Zanim Mrok Mnie Pochłonie - Gdy Mrok Przemawia Tom 2 - Patrycja Piskorz - ebook

Zanim Mrok Mnie Pochłonie - Gdy Mrok Przemawia Tom 2 ebook

Patrycja Piskorz

0,0

Opis

Mrok już się nie czai. Mrok nie szepcze. Mrok rozkazuje. Mrok przemawia. Po śmierci, która nie powinna była nadejść, Rosalia poznaje prawdę o sobie, o swoim pochodzeniu i o mocy, która od zawsze płynęła w jej krwi. Amulet nie jest już tylko talizmanem, jest kluczem, bramą i wyrokiem. Gdy jeden z nich odchodzi na zawsze, a przeszłość odsłania swoje najokrutniejsze sekrety, Rosalia musi zdecydować, kim naprawdę jest. Dziewczyną, która boi się własnej mocy… Czy tą, która potrafi ją okiełznać?

 

W cieniu żałoby pojawia się ktoś nowy. Ktoś, kto wie więcej, niż powinien. Ktoś, kto zdaje się rozumieć mrok lepiej niż ona sama. Granica między prawdą, a kłamstwem rozpada się. Miłość splata się ze zdradą, a krew zaczyna domagać się zapłaty. Bo gdy mrok przemawia, nie sposób go już uciszyć. Im bliżej prawdy, tym wyraźniej słychać głos mroku, który nie prosi i nie ostrzega, on domaga się. Wybory Rosalii przestaną mieć niewinne konsekwencje. Krew popłynie. Zaufanie zostanie złamane, a granica między człowiekiem, a potworem zacznie się niebezpiecznie zacierać. Bo gdy mrok przemawia, ktoś musi odpowiedzieć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 302

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Zanim Mrok Mnie Pochłonie

Gdy Mrok Przemawia

Tom 2

Patrycja Piskorz

2026

ISBN: 978-83-977709-2-8

© 2026 Patrycja Piskorz

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody autorki.

Publikacja wydana w modelu selfpublishing przez Empik Selfpublishing.

Dedykacja

Dedykuję tę książkę wszystkim, którzy piszą do szuflady, tym, którzy odważyli się marzyć, ale za każdym razem dostają odmowy. Marzenia się spełniają, ale musimy im w tym pomóc. Nigdy się nie poddawajcie, bez względu na to ile krytyki usłyszycie. Pamiętajcie, nie jesteście w tym sami, bo wiele z nas poszukuje swojej lepszej wersji, tylko nie mówi o tym głośno. Ta książka jest właśnie dla was.

Ważna Informacja

Ta historia została napisana przeze mnie gdy miałam zaledwie siedemnaście lat i ogromnie marzyłam o wydaniu, o tym, by moja powieść znalazła się na mojej półce w papierze. Może i fabuła nie jest zbyt wyszukana, ale czuję do niej sentyment, dlatego po tylu latach wprowadziłam jedynie drobne poprawki, nie naruszając reszty. Świat przedstawiony w książce jest fikcyjny. Akcja rozgrywa się w czasach współczesnych, w Stanach Zjednoczonych, jednak pewne rzeczy zostały celowo zmienione w książce. Pamiętajcie o tym, że to fikcja, która ma za zadanie nas bawić, a nie być odwzorowaniem rzeczywistości jeden do jednego. W książce mogą pojawić się fragmenty dla wrażliwych osób, gdzie jest mowa o eksperymentach medycznych na małych dzieciach. Jeśli przeszkadzają ci takie rzeczy drogi czytelniku to lepiej odstaw czytanie tej książki. Reszcie życzę przyjemnego czytania. Mam nadzieję, że w tej książce każdy znajdzie coś dla siebie ~ Patrycja Piskorz.

