Zanim stopnieje śnieg - Blanka Król - ebook + audiobook

Zanim stopnieje śnieg ebook i audiobook

Blanka Król

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Czasem trzeba się zatrzymać, żeby wreszcie zacząć żyć.

Kinga nie planowała zostać.
Zimowa droga miała ją tylko zaprowadzić dalej — z dala od pytań, decyzji i bolesnej przeszłości. Jeden poślizg, jeden nieprzejezdny zakręt i jeden stary dom w środku zasypanej śniegiem doliny zmieniają wszystko.

„Zanim stopnieje śnieg” to poruszająca, ciepła opowieść o odwadze bycia sobą, o bliskości budowanej małymi gestami i o miłości, która nie obiecuje wszystkiego — ale daje dokładnie to, czego najbardziej brakuje.

 

Dla czytelników, którzy kochają historie o drugich szansach, zimowej magii i decyzjach podejmowanych sercem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 72

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 6 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Paweł Siwek

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zanim stopnieje śnieg

Blanka Król

Nie wszystko, co najważniejsze, wydarza się głośno. Czasem przychodzi cicho. Zatrzymuje samochód na leśnej drodze. Każe zostać. I poczekać.

Ta historia wydarzyła się zimą. W czasie, który miał być tylko przerwą. Kilka dni. Kilka nocy. Chwila ciszy, zanim świat znowu zacznie wymagać odpowiedzi.

Nie jest opowieścią o cudach. Jest o ludziach. O dziecku, które widzi więcej, niż dorośliby chcieli. O kobiecie, która uczy się nie wracać tam, gdzie już przestała oddychać. O mężczyźnie, który idzie w śnieg, bo wie, że czasem odwaga nie polega na słowach.

To historia o miejscu, w którym nic nie musiało się wydarzyć. A jednak wydarzyło się wszystko.

ROZDZIAŁ 1: ZIMOWY ZAKRĘT

Światła samochodu rozmywały się w śnieżnej zadymce. Kinga ścisnęła kierownicę mocniej, aż palce zaczęły ją boleć. Auto sunęło powoli po krętej drodze prowadzącej przez beskidzkie lasy — jakby każdy kolejny zakręt próbował zawrócić ją do Warszawy. Ale nie tym razem. Nie w te święta.

— No dalej… jeszcze kawałek — szepnęła, bardziej do siebie niż do samochodu, jakby słowa mogły przekonać stary silnik, by jeszcze raz się postarał. Auto z wyraźnym oporem wciągało się pod górę. Gdyby nie mapka pobrana ze strony pensjonatu — tam, gdzie przez telefon zapewniano ją, że mają prawie wszystkie pokoje wolne — już dawno by się zgubiła. GPS poddał się przy pierwszym tunelu.

Radio trzeszczało, uparcie próbując złapać jakąkolwiek stację. W końcu z szumu wyłoniły się znajome słowa: „…Cicha noc, święta noc…”.

Kinga prychnęła i jednym ruchem wyłączyła radio.

— Cicho to może być najwyżej tutaj.

To miały być inne święta. Bez choinki w rogu znanego mieszkania. Bez rodziców pytających, czy „na pewno dobrze zrobiła”. Bez pustych spojrzeń sąsiadów mijanych na klatce schodowej. Bez Pawła — byłego męża, który zabrał ze sobą nie tylko świąteczne bombki, ale też osiem lat jej życia.

Auto nagle zadrżało. Tylne koła zaczęły buksować.

— Nie… nie teraz — jęknęła, muskając pedał gazu ostrożnie, jakby próbowała udobruchać maszynę.

Bez skutku.

Koła straciły przyczepność, a samochód osunął się lekko w bok, zatrzymując się na poboczu, tuż przy wysokim, zasypanym śniegiem świerku. Silnik zamruczał krótko i zamilkł. Zgasły światła.

— Genialnie. Po prostu genialnie — westchnęła i opadła czołem na kierownicę. — Gratuluję, dziewczyno. Pierwsze samotne święta. W aucie. W lesie. Zamarzając.

Sięgnęła po telefon. Brak zasięgu. Oczywiście.

Wciągnęła głęboko powietrze i spojrzała przez boczną szybę. Śnieg sypał jak oszalały, wirując w świetle resztek dnia, a ciemność gęstniała z każdą minutą. Już miała znów sięgnąć po telefon — bezsensownie, odruchowo — kiedy zza zakrętu dobiegł ją cichy dźwięk silnika.

Po chwili przez zamieć przebiły się światła reflektorów. Terenowy samochód zwolnił i zatrzymał się kilka metrów dalej. Reflektory oświetliły zasypane drzewo i oszronione szyby jej auta. Kierowca nie wyłączył świateł. Wysiadł i ruszył w jej stronę, brodząc w śniegu.

Zanim zdążyła się zastanowić, drzwi jej samochodu otworzyły się gwałtownie. Do środka wpadło lodowate powietrze i mężczyzna w ciemnym, ocieplanym płaszczu, z czapką naciągniętą na uszy i brodą oszronioną od mrozu.

