Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
Mroczny i pełen emocji thriller psychologiczny autorki Dziewczyny z pokoju 12. Kolejna zaskakująca powieść mistrzyni thrillerów, autorki hitów: Córeczka, Tylko jedno kłamstwo, Nie ufaj nikomu, Nigdy nie zapomnisz.
Brytyjska autorka Kathryn Croft po raz kolejny udowadnia, że potrafi mistrzowsko budować napięcie i mylić tropy aż do ostatniej strony.
Nie zabiłem twojej matki. Ale wiem, kto to zrobił.
Jedno spotkanie wystarczy, by cały świat Jess zawalił się jak domek z kart. Gdy mężczyzna uznany przed laty za mordercę jej matki wraca i twierdzi, że został fałszywie oskarżony, wszystko, w co dotąd wierzyła, przestaje mieć sens. Każdy sekret prowadzi do kolejnego kłamstwa, a prawda, którą odkryje, może okazać się bardziej niebezpieczna niż wszystko, co znała do tej pory.
Mistrzowsko skonstruowany thriller pełen napięcia, emocji i rodzinnych intryg. Idealny dla fanów Lisy Jewell, Shari Lapena i B.A. Paris.
Opinie Czytelników Goodreads:
⭐⭐⭐⭐⭐ „Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! Napięcie jest wyczuwalne od pierwszej strony, a każda scena idealnie buduje niepokój. Musiałam skończyć ten thriller na raz – genialny, mrożący krew w żyłach!”
⭐⭐⭐⭐⭐ „Rewelacja! Świetnie poprowadzona fabuła i doskonały styl. Książka, którą poleciłabym każdemu miłośnikowi dobrego thrillera.”
⭐⭐⭐⭐⭐ „Kathryn Croft znowu to zrobiła. Tyle zwrotów, tyle podejrzanych – aż do samego końca nie wiadomo, komu można zaufać. Thriller, który naprawdę trzyma w napięciu.”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 375
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KWIECIEŃ 1993
Park jest cichy tego ranka, w blasku słońca liście na kołyszących się leniwie gałęziach połyskują wieloma odcieniami zieleni. W tym ciepłym kwietniowym poranku nie ma niczego niezwykłego, nic też nie sugeruje, że wstający dopiero dzień może różnić się czymkolwiek od poprzednich.
Jest siódma piętnaście i Lori Gray nie ma powodów podejrzewać, że nie ujrzy kolejnego wschodu słońca, że nie zobaczy nigdy, jak jej córeczka dorasta i zmienia się w kobietę, że czas płynie leniwie, prowadząc ją ku czemuś niewyobrażalnemu, że ominą ją wszystkie te ważne wydarzenia, te pierwsze razy jej dziecka, całe to szczęście i troski, radości i obawy, których mogłyby doświadczyć wspólnie. A wszystko dlatego, że ktoś uznał, iż Lori nie powinno tutaj być.
Na razie cieszy się promieniami słońca, które muskają ciepłem jej skórę. Nie spodziewała się aż tak pogodnego dnia, dlatego zaraz po wyjściu spod prysznica nie posmarowała się kremem do opalania. Dobrze chociaż, że jej bobas jest bezpieczny pod budą wózka.
Idzie swobodnym krokiem, wioząc córeczkę przez park Clapham, a nuconą przez nią kołysankę uzupełnia świergot ptaków krążących nad jej głową. Tak dawno tego nie robiła. Jest przekonana, że nigdy więcej nie pozwoli, by coś jej w tym znowu przeszkodziło. Spogląda w dół na dziecko. Teraz jesteśmy tylko ty i ja.
Wdycha zapach świeżo skoszonej trawy, który przypomina jej szkolne czasy. Żałuje, że nie wiedziała wtedy, o ile łatwiej mogłoby potoczyć się jej życie, którego tyle jeszcze miała przed sobą. Nie spieszyłaby się aż tak bardzo z dorastaniem, gdyby wiedziała, z czym przyjdzie jej się mierzyć w pełnoletności. Ale co było, minęło, ma to już za sobą.
Jakie to cudowne uczucie, gdy na całym bożym świecie, w tym ogromnym mieście, są tylko ona i Jess. Wiele by dała, by zamknąć to cudowne uczucie w butelce i na zawsze je zapamiętać.
W tym momencie uświadamia sobie, że przed wyjściem na spacer zapomniała zjeść śniadanie. Kawa przecież się nie liczy? Nie przejmuje się tym jednak; teraz ważna jest tylko jej mała dziewczynka i to, że mogą w końcu żyć tak, jak chcą.
TERAZ
Jess
Wie, że ktoś ją obserwuje, jest tego równie pewna jak zachodu słońca wieczorem. I nie chodzi wyłącznie o ostrzegający ją instynkt, bo tak samo ważne jest, że zauważa to, co innym umyka. Widzi wszystko. Nawet tycie detale, które umknęłyby uwadze innych. Połyskującą kropelkę deszczu na na wpół wyschniętym jesiennym liściu, zatroskanie malujące się na twarzach mijających ją ludzi, nawet to, jak ktoś zaczesał sobie włosy. Zauważa to wszystko, ponieważ życie zmusza ją do spostrzegawczości. Nigdy więcej nie przegapi tego, co ma przed oczami.
Umiejętność zapamiętania wszystkiego, na czym spocznie wzrok, sprawdziła się wielokrotnie i pozwoliła jej firmie fotograficznej na osiągnięcie sukcesu, choć jest jedną z tysięcy osób w Londynie, które zarabiają tak na życie, z trudem utrzymując się z uprawiania sztuki. Czymże jest jednak ten wymarzony sukces? Powinien dawać szczęście, a to nie jest jej chyba pisane. Zawsze będzie otaczać ją mur, przez który nie zazna nigdy prawdziwego spokoju. Z tym zdążyła się już pogodzić. To niesamowite, że po tym wszystkim, co ją spotkało, może nadal żyć.
Dzieje się to w wyjątkowo ciepły jak na luty piątek, późnym popołudniem. Gdy Jess idzie Camden Street, słońce grzeje, jakby opatuliła się grubym kocem. Często chadzała na takie przedwieczorne spacery, choć przesiadywała także całymi godzinami w swoim atelier, tego dnia uznała jednak, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza i sprawdzić, czy świat wciąż istnieje. Czasami odnosi wrażenie, że ściany jej studia zaczynają się niebezpiecznie zbliżać, grożąc uduszeniem, jeśli pozostanie między nimi zbyt długo.
Tego dnia ma zaplanowane wyłącznie zdjęcia robione w atelier i choć woli sesje w terenie – bo tam może rozwinąć kreatywne skrzydła – to nigdy nie odmawia zleceń.
Camden jak zwykle tętni życiem, pełno na niej Londyńczyków zajmujących się swoimi sprawami, co jest dla Jess pewnym pocieszeniem. Mieszkanie gdzieś na odludziu nie wchodzi w grę, na samą myśl o tym przeszywa ją zimny dreszcz. Wręcz paraliżuje. Jess potrzebuje obecności innych ludzi. Najlepiej, żeby to były tłumy. Musi otaczać ją nieustanny jazgot życia.
Zauważa kierującego się w jej stronę mężczyznę, jego wzrok spoczywa na niej o ułamek sekundy za długo. Nie rozpoznaje twarzy, ale jest pewna, że już go gdzieś widziała. Wygląda na pięćdziesiąt do sześćdziesięciu lat i raczej nie należy do jej klienteli – od dawna obsługuje wyłącznie młodych ludzi. Gdy ją mija, Jess odwraca z wolna głowę i widzi, że on także przystaje i spogląda w jej kierunku, przewiercając ją na wylot ciemnymi oczami. Dopada ją trudna do opanowania chęć ucieczki, instynkt wrzeszczy, że coś jest nie tak. Zastanawia się na tym, zachowując pełną czujność. Czy na pewno jest bezpieczna tutaj, pośrodku ruchliwej londyńskiej ulicy? Będzie miała setki świadków, jeśli cokolwiek się wydarzy.