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Przypomnienie

~ Rosalia ~

Scott stał przy jednym z betonowych filarów, zakuty w kajdanki. Ręce miał uniesione nad głowę i przypięte do metalowego haka. Wyglądał na zmęczonego, ale przytomnego. Serce ścisnęło mi się na ten widok. Zatrzymałam się w cieniu, tak by mnie nie dostrzegł. Plan zakładał, że Niall uderzy z zaskoczenia. Ja miałam nie rzucać się w oczy. Jednak nasze kroki odbiły się echem w pustej hali. Zbyt głośno. Scott lekko uniósł głowę. Nie patrzył bezpośrednio w naszą stronę, ale wiedział, słyszał nas i zrozumiał, że jesteśmy na miejscu. To był sygnał.— Słuchaj, ty skończony idioto! — warknął nagle, szarpiąc się w kajdankach. — Jeśli mnie skrzywdzisz, nie ujdzie ci to płazem! — Łowca stał kilka metrów od niego, spokojny, oparty o metalowy stół. Odwrócił się powoli.— Och, Scott… — powiedział z udawaną czułością. — Ty i Niall naprawdę myśleliście, że możecie uciec? — Zaśmiał się cicho, a ten dźwięk przeszył mnie na wskroś. — Myślisz, że macie jeszcze jakąkolwiek wartość? — ciągnął. — Już nie. Szef znalazł sposób, by tworzyć takich jak wy. Jesteście przestarzałymi prototypami. — Zamarłam. Prototypami? — Moim zadaniem jest was unieszkodliwić — dodał chłodno. — Tak, by nikt nie dowiedział się o organizacji.Organizacji. Dotąd byłam przekonana, że chcą ich tylko odzyskać. Zamknąć z powrotem w laboratorium, wykorzystać, ale nie zabić. Krew odpłynęła mi z twarzy. Zanim zdążyłam cokolwiek przemyśleć, Niall ruszył. W jednej sekundzie stał obok mnie, a w następnej był już przy łowcy. Uderzył z całej siły w tył jego głowy. Cios był precyzyjny, szybki i bez wahania. Mężczyzna nawet nie zdążył się obrócić. Jego ciało zwiotczało i runęło na betonową posadzkę z głuchym łoskotem. Zapadła cisza. Przez chwilę słyszałam tylko własny oddech. Spojrzałam na Nialla oszołomiona.— Dlaczego? — zaczęłam, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.Dlaczego go nie zabił? To przecież był plan. Uderzyć i zakończyć sprawę raz na zawsze. Bez ryzyka. Bez powrotów. Niall spojrzał na nieprzytomnego łowcę, potem na mnie. Westchnął ciężko, jakby właśnie podjął decyzję, która wiele go kosztowała, a ja po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że nie wszystko jest takie proste, jak zakładaliśmy.— On zamordował Hope — powiedział Niall cicho, ale stanowczo. — Jeśli ktoś ma wymierzyć sprawiedliwość, to Scott. Nie ja.Spojrzał mi prosto w oczy. W jego spojrzeniu nie było wahania, tylko chłodna logika i coś jeszcze, szacunek do bólu przyjaciela. Scott stał kilka kroków dalej, wciąż z kajdankami zwisającymi z nadgarstków. Oddychał ciężko, jakby dopiero teraz docierało do niego, że łowca leży nieprzytomny u jego stóp.— Jest problem — dodał Niall po chwili. Uniósł rękę i przetarł twarz, jakby próbował zebrać myśli.— Nawet jeśli chcielibyśmy się zemścić, nie możemy zrobić tego teraz — wyszeptał Scott, a w jego głosie po raz pierwszy usłyszałam bezradność. — Spojrzałam na niego zdumiona.— Co masz na myśli? — Scott zacisnął szczękę.— Mogę zrobić mu to samo, co on zrobił Hope — powiedział niskim, napiętym głosem. — Mogę sprawić, żeby cierpiał, ale jeśli go zabiję, stracimy jedyne źródło informacji. — W hali zrobiło się jeszcze ciszej.— Przyjechał za nami do tego miasta — podjął Niall. — To nie jest przypadek. Obawiam się, że organizacja wie znacznie więcej, niż nam się wydaje. Jeśli go wyeliminujemy, nie dowiemy się, jak daleko to wszystko zaszło.Scott schował twarz w dłoniach, wyraźnie rozdarty między pragnieniem odwetu, a rozsądkiem. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Czułam narastającą frustrację. Z jednej strony wiedziałam, że mają rację. Z drugiej, świadomość, że ten człowiek wciąż oddycha, była nie do zniesienia.— Czyli co? — zapytałam w końcu. — Będziemy z nim prowadzić uprzejmą rozmowę?Nie zdążyli odpowiedzieć. Łowca poruszył się. Jego powieki drgnęły, a po chwili otworzył oczy. Związany, unieruchomiony, leżał na zimnym betonie. Przez sekundę wyglądał na zdezorientowanego, a potem jego wzrok spoczął na mnie i zaczął się śmiać. Nie był to zwykły śmiech. Był histeryczny, przeciągły, pełen pogardy. W jego oczach dostrzegłam coś, co sprawiło, że po plecach przebiegł mi lodowaty dreszcz, czystą nienawiść. Scott i Niall czekali, aż się uspokoi, ale ja czułam, jak powietrze wokół mnie gęstnieje.— Nie do wiary… — wydusił w końcu, wciąż się śmiejąc. — Dopiero teraz cię rozpoznałem. — Serce zabiło mi mocniej. — To o ciebie chodziło od samego początku — ciągnął, wbijając we mnie wzrok. — Nie o nich. — Zrobiłam krok w jego stronę.— Zamknij się! — syknęłam.— Musisz umrzeć — dodał spokojnie. — Nie wytrzymałam. Uderzyłam go z całej siły w twarz. Głowa odskoczyła mu w bok, ale zamiast krzyku bólu usłyszałam jeszcze głośniejszy śmiech. Przez moje ciało przebiegły dziwne impulsy, jakby pod skórą krążył prąd. Zrobiło mi się duszno, a w uszach zaczęło szumieć. Co on miał na myśli? — Byłaś wtedy taka mała — powiedział niemal czule. — Nic dziwnego, że nie pamiętasz. — Zamarłam. — Twój ojciec… — uśmiechnął się szyderczo. — Nie był zbyt waleczny.Coś we mnie pękło. Świat wokół przestał istnieć. Słyszałam tylko własny przyspieszony oddech i echo jego słów. Mój ojciec. On coś wiedział i najwyraźniej ja też powinnam. Nie pamiętam momentu, w którym podjęłam decyzję. To nie był świadomy ruch. To było coś pierwotnego, instynktownego. Złapałam jego twarz obiema dłońmi. Moje palce zacisnęły się na jego policzkach, a w tej samej sekundzie poczułam coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam w takiej skali. Potężna fala energii uderzyła we mnie jak gwałtowny przypływ. Nie bolało. To było raczej, przytłaczające. Jakby całe powietrze wokół nagle stało się elektrycznością.Serce zaczęło walić mi w piersi z nienaturalną siłą. Każde uderzenie było jak wystrzał. Czułam, jak coś przepływa przez moje ramiona, przez barki, przez klatkę piersiową. Energia koncentrowała się w dłoniach, pulsowała pod skórą, a potem zaczęła wracać do mnie, rozlewając się po każdej komórce ciała. Łowca przestał się śmiać. Jego oczy rozszerzyły się w szoku. Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Gdy ponownie na niego spojrzałam, nie było w nim już tej nienawiści. Nie było w nim niczego. Jego ciało zwiotczało, skóra przybrała nienaturalnie szary odcień, jakby w jednej chwili wyparowało z niego całe życie. Puściłam go. Upadł ciężko na betonową podłogę. Był martwy.Ja… Ja wyssałam z niego wszystko, całą energię, całą siłę, która go napędzała. Kolana ugięły się pode mną. Świat zawirował, a obraz zaczął się rozmazywać. Gdyby nie Niall, który w ostatniej chwili chwycił mnie w ramiona, runęłabym na podłogę obok niego. Zamknęłam oczy. Oddychałam szybko, nierówno. Łzy spływały mi po policzkach, choć nie pamiętam momentu, w którym zaczęłam płakać. Nie potrafiłam ich powstrzymać. To było zbyt wiele naraz, strach, gniew, szok i świadomość tego, co właśnie zrobiłam.— Rose, wszystko w porządku? — usłyszałam głos Scotta, napięty i pełen niepokoju. — Otworzyłam oczy. Patrzył na mnie tak, jakby widział mnie po raz pierwszy. Skinęłam głową, choć sama nie wierzyłam w ten gest. — Nie wygląda to w porządku — powiedział cicho. — Wyglądasz inaczej.Wiedziałam, o co mu chodzi. Czułam się inaczej. Jakby coś we mnie się obudziło. Coś większego, silniejszego i przerażającego. Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując uspokoić drżenie rąk. Musiałam się opanować. Nie mogłam się teraz rozsypać. Spojrzałam na nich niepewnie i wiedziałam, że nie mam wyboru. Jeśli chcę wyjaśnić, dlaczego łowca powiedział to, co powiedział, muszę powiedzieć im wszystko. Całą prawdę, a to oznaczało rozdrapanie ran, które przez lata starałam się zakopać jak najgłębiej.— Moi rodzice… — zaczęłam, ale głos mi zadrżał. Odwróciłam wzrok, wbijając spojrzenie w popękaną betonową posadzkę. — Nie zginęli w wypadku. — Przełknęłam ślinę. Gardło miałam ściśnięte. — To nie był żaden nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Nie było poślizgu na drodze ani eksplozji gazu. — Zamilkłam na moment, czując, jak wspomnienia zaczynają wracać z brutalną wyrazistością. — Zostali zamordowani. Brutalnie. Z zimną krwią. Miałam wtedy pięć lat. — Słowa zawisły w powietrzu. Nie patrzyłam na nich. Nie byłam w stanie. Miałam ochotę krzyczeć. Płakać. Uciec. — To co wam opowiedziałam nie było pełną historią, bo ogólnie ciężko mi się o tym rozmawia. Przez lata wmawiano mi, że to był wypadek, że powinnam zapomnieć, ale ja pamiętam fragmenty. Krzyki, zapach krwi i mężczyznę stojącego w drzwiach. — Zacisnęłam dłonie w pięści. — Dziś, kiedy na mnie spojrzał, coś się połączyło, jakby brakujący element układanki wskoczył na swoje miejsce. — Podniosłam w końcu wzrok. — To nie wy byliście celem. Nigdy nie byliście. — Powietrze w hali stało się ciężkie. — Od samego początku chodziło o mnie. Widziałam to wszystko na własne oczy — powiedziałam cicho. — Miałam pięć lat, a mimo to pamiętam tamten dzień tak wyraźnie, jakby wydarzył się wczoraj. Wraca do mnie w snach. Odtwarzałam go w głowie setki razy, analizując każdy szczegół, każdy gest, każde słowo. — Zrobiłam przerwę, bo obraz sprzed lat zaczął przesłaniać mi teraźniejszość. — Moja mama od samego rana zachowywała się dziwnie. Była rozkojarzona, nerwowa. Uśmiechała się do mnie, ale jej oczy były pełne strachu. Wtedy tego nie rozumiałam. Myślałam, że może jest chora albo że pokłóciła się z tatą. Teraz wiem, że się bała. Wiedziała, że coś się wydarzy.Scott i Niall stali naprzeciwko mnie w milczeniu. Czekali, nie naciskali, a ja walczyłam z tym, by głos mi się nie załamał.— W pewnym momencie mama weszła do mojego pokoju i bez słowa zaczęła odsuwać dywan. Pod podłogą była ukryta klapa. Nigdy wcześniej jej nie widziałam. Pod deskami znajdowało się małe pomieszczenie, coś w rodzaju schowka. Kazała mi wejść do środka. Powiedziała, żebym była cicho, bez względu na to, co usłyszę. Żebym nie wychodziła, dopóki ktoś po mnie nie przyjdzie. — Zamknęłam oczy na moment. — To nie była spontaniczna decyzja. To miejsce było przygotowane wcześniej. Jakby moi rodzice przewidywali, że nadejdzie dzień, w którym będą musieli mnie ukryć. Nie mam pojęcia, skąd wiedzieli. Skąd mogli znać datę, godzinę, ale byli gotowi. — Scott poruszył się niespokojnie.— Rose, jeśli to zbyt trudne, nie musisz…— Muszę — przerwałam mu ostro. — Muszę to w końcu powiedzieć na głos. — Wzięłam drżący oddech. — Leżałam pod podłogą i patrzyłam przez wąską szczelinę między deskami. Widziałam wszystko. Dwóch zamaskowanych mężczyzn wpadło do mojego pokoju. Krzyczeli. Jeden z nich złapał mamę za ramiona i potrząsnął nią jak lalką. Pamiętam ich głosy do dziś. — Zacisnęłam powieki, ale słowa i tak wypłynęły. — „Gdzie ona jest do cholery?! Gdzie jest to dziecko, głupia babo?!” Wtedy do pokoju wbiegł tata. Chciał stanąć w jej obronie. Nie zdążył nawet do nich podejść. Drugi napastnik podszedł do niego od tyłu i… — głos mi się załamał — skręcił mu kark. Tak po prostu. Jednym ruchem. — Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Nie próbowałam ich już powstrzymywać. — Mama krzyczała. Błagała ich, żeby ją oszczędzili. Mówiła, że nie mają dziecka, ze nigdy nie była w ciąży. Zaprzeczała mojemu istnieniu, żeby mnie chronić. — Poczułam, jak dłonie zaczynają mi drżeć. — Ten sam mężczyzna, który zabił tatę, wyjął nóż. Wbił go w jej brzuch od tyłu. Upadła na podłogę. Widziałam, jak krew rozlewa się po panelach. Widziałam, jak gaśnie. — Niall odwrócił wzrok. Scott stał nieruchomo, z zaciśniętymi pięściami. — To dlatego łowca powiedział, że mój ojciec nie był waleczny — wyszeptałam. — On tam był. Albo znał tych, którzy to zrobili.— Twoja mama próbowała zaprzeczyć twojemu istnieniu — powiedział cicho Niall. Skinęłam głową.— Zanim straciła przytomność, spojrzała dokładnie w miejsce, gdzie byłam ukryta. Nie widziała mnie, ale wiedziała. Wyszeptała bezgłośnie: „Kocham cię, Rose”. — Przełknęłam ślinę. — Ci mężczyźni przeszukali dom. Każdy pokój. Każdą szafę. Byli w moim pokoju kilka razy. Stali dosłownie nade mną. A jednak mnie nie znaleźli. Po jakimś czasie wyszli. — Zawahałam się. — Około godzinę później przyjechała babcia. Weszła do domu jakby dokładnie wiedziała, co zobaczy. Znalazła mnie pod podłogą. Wyciągnęła bez słowa.— Kto ją zawiadomił? — zapytał Scott cicho.— Nikt — odpowiedziałam. — Policja jeszcze nie przyjechała. Sąsiedzi niczego nie słyszeli. Nikt do niej nie dzwonił. — Scott zmarszczył brwi.— To brzmi tak, jakby wiedziała, o której godzinie przyjść. — Spojrzałam na niego.— Wiem o tym — powiedziałam spokojnie. — I sama się nad tym zastanawiam od lat. — Odetchnęłam głęboko. — Babcia przejęła nade mną opiekę. Zawsze unikała rozmów o tamtym dniu. Za każdym razem, gdy próbowałam pytać, zmieniała temat. Jakby bała się, że prawda wypłynie na powierzchnię. — Spojrzałam na martwe ciało łowcy. — A dziś dowiaduję się, że to wszystko od początku dotyczyło mnie. — Słowa zabrzmiały ciężko. — I nadal nie wiem dlaczego.