— Wszystko w porządku? — zapytał niskim, spokojnym głosem. — Widzę, że auto ugrzęzło.

Kinga cofnęła się odruchowo, zaskoczona, ale nie przestraszona. Jego głos brzmiał… dziwnie znajomo. Albo po prostu kojąco w tej absurdalnej sytuacji.

— Chyba tak — odpowiedziała po chwili. — Tylko… nie chce ruszyć.

— Nic dziwnego. Tu nawet terenówki mają problem. — Uśmiechnął się lekko i wyciągnął dłoń. — Michał. Jestem stąd. Ze Słonecznej Doliny. Mieszkamy jakieś kilkaset metrów dalej.

— Kinga — powiedziała cicho, patrząc w jego ciemne oczy.

Wysiadła z auta. Chłód uderzył ją w twarz jak mokra rękawica. Śnieg sięgał już do kostek.

Razem spróbowali przepchnąć samochód, ale było jasne, że nie ruszy się ani o centymetr.

— Nie ma sensu dalej próbować — stwierdził, oceniając sytuację jednym spojrzeniem. — Droga jest prawie nieprzejezdna. Sam ledwo tu dojechałem. Zostawimy auto, rano spróbujemy je wyciągnąć. A teraz… zapraszam panią do nas na noc.

— Do… was? — zmrużyła oczy, unosząc brwi.

— Pensjonat. Prowadzi go mój teść. Jest ciepło, jest miejsce, kolacja już prawie gotowa. Naprawdę nie warto marznąć tutaj. — Skinął głową w stronę swojego auta. — Podrzucę panią.

— Odważnie — mruknęła. — Obca kobieta, a pan tak po prostu zabiera ją ze sobą?

Uśmiechnął się, bez cienia ironii.

— W górach nie zostawia się ludzi w śniegu. A poza tym dziś jest Wigilia. Moja córka byłaby zawiedziona, gdyby usłyszała, że była pani tak blisko, a nie zdążyła się z panią poznać przed kolacją.

— Córka?

— Hania. Siedem lat. Wciąż wierzy, że święta to magia.

Kinga zaśmiała się cicho, mimo zimna i napięcia.

— No dobrze. Nie chcę zawieść małej.

Kilka minut później siedziała już w ogrzewanym wnętrzu jego terenowego auta. Dłonie powoli odmarzały przy nawiewie, a koc, który Michał zarzucił jej na kolana, pachniał domem. Silnik mruczał cicho, a reflektory rozcinały śnieżną noc.

– Mam nadzieję, że nie boi się pani starych domów z duszą — powiedział Michał, skręcając w boczną, zasypaną drogę.

– Po takim wieczorze nic mnie już nie zdziwi — mruknęła Kinga. I choć brzmiało to lekko, w środku czuła coś więcej niż tylko zmęczenie.

Po kilku minutach zza śnieżnych zasp wyłonił się stary, drewniany budynek z szyldem „Pod Złotym Świerkiem”. Kinga miała wrażenie, że czas zwolnił, a może nawet zatrzymał się na chwilę. Z komina unosił się dym, z okien biło ciepłe, migotliwe światło, a śnieg pod latarnią błyszczał jak rozsypane kryształy.

— Jesteśmy — powiedział Michał, wysiadając i otwierając jej drzwi.

Zapach drewna, cynamonu i czegoś nieuchwytnego — domowości — uderzył ją prosto w serce. W przedsionku stała starsza kobieta w wełnianym szalu, a obok niej dziewczynka z burzą rudych loków i wielkimi, uważnymi oczami.

— Dzień dobry — powiedziała dziewczynka z przejęciem. — Czy pani jest śnieżną księżniczką?

Kinga roześmiała się i uklękła przed nią.

— Tylko jeśli ty jesteś moją przewodniczką.

Dziewczynka kiwnęła głową z powagą.

— Zgoda. Chodźmy. Dziadek będzie burczał, ale to nic. On zawsze burczy.

— Cudownie — mruknęła Kinga, zerkając na Michała. — Czego powinnam się spodziewać?

Uśmiechnął się półgębkiem.

— Wincenty Brzoza. Mistrz marudzenia. Ale świetny kucharz. I proszę nie mówić, że nie lubi pani barszczu z uszkami. To jego test.

Weszli do środka. W salonie, przy kominku, siedział starszy mężczyzna z gazetą. Nawet nie podniósł wzroku.

— Gość na ostatnią chwilę? Znowu? — mruknął, rzucając spojrzenie w stronę Zofii.

— Nie zaczynaj, Wincenty — odpowiedziała spokojnie, choć stanowczo. — Zupy wystarczy dla wszystkich.

— A cierpliwości? — parsknął, odwracając się na pięcie.