Paranoja często kieruje jej osądami. Wydarzenia sprzed lat wciąż ją prześladują, mimo że nie może ich pamiętać. Jedyne, co wie na ten temat, to strzępki informacji zasłyszane od przypadkowych ludzi. Wszyscy jej znajomi wiedzą, że nie chce o tym słuchać. Nawet teraz, po tylu latach. Ale informacje z drugiej ręki świadczą o jednym: to zdarzenie nie dotyczyło jej, to po prostu rodzinna historia przekazywana z pokolenia na pokolenie. Niewykluczone, że ten mężczyzna z kimś ją pomylił. Po prostu. Mierzy go ostrym spojrzeniem, potem odwraca się i rusza dalej, próbując zapanować nad oddechem.
– Jessica?
Zatem to nie pomyłka. Ten człowiek dobrze wie, kim ona jest. Odwraca się więc ponownie i przygląda mu uważniej: facet ma piwne oczy osadzone nieco zbyt blisko siebie, gęstą szopę nieuczesanych ciemnych włosów skręconych w jakże pożądane przez nią loczki. Nosi szary płaszcz, nieco za cienki jak na tę porę roku, choć trzeba przyznać, że tego dnia jest niesamowicie ciepło.
Stoi teraz nieco bliżej, wciąż nie spuszczając z niej wzroku, ręce trzyma w kieszeniach. Czas wiać. W jej głowie kłębią się coraz to gorsze wizje: wyciąga coś tą kościstą dłonią – czy tym razem będzie to nóż? – jej jasnoczerwona krew bryzga na płyty chodnika, zalewając szary beton. A ludzie mijają ich obojętnie, jakby nie wydarzyło się nic niezwykłego. Jess odgania od siebie te natrętne myśli, chce, by dały jej spokój; zaszła zbyt daleko, by pozwolić im na przejęcie kontroli. Te dni ma już za sobą. To po prostu ktoś, kogo nie zdołała zapamiętać, nic więcej się tutaj nie dzieje.
– A kto pyta? – Jej słowa brzmią ostro, ale szybko toną w pisku hamującego na jezdni autobusu,
Gdy się dowie, z kim ma do czynienia, pokaże temu facetowi, że jest kimś, z kim nie powinien zadzierać. Odzyska kontrolę nad sytuacją.
Sekundy mijają, a mężczyzna dalej gapi się na nią, nic nie mówiąc. Nie jest to jednak ani ostre, ani tym bardziej groźne spojrzenie. Zdaje się raczej, że mierząc ją wzrokiem, próbuje dobrać odpowiednie słowa.
Jess znów się odwraca, nie ma czasu na takie zabawy.
– Nie, zaczekaj. Proszę. – Mężczyzna postępuje krok do przodu, wyciąga przed siebie drżącą rękę.
– Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? – pyta Jessica o wiele bardziej zaczepnym tonem.
Mężczyzna nabiera głęboko tchu. Teraz już nie tylko jego dłoń drży, ale i reszta ramienia. Pewnie od narkotyków. Albo od alkoholu. Jest od czegoś uzależniony.
– Ja… ja… znałem twoją matkę. Miała na imię Lori… – Przerywa na moment, pozwala, by przyswoiła tę informację. – Czy możemy porozmawiać?
W tym momencie do Jess dociera, z kim rozmawia, choć nigdy wcześniej nie widziała jego twarzy. Spotkali się już kiedyś. Czuje ucisk w piersi, przez który ma trudności z oddychaniem. Zaczyna się dusić.
– Odczep się ode mnie.
– Proszę… – Znów wyciąga do niej rękę. Tym razem jest już pewniejsza. – Poświęć mi, proszę, kilka minut. Możemy porozmawiać tutaj, pośrodku chodnika, jeśli poczujesz się dzięki temu bezpieczniej. Daję słowo, że nie zamierzam cię straszyć ani sprawiać ci kłopotów. – Cofa się o krok, nabiera głębiej tchu. – Chcę tylko, żebyś usłyszała, jak wygląda prawda. Daję słowo, że później zostawię cię w spokoju. Nie zobaczysz ani nie usłyszysz mnie więcej, obiecuję.
Jess ściska w kieszeni alarm osobisty, jest taki chłodny i twardy pod jej palcami. Mogłaby go użyć w tym momencie i poczekać, aż trudny do zniesienia dźwięk rozerwie im bębenki w uszach, zwiększając jeszcze bardziej kakofonię ruchliwej ulicy. Dostrzega jednak w stojącym przed nią mężczyźnie pewną słabość, kruchość nawet. On błaga, by go wysłuchała, a to łagodzi jej nerwy.
– Mów, co masz do powiedzenia – żąda. – Ale nie podchodź bliżej. Zostań tam, gdzie jesteś.
Jeszcze moment i zapadnie się w sobie. Nigdy dotąd to uczucie nie było tak przemożne; zazwyczaj odsuwała od siebie tematy, o których nie chciała słyszeć, zamykała je w najgłębszych zakamarkach umysłu, by nigdy stamtąd nie uciekły. Mimo to ma już plan: pozwoli temu zwyrolowi powiedzieć, co tam chce, a potem mu pokaże, czego nauczono jej na kursie samoobrony. Kopnięcie karate, zanim zdąży mrugnąć, powinno załatwić sprawę. A gdy tylko padnie na ryj, ona zadzwoni po policję. Musi tylko dać mu chwilę, by przyznał, że zamordował jej matkę tamtego dnia w parku.
– Ja tego nie zrobiłem – wydusza z siebie tak cicho, że Jess ledwie go słyszy. – Ja nigdy bym… – Wygląda na załamanego. Ma wielkie czarne wory pod oczami, a jego skóra sprawia wrażenie tak cienkiej, że mogłaby pęknąć, gdyby ktoś jej dotknął. To Nathaniel. Nathaniel French. Mieszka samotnie w pobliżu parku. Właśnie te strzępki informacji Jess kiedyś dopuściła do siebie.
Ona także nabiera głębiej tchu.
– Wyśledziłeś mnie na ulicy, by powtórzyć kłamstwa wypowiadane wiele lat temu? Dwadzieścia osiem lat temu!
– Ja nie kłamię – zarzeka się. – Przysięgam, jestem niewinny. Nigdy bym nie zrobił czegoś tak… okropnego. – Cały dygocze, i to tak mocno, że Jess przez ułamek sekundy zaczyna mu współczuć.
Otrząsa się jednak z tego i cofa o krok.
– Dzwonię na policję. To podchodzi pod nękanie. – Sięga do kieszeni, wyjmuje komórkę.
– Nie, czekaj, proszę! Musisz poznać prawdę. Musisz ją usłyszeć ode mnie.
Mija ich kobieta w kostiumie, uśmiecha się, krocząc w kierunku stacji Camden. Nie zauważa płomieni trawiących Jess ani znaczenia słów wypowiadanych przez nich oboje.
– Jak mnie znalazłeś? – pyta Jess. – Nikt tutaj nie wie, kim jestem.
Musiała stać się osobą, która nie istniała przed ukończeniem dwóch i pół roku, wykasowanie tamtego czasu było jedynym sposobem, by poradzić sobie z traumą.
Mężczyzna odchrząkuje, by oczyścić gardło.
– Zajęło mi to sporo czasu. Całe lata. Znalezienie ciebie nie było wcale najtrudniejsze. O wiele bardziej przeżywałem to, że przyjdzie mi stanąć z tobą twarzą w twarz.
W tym momencie Jess odczuwa pragnienie, by wydrzeć się na niego, chwycić go za kołnierz i potrząsać tak długo, aż kości zaczną mu grzechotać, wydusić z gada, dlaczego odebrał życie jej matce. Lori nie miała z nim nic wspólnego, nawet się nie znali. Sprawa nigdy nie trafiła do sądu, ale wszyscy i tak uważali, że on to zrobił. Jesteś niewinny, dopóki ci czegoś nie udowodnimy, tak głosi prawo, ale pomiędzy czernią i bielą jest z tysiąc różnych odcieni. A ty czasami wiesz, jak wygląda prawda.
– Cóż takiego mógłbyś mi powiedzieć? – pyta Jess.
Ciekawe, czy zauważył, że jej także trzęsą się ręce. Wbrew pozorom została odsłonięta, zmartwiała z szoku, ale on był ostatnim człowiekiem na tym świecie, któremu mogłaby to ujawnić.
– Ja tego nie zrobiłem – powtórzył. – Wiem, że byłaś wtedy maleńka, ale musiałaś chyba coś widzieć. Może… po tylu latach udało ci się coś… przypomnieć?
