Zanim Mrok Mnie Pochłonie - Dziedzictwo Krwi Tom 3 - Patrycja Piskorz - ebook

Zanim Mrok Mnie Pochłonie - Dziedzictwo Krwi Tom 3 ebook

Patrycja Piskorz

0,0

Opis

 

Rosalia zna już swoją moc. Wie, że potrafi niszczyć. Wie też, jak łatwo może stracić kontrolę. Gdy mrok w niej zaczyna wygrywać, nie chodzi już tylko o upadające miasta i świat pogrążony w chaosie. Największym strachem Rosalii jest to, że skrzywdzi własne dziecko. Jej syn jest kimś więcej niż zwykłym chłopcem. Dziedziczy jej magię i wilczą krew po ojcu Alfie. Nosi w sobie siłę, której ten świat jeszcze nie rozumie. Granica między potworem, a matką zaczyna się zacierać, a kiedy cena za ocalenie okazuje się najwyższa z możliwych, Rosalia musi zdecydować, czy pozwoli mrokowi przejąć wszystko, czy jeszcze zawalczy. Trzeci tom mrocznej i emocjonalnej historii o miłości, która nie zawsze ratuje i o sile, która może zarówno zniszczyć świat, jak i go ocalić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 320

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Zanim Mrok Mnie Pochłonie

Dziedzictwo Krwi

Tom 3

Patrycja Piskorz

2026

ISBN: 978-83-977709-3-5

© 2026 Patrycja Piskorz

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody autorki.

Publikacja wydana w modelu selfpublishing przez Empik Selfpublishing.

Dedykacja

Dedykuję tę książkę wszystkim, którzy piszą do szuflady, tym, którzy odważyli się marzyć, ale za każdym razem dostają odmowy. Marzenia się spełniają, ale musimy im w tym pomóc. Nigdy się nie poddawajcie, bez względu na to ile krytyki usłyszycie. Pamiętajcie, nie jesteście w tym sami, bo wiele z nas poszukuje swojej lepszej wersji, tylko nie mówi o tym głośno. Ta książka jest właśnie dla was.

Ważna Informacja

Ta historia została napisana przeze mnie gdy miałam zaledwie siedemnaście lat i ogromnie marzyłam o wydaniu, o tym, by moja powieść znalazła się na mojej półce w papierze. Może i fabuła nie jest zbyt wyszukana, ale czuję do niej sentyment, dlatego po tylu latach wprowadziłam jedynie drobne poprawki, nie naruszając reszty. Świat przedstawiony w książce jest fikcyjny. Akcja rozgrywa się w czasach współczesnych, w Stanach Zjednoczonych, jednak pewne rzeczy zostały celowo zmienione w książce. Pamiętajcie o tym, że to fikcja, która ma za zadanie nas bawić, a nie być odwzorowaniem rzeczywistości jeden do jednego. W książce mogą pojawić się fragmenty dla wrażliwych osób, gdzie jest mowa o eksperymentach medycznych na małych dzieciach. Jeśli przeszkadzają ci takie rzeczy drogi czytelniku to lepiej odstaw czytanie tej książki. Reszcie życzę przyjemnego czytania. Mam nadzieję, że w tej książce każdy znajdzie coś dla siebie ~ Patrycja Piskorz.