Rozdział 1

~ Rosalia ~

Chciałam już przestać o tym mówić. Miałam wrażenie, że każde kolejne zdanie rozrywa coś we mnie na nowo, a jednak obrazy wracały z brutalną wyrazistością, jakby ktoś zmuszał mnie do oglądania starego filmu, którego nienawidziłam, ale znałam na pamięć. Łzy znów zaczęły spływać mi po policzkach, bez ostrzeżenia i bez mojej zgody. Tyle razy obiecywałam sobie, że już nigdy nie będę płakać z tego powodu, że jestem silniejsza, że mam to za sobą, a jednak ciało nie słuchało rozsądku. Drżały mi dłonie, gardło miałam ściśnięte, a oddech co chwilę się rwał. Tamta scena wryła się w moją pamięć jak rozżarzone żelazo. Przez lata budziłam się w środku nocy z krzykiem. Widziałam twarz ojca, moment, w którym opada bezwładnie na panele. Widziałam krew mamy rozlewającą się po podłodze. Czułam zapach metalu i kurzu. Koszmary były tak realistyczne, że czasem potrzebowałam kilku minut, żeby zrozumieć, że to już nie dzieje się naprawdę. Scott i Niall wymienili spojrzenia.Widziałam w ich oczach bezradność. Nie wiedzieli, co powiedzieć. I dobrze. Naprawdę nie potrzebowałam słów pocieszenia. Nie znosiłam, kiedy ktoś się nade mną użalał. Litość była ostatnią rzeczą, jakiej pragnęłam. To nie cofnie czasu. Nie wskrzesi rodziców. Nie wymaże wspomnień. W milczeniu odwróciłam się i ruszyłam w stronę wyjścia z fabryki. Musiałam stamtąd wyjść, zanim któreś z nich spróbuje powiedzieć coś, co sprawi, że całkowicie się rozpadnę. Czułam, że balansuję na granicy. Chłodne powietrze na zewnątrz uderzyło mnie w twarz, gdy wyszłam na zewnątrz. Oddychałam głęboko, próbując uspokoić myśli. Słowa łowcy wciąż dudniły mi w głowie. „To o ciebie chodziło od samego początku.” To oznaczało jedno, nie polowali wyłącznie na Scotta i Nialla. Ja również byłam ich celem.Może nawet głównym, a skoro był jednym z mężczyzn, którzy wtargnęli do mojego domu, skoro brał udział w tamtej masakrę, to jego słowa nie były pustą prowokacja. Dlaczego nie rozpoznałam go od razu? Czy moja pamięć była niepełna? Czy umysł dziecka wyparł pewne szczegóły, by mnie chronić? Pamiętałam głosy, sylwetki, ruchy, ale twarze były zamazane. Jedynym wyraźnym elementem był tatuaż na nadgarstku jednego z napastników. Tatuaż, który dziś zobaczyłam dopiero w ostatniej chwili. Nie mogłam mieć do siebie pretensji. Miałam pięć lat. Byłam przerażonym dzieckiem ukrytym pod podłogą. Trauma potrafi zniekształcić wspomnienia, a jednak w środku czułam wściekłość. Na nich, na siebie, na cały ten system, który pozwolił, by to się wydarzyło. Paradoksalnie czułam też coś jeszcze, satysfakcję. Zabiłam jednego z ludzi odpowiedzialnych za śmierć mojego ojca.To nie była pełna zemsta. To był dopiero początek. Morderca mojej matki wciąż żył, a ponad nimi wszystkimi był ktoś, kto wydał rozkaz. Ktoś, kto uznał, że pięcioletnie dziecko stanowi zagrożenie warte wyeliminowania. Łowcy nie działali bez powodu. Ktoś ich wynajął. Ktoś zapłacił. Ktoś wiedział, kim jestem, albo kim mogę się stać. Pytanie tylko: dlaczego? Co takiego było we mnie, że uznano mnie za cel? I co z tego mieli? Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej byłam przekonana, że to wszystko sięga znacznie głębiej, niż sądziłam. Organizacja, laboratorium, eksperymenty, moi rodzice i ukryta skrytka w podłodze. To nie były odrębne wątki. To była jedna historia. Moja historia. Część mnie chciała to zostawić. Udawać, że nie widzę połączeń. Skupić się wyłącznie na przetrwaniu, ale wiedziałam, że nie potrafię. Musiałam poznać prawdę o tamtym dniu, o swoich rodzicach, o babci i przede wszystkim, o sobie. Bo jeśli rzeczywiście od początku chodziło o mnie, to najwyższy czas dowiedzieć się, kim tak naprawdę jestem.Scott i Niall patrzyli na to wszystko zupełnie inaczej. Dla nich był to kolejny atak, kolejne starcie z wrogiem, którego należało powstrzymać. Dla mnie, fragment większej układanki, która zaczynała układać się w przerażająco spójny obraz. Organizacja wiedziała o moim istnieniu od dawna. Nie był to przypadek, nie był to zbieg okoliczności. Ktoś musiał mnie obserwować, śledzić, analizować. I z jakiegoś powodu uznano, że najlepiej będzie mnie wyeliminować, zanim dorosnę. Przeżyłam wyłącznie dlatego, że moi rodzice byli gotowi oddać za mnie życie. Ta myśl była jednocześnie bolesna i budująca. A babcia? Wiedziałam, że nie była jedynie bezbronną staruszką, która przypadkiem wzięła mnie pod swój dach. Była w to wszystko wplątane, mniej lub bardziej świadomie. Czasami miałam wrażenie, że wie znacznie więcej, niż pokazuje. Pytanie tylko, czy chroniła mnie przed prawdą, czy przed czymś zupełnie innym, groźniejszym.Gdy przekroczyłam próg domu, uderzył mnie znajomy zapach bulionu i przypraw. Ciepło, które rozlewało się po kuchni, kontrastowało z chłodem, jaki wciąż czułam pod skórą. Babcia stała przy kuchence, lekko pochylona nad garnkiem, mieszając zawartość z tą samą starannością, z jaką robiła to od lat. Wyglądała spokojnie i szczęśliwie. Na mój widok odruchowo się uśmiechnęła, szeroko i naturalnie, a ja zrobiłam dokładnie to samo, jakby wszystkie dramaty, krew i strach zostały za drzwiami. W jednej chwili ciężar zsunął mi się z ramion. Zapomniałam o łowcach, o organizacji, o zemście. Była tylko ona, kuchnia i dom, który mimo wszystko wciąż był moją bezpieczną przystanią. Przez chwilę stałam bez ruchu, przyglądając się jej w milczeniu. Nawet nie wiem, ile to trwało. Czas jakby się rozciągnął.— Wróciłaś — powiedziała ciepło, jakby to był najzwyklejszy dzień na świecie.Bez zbędnych pytań sięgnęła po miskę i nalała mi porcję gorącego ramenu. Para unosiła się leniwie ku górze, a zapach bulionu sojowego, imbiru i czosnku natychmiast mnie otulił. Od zawsze gotowała ramen, gdy wyczuwała, że coś jest nie tak. Nigdy nie mówiłam jej wprost, że mam zły dzień. Ona po prostu wiedziała. Jakimś sposobem zawsze trafiała w punkt. Do dziś nie rozumiałam, skąd ta intuicja. Usiadłam przy stole i objęłam dłonią ciepłą miskę. Ciepło przenikało przez porcelanę, ogrzewając zmarznięte palce.— Jak tam u Nialla? — zapytała po chwili, niby mimochodem.Zamarłam. Dopiero teraz dotarło do mnie, że miał u nas zostać przez kilka dni. Przez ułamek sekundy poczułam, jak serce przyspiesza. Musiałam skłamać. Nie było innego wyjścia. Spojrzałam na nią z udawaną nutą zawodu i cicho westchnęłam.— Jego najlepszy przyjaciel zaproponował, żeby z nim zamieszkał na jakiś czas. Wiesz, zmiana otoczenia i te sprawy. Kto wie, może coś z tego będzie — rzuciłam lekko, pozwalając sobie na cichy śmiech.Brzmiał przekonująco. Przynajmniej miałam taką nadzieję. W duchu modliłam się, żeby nie zaczęła dopytywać o szczegóły, o adres, o nazwisko i o plany. Na szczęście tylko skinęła głową, jakby przyjęła to do wiadomości. Zajęłam się jedzeniem. Makaron był idealnie miękki, bulion intensywny, lekko pikantny, dokładnie taki, jaki pamiętałam z dzieciństwa. I właśnie wtedy wspomnienia uderzyły mnie najmocniej. Zobaczyłam mamę siedzącą przy tym samym stole, uśmiechniętą, rozpromienioną i śmiejącą się z czegoś, co powiedziała babcia. Jeździłyśmy tu często. Ramen był naszym małym rytuałem. Czymś, co łączyło trzy pokolenia kobiet przy jednym stole. Gardło zacisnęło mi się boleśnie. Łzy napłynęły do oczu szybciej, niż zdążyłam się powstrzymać.Jedna spadła do miski, znikając w bulionie. Szybko otarłam policzki wierzchem dłoni, udając, że to tylko para podrażniła mi oczy. Nie mogła zobaczyć, jak bardzo wciąż mnie to boli. Nie mogła zobaczyć, że mimo całej mojej siły, mimo zemsty i determinacji, w środku wciąż byłam tą samą dziewczynką, która straciła rodziców i nigdy tak naprawdę się z tym nie pogodziła. Podniosłam wzrok i zmusiłam się do uśmiechu. Dom był ciepły, bezpieczny, pachniał kolendrą i sosem sojowym, a jednak gdzieś w głębi czułam, że ten spokój jest tylko chwilowy.

