszystkiego. I nawet jej się nie dziwię.

Patryk odchrząknął.

– Z tego, co wynika z dokumentacji – podjął – również w tej bieżącej sprawie udział Tadeusza Skarleckiego jest brany pod uwagę.

– No tak – przyznał podkomisarz, przysiadłszy na biurku. – To on chlał z tym rolnikiem, który w październiku znalazł w polu nogę. I to jego niemal codziennie widywano w lesie, w tym miejscu, gdzie ujawniono pierwszą dłoń.

– Według mnie to nawet jeszcze nie jest poszlaka – rzucił Wroński. Miał nadzieję, że sprowokuje w ten sposób jakiś dłuższy wywód Dolla. Ten jednak milczał przez chwilę.

– Skarlecki wyszedł z więzienia dokładnie tydzień przed odnalezieniem pierwszej kończyny – powiedział w końcu. – Jak pan zapewne przeczytał w aktach, został skazany z artykułu sto osiemdziesiątego dziewiątego, paragrafu drugiego, Kodeksu karnego – dodał. W jego głosie zabrzmiało coś, co młody policjant zinterpretował jako smutek.

– Pozbawienie człowieka wolności trwające dłużej niż siedem dni – wyrecytował Patryk. Musiał przyznać, że to, iż inspektor Chmiel tak go przeczołgała tuż po tym, jak podjął pracę w komendzie wojewódzkiej, summa summarum wyszło mu na zdrowie. Nie tylko był teraz zdecydowanie bardziej pewny siebie, ale i jego wiedza znacznie się pogłębiła. Nauczył się także zwracać uwagę na rozmaite detale oraz filtrować uzyskiwane informacje. To w połączeniu z jego wrodzoną intuicją przyczyniało się do kolejnych zawodowych sukcesów.

Podkomisarz Doll kiwnął głową, a później dyskretnie zerknął na zegarek.

– Tak jak pan czytał, tę drugą dłoń odnaleziono tuż obok domu Tadeusza Skarleckiego – powiedział. – A teraz najmocniej przepraszam. Za chwilę kończę zmianę. Chętnie poświęciłbym panom więcej czasu, ale jestem już umówiony. Oczywiście w poniedziałek od rana będę do dyspozycji.

– W porządku. Dziękujemy – odrzekł towarzyszący Patrykowi aspirant Jan Goc, który podczas całej wizyty w skarlecińskim komisariacie niemal się nie odzywał.

Doll uśmiechnął się uprzejmie, po czym zaczął powoli wkładać płaszcz. Wroński jednak nie ruszył się z miejsca.

– Proszę mi jeszcze powiedzieć, kiedy będę mógł porozmawiać z sierżantem… – Urwał i zerknął do swoich notatek. – Ze starszym sierżantem Adamem Trochałą, który do tej pory zajmował się tą sprawą?

Podkomisarz znów przeciągnął dłonią po żuchwie, tym razem bardziej nerwowo. Wyglądało na to, że nie przywykł do zarostu.

– Przekazałem panu wszystko – powiedział. – I w razie potrzeby służę wszelką pomocą. Ale tak niefortunnie się złożyło, że Trochała miał tej nocy wypadek. Jest w szpitalu i raczej nieprędko będzie można z nim porozmawiać.

Patryk jedynie udał zaskoczenie. Tuż przed wyjazdem z Kielc inspektor Chmiel poinformowała go o tym zdarzeniu. Zarówno jemu, jak i komendantce wydało się mocno podejrzane to, że policjant został tak brutalnie pobity.

– W takim razie chciałbym dostać namiary na jego najbliższych krewnych – odezwał się Wroński. – Będę musiał z nimi pomówić. No i proszę mi podpowiedzieć, jak trafić do domu tego Skarleckiego. Bo to chyba gdzieś w lesie, prawda?

Doll przytaknął, uśmiechając się życzliwie.

– Tak. Ten nasz miejscowy dziwak mieszka w starej leśniczówce. Mogę tam panów podwieźć – zaproponował. – Albo pojadę przodem, a panowie za mną.

Wroński jednak odmówił. Zamierzał rozejrzeć się po okolicy. Wertując dokumentację sprawy, wynotował sobie kilka miejsc, które chciał jak najszybciej odwiedzić. Dom Tadeusza Skarleckiego wcale nie znajdował się na szczycie listy.

Rozdział 3

1

Eryka spędziła większość dnia w swoim gabinecie. Próbowała sprawdzić w sieci, co może oznaczać słowo, które rano ktoś telefonujący z zastrzeżonego numeru wycharczał jej do ucha. Możliwości było co najmniej kilka. Wyraz „held” był na przykład imiesłowem biernym angielskiego słowa „trzymać”. Natomiast w języku niemieckim „der Held” oznaczało „bohatera”. Olbracht nie znalazła jednak niczego, co uznałaby za jakiś punkt zaczepienia. Szybko zajęła się więc zwykłymi obowiązkami, takimi jak analiza miesięcznych sprawozdań finansowych, podpisywanie dziesiątków dokumentów czy tworzenie planów poprawy funkcjonowania poszczególnych komórek organizacyjnych wchodzących w skład zarządzanej przez siebie lecznicy. A tych było sporo.

Szpital Świętej Apolonii ulokowano na wschodnim krańcu miasta. Była to dobrze wyposażona placówka, w której skład wchodziło sześć oddziałów łóżkowych, SOR, blok operacyjny, laboratorium, pracownie oraz czynne siedem dni w tygodniu poradnie specjalistyczne. Wprawdzie szpital nie funkcjonował ostatnio tak dobrze, jak w latach, kiedy jego szefem był Marcin Olbracht, mimo wszystko kontrole wykazywały, że zarówno pod względem świadczonych usług, jak i sytuacji finansowej placówka może wciąż śmiało konkurować z najlepszymi lecznicami w regionie.

Dokonując obchodu, co miała w zwyczaju robić pod koniec każdego tygodnia, by na własne oczy przekonać się, jak personel odnosi się do pacjentów oraz siebie nawzajem, Eryka myślała o tym, ile trudności musiała pokonać, by lecznica funkcjonowała tak jak obecnie.

Początkowo Olbracht bała się odpowiedzialności związanej z zarządzaniem szpitalem. Po zniknięciu męża nie chciała jednak dopuścić do tego, by placówka, którą zbudował od podstaw i która stała się jego oczkiem w głowie, dostała się w ręce współudziałowców. Podjęła więc bezpardonową walkę o to, by w zastępstwie męża zasiąść w fotelu prezesa lecznicy oraz zarządu prowadzącej go spółki. Jakież jednak było jej zdziwienie, gdy przekonała się o faktycznej funkcji kierowanej przez siebie placówki.