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Przypomnienie

~ Rosalia ~

— I jak? — odezwał się w końcu, unosząc brew w znajomym geście. — Było aż tak strasznie? — Zatrzymałam się i spojrzałam na niego poważnie.— Zabroniłeś im zachowywać się inaczej niż z szacunkiem — odpowiedziałam szczerze. — Nie wiem więc, co naprawdę myślą. Nie wiem, czy to była radość, czy tylko obowiązek. Czy mnie zaakceptowali, czy po prostu nie mają wyboru.Nie chciałam być Luną z przymusu. Chciałam nią być naprawdę. Ledwie skończyłam, a on westchnął cicho, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi. Jego oczy złagodniały, ale wciąż kryła się w nich stanowczość alfy, który wiedział więcej, niż mówił.— Rose… — odezwał się cicho, podchodząc bliżej, aż poczułam ciepło bijące od jego ciała. — Oni zaczęli wyć na twój widok. Musiałem ich uciszyć, zanim całkiem stracą kontrolę. To nie był obowiązek. To była reakcja instynktu. — Nachylił się do mojego ucha. — A to oznacza, że od tej chwili jesteś ich pełnoprawną królową.Słowo „królowa” zabrzmiało inaczej niż „Luna”. Miało w sobie coś ostatecznego, coś niepodważalnego. Zanim zdążyłam przetrawić sens jego słów, poczułam delikatne przygryzienie płatka ucha. Zupełnie niespodziewane. Ciepły oddech na skórze i ten drobny, prowokujący gest sprawiły, że dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa aż do samego dołu pleców.Na ułamek sekundy zapomniałam, gdzie jesteśmy. Jednak resztką rozsądku odepchnęłam go od siebie, kładąc dłonie na jego klatce piersiowej. Cofnął się o krok i spojrzał na mnie z wyraźnym wyrzutem, jakby właśnie odebrano mu coś niezwykle cennego. Westchnęłam przeciągle, starając się przywołać powagę sytuacji.— O co ci chodzi? — zapytał, marszcząc brwi. Spojrzałam na niego wymownie.— Jak to o co? — odpowiedziałam, krzyżując ręce na piersi. — Przedstawiłeś mnie swoim poddanym, ale chyba zapomniałeś, że coś mi obiecałeś. — Uniósł brew, wyraźnie próbując sobie przypomnieć. — Zwiedzanie domu — dodałam z nutą pretensji w głosie. — Miałeś mnie oprowadzić. — Dopiero wtedy na jego twarzy pojawiło się zrozumienie.— Rzeczywiście, zwiedzanie — przyznał z lekkim uśmiechem. — Ale mam lepszy pomysł. — Zmrużyłam oczy podejrzliwie. — I przestań robić tę nadąsaną minę — dodał z rozbawieniem. — Wyglądasz jak pięciolatka, której ktoś zabrał lizaka.— Bardzo zabawne — mruknęłam, choć w głębi duszy wiedziałam, że trochę ma rację. — No dobrze, słucham. Jaki to genialny plan wymyśliłeś? — Podszedł bliżej, tym razem już bez prowokacyjnych gestów.— Najpierw rozpakujesz swoje rzeczy w naszej sypialni — podkreślił to słowo z wyraźną satysfakcją — A potem, osobiście pokażę ci resztę domu, bez pośpiechu, tylko my. Co ty na to? — W jego głosie pobrzmiewała nadzieja, ale też coś jeszcze, pewność, że i tak się zgodzę.— Dobrze — odpowiedziałam po chwili wahania. — Niech będzie po twojemu.Nie byłam jednak zachwycona. Po pierwsze, naprawdę chciałam sama przejść się po tym miejscu. Zobaczyć je bez jego obecności, bez rozpraszającego dotyku i spojrzeń. Potrzebowałam chwili, by oswoić się z myślą, że to ma być mój dom. Po drugie, Zayn doskonale wiedział, jak na mnie działa.Każde jego zbliżenie, każdy półuśmiech, każdy szept przy uchu sprawiał, że traciłam koncentrację, a on wydawał się czerpać z tego wyraźną przyjemność. Zaprowadził mnie na piętro szerokimi, drewnianymi schodami. Korytarz był jasny, z dużymi oknami wychodzącymi na las. W końcu zatrzymaliśmy się przed jednymi z drzwi.— Nasza sypialnia — oznajmił z nutą dumy.Wnętrze było przestronne, utrzymane w jasnych kolorach. Ogromne łóżko stało na środku, przykryte miękką narzutą. Po jednej stronie znajdowała się przeszklona ściana, prowadząca na niewielki balkon z widokiem na drzewa. Po drugiej, drzwi do garderoby i łazienki. Moje walizki już tam czekały. Ku wyraźnemu zaskoczeniu, a może i rozczarowaniu Zayna, zabrałam się do rozpakowywania z pełnym zaangażowaniem.Ubrania trafiały do szafy poukładane kolorystycznie, kosmetyki do łazienki, książki na półkę przy łóżku. Działałam szybko i sprawnie, jakbym chciała udowodnić, że potrafię odnaleźć się w nowej przestrzeni bez niczyjej pomocy. Zayn przez chwilę próbował mi „pomagać”, ale szybko zorientował się, że bardziej przeszkadza, niż ułatwia. Oparł się więc o framugę drzwi i obserwował mnie w milczeniu.— To miało potrwać dłużej — zauważył w końcu, gdy zamykałam ostatnią szufladę.— Naprawdę? — odparłam niewinnie. — Nie wspominałeś o limicie czasowym.Minęło mniej niż godzina, a wszystko było na swoim miejscu. Spojrzałam na efekt swojej pracy z satysfakcją. W tej jednej, małej kwestii miałam kontrolę. Zayn westchnął, kręcąc głową.— Uparciuch — mruknął pod nosem.— Perfekcjonistka — poprawiłam go, unosząc dumnie brodę do góry.Usiadłam na skraju łóżka i założyłam nogę na nogę, czekając aż się przebierze. Zniknął na chwilę w łazience, a ja pozwoliłam sobie rozejrzeć się jeszcze raz po sypialni. To pomieszczenie miało stać się naszym wspólnym miejscem. Myśl o tym była jednocześnie ekscytująca i onieśmielająca. Gdy wyszedł, spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. Byłam gotowa. Nie tylko na zwiedzanie domu, ale na wszystko, co miało się wydarzyć dalej. Choć oczywiście nie zamierzałam mu tego tak łatwo przyznać.— Jak widzisz — zaczął Zayn, gdy tylko zamknęliśmy za sobą drzwi sypialni — Jesteśmy na najwyższym, czwartym piętrze budynku. To w praktyce nasza prywatna przestrzeń.Ruszyliśmy powoli wzdłuż szerokiego korytarza. Podłoga z jasnego drewna miękko uginała się pod stopami, a duże okna wpuszczały do środka ciepłe światło popołudnia. Z tej wysokości widok na las był jeszcze bardziej imponujący, korony drzew falowały jak zielone morze.— Trzecie piętro również należy wyłącznie do nas — kontynuował. — To oznacza, że dostęp do dwóch najwyższych poziomów mają tylko trzy osoby: ja, ty i Greta. — Spojrzałam na niego zaskoczona.— Greta? — powtórzyłam.— Twoja pokojówka — doprecyzował spokojnie. Zatrzymałam się w pół kroku.— Zayn, ja naprawdę nie potrzebuję żadnej pokojówki. Potrafię sama o siebie zadbać. Sprzątać, prać, ogarniać własne sprawy. Nie jestem bezradna. — Nie chciałam, by traktowano mnie jak porcelanową figurkę, którą trzeba nieustannie chronić i wyręczać.— Wiem, że potrafisz — odpowiedział od razu, nie pozwalając mi się rozpędzić. — I nie chodzi o to, że sobie nie poradzisz. To kwestia zasad i tradycji. Luna nie zajmuje się przyziemnymi obowiązkami. Kiedy będziesz czegoś potrzebować, czegokolwiek, Greta jest od tego, by ci pomóc.W jego głosie nie było protekcjonalności. Raczej przywiązanie do reguł, które dla niego były czymś naturalnym. Westchnęłam cicho. Wciąż trudno było mi zaakceptować, że moje życie ma wyglądać według odgórnie ustalonych zasad.— Na tym piętrze — wskazał kolejne drzwi — Znajduje się moja prywatna siłownia. W pełni wyposażona. Jeśli będziesz chciała z niej korzystać, oczywiście jest też twoja. — Otworzył jedno z pomieszczeń. W środku stały nowoczesne sprzęty treningowe, maty, hantle, a nawet worek bokserski. Wszystko uporządkowane i zadbane. — Dalej mamy naszą sypialnię, łazienkę i osobną toaletę — wyliczał spokojnie. — A na końcu korytarza jest jeszcze jeden pokój. Na razie pusty.Otworzył drzwi. Pomieszczenie było przestronne, z dużym oknem wychodzącym na zachodnią stronę. Ściany w jasnym kolorze, drewniana podłoga, brak mebli, czysta i otwarta przestrzeń.— Możemy urządzić go, jak tylko zechcesz — powiedział, opierając się o framugę. — Cokolwiek przyjdzie ci do głowy.Przez chwilę milczałam. W mojej głowie zaczęły pojawiać się obrazy, jeden za drugim. Pracownia, biblioteka, miejsce pełne książek i notatek. Przestrzeń, w której mogłabym tworzyć, planować, myśleć. Własny kąt, który nie byłby wyłącznie symbolem mojej pozycji, lecz czymś osobistym. W końcu jedna myśl przebiła się przez wszystkie inne.— Chciałabym urządzić tu swoje biuro — powiedziałam cicho, niemal z namaszczeniem. — Takie miejsce tylko dla mnie. Do którego nikt nie będzie miał wstępu, nawet ty.Ostatnie słowa wypowiedziałam z lekkim uśmiechem, choć w moim głosie pobrzmiewała powaga. Uniósł brew, wyraźnie zaintrygowany.— Nawet ja? — zapytał z udawanym oburzeniem. — A mogę przynajmniej wiedzieć, co planujesz tam robić? — Odwróciłam wzrok w stronę okna. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na odcienie pomarańczu i różu.— Może kiedyś ci powiem — odpowiedziałam po chwili. — Moje marzenia i moje przeznaczenie to dwie różne rzeczy. To, kim mam być dla watahy, niekoniecznie pokrywa się z tym, kim chciałabym być dla siebie. — Poczułam, jak gardło zaczyna mnie piec. — Być może nigdy nie uda mi się ich spełnić — dodałam ciszej.Odwróciłam głowę w drugą stronę, zanim zdążył zobaczyć wilgoć zbierającą się w moich oczach. Nie chciałam, by pomyślał, że jestem niewdzięczna. To miejsce było piękne. On dawał mi wszystko, o czym wielu mogłoby tylko marzyć, a jednak, gdzieś głęboko we mnie, wciąż istniała dziewczyna z własnymi planami, ambicjami i pragnieniami. Dziewczyna, która nie chciała, by jej tożsamość ograniczała się wyłącznie do roli Luny.Usłyszałam, jak podchodzi bliżej. Jego obecność wyczuwałam nawet bez patrzenia. Nie wiedziałam, co powie. Czy spróbuje mnie przekonać, że moje marzenia są teraz mniej ważne? Czy może, zaskoczy mnie po raz kolejny? Stałam w pustym pokoju, który mógł stać się wszystkim i po raz pierwszy od dawna poczułam, że to ode mnie zależy, kim naprawdę będę.