Kręci z odrazą głową, gdy to słyszy.
– Miałam dwa i pół roku. Niczego nie zapamiętałam. A tym bardziej nie pamiętam teraz.
On chyba chce wysondować, czy ja coś wiem, tak, o to mu pewnie chodzi. Obawia się, że mogę pójść z tym na policję i zostanie aresztowany, że tym razem uda mi się go dopaść. Nikt nie może ukrywać się w nieskończoność.
– Ale mnie pamiętasz, nieprawdaż? Widziałem to po twojej minie, gdy na mnie spojrzałaś. Popatrz na mnie. – Podchodzi bliżej. – Przyjrzyj mi się uważnie. Wiesz dobrze, że to nie byłem ja, prawda? – Tym razem ma błagalny ton. Jest zdesperowany.
– Cofnij się! – Choć chciałaby mu wykrzyczeć w twarz, że się myli, to jednak pomyślała, że skądś go zna, gdy mijali się przed chwilą. Uznaje jednak, że zachowa tę informację dla policji. A jemu powie jak najmniej. – I nie, nie wiem, że to nie byłeś ty – odpowiada.
On znów podchodzi o krok.
– Wiesz, że mam na imię Nathaniel. Bardzo zależy mi na tym, abyś mi uwierzyła, Jessico. Ukrywałem się od tak długiego czasu, ale teraz chcę jedynie oczyścić swoje imię. Jeśli nie przed wszystkimi, to chociaż przed tobą. Tylko ty się teraz liczysz.
Jess czuje podchodzącą do przełyku żółć, gdy cofa się po raz kolejny.
On powoli potakuje głową.
– Boisz się mnie. To dla mnie w pełni zrozumiałe. Gazety zrobiły ze mnie potwora. – Prycha. – Na tym chyba polega ich robota. Dzień w dzień dziękuję Bogu, że w tamtych czasach nie było portali społecznościowych. Nie miałbym się jak i gdzie ukryć. Pewnie już bym nie żył. Ktoś by mnie zabił.
– Ale tego nie zrobił. I dzięki temu jeszcze żyjesz! – wrzeszczy Jess, nie mogąc uwierzyć, co słyszy.
Nathaniel zwiesza głowę.
– Wiem. Nie mogę narzekać na własne życie. Ty miałaś o wiele gorzej. A twoja mama… Lori…
– Nie życzę sobie użalania się nade mną – syczy. – Pomimo tego, co zrobiłeś, jakoś wiążę koniec z końcem.
Ten człowiek zniszczył życie tylu osobom, ale ona zrobi co w jej mocy, by jej nie mógł zaszkodzić.
French kręci powoli głową.
– Próbuję ci powiedzieć, że niczego nie zrobiłem. To nie byłem ja. Proszę, musisz mi uwierzyć.
Łzy gniewu walczą o uwolnienie, Jess powstrzymuje je resztkami sił.
– Byłeś wtedy w parku. Wszyscy o tym wiedzą. Sam to przyznałeś.
On znów odpowiada ze stoickim spokojem:
– Tak, byłem tamtego ranka w Clapham Common. Nigdy się tego nie wypierałem, ale nie zbliżyłem się nawet na moment do Lori.
– Powiedz dlaczego? Jeśli jesteś niewinny, jak twierdzisz, choć nawet przez sekundę w to nie wierzyłam, powiedz, co tam wtedy robiłeś. Czaiłeś się na przypadkową osobę, by ja obrobić? O to chodziło?
Jej krzyki zwracają uwagę przechodniów. Starsza kobieta zaczyna im się przyglądać. Marszczy brwi, ale w końcu daje za wygraną i rusza w kierunku przystanku autobusowego.
Nathaniel kręci głową.
– To… skomplikowane.
Jess ma już tego dość.
– Jesteś mordercą.
Zbierając się na odwagę, robi krok w jego kierunku. Wokół nich kłębi się tłum, nic jej nie może zrobić. Ma przewagę liczebną.
– Czekaj – prosi French głośniej, niż odzywał się do tej pory. – Pokażę ci coś, co powinno cię przekonać.
– Nie ma takiej rzeczy…
– Rzuć tylko okiem, proszę.
Sięga do kieszeni i wyciąga coś zdecydowanym ruchem. To zdjęcie, wyblakłe ze starości. Jess patrzy na nie i choć to trudne do uwierzenia, widzi tam siebie. Własne ciemne kręcone włosy i piwne oczy.
Ale to nie ona. Kobieta na zdjęciu jest jej matką, stoi z rękami zarzuconymi na szyję młodszej wersji mężczyzny, którego Jess ma teraz przed sobą, całuje go w policzek uszminkowanymi na różowo ustami. Takie zdjęcia robiło się kiedyś w automatycznych budkach, ludzie wychodzili na nich zazwyczaj paskudnie, jakby robiono je na policji.
Ale nie ci dwoje. Nie, ich oczy lśniły, gdy spoglądali na siebie, a nie da się przecież przerobić fotografii tak, by zafałszować prawdę kryjącą się w spojrzeniach.
– Nie rozumiem. Co to jest?
Nathaniel zwiesza ramiona.
– To jest dokładnie to, o czym myślisz, Jessico. Na tym zdjęciu jestem ja i twoja mama, Lori Gray. Kobieta, którą kochałem.
LIPIEC 1992
Lori
Tego wieczora Lori jest mocno rozkojarzona, choć bardzo zależy jej na tym, by być z Dannym. Pracuje w dziale sprzedaży, co zmusza go do częstych podróży po całym kraju, ale zapewnia ją solennie, że nie zamierza robić tego wiecznie – planuje założyć własną firmę konsultingową. Lori nie bardzo wie, z czym może się to wiązać, Danny zazwyczaj zbywa ją półsłówkami i gdy zaczynają rozmawiać o jego pracy, jakby z góry zakładał, że nie będzie tym zainteresowana. Ale jest wręcz przeciwnie i wiele by dała, by raczył to zauważyć. Danny dokona oczywiście tego, co tam sobie zaplanował. Jest jednym z tych ludzi, którzy zawsze dostają to, czego chcą.
Tego wieczora spotykają się w mieszkaniu Lori w Clapham, mają cały wieczór tylko dla siebie trojga. Mała Jess już śpi, więc we dwójkę kończą kolację i choć Lori naprawdę stara się skupiać uwagę na słowach Danny’ego, jej myśli nieustannie dryfują. On mówi coś o tym, że mała rośnie jak na drożdżach, że zaskakuje go tym za każdym razem, gdy ją widzi.
– Ona swoje wie – rzuca, jakby mówili o dziecku innej kobiety.
Gdyby spędzał z nią więcej czasu, wiedziałby tyle, co sama Lori, a ją cieszy przecież, że córka ma taki mocny charakter. Jest dumna z jej niezłomnego ducha i zrobi wszystko, by taka już pozostała. Zdecydowała, że córka nie odziedziczy po niej żadnych wad.
– Nikt nie jest doskonały. – Danny wybucha śmiechem za każdym razem, gdy Lori wspomina, że nie jest zadowolona z siebie. – Nie bylibyśmy ludźmi, gdyby było inaczej. Pogódźmy się ze swoją niedoskonałością.
Lori uwielbia, gdy z jego ust padają takie frazy; w takich momentach wie, że i on wkłada w ten związek równie wiele, chociaż nadal nie są małżeństwem. To dowodzi, że jego zdaniem są prawdziwą rodziną, jednością, która nigdy się nie rozpadnie. Tak niestety nie jest i choć Lori bardzo nie chce stawić czoła tej prawdzie – jakakolwiek ona jest – to tego wieczora będzie musiała to zrobić. Jest pewna.