***

— Nareszcie jesteś. Już zaczęliśmy obstawiać, czy w ogóle raczysz pojawić się w tym naszym uroczym więzieniu, które dla niepoznaki nazywają placówką edukacyjną — rzucił Niall z udawaną powagą, kiedy następnego dnia wpadłam zdyszana na szkolny dziedziniec.Znowu zaspałam. Drugi raz w tym tygodniu. Szczerze mówiąc, sama byłam zaskoczona, że tu stoję. Po wczorajszych wydarzeniach wszystko wydawało się nierealne, jakby należało do innego świata, nie do tego, w którym dzwonek wyznacza początek lekcji, a nauczyciele sprawdzają obecność. Po starciu z łowcą i po tym, co im wyznałam, byłam przekonana, że przez jakiś czas nasze drogi się rozejdą, że każdy z nas będzie potrzebował przestrzeni. Najwyraźniej tylko ja tak myślałam.— Taki był plan — odpowiedziałam, próbując wyrównać oddech. Płuca paliły mnie po biegu, a serce wciąż waliło jak oszalałe. — Ale moja babcia ma niezwykły talent do zmieniania cudzych decyzji. I uwierz mi, naprawdę nie chcesz wiedzieć, jakimi metodami się posługuje.Nie zdążyłam na autobus. Musiałam więc biec kilka przecznic, licząc, że może jakimś cudem dogonię kolejny. Nie dogoniłam. Ostatecznie skończyło się na sprincie pod samą szkołę. Włosy przykleiły mi się do czoła, a w gardle czułam metaliczny posmak zmęczenia. Niall uniósł dłonie w geście kapitulacji.— Nie wnikam, Rose. Wolę żyć w nieświadomości — mruknął, po czym spoważniał. — Skoro sprawę łowcy mamy już z głowy, to chyba możemy wreszcie odetchnąć. Trochę się wyluzować i odpocząć. Prawda?Te słowa zawisły między nami ciężej, niż powinny. Odwróciłam wzrok niemal odruchowo, skupiając go na czymś zupełnie nieistotny, pęknięciu w betonie, przelatującym ptaku, czymkolwiek, byle nie na nich. Relaks? Odpoczynek? Dla nich to może była zamknięta sprawa. Jeden łowca mniej, jedno zagrożenie wyeliminowane. Dla mnie to był dopiero początek. Jeśli jeden przyszedł, to drugi również przyjdzie. To nie była kwestia „czy”, tylko „kiedy”. Oni mnie szukali. Nie przypadkiem, nie omyłkowo. Od samego początku chodziło o mnie. To przeze mnie moi rodzice musieli stanąć do walki, której nie mieli szans wygrać. To przeze mnie zginęli. Ta myśl była jak cierń, którego nie dało się wyciągnąć. W dodatku wszystko tonęło w tajemnicy. Każda odpowiedź rodziła kolejne pytania. Każdy szczegół prowadził do następnej niewiadomej. Czułam, jak pod skórą rozlewa się niepokój, jak drobne igiełki przesuwają się wzdłuż kręgosłupa. Gęsia skórka pojawiła się na ramionach, mimo że poranek był ciepły.Wiedziałam jednak jedno, przyjdzie dzień, w którym odkryję całą prawdę. Wszystko, co przez lata było przede mną skrzętnie ukrywane. Wszystkie niedopowiedzenia, półsłówka, spojrzenia, które wtedy wydawały się bez znaczenia, a kiedy to się stanie, nie miałam złudzeń, ta prawda wcale nie okaże się łaskawa.— Rose?Głos Scotta wyrwał mnie z zamyślenia. Uniósł lewą brew w charakterystycznym dla siebie geście, w którym mieszała się ciekawość z lekką irytacją. Westchnęłam cicho, czując, jak napięcie powoli wraca na swoje miejsce. Unikałam jego spojrzenia, jakby kontakt wzrokowy mógł zdradzić wszystko, co kłębiło się w mojej głowie. Nie byłam gotowa, by powiedzieć im prawdę. Nie byłam gotowa przyznać, że podczas gdy oni myśleli o odpoczynku, ja przygotowywałam się na kolejną wojnę.— Rosalia! Powiedz wreszcie, o co chodzi, bo naprawdę za chwilę stracę cierpliwość — warknął Scott, a w jego głosie nie było już ani śladu żartu.Zatrzymałam się w pół kroku. Rzadko podnosił głos, dlatego tym bardziej mnie to uderzyło. W jego oczach błyszczała złość, ale pod nią czaiło się coś jeszcze, niepokój.— To nie jest rozmowa na teraz. I na pewno nie tutaj — odpowiedziałam ciszej, rozglądając się odruchowo wokół. Korytarz powoli zapełniał się uczniami, którzy rzucali nam przelotne, zaciekawione spojrzenia. — Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Chodźmy spokojnie na lekcję. Po zajęciach wszystko wam wyjaśnię…Nie zdążyłam dokończyć. Scott i Niall wymienili krótkie spojrzenie, jakby porozumieli się bez słów, po czym niemal jednocześnie złapali mnie za ramiona i pociągnęli w stronę wyjścia. Nie protestowała, byłam zbyt zaskoczona. Ominęliśmy boczne drzwi i po chwili znaleźliśmy się za budynkiem szkoły, gdzie rzadko tu ktoś zaglądał. Stary mur, kilka drzew i puste ławki tworzyły miejsce idealne do rozmów, których nikt nie powinien słyszeć.— Teraz porozmawiamy — powiedział stanowczo Scott, puszczając mnie dopiero wtedy, gdy upewnił się, że nikt nas nie widzi.Zapadła chwila ciszy. Powietrze było ciężkie, jak przed burzą. Niall zrobił krok w moją stronę. W przeciwieństwie do Scotta nie wyglądał na wściekłego, raczej zdeterminowanego.— Rose — zaczął ciszej, niemal szeptem. — Wiem, że nie miałaś łatwego życia. Wiem też, że przez lata musiałaś radzić sobie sama i, że wiele rzeczy dusisz w sobie, ale jeśli to ma jakikolwiek związek z tym, co wydarzyło się wczoraj… Proszę, powiedz nam wszystko. — Zawahał się na moment, po czym dodał: — Chyba już wystarczająco jasno pokazaliśmy, że nam na tobie zależy. Nie musisz przy nas udawać. Nie musisz być tą silną wersją siebie przez cały czas.Spojrzał mi prosto w oczy. Nie odwróciłam wzroku. I właśnie to sprawiło, że poczułam się dziwnie. Zaufałam im. Wpuściłam ich do swojego świata bardziej niż kogokolwiek wcześniej, a jednak wciąż istniała jakaś niewidzialna granica, której nie potrafiłam przekroczyć. W niektórych momentach automatycznie się zamykałam. Przywdziewałam maskę obojętności, udawałam, że wszystko mam pod kontrolą, że nic mnie nie rusza. Prawda była zupełnie inna. Byłam zmęczona, przerażona i rozbita. Przez tyle lat żyłam w przekonaniu, że mogę liczyć wyłącznie na siebie. Każda decyzja, każdy problem, każdy strach, wszystko dźwigałam sama. Nauczyłam się nie prosić o pomoc, nie okazywać słabości, nie przywiązywać się za bardzo.To było bezpieczniejsze, a teraz stali przede mną oni. Dwóch chłopaków, którzy mimo chaosu, w jaki ich wciągnęłam, nadal tu byli. Nie uciekli. Nie odsunęli się. Nie potraktowali mnie jak kogoś, kto przynosi wyłącznie kłopoty. Prawdziwi przyjaciele. Może po raz pierwszy w życiu mogłam tak o kimś pomyśleć. Wiedziałam, że w końcu będę musiała się przełamać. Jeśli naprawdę chcę, by byli częścią mojego świata, nie mogę wciąż zostawiać ich przed zamkniętymi drzwiami, a jeśli miałam komuś zaufać, to właśnie im. Wzięłam głęboki oddech.