***

Kiedy Zayn zakończył oprowadzanie mnie po wszystkich pomieszczeniach, od przestronnej kuchni po bibliotekę, która pachniała drewnem i kurzem starych ksiąg, poczułam, że potrzebuję chwili oddechu. Zbyt wiele informacji, zbyt wiele emocji, zbyt wiele zmian w jednym dniu.— Chcę na chwilę wyjść — rzuciłam cicho, bardziej do siebie niż do niego.Nie zdążyłam jednak zrobić nawet kroku w stronę drzwi prowadzących na taras, gdy obok mnie niemal bezszelestnie pojawiła się dziewczyna. Była mniej więcej w moim wieku, o długich, falujących włosach w odcieniu ciemnego brązu i oczach, które błyszczały życzliwością. Od pierwszej chwili biła od niej lekkość, coś ciepłego i autentycznego.— Witaj, Luno. Mam na imię Violet — powiedziała z uśmiechem, pochylając lekko głowę w geście szacunku. Zanim zdążyła dokończyć ukłon, wyciągnęłam rękę, by ją powstrzymać.— Proszę, nie rób tego — odpowiedziałam szybko. — Mów do mnie Rosalia, albo Rose, naprawdę. Miło mi cię poznać. — Uśmiechnęła się szerzej, choć w jej spojrzeniu pojawiła się nutka rozbawienia.— Dobrze, ale tylko wtedy, gdy alfy nie ma w pobliżu — wyszeptała konspiracyjnie, rozglądając się wokół, jakby Zayn mógł wyskoczyć zza każdego rogu. Parsknęłam cicho śmiechem.— Umowa stoi.Wyszłyśmy razem na zewnątrz. Powietrze było rześkie, pachniało lasem i wilgotną ziemią. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie na żwirowe ścieżki.— Więc, Rose — zaczęła Violet z wyraźną ciekawością — Jak ci się u nas podoba? — Zawahałam się.— Jeszcze sama nie wiem — przyznałam szczerze. — To wszystko jest, przytłaczające. Te tytuły, zasady, spojrzenia. Nigdy nie byłam częścią czegoś takiego, a do tego nie jestem wilkołakiem, więc mam wrażenie, że połowy rzeczy zwyczajnie nie rozumiem. — Zatrzymałam się i spojrzałam jej prosto w oczy. — Opowiedz mi proszę jak najwięcej, o was i o tym, jak to wszystko działa. — Violet zmarszczyła lekko brwi i podrapała się po brodzie w zamyśleniu.— Od czego by tu zacząć… — mruknęła. — Może od najważniejszego. — Ruszyłyśmy powoli wzdłuż ogrodu. — W ciągu najbliższego tygodnia odbędzie się wasz ślub — powiedziała w końcu, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Zatrzymałam się gwałtownie.— Słucham?— Ten miesiąc jest wyjątkowy — wyjaśniła spokojnie. — Przez trzy dni z rzędu będzie pełnia. To bardzo rzadkie zjawisko. Ceremonia niemal na pewno odbędzie się właśnie wtedy. — Musiałam wyglądać na kompletnie zdezorientowaną, bo Violet natychmiast zaczęła tłumaczyć dalej. — Ślub alfy i Luny to nie tylko symbol. To rytuał. Wzmacnia całą watahę, jej więź, siłę, jedność. A noc poślubna… — zawahała się na sekundę, po czym mówiła dalej już pewniej — Dopełnia rytuału. Energia między alfą, a Luną rozchodzi się po całym stadzie. — Zrobiła krótką przerwę. — Jeśli dodatkowo przypada to na pełnię, moc zwiększa się kilkukrotnie. Dlatego wszyscy tak bardzo czekają na ten miesiąc.Stałam w milczeniu, próbując przetworzyć to, co właśnie usłyszałam. Ślub, rytuał, wzmocnienie watahy i pełnia. To przestawało być tylko prywatną sprawą między mną, a Zaynem. To było wydarzenie o znaczeniu niemal mistycznym.— A powiedz mi… — odezwała się Violet ostrożnie — Skoro nie jesteś wilkołakiem, to kim właściwie jesteś? Zwykłym człowiekiem?Uniosła lekko brew, ale w jej głosie nie było osądu. Raczej ciekawość. Przez moment zabrakło mi słów. To pytanie zawsze było najtrudniejsze.— Nie do końca — odpowiedziałam w końcu. — To… skomplikowane. — Oparłam się o drewnianą balustradę tarasu. — Powiedzmy, że jestem kimś w rodzaju czarownicy. — Słowo to zabrzmiało ciszej, niż zamierzałam. Violet zamrugała, po czym jej oczy rozszerzyły się z zaskoczenia.— Magia? — wyszeptała. Skinęłam głową.— Nie taka z bajek. Bardziej intuicyjna. Związana z energią, naturą, z tym, czego nie widać gołym okiem. Wciąż się uczę. Właściwie… wciąż odkrywam, kim jestem. — Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu, jakby próbowała połączyć fakty.— To wiele wyjaśnia — powiedziała w końcu z lekkim uśmiechem. — Wataha wyczuła w tobie coś więcej, a nie tylko więź z alfą.— Co masz na myśli?— Energię — odparła bez wahania. — Inność. Siłę, która nie jest wilcza, ale wcale nie słabsza. — Poczułam, jak coś w mojej klatce piersiowej delikatnie się rozluźnia. Może jednak nie byłam tu całkiem obca. Może moje „inne” nie oznaczało „gorsze”.— Nie boisz się? — zapytałam cicho. — Tego, że ktoś taki jak ja ma zostać waszą Luną? — Violet zaśmiała się lekko.— Rose, w tej watasze strach jest ostatnią rzeczą, na jaką sobie pozwalamy, a poza tym… — spojrzała w stronę domu — Alfa nie wybrałby kogoś przypadkowego. — Zawahała się, po czym dodała ciszej — Jeśli ty jesteś jego przeznaczeniem, to znaczy, że jesteś też naszym.Te słowa wybrzmiały we mnie mocniej, niż się spodziewałam. Może wciąż nie rozumiałam wszystkich zasad. Może wciąż czułam lęk przed tym, co miało nadejść, ale po raz pierwszy od przyjazdu pomyślałam, że być może naprawdę mogę tu znaleźć swoje miejsce.