Serce Kingi zabiło szybciej, ale zanim zdążyła zareagować, Michał pochylił się ku niej i szepnął:

— Ignoruj go. On tak ma. Musi pomarudzić, żeby mu ulżyło. Potem i tak zrobi najlepszy barszcz na świecie.

— Barszcz brzmi… bezpiecznie — uśmiechnęła się niepewnie.

— Pomóc ci się rozpakować? — zapytał, biorąc jej torbę.

— Dziękuję.

Schody skrzypiały pod stopami, a fotografie w drewnianych ramach przenosiły ją w inny świat — taki, w którym czas płynął wolniej.

— Twój pokój — otworzył drzwi. — Widok na las. I na świerka, którego Hania nazywa Złotym.

— Dlaczego?

— Bo co roku o tej porze świeci się w nim coś, co wygląda jak gwiazda. Nikt nie wie co. Taka nasza lokalna magia.

Kinga podeszła do okna. Rzeczywiście — wśród śniegu i ciemnych gałęzi, na czubku drzewa, migotał punkt światła.

— Może to znak.

Michał spojrzał na nią dłużej, niż wypadało. Ale zanim zdążył odpowiedzieć, z dołu dobiegł ich głos Hani:

— Tato! Kiedy kolacja?!

— Idziemy! — zawołał, po czym znów spojrzał na Kingę. — Zostawię ci chwilę. Ale nie za długo. Barszcz Wincentego nie wybacza spóźnień.

Gdy wyszedł, Kinga usiadła na łóżku. Ręcznie tkany dywan, koc z reniferami, mała lampka nocna. To nie był hotel. To był dom. Prawdziwy.

I może właśnie dlatego coś w niej zaczęło się powoli odmrażać.

Zeszła po schodach ostrożnie, z dłonią na poręczy, jakby każde skrzypnięcie chciało jej coś powiedzieć. Czuła się nieproszona — choć nikt jej tego nie dawał odczuć, poza Wincentym. A jednak coś ją tu trzymało. Może zapach barszczu unoszący się z kuchni, a może cicha świąteczna piosenka płynąca z radia w tle.

W jadalni panował harmider. Stół był prawie nakryty — biała serweta, drewniane talerze, pierniczki porozrzucane między świecami. Na środku leżał opłatek, a obok mały bukiet jodły z czerwonymi jabłkami.

— Usiądź obok mnie! — zawołała Hania, machając ręką.

Kinga usiadła, lekko onieśmielona. Michał pojawił się chwilę później z półmiskiem pieczonych ziemniaków.

— Nasza specjalność — oznajmił. — Wincenty twierdzi, że jedyne, co robię dobrze, to obieranie.

Starszy mężczyzna nawet nie podniósł głowy.

— Bo obierki nie wymagają finezji.

Zofia skwitowała to spokojnie:

— Dziś wieczór jesteśmy razem. Choćby niebo miało się zawalić.

Kolacja zaczęła się od dzielenia opłatkiem. Prosty gest, a jednak Kinga poczuła, jak coś w niej pęka. Michał podał jej opłatek z ciepłym uśmiechem. Ich palce musnęły się na krótką chwilę.

— Wesołych świąt — powiedział cicho.

— Tobie też… i Hani.

— Czego pani sobie życzy? — zapytała dziewczynka nagle, zupełnie poważnie.

— Pokoju — odpowiedziała Kinga po chwili. — I odwagi.

Hania kiwnęła głową.

— Tata mówi, że odwaga to wtedy, kiedy boisz się bardzo, ale robisz coś mimo to.

Kinga spojrzała na Michała. Nie odwrócił wzroku.

— Twój tata ma rację.

Barszcz był gorący, pachniał czosnkiem i majerankiem. Smakował jak dzieciństwo — to prawdziwe, bezpieczne. Wincenty obserwował ją uważnie, gdy podniosła łyżkę. Kiedy westchnęła z zachwytem, skrzywił się… tylko odrobinę.

— Dobre? — zapytał niechętnie.

— Najlepszy barszcz w moim życiu.

— Nie przesadzaj — burknął. Ale kąciki jego ust drgnęły.

Po kolacji Zofia przyniosła malinową nalewkę, a Hania swój zeszyt z rysunkami. Michał nastawił herbatę w starym imbryku, który syczał jak z bajki.

— Chcesz do salonu? — zapytał Kingę. — Mamy fotel, który rozmawia, jeśli się go dobrze posłucha.

— Czemu nie? — uśmiechnęła się.

Salon był ciepły, oświetlony jedynie światłem choinki i kominka. Michał rozłożył koc na jej kolanach z naturalnością kogoś, kto robił to setki razy.

— Nie za ciepło? — zapytał.

— Idealnie.

Przez chwilę siedzieli w ciszy, wpatrując się w ogień. Płomienie trzaskały cicho, jakby opowiadały własną historię.

— Nie pytałem… — odezwał się po chwili. — Co sprowadza cię tutaj w Wigilię?

Kinga zawahała się. Ale w jego głosie nie było ciekawości ani presji. Tylko uważność.