Tego dnia Danny odpowiada za gotowanie – zrobił spaghetti bolognese, które jej zdaniem jest o wiele lepsze niż jej własne – i nawet uśpił Jess, czytając jej ulubioną książeczkę o tym, jak tygrysek przyszedł na herbatkę. Wystarczyło posłuchać jej radosnych chichotów, by wiedzieć, że o tę książeczkę chodzi. Lori, słysząc ich głosy w kuchni, poczuła się nagle taka szczęśliwa, jakby ktoś przekręcił kontakt umieszczony w jej duszy. Nie pamiętała już, kiedy Danny czytał po raz ostatni jej córeczce. Zawsze była tylko praca, praca, praca. Ten ważny klient albo tamto pilne spotkanie. Ostro haruje, by zapewnić byt córce, za co jest mu niezwykle wdzięczna, chociaż mają przez to tak mało czasu dla siebie. Danny różni się bardzo od poprzednich facetów, z którymi się spotykała. Ma trzydzieści pięć lat, jest więc starszy i o wiele poważniejszy, a co istotniejsze, w odróżnieniu od konkurentów ma konkretne marzenia i aspiracje. Właśnie te cechy podobają jej się najbardziej. I właśnie dlatego poczuła się tak bardzo winna, gdy zaszła w ciążę.
Lori brała tabletki; to nie miało prawa się zdarzyć, ale przypomniała sobie po czasie, że była przez kilka dni tak bardzo chora, że nie umiała przełknąć nawet wody, co dopiero mówić o jedzeniu, a co za tym idzie – w tamtym miesiącu nie została odpowiednio zabezpieczona. A może chodziło o coś zupełnie innego i ta wpadka musiała jej się zdarzyć. Jakkolwiek było, nigdy nie żałowała, że mała Jessica przyszła na świat. Danny także dobrze to przyjął, powiedział nawet, że to błogosławieństwo i że chyba nie może być szczęśliwszy, chociaż nie mieszkali nawet razem.
Spodziewała się po nim dużej wstrzemięźliwości, ale nie dostrzegała wahania w żadnej z odpowiedzi, a mówił z szerokim uśmiechem na twarzy, od którego aż iskrzyło mu w ciemnych oczach. Potem się oświadczył, powiedział, że skoro spodziewają się dziecka, to powinni oboje szykować się do założenia prawdziwej rodziny i do rodzicielstwa, a potem przyjdzie czas na ślub, na który przyjdą ze swoją pociechą.
– Nie jesteś głodna? – pyta z troską Danny. – Zazwyczaj uwielbiasz moje bolognese. Właśnie dlatego je ugotowałem. – Okręca kilka nitek makaronu wokół widelca, jakby to było dziecinnie proste. Ona woli ciąć spaghetti na małe kawałeczki. Tak jest łatwiej.
– Możemy porozmawiać?
Teraz albo nigdy, powinna skorzystać z okazji, że on tu jest, a mała Jess już śpi; mają tylko niewielkie okienko czasowe, po którym dzieciak się zbudzi i będzie się domagał przytulenia. Lori to nie przeszkadza, jej córeczka ma dopiero dwa latka, dlatego potrzebuje każdej nocy obecności mamy. Tego wieczora jednak dobrze by było, gdyby mogła pobyć sama tak długo, jak będzie to możliwe.
Uśmiechnięty Danny odkłada widelec.
– Oczywiście. Jestem twój na całą resztę nocy. Co cię gryzie?
I tak to się zaczyna.
– Sporo ostatnio myślałam o moim życiu i… chcę zaprowadzić w nim kilka zmian. Za kilka lat będę już trzydziestolatką i…
Danny rechocze.
– Masz dopiero dwadzieścia sześć lat. Jeszcze ci sporo brakuje do trzydziestki.
Ignoruje jego komentarz, choć jest do bólu prawdziwy.
– Jess ma już dwa latka, a co za tym idzie, zaczyna więcej kojarzyć. Nie uważasz, że byłoby dla niej lepiej, gdyby widywała cię… nieco częściej i dłużej? – Milknie, by wybadać jego reakcję. Zazwyczaj nie ma problemu z odczytywaniem jego uczuć, ale tym razem nie umie powiedzieć, jakie myśli kłębią się w jego głowie.
– Rozumiem – odpowiada Danny, wciąż się uśmiechając. – Masz rację. Chyba powinienem lekko przystopować z robotą. Problem w tym, że przechodzimy naprawdę trudny okres i bardzo potrzebuję tego awansu. Obojgu nam by się przydał, nie sądzisz? Może wybierzemy się gdzieś razem na urlop? Zawsze marzył mi się wyjazd do Portugalii. A ty gdzie byś chciała się wybrać? Ale nie mówimy o turystycznych miejscówkach. Chciałbym doświadczyć tamtejszej kultury, a nie siedzieć bez końca na plaży. Ja taki nie jestem, znasz mnie przecież. Co o tym sądzisz?
Tak to właśnie z nim jest – gdy zaczyna perorować, Lori bardzo szybko traci wątek. Zatraca się w nim. Tonie w powodzi jego słów, ponieważ drań umie przemawiać z prawdziwą pasją. Tym razem nie może sobie na to pozwolić. To zbyt ważne dla niej. Potakuje więc zdawkowo.
– Tak, to brzmi całkiem nieźle, ale nie o tym chciałam rozmawiać.
Najpierw unosi brwi, potem mruży oczy.
– O co chodzi zatem?
– Czy ja naprawdę muszę ci to przeliterować? – Lori mówi te słowa zbyt głośno, musi bardziej uważać, by nie zbudzić Jess.
Mars nie opuszcza czoła Danny’ego. Przykro patrzeć na te głębokie bruzdy wyryte w jego skórze, a jest to wyraz wymierzonego prosto w nią zawodu.
– Obawiam się, że będziesz musiała to zrobić – odpowiada.
– Wprowadź się do nas. – Rzuciwszy tę kwestię w eter, nie zatrzyma się, dopóki nie powie wszystkiego. – Nie wiem, co cię jeszcze powstrzymuje, po pracy rzadko kiedy bywasz w swoim mieszkaniu. Dlaczego się go nie pozbędziesz? To zwykłe marnowanie pieniędzy. Przed urodzeniem Jess mówiłeś często, że powinniśmy to zrobić, ale później nie wspomniałeś o tym ani razu.
Danny kręci z wolna głową, nie odrywając wzroku od niedojedzonego makaronu. Spaghetti zdążyło już całkiem wystygnąć.
– Wiedziałem, że ten temat kiedyś wypłynie – mówi. – Miałem nadzieję, że podoba ci się tak, jak jest teraz. – Odkłada widelec, potrząsając głową. – Nie jesteś szczęśliwa, Lori? Czy nie kochamy się wystarczająco mocno? Czy tylko to się dla ciebie liczy? A co z tym, że jesteśmy dobrymi rodzicami dla naszej córeczki?
Tak wiele pytań – kłębią się w jej głowie, obijając o ściany czaszki, ale ona już wie, że za tymi słowami kryje się jedno: on nie chce z nią zamieszkać. Nigdy tego nie pragnął. A teraz zyskała pewność, że nigdy do tego nie dojdzie.
Przygląda mu się przez kilka chwil, nie mając pewności, jak powinna zareagować. Jeśli zgodzi się z jego słowami, już nigdy nic się nie zmieni, a ona zasługuje przecież na więcej. Musi zareagować, bronić swoich racji; czyż nie takiej postawy zamierza nauczyć Jess?
– Okej – odpowiada, zniżając głos do szeptu. – Chcesz przez to powiedzieć, że nie zamierzasz wprowadzić się do mnie i do swojej córki? Wolisz, abyśmy mieszkali osobno do końca życia? Nie zapomniałeś przypadkiem, że jesteśmy zaręczeni? To ty wyszedłeś z propozycją małżeństwa, nie ja. A Jess nosi twoje nazwisko.
– Tak, ale chodziło mi o odleglejszą przyszłość, gdy poukładam sobie sprawy w pracy i przywykniemy do rodzicielstwa. Teraz jednak wolałbym, żeby wszystko zostało po staremu… – Milknie, wyciąga rękę nad stołem, by ująć ją za dłoń. – Przepraszam, że cię zdenerwowałem. Kocham cię, Lori. Kocham was obie. Pobierzemy się i będziemy wiedli szczęśliwe wspólne życie, ale… teraz wolę, żebyśmy mieszkali osobno. Chcę mieć więcej swobody. Jestem szczęśliwy i nie chcę niczego zmieniać, ale to jeszcze nie znaczy, że cię nie kocham.
Lori wyrywa się z jego chwytu. Wie, że zachowuje się dziecinnie, może nawet strzela focha, ale zaczyna także czuć, że za moment straci kontrolę, jakby wszystko zostało już ustalone, z pewnością jednak nie tego pragnęła. Bez słowa wstaje od stołu, zabierając talerz z nietkniętym jedzeniem. Podchodzi do kosza na śmieci i wrzuca tam wszystko, skrobiąc długo widelcem po naczyniu, chociaż nic już na nim nie zostało.