— Czyli naprawdę masz w sobie coś nadprzyrodzonego? — zapytała Violet z wyraźnym błyskiem w oczach. Nie potrafiłam ubrać tego w bardziej precyzyjne słowa, dlatego jedynie skinęłam głową. Wystarczyło. Jej reakcja była natychmiastowa. — To niesamowite! — wykrzyknęła z autentycznym entuzjazmem. — Dzięki tobie wataha stanie się jeszcze potężniejsza, niż gdybyś była zwykłym człowiekiem. To ogromny dar, Rose!Podskoczyła kilka razy w miejscu jak dziecko, które właśnie usłyszało najlepszą wiadomość w życiu, i klasnęła w dłonie, zupełnie nie przejmując się tym, że ktoś mógłby nas obserwować. Jej radość była szczera, czysta, pozbawiona cienia zazdrości, czy obawy. Powinnam była poczuć dumę, albo przynajmniej ulgę. Zamiast tego w mojej piersi narastał ciężar.— Dziękuję ci za rozmowę — powiedziałam ciszej, starając się, by mój głos brzmiał stabilnie. — Naprawdę dużo mi wyjaśniłaś, ale nie czuję się dziś najlepiej. Chyba muszę się położyć.Uśmiechnęłam się blado, nie dając jej czasu na kolejne pytania. Zanim zdążyła zareagować, odwróciłam się i szybkim krokiem wróciłam do środka. Korytarz wydawał się dłuższy niż wcześniej. Każdy krok odbijał się echem w mojej głowie razem ze słowami: ślub, rytuał, pełnia, wzmocnienie, przeznaczenie. Zamknęłam za sobą drzwi sypialni i oparłam się o nie plecami, jakbym w ten sposób mogła odgrodzić się od całego świata.Podeszłam do łóżka i usiadłam na jego krawędzi. Wpatrywałam się w biały sufit, próbując skupić myśli na czymś zupełnie neutralnym, na kształcie sztukaterii, na cieniach rzucanych przez zasłony, na delikatnym skrzypieniu drewnianej podłogi. Cokolwiek, byle nie to, co kłębiło się w mojej głowie. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. To nic nie dało. Obrazy przyszłości mieszały się z lękiem.Ślub, który miał wzmocnić watahę. Noc poślubna jako rytuał. Moja rola sprowadzona do symbolu mocy, a potem… trzy lata. Tylko trzy lata. Poczułam, jak coś pęka. Łzy same napłynęły mi do oczu i spłynęły po policzkach, zanim zdążyłam je powstrzymać. Były ciche, niemal bezgłośne, ale każda z nich niosła ze sobą ciężar myśli, których nie chciałam wypowiadać na głos.Szybko otarłam twarz rękawem bluzy, gdy usłyszałam otwierające się drzwi. Zamarłam. Zayn wszedł do środka powoli, jakby wyczuwał, że powinien stąpać ostrożnie. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, zobaczyłam w jego oczach niepewność i troskę.— Wszystko w porządku? — zapytał cicho, podchodząc bliżej.Usiadł obok mnie i delikatnie pogłaskał mnie po włosach. Ten gest, tak prosty i naturalny, sprawił, że ledwo utrzymałam kontrolę nad sobą. Wtuliłam się w niego instynktownie, obejmując go mocno w pasie, jakby jego obecność mogła mnie uchronić przed tym, co nieuniknione.— Tak… wszystko jest dobrze — wyszeptałam, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi.Pachniał lasem i czymś, co od pierwszego dnia kojarzyło mi się z bezpieczeństwem. Zamknęłam oczy, próbując zatrzymać tę chwilę. Przez moment milczał.— Rozmawiałem z Violet — powiedział w końcu spokojnie, ale w jego głosie słyszałam napięcie. — Rosalia, nie okłamuj mnie.To jedno zdanie wystarczyło, by ścisnęło mnie w klatce piersiowej. Odsunęłam się nieznacznie i spojrzałam na niego. W jego oczach nie było gniewu. Był strach. I to bolało najbardziej.— Powiedziała mi o ślubie — zaczęłam powoli. — O rytuale, o tym, że dzięki nam wataha stanie się silniejsza, że pełnia spotęguje moc. Wiem, jakie to ważne dla was wszystkich. — Przełknęłam ślinę. — Po prostu… to wszystko do mnie dotarło naraz. Mam załamanie, Zayn. — Zacisnęłam palce na materiale jego koszuli. — Bo to nie jest zwykłe małżeństwo. To wydarzenie, które ma znaczenie dla setek osób. A ja… — zawahałam się — Ja wiem, że stracę to wszystko za trzy lata. — Zayn zesztywniał, ale nie przerwał mi. — Violet jest cudowna — kontynuowałam ciszej. — Ciepła, szczera. Już teraz czuję, że mogłybyśmy się zaprzyjaźnić. Chciałabym mieć tu kogoś bliskiego. Kogoś, z kim mogłabym rozmawiać, śmiać się, dzielić codziennością. — Odwróciłam wzrok, bo nie byłam pewna, czy dam radę dokończyć, patrząc mu w oczy. — Ale jak mam się do kogokolwiek przywiązać, skoro wiem, że za trzy lata zniknę z ich życia? — wyszeptałam. — Jak mam budować relacje, wiedząc, że są tymczasowe? — Cisza, która zapadła po tych słowach, była ciężka. — Boję się, że jeśli pozwolę sobie tu zapuścić korzenie, to później… nie będę umiała odejść — dodałam jeszcze ciszej.W tej chwili nie byłam Luną. Nie byłam przyszłą żoną alfy. Nie byłam kimś, kto ma wzmocnić watahę. Byłam tylko dziewczyną, która pierwszy raz w życiu zaczęła czuć, że gdzieś może przynależeć i która jednocześnie wiedziała, że to przynależenie ma datę ważności.