Rozdział 2

~ Rosalia ~

— Sytuacja wygląda tak — zaczęłam powoli, starając się, by głos mi nie zadrżał. — Jeden łowca nie żyje. To prawda, ale był tylko częścią większej całości. — Widziałam, jak obaj sztywnieje. — Został jeszcze drugi. Ten, który zamordował moją mamę. — Te słowa przeszły mi przez gardło z trudem. — I jego też muszę zabić. W dniu, w którym zginęli moi rodzice, poprzysięgłam zemstę — dodałam, patrząc im prosto w oczy. — To nie była chwila słabości. To była obietnica. — Przełknęłam ślinę. — Ale to nie wszystko. Ktoś musiał to zlecić. Łowcy nie działają bez powodu. To ja byłam celem. Od samego początku chodziło o mnie. Moi rodzice stanęli na drodze komuś, kto chciał mnie dopaść. I zapłacili za to życiem. — Słowa wybrzmiały między nami boleśnie i wyraźnie. — Więc nie, Niall. Nie możemy się zrelaksować. To się nie skończyło. To dopiero się zaczyna. — Zacisnęłam dłonie w pięści, czując, jak wraca dobrze znane uczucie chłodnej determinacji. — A ja nie spocznę, dopóki nie dowiem się, kto za tym stoi. I dopóki ostatnia osoba odpowiedzialna za śmierć moich rodziców nie poniesie konsekwencji.Tym razem nie uciekłam wzrokiem. Pozwoliłam im zobaczyć wszystko, gniew, ból i strach, który wciąż czaił się gdzieś głęboko pod powierzchnią. Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie odezwał. Cisza, która zapadła, nie była jednak chłodna ani oskarżycielska, raczej ciężka od emocji i tego, co właśnie usłyszeli. Widziałam po ich twarzach, że próbują poukładać sobie w głowie wszystkie fakty, zrozumieć to, co dla mnie było codziennością od lat, ale taka była prawda. To przeze mnie zginęła Hope. Może nie trzymałam broni. Może nie wydałam rozkazu, a jednak od samego początku to ja byłam celem. To wokół mnie zacieśniała się pętla. Ci dranie nie przyszli po nią, nie przyszli po moich rodziców, przyszli po mnie, a każdy, kto znalazł się zbyt blisko, płacił najwyższą cenę.Ile jeszcze osób miało zginąć, zanim to się skończy? Nie potrafiłam sobie wybaczyć. Każda śmierć była jak kolejny ciężar dokładany do już i tak przeciążonego serca. Wmawiałam sobie, że muszę być silna, że nie mogę się załamywać, ale w środku wszystko krzyczało. Nie spodziewałam się jednak tego, co wydarzyło się chwilę później. Scott bez słowa zrobił krok w moją stronę i nagle zamknął mnie w mocnym uścisku. Tak mocnym, jakby bał się, że jeśli mnie puści, rozsypię się na kawałki. Przez sekundę stałam sztywno, zaskoczona, lecz po chwili poczułam, jak napięcie powoli ze mnie uchodzi. Jego dłoń przesunęła się na moje włosy, a on zaczął je delikatnie gładzić, zupełnie jakby chciał mnie uspokoić jednym, powtarzalnym gestem.— Wiem, o czym myślisz, Rose — wyszeptał tuż przy moim uchu. — I nawet nie próbuj brać tego na siebie. — Zamknęłam oczy. — Nie waż się obwiniać o śmierć Hope. To nie była twoja wina. To wina tego bydlaka, który wydał rozkaz. I tylko jego.Jego głos był spokojny, choć wyczuwałam w nim napięcie. Mówił wolno, jakby chciał, żebym naprawdę usłyszała każde słowo. Byłam w szoku, bo spodziewałam się, że będzie mnie obwiniać o śmierć swojej siostry.— A Hope… — zawahał się na moment. — Była uparta. Zbyt pewna siebie. Wiele razy powtarzałem jej, żeby bardziej wtopiła się w tłum, żeby przestała rzucać się w oczy. Nie słuchała. Z czasem przestała uważać na to, co dzieje się wokół niej. Straciła czujność. — Westchnął cicho. — To musiało się tak skończyć, prędzej, czy później. Gdyby nie ten łowca, znalazłby się inny.Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, smutnego, pogodzonego z czymś, czego nie dało się już zmienić. Nie wiedziałam, czy próbował przekonać mnie, czy samego siebie. Może jedno i drugie. Poczułam, jak ktoś obejmuje mnie z drugiej strony. Niall zarzucił ramię na moje ramiona i przyciągnął mnie bliżej, tworząc coś w rodzaju nieporadnego, ale szczerego uścisku we troje. Westchnął głośno, jakby zrzucał z siebie napięcie, które nosił od wczoraj.— No — mruknął półgłosem. — W końcu mówimy jednym językiem.Spojrzałam na niego kątem oka. Widać było, że ulżyło mu, kiedy wszystko zostało wypowiedziane na głos. Jakby bał się, że między nami powstanie mur z niedomówień, którego już nie da się przebić. Mnie również spadł kamień z serca. Nie musiałam już wymyślać wymówek. Nie musiałam kontrolować każdego słowa ani pilnować się, by nie powiedzieć za dużo. Po raz pierwszy od bardzo dawna czułam, że stoję wśród swoich ludzi, którzy znają prawdę i mimo to nie odwracają się ode mnie plecami. To było, nowe, ciepłe i bezpieczne uczucie. Przez lata samotność była moją codziennością. Przyzwyczaiłam się do niej tak bardzo, że stała się częścią mnie, a teraz nagle miałam obok siebie dwie osoby, które nie tylko wiedziały, kim jestem, ale wciąż chciały przy mnie być.Po raz pierwszy w życiu poczułam, że jestem kochana, że nie muszę udawać silniejszej, niż jestem, że mogę pozwolić sobie na chwilę słabości i nikt nie wykorzysta tego przeciwko mnie. To była ogromna zmiana. Do szkoły już nie wróciliśmy i było to dość oczywiste. Żadne z nas nie miało głowy do lekcji, sprawdzianów czy udawania, że wszystko jest w porządku. Zresztą Niall i tak nie przepadał za tym miejscem. Poniekąd kojarzyło mu się z zamknięciem w laboratorium. Chodząc na lekcje, ponownie przeżywał swój koszmar z przeszłości.— Za dużo plastiku na mnie tam leci — oznajmił kiedyś z pełną powagą. — A ja mam uczulenie na pustaki, Rose. Więc, błagam cię, nie zmuszaj mnie do torturowania się przez kilka kolejnych godzin.Na samo wspomnienie tych słów parsknęłam cicho śmiechem. Nawet teraz, w środku całego tego chaosu, potrafił rozładować napięcie jednym zdaniem. I właśnie dlatego tak bardzo bałam się ich stracić, bo po wszystkim, co przeżyłam, nie wyobrażałam już sobie powrotu do życia, w którym znowu byłabym całkiem sama. Oczywiście miał rację. W mojej szkole zdecydowana większość dziewczyn wyglądała tak, jakby każdą wolną chwilę spędzała przed lustrem, nakładając kolejną warstwę makijażu i dopracowując wizerunek, który miał przyciągać spojrzenia. Czasem miałam wrażenie, że bardziej niż na lekcjach zależało im na tym, by idealnie prezentować się na korytarzu. Nie mnie to oceniać, każdy ma prawo wyglądać tak, jak chce, ale trudno było nie zauważyć, że wielu chłopaków naprawdę to zachwycało. Najwyraźniej taki obraz kobiecości był dla nich atrakcyjny.Na szczęście istniały wyjątki. Niall i Scott zupełnie nie wpisywali się w ten