– Jesteśmy razem od pięciu lat! – wybucha w końcu, podnosząc głos. – Dorobiliśmy się córki, a ty nadal masz opory przed wprowadzeniem się do mnie?
– Uspokój się, Lori. Zbudzisz Jess.
– Nic jej nie będzie! – wrzeszczy, po czym szybko zerka na monitor dziecka i oddycha z ulgą, widząc, że mała nawet nie drgnęła.
– Chyba lepiej będzie, jeśli już pójdę – stwierdza Danny. – Pozwolę ci ochłonąć. Nie wiem, o co tutaj chodzi, ale… dzisiaj nie jesteś sobą.
Chwyta płaszcz i znika za zamykanymi ostrożnie drzwiami, zanim ona zdąży przeprocesować w głowie, co naprawdę myśli o tym, że Danny chce wyjść.
Lori stoi w oknie ukryta za welonem łez, przyglądając się, jak on przechodzi przez ulicę, by wsiąść do samochodu. Zerka w jej kierunku i chyba na mgnienie oka zamiera. Może zmieni zdanie i wróci? Moment później otwiera drzwiczki wozu i wsiada. Nigdy wcześniej nie czuła tak potwornego spazmu bólu. Owszem, jakiś czas temu chodziła z kilkoma mężczyznami, ale żadna z tych znajomości nie miała tak ogromnego wpływu na jej życie. Czuła ogromną więź z Dannym, nawet zanim dorobili się dziecka; przebywając w jego towarzystwie, czuła się taka spełniona, spokojna, jakby trafiła dokładnie tam, gdzie powinna być. Co zatem miało oznaczać to jego nagłe wyjście albo odmowa rozważenia pomysłu wspólnego zamieszkania, stworzenia rodziny, której pragnęła równie mocno dla nich obojga, jak i dla Jess?
Odchodzi od okna, dopiero gdy jego Volvo znika za rogiem, mija krótki przedpokój i zagląda do pokoju córeczki. Zanim przekroczy próg, rozgląda się po mieszkaniu, próbując spojrzeć na nie oczami Danny’ego. Owszem, nie jest specjalnie przestronne, ale za to cieplutkie i wygodne, poza tym nie musieliby w nim siedzieć do końca życia. Powinna mu o tym wspomnieć. Mogliby się przeprowadzić, gdzie tylko by chcieli.
Babcia powtarzała jej zawsze, żeby nie szła spać, gdy jest z kimś pokłócona. Co ja narobiłam? Muszę go przeprosić.
W pokoju córeczki przykuca przy jej łóżeczku. Jess wygląda tak spokojnie i promiennie, gdy śpi, w pewnym momencie z jej ust wyrywa się ciche chrapnięcie, to ono właśnie skłania Lori do bardziej stanowczej walki o rozpadający się związek. Zrobi wszystko, co w jej mocy, by Jess nie dorastała w rozbitej rodzinie. Chciała, by jej córeczka wiodła spokojne, dostatnie życie, czyli coś, czego ona już nie doświadcza.
– Chodź do mnie, maleńka – szepcze, wyciągając ręce w kierunku posłania. – Musimy iść i poszukać tatusia. Mam mu do powiedzenia coś, co nie może czekać.
Jess tak głęboko sypia, że nie budzi się, nawet gdy jest przenoszona do samochodu. A jeśli nawet się zbudzi, to kołysanie jadącego auta ponownie ją uśpi, gdy tylko Lori wyjaśni jej, że jadą szukać taty. Potraktują to jako kolejną zabawę i wszystko będzie w porządku.
Lori się uspokaja, jadąc pogrążonymi w mroku ulicami Londynu w kierunku Wimbledonu. Po zmierzchu ruch jest znacznie mniejszy i nie ma już korków. Pokonywała tę trasę tyle razy, powtarza też sobie, że jedzie po prostu w kolejne odwiedziny, jak zawsze, że equilibrium ich związku pozostało niewzruszone. Niestety, mocny ucisk na dnie żołądka jest wystarczającym dowodem, że okłamuje sama siebie.
Strach dopada ją ponownie, gdy skręca w ulicę, przy której mieszka Danny. Męczy ją przeczucie, że to nie skończy się dobrze. Po takim wybuchu może winić tylko siebie, jeśli w nią zwątpi. Ta Lori, którą dzisiaj zobaczył, nie była uległą kobietą, którą poznał w wypożyczalni wideo, gdzie pracowała dorywczo.
Jess nadal śpi na tylnym siedzeniu, gdy jej matka parkuje wóz. Pewnie lada moment się zbudzi, ale to nawet dobrze. Po wejściu do mieszkania Danny’ego położy się ją do łóżka, aby rodzice mogli porozmawiać w salonie.
Jedyne wolne miejsce parkingowe znajduje się po przeciwnej stronie ulicy. Intensywnie niebieskie drzwi domu, w którym mieszka jej narzeczony, po zapadnięciu nocy tracą wiele ze swojej niezwykłej jaskrawości. Wszystko wygląda inaczej po zmroku, myśli Lori, szykując się na nieuniknioną konfrontację. Nie spodziewa się jedynie, że zobaczy Danny’ego, który wychodzi właśnie z domu ze sportową torbą na ramieniu, zmierzając raźnym krokiem w stronę samochodu. Jest tak skupiony, że nie zauważa zaparkowanego tuż obok białego Peugeota.
W tym momencie dopada ją zwątpienie. Gdzie on się wybiera o tak późnej porze? Tu na pewno nie chodzi o pracę – ten wieczór jako jeden z nielicznych miał wolny. Pewnie zamierza wrócić do niej, by przeprosić i powiedzieć, że tak, oczywiście, mogą zamieszkać razem. Nie może chodzić o nic innego. Już ma wyjść zza osłony i oszczędzić mu niepotrzebnego powrotu do Clapham – obie przecież mogą przenocować u niego – ale jej córka budzi się w tej właśnie chwili i wybucha rozdzierającym płaczem.
– Och, kochanie – mówi Lori, próbując ją uspokoić. – Jesteśmy już u tatusia, nie masz się czym niepokoić. – Dziecko zaczyna się uspokajać. – Poczekaj jeszcze momencik.
Opuszcza szybę, by zawołać narzeczonego, ale jest za późno, bo zdążył już odpalić wóz i odjeżdża, nie oglądając się za siebie.
Nie ma wyjścia, musi za nim jechać, co robi rzecz jasna, pocieszając się cały czas myślą, że wracają oboje do jej mieszkania.
Mocno się jednak myli.
Niedługo później staje się jasne, że Danny nie kieruje się do Clapham, lecz jedzie przez Wandsworth w kierunku Putney, potem skręca w Hammesmith, zmierzając w stronę North Circular.
Znów ją nawiedza poczucie, że to nie może skończyć się dobrze. Że jakimś sposobem dotarła do początku końca.
Są już w Chiswick, w miejscu, którego nie zna i które ją niepokoi. Szybki rzut oka w lusterko wsteczne uświadamia jej, że Jess znów zasnęła: główkę oparła o siedzenie, a maleńki usteczka ułożyły się w literę O.
Kilka minut później Danny skręca w końcu w boczną osiedlową uliczkę. Lori parkuje daleko za nim, upewniając się, że nie zostanie zauważona. On jednak nie zwraca na nic uwagi, jest zbyt zaprzątnięty swoimi sprawami, by ją dostrzec. Nigdy nie rozumiała prawideł, którymi się rządził.
Lori nie musi wysiadać z samochodu. To, co widzi przez okno, wystarcza jej, by zrozumiała, że nigdy tak naprawdę nie poznała tego człowieka. I że nie powinien być ojcem jej dziecka.
Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że to ona popełniła straszliwy błąd.
TERAZ
Jess
Stoi przed posterunkiem policji jak wmurowana, choć wokół niej tętni życie. Funkcjonariusze mijają ją obojętnie, nikt się nie zatrzymuje, by zapytać, o co może jej chodzić. Nabiera głębiej tchu, aby się uspokoić. Nauczyła się tak postępować za każdym razem, gdy w tyle głowy rodzi się atak paniki – a z ostatnim miała do czynienia wiele lat temu. Potem kieruje wzrok na schody prowadzące do drzwi, liczy je w pamięci, by wrócić do rzeczywistości i zapomnieć o rosnącym wciąż strachu.