Rozdział 1

~ Rosalia ~

— Rose, dlaczego zakładasz, że za trzy lata wszystko stracisz? — zapytał spokojnie, choć w jego głosie wyczułam napięcie. — Tak, twoje przeznaczenie mówi o zniszczeniu albo ocaleniu świata, ale kto powiedział, że to musi oznaczać cierpienie? Że jedynym scenariuszem jest ból? — Podszedł bliżej i uniósł delikatnie mój podbródek dwoma palcami, zmuszając mnie, bym spojrzała mu w oczy. Jego spojrzenie było stanowcze, ale pełne troski. — Nie wszystko, co wielkie, kończy się tragedią — dodał ciszej.Jego słowa powinny mnie uspokoić. Powinny stać się kotwicą, której tak bardzo potrzebowałam. Zamiast tego poczułam, jak coś we mnie pęka.— Nie chcę się przywiązywać! — wyrwało mi się gwałtownie. — Nie chcę pozwolić sobie na szczęście, jeśli ma mi zostać odebrane! — Głos mi zadrżał, ale nie przestałam. — Jak mam żyć przez te trzy lata, Zayn? Jak mam funkcjonować, wiedząc, że to wszystko może się rozpaść? Że my…Słowa uwięzły mi w gardle, a frustracja eksplodowała. Zacisnęłam pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. W tej samej chwili wazon stojący na szafce nocnej uniósł się na ułamek sekundy w powietrze i roztrzaskał o ścianę, rozsypując się w drobny mak. Zamilkliśmy oboje. Spojrzałam na swoje dłonie, jakby należały do kogoś obcego. Łzy zaczęły płynąć po moich policzkach bez kontroli.Tym razem nie próbowałam ich powstrzymać. Czułam, jak przez moje ciało przebiegają dziwne impulsy, silne, pulsujące, niemal bolesne. Serce waliło jak oszalałe, dudniąc mi w uszach. Wzdłuż kręgosłupa przetoczyła się fala energii, która sprawiła, że na moment zabrakło mi tchu. Zamknęłam oczy i spróbowałam się uspokoić. Oddychaj, skup się, kontroluj to — powtarzałam w głowie jak mantrę, ale energia nie słuchała.Powietrze w pomieszczeniu nagle zgęstniało. Zasłony zaczęły trzepotać, jakby ktoś otworzył wszystkie okna, choć były zamknięte. Silny podmuch wiatru przeszedł przez sypialnię, przewracając krzesło i zrzucając książki z półki. Podłoga pod moimi stopami zadrżała, a ściany wydały głuchy jęk.— Rose! — usłyszałam głos Zayna, teraz już wyraźnie zaniepokojony.Chciałam odpowiedzieć, powiedzieć mu, żeby się odsunął, że to niebezpieczne, że nie panuję nad sobą, ale nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa. Poczułam ogień. Nie taki, który pali skórę. To było coś głębszego, żywy płomień rozlewający się po żyłach, rozpalający każdą komórkę mojego ciała. Energia buzowała pod skórą, jakby próbowała się z niej wyrwać. Zayn podszedł bliżej, próbując chwycić mnie za rękę.— Spójrz na mnie. Oddychaj ze mną, dasz radę — mówił szybko.W następnej sekundzie fala mocy wystrzeliła ze mnie jak eksplozja. Nie dotknęłam go. Nie chciałam go odepchnąć, a jednak siła wyrzuciła go w tył z taką mocą, że uderzył o ścianę. Głuchy odgłos rozległ się w pokoju, a mnie sparaliżowało przerażenie.— Zayn! — próbowałam krzyknąć, ale mój głos zniknął.Opadłam na kolana, chwytając się za klatkę piersiową. Oddychanie stało się niemożliwe. Gardło ścisnęło się tak mocno, jakby ktoś zacisnął wokół niego niewidzialną pętlę. Przed oczami zaczęły pojawiać się mroczki. Świat wirowało. Znowu to samo. Znowu atak. Znowu moc przejmowała nade mną kontrolę. Próbowałam skupić się na czymkolwiek, na dźwięku własnego oddechu, na fakturze podłogi pod dłońmi, na zapachu powietrza, ale energia była silniejsza. Wibrowała w kościach, pulsowała w skroniach, rozrywała mnie od środka.— Uspokój się, proszę… — wyszeptałam sama do siebie.Ale strach tylko ją podsycał. Im bardziej panikowałam, tym mocniej wszystko wokół reagowało. Szyby zadźwięczały, jakby miały pęknąć. Lampka przy łóżku eksplodowała w deszczu iskier. Wiatr krążył po pokoju w chaotycznym wirze. Czułam, że tracę grunt pod nogami, że jeśli nie odzyskam kontroli, stanie się coś nieodwracalnego. W tej chwili nie bałam się już przeznaczenia. Bałam się siebie, bo jeśli nie potrafiłam zapanować nad własną mocą, jak miałabym kiedykolwiek ocalić świat?Czułam, jak ogień rozlewa się pod moją skórą. Nie był to zwykły żar, miałam wrażenie, że każda komórka mojego ciała tli się własnym, dzikim płomieniem, wypalając od środka niewidzialne znamię. Powietrze wokół zgęstniało, a wiatr, który jeszcze przed chwilą był jedynie lekkim podmuchem, nagle przybrał na sile. Szarpał drzewa, przewracał lekkie przedmioty, unosił kurz i drobne odłamki, jakby świat reagował na to, co działo się we mnie. Na niebie zaczęły kłębić się ciężkie, granatowo czarne chmury.Ich barwa była niemal nienaturalna, jakby nasiąknięta moją złością. Każdy podmuch, każdy grzmot w oddali potęgował napięcie pulsujące w moich żyłach. Gniew narastał falami, rozrywając mnie od środka. Czułam, że jeśli nie znajdzie ujścia, rozsadzi mnie na kawałki. Moje dłonie drżały, a oddech stał się płytki i nierówny. Serce biło tak mocno, jakby próbowało wyrwać się z klatki piersiowej. W tej burzy emocji dostrzegłam kątem oka Zayna. Stał kilka kroków ode mnie, zesztywniały, z wyraźnym przerażeniem w oczach.Przełknął ślinę, a jego wzrok wędrował między mną, a gwałtownie zmieniającym się niebem. Wiedział, że dzieje się coś niebezpiecznego i, że źródłem tego chaosu jestem ja. Jednak to nie jego strach przykuł moją uwagę najbardziej. Coraz wyraźniej docierało do mnie, że burza nie jest przypadkiem. Powietrze zdawało się reagować na każdy skurcz mojego serca, a wiatr przyspieszał wraz z narastającą wściekłością.Jakby natura była ze mną spleciona niewidzialną nicią, zsynchronizowana z moim stanem ducha. Ta świadomość była jednocześnie przerażająca i fascynująca. W pewnej chwili przestałam walczyć z naporem emocji i spróbowałam je ukierunkować. Zamknęłam oczy, skupiając całą energię w jednym punkcie, w okolicy serca. Czułam, jak zbiera się tam gorąca kula światła, pulsująca i ciężka. Powoli uniosłam ręce ku górze.Przez ułamek sekundy wszystko zamarło, jakby świat wstrzymał oddech razem ze mną, a potem z moich dłoni wystrzelił potężny, oślepiająco jasny promień. Rozdarł powietrze z hukiem i uderzył w dach budynku nad nami. Drewno i dachówki rozpadły się w jednej chwili, pozostawiając ogromną, poszarpaną wyrwę, przez którą wdarło się mroczne niebo.— Rose, posłuchaj mnie uważnie — odezwał się Zayn spokojnym, choć napiętym głosem. — Weź kilka głębokich oddechów i spójrz na mnie. Musisz się wyciszyć. Tylko wtedy nad tym zapanujesz.Zbliżał się powoli, ostrożnie stawiając kroki wśród unoszących się wokół nas iskier energii. Powietrze trzaskało od wyładowań, a drobne błyski przeskakiwały między ścianami. Mimo to nie cofnął się ani o krok. Gestem dłoni próbowałam go zatrzymać, dając mu znak, by się nie zbliżał. Bałam się, że mogę go skrzywdzić. On jednak był nieugięty. Podszedł bliżej i przykucnął przy mnie, tak jakby otaczał mnie najzwyklejszą troską, a nie stał w samym centrum nadnaturalnej burzy.Delikatnie odsunął kosmyk włosów, który wysunął się z ciasno upiętego koka i założył go za moje ucho. Ten drobny, czuły gest sprawił, że przed oczami przemknęło mi wspomnienie, obraz Scotta, stojącego kiedyś dokładnie w tym miejscu, gdy jeszcze próbowałam zrozumieć, kim jest i jaką rolę odegra w moim życiu. To wspomnienie zabolało, ale jednocześnie sprowadziło mnie na ziemię.