schemat. Nigdy nie imponowały im sztuczność ani przesadna poza. Może właśnie dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy, przy nich nie trzeba było niczego udawać. Zamiast wracać do szkoły, pojechaliśmy do lasu, do miejsca, które, jak się okazało, było ich małym azylem. Nie miałam pojęcia, że w moim własnym mieście istnieje tak ustronny zakątek. Gdy zeszliśmy z głównej ścieżki i zagłębiliśmy się między drzewa, poczułam zapach wilgotnej ziemi i igliwia. Powietrze było chłodniejsze, czystsze, jakby oddalone od całego zgiełku codzienności. Polana, na którą mnie zaprowadzili, wyglądała jak wyjęta z innego świata. Otoczona wysokimi drzewami, z miękką trawą i widokiem na otwarte niebo. Idealne miejsce, by na chwilę zapomnieć o wszystkim. Rozpaliliśmy ognisko. Płomienie trzaskały cicho, a iskry unosiły się w górę, jakby próbowały dosięgnąć gwiazd.Usiedliśmy blisko siebie, pozwalając, by ciepło ognia ogrzewało nam dłonie i twarze. Śmialiśmy się, wspominaliśmy najgłupsze sytuacje z ostatnich miesięcy, a napięcie, które jeszcze niedawno wisiało w powietrzu, zaczęło powoli znikać. Z czasem położyliśmy się na trawie, tuż obok siebie, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Nad nami rozciągał się niesamowity spektakl, tysiące drobnych świateł migotało w ciemności, jakby naprawdę tańczyły w rytm niewidzialnej melodii. Czułam się mała wobec tej przestrzeni, ale jednocześnie dziwnie spokojna. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Jeszcze nigdy nie śmiałam się tak swobodnie. Jeszcze nigdy nie czułam takiej lekkości. Przez kilka godzin świat przestał być zagrożeniem. Był tylko las, ogień, gwiazdy i my.— Jak myślicie — odezwał się nagle Scott, nie odrywając wzroku od nieba — Czy kiedy ktoś umiera, na niebie zapala się kolejna gwiazda?Jego głos był cichy i zamyślony. Nie musieliśmy pytać, o kim myśli. Wszyscy wiedzieliśmy. Hope była z nami w tej ciszy, w każdym spojrzeniu w górę. Przez chwilę nikt się nie odezwał.— Nie wiem, Scott — odpowiedziałam w końcu równie cicho. — Ale bardzo chciałabym, żeby tak było. Chciałabym wierzyć, że moi rodzice patrzą na mnie z góry, że widzą wszystko i, że wciąż się o mnie troszczą.Delikatnie ścisnęłam jego dłoń, leżąc obok niego na trawie. To był drobny gest, ale miał znaczenie. Chciałam, żeby wiedział, że nie jest sam z tą myślą. Niall przewrócił się na bok i spojrzał na nas z wyraźnym zniecierpliwieniem, choć w jego oczach nie było złości.— Dlaczego zawsze musimy schodzić na temat śmierci? — westchnął ciężko. — Nie możemy po prostu cieszyć się tym, że wszystko skończyło się bez większych szkód? Że żyjemy, oddychamy i nikt z nas nie zwariował do reszty?Uniósł brew i spojrzał na nas spod byka, jakby próbował przywrócić rozmowie lżejszy ton. Uśmiechnęłam się lekko.— Możemy, Niall. Oczywiście, że możemy.Przez chwilę jeszcze leżeliśmy w ciszy, wsłuchując się w trzask ognia i odległe odgłosy lasu. Jednak poczułam, że powinnam już wracać.— Będę się zbierać — powiedziałam w końcu, podnosząc się powoli. — Nie chcę, żeby babcia zaczęła się martwić. — Obaj niemal natychmiast usiedli, gotowi wstać razem ze mną.— Odprowadzimy cię — rzucił Scott bez wahania. Zatrzymałam ich gestem dłoni.— Spokojnie. — Uśmiechnęłam się uspokajająco. — Łowca już nie żyje. Nic mi nie grozi. Poradzę sobie.Przez moment patrzyli na mnie z wahaniem, jakby wciąż chcieli się upewnić, że to dobry pomysł, ale w końcu odpuścili. Odwróciłam się jeszcze na chwilę, by spojrzeć na nich siedzących przy dogasającym ognisku, z twarzami oświetlonymi ciepłym blaskiem płomieni. Czułam wdzięczność tak silną, że aż ściskało mnie w gardle. Potem ruszyłam w stronę domu, z lekkim uśmiechem na ustach i spokojem, którego nie czułam od bardzo dawna.Niestety, wszystko, co dobre, ma w sobie jakąś kruchość. Rozsypuje się nagle, bez ostrzeżenia, jakby świat tylko czekał na moment, w którym przestaniesz być czujny. Tym razem było dokładnie tak samo. Gdy przekroczyłam próg domu, poczułam, jak coś niewidzialnego zaciska mi się na gardle. Zanim jeszcze zdążyłam cokolwiek zobaczyć, powietrze zgęstniało, a w uszach zaczęło mi dzwonić. Miałam wrażenie, jakby ściany przesunęły się bliżej, jakby przestrzeń skurczyła się do rozmiarów klatki. W następnej sekundzie wszystko stało się aż nadto wyraźne. Zapach, metaliczny i duszący, nie do pomylenia z niczym innym. Serce uderzyło w piersi tak mocno, że aż się zachwiałam. Najpierw jedno przyspieszone uderzenie, potem kolejne, coraz szybsze, coraz cięższe, jakby próbowało wyrwać się z klatki piersiowej. Czułam, jak po plecach spływa mi zimny pot, a po rękach przebiegają drobne, niekontrolowane dreszcze. Moje ciało przestało mnie słuchać. Stałam przez ułamek sekundy nieruchomo, sparaliżowana, niezdolna do wydania z siebie choćby dźwięku.W kuchni, na zimnych kafelkach, leżała babcia. Jej ciało było nienaturalnie bezwładne, ułożone w sposób, który nie pozostawiał złudzeń. Wokół niej rozlewała się ciemna plama krwi, wsiąkająca w fugi między płytkami. Nadgarstki były rozcięte, a gardło, przecięte głęboko, z brutalną dokładnością. Tuż obok spoczywał kuchenny nóż, jakby ktoś po prostu odłożył go po skończonej pracy. Zwyczajny przedmiot, który jeszcze wczoraj służył do krojenia chleba. Krzyk utknął mi w gardle. Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Dopiero po chwili powietrze wdarło się do płuc gwałtownym haustem, jakbym wynurzyła się spod wody. Rzuciłam się do niej, upadając na kolana wprost w lepką ciecz. Nie myślałam o niczym, ani o śladach, ani o tym, że nie powinnam jej dotykać. Liczyło się tylko to, żeby się poruszyła, żeby otworzyła oczy, żeby powiedziała, że to koszmar, że przesadzam, że znowu panikuję bez powodu.— Babciu… — mój głos był obcy, zduszony, łamiący się przy każdym słowie. — Proszę, wstań. Nie rób mi tego. To nie jest zabawne.Potrząsałam jej ramieniem, coraz mocniej, jakby siłą mogła przywrócić jej oddech. Łzy spływały mi po policzkach nieprzerwanym strumieniem, rozmazując obraz. Świat rozpadł się na fragmenty, błysk czerwieni, biel płytek, chłód jej skóry pod moimi palcami. Drżącymi dłońmi sięgnęłam po telefon. Kilka razy omal go nie upuściłam, zanim udało mi się wybrać numer alarmowy. Mój głos podczas rozmowy był chaotyczny, rwany, pełen urywanych zdań i niezrozumiałych szeptów. Ledwo potrafiłam podać adres. Operator próbował mnie uspokoić, ale każde jego słowo odbijało się ode mnie jak od ściany.