Na koniec przymyka powieki i wyobraża sobie, że wchodzi do budynku, by powiedzieć komuś, kto zechce jej wysłuchać, o zdobyciu nowych dowodów w sprawie swojej matki. Zażąda, by jej wysłuchano. I żeby coś z tym zrobiono. W odróżnieniu od większości znanych jej ludzi sama nie pokłada wielkiej ufności w policji. Wie, że mundurowi to tylko ludzie i czasem nie umieją znaleźć właściwych odpowiedzi, jak na przykład w sprawie jej matki.
Jess od dawien dawna znajdowała rozwiązania każdego problemu, była kimś, kto nie przestanie działać, dopóki nie dotrze do sedna, ale to… to zupełnie inna sprawa. Niepokoi ją, że Nathaniel French zdołał ją bez trudu wytropić, by pokazać to zdjęcie. Co miał nadzieję osiągnąć, jeśli jest winny? Nie została tam wystarczająco długo, by o to zapytać; pragnienie ucieczki było zbyt przemożne, więc zwiała przy pierwszej okazji.
Wsuwa dłoń do plecaka, sprawdzając, czy to nadal tam jest. Brzydzi ją, że nie zdołała się przemóc, by to wyrzucić.
Nie zrobiła tego jednak, tak na wszelki wypadek.
Dzwoni jej komórka, sięga po nią bez wahania w desperackiej nadziei, że głos tego kogoś – kogokolwiek – pozwoli jej zachować resztkę odwagi.
– Jessica? Mówi Eliza Clark. Stoję pod twoim studiem, ale nikt mi nie otwiera. Mam nadzieję, że nie pomyliłam terminu. Czy nie umawiałyśmy się na dwunastą?
Jess wścieka się na siebie w myślach. Eliza jest jej następną klientką, a od atelier dzieli ją co najmniej dziesięć minut szybkiego truchtu.
– Tak mi przykro. Musiałam gdzieś wyskoczyć na chwilę i trochę mnie tu przetrzymali. W banku jestem. – Niby maleńkie kłamstewko, ale i tak się wzdryga. – Już wracam. Dam ci dziesięć procent zniżki za tę niedogodność.
Obrzuca wzrokiem wejście na posterunek, po czym rusza biegiem w kierunku studia.
Obsługując klienta po kliencie aż do późnego popołudnia, Jess jest zbyt zajęta, by zwracać uwagę na rosnący wciąż niepokój, który jednak nie ustępuje i uderza z pełną mocą zaraz po piątej, gdy zostaje w końcu sama. Zmierza pospiesznie do domu, kierując się na stację metra, a tętno jej spada dopiero wtedy, gdy miesza się z tłumem wypełniającym peron. Stoi pomiędzy innymi ludźmi, mając ledwie centymetry wolnej przestrzeni wokół siebie, ale w tym ścisku jej oddech w końcu się uspokaja. Tutaj zaznaje odrobiny spokoju. Zostaje na stacji, przepuszczając kilka przystających i odjeżdżających składów, każdy z nich zabiera kolejne stada ludzi, ale te niedobory są natychmiast uzupełniane nowymi pasażerami.
Do domu dociera dopiero godzinę później, jej myśli uspokajają się na tyle, że może jaśniej przeanalizować spotkanie z Nathanielem Frenchem. Te same myśli, które towarzyszyły jej nieustannie, krążąc w udręczonym umyśle niczym wirnik wentylatora. Siedząc na sofie z kieliszkiem wina w dłoni, odtwarza przebieg rozmowy, szukając szczegółów, które mogła wcześniej przeoczyć. Musi być przecież jakaś wskazówka pozwalająca ujawnić prawdziwe powody tego najścia, ale Jess nie umie jej niestety dostrzec.
Chyba że ten drań mówi prawdę.
Przymyka oczy i widzi matkę pochylającą się, by pocałować go w policzek. Wyglądają na bardzo szczęśliwych, uśmiechają się, ale nie do obiektywu, tylko do siebie. Czego to jednak dowodzi? Może to być jeszcze bardziej przekonujący dowód jego winy. Skoro coś ich łączyło, mógł mieć ważne powody, by chcieć jej śmierci. Wiadomo przecież, że większość ofiar morderstw ginie z rąk kogoś znajomego. Nie postawiono mu żadnych zarzutów tylko dlatego, że policja nie umiała znaleźć powiązań z jej matką. Nie znaleziono także żadnych dowodów na ewentualne zaburzenia psychiczne. Trafił na celownik tylko dlatego, że był podejrzany w zupełnie innej sprawie. Chodziło o napaść na jakiegoś mężczyznę. A to jednak duża różnica. Jess niczego już nie rozumie. Musi porozmawiać z ojcem.
Komórka zaczyna wibrować, na ekranie pojawia się imię Zara. Młodsza siostra jest tą osoba, do której Jess zawsze się zwraca, gdy ma do przegadania jakiś problem, ale tym razem się waha, czy odebrać. Nie zamierza obciążać Zary tą sprawą, choć wie doskonale, że siostra by jej wysłuchała. Jess dorastała z Caroliną, matką Zary, i od niepamiętnych czasów uważała się za jej córkę. Nawet teraz, długo po rozejściu się z Dannym, ta kobieta pozostała wobec niej kochająca i czuła. Właśnie dlatego ani ona, ani tym bardziej jej córka nie powinny być wciągane w tak ponure sprawy, które mogą zniszczyć budowane z taką troską więzi. Jess wiedziała o tym jak mało kto; sama wymazała przecież początkowe lata swojego życia i zapomniała o nich aż do teraz. Tylko takim sposobem mogła zaleczyć niewidzialne rany.
Mimo to zagrożenie wciąż istniało i groziło powrotem. A dzisiaj się objawiło.
– Jess? Nie cieszysz się? – Głos Zary, podniesiony i natarczywy, wypelnia jej uszy. – Powiedz, proszę, że tak właśnie jest, Gabriel tak desperacko zabiegał o spotkanie z tobą.
Gabrierl, przyjaciel Zary i Ryana, z którym umówiła się na randkę w ciemno. Tyle że zupełnie o nim zapomniała.
– Och, dziewczyno, ja…
– Tylko mi nie mów, że zmieniłaś zdanie. – Zaraz wzdycha. – Oboje z Ryanem byliśmy przekonani, że w waszym wypadku wszystko wypali. Zaufaj mi, proszę. Wiem, że mamy rację.
Ujmuje ją cień zawodu wychwytywany w głosie siostry. Zadaje sobie tak wiele trudu, by znaleźć dla niej bratnią duszę. Walczy też zacięcie z oporami Jess przed kolejnym związkiem, które są efektem rozstania z Harrisonem, jest też święcie przekonana, że je kiedyś pokona.
– Już czas – upiera się. – Rozeszliście się całe wieki temu, a ty jesteś zbyt młoda i wspaniała, by przesiadywać samotnie. Wyrwij się chociaż z domu i trochę zabaw. To nie musi być nic konkretnego. Po prostu rozerwiecie się odrobinę.
Jess ustępuje tylko ze względu na nią. Siostra już próbowała – na szczęście bezskutecznie – założyć jej konto na Tinderze, bo na tym polegał zawarty przez nie kompromis.
– To nie tak. Ja nadal chcę się z nim zobaczyć, tylko dzisiaj nie jest za dobry moment.
– Dlaczego? Co się dzieje?
To doskonałe otwarcie dla Jess, mogłaby bez trudu opowiedzieć, co takiego się wydarzyło, ale trwa przy postanowieniu, że nie obciąży siostry swoimi problemami.
– Miałam dzisiaj masę roboty. Muszę popracować nad zdjęciami z tych sesji. No i muszę zobaczyć się z tatą.
– Dlaczego? Coś mu dolega? Mów, co się dzieje. – Czasami tempo zadawania pytań jest ujmujące, a niekiedy, jak na przykład teraz, Jess za nią nie nadąża.