— Skup się na moim głosie — kontynuował cicho. — Oddychaj razem ze mną. Słyszysz? Nic innego się teraz nie liczy.Uniósł lekko brew, czekając na moją reakcję. W jego spojrzeniu nie było strachu, tylko determinacja i troska. Skinęłam głową i zaczęłam wykonywać jego polecenia. Starałam się wsłuchać w rytm jego oddechu, pozwalając, by zagłuszył chaos w mojej głowie. Stopniowo wyładowania wokół nas zaczęły słabnąć. Wiatr tracił impet, a ciężkie chmury powoli się rozpraszały. Nie potrafiłam określić, ile czasu minęło. Kilka minut? A może znacznie więcej?Miałam wrażenie, że zawisłam gdzieś poza rzeczywistością, skupiona wyłącznie na jego głosie i własnym, uspokajającym się sercu. W końcu poczułam, że napięcie ustępuje. Ciepło, które wcześniej paliło mnie od środka, zmieniło się w łagodny żar. Oddech wyrównał się, a dłonie przestały drżeć. Wzięłam jeszcze kilka głębokich wdechów, upewniając się, że gardło nie jest już ściśnięte, że mogę normalnie mówić. Spojrzałam na Zayna. Stał przede mną z mieszaniną ulgi i niedowierzania w oczach.— Nie spodziewałem się aż takiego pokazu — mruknął po chwili, próbując rozładować napięcie. Nerwowo podrapał się po brodzie i zerknął w stronę zniszczonego dachu. — Wygląda na to, że remont, który odkładałem, odbędzie się wcześniej. Nie przejmuj się, dach i tak był stary. Możemy uznać, że właśnie przyspieszyłaś decyzję o jego wymianie.Parsknęłam cicho, czując, jak napięcie ostatecznie mnie opuszcza. W miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu panował chaos, pozostała cisza przerywana jedynie odległym szumem wiatru. Wiedziałam jedno, gdyby nie on, nie byłabym w stanie odzyskać kontroli i choć przerażała mnie świadomość mocy, która we mnie drzemała, jeszcze bardziej przerażała myśl, co mogłoby się stać, gdyby zabrakło przy mnie kogoś, kto potrafi sprowadzić mnie z powrotem na ziemię.— Zayn… — zaczęłam niepewnie, czując, że w gardle wciąż zalega mi ciężar niewypowiedzianych myśli. Nie pozwolił mi jednak dokończyć.— Masz ochotę na kawę? — zapytał z zaskakującą lekkością, jakbyśmy przed chwilą nie byli w samym centrum czegoś, co mogło zakończyć się katastrofą.Uniósł kącik ust w wymuszonym półuśmiechu. Doskonale wiedziałam, że to jego sposób na rozładowanie napięcia. Zawsze, gdy sytuacja wymykała się spod kontroli, próbował sprowadzić ją do poziomu codzienności, jakby filiżanka gorącego napoju mogła naprawić wyrwę w dachu i zneutralizować nadnaturalną burzę. Już miał wstać, kiedy drzwi do sypialni otworzyły się z impetem, uderzając o ścianę.Do środka wpadła Violet, blada jak kreda, z szeroko otwartymi oczami. Tuż za nią pojawiła się Greta, wyraźnie zdyszana, a za ich plecami stał nieznajomy chłopak. Był wysoki, ciemnowłosy, z napiętą sylwetką i czujnym spojrzeniem. Nigdy wcześniej go nie widziałam.— Wszystko w porządku? — wyszeptała Violet, podchodząc do mnie tak szybko, jakby bała się, że za chwilę zniknę. — Słyszeliśmy huk i widzieliśmy to światło. Cały dach… Rose, co tu się wydarzyło?Nie czekając na odpowiedź, zaczęła mnie oglądać z każdej strony. Jej dłonie przesuwały się po moich ramionach, sprawdzały, czy nie mam ran, oparzeń, czy stoję stabilnie. W jej dotyku było tyle troski, że przez moment poczułam ukłucie winy.— Nic mi nie jest — powiedziałam spokojnie, choć w środku wciąż czułam echo tego, co się stało. — Naprawdę, Violet. To… to moja sprawka.Słowa zawisły w powietrzu ciężkie i niewygodne. Unikałam jej wzroku, skupiając się na podłodze, jakby deski były nagle fascynujące. Wiedziałam, że jeśli spojrzę jej w oczy, zobaczę tam pytania, na które nie potrafię jeszcze odpowiedzieć.— Pamiętasz, jak mówiłam, że trudno mi to wyjaśnić? — dodałam ciszej. — Właśnie o tym mówiłam.W pokoju zapadła cisza. Nawet Greta, która zazwyczaj komentowała wszystko bez chwili zawahania, tym razem nie odezwała się ani słowem. Nieznajomy chłopak stał przy drzwiach z założonymi rękami, obserwując mnie uważnie, jakby próbował ocenić, czy jestem zagrożeniem.— Wow — wydusiła w końcu Violetta. — Jej spojrzenie wędrowało ode mnie do Zayna i z powrotem. W jej oczach pojawiło się coś na kształt podziwu, wymieszanego z niedowierzaniem. — To było… niesamowite — dodała po chwili, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. — Totalny odjazd.Zanim zdążyłam zareagować, rzuciła się na mnie i zamknęła w mocnym uścisku. Przytuliła mnie tak, jakby chciała upewnić się, że jestem prawdziwa i, że nadal stoję przed nią, cała i zdrowa. Jej ramiona zacisnęły się wokół mnie stanowczo.— Violet… dusisz mnie — mruknęłam z lekkim rozbawieniem, choć w głębi duszy jej reakcja była dla mnie ogromną ulgą.Bałam się, że zobaczę w jej oczach strach, albo dystans. Zamiast tego była ekscytacja i czysta fascynacja. Zayn stał obok, opierając się o ścianę. Skrzyżował ręce na piersi i mierzył Violet spojrzeniem tak przenikliwym, że gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno leżałaby na podłodze. Nie umknęło mi to.— Możesz ją już puścić — powiedział chłodno. — Jeszcze chwila i naprawdę będę musiał ją reanimować. — Violet odsunęła się niechętnie, ale wciąż trzymała mnie za ramiona.— Serio, Rose… to byłaś ty? — zapytała ciszej, tym razem z nutą ostrożności w głosie. — To światło, wiatr, to wszystko… — Skinęłam głową.— Nie do końca nad tym panuję — przyznałam. — Ale uczę się. — Nieznajomy chłopak w końcu zrobił krok do przodu.— Jeśli to prawda — odezwał się spokojnym, niskim głosem — To ktoś będzie chciał się o tym dowiedzieć.W jego słowach nie było groźby, raczej ostrzeżenie. Greta zerknęła na niego znacząco, jakby próbowała uciszyć temat, zanim rozwinie się w coś poważniejszego. Spojrzałam na zniszczony dach, przez który widać było rozjaśniające się niebo. Jeszcze chwilę temu panował chaos. Teraz pozostał po nim jedynie chłodny powiew i świadomość, że nic już nie będzie takie jak wcześniej. Zayn podszedł bliżej i stanął obok mnie, niemal dotykając mojego ramienia.— Najpierw kawa — powiedział stanowczo. — A potem będziemy martwić się resztą świata.I choć sytuacja wcale nie była błaha, w jego tonie było coś, co sprawiło, że po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam, że nie jestem z tym sama.