Rozdział 3

~ Rosalia ~

Czas stracił znaczenie. Minuty rozciągały się w nieskończoność. Kiedy usłyszałam syreny, miałam wrażenie, że minęły całe godziny, choć później powiedziano mi, że patrol pojawił się po niespełna dziesięciu minutach. Nie pamiętam, kiedy w drzwiach stanęli Scott i Niall. Wiem tylko, że nagle byli obok. Scott pierwszy mnie podniósł, próbując odciągnąć od ciała babci, choć szarpałam się, jakby chciano mi odebrać ostatni kontakt z czymś realnym. Niall mówił coś cicho, uspokajająco, ale słowa docierały do mnie jak przez grubą warstwę wody.Dopiero później dotarły do mnie pytania, które w tamtej chwili przemknęły mi przez głowę. Skąd wiedzieli? Czy naprawdę pozwolili mi wrócić samej? A może wbrew moim stanowczym protestom szli za mną w pewnej odległości, czuwając, gotowi zareagować? Nie zapytałam. Nie miałam siły. Stałam w środku własnego domu, a wszystko, co dotąd było stałe i znajome, przestało istnieć. Została tylko cisza przerywana policyjnymi komendami i świadomość, że kolejna osoba, która była moim światem, zniknęła w jednej chwili.— Gdzie pani była w chwili zdarzenia? — zapytał młody funkcjonariusz, notując coś w małym czarnym notesie.