Jest prawdą, że ich ojciec ma problemy z zobaczeniem w Zarze dorosłej kobiety, ale nie wpływa to w żaden sposób na silne więzi, jakie łączą go z Jess. To coś unikalnego dla obojga. Są jedynymi członkami klubu, którego zasady – chyba na szczęście – mało kto rozumie, ale dla nich to po prostu cement spajający ich związek. Jess często się zastanawia, jak wyglądałyby ich relacje, gdyby matka nadal żyła.
– Tata ma się świetnie – zapewnia siostrę. – Nie widziałam się z nim od pewnego czasu i postanowiłam, że wpadnę, żeby pogadać. Możesz powiadomić o tym Gabriela? Przekaż mu, że bardzo mi przykro. Nadrobimy to innym razem.
Zara wzdycha.
– Okej. Masz szczęście, że jest taki wyluzowany i nie bierze niczego do siebie. – Wybucha śmiechem. – Szkoda, że Ryan tak bardzo się od niego różni pod tym względem. Zupełnie nie rozumiem, jak mogli zostać najlepszymi kumplami. – Znów chichocze. – Wiesz, że żartuję? Ryan zabiłby mnie, gdyby to usłyszał.
– Wiem, że kochasz go takiego, jaki jest – zapewnia ją Jess.
Tak bardzo się cieszyła, gdy Zaraz spotkała Ryana. Był taki uprzejmy i cierpliwy, może trochę za cichy i niechętny do imprezowania, ale bezwzględnie stawiał swoją dziewczynę na piedestale. Różnili się od siebie, że bardziej nie można, a mimo to coś zaskoczyło i są ze sobą do dwóch lat.
– To prawda. Kocham go bardzo. Ale wracając do tematu, powiadomię cię, kiedy Gabriel znów będzie miał czas.
Jess przysiada na skraju beżowej skórzanej sofy ojca, w jej głowie wirują skłębione myśli. Po raz kolejny dociera do niej, że dziwnie jest przebywać wśród rzeczy należących do jej taty i nie widzieć niczego, co sugerowałoby istnienie Caroliny. Po rozwodzie stworzył dla siebie dom w nowoczesnym minimalistycznym stylu, mocno kontrastującym z dekoracyjnym przepychem jego byłej żony, która pakowała bibeloty wszędzie, gdzie tylko się dało.
Danny podaje jej z szerokim uśmiechem kubek kawy. Zawsze cieszy go jej widok, nie wydaje się też poruszony tak nagłą i niezapowiedzianą wizytą. A ona, jak zwykle, nie ma serca powiedzieć mu, że kawa, którą parzy, ma okropny smak, z grzeczności przełyka ją łapczywie, by jak najmniej ją czuć.
– Powiedz mi, Jess, jak tam życie się z tobą obchodzi? – pyta tata. – Interes kwitnie?
Potakuje, siląc się na uśmiech.
– Tak, u mnie wszystko w porządku. Początek roku jest jak zwykle słabszy, ale mimo to mam sporo roboty.
Ojciec posyła jej uśmiech. Czasami Jess ma problem z uwierzeniem, że Danny ma już sześćdziesiąt dwa lata, gdyby go nie znała, mogłaby powiedzieć, że stuknęła mu dopiero pięćdziesiątka.
– Moja córeczka. Jesteś taka jak ja. Wiesz, że twarz ci jaśnieje, ilekroć wspominasz o pracy? To mnie uszczęśliwia. Zawsze powtarzałem, że jeśli robisz to, co kochasz, to dasz sobie radę ze wszystkimi przeciwnościami życia.
Jess zdaje sobie sprawę, że fotografia, na której całkiem dobrze zarabia, jest także jej pasją.
– Ta prawda nie dotyczy niestety wszystkich ludzi, tato.
– Owszem, choć chciałbym, aby było inaczej.
Mimo że takie pogaduchy są całkiem miłe, Jess musi przejść do sedna.
– Wiesz, muszę z tobą o czymś porozmawiać i… zdaję sobie sprawę, że to może wydać się nieco szokujące.
Danny marszczy brwi, odstawia kubek na stolik.
– Zaniepokoiłaś mnie. Powiedz, proszę, że nie jesteś chora.
– Nie jestem.
– Chodzi o Zarę?
– Nie, ona także jest zdrowa. Jak wszyscy pozostali. – Jess nabiera tchu, przygotowując się na szok, jaki spowodują następne słowa. – Dzisiaj po południu ktoś podszedł do mnie na Camden High Street. Pewien mężczyzna. Wiedział, jak się nazywam, choć ja go z początku nie rozpoznałam. Potem wspomniał, że znał moją mamę… – Milknie na moment. – Tato, to był… Nathaniel French.
Ojciec blednie na twarzy. Potrzebuje dłuższej chwili, by się przemóc i odpowiedzieć:
– Co?
– To był on, tato. – Powtarza jego nazwisko, choć słowa ranią jej krtań, jakby były nożami. – Powiedział, że szukał mnie od dłuższego czasu, ponieważ chciał, abym wiedziała, że jest niewinny.
Szok i zaskoczenie widoczne na twarzy ojca, ustępują, gdy ogarnia go wściekłość, skóra błyskawicznie mu czerwienieje. Nigdy wcześniej nie widziała go tak zagniewanego. Patrzy na nią z powagą przez dłuższą chwilę, po czym w końcu się odzywa.
– Nic ci nie jest? Nie próbował cię skrzywdzić? Nie groził ci? Powinnaś od razu uciekać. To niebezpieczny człowiek!
Jess zapewnia go, że nic jej nie zrobił.
– Stał dwa kroki ode mnie.
Danny wzdycha.
– Okej. Powtórz dokładnie, co ci powiedział. Tylko proszę, nie zatajaj niczego.
Jess powtarza mu słowa Nathaniela Frencha, mając cały czas świadomość, że ojciec obserwuje ją uważnie. Jemu także trudno tego słuchać; przypominanie, co zrobiono jej matce, jest ostatnim, czego mu trzeba. Powinna była go ostrzec.
Milknie w końcu i czeka na jego reakcję. Moment wytchnienia pozwala jej snuć plany, co dalej się wydarzy: powie mu, że zamierza iść na policję, a on się uprze, że będzie jej towarzyszył.
Danny bierze się w końcu w garść, potem kręci głową i chwyta ją za dłoń.
– Wiedziałem, że to kwestia czasu. Robaki mogą zakopać się głęboko w ziemi, ale w końcu zawsze wypełzają. Dobrze się czujesz? Wiedziałem, że coś jest nie tak, gdy tylko cię zobaczyłem. Znam cię, Jessie.
Zapewnia go stanowczym skinieniem, że wszystko jest w najlepszym porządku, że trzeba czegoś więcej niż spotkania z Nathanielem Frenchem, by nią wstrząsnąć, i każde słowo, które wypowiada, jest prawdziwe.
– A to gnój – mamrocze ojciec. – Jakby mało złego narobił.
– To jeszcze nie wszystko, tato. On… no…
– Co, Jess? Mów, proszę.
Musi mu opowiedzieć o wszystkim. Może on zdoła poukładać elementy tej łamigłówki, gdy ujrzy pełen obraz. Musi istnieć jakieś sensowne wytłumaczenie, może matka chodziła z Nathanielem, zanim się poznali z Dannym?
– Miał zdjęcie. Byli na nim oboje, on i mama.
Mars na czole ojca jeszcze bardziej się pogłębia, co postarza go momentalnie.
– Nie rozumiem. Jakie zdjęcie? Z gazety?
Zwykle wyszczekana córka ma poważny problem z wypowiedzeniem kolejnych słów.
– Nie, to zwykła fotografia jego i mamy. Są na niej razem. Jakby byli parą. – Opisuje widziany wcześniej obraz ze wszystkimi detalami, pamięta je dokładnie, jakby wciąż miała go przed oczami. Ten obraz już nigdy się nie zatrze, jest tego pewna.
W pokoju zalega grobowa cisza.
W końcu Danny zaczyna odpowiadać, kręcąc powoli głową.
– Nie. Lori nie znała tego człowieka. To po prostu niemożliwe. Policjanci by to odkryli.
– Widziałam to zdjęcie, tato. Jego przekaz jest bardzo jasny. Nie zostało podrobione. Umiałabym to rozpoznać.
To oczywiste, że ojciec jej nie wierzy.