Rozdział 2

~ Rosalia ~

Od mojego niekontrolowanego wybuchu minął tydzień. Siedem dni względnego spokoju, podczas których nie rozdarłam nieba, ani nie pozbawiłam budynku kolejnego fragmentu dachu. Emocje opadły, ciało wróciło do równowagi, a ja, przynajmniej z zewnątrz, funkcjonowałam normalnie. W praktyce jednak wcale nie było lżej. Przygotowania do ślubu ruszyły z impetem, jakiego nikt nie był w stanie zatrzymać, a raczej, jakiego Violet nie była w stanie zatrzymać.To był błąd. Poprosiłam ją o pomoc, naiwnie sądząc, że jej entuzjazm okaże się wsparciem. Tymczasem zamienił się w huragan, przy którym moja ostatnia burza była ledwie powiewem wiatru. Violet wpadła w wir organizacyjny z taką pasją, jakby to ona miała stanąć na ślubnym kobiercu. Telefony, notatki, próbki materiałów, listy gości, szkice ustawienia stołów, nie było chwili wytchnienia.Budziłam się z myślą o ślubie i zasypiałam, słysząc w głowie jej podekscytowany głos. Dlatego właśnie ukrywałam się za domem, w cieniu rozłożystego drzewa, z kubkiem dawno wystudzonej herbaty w dłoni. Przez kilka minut chciałam po prostu pobyć w ciszy. Bez słowa „ceremonia”, bez „a może jeszcze…”, bez kolejnych dziesięciu propozycji dekoracji.— Ukrywasz się?Męski głos rozległ się tuż za moimi plecami. Drgnęłam i odwróciłam się powoli. Kilka kroków ode mnie stał partner Violet, wysoki, ciemnowłosy wilkołak o spojrzeniu, które zwykle było czujne i chłodne, a teraz błyszczało rozbawieniem. Z czasem dowiedziałam się, że jest prawą ręką Zayna, jego najbardziej zaufanym człowiekiem.— Nie — odpowiedziałam natychmiast. Uniósł jedną brew i zmarszczył lekko czoło, jakby właśnie potwierdził swoje podejrzenia. Westchnęłam ciężko. — Dobrze, tak. Ukrywam się. Błagam, nie wydaj mnie — jęknęłam, składając dłonie jak do modlitwy. — Ja naprawdę potrzebuję chwili przerwy. Violet jest jak wulkan energii. Ona nie chodzi, ona się przemieszcza jak tornado. I mówi. Cały czas mówi. O kwiatach, o obrusach, o ustawieniu krzeseł, o tym, czy światło powinno być ciepłe, czy neutralne… — Spojrzałam na niego błagalnie. — Ja zaraz zacznę śnić o próbkach tkanin. — Parsknął śmiechem.— A co będę z tego miał? — zapytał zaczepnie, poruszając zabawnie brwiami.— Moją wieczną wdzięczność i to, że nie wywołam kolejnej burzy w środku waszej bazy — odparłam sucho. Zaśmiał się głośniej, kręcąc głową.— Znam Violet — powiedział w końcu, opierając się niedbale o pień drzewa. — W końcu to moja mate. Jeśli już się za coś zabierze, nie odpuści, dopóki nie dopnie wszystkiego na ostatni guzik. Sama ją o to poprosiłaś.— Wiem — mruknęłam.— Więc zróbcie wszystko od razu. Jedno konkretne posiedzenie, szybkie decyzje, zero rozdrabniania się. Potem będziecie miały święty spokój. Taka jest cała tajemnica. — Wzruszył ramionami, jakby właśnie rozwiązał najprostsze równanie świata. — A tak w ogóle — dodał, odpychając się od drzewa — Nie mam zielonego pojęcia, gdzie jesteś.Puścił mi oczko i ruszył w stronę domu szybkim, pewnym krokiem. Domyślałam się, że kieruje się prosto do biura Zayna. Nie minęła nawet minuta.— Tu jesteś! Wszędzie cię szukałam!Głos Violet niósł się po całym terenie. Zamknęłam oczy i westchnęłam tak głęboko, że aż zabolały mnie płuca. Po chwili wyszłam zza drzewa i ruszyłam w jej stronę. Stała na tarasie z grubym plikiem kartek, próbek i notatek przyciśniętych do piersi. Jej oczy błyszczały ekscytacją.— Musisz zatwierdzić kolory i wszystkie elementy dekoracyjne. Nie możemy ruszyć dalej bez twojej decyzji — oznajmiła, wciskając mi w ręce pokaźny stos papierów. Przez moment patrzyłam na nie jak na coś trującego, toksycznego. Wzięłam głęboki wdech.— Dobrze. Zróbmy to szybko. — Zaczęłam przekładać kolejne strony. — Obrusy białe, klasyczne, bez wzorów — powiedziałam stanowczo. — Kwiaty wokół stołów różowe, jasne, nic przesadnie krzykliwego. — Przerzuciłam następną kartkę. — Dywan czerwony. Chociaż szczerze mówiąc, mogłoby go w ogóle nie być, ale skoro już musi być, to czerwony. — Kolejna strona. — Tort truskawkowo-czekoladowy. Tynk w odcieniu szarości, gładki. Na górze świeże owoce, żadnych plastikowych ozdób. — Mówiłam szybko, konkretnie, niemal bez zastanowienia. — Zasłony szare. Pokrowce na krzesła białe. Serwetki czerwone, żeby nawiązywały do dywanu i to wszystko.Odkładałam każdą kartkę na bok, tworząc równy stos z dopiskiem „zatwierdzone”. Wypowiedziałam wszystkie decyzje na jednym oddechu, jakbym bała się, że jeśli się zatrzymam, znów zacznie się lawina propozycji. W końcu zapadła cisza. Podniosłam wzrok. Violet patrzyła na mnie zaskoczona. Jej wcześniejszy entuzjazm przygasł.— Ja… dobrze — powiedziała ciszej. — Skoro tak chcesz.W jej głosie pojawiła się nuta rozczarowania, której się nie spodziewałam. Jakbym odebrała jej część radości, skracając cały proces do kilku zdecydowanych zdań. Poczułam ukłucie winy.— Violet — odezwałam się łagodniej. — To nie dlatego, że nie doceniam twojej pracy. Po prostu… im szybciej to ustalimy, tym szybciej będę mogła przestać się stresować. — Spojrzała na mnie uważnie, jakby próbowała odczytać coś więcej między słowami.— Chcę, żeby ten dzień był idealny — dodała ciszej.— Będzie — odpowiedziałam, ściskając lekko jej dłoń. — Bo będziemy tam wszyscy. Reszta to tylko dodatki.Jej uśmiech powoli wrócił, choć już nie tak szeroki jak wcześniej, a ja zrozumiałam, że może nie chodziło tylko o organizację. Może dla niej to też był sposób na okazanie troski.— Jutro jedziemy na przymiarki sukni ślubnej i butów, oczywiście — dodała, jakby to była najważniejsza informacja dnia.Powiedziała to tonem, który nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. W jej oczach znów pojawił się znajomy błysk ekscytacji. Wiedziałam, że w jej głowie ta wyprawa była niemal rytuałem, kolejnym kamieniem milowym na drodze do wielkiego dnia. Pokiwałam głową bez wahania.— Dobrze, jutro — potwierdziłam spokojnie.W gruncie rzeczy było mi już wszystko jedno, czy przymiarki odbędą się o świcie, czy w środku nocy. Po dzisiejszym maratonie decyzji czułam się dziwnie pusta, jakby ktoś wyłączył we mnie wszystkie emocje związane z organizacją, ale gdy spojrzałam na Violet, dotarło do mnie, że dla niej to nie jest tylko lista zadań do odhaczenia.— Violet… — zaczęłam ciszej. Podniosła na mnie wzrok, czujny i uważny. — Naprawdę cieszę się, że mi pomagasz. Gdyby nie ty, pewnie dalej zastanawiałabym się nad kolorem serwetek i ostatecznie wszystko zostałoby na ostatnią chwilę — przyznałam z lekkim uśmiechem. — Nie wiem, jak poradziłabym sobie z tym sama.Zanim zdążyła odpowiedzieć, zrobiłam krok w jej stronę i mocno ją przytuliłam. Tym razem to nie był zdawkowy gest. Objęłam ją z całej siły, jakbym chciała przekazać w tym uścisku wszystko to, czego nie potrafiłam wyrazić słowami, wdzięczność, zaufanie i świadomość, że mogę na nią liczyć. Przez sekundę stała nieruchomo, zaskoczona. Potem jej ramiona otoczyły mnie równie mocno. Poczułam, jak napięcie całkowicie z niej schodzi. Jeszcze chwilę wcześniej w jej spojrzeniu czaił się cień rozczarowania, teraz jednak zniknął bez śladu. Zastąpiła go czysta radość.— To ja się cieszę — wyszeptała tuż przy moim uchu. — Naprawdę. To dla mnie zaszczyt. — Odsunęła się nieco, ale wciąż trzymała mnie za ręce. — Ślub Luny i alfy to największe wydarzenie w całej społeczności wilkołaków — dodała z powagą, której wcześniej brakowało w jej podekscytowanym tonie. — To nie jest zwykła ceremonia. To symbol jedności stada. Nowy rozdział. Coś, o czym będzie się mówiło latami.Jej słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam. W natłoku próbek materiałów, kolorów i smaków tortu zapomniałam, że dla innych to wydarzenie ma znacznie głębsze znaczenie. To nie tylko mój ślub. To uroczystość, która umocni pozycję Zayna jako alfy i mnie jako Luny. Odpowiedzialność za ludzi, którzy nam ufają.— Presja rośnie — mruknęłam półżartem.— Trochę — przyznała z uśmiechem. — Ale właśnie dlatego wszystko musi być dopięte na ostatni guzik.— Czyli jutro suknia — westchnęłam.— Jutro suknia — potwierdziła z entuzjazmem. — I buty i welon i może jeszcze biżuteria, jeśli starczy czasu. — Roześmiałam się cicho.— Wiesz, że nie pozwolę ci wybrać niczego przesadzonego?— Wiem — odpowiedziała z udawaną powagą. — Ale przynajmniej spróbuję.Przez chwilę stałyśmy w milczeniu, patrząc na dom, który wkrótce miał stać się miejscem najważniejszej ceremonii w naszym życiu. Czułam, jak powoli dociera do mnie waga wszystkiego, co się dzieje. Strach mieszał się z ekscytacją, a odpowiedzialność, z czymś na kształt dumy.— Dziękuję — powtórzyłam jeszcze raz, tym razem ciszej. Violet ścisnęła moją dłoń.— Nie musisz. Jesteśmy rodziną. — I w tamtej chwili naprawdę w to uwierzyłam.

***

Przygotowania, które jeszcze rano wydawały się nie mieć końca, niespodziewanie nabrały tempa. Wszystko dlatego, że Zayn, ku mojemu zdumieniu, postanowił się włączyć. Nie ograniczył się do biernego przytakiwania. Przeglądał listy, pomagał podejmować decyzje, a nawet sam zaproponował kilka rozwiązań, które skróciły nasze rozważania o dobre kilka godzin. Violet początkowo patrzyła na niego podejrzliwie, jakby nie dowierzała, że alfa faktycznie interesuje się odcieniem serwetek, ale szybko doceniła jego konkretność.Dzięki temu jeszcze tego samego popołudnia mogłyśmy wsiąść do samochodu i pojechać do miasta. Droga minęła mi w milczeniu. Violet opowiadała coś o nowej kolekcji, którą podobno właśnie sprowadzono do salonu, o fasonach, o materiałach, o tym, że projektantka jest prawdziwą wizjonerką. Ja jednak słuchałam jej jak przez mgłę. Patrzyłam przez okno na mijane ulice i czułam, jak z każdą przejechaną przecznicą serce bije mi coraz szybciej.Kiedy w końcu zatrzymałyśmy się przed eleganckim budynkiem z dużymi witrynami, przez moment miałam ochotę powiedzieć, że źle się czuję, że może przełożymy to na jutro, albo na przyszły tydzień, albo najlepiej na nigdy. Przekroczyłam próg salonu i niemal natychmiast otoczył mnie zapach świeżych tkanin i subtelnych perfum. Wnętrze było jasne, utrzymane w kremowych odcieniach. Wzdłuż ścian stały manekiny ubrane w suknie tak idealne, że wydawały się nierealne.Koronki, jedwabie, tiule, warstwy materiału układały się miękko w świetle kryształowych lamp. I wtedy to do mnie dotarło. To nie były już luźne rozmowy o ślubie. To nie były próbki materiałów ani listy gości. Te suknie były realne. Już jutro miałam zostać żoną. Stałam przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w jedną z kreacji o długim trenie i delikatnie zdobionym gorsecie. Nigdy wcześniej nie pozwalałam sobie na marzenia o takim dniu.Zbyt długo czułam się kimś niedopasowanym, jak element układanki wrzucony do niewłaściwego pudełka, wybryk natury, dziewczyna, która nie potrafiła odnaleźć swojego miejsca ani wśród ludzi, ani wśród wilkołaków, a jednak ktoś mnie pokochał. Ktoś wybrał mnie, ze wszystkimi wadami, z moją niekontrolowaną mocą, z przeszłością, której wstydziłam się bardziej, niż chciałam przyznać.— Gotowa na najbardziej ekscytujący dzień w swoim życiu? — zapytała Violet, stając naprzeciwko mnie.Spojrzała mi prosto w oczy, a jej entuzjazm był niemal namacalny. Pokręciłam głową. Nie byłam gotowa. Strach ścisnął mnie w żołądku tak mocno, że przez chwilę miałam problem z oddychaniem. Perspektywa wyjścia za mąż paraliżowała mnie bardziej niż jakikolwiek pojedynek, czy wybuch mocy. Miałam ochotę uciec.Wsiąść w samochód i jechać przed siebie, gdziekolwiek, byle dalej od odpowiedzialności, od oczekiwań, od tego ciężaru, a przecież powinnam się cieszyć. Powinnam śmiać się, przymierzać kolejne suknie, obracać się przed lustrem i wyobrażać sobie moment, w którym Zayn zobaczy mnie po raz pierwszy w bieli. Zamiast tego walczyłam z natłokiem myśli, które kotłowały się w mojej głowie jak burza sprzed tygodnia.Każdy nerw w moim ciele był napięty. Violet nie miała pojęcia, z czym się mierzę. Nie wiedziała o wątpliwościach, które czasem wkradały się do mojego umysłu. Gdyby znała całą prawdę, o moich lękach, o tym, jak bardzo boję się zawieść całe stado, może nie patrzyłaby na ten dzień z taką beztroską i radością.— W czym mogę paniom pomóc? — odezwał się ciepły, uprzejmy głos.Odwróciłam się i zobaczyłam młodą ekspedientkę zmierzającą w naszym kierunku. Miała nienagannie upięte włosy i szeroki, profesjonalny uśmiech, który ani na chwilę nie znikał z jej twarzy.— Szukamy sukni ślubnej dla mojej przyjaciółki — oznajmiła Violet tonem, jakby prowadziła negocjacje w sprawie kontraktu życia. — Jak pani widzi, ma dość specyficzną sylwetkę. Wysoka, smukła, a jednocześnie kobieca tam, gdzie trzeba. Nie każdy fason będzie odpowiedni, więc liczę na coś naprawdę dopasowane go. — Zamarłam. Powoli uniosłam dłoń i uderzyłam się nią w czoło.— Violet… — jęknęłam pod nosem.