– To na pewno podróbka. Dzisiaj wszystko da się zrobić w tych apkach do obróbki zdjęć.
– To było najprawdziwsze zdjęcie, tato. Mama jakimś cudem znała Nathaniela Frencha. Sądzisz, że oni mogli mieć tak jakby… romans?
W odpowiedzi Danny’ego nie ma nawet odrobiny wahania.
– Nie. Wykluczone.
– Ale jedno jest pewne: znali się, i to dobrze. Nie rozumiesz? To zupełnie nowy dowód, ale nie rozumiem, dlaczego pokazał go właśnie mnie. Tak nie dowiedzie przecież swojej niewinności. Popełnił ogromny błąd, przychodząc z tym do mnie. – Nawet wypowiadając te słowa, zastanawia się nad tym, czy Nathaniel French przychodziłby do niej, gdyby był naprawdę winny. Mogła przecież doprowadzić do ponownego otwarcia sprawy. Udało mu się wywinąć od odpowiedzialności, przynajmniej z punktu widzenia prawa, i nie spędził w celi więcej niż kilka dni. Jess oddala od siebie te myśli. Z czasem zrozumie, o co mogło mu chodzić. – Musimy iść na policję. Chcę to zrobić teraz, dlatego wolałam cię uprzedzić. Sama zrobię to z rozkoszą, ale zastanawiam się, czy nie zechciałbyś mi towarzyszyć.
Spogląda na nią, kręcąc zdecydowanie głową.
– Nie.
To jedno słowo – tak proste i jednoznaczne – wytrąca ją z równowagi. Była przekonana, że ojciec pójdzie z nią. Może to dla niego zbyt trudne.
– Okej, rozumiem. To zbyt bolesne dla ciebie. W takim razie zadzwonię później i powiem ci, jak zareagowali na to doniesienie.
– Nie, Jess. Chciałem powiedzieć, że żadne z nas tam nie pójdzie.
– Co? Dlaczego?
– Nie wsadzili go za to wtedy, skąd więc myśl, że zrobią to teraz? Wiem, że chcieli to zrobić, ale wyszło na to, że nie mają dowodów. Nie mogę znieść myśli, że znów będziemy musieli przez to wszystko przechodzić. – Wstaje. – Nie chcę mieć go ponownie w naszym życiu, Jess. Zamknąłem tę sprawę i tobie radzę to samo. To bardzo niebezpieczny człowiek.
Nieco później Jess siedzi w swoim samochodzie przed mieszkaniem siostry w Kingston. Zara jest na treningu, ale powinna lada moment wrócić, a siłownia, w której ćwiczy, znajduje się dosłownie za rogiem. Jess mogłaby wejść – w domu jest przecież Ryan, który z pewnością pozwoliłby jej poczekać w salonie, gdyby wiedział, że przyjechała – lecz woli pobyć tutaj sama, potrzebuje tego, by zebrać myśli, poukładać sobie wydarzenia dnia we w miarę sensowny ciąg, zanim porozmawia z siostrą.
Na pomysł zwierzenia się Zarze wpadła po tym, jak ojciec wykazał ogromną niechęć do szukania odpowiedzi poza wspomnieniem, że Nathaniel jest niebezpiecznym człowiekiem. Danny jest także jej ojcem, zatem ta sprawa dotyczy także jej, choć urodziła się dużo później.
Jess nigdy wcześniej nie widziała, by coś odpuścił; szczycił się przecież tym, że doprowadza wszystkie sprawy do końca. Z drugiej strony powinna zrozumieć jego punkt widzenia: w końcu to on cierpiał najbardziej po zamordowaniu matki i choćby dlatego nie chciał otwierać ponownie zabliźnionych dawno ran.
Podskakuje, gdy ktoś stuka palcem w okno. Chyba naprawdę znajduje się na krawędzi.
Widzi za szybą rozpromienioną Zarę nadal ubraną w dres z siłowni. Na głowie ma opaskę, która przytrzymuje długie włosy z dala od twarzy.
– Dlaczego siedzisz w samochodzie? Ryan nie otworzył ci drzwi? Dziwne, nie wspominał, że chce gdzieś wyjść. – Zatroskana sięga po telefon.
– Nie, nawet nie zapukałam do was. Nie chciałam mu przeszkadzać.
Zara przewraca oczami.
– W czym? W graniu na Xboksie? Zrobiłabyś mu przysługę. – Wybucha śmiechem i te okruchy realności okazują się najlepszym lekarstwem na koszmar, w którym pogrąża się Jess. – Wyłaź, wariatko – ponagla ją siostra. – Nie podoba mi się sama myśl, że sterczysz tutaj. Wciąż leje jak z cebra. – Jess nie ma siły na przekonywanie, że siedząc w samochodzie, nie za bardzo zmokła. Pozwala za to Zarze wyciągnąć się z Golfa. – No chodźże – napiera siostra. – Zaraz ci opowiem, co mówił Gabriel. – Nagle marszy brwi. – Swoją drogą to ciekawe, że sama o to nie zapytałaś. Czekaj. Nadal chcesz się z nim spotkać, prawda? Powiedziałaś, że przesuwasz to w czasie, a nie że odwołujesz.
– Okej, teraz to naprawdę moknę – odpowiada Jess. – Nie, tu nie chodzi o Gabriela. Możemy już iść do ciebie?
Lubi przebywać w mieszkaniu Zary. Tutaj ciepło bije z każdego kąta, a kobiecy dotyk czuje się wszędzie, za to śladów Ryana nie znajdziesz wiele, chyba z wyjątkiem jego Xboksa. Może mają zbyt wiele sztucznych i do tego mocno różowych kwiatów jak na gust Jess, ale i tak jest pełna podziwu dla talentów dekoratorskich siostry i dla tego, jak wiele wysiłku wkłada w urządzenie domu. Tego dnia jednak daleko jej do dobrego samopoczucia.
Ryan zaraz po podaniu kawy oświadcza, że musi na chwilę wyjść.
– Mam nadzieję, że nie obrazisz się, że tak szybko znikam? Problem w tym, że jestem już spóźniony.
– Zarezerwował sobie kort do squasha – wyjaśnia Zara.
Jess czuje ulgę; łatwiej będzie porozmawiać z siostrą, gdy zostaną same.
– Widziałaś się z tatą? – Pierwsze pytanie zostaje zadane, ledwie drzwi zamkną się za Ryanem. – Tylko mi nie mów, że zachorował. Nie zataiłabyś tego przede mną, prawda? Nie mamy przed sobą żadnych sekretów, pamiętasz?
Jess potakuje.
– Daję słowo, że nie chodzi o stan zdrowia taty. Nic mu nie dolega. – Przynajmniej fizycznie, chciałaby dodać. – Słuchaj, nie chciałam cię obciążać takimi sprawami, a w każdym razie jeszcze nie teraz, ale coś się dzisiaj wydarzyło i szczerze powiedziawszy, zaniepokoiła mnie reakcja taty.
– Mów dalej.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
WRZESIEŃ 1992
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
PAzDZIERNIK 1992
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
LISTOPAD 1992
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
GRUDZIEŃ 1992
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
GRUDZIEŃ 1992
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
STYCZEŃ 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
STYCZEŃ 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
LUTY 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
MARZEC 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
MARZEC 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
MARZEC 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Jess
Dostępne w wersji pełnej
MARZEC 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
MARZEC 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
KWIECIEN 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
KWIECIEŃ 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
KWIECIEŃ 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
KWIECIEŃ 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
KWIECIEŃ 1993
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
OBECNIE
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
TERAZ
Dostępne w wersji pełnej
DWA LATA PÓŹNIEJ
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
TYTUŁ ORYGINAŁU:
The Suspect
Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj
Wydawca: Wojciech Ciuraj
Redakcja: Bożena Sęk
Korekta: Magdalena Kawka
Projekt okładki: Łukasz Werpachowski
Zdjęcie na okładce: © Регина Ерофеева / Stock.Adobe.com
Copyright © 2023 Kathryn Croft
Copyright © 2025 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Robert J. Szmidt, 2025
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-568-2
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
Okładka
Karta tytułowa: Kathryn Croft, Zanim wydasz wyrok
PROLOG
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
EPILOG
LIST OD KATHRYN
PODZIĘKOWANIA
Karta